Nie ufam już nikomu - Klaudia Muniak - ebook
NOWOŚĆ

Nie ufam już nikomu ebook

Muniak Klaudia

3,9

165 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy codzienność jest przepełniona podejrzeniami, możesz zapomnieć o normalnym życiu…

Iga, świeżo upieczona mama, od lat cierpi na silne zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Po porodzie decyduje się na nowoczesną terapię. Chip wszczepiony w jej ramię, sterowany przez aplikację w telefonie jest dopiero po fazie testów. Mimo to Iga bez wahania podejmuje leczenie – jest współtwórczynią tej innowacyjnej metody i wie, że nic jej nie grozi.

Krótko po wznowieniu terapii zaczynają dziać się rzeczy, których kobieta nie ozumie: stale pogarszające się samopoczucie psychiczne, do którego dochodzą niepokojące przywidzenia i bardzo realistyczne halucynacje, a z biegiem czasu zaniki pamięci. Gdy na ciele synka Iga zauważa sińce, wie, że dzieje się coś złego.

Co jest prawdą, a co tylko wytworem jej wyobraźni? Kto jest odpowiedzialny za obrażenia dziecka? Ona sama, apodyktyczna matka, kochający mąż czy oddana przyjaciółka? W końcu Iga przestaje ufać komukolwiek i zaczyna wątpić w prawidłowe działanie opracowanej przez siebie terapii…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 290

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




1

Nazywam się Iga Wilczak i dokładnie pamiętam dzień, w którym spieprzyłam swoje życie.

Gdybym wtedy wiedziała, jak wiele będzie mnie kosztował ten jeden błąd, ta jedna chwila zapomnienia i głupoty… Ale tego nigdy się nie wie. Los nie daje drugiej szansy, decydujemy tylko raz.

Jedenasty czerwca dwa tysiące piątego roku.

Kilka minut po jedenastej wieczorem, może jedenaście.

Jedenasty tydzień ciąży.

Zdecydowałam. Wtedy wszystko się zaczęło, ruszyła lawina zdarzeń, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Zdjęto ze mnie brzemię tamtej nocy, ale to tylko pogorszyło moją sytuację. Nie miałam możliwości zmierzyć się z tym ciężarem i to mnie niszczy. Po kawałeczku, komórka po komórce, każdego dnia.

Jarzmo moich czynów jest ze mną, towarzyszy mi wiernie. Tkwi jak kula u nogi, z biegiem lat tak samo ciężkie, tylko łańcuch jest nieco dłuższy. Czekam na dzień, gdy ten łańcuch oplecie się wokół mojej szyi i mocno zaciśnie. Boję się tylko, że sprawiedliwość dopadnie mnie wtedy, gdy zupełnie nie będę na nią gotowa.

2

Teraz

Płacz przechodzący w ogłuszający krzyk. W krzyk tak przenikliwy, że cierpnie skóra, całkowicie tłumiący wszystkie inne odgłosy domu, w którym mieszkam od przeszło pięciu lat. Wdzierający się w starannie pomalowane na biało ściany pokoju dziennego. Mam nieodparte wrażenie, że osadza się w nich na stałe.

Patrzę na rozedrgane wąskie usteczka i ściska mnie w dołku. Wpatruję się w purpurową z wysiłku twarzyczkę i czuję, że ogarnia mnie panika. Dotąd spokojne, kołyszące ruchy moich ramion zmieniają się w nerwowe podrygiwania. Wrzask nie ustaje.

Zaczynam szybciej przemierzać długość salonu, pomieszczenie zdaje się mniejsze, niż było jeszcze trzy tygodnie temu. Pomimo że denerwuję się coraz bardziej, dbam o to, aby pokonywać odległość od jednej ściany do drugiej tą samą liczbą kroków, najlepiej parzystą. Naprawdę nie znoszę nieparzystości, a wszystko, co nie dzieli się przez dwa, rozstraja mnie wewnętrznie, przyprawia o dławiące uczucie niepokoju.

Moje próby uspokojenia niemowlęcia nie przynoszą żadnego rezultatu i robi mi się potwornie gorąco. Oddycham coraz trudniej, zaczynają mnie boleć spięte mięśnie ramion. Mam wrażenie, że ściany pokoju zaciskają się wokół mnie, przez co w pomieszczeniu jest coraz mniej tlenu. Zaraz się uduszę!

Odrywam wzrok od dziecka w nadziei, że pomoże mi to nieco opanować nerwy, chociaż odrobinę się zdystansować. Czuję, że tylko w ten sposób stworzę sobie możliwość wyjścia z sytuacji obronną ręką. Rozglądam się po salonie, usiłując na chwilę skupić myśli na czymś innym niż jego płacz.

Dom nie jest nowy, wybudowano go w latach osiemdziesiątych. Jakiś czas temu przeszedł gruntowny remont, przez co jest nie do poznania, ale czy stare stropy są wystarczająco wytrzymałe, aby nie poddać się temu przeszywającemu na wskroś wrzaskowi? Wydaje mi się, że szloch dziecka zbyt mocno odbija się od wygładzonych powierzchni ścian i tylko czekam na pierwsze pęknięcia tynku. Dziwi mnie, że do tej pory się nie pojawiły. Miałam pomyśleć o czymś innym! Robię co mogę, aby skoncentrować się na czymkolwiek, co nie jest tym jazgotliwym rykiem.

Przypominam sobie, że na frontowej ścianie nie ma ani jednego gniazdka elektrycznego. To fatalne niedopatrzenie przysporzyło nam już wielu problemów. Najbardziej daje się we znaki w Boże Narodzenie, gdy kable światełek, które oplątują ustawioną przy oknie choinkę, ciągną się przez całą długość salonu, wystawiając na próbę moją naturę perfekcjonistki. Dwa lata temu doprowadziły mnie do takiego szału, że kolacja wigilijna stanęła pod dużym znakiem zapytania, choć wszystko inne zostało przygotowane z niemal wzorową dokładnością. Cóż, na szczęście w naszym domu takich wpadek jest niewiele.

Zastanawiam się, czy dodatkowe wzmocnienie ścian, o którym nigdy wcześniej nie pomyśleliśmy, może jednak być jedną z nich, i z tego wszystkiego wychodzi mi nieparzysta liczba kroków. Szlag! Jedenaście. Nienawidzę jedenastki.

Odganiam od siebie myśli o bzdurnych gniazdkach elektrycznych, bo przeniesienie uwagi na tego typu drobnostki nie zdaje egzaminu. Z nieparzystą liczbą kroków już jest trudniej, ale i to jakoś mi się udaje. Czas płynie nieubłaganie, a dziecko dalej wrzeszczy ile sił w płucach. Umyka bezpowrotnie, a ja ciągle nie mam bladego pojęcia, jak je uspokoić. Nie wiem też, ile już trwa ten wrzaskliwy koncert. Trzydzieści sekund? Dwie minuty? A może to już kilka minut?

Resztkami sił ponownie skupiam się na drobnym ciałku wyprężonym w moich ramionach. Potrząsam nim desperacko, ale i tym razem nie osiągam zamierzonego celu. Niemowlę płacze coraz głośniej, choć jeszcze chwilę temu wydawało mi się to absolutnie niemożliwe. Zaczyna się do tego na przemian wić i napinać, skutecznie utrudniając mi zadanie i budząc we mnie dodatkowy strach, że wyślizgnie mi się z ramion. Nigdy nie podejrzewałam, że trzykilogramowy człowieczek może mieć tak wiele siły.

Targają mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony jest mi bezgranicznie żal tego malucha, ewidentnie cierpi, prawdopodobnie dopadł go kolejny atak bólu brzucha. To chyba ta osławiona kolka niemowlęca. Z drugiej strony mam po prostu dość. Marzę o tym, aby odłożyć dziecko i mieć spokój, moment wytchnienia.

Nie mogę jednak tego zrobić. Nie mogę, bo jestem jego matką!

Świadomość, że to najwyższa pora, aby maluch przestał płakać, stresuje mnie jeszcze bardziej. Nie chcę znów przegrać. W razie porażki po prostu doliczę ją do kolejnych niepowodzeń w moim gównianym życiu, ale jest ich już tyle, że obawiam się załamania. Któreś w końcu mnie zmiażdży. Robię się przez to jeszcze bardziej nerwowa i zaczynam żałośnie się modlić, aby Joachim przestał płakać. To błędne koło. Moje roztrzęsienie udziela się dziecku i w pokoju rozlegają się jeszcze głośniejsze salwy płaczu.

Na te nowe decybele hałasu moje ciało reaguje instynktowym spięciem mięśni. Czasu mam coraz mniej, a on nadal nie chce współpracować. Zaczynam mieć mu za złe, że nie chce mi pomóc.

Cisza! Jedyne, czego pragnę w tym momencie, to chwila ciszy!

Mam ochotę dać upust buzującej we mnie frustracji i rzucić tym rozwrzeszczanym bachorem na kanapę. Przerażona, że w ogóle przyszło mi coś takiego na myśl, ściskam mocniej płaczącego Joachima, abym przypadkiem nie zrobiła czegoś, czego będę żałować do końca życia. Przecież tak naprawdę nigdy nie posunęłabym się do czegoś tak niestosowanego. To moje dziecko! Krew z krwi, poczęte z miłości, urodzone w ciężkich bólach.

Oddycham głęboko i po raz kolejny postanawiam wziąć się w garść. Najpierw zwalniam odrobinę kroku. Wreszcie rozluźniam napięte mięśnie ramion i pleców, ale nadal kurczowo obejmuję synka, aby nie wypadł mi z rąk. Zniżam ton głosu. Przysuwam usta do malutkiego uszka i śpiewam półgłosem prostą kołysankę. Tulę niemowlę do swojej piersi i jakimś cudem w tym chaosie jestem jeszcze w stanie gładzić dłonią jego główkę.

Zauważam, że moje starania owocują. Kiedy jednak wydaje mi się, że Joachim nieco się uspokaja, cały mój wysiłek idzie na marne. Głos dochodzący z piętra ponownie wytrąca mnie z równowagi. Znów przegrałam.

– Idę, już idę – dolatuje do moich uszu.

Mimo wszystko staram się nadal uspokajać dziecko, tak jak robiłam do tej pory. Nawet przechodzę do kuchni, aby zyskać więcej czasu.

– Jestem.

Moja mama staje przy mnie i wyciąga ręce ku dziecku. Nie mam siły stawiać oporu. Jestem niewyspana po niespokojnej nocy, zmęczona przedłużającym się krzykiem i wciąż okrutnie obolała, bo rany krocza nie goją się tak szybko jak powinny.

Naczytałam się bzdur, jakim to cudownym doznaniem dla kobiety jest poród naturalny. Naiwnie uwierzyłam, że pomimo całego ogromu bólu to piękny akt niewypowiedzianej radości i dumy z własnych dokonań. Może tak bywa, ale nie wtedy, gdy poród trwa blisko czterdzieści osiem godzin, szyjka macicy za cholerę nie chce się rozwierać, choć częstość i siła skurczów pozbawiają tchu, a w końcu porażający ból zastępuje obezwładniający strach o życie dziecka. Całość kończy się mechanicznym, niemal siłowym wydarciem maleństwa, bo po akcji porodowej nie ma już śladu. Dziękuję Bogu, że Joachim przeszedł przez to bez szwanku, czego nie można powiedzieć o mnie. I choć gdy położono go na mojej piersi, z oczu popłynęły mi palące łzy szczęścia, to naprawdę – nigdy więcej!

Pozwalam, aby moja mama przejęła Joachima, choć wcale tego nie chcę. Czuję ulgę, gdy moje ramiona stają się puste, choć jakaś część mnie chciałaby, aby ciągle spoczywało w nich kwilące dzieciątko. Lawina paradoksalnie sprzecznych uczuć towarzyszy mi od chwili, gdy opuściłam szpital, i nie zanosi się, aby ten dokuczliwy nastrój miał w najbliższym czasie minąć.

Podczas gdy mama tuli mojego synka, przechodzę do salonu i bezradnie opadam na kanapę. Przymykam oczy, oddychając głęboko, i po jakimś czasie orientuję się, że krzyk ustał. Zapada upragniona cisza. Okazuje się jednak ona dla mnie smutnym doznaniem, niemal przytłaczającym, aż dzwoni mi od niej w uszach. Zabawne, że gdy tylko Joachim milknie, zaczyna mi brakować robionego przez niego zamieszania, zżera mnie obawa, czy wszystko z nim w porządku, natychmiast chcę do niego biec i sprawdzić, czy oddycha prawidłowo.

W tej gęstej posępnej ciszy słyszę tylko, jak pociągam nosem. To żal ściskający moje młode matczyne serce. Chciałabym, żeby dziecko uciszyło się w moich ramionach, żeby tylko w nich znajdowało ukojenie. Przez to, że nie zawsze tak się dzieje, czuję się beznadziejną matką. Choć doskonale wiem, że Joachim przestał płakać nie dlatego, że ktoś inny przejął nad nim opiekę – po prostu minął atak kolki – nie potrafię się tym nie zadręczać. Jest mi niezmiernie przykro i nie jestem w stanie nic na to poradzić.

Otwieram oczy, ale nie patrzę w stronę mojej mamy. Nie chcę być obserwatorem widoku, który powinien być moim udziałem. Po chwili prycham w duchu z rozdrażnieniem. Powinnam być jej wdzięczna za pomoc, podczas gdy frustracja doprowadza mnie do szału. Nie docierają do mnie racjonalne argumenty. Nie przemawia fakt, że mama zjawiła się w samą porę, bo rany w kroczu zaczynały nieprzyjemnie uwierać, ani to, że powoli puszczały mi już nerwy.

Kompletnie siebie nie poznaję, emocje dosłownie robią ze mną, co chcą. Tak źle jeszcze nigdy nie było… Na własnej skórze się przekonuję, czym jest depresja poporodowa. Zaczynam dostrzegać, że w połączeniu z moją rozchwianą psychiką to niebezpieczna mieszanka, ale co więcej mogę z tym zrobić? Przecież dobrowolnie i chętnie korzystam z proponowanego mi wsparcia.

Siedzę na kanapie i jedyne, o czym potrafię myśleć, to że jestem beznadziejną matką.

3

Teraz

To najpiękniejszy uśmiech, jaki w życiu widziałam. Patrzę na twarzyczkę mojego syna, na słodkie dołeczki w jego policzkach i duszę zalewa mi błogość tak wielka, że przez chwilę mam poważne obawy, czy jest to rzeczywiste. Ciężar trzymanego w ramionach ciałka rozwiewa wszelkie wątpliwości – to jest jak najbardziej prawdziwe!

Czuję się niewyobrażalnie szczęśliwa, ale tylko przez tę krótką chwilę. Bardzo szybko uczucie radości zastępuje stale towarzyszące mi przeświadczenie, że na to nie zasługuję. Zamykam oczy i natychmiast przenoszę się do dnia, w którym wszystko się zmieniło, kiedy moje życie wykoleiło się na piekielnie ostrym zakręcie. Brak wyobraźni, niefrasobliwość, lekkomyślność – naprawdę można temu nadać wiele ładnie brzmiących określeń, podczas gdy tylko jedno oddaje sedno: głupota. Dręczy mnie pytanie, czy to możliwe, że po tym wszystkim los jednak obdarzył mnie taką pomyślnością. Wydaje mi się to wręcz nieprawdopodobne. Ale przecież Joachim śpi spokojnie w moich ramionach.

Wpatruję się ponownie w synka i uśmiecham odruchowo. Już nie pamiętam, że kwadrans temu wrzeszczał wniebogłosy i uspokojenie go znów kosztowało mnie mnóstwo energii. Nie mogę się doczekać dnia, gdy wreszcie poczuję się lepiej i puszczę w niepamięć mój fatalny stan fizyczny. Wtedy z pewnością łatwiej mi będzie opanować emocjonalne rozchwianie. Pragnę zająć się Joachimem tak, jak na to zasługuje, bez zbędnych nerwów i nagle pojawiającego się rozdrażnienia. Otoczyć go wyłącznie miłością, ofiarować mu tylko ciepło i bezkresną wyrozumiałość. Obdarować jedynie beztroskimi uśmiechami, podobnymi do tego, który jeszcze chwilę temu gościł na mojej twarzy. Zmęczenie zdążyło go zmyć z moich ust, ciężkie powieki nie pomagają w dłuższym utrzymaniu pogodnego nastroju. Wprawdzie mogłabym oddać Jochasia pod opiekę mojej mamie, ale czuję, że i tak poświęcam mu za mało czasu.

Sięgam więc po granatowy kubek pokaźnych rozmiarów i dla wzmocnienia upijam łyk czarnej jak smoła kawy, którą zaparzyłam kilka godzin temu. Z rozmysłem wybrałam największe naczynie z kuchennej szafki, chcąc mieć zapas tego energetycznego napoju na dłużej. Mój organizm domaga się kolejnej porcji kofeiny, choć od rana z pewnością przekroczyłam już jej rekomendowaną dzienną dawkę. Może moje ciało chce sobie zrekompensować jej brak podczas ciąży? Wydaje mi się nieprawdopodobne, że jeszcze kilka tygodni temu mdliło mnie, gdy tylko poczułam zapach kawy.

Pociągam drugi łyk. Kawa jest zimna i nie smakuje tak dobrze jak powinna. Przełykam gorzki płyn, kiedy kubek nieoczekiwanie wypada mi z dłoni. Wypalona glina, z której wykonane jest naczynie, z impetem ląduje na główce mojego synka i pęka w kilku miejscach. Czarna ciecz zalewa drobną twarzyczkę, grube krawędzie uszkodzonej ceramiki rozcinają delikatną skórę, jakby była z cienkiego papieru. W momencie gdy pojawia się krew, przytomnieję i… widzę, że kubek nadal tkwi w mojej dłoni.

Zaciskam palce na jego uszku z taką siłą, że bieleją mi knykcie. Z przestrachem odkładam kubek na stojący w zasięgu ręki stolik i przytulam dziecko mocniej do siebie.

Tak niewiele trzeba do nieszczęścia. Wiem o tym aż za dobrze. Jeden błąd może kosztować potwornie dużo.

Ponownie sięgam po kubek. Tym razem jednak nie po to, aby się napić. Chcę jedynie odsunąć go od krawędzi stołu, na wypadek gdyby jakimś cudem z niego spadł.

– Hej! – dolatuje mnie pogodny głos mojego męża, a zaraz potem ciche trzaśnięcie drzwi frontowych.

Koszmarne przywidzenie sprzed kilku chwil pochłonęło mnie tak bardzo, że nie słyszałam przekręcanego klucza w zamku. Zerkam przelotnie na kubek, jakbym chciała się upewnić, że jest cały, a potem znów na Joachima. Dopiero kiedy nabieram pełnego przekonania, że faktycznie miałam do czynienia jedynie z jakimś dziwacznym omamem, przenoszę wzrok na męża. Natan jest już w pokoju dziennym.

– Jak się dziś macie, moje skarby? – pyta.

– Dobrze – mamroczę pod nosem, nie ruszając się z kanapy. Odwracam głowę z powrotem w stronę synka. Ponownie mocno przytulam maluszka do piersi.

Mąż podchodzi bliżej i całuje mnie w czubek głowy.

Poznaliśmy się dziesięć lat temu w Manchesterze, gdzie oboje przebywaliśmy na międzynarodowej wymianie studentów w ramach projektu Erasmus. Natan zwrócił moją uwagę nie tylko rzadkim jak na tamte czasy imieniem, ale także rewelacyjną sylwetką – jak się później dowiedziałam, pieczołowicie wypracowaną na kortach tenisowych.

Biotechnologię medyczną ukończyłam dwa lata po tym, jak Natan podjął pracę w angielskiej firmie farmaceutycznej specjalizującej się w leczeniu chorób cywilizacyjnych. Wtedy wzięliśmy ślub, a mój mąż zadbał, aby przeniesiono go do polskiej filii koncernu w Krakowie. Przy okazji awansował na kierownika działu informatyki i programowania medycznego.

Kupiliśmy dom, w którym teraz mieszkamy. Odnowienie go i przystosowanie do naszych potrzeb zajęło nam sporo czasu. Pochłonęło też gigantyczne pieniądze, ale chcąc zamieszkać właśnie tutaj, nie mieliśmy innego wyjścia. Na osiedlu, które było – i podejrzewam, że nadal jest – jedną z najbardziej pożądanych lokalizacji w mieście, już wtedy nie było żadnych wolnych działek pod zabudowę. Z perspektywy czasu nie żałujemy, to była świetna inwestycja.

Długo zwlekaliśmy z decyzją o dziecku. Chcieliśmy nacieszyć się sobą. Odwiedziliśmy w tym czasie większość europejskich stolic i kilkanaście innych popularnych wśród urlopowiczów miejsc. Rzym oczarował mnie totalnie, a Barcelona okazała się największym turystycznym rozczarowaniem. Nie zdążyliśmy pojechać do Sztokholmu. W ciąży planowałam, że będziemy podróżować we troje, i to nawet więcej niż wcześniej. Teraz wycieczka jest ostatnią rzeczą, na jaką miałabym ochotę. Wydaje mi się, że już nigdy nie poczuję się w pełni sił, a na pewno nie na tyle dobrze, aby organizować jakikolwiek wyjazd.

– Jak się czujesz, kochanie? – dopytuje Natan tonem, w którym pobrzmiewa zatroskanie. – Lepiej niż wczoraj?

– Lepiej – odpowiadam zdawkowo, bo nie stać mnie na powiedzenie niczego więcej. Przed oczami ciągle majaczy mi wizja rozbitej główki mojego maleństwa. Chciałabym usunąć ten przerażający obraz sprzed oczu jednym potrząśnięciem głowy, ale w tej chwili to tylko niedoścignione marzenie.

Zdobywam się na posłanie Natanowi uśmiechu. Mam nadzieję, że to wystarczy, aby nie wzbudzić jego niepokoju bardziej, niż już ma to miejsce. Gładzę przy tym malutką rączkę synka zaciśniętą na połach luźnej bluzki, w którą jestem ubrana.

– To wspaniale – komentuje półszeptem, przenosząc wzrok na śpiącego Joachima. Kładzie swoją dużą dłoń na mojej i przez chwilę oboje w ciszy wpatrujemy się w malca. Jestem przekonana, że Natan kocha Joachima równie mocno jak ja, choć nawał pracy nie pozwala mu spędzać z synem wystarczająco dużo czasu. Liczę na to, że gdy pomyślnie zakończy projekt, którym obecnie tak intensywnie się zajmuje, sytuacja ulegnie zmianie. Może nawet pokusi się o dłuży urlop, aby nadrobić braki?

Po dłuższej chwili Natan zabiera rękę i sięga do skórzanej beżowej aktówki, w której zwykle nosi służbowego laptopa. To prawdziwa włoska skóra, elegancka, aksamitnie miękka w dotyku i zaskakująco trwała. Teczka kosztowała majątek, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę jej niewielkie rozmiary, ale przecież kierownik musi należycie się prezentować.

Wręcza mi małą paczuszkę. Jeden rzut oka na znajomy ciąg liter wytłoczony na kwadratowym pudełeczku i już wiem, co jest w środku. Natan od początku naszej znajomości lubił obdarowywać mnie spontanicznymi prezentami, ale odkąd firma, w której pracujemy, rozpoczęła sprzedaż aplikacji medycznej na polskim rynku, zaczął to robić wręcz notorycznie. Choć nigdy nie narzekaliśmy na brak pieniędzy, od tamtego czasu powodzi się nam jeszcze lepiej.

Zawieszka z białego złota pobłyskuje na czarnej poduszeczce w futerale o tym samym kolorze. Przez dłuższą chwilę nie mogę oderwać od niej wzroku. Będzie idealnie pasować do bransoletki, którą Natan podarował mi z okazji narodzin Joachima. To pierwszy upominek od tamtego wydarzenia. Nie wiem, dlaczego sądziłam, że po porodzie upodobanie męża do rozpieszczania mnie zniknie.

– Dziękuję, jest cudowna – mówię, nadal wpatrzona w błyszczącą biżuterię, prawdziwie oczarowana jej pięknem. – Nie trzeba było.

– Trzeba było. – Natan posyła mi pełen zadowolenia uśmiech. – Iguś, dla ciebie wszystko, wiesz przecież.

Uśmiecham się na myśl, że zawieszka będzie fantastycznie współgrać także z kolczykami, które dostałam na Gwiazdkę w tamtym roku. Do tego przychodzi mi na myśl zestaw bielizny z czarnej koronki, który z kolei dostałam na walentynki, również w ubiegłym roku.

– Grzeczny był nasz maluszek? – pyta Natan.

Wtedy dociera do mnie, że przecież nie zmieszczę się w ten seksowny komplet. Zresztą jak w żaden inny z mojej szuflady.

– Jak co dzień – wzdycham. Po lepszym nastroju, w jaki wprowadził mnie prezent od męża, nie ma już śladu.

Ponownie przygaszona, zerkam na Joachima i stwierdzam, że zasnął twardym snem. Odkładam go więc do łóżeczka, które zainstalowaliśmy w rogu salonu dla własnej wygody. Może nie wygląda to zbyt gustownie, ale z pewnością ułatwia codzienne funkcjonowanie. Przykrywam synka cienką pieluszką z tetry, bardziej dla zapewnienia mu poczucia bezpieczeństwa niż ochrony przed chłodem. Jest środek lata i nie brakuje dni, gdy temperatura przekracza nawet trzydzieści stopni. Kiedyś cieszyłabym się z takiej pogody, dziś jestem niespecjalnie zadowolona. Pod koniec ciąży zaczęłam się obficie pocić, ale teraz problem stał się wręcz nie do wytrzymania. Nie jestem pewna, skąd się wzięły te dokuczliwe objawy. Według podręczników to efekt zachodzących w moim ciele zmian – organizm pozbywa się nagromadzonych w czasie ciąży płynów. Czyli właściwie wszystko jest w porządku. Szkoda tylko, że tak bardzo mi to przeszkadza. Połóg to naprawdę trudny czas. Ubolewam, że poradniki i broszury edukacyjne tak skąpo o tym rozprawiają. Myślę, że warto byłoby lepiej przygotować kobietę na ten szalenie wyczerpujący okres. Wystarczy, że mydlą nam oczy przewspaniałym aktem samego porodu.

Obrzucam ostatnim czułym spojrzeniem mojego trzytygodniowego synka i kieruję się do kuchni. Kroki stawiam powoli, aby nie nadwyrężyć zabliźniającej się rany w kroczu.

To, co przeczytałam w większości artykułów, jest wprost nie do uwierzenia. Według nich podobne urazy goją się w ciągu dziesięciu do dwunastu dni! Nikt natomiast nie wspomina, że trzy tygodnie po porodzie siedzenie i chodzenie nadal będzie trudne. Zamiast tego poradniki i specjaliści zachęcają do podjęcia aktywności fizycznej, aby szybciej wrócić do dawnej sylwetki. Z perspektywy mojego doświadczenia to istna herezja.

Postanawiam, że poświęcę kiedyś chwilę i poszukam namiarów na autorów tych zacnych artykułów, a potem nawymyślam im choćby w krótkim mailu i choćby wyłącznie dla poprawy własnego samopoczucia. Notuję także w pamięci bardziej istotne zadanie – koniecznie powinnam umówić się do ginekologa na wizytę kontrolną.

Wyjmuję talerz z szafki ulokowanej na wyspie – głównej ozdoby tej części domu. Kuchnio-jadalnia zajmuje większą część parteru. Pomieszczenie jest dobrze wyposażone, ale bez zbędnych sprzętów i zagracających przestrzeń bibelotów. Dominują jasne stonowane i jednolite kolory. Wystrój jest odzwierciedleniem mojej minimalistycznej duszy. Nie znoszę, gdy po mieszkaniu poniewierają się przedmioty, których używa się rzadko czy wręcz okazjonalnie. Jeśli sięga się po daną rzecz rzadziej niż raz na pół roku, to z powodzeniem można się bez niej obejść i nie ma sensu jej przetrzymywać.

Sprawdzam, czy drzwiczki szafki się domknęły. To proste białe meble z matowym wykończeniem frontów i chromoniklowymi uchwytami. Według specjalistów od wystroju wnętrz brak połysku przydaje pomieszczeniu ciepła, tonuje je i działa uspokajająco. Na niczym tak bardzo mi nie zależy jak na spokoju, dlatego z miejsca zdecydowałam się na takie rozwiązanie. Niestety, kolor mebli nie jest w stanie wymazać wspomnień…

Dociskam drzwiczki i dopiero gdy mam pewność, że są dokładnie zamknięte, nakładam na przygotowany talerz porcję ugotowanych ziemniaków. Zalewam je obficie sosem, obok kładę dwa plastry pieczonego mięsa i całość wkładam do mikrofalówki.

– Ruszają się jak muchy w smole – dolatuje mnie głos mojej mamy z ogrodu.

Okna przestronnej kuchni wychodzą na przyzwoitych rozmiarów taras, z którego można dostać się na zadbaną działkę. Teren jest na tyle duży, że pokusiliśmy się o wybudowanie basenu. Wczoraj ruszyły pierwsze prace.

– Leniwce, a nie robotnicy – narzeka dalej, wdrapując się po schodach na taras. – A gdzie Jochaś?

– Śpi – odpowiadam, wyjmując z lodówki szklaną salaterkę z sałatką z pora i marchewki. Doprawiona majonezem nie stanowi dietetycznego dodatku do obiadu, ale i w tej kwestii nie protestuję. Choć moje ciało wyraźnie odbiega od kształtów sprzed dziesięciu miesięcy, na razie nie mam siły się tym przejmować. Przerażenie ogarnia mnie tylko po wyjściu spod prysznica, gdy zerkam w lustro zawieszone naprzeciwko kabiny. Powoli wyrabiam w sobie nawyk omijania go wzrokiem.

– Ty też powinnaś się zdrzemnąć – stwierdza mama, wchodząc do kuchni i zdejmując z dłoni jednorazowe rękawiczki ubabrane ziemią. Prawdopodobnie znów pieliła rabatki. Kiedyś sama chętnie się tym zajmowałam, teraz nie interesuje mnie nawet, czy okazałe klomby, na wygląd których pracowałam miesiącami, w ogóle jeszcze istnieją.

– Natan wrócił z pracy – oznajmiam ze znużeniem. – Podgrzewam mu obiad.

– A to on nie ma rąk? – mówi, jakby mojego męża nie było w pobliżu.

Puls gwałtownie mi przyspiesza. Gorączkowo zastanawiam się, co powiedzieć, aby załagodzić sytuację. „On” brzmi lekceważąco i kpiąco zarazem, więc czy można w jakikolwiek sposób coś takiego załagodzić? Oczywiście nie urażając przy tym mamy. Ostatecznie milczę, tylko mikrofalówka piszczy.

– Dzięki, kochanie – mówi Natan, sięgając jakby nigdy nic po podgrzany posiłek.

– Smacznego – bąkam, podając mu salaterkę z surówką.

Odpowiada mi uśmiechem i siada przy stole. Natan ma wspaniały czarujący uśmiech. Joachim odziedziczył swój właśnie po nim i pewnie dlatego tak bardzo mnie on urzeka. Siadam obok, korzystając z tej krótkiej chwili, kiedy synek śpi poza moimi ramionami i mogę pobyć w towarzystwie dorosłych. Mama przysiada się do nas.

– Przykryłaś Jochasia kocykiem? – dopytuje.

– Mamo, jest ponad dwadzieścia pięć stopni…

– Owszem, ale to jeszcze noworodek – od razu wchodzi mi w słowo.

– Wiem…

– Chyba nie chcesz, żeby się przeziębił.

– Znowu kupna pieczeń. – Natan bezpardonowo przerywa nam dyskusję, wolno przeżuwając kęs mięsa.

Trudno mi ocenić, czy to pytanie czy stwierdzenie, ale grymas na jego twarzy zdradza niezadowolenie.

– To nie byle jaka pieczeń – odburkuje moja mama z równie niezadowoloną miną. – Kupiona w dobrej restauracji, tuż przy rynku.

– Naprawdę? – Ton głosu Natana ocieka kpiną, a mnie zalewa fala gorąca.

Doskonale wiem, jak bardzo moja mama nie znosi krytyki, nawet gdy dotyczy ona tak prozaicznych rzeczy jak nie do końca trafny wybór restauracji. Zdaję też sobie sprawę z tego, że mama nie zna oferty gastronomicznej Krakowa, a fakt, że w mieście roi się od knajp, tylko zwiększa ryzyko trafienia na towar gorszej jakości. Wyrzucam sobie, że nie pomyślałam o tym wcześniej i nie udzieliłam jej kilku wskazówek, podczas gdy Natan brnie dalej:

– Znamy z Igą kilka naprawdę godnych polecenia lokali, gdzie serwują świetne jedzenie, także na wynos.

Na zapadniętych policzkach mojej mamy pojawiają się zaczerwienienia. To efekt wyrzutu amin katecholowych i serotoniny na skutek zdenerwowania. Znam ten widok od dzieciństwa – i od dzieciństwa mnie on stresuje. Bardzo szybko się zorientowałam, że nie należy doprowadzać mamy do takiego stanu. Byłam zaledwie kilkuletnią dziewczynką, gdy przekonałam się boleśnie, czym to grozi. Z upływem lat nauczyłam się, jak jej nie drażnić, ale zanim do tego doszło, wylałam mnóstwo gorących łez. I choć mało kiedy wiedziałam, czym tak naprawdę zezłościłam mamę, zawsze czułam się wszystkiemu winna. Później weszło mi w nawyk łagodzenie każdej sytuacji podbramkowej, nawet takiej, która postronnym mogłaby się wydawać błaha. Dla mnie żadna z nich nigdy błaha nie była. Łzy zamieniły się w dławiący niepokój, od nadmiaru którego zaczęłam psuć się od środka, gnić niczym przejrzały owoc.

Nerwowo się zastanawiam, jak załagodzić obecną sytuację. Zwykle stawanie pomiędzy mężem a moją mamą wychodzi mi całkiem nieźle. To prawda, że praktyka czyni mistrza. Trenuję tę trudną sztukę od ładnych kilku lat. Niestety, żadne z nich nawet nie podejrzewa, ile mnie to kosztuje. Od tego gniję jeszcze bardziej.

Pomimo usilnych prób tym razem nic sensownego nie przychodzi mi do głowy. Jestem zbyt udręczona nową codziennością, a mojemu umysłowi daleko do bystrości sprzed ciąży.

– Prawda, Igo? – zwraca się do mnie Natan, ewidentnie oczekując, że stanę po jego stronie.

– Nie macie przymusu zjadania przygotowywanych przeze mnie posiłków – oburza się mama, zupełnie jakby spędziła nad przyrządzaniem pieczeni kilka godzin.

Użyta przez nią liczba mnoga porusza mnie bardziej, niż powinna. Przecież nie zgłaszałam żadnych zastrzeżeń do dzisiejszego obiadu. Wręcz przeciwnie, cieszę się, że mogłam zjeść coś ciepłego – zmęczona i obolała, przy ciągłym kwileniu Joachima nie byłabym w stanie ugotować najprostszego dania. Ani go zamówić.

– Mamo, wystarczyło zapytać. – Natan zawzięcie ciągnie temat pomimo mojego milczenia, jak zwykle zupełnie nieświadomy, że stawia mnie w coraz trudniejszym położeniu. – Mnie lub Igę. – Kątem oka dostrzegam, że znów na mnie spogląda.

Jego przytyk moja mama kwituje pełną dezaprobaty miną, po czym wstaje od stołu. Nie mówi nic więcej, po prostu wychodzi z kuchni. Aż dziw, że nie wywiązuje się kłótnia, choć może to tylko cisza przed burzą.

– Wielkie dzięki – burczę, gdy zostajemy sami. Poprawiam nierówno stojący wazon. Ustawiam go dokładnie na środku stołu.

Natan posyła mi pełne konsternacji spojrzenie.

– Musisz szukać zaczepki? – unoszę się.

– Zaczepki? – dziwi się, jakby faktycznie nie wiedział, o co mi chodzi. – Stwierdziłem tylko fakt. Nie moja wina, że mięso smakuje jak stara podeszwa. Tak samo jak nie mamy wina, że trafiła na kiepską restaurację. Wystarczyło poprosić o radę, to chciałem powiedzieć. Nie ma o co się obrażać.

Prycham wściekle, po czym zrywam się z krzesła. Czasami naprawdę brakuje mi do niego słów. Potrafi być równie niedomyślny jak złośliwy. Nie wiem, co tym razem kryje się za jego niestosownym zachowaniem. Nie mam jednak siły się nad tym dłużej zastanawiać, więc bez słowa wychodzę z jadalni.

Nabuzowana, idę zamaszystym krokiem do salonu, aby sprawdzić, czy z Joachimem wszystko w porządku. Odkąd zostawiłam go w łóżeczku, minęło nie więcej niż dwadzieścia minut, ale instynktowy odruch ciągłego kontrolowania jego stanu jeszcze nie stracił na sile. Choć czasem potrzebuję przerwy, w gruncie rzeczy nie odstępowałabym synka na krok, chciałabym mieć go stale na oku i nieprzerwanie czuwać nad jego bezpieczeństwem.

Kiedy przekraczam próg pokoju dziennego, zatrzymuję się w pół kroku. W jednej chwili zastygam w bezruchu, nie dowierzając w to, co widzę. Patrzę przed siebie i zastanawiam się, czy przypadkiem znów nie doświadczam jakiegoś osobliwego przywidzenia. Mrugam, ale obraz przed moimi oczami się nie zmienia.

Mama siedzi na kanapie i tuli mojego syna w ramionach. Czule go obejmuje, z uśmiechem spoglądając na jego spokojną twarzyczkę. Kiedy niespiesznie podnosi na mnie wzrok, posyłam jej pytające spojrzenie.

– Przebudził się i zaczął kwilić – wyjaśnia szeptem.

– Aha – dukam, gotowa dać sobie rękę uciąć, że nie płakał.

Wpatruję się w nią kołyszącą Joachima i czuję dojmujący mętlik. Od natłoku myśli zaczyna boleć mnie głowa, na wysokości skroni pojawia się dokuczliwe pulsowanie.

Może jednak Joachim się przebudził?

Może Natan wcale nie był uszczypliwy, tylko stwierdził fakt?

I może mama wcale się nie obraziła, tylko wyszła z jadali, bo usłyszała kwilenie dziecka w salonie?

4

Wtedy

Nie miałam w życiu łatwo. Właściwie to zawsze pod górkę. Miewałam momenty, kiedy piekielnie trudno było mi się pozbierać, ale mimo to zawsze brnęłam przed siebie. Taka już byłam. Niesłychanie ciężko było mnie złamać. Do tamtego dnia nieskromnie nawet myślałam, że jestem niezniszczalna. Cóż, jakie to ludzkie: mylić się.

Teraz to wiem. Myliłam się. Wcale nie byłam niezniszczalna.

Najpierw zawiedli mnie rodzice: oschłe wychowanie, tak zwany zimny chów, od groma rygorystycznych zasad i reguł do przestrzegania, niewiele swobody, praktycznie całkowity brak własnej woli. Co prawda nigdy nie zaznałam fizycznej przemocy z ich strony, ale presja, jaką na mnie wywierali od najmłodszych lat, poczyniła nie mniejsze spustoszenie w mojej głowie. Z upływem czasu dochodzę nawet do wniosku, że nie ma nic gorszego niż emocjonalna manipulacja.

Pamiętam, że jako mała dziewczynka zawsze chciałam zadowolić swoich rodziców. Oczywiście nie ma w tym nic nadzwyczajnego, to pragnienie, niemal fundamentalne, każdego dziecka. Tacy się rodzimy, tak skonstruowana jest nasza psychika. O ile sporadycznie udawało mi się tego dokonać w przypadku mojego ojca, o tyle nigdy nie byłam wystarczająco dobra dla mojej mamy. Nieustanny krytycyzm i niewybredny sarkazm raniły niczym ostre sztylety, pozostawiając już na zawsze krwawiące blizny. Cierpi na tym przede wszystkim samoświadomość, która u dziecka jest szczególnie krucha i delikatna. Z niewiarygodną łatwością może ulec zniszczeniu. Jeśli wydaje się wam, że przesadzam, to najwyraźniej mieliście zupełnie odmienne dzieciństwo niż ja – i cholernie wam tego zazdroszczę. Nawet nie wiecie, jakimi jesteście szczęściarzami.

Później rozczarowanie przyniosła młodzieńcza miłość: chłopak, którego pokochałam tym pierwszym, gorącym uczuciem, zadrwił ze mnie bezlitośnie, wymieniając mnie na moją najlepszą przyjaciółkę. Oczywiście ta wstrętna wywłoka nigdy nie była moją najlepszą przyjaciółką, ale niestety dowiedziałam się o tym zbyt późno. Moje i tak już mocno naruszone poczucie własnej wartości spadło do nieprzyzwoicie niskiego poziomu.

Mimo wszystko przetrwałam. Poszłam dalej. Rozpoczęłam studia i skrupulatnie zaplanowałam swoją przyszłość, stawiając na solidny rozwój zawodowy. Rodzice żywili przeświadczenie, że to oni wybrali mi kierunek studiów. To wymagało niemałego wysiłku i jeszcze większego sprytu, ale chciałam osiągnąć coś, co będzie przynosiło satysfakcję mnie, a nie tylko moim rodzicom. Zamierzałam dołożyć wszelkich starań, aby być szczęśliwą. I muszę przyznać, że do pewnego czasu wychodziło mi to całkiem nieźle.

Ale niestety, jak już wspomniałam, życie lubiło poddawać mnie próbom.

Byłam już jedną nogą na drugim roku studiów biotechnologicznych, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ósmy tydzień był idealnym czasem na wizytę u ginekologa i pierwsze badanie USG, ale byłam tak przerażona nowiną, że o tym nie pomyślałam. Moja starannie zaplanowana przyszłość zadrżała w posadach. Pozostało mi odliczać dni, kiedy legnie w gruzach. Jeśli brać pod uwagę przeciętną długość ciąży i to, że byłam w ósmym tygodniu, to pozostało mi ich około dwustu trzech. Dwieście trzy dni do katastrofy.

Nie decydując się na wizytę u lekarza, straciłam więcej, niż mogłabym sobie wyobrazić. Nie mam żadnego zdjęcia tlącego się wtedy we mnie życia. Nie to jest jednak najgorsze. Moja własna ignorancja pozbawiła mnie rzetelnej dokumentacji mojego stanu. I choć mogłoby się to wydawać mało istotne, zaważyło na wszystkim, co wydarzyło się później. Na reszcie mojego popapranego życia.

Nie, to nie było tak, że w ogóle zamierzałam odpuścić wizytę u lekarza. Po prostu najpierw musiałam to wszystko jakoś poukładać sobie w głowie.

Jak pogodzić trudne studia z jeszcze trudniejszym macierzyństwem? Czy aborcja przeszła mi przez myśl? Ze wstydem przyznam się, że owszem. Oczywiście, że pragnęłam mieć dzieci, nawet całą gromadkę, ale na Boga, nie w tamtym okresie mojego życia! Byłam zbyt młoda, zbyt niegotowa i zbyt mało niezależna, aby zostać matką.

Do dziś żałuję, że pomysł usunięcia ciąży w ogóle przyszedł mi do głowy. Czasami się zadręczam, że to, co spotkało mnie później, jest jego pokłosiem, choć wierzcie mi, to była przelotna krótkotrwała myśl, która zrodziła się nagle w moim zszokowanym sytuacją umyśle. Jestem pewna, że powstała w wyniku zwykłego strachu. Już samo wyobrażenie spotkania z rodzicami wywracało mi żołądek na drugą stronę, przyprawiało o nieznośny ucisk w klatce piersiowej, niemal pozbawiało zdolności oddychania. Nie łudziłam się, że to będzie przyjemna rozmowa.

Wierzyłam, że przynajmniej Arek się ucieszy. Przy jego wsparciu zaznajomienie rodziców z moim stanem wydawało się odrobinę łatwiejsze.

5

Teraz

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Monika Rossiter

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Bożena Sęk

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce: © Anthony Tran, © Philipp Berndt/Unsplash.com

Copyright © Klaudia Muniak, 2020

Copyright © 2020 for the Polish edition

by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2020

ISBN 978-83-66654-11-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek