Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie ucz się słówek. Ucz się zdań to książka, która zmieni Twój sposób myślenia o nauce języków. Jej autor, Konrad Jerzak vel Dobosz – polski poliglota i uczestnik programu „The Brain”, pokazuje, że skuteczna nauka nie polega na wkuwaniu list słówek, lecz na pracy z całymi zdaniami. Poznasz historię powstania jego metody, jej fundamenty oraz drogę, która doprowadziła do stworzenia systemu pomagającego tysiącom osób przełamać barierę językową. Zrozumiesz, dlaczego tradycyjne podejście często zawodzi – i co zrobić, by nauka wreszcie zaczęła przynosić efekty.
Krok po kroku przejdziesz przez konkretny, praktyczny plan działania. Dowiesz się, jak skutecznie zapamiętywać, jak wykorzystywać proste narzędzia i techniki wzmacniające pamięć oraz jak uczyć się mądrzej, zamiast spędzać nad językiem długie, frustrujące godziny. Odkryjesz sposoby na to, by znaleźć czas na naukę nawet, gdy pracujesz, masz rodzinę i natłok obowiązków.
Nie jest to nudny poradnik metodyczny. Czytając książkę, przeniesiesz się do słonecznej Brazylii, gorącej Tunezji, egzotycznych Indii, malowniczej Toskanii, a nawet… na przesłuchanie KGB. Jest też w niej coś dla miłośników krasnoludków, pand i sztucznej inteligencji. Znajdziesz tu mnóstwo zabawnych anegdot, historii z życia, osobistych doświadczeń oraz konkretnych studiów przypadków, które pokazują, jak metoda działa w praktyce w różnych sytuacjach. Dzięki temu zobaczysz, jak dopasować ją do własnych celów, poziomu i stylu życia. Jeśli chcesz wreszcie zacząć mówić w języku obcym i się przy tym nie stresować, ta książka pokaże Ci, jak to zrobić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 648
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
W poszukiwaniu metody
Nie masz szans
Czy pamiętasz swoje marzenia z dzieciństwa? Kim chciałeś zostać? Kim chciałaś być? Każdy z nas choć raz zamykał oczy i wyobrażał sobie swoją przyszłość. Będę nauczycielką, która pomaga małym dzieciom pisać pierwsze litery. Zostanę lekarzem dumnie noszącym stetoskop na szyi, albo pierwszym człowiekiem na Marsie, przed którym roztacza się bajeczny krajobraz czerwonej planety.
Jako mały chłopiec uwielbiałem kreskówki z królikiem Bugsem i kaczorem Duffym. Siedziałem przed telewizorem, wpatrzony w migające obrazy, jakbym na krótki moment sam stał się częścią oglądanej historii. Ale nie chciałem być rysownikiem, który za pomocą ołówka i farb wprawia obrazki w ruch, ani scenarzystą rozpisującym zabawne historie klatka po klatce. Postanowiłem, że zostanę reżyserem – kimś, kto sprawia, że wszystkie te elementy łączą się w całość, dzięki czemu dzieciaki mogą niczym zaczarowane przenieść się na krótką chwilę do innego, piękniejszego świata.
Ale gdy zacząłem naukę angielskiego, pojawił się zupełnie nowy plan na życie. Pewnego dnia siedziałem nad zeszytem, do którego przepisywałem tabelkę z odmianą czasownika to be, próbując zapamiętać, czym różni się am od is i are. Obok leżał podręcznik English Is Fun z krótkim opisem domu z ogrodem, którego właścicielem był niejaki Mr James Scott. I gdy patrzyłem na zabawne obrazki obok krótkich dialogów, pojawiła się myśl: będę tworzył podręczniki do nauki tego języka. Pierwszy z nich zacząłem nawet pisać, choć nie było to łatwe zajęcie, biorąc pod uwagę, że po kilku lekcjach znałem ledwie kilka angielskich słów. Moja książka o porwaniu pingwina przez inne zwierzęta, które odkrywają magiczne drzwi do innego świata, wydawała mi się jednak znacznie ciekawsza od nudnego życia pana Scotta w Wielkiej Brytanii.
Kilka lat później rodzice kupili mi akwarium, więc postanowiłem zostać ichtiologiem – ekspertem od ryb. Szybko okazało się jednak, że są z tym dwa problemy. Po pierwsze, nikt wokół mnie nie wiedział tak do końca, kim właściwie jest ichtiolog. Po drugie, ryby pozostawały całkowicie obojętne na moje wysiłki i nie chciały się rozmnażać. Czytałem o nich wszystko, co wpadło mi w ręce, sprawdzałem temperaturę wody, karmiłem je dziwnymi płatkami pachnącymi stęchłym dorszem i wpatrywałem się w akwarium z naukowym skupieniem, ale neonki konsekwentnie mnie ignorowały. Im więcej się o nich dowiadywałem i im bardziej się starałem, tym większa ogarniała mnie frustracja – rybki wbrew moim planom nie okazywały żadnych ambicji rodzicielskich. Uznałem więc, że jeśli nie potrafię skłonić ich do rozmnażania, to najwyraźniej pomyliłem powołanie. Wtedy postanowiłem zostać piłkarzem.
Zacząłem trenować w Varsovii – klubie, w którym kilka lat później swoją piłkarską drogę miał rozpocząć Robert Lewandowski. Po jednym z meczów, słuchając słów trenera, poczułem nagły przypływ nadziei. W ciągu kilku sekund w mojej wyobraźni z chłopaka grającego na osiedlowym boisku, na którym rzuty rożne można wybijać tylko z jednego rogu, bo w drugim stoi wiata śmietnikowa, stałem się dorosłym zawodnikiem wybiegającym na murawę w blasku reflektorów, przy pełnych trybunach.
Trener po ostatnim gwizdku zebrał nas – umorusanych w błocie chłopaków w czerwono-żółtych strojach – i odezwał się głosem nasyconym tym charakterystycznym wkurzeniem, znanym każdemu, kto pamięta metody szkoleniowe z dawnych czasów.
– Chłopcy, graliście dziś beznadziejnie!
Po czym spojrzał na mnie i już spokojniejszym tonem dodał:
– Tylko do Jerzaka nie mam pretensji.
Wszyscy zwrócili wzrok w moim kierunku z wyraźnym zdziwieniem. Co prawda wpuściłem osiem bramek, ale przecież w dwóch sytuacjach prawie udało mi się złapać piłkę. A trener z pewnością wie, co mówi.
– Chłopak nie ma zupełnie talentu, więc nie można od niego wymagać cudów. Ale wy moglibyście się trochę bardziej postarać.
Gdy dodał te słowa, moje plany wygrania mistrzostw świata dla Polski rozpadły się jak obrona Brazylii w pamiętnym półfinale z Niemcami. Cóż, znów musiałem zmodyfikować plan na życie.
Jak widać, moje marzenia zmieniały się szybciej niż prognoza pogody w kwietniu, ale za każdym z nich stała ta sama, olbrzymia ciekawość i chęć nauczenia się czegoś nowego. Pewnego dnia wszystko jednak uległo zmianie.
Nasze liceum otrzymało w prezencie zestaw książeczek w języku francuskim, które następnie przez lata kurzyły się na szkolnej półce. Wszyscy marzyli raczej o tym, by mówić perfekcyjnie po angielsku. Były lata dziewięćdziesiąte XX wieku. Chwilę wcześniej opadła żelazna kurtyna, która przez dekady odgradzała nasz kraj od państw zachodniej Europy. Wreszcie można było podróżować, a język angielski jawił się jako niezbędne narzędzie do spełniania marzeń o podbijaniu szerokiego świata.
W naszym liceum przyjęto jednak zasadę, że uczniowie będą uczyć się jeszcze jednego języka obcego. Ponieważ moja klasa miała profil kulturowo-językowy – cokolwiek to wtedy znaczyło – uznano, że idealnym wyborem będzie francuski. To przecież język kultury, literatury i salonów, do których, przynajmniej w teorii, powinniśmy aspirować.
Już po pierwszej lekcji większość uznała, że nauka tego języka nie będzie ich głównym celem w życiu. „Francuski to ciąg przypadkowych dźwięków, z którego nie jestem w stanie nic wyłuskać” – pamiętam do dziś słowa mojego kolegi z klasy.
Ja też początkowo traktowałem francuski jak kulę u nogi. Choć nasza nauczycielka dwoiła się i troiła, zapisując na tablicy odmianę czasownika être i próbując nauczyć nas gardłowego, francuskiego r, z tylnych ławek w klasie słychać było raczej westchnienia niż oznaki zachwytu. Dla większości z nas był to po prostu jeszcze jeden przedmiot, który należało zaliczyć. Przynajmniej do tamtego dnia.
W czasie przerwy podszedłem do regału stojącego w kącie sali i znalazłem na półce niewielką książeczkę W 80 dni dookoła świata. Była to uproszczona wersja, przeznaczona dla osób uczących się francuskiego. Miała ciemną okładkę, a na niej obrazek balonu unoszącego się nad mapą świata.
Zawsze lubiłem Jules’a Verne’a, więc zapytałem nauczycielkę, czy mogę wypożyczyć tę książkę. Nie było z tym żadnego problemu. Mam nawet wrażenie, że pani od francuskiego szczerze się ucieszyła, bo ktoś wreszcie okazał temu językowi przynajmniej odrobinę zainteresowania.
Jeszcze tego samego dnia wyruszyłem w podróż z Phileasem Foggiem. Płynąłem razem z nim statkiem parowym, niemalże czując piekący w oczy zapach węgla; jechałem na słoniu, kołysząc się na jego grzbiecie; uwalniałem wdowę po hinduskim maharadży, słysząc krzyki wściekłego tłumu i trzask płonących pochodni. Historia wciągnęła mnie bez reszty, a kto wie – może wpłynęła też na moją podświadomość, bo koniec końców żonę, podobnie jak Fogg, znalazłem w Indiach. Na szczęście, w odróżnieniu od bohaterki książki, nie próbowano spalić jej na stosie, gdy się spotkaliśmy.
Tydzień później nauczycielka powiedziała mi, że jeśli chcę, mogę wziąć więcej książek. Wspomniała też o Instytucie Francuskim w Warszawie. Zaczęła przynosić mi kolejne materiały, w tym podręcznik do nauki francuskiej wymowy – jej marzeniem było chyba, by przynajmniej jedna osoba wypowiadała wreszcie poprawnie francuskie r.
Przy Senatorskiej znajdowała się nie tylko biblioteka, ale też mała księgarnia, w której kupiłem jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa: Le Petit Nicolas – opowieść o zwariowanych przygodach Mikołajka i jego kolegów.
Język francuski zaczął mi towarzyszyć na co dzień. Czytałem kolejne książki, jadąc autobusem do szkoły. Pewnego razu wywołałem zdziwienie u siedzącego obok mnie pięciolatka – dlaczego taki duży chłopak czyta książki dla dzieci i to jeszcze zapisane jakimś dziwnym pismem pełnym kreseczek, ogonków i daszków?
W wakacje pojechałem na obóz językowy do Człuchowa, gdzie przez dwa tygodnie przebywaliśmy w towarzystwie francuskojęzycznych Szwajcarów. Kalendarz mieliśmy bardzo napięty i intrygujący: zajęcia z amatorskiego teatru, pisanie horoskopów, masaże, obserwacje leśnego ptactwa oraz wprowadzenie do francuskiego komiksu. To ostatnie wywarło później duży wpływ na moje życie.
Jeden z naszych wychowawców, Jacques, wysyłał mi potem regularnie komiksy, wśród których był między innymi popularny Titeuf – opowieść o chłopcu z charakterystyczną fryzurą, będącą mieszanką irokeza i lisiej kity, który z dziecięcą szczerością komentuje świat dorosłych. Taki Mikołajek w wersji hardcore, który pomógł mi opanować mniej „książkowy” francuski.
Gdy nadszedł ostatni rok liceum, wiedziałem już, co chcę robić dalej. Chcę studiować język francuski. Postanowiłem zdawać na romanistykę – kierunek, na którym zajęcia odbywały się po francusku, a studenci poznawali literaturę i historię Francji.
Byłem pewny siebie, ale w mojej głowie pojawiło się ziarno wątpliwości. Mój francuski nie był idealny. Uczyłem się słówek, czytałem książki do gramatyki, ale swobodna rozmowa w tym języku wciąż sprawiała mi trudność.
Czy znasz to uczucie, gdy chcesz coś powiedzieć, ale słowa chowają się gdzieś w twojej głowie? Czy nie masz wtedy wrażenia, że wszyscy na ciebie patrzą, a ty za chwilę zapadniesz się pod ziemię? Właśnie tak się czułem.
Przepisywałem nowe słówka z książek do zeszytu i szukałem ich znaczeń w słowniku. Miałem jednak wrażenie, że czegoś mi brakuje. Nawet jeśli udawało mi się zapamiętać nowe słowo, użycie go w zdaniu było nie lada wyzwaniem. Czasami miałem też wrażenie, że wyrazy takie jak le cortège, czyli „orszak”, mogą mi się do niczego nie przydać. A jednak uczyłem się ich pilnie – w końcu chciałem znać ten język perfekcyjnie.
I właśnie wtedy przeprowadziłem jedną z najważniejszych rozmów w moim życiu. Do dziś potrafię przypomnieć sobie każdy jej szczegół. Do szkoły przyszła pani psycholog, która miała pomóc nam w wyborze studiów.
Była elegancką kobietą niskiego wzrostu, ubraną w prostą, niebieską sukienkę. Jednym słowem, niczym się nie wyróżniała. Gdy jednak zaczynało się jej słuchać, można było odnieść wrażenie, że w jej spokojnym głosie pobrzmiewa doświadczenie, które naturalnie budowało wokół niej silny autorytet i wyjątkową aurę.
Zaczęła po kolei pytać nas o plany na przyszłość. W klasie unosiły się ciche szmery: ktoś wspominał o prawie, ktoś inny o architekturze. Pani psycholog kiwała głową, robiła krótkie notatki i każdemu poświęcała chwilę, dodając kilka uwag i gratulując wyboru.
W pewnym momencie spojrzała w moją stronę. Zapadła krótka cisza.
– A ty, Konrad? Co chcesz studiować? – Usłyszałem nagle jej głos.
Miałem wszystko przemyślane. Choć wielu moich kolegów – a właściwie koleżanek, bo na dwadzieścia dziewięć osób w klasie aż dwadzieścia pięć stanowiły dziewczyny – planowało podchodzić do egzaminów na kilka kierunków, ja byłem pewien swojego wyboru.
– Będę zdawał na romanistykę. Uwielbiam język francuski – odpowiedziałem, starając się, by w moim głosie było tyle samo pewności, ile zabrzmiało w jej pytaniu.
Zapadła wtedy niezręczna cisza, która – jak mi się wtedy wydawało – trwała zdecydowanie zbyt długo.
– Ale mieszkałeś we Francji, prawda? – spytała pani psycholog wyraźnie zdziwiona.
Nagle poczułem się niepewnie. Byłem za granicą tylko raz, na szkolnej wycieczce do czeskiej Pragi. Z rodzicami podróżowaliśmy wyłącznie po Polsce, zawsze tymi samymi, dobrze znanymi trasami. Znałem raczej Przasnysz, Gdańsk czy Kielce, a nie Barcelonę, Londyn albo Paryż. Podróż do innych krajów mogła się urzeczywistnić jedynie w mojej wyobraźni – była mglistym marzeniem, które być może nigdy się nie zrealizuje.
Uwielbiałem przeglądać atlas z mapami. Przewracałem strony przyjemnego w dotyku kredowego papieru, aby śledzić palcem cienkie linie granic i nazwy miast, których brzmienie miało w sobie coś magicznego. Czułem się wtedy tak, jakbym wybierał się w daleką podróż – niczym Phileas Fogg – choć w rzeczywistości wciąż siedziałem przy swoim biurku.
Szczerze powiedziawszy, nauka języków była dla mnie namiastką realizacji marzeń o poznawaniu świata. Gdy czytałem francuskie książeczki, czasem zamykałem oczy i miałem wrażenie, że spaceruję po paryskich Polach Elizejskich – słyszę szum przejeżdżających samochodów, gwar rozmów dochodzący z kawiarni i dźwięk filiżanek stawianych na marmurowych stolikach, choć nie miałem pojęcia, jak stolica Francji w rzeczywistości wygląda i czy są tam w ogóle marmurowe stoliki; a kiedy uczyłem się angielskiego, widziałem siebie na ulicach Nowego Jorku, zadzierającego głowę, by dostrzec szczyty drapaczy chmur, wśród hałasu klaksonów, zapachu spalin i ciągłego ruchu miasta, które nigdy nie zasypia.
Już sam wyjazd za granicę pozostawał dla mnie wyłącznie marzeniem, planem odłożonym na bliżej nieokreśloną przyszłość. A żeby jeszcze tam mieszkać? To wydawało się zupełnie niemożliwe.
– Nie. Nigdy tam nie byłem – odpowiedziałem, a mój głos lekko zadrżał.
– A uczysz się francuskiego gdzieś poza szkołą? – zapytała pani psycholog.
Pomyślałem o kilku znajomych z liceum francuskojęzycznego, których poznałem podczas obozu w Człuchowie. Mieli część lekcji prowadzonych po francusku, byli niemal codziennie zanurzeni w tym języku i mówili znacznie lepiej ode mnie.
Czy muszę być na ich poziomie, żeby dostać się na studia? W ciągu kilku sekund przez moje myśli przewinęło się mnóstwo czarnych scenariuszy.
Przez chwilę przyszło mi do głowy, że mógłbym zapisać się na dodatkowe lekcje albo korepetycje z francuskiego. Szybko jednak zrozumiałem, że to nie jest realna opcja. Moi rodzice robili wszystko, co mogli, ale na takie zajęcia po prostu nie było nas stać.
– Nie. Uczę się tylko w szkole – zdołałem odpowiedzieć, czując, jakbym miał zaraz zapaść się pod ziemię.
I wtedy usłyszałem słowa, które pamiętam do dziś.
– W takim razie nie masz szans.
Nie masz szans. Czy kiedykolwiek ktoś powiedział ci coś podobnego? Nie nadajesz się.To niemożliwe.Zapomnij.Nie dasz rady.
Mój świat w tamtej chwili się zawalił. Nie miałem planu B. Czy powinienem zmienić decyzję i zdawać na inny kierunek studiów? A jeśli tak, na jaki? Na zmianę planów nie było już przecież czasu.
Opowieść babci
Gdy wracałem do domu, siedziałem milczący w autobusie, wpatrując się w okno. Na kolanach leżała otwarta książka z przygodami Mikołajka, ale nie miałem w sobie siły, by wrócić do lektury. Autobus podskakiwał na nierównościach, za szybą przesuwały się rozmazane światła ulic. Miałem wrażenie, że moje plany i marzenia odjeżdżają razem z kolejnymi przystankami. Czułem na barkach ciężar, z którym nie bardzo wiedziałem, co zrobić. Tak bardzo liczyła na mnie rodzina, a zwłaszcza babcia.
Przypomniałem sobie wtedy historię, którą kiedyś mi opowiedziała. Szliśmy razem do biblioteki i mijaliśmy stare, drewniane wille letniskowe. Ich widok musiał przywołać w jej pamięci trudne wspomnienia z dzieciństwa.
– Pamiętam, jak uczyłam się w szkole w Zielonce, tej samej, do której ty chodzisz – odezwała się. – Mieliśmy bardzo surowego nauczyciela od matematyki, więc o dobre oceny było naprawdę trudno. Pewnego dnia mój ojciec, czyli twój pradziadek, wrócił z wywiadówki i poprosił moją mamę na rozmowę. Byłam przerażona. Spodziewałam się najgorszego.
Po chwili tata zawołał mnie do pokoju. Za okrągłymi okularami widziałam jego zatroskane, ale jednocześnie surowe spojrzenie. Do dziś pamiętam ton jego głosu:
„Danusiu, musimy coś z tym zrobić. Wiem, że jesteś zdolna i stać cię na poprawę oceny z matematyki. Rozmawiałem z mamą i postanowiliśmy złożyć ci propozycję. Jeśli na koniec roku będziesz miała na świadectwie piątkę, dostaniesz prezent. W mojej pracy organizowany jest wyjazd dla dzieci do Wilna – możemy cię na niego wysłać. Albo, jeśli wolisz, kupimy ci rower…”
Gdy usłyszałam te słowa, oczy zaświeciły mi się z radości. Rower. Niebieski rower. Dokładnie taki sam, jaki wypatrzyliśmy kiedyś w Warszawie, w witrynie domu towarowego. Stał na podwyższeniu w świetle lamp, a jego metalowa rama błyszczała jak skarb z innego świata. W tamtej chwili wiedziałam już, co zrobię.
Zaczęłam uczyć się matematyki jak szalona. Codziennie rozwiązywałam zadania, jedno po drugim, aż cyfry zaczynały mi się mieszać przed oczami. Starałam się być bardziej aktywna na lekcji, zgłaszałam się, nawet gdy nie byłam do końca pewna odpowiedzi. Gdy ogarniało mnie zniechęcenie, zamykałam oczy i wyobrażałam sobie, że jadę na rowerze ulicami Zielonki, czuję wiatr we włosach i głośno dzwonię, żeby usłyszały mnie moje koleżanki. Odwracały wtedy głowy z zazdrością, a ja machałam do nich, śmiejąc się i krzycząc: „Zobaczcie, mam nowy, niebieski rower!”.
Jak pewnie się domyślasz, na koniec roku przyniosłam z dumą świadectwo szkolne. Piątka z matematyki. Moje marzenie się spełniło.
Do dziś pamiętam ten dzień. Weszliśmy z tatą do sklepu i byłam tak szczęśliwa, że nie mogłam ustać w miejscu. Gdy dotknęłam roweru – mojego roweru – ręce delikatnie mi się trzęsły. A wieczorem nie mogłam zasnąć. Dostałam nawet gorączki. Byłam szczęśliwa, bo mój niebieski rower stał obok łóżka.
– I wiesz co? – babcia przystanęła na chwilę i spojrzała gdzieś daleko przed siebie. – Dziś, gdy cofam się myślami w czasie… strasznie tego żałuję. Jaka byłam głupia!
To było lato 1939 roku. Kilka tygodni później wybuchła II wojna światowa. Hitlerowskie Niemcy zajęły Polskę i całe moje życie zmieniło się na zawsze. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej na geografii uczyliśmy się o wyrysowanych na wielkiej mapie granicach krajów, które lada moment miały przestać istnieć.
A rower? Chwilę po wejściu wojsk niemieckich do Zielonki został zarekwirowany. Już nigdy więcej go nie zobaczyłam. Nawet na nim nie pojeździłam.
I żałuję dziś jednego. Miałam wtedy okazję pojechać do polskiego Wilna. Twój pradziadek pracował jako instruktor nauki jazdy i w jego zakładzie pracy pojawiła się możliwość wyjazdu do tego miasta dla dzieci pracowników – coś wyjątkowego, na co nikt inny z mojej klasy nie mógł liczyć. A ja z tej okazji nie skorzystałam. Wolałam rower, którym mogłabym pochwalić się przed koleżankami.
Po wojnie świat całkowicie się zmienił, a Wilno znalazło się w granicach Związku Radzieckiego. Straciłam jedyną szansę, by zobaczyć to miasto takim, jakim było dawniej. Całe życie żałowałam tej decyzji, bo z czasem zrozumiałam, że ogromną wartością jest poznawanie świata, a nie przedmioty, które można postawić w kącie pokoju, nawet jeśli pięknie lśnią. Tak naprawdę znaczenie mają zebrane doświadczenia, które zostają z nami na zawsze. Nawet gdyby nie wybuchła wojna, tamten rower dawno by się zepsuł albo gdzieś zawieruszył, a wspomnienia z podróży mogłyby zostać ze mną do końca życia.
Poprawienie oceny z matematyki nauczyło mnie czegoś jeszcze: że wytrwała nauka naprawdę ma sens. Że nawet gdy coś wydaje się ponad nasze siły, systematyczna praca potrafi przesunąć granice tego, co uważamy za możliwe.
Niestety nie miałam możliwości pójść na studia. W 1939 roku jeszcze przez krótki czas chodziliśmy do szkoły. Otrzymałam nawet świadectwo, na którym oceny zapisano po niemiecku. Szybko jednak stało się jasne, że okupanci nie zamierzają pozwolić Polakom na dalszą edukację. Traktowali nas jak ludzi drugiej kategorii i odebrali nam nie tylko ojczyznę, ale także prawo do kształcenia. Szkoły zostały zamknięte.
Chodziłam co prawda na zajęcia, które nauczyciele prowadzili potajemnie w prywatnych domach. Gdy jednak wojna się skończyła, miałam ukończoną jedynie szkołę podstawową, a to było za mało, by kształcić się dalej. Nie było mi dane pójść na studia. Urodziłam dziecko, zaczęłam pracować. Marzenia o dalszej nauce musiałam odłożyć na półkę, wiedząc, że już nigdy do nich nie wrócę.
Przez całe życie nosiłam w sobie brzemię niepełnego wykształcenia. Trudno było mi o awans, choć wiedziałam, że potrafiłabym sprostać nawet najtrudniejszym wyzwaniom. Gdyby życie potoczyło się inaczej i historia świata obrała inne ścieżki, pewnie byłabym dziś w zupełnie innym miejscu.
Książka, od której wszystko się zaczęło
Wiedziałem, jak bardzo babci zależało na naszym wykształceniu. Pokładała wielkie nadzieje w moim tacie, który podszedł nawet do egzaminu na politechnikę. Z jakiegoś powodu, którego sam nigdy nie potrafił mi wyjaśnić, oddał jednak pustą kartkę. Wkrótce potem został powołany do wojska na dwa lata. Jedyną dobrą stroną tej historii było to, że właśnie tam poznał moją mamę.
Siedząc w autobusie, pomyślałem o babci. Opowiadałem jej o swoich planach. Studia na Uniwersytecie Warszawskim – uczelni, która także w czasach jej młodości uchodziła za elitarną – byłyby spełnieniem jej marzeń.
Babcia chyba widziała we mnie trochę siebie – tylko że ja urodziłem się w lepszych czasach. Czuła też, że jestem w stanie dokonać właściwych wyborów… bo przecież nie lubiłem jeździć na rowerze, za to wolałem opowiadać jej o podróżach, które odbywałem, wędrując palcem po mapie Azji, Afryki czy Ameryki.
„Nie mogę zawieść babci” – myślałem przez całą drogę. „Muszę znaleźć rozwiązanie. Nie przeprowadzę się do Francji ani nie zapiszę się na intensywny kurs językowy. Nie wolno mi jednak rezygnować z marzeń. Tylko jak nauczyć się francuskiego szybko i na tyle dobrze, by zdać egzamin?”
W mojej głowie kłębiło się mnóstwo pytań, jedno goniło drugie, ale paradoksalnie przyniosły pewną ulgę – zagłuszyły poczucie bezradności i zmusiły mnie do myślenia. Skoro nie mogłem wpłynąć na okoliczności, musiałem znaleźć sposób, by zmienić swoje podejście.
Po kilku dniach postanowiłem wybrać się do miejskiej biblioteki w Warszawie. Nie miało to wyjątkowo nic wspólnego z językiem francuskim. Trafiłem tam z prozaicznego powodu – musiałem solidnie przygotować się do sprawdzianu, a tylko tam mogłem znaleźć potrzebne książki.
Miejsce to miało w sobie coś wyjątkowego. Gdy przechodziłem wąskimi korytarzami, po bokach których stały metalowe szafy, miałem wrażenie, że jestem kimś bardzo małym wobec ogromu wiedzy ukrytej w dziesiątkach szufladek ze skatalogowanymi tytułami. W powietrzu unosił się zapach starego papieru, a wokół panowała cisza, przerywana co jakiś czas skrzypieniem podłogi pod stopami osób krążących między regałami.
Aby skorzystać z książki na miejscu, należało najpierw odnaleźć jej sygnaturę w katalogu. Każda pozycja miała swoją kartę umieszczoną w jednej z szufladek, a te były uporządkowane tematycznie. Znalezienie właściwego tytułu zajmowało czasem nawet godzinę, ale samo przeglądanie katalogu było niezwykle wciągające. Można było trafić na intrygujące książki, na które inaczej nigdy bym się nie natknął.
Po zapisaniu na karteczce sygnatur książek, należało przekazać ją bibliotekarzowi i zająć miejsce przy jednym ze stolików. Wybrany tytuł był wyszukiwany w magazynie, a bibliotekarz przynosił książkę po mniej więcej trzydziestu minutach. Ponieważ nie mieszkałem w Warszawie, mogłem korzystać z książek wyłącznie na miejscu.
Wertując karty w szufladzie katalogu, natrafiłem przypadkiem na nową kategorię: „Nauka języków obcych”. Ciekawe. Istnieją książki, z których można dowiedzieć się, jak uczyć się języków skuteczniej? Może to wydać się zabawne, ale do tej pory miałem wrażenie, że nauka zawsze wygląda tak samo. Człowiek po prostu siada i się uczy – bez większej filozofii. Ta myśl zatrzymała mnie przy katalogu na dłużej.
Nowa kategoria książek zainteresowała mnie na tyle, że trudno było mi oderwać się od katalogowej szufladki. Przyznam, że zupełnie zapomniałem o sprawdzianie, do którego miałem się przygotowywać. Na rewersie, który wypełniało się, by otrzymać książkę, od razu zapisałem sygnatury kilku tytułów.
Jeden z nich szczególnie mnie zaintrygował. Była to książka Zygmunta Broniarka Jak nauczyłem się ośmiu języków obcych. Jej wcześniejsze wydanie nosiło nieco inny tytuł: Jak nauczyłem się sześciu języków obcych. Niesamowite. W ciągu kilku lat Broniarek opanował dwa kolejne języki, więc musiał zaktualizować tytuł swojej książki. Skoro tak, znaczyło to, że naprawdę znał się na rzeczy. Byłem przekonany, że znajdę w niej podpowiedź, jak uczyć się francuskiego, by zdać egzamin na studia.
Gdy przekazałem bibliotekarzowi karteczkę z sygnaturami książek, usiadłem przy stoliku. Każdy pobyt w bibliotece był mieszanką długich poszukiwań w katalogu i ciągnącego się oczekiwania na zamówione tytuły – byłem już do tego przyzwyczajony. W tym czasie mogłem bez końca przyglądać się stałym bywalcom czytelni.
Obok mnie siedział mężczyzna z rozczochranymi, siwymi włosami, w znoszonej i wielokrotnie cerowanej marynarce. Na stoliku przed nim leżała plastikowa torba z zeszytami. Po prawej stronie intensywnie uczył się piegowaty student w okularach, przed którym piętrzyły się książki o zaawansowanej fizyce molekularnej.
Czy wśród tych dziwnych ludzi znajdę odpowiedź na moje pytania? Czułem podskórnie, że granica między geniuszem a szaleństwem jest wyjątkowo cienka. Ale może właśnie tutaj, wśród takich osób, rodziły się teorie, których nie da się znaleźć w szkolnych podręcznikach?
Jak się już pewnie domyślasz, książka Broniarka całkowicie mnie pochłonęła. Polski dziennikarz nie tylko wyjaśniał, jak uczyć się języków, ale przede wszystkim opowiadał mnóstwo barwnych historii. Miałem wrażenie, że siedzę razem z nim na konferencjach prasowych w Białym Domu, wsłuchując się w pytania międzynarodowych korespondentów i obserwując, jak świat reaguje na najważniejsze komunikaty. Chwilę później przenosiliśmy się wyobraźnią do zatłoczonych kawiarni Paryża i wąskich ulic Rzymu, gdzie Broniarek żywo rozmawiał o podróżach i polityce. Każdy nowy język zdawał się otwierać drzwi do innego świata.
Broniarek był pucułowatym mężczyzną w okrągłych okularach z grubymi szkłami, a jego uśmiech zdradzał ciekawość świata połączoną z odrobiną pozytywnego szaleństwa. Gdy zagłębiłem się w jego wspomnienia, po raz pierwszy pomyślałem, kim naprawdę chcę być. Zostanę poliglotą.
Największe wrażenie zrobiła na mnie historia pewnego spotkania Broniarka, które miało miejsce w czasie wojny, gdy jako bardzo młody chłopak pracował w księgarni. Pewnego dnia w drzwiach stanął wysoki mężczyzna w meloniku, z parasolem w dłoni.
Kupił niewielką książeczkę zatytułowaną Cuentos españoles – zbiór czytanek w języku hiszpańskim.
Broniarek, który miał już za sobą pierwsze, nieśmiałe próby nauki języków obcych – między innymi niemieckiego – pakując książkę do torby, zagadnął klienta, by dowiedzieć się czegoś więcej.
– Znam siedem języków. Bardzo pomogły mi w pracy dziennikarskiej – odpowiedział z uśmiechem elegancki mężczyzna. Jak się okazało, był to Antoni Pawlikiewicz, długoletni komentator Polskiego Radia.
W życiu zdarzają się takie momenty, gdy jedna rozmowa albo jedna książka potrafi zmienić bieg naszego życia. Czasami – jak mówił Steve Jobs – dopiero po latach jesteśmy w stanie połączyć kropki rozsiane wśród wydarzeń naszej przeszłości. Innym razem wystarczy jedno słowo, krótka chwila uwagi poświęconej młodemu człowiekowi, by nadać jego życiu zupełnie nowy kierunek.
Broniarek przyznał, że rozmowa z Pawlikiewiczem odmieniła jego los, choć sam mężczyzna w meloniku zapewne nie miał pojęcia, jak ogromny wpływ wywrze na przyszłość chłopca, który pakował mu hiszpańską książkę do torby.
Ale życie bywa czasem jak sztafeta. Ktoś wręcza nam pałeczkę, a naszym zadaniem jest pobiec dalej i przekazać ją kolejnej osobie.
Pawlikiewicz przekazał pałeczkę Broniarkowi, a ja, czytając książkę Jak nauczyłem się ośmiu języków, poczułem, że polski dziennikarz i tłumacz wręczył ją teraz mnie.
Pałeczka była ciężka. Czułem, że jej niesienie nie będzie łatwe, ale zacisnąłem dłonie i pomyślałem: „Dam radę”.
Jak zostać poliglotą?
Wszystko zaczęło mi się układać w głowie. Broniarek podsuwał wiele pomysłów, które niemal od razu zacząłem wcielać w życie. Wkrótce natrafiłem też na książkę Very F. Birkenbihl Jak szybko i łatwo nauczyć się języka, dzięki której do mojego inwentarza przyszłego poligloty dołączyły kolejne przydatne narzędzia.
Co zabawne, mam tę książkę w domu aż w dwóch egzemplarzach. Gdy moja rodzina zobaczyła, z jakim zapałem zabrałem się za naukę języków, kupiła mi ją w prezencie, nie wiedząc, że jeden egzemplarz już stoi w mojej biblioteczce, a ja znam tę książkę niemal na pamięć.
Oczywiście zaraz po lekturze książki Broniarka nastąpił moment przełomowy dla każdego aspirującego poligloty – sporządziłem listę języków, których się nauczę. Otworzyłem zeszyt i na czystej stronie zapisałem pierwszy z nich. Długopis sunął po papierze coraz szybciej, a lista pęczniała z każdą kolejną linijką. Ach, czego tam nie było. Fantazji z pewnością mi wtedy nie brakowało.
Zacząłem od arabskiego, który umieściłem na liście jako pierwszy – w końcu zaczynał się na literę A. W bibliotece wypożyczyłem książkę Arabski dla Polaków i zabrałem się za naukę pisma. Gorzej było z wymową. Były to czasy sprzed Internetu, gdy w telewizji mieliśmy do wyboru zaledwie kilka kanałów. Uczyłem się więc arabskiego, nie mając najmniejszego pojęcia, jak właściwie brzmi. Po raz pierwszy usłyszałem go dopiero kilka lat później, gdy w antykwariacie znalazłem tę samą książkę, ale już z dołączonymi kasetami audio.
Do arabskiego dopisałem od razu hiszpański i włoski, a także niemiecki. Skoro miałem studiować romanistykę, na liście musiał się też znaleźć jeszcze inny język romański, czyli portugalski. Tutaj było już znacznie trudniej, bo jedyną książką, jaką udało mi się wyszperać w bibliotece, był podręcznik dla polskich imigrantów w Brazylii, napisany przez księdza – bodajże z Kurytyby – na przełomie XIX i XX wieku.
Lista cały czas się wydłużała, ale oczywiście priorytetem pozostawał francuski. Najbardziej przypadła mi do gustu jedna z prostych metod opisanych przez Broniarka: tłumaczenie tekstów z jednego języka na drugi.
Przestałem wkuwać pojedyncze słówka, bo czułem, że niewiele mi to daje, i zacząłem tłumaczyć całe zdania. Efekty szybko zaczęły mnie zadziwiać. Wziąłem udział w olimpiadzie z języka francuskiego i udało mi się przejść dwa etapy – dokładnie tyle samo co uczniowie z mojego liceum, którzy wcześniej mieszkali we Francji.
Niestety zawaliłem etap ustny, bo trzeba było przygotować się do niego z wybranego tematu. Wybrałem biografię francuskiego generała i prezydenta Charles’a de Gaulle’a, ale czytanie o jego politycznych przygodach szło mi wyjątkowo ciężko. Z całej tej lektury zapamiętałem właściwie tylko jedno: że podczas pobytu w Warszawie w latach dwudziestych XX wieku rozwijał jedną ze swoich wielkich pasji – jedzenie pączków z marmoladą, polanych słodkim lukrem.
Ale jak mógłbym naprawdę zainteresować się życiem francuskiego generała, skoro na stole przede mną leżał podręcznik do arabskiego albo hiszpańskiego?
Miałem jednak poczucie, że zaczynam robić postępy. Zdanie egzaminu przestało być abstrakcją i zaczęło wydawać się realne. Ale jednocześnie wiedziałem, jak wiele ryzykuję. Zdawałem tylko na jeden kierunek. A co jeśli zawalę egzamin? Wolałem nawet o tym nie myśleć.
W końcu nadszedł czerwiec – czas egzaminów na studia. Gdy usiadłem na sali i wyjąłem długopis, w tyle głowy wciąż słyszałem głos pani psycholog: „Nie masz szans”.
Kiedy jednak ścisnąłem długopis w dłoni i na moment zamknąłem oczy, poczułem, jakbym trzymał pałeczkę sztafety przekazaną mi przez Zygmunta Broniarka. Otworzyłem oczy i zacząłem pisać.
W dniu ogłoszenia wyników babcia pracowała w ogrodzie. W jednej dłoni trzymała sekator, którym przycinała gałązki malinowego krzewu, w drugiej – szmatkę do wycierania ubrudzonych rąk.
– Babciu, dostałem się na studia! – wykrzyknąłem, widząc jej zdziwienie.
Sekator wypadł jej z ręki i zaczęła płakać. Myślę, że w tej krótkiej chwili przez jej głowę przemknęły setki obrazów z życia, którego sama nigdy nie mogła przeżyć – z utraconego dzieciństwa i młodości, na które nie pozwoliła historia.
Pewnie widziała siebie, gdy mniej więcej w moim wieku – zamiast uczyć się do egzaminu na studia – została, jak inni mieszkańcy Zielonki, wypędzona z domu. Razem z matką miała tylko krótką chwilę, by spakować do tobołków tyle, ile były w stanie unieść. Gdy opuszczała dom, prowadzona w tłumie sąsiadów, nie wiedziała, czy kiedykolwiek do niego wróci, ani czy zobaczy kolegów ze szkolnej ławki.
Pędzili ich pieszo w stronę Warszawy. W pewnym momencie w tłumie wybuchła szamotanina. Ktoś próbował uciec, Niemcy strzelali i ruszyli w pościg. Babcia poczuła wtedy na dłoni mocny uścisk matki, która szepnęła, by schowały się w bramie. Nie potrafię sobie wyobrazić strachu, który wtedy czuły, kryjąc się przed uzbrojonymi żołnierzami, zamiast, jak każdy nastolatek, uczyć się i w spokoju planować swoje życie.
A może babcia przypomniała sobie, jak już po wojnie próbowała wrócić do nauki? Udało się jej nawet zabłysnąć na lekcji rosyjskiego – jako jedyna wiedziała, że „цыплёнок” to kurczaczek. Znała to słowo tylko dlatego, że zapamiętała je z piosenki, którą śpiewał żołnierz Armii Czerwonej, gdy w 1944 roku Sowieci wkraczali do Zielonki.
Gdy więc usłyszała, że jej wnuczek dostał się na Uniwersytet Warszawski, po prostu się rozpłakała.
W tych emocjach zaczęła ocierać łzy szmatką, rozmazując na twarzy ogrodową ziemię. Wyglądało to naprawdę zabawnie, ale ten obraz utkwił mi w pamięci na zawsze. Gdy dzieci albo wnuki spełniają marzenia, których realizację odebrał nam los, musi to wywoływać silne emocje. Gdy teraz o tym myślę, widzę twarz mojej babci – umorusaną ziemią, symbolem lat ciężkiej pracy, po której spływają łzy radości.
Kilka lat później babcia słuchała moich opowieści o podróżach do Francji i Brazylii, o skrzeczących, kolorowych papugach fruwających nad głowami, przez które – jak nieraz wspominała – nie mogła spać, bo zaczęły pojawiać się w jej snach. Mam wrażenie, że wsłuchana w moje słowa stawała się znów małą Danusią w kraciastej spódnicy i z białymi kokardkami we włosach, pakującą walizkę, by wyruszyć w podróż, zwiedzić Wilno, poznawać świat – z nadzieją, że tym razem, jakimś magicznym zrządzeniem losu, huragan historii nie odbierze jej marzeń i przyszłości.
Słuchając tych opowieści i patrząc na babcię, coraz lepiej rozumiałem, że moje podróże i nauka języków nie są tylko moje. W pewnym sensie niosłem ze sobą także jej niespełnione marzenia. To dawało mi siłę, ale i poczucie odpowiedzialności. Skoro dostałem szansę, której ona nigdy nie miała, nie mogłem jej zmarnować.
Ale czy nie jest właśnie tak, że wszyscy jesteśmy w pewien sposób połączeni niewidzialną nicią doświadczeń? Choć życie testuje nas na każdym kroku, możemy otoczyć się ludźmi, którzy wspierają nas w dążeniu do celu. Swoje marzenia mogłem spełnić dzięki innym poliglotom, których opowieści pochłaniałem z wypiekami na twarzy.
Choć nigdy nie poznałem ich osobiście – nie mogłem przecież cofnąć się w czasie i spotkać kardynała Mezzofantiego czy Emila Krebsa – miałem wrażenie, że stają się moimi przyjaciółmi. Spędziłem z nimi wiele godzin, więc z każdym dniem byli mi coraz bliżsi. Zacząłem naśladować ich metody, dostrzegać punkty wspólne. Poznawałem też badania naukowe, z których powoli wyłaniała się jedna myśl:
Każdy może nauczyć się dowolnego języka obcego, jeśli zacznie stosować właściwą metodę.
Z mojego testowania różnych pomysłów na naukę, czasem dość dziwacznych eksperymentów, licznych lektur i uważnego przyglądania się ludziom, którzy osiągali językowe sukcesy, wyłonił się w końcu prosty sposób uczenia się.
Gdy go odkryłem, miałem wrażenie, jakby nagle wszystko przyspieszyło. Słówka i struktury gramatyczne zaczęły same układać się w głowie i coraz częściej łapałem się na tym, że potrafię porozumieć się z ludźmi z całego świata, a przecież wcześniej nawet krótkie kontakty wywoływały we mnie mnóstwo frustracji.
W dalekim Chennai, które wita przybysza ciężkim, parnym powietrzem, jeden z kolegów, z którymi pracowałem, napisał o mnie nawet wiersz w języku tamilskim, a potem odczytał go przed setkami osób. Stało się to tylko dlatego, że postanowiłem nauczyć się kilku słów w tym języku i każdego dnia zagadywałem go po tamilsku.
Choć nie byłem w stanie powiedzieć nic więcej niż: „Czy jadłeś już obiad?” i „Chłopiec sprzedający kwiaty zaraz przyjdzie”, mój łamany tamilski za każdym razem wywoływał uśmiech. W praktyce potwierdziły się słowa węgierskiej tłumaczki i poliglotki Kató Lomb, która powiedziała kiedyś: „Język to jedyna rzecz na świecie, którą warto znać nawet słabo”.
We włoskiej restauracji dostałem dwudziestoprocentową zniżkę tylko dlatego, że potrafiłem porozmawiać z kelnerem w jego języku. Gdy zwiedzałem Taj Mahal, mój przewodnik poprosił o wspólne zdjęcie – chciał pochwalić się znajomym, że rozmawiał z obcokrajowcem w hindi. A kiedy na wyspie Lesbos, pytając o drogę do zamku Molyvos, zagadałem po grecku do grupki energicznych starszych pań, które właśnie dyskutowały o swoich kotach, miałem wrażenie, że ich twarze aż się rozpromieniły ze szczęścia. Widząc ich podekscytowanie, myślę, że jeszcze długo mnie wspominały.
Muszę jednak przyznać, że pojawiły się też chwile zwątpienia. Gdy wchodziłem na scenę programu The Brain – Genialny Umysł, ugięły się pode mną nogi. Stałem w tunelu, czekając na zapowiedź. Zupełnie sam.
Patrzyłem na światła reflektorów i słyszałem stłumione brawa publiczności oczekującej mojego wejścia. W głowie zaczęły mi się kłębić setki myśli. Program miały oglądać miliony widzów. Za chwilę wszyscy zobaczą, jak radzę sobie z zadaniami sprawdzającymi moją znajomość czternastu języków. Ale czy temu podołam? Wiedziałem jedno – nie było już odwrotu.
Gdzieś przede mną zamajaczyła postać niskiej kobiety. Czy to była pani psycholog? Niebieska sukienka. Skąd się tu wzięła? Wszystko się niby zgadzało, ale musiało mi się to przewidzieć. Tak czy inaczej od razu w myślach usłyszałem echo jej głosu: „Nie masz szans”. Zamknąłem na chwilę oczy i czułem, jak jakaś siła ciągnie mnie do tyłu. I wtedy pomyślałem o mojej żonie, która kilka miesięcy wcześniej powiedziała mi słowa, których nigdy nie zapomnę.
Gdy pojawiła się możliwość występu w programie, chciałem się w pierwszej chwili wycofać. Czy jestem gotowy, by stanąć przed kamerami? Czy taki występ w ogóle ma sens? A co, jeśli mi się nie uda i skompromituję się przed wszystkimi?
Siedzieliśmy z żoną na naszej szarej sofie. Na stole stały dwie filiżanki świeżo zaparzonej kawy z mlekiem, a jej intensywny aromat unosił się w pokoju, kontrastując z chaosem myśli, który miałem w głowie.
– Chyba zrezygnuję – powiedziałem, patrząc żonie w oczy.
Ona przez chwilę milczała. Potem spojrzała na mnie uważnie, wzięła mnie za rękę i powiedziała:
– Wiem, jak wiele znaczy dla ciebie nauka języków. Poświęciłeś na nią tyle czasu. Włożyłeś w nią całe swoje serce. Dlaczego miałoby ci się nie udać? Nie bój się swoich marzeń.
Wchodząc na scenę, ponownie usłyszałem jej głos.
Nie bój się swoich marzeń.
Nie chciałem jednak, by mój występ był tylko chwilową atrakcją, o której ludzie szybko zapomną. Zastanawiałem się, co mógłbym zrobić, by pokazać innym, że do nauki języka nie trzeba być geniuszem. Wystarczy dobra metoda i odrobina wytrwałości.
Sam też miewałem przecież długie chwile frustracji; w przeszłości wstydziłem się swojego angielskiego i do dziś łapię się czasem za głowę, gdy się przejęzyczę. Przecież świetnie znałem złość, która pojawiała się zawsze, gdy mimo starań język obcy nie chciał wejść mi do głowy.
Co mogłem zrobić? Wiedziałem, że po moim występie będę odpowiadał na pytania jurorów. To była idealna chwila, by wspomnieć o mojej metodzie nauki. Dobrze, ale jak ująć wszystkie szczegóły w kilku słowach? Przecież w telewizji ukaże się tylko krótki fragment tej rozmowy.
I gdy tak stałem patrząc, jak na scenie zapalają się światła, przyszła mi do głowy prosta myśl, która stała się esencją mojej metody:
Nie ucz się słówek. Ucz się zdań.
Każdy, kto obejrzał odcinek programu z moim udziałem, usłyszał tę radę. Znasz ją także, jeśli śledzisz mój kanał na YouTubie. Być może jednak zastanawiasz się, co te słowa tak naprawdę oznaczają. Jak krok po kroku uczyć się języków obcych?
O tym właśnie jest ta książka.
Czas, żebym przekazał pałeczkę w twoje ręce.
Nie otwieraj drzwi obcym
Czy zdarzyło ci się kiedyś stanąć twarzą w twarz z kimś, kogo do tej pory znałeś tylko z telewizji, YouTube’a albo podcastów? To niby ktoś, kogo głos i twarz są znajome, a mimo to w takiej chwili pewnie poczujesz lekkie onieśmielenie. Bo co właściwie powiedzieć? O co zapytać? I jak zachować się, kiedy osoba, która dotąd była „gdzieś tam” po drugiej stronie ekranu, nagle naprawdę przed tobą stoi?
Przez długi czas śledziłem w Internecie wielu znanych poliglotów. Jednym z nich był mój rówieśnik z Rzymu – Luca Lampariello. Jako jeden z pierwszych opublikował w sieci nagranie, w którym mówił w wielu językach. Siedział na swoim balkonie, w zwykłej czerwono-różowej koszulce. Brakowało profesjonalnego oświetlenia i mikrofonu, o montażyście nawet nie wspominając. Wszystko wyglądało raczej jak rozmowa z kolegą niż występ przed kamerą. Ale właśnie ta naturalność przyciągnęła uwagę tysięcy osób zafascynowanych nauką języków, no i fakt, że Luca praktycznie w każdym z ośmiu języków mówił ze znakomitym akcentem.
Pewnego dnia, bez specjalnego celu, przeglądałem media społecznościowe w poszukiwaniu językowych ciekawostek. Siedziałem z kubkiem aromatycznego capuccino, scrollowałem kolejne posty i filmiki – dokładnie tak, jak robi się to setki razy, nie spodziewając się niczego szczególnego. I wtedy, ku mojemu zaskoczeniu, natknąłem się na informację o warsztatach, które Luca miał prowadzić w Poznaniu.
Poznań. To przecież tak blisko. Pomyślałem, że szkoda byłoby zmarnować taką okazję. Jeszcze tego samego dnia zapisałem się na warsztaty, a chwilę później dałem o nich znać Marlonowi Couto Ribeiro – brazylijskiemu poliglocie mieszkającemu w Gliwicach. Wiedziałem, że ten temat go zainteresuje. Marlon to prawdziwy językowy „kosmita”: pasjonat, który nie tylko mówi w kilku językach azjatyckich, ale nawet wygrał międzynarodowy konkurs poezji w Na’vi, języku stworzonym na potrzeby filmu Avatar.
– W Poznaniu będzie Luca Lampariello – napisałem do Marlona. – Ma bardzo ciekawą metodę nauki języków, więc jestem pewien, że jego warsztaty też będą świetne. Może zapiszemy się razem?
– Świetny pomysł – odpisał niemal od razu. – Wiesz, że lubię takie spotkania. Nowi ludzie, rozmowy w kilku językach naraz. Nie wiesz, czy Luca zna też Na’vi?
Nie bez powodu Marlon zyskał pseudonim „kosmity”. Choć wcześniej nie słyszał o Luce, wiedziałem, że uwielbia skakać z jednego języka na drugi. Właściwie to w ten sposób się poznaliśmy. Marlon trafił kiedyś na moją książkę Sekrety poliglotów i wysłał do mnie wiadomość napisaną w sześciu językach. Kilka dni później spotkaliśmy się w kawiarni w Warszawie. Rozmowa szybko przestała przypominać zwykłe spotkanie – co chwilę zmienialiśmy języki: zaczęliśmy po polsku, potem przeszliśmy na portugalski, francuski, hiszpański, niemiecki, jakby to było coś zupełnie naturalnego.
Kilka tygodni później siedziałem w pociągu do Poznania. Za oknem przesuwały się kolejne, niewyraźne krajobrazy, a ja wpatrywałem się w szybę i zastanawiałem, czy to była dobra decyzja. Czułem sporą ekscytację, ale mocno przemieszaną ze stresem.
Jestem typowym introwertykiem. Nawet zwykły telefon potrafi wywołać we mnie napięcie, jakby za chwilę miał nadejść atak paniki. A nawiązanie rozmowy z nową osobą – zwłaszcza twarzą w twarz – to dla mnie poważne wyzwanie.
Byłem na miejscu około trzydzieści minut przed umówionym czasem, ale zamiast wejść do środka, usiadłem na ławce w parku przed budynkiem. Próbowałem zyskać kilka minut spokoju. Tak przynajmniej sobie to tłumaczyłem, choć dziś wiem, że próbowałem w ten sposób uniknąć stresu. Jako pierwszy uczestnik warsztatu czułbym się w środku jak aktor stojący na scenie w pełnym świetle reflektorów. I to raczej taki, który zapomniał swojej kwestii i jest wystawiony na niespokojne spojrzenia publiczności.
Tuż obok był niewielki staw – woda była niemal nieruchoma, a po jej powierzchni leniwie sunęły kaczki, zupełnie nieprzejęte tym, co działo się wokół.
„Mógłbym wejść wcześniej, ale pewnie nikogo jeszcze nie ma” – racjonalizowałem w myślach swoją decyzję. I w pewnym sensie miałem rację. Z oddali zobaczyłem, jak Luca, ubrany w swoją charakterystyczną czarną marynarkę, oraz Michał – organizator warsztatów w Poznaniu – dopiero otwierają drzwi i wchodzą do środka.
Być może pomyślisz sobie, że zachowałem się głupio. Miałem przecież doskonałą okazję, żeby porozmawiać z Lucą. Z jakiegoś powodu postanowiłem jednak poczekać i wpatrywać się w kaczkę, która właśnie nurkowała w stawie.
Kilka minut później na warsztaty dotarł Marlon. Wtedy w końcu wszedłem do środka i usiadłem w ostatnim rzędzie, gdzie zawsze czuję się najbezpieczniej.
Pierwsza sesja minęła bardzo szybko. Zrobiłem mnóstwo notatek, ale najbardziej w pamięci utkwiła mi anegdotka Luki o… kaczce. Przez chwilę miałem nawet wrażenie, że doskonale wiedział, co robiłem kilka minut wcześniej przed budynkiem.
Gdy zarządzono krótką przerwę, a wszyscy ruszyli w stronę stolika z kawą i ciasteczkami, w mojej głowie zaczęły pojawiać się coraz bardziej natrętne myśli.
„Jesteś już na miejscu, więc może warto skorzystać z okazji i poznać Lucę osobiście” – podpowiadał jeden głos.
„Po co wychodzić przed szereg? Przecież nie wypada. O czym w ogóle miałbyś z nim rozmawiać? Tylko się skompromitujesz” – odpowiadał mu natychmiast drugi.
Wtedy kątem oka zauważyłem Marlona. Ruszył w stronę Luki z kubkiem herbaty w dłoni i uśmiechem, który nie zdradzał najmniejszego napięcia. Zatrzymał się obok niego tak, jakby znali się od lat. Już po samej postawie było widać, że czuje się w tej sytuacji zupełnie naturalnie.
– Luca, słyszałem, że mówisz po japońsku, to prawda? – spytał Marlon po angielsku, po czym niemal bez pauzy przeszedł na japoński, zadając kolejne pytania już w tym języku. Jego głos nagle się zmienił – stał się bardziej rytmiczny i precyzyjny. Przez moment miałem wrażenie, że obok stolika z kawą i ciasteczkami stoi japoński ninja, a nie Brazylijczyk ze stanu Pará.
To była moja szansa. Stanąłem obok Marlona – kogoś, kogo dobrze znałem i przy kim czułem się znacznie swobodniej. Dzięki temu łatwiej było mi dołączyć do rozmowy z Lucą, zamiast przysłuchiwać się jej z dala.
To nie była kwestia odwagi ani charakteru. Mój mózg po prostu dostał sygnał, że sytuacja jest bezpieczna.
Przez chwilę obserwowałem, co się dzieje, i szybko zauważyłem, że Luca raczej woli prowadzić rozmowę w jednym języku, zamiast skakać z jednego na drugi jak postać z gry komputerowej. Przeszliśmy więc na angielski i zaczęliśmy rozmawiać o naszych pomysłach na naukę języków.
Podczas kolejnej przerwy podszedłem do Luki już z większą śmiałością i wręczyłem mu moją książkę Sekrety poliglotów w podziękowaniu za udział w warsztatach. Tak właśnie zaczęła się nasza znajomość. Co ciekawe, prawdopodobnie nie doszłoby do niej nigdy, gdyby Marlon – największy ekstrawertyk, jakiego znam – nie spróbował go wcześniej zagadać po japońsku.
Gdy wróciłem do domu, długo analizowałem całe to zdarzenie. Dziwiłem się samemu sobie. Dlaczego tak łatwo było mi podejść do Luki, gdy obok stał już Marlon, skoro wcześniej przez długi czas biłem się z myślami, by w ogóle to zrobić?
I wtedy coś do mnie dotarło. Z nauką słówek jest przecież bardzo podobnie.
Wyobraź sobie, że jesteś małym dzieckiem, które rodzice zostawili samo w domu.
– Nie otwieraj nieznajomym – uprzedziła cię mama przed wyjściem.
Nagle ktoś puka do drzwi. Dopada cię strach. Kto to może być?
Wspinasz się na krzesło i ukradkiem zaglądasz przez wizjer. Za drzwiami stoi mężczyzna w ciemnej kurtce z kapturem częściowo zasłaniającym twarz.
„Złodziej? Bandyta?”
„Dlaczego stoi tak blisko drzwi?”
Te wszystkie myśli pojawiają się w twojej głowie. A mimo to – wbrew zdrowemu rozsądkowi – odstawiasz krzesło i otwierasz drzwi.
Przecież to jakiś absurd!
Jest jednak jedna sytuacja, w której zrobisz to bez wahania. Zatrzymaj się na chwilę i zastanów się, o co może chodzić.
Zgadza się. Otworzysz drzwi, jeśli obok tego mężczyzny stoją twoi rodzice albo ktoś bliski – ktoś zaufany.
I na podobnej zasadzie działa nasz mózg. Jest bombardowany codziennie milionami informacji, które musi filtrować. Nie chcesz przecież po powrocie z zakupów pamiętać, jakie skarpetki miał na sobie sąsiad, gdy mijaliście się przy stoisku z jogurtami; gdzie tym razem leżały torebki na warzywa, ani jak brzmiał tytuł piosenki lecącej w supermarkecie – choć akurat tę ostatnią może warto byłoby sobie przypomnieć, bo bardzo ci się spodobała.
Mózg traktuje wszystkie nowe informacje jak intruzów. Nie otwiera im drzwi, jeśli wydają mu się podejrzane albo niezrozumiałe.
Gdy napotykasz nowe słówko w obcym języku, możesz być pewien, że twój mózg zareaguje natychmiast: „O nie! Tego dziwoląga nie wpuszczę do środka”, po czym szybko trzaśnie drzwiami.
Ale jeśli to słówko pojawi się w towarzystwie innych, dobrze znanych, mózg nie będzie miał już takich wątpliwości. Zamiast zatrzaskiwać drzwi, uchyli je i przyjrzy się nowemu gościowi.
Czasami nie ma w tym większej logiki. Nasz umysł jest jednak pełen automatyzmów ukształtowanych przez tysiąclecia ewolucji – mechanizmów, które nie są może zbyt racjonalne, ale zawsze skuteczne. Ich zadaniem nie jest mieć sens, lecz nas chronić.
Z tego właśnie powodu sama nauka słówek nie wystarcza. Żeby zmusić mózg do ich zapamiętania, musimy włożyć w to ogromny wysiłek. A to dopiero początek – przecież trzeba jeszcze nauczyć się używać tych słów w różnych kontekstach, łączyć je ze sobą i zmieniać ich formy w zależności od sytuacji.
Nie twierdzę oczywiście, że słownictwo nie jest ci do niczego potrzebne. Wręcz przeciwnie – jest absolutnie kluczowe. Chcę jedynie zachęcić cię do tego, by rozbudowywać je inaczej niż poprzez wkuwanie list słówek, znane ci ze szkoły.
Ta ostatnia metoda jest mało efektywna i pochodzi z czasów, gdy ludzie byli przyzwyczajeni do uczenia się wszystkiego na pamięć i mieli znacznie więcej wolnego czasu niż dziś. Współcześnie, gdy szukamy rozwiązań praktycznych, szybszych i mniej żmudnych, zwykłe wkuwanie po prostu się nie sprawdza.
Gdy mówię: „nie ucz się słówek, ucz się zdań”, nie mam na myśli całkowitej rezygnacji z nauki słów w języku obcym. Chodzi o to, by nie wkuwać niczego na pamięć, lecz rozbudowywać słownictwo poprzez naukę całych zdań. To one pozwalają mózgowi zobaczyć, jak nowy język działa w praktyce. W ten sposób nie tylko poznajesz nowe słowa w naturalnym kontekście, ale także zapamiętujesz nowe wyrazy łatwiej i niemal bez dodatkowego wysiłku.
Choć niektórzy poligloci zalecają, by nauczyć się tysiąca czy nawet dwóch tysięcy najczęstszych słów, zanim na dobre zaczniemy naukę języka, uważam, że taki proces jest na tyle frustrujący, iż większość z nas zwyczajnie nie jest w stanie przez niego przebrnąć. Zdecydowanie lepsze efekty daje uczenie się nie pojedynczych słówek, lecz krótkich zdań, w których nowe wyrazy są otoczone elementami już nam znanymi.
Tym sposobem zapamiętujemy je znacznie lepiej niż podczas wkuwania list słówek wyrwanych z kontekstu. Mózg zaczyna wtedy analizować budowę zdań, a z czasem wyczuwa, jak słowa się ze sobą łączą, w jakiej kolejności są używane i jak brzmią w otoczeniu innych wyrazów.
Nie twierdzę, że uczenie się najczęstszych słówek na początku nauki jest całkowicie nieskuteczne. Jeśli poświęcisz na to naprawdę dużo czasu, efekty być może się pojawią. To jednak trochę tak, jakbyś chciał wybrać się z Polski do Hiszpanii na rowerze. Da się to zrobić. Udowodnił to jeden z moich uczniów Paweł, który pojechał tym środkiem transportu na pielgrzymkę do Composteli1i to bez butów, ale znacznie łatwiej jest wsiąść do samolotu i znaleźć się na miejscu jeszcze tego samego dnia.
Nauka słówek
– Chwileczkę, więc mam nie uczyć się słówek? Przecież nie da się mówić w obcym języku, jeśli nie zna się słów! – często twierdzą osoby, które piszą do mnie w mediach społecznościowych.
Takie założenie wynika z prostej przyczyny. Wielu z nas traktuje wkuwanie słówek jako coś tak naturalnego, że trudno nam sobie wyobrazić naukę nowego języka bez tego elementu.
Od najmłodszych lat uczymy się słówek w szkole. Nauczyciel podaje listę, mówi, że trzeba ją zapamiętać, i na tym właściwie kończy swoją rolę. Reszta to już „twój problem”, prawda? Wiem o tym dobrze, bo sam pracowałem w szkole jako nauczyciel francuskiego. I muszę przyznać, że o wiele łatwiej było mi przygotować kartkówkę ze znajomości słownictwa niż zaplanować coś bardziej złożonego – ćwiczenie, które sprawdziłoby językową wiedzę uczniów w wielu aspektach jednocześnie.
W podobną pułapkę wpadamy także wtedy, gdy uczymy się samodzielnie. Wypisujemy w zeszycie długie listy słówek, bo wydaje się nam to konieczne. Zapisujemy wszystkie „niezbędne” – jak sądzimy – wyrazy w nowym języku i próbujemy wkuć je na pamięć.
To, jak głęboko zakorzeniony jest w nas „dogmat” nauki słówek, uświadomiła mi pewna historia sprzed kilku lat. Organizowałem wtedy w różnych miejscach w Polsce warsztaty poświęcone skutecznej nauce języków.
Pojawił się na nich chłopak, który od początku sprawiał wrażenie bardzo zaangażowanego. Siedział w pierwszym rzędzie, notował niemal każde zdanie, ale często kiwał głową w sposób, który sugerował, że przekazywane przeze mnie informacje nie do końca mu odpowiadają. Miał na szyi charakterystyczną czerwoną apaszkę, którą co jakiś czas poprawiał nerwowym ruchem. To właśnie ten gest od razu zwrócił moją uwagę.
Krok po kroku wyjaśniałem, co robić; tłumaczyłem dlaczego wkuwanie słówek na pamięć nie zdaje egzaminu i czym najlepiej je zastąpić. Widziałem, jak ten chłopak gorączkowo robi notatki, przewraca kartki i porównuje zapisane informacje, jakby próbował dopasować je do tego, co już sam testował.
Kiedy rozpoczęła się sesja pytań i odpowiedzi, nie musiałem długo czekać. Doskonale wiedziałem, kto jako pierwszy podniesie rękę.
– Chciałbym sobie wszystko w głowie uporządkować – zaczął, spoglądając w notatki i poprawiając apaszkę na szyi. – Konrad, czy mógłbyś powiedzieć, których słówek powinienem uczyć się najpierw? Najlepiej byłoby, gdybyśmy dostali listę kategorii albo nawet konkretne wyrazy.
Spojrzałem na niego ze szczerym zdziwieniem. Przez chwilę naprawdę zastanawiałem się, czy był z nami przez cały czas. Czy nie słyszał, jak przed chwilą tłumaczyłem, dlaczego wkuwanie słówek nie ma sensu?
Rozejrzałem się po sali. Kilka osób wymieniło między sobą spojrzenia, ktoś uniósł brwi, ktoś inny lekko się uśmiechnął. Zdziwienie było wyraźnie wyczuwalne – nie tylko moje.
Wtedy dotarło do mnie, że na takich szkoleniach niemal zawsze spotykają się dwa typy uczestników. Jedni przychodzą po to, by nauczyć się czegoś nowego, są gotowi zakwestionować swoje dotychczasowe przekonania i spróbować innego podejścia. Drudzy natomiast pojawiają się głównie po to, by utwierdzić się w tym, że mają rację. Słuchają tylko tego, co da się bez wysiłku dopasować do znanych im schematów, a wszystko, co nie mieści się w ich dotychczasowych ramach myślenia, po prostu do nich nie dociera.
Czy da się sprawić, by ktoś z tej drugiej grupy zrozumiał, że tkwi w błędzie? Czasem potrzebne są do tego dość radykalne rozwiązania. Jedno z nich przyszło mi do głowy właśnie w tamtej chwili.
– Mam dla ciebie pewną technikę – odpowiedziałem bez wahania i sięgnąłem po pustą kartkę leżącą na stole obok.
W jego oczach pojawił się błysk. Natychmiast sięgnął po notes, otworzył go na nowej stronie i zastygł w oczekiwaniu, gotowy zapisywać wszystko, co powiem.
Pokazałem mu kartkę i powiedziałem:
– Zacznij od wypisania na niej listy słówek, które chcesz zapamiętać. Im dłuższa, tym lepiej…
Chłopak notował jak szalony. Kątem oka zauważyłem, że na sąsiedniej stronie zaczął już wypisywać pierwsze słowa, których chciał się nauczyć. W tym samym czasie kilka osób wokół niego przestało robić notatki i zerkało to na mnie, to na jego kartkę, próbując zorientować się, co właściwie się dzieje. W powietrzu czuć było lekką konsternację.
– Gdy wypiszesz je wszystkie, zrób to – powiedziałem, unosząc kartkę do góry.
Przez krótką chwilę trzymałem ją w powietrzu. W sali zapadła cisza. Wszyscy czekali na to, co wydarzy się za sekundę.
I wtedy przedarłem kartkę na pół, a odgłos rozdzieranego papieru odbił się echem w sali.
– Nie ucz się słówek, ucz się zdań – powiedziałem.
Zauważyłem, że pozostali uczestnicy warsztatu zaczynają rozumieć, do czego zmierzałem, choć wciąż przypatrywali się całej scenie z wyraźnym zdziwieniem.
Wiedziałem jednak dobrze, że moje rozwiązanie może nie spodobać się chłopakowi w apaszce. Jego twarz w ułamku sekundy poczerwieniała. Zdenerwowanym ruchem zapakował notes do torby, zarzucił ją na ramię i gwałtownie wstał.
– Nie tego się spodziewałem. Poproszę o zwrot pieniędzy… – wykrztusił zduszonym głosem.
Jedna z pań siedzących w pierwszym rzędzie podniosła wtedy rękę i zwróciła się do chłopaka:
– Ale czego się właściwie spodziewałeś? – zapytała. – Przez ostatnich kilka godzin Konrad pokazywał nam, że nauka słówek nie przynosi oczekiwanych efektów. Przecież każdy z nas próbował je wkuwać – nie raz – i właśnie dlatego tu jesteśmy, bo to po prostu nie zadziałało. Do tego było strasznie frustrujące. Sama wiem z doświadczenia, że gdy uczę się słówek bez kontekstu, nie potrafię potem użyć ich w zdaniu, a większość z nich prędzej czy później zapominam. Czy nie mam racji?
Z sali dobiegło kilka potakujących pomruków. Niemal wszyscy kiwnęli głowami. Wyjątkiem był oczywiście chłopak w apaszce, który w tej chwili wyglądał już na wyraźnie urażonego. Ruszył nerwowym krokiem w stronę drzwi, potknął się o torbę leżącą na podłodze, po czym wyszedł z sali, trzaskając drzwiami.
Ta scena tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że w nauce języków największą przeszkodą nie jest brak zdolności, lecz przywiązanie do błędnych schematów, które znamy od lat.
Nauka języka to coś znacznie więcej niż uczenie się na pamięć słownictwa. Istnieje zresztą bardzo ciekawy – i przy tym dość zabawny – dowód na to, że same słówka nie wystarczą.
Zapewne znasz grę Scrabble, polegającą na układaniu wyrazów z płytek z literami losowanych z woreczka. Jest ona na tyle popularna, że doczekała się oficjalnych turniejów, a nawet mistrzostw świata, osobnych dla różnych języków.
11 listopada 2024 roku zawody w hiszpańskim Scrabble wygrał niespodziewanie Nigel Richards z Nowej Zelandii. Zapamiętano go nie tylko ze względu na charakterystyczną długą brodę, lecz przede wszystkim dlatego, że… nie potrafił mówić po hiszpańsku.
Co ciekawe, kilka lat wcześniej pokonał konkurentów również w wersji Scrabble dla języka francuskiego, mimo że tego języka także w ogóle nie znał.
Strategia Nigela Richardsa jest jednak bardzo prosta. Za każdym razem bierze słownik i uczy się na pamięć wszystkich słów oraz ich form dopuszczalnych w grze w Scrabble. W przypadku języka francuskiego zajęło mu to zaledwie dwa miesiące.
Mimo że zapamiętał tysiące słów w obu językach, nie mógł powiedzieć w nich dosłownie nic, gdy odbierał nagrodę. Nie potrafił nawet podziękować ani ułożyć prostego zdania – między innymi dlatego, że nie wiedział, jak wymawiać poszczególne słowa. Znał ich zapis i wszystkie możliwe formy, ale to wciąż było za mało, by sklecić choćby krótką wypowiedź dla publiczności czy prasy.
Umiejętność mówienia w języku obcym wymaga oczywiście znajomości słownictwa, ale jest procesem znacznie bardziej złożonym i trudniejszym do opanowania.
Czasami wolimy jednak pozostać w strefie pozornego komfortu i łudzić się, że coś, co nie działa, nagle – niczym za sprawą magii – zacznie przynosić rezultaty. Tkwimy w tym zaklętym kręgu najczęściej nie do końca z własnej winy. Dorośli uczący się języka mierzą się bowiem z kilkoma bardzo konkretnymi problemami, których dzieci po prostu nie mają – i to te trudności w dużej mierze pchają nas z powrotem w stronę list słówek.
Cztery problemy, które musisz pokonać
Gdy małe dziecko uczy się swojego pierwszego języka, często zaczyna od wypowiadania krótkich słów: „mama”, „tata” i innych, które zazwyczaj są rzeczownikami. Stopniowo uczy się w ten sposób nazywać elementy otaczającego je świata. Nic więc dziwnego, że gdy sami zaczynamy naukę nowego języka, rozpoczęcie od słownictwa wydaje nam się czymś zupełnie naturalnym. Zapominamy jednak o czymś bardzo ważnym.
Dziecko zaczyna naukę języka od zera. Gdy poznaje słowo „woda”, musi dopiero nauczyć się, co ono dokładnie oznacza. „Woda” nie jest przecież dowolną cieczą – to nie to samo, co mleko czy sok. „Woda”, którą mama podaje w butelce, to nie sama butelka, lecz jej zawartość.
W mózgu malucha musi więc powstać wiele skojarzeń i połączeń, które pozwolą mu przypisać temu słowu właściwe znaczenie.
Rozpoczęcie nauki od rzeczowników jest więc czymś na pozór zupełnie zrozumiałym i naturalnym. Są one namacalne i łatwe do wyobrażenia. Bez większego problemu potrafimy odróżnić znaczenie słów „pies” i „stół”, choć – technicznie rzecz biorąc – jedno i drugie ma cztery nogi.
Amerykański lingwista Stephen Krashen, profesor emeritus Uniwersytetu Południowej Kalifornii (USC), twierdzi, że uczymy się języka dzięki tak zwanej „zrozumiałej treści”, określanej przez niego po angielsku jako comprehensible input. Samo słowo input podkreśla, że treść jest dostarczana do naszego mózgu z zewnątrz przez innych użytkowników danego języka albo takie źródła jak książki, filmy czy telewizja.
Kluczowe jest jednak to, by ta treść była zrozumiała. Jeśli będziesz codziennie przez dziesięć godzin słuchać pekińskiego radia, nie nauczysz się języka chińskiego. Twój mózg nie będzie w stanie przypisać znaczenia słyszanym dźwiękom, jeśli nie otrzyma wystarczającego kontekstu.
Krashen opisuje ten proces za pomocą prostego wzoru i+1. Litera i oznacza wszystko, co jest już dla nas zrozumiałe – na przykład dzięki kontekstowi lub wcześniejszej znajomości języka. Z kolei +1 to jeden nowy element dodany do tej treści.
Uczymy się najskuteczniej wtedy, gdy nowa informacja pojawia się w znanym kontekście i jest tylko odrobinę trudniejsza od tego, co już potrafimy. Dzięki temu mózg nie czuje się zagrożony nadmiarem nowości i może bez większego wysiłku „domyślać się” znaczenia brakującego elementu.
W przypadku dzieci uczących się pierwszego języka kontekst dostarczają przede wszystkim rodzice oraz codzienne sytuacje. Gdy mama co chwilę mówi do malucha „chodź do mamy” albo „mama cię weźmie na ręce”, dziecko stopniowo zaczyna kojarzyć słowo „mama” z konkretną osobą. W ten sam sposób zaczyna też przypisywać znaczenie innym słowom z najbliższego otoczenia – tym, które łatwo powiązać z ludźmi, przedmiotami czy zwierzętami.
Dopiero na dalszym etapie dziecko zaczyna używać czasowników i zawsze w oparciu o kontekst, który jest w stanie zrozumieć. Zaczyna więc od prostych wyrażeń opisujących czynności, które łatwo zaobserwować, takich jak „spać”, „jeść” czy „pić”.
Znacznie później przychodzi czas na czasowniki bardziej abstrakcyjne, takie jak „lubić”, „zapomnieć” czy „myśleć”.
Dziecko uczy się zatem języka głównie w oparciu o zrozumiałą treść, ale warto zauważyć, że jednocześnie jest otoczone ogromną ilością treści niezrozumiałej. Choć dorośli w naturalny sposób upraszczają język, zwracając się do malucha, nadal używają całej gamy słów, konstrukcji gramatycznych i wyrażeń, których dziecko przez długi czas nie rozumie. W pewnym sensie musi ono wyławiać pojedyncze, znaczące elementy z chaosu dźwięków i słów, który je otacza.
Można więc powiedzieć, że treść zrozumiała stanowi jedynie niewielką część tego, co dociera do dziecka. Mimo to mózg chłonie ją przez cały dzień – materiału jest dużo, pojawia się on często i w podobnych kontekstach. Dzięki temu dziecko stopniowo go przyswaja, analizuje i zaczyna naśladować.
Upraszczając, można więc powiedzieć, że małe dziecko uczy się języka, ponieważ ma z nim niemal stały kontakt – praktycznie przez całą dobę. Analizuje niewielkie fragmenty treści, które na podstawie kontekstu potrafi skategoryzować i przypisać im znaczenie. Z czasem zaczyna je także naśladować i stopniowo korygować własne błędy.
Dorosły, który rozpoczyna naukę nowego języka, staje jednak przed zupełnie innym wyzwaniem. I dlatego powinien podejść do nauki inaczej.
Po pierwsze, dorosły zna już przynajmniej jeden język – swój ojczysty. Zazwyczaj nie pamięta jednak, jak go opanował, ponieważ cały proces przebiegał w sposób całkowicie nieświadomy.
Dziecko nie analizuje samego mechanizmu nauki języka, po prostu w nim uczestniczy. Dorosły natomiast niemal bez przerwy ocenia samego siebie: zastanawia się, czy robi „wystarczająco dużo” i czy robi to „dobrze”. To często rodzi stres i potrzebę znalezienia konkretnej metody lub procesu. A gdy już coś takiego znajdzie, trzyma się tego kurczowo – nawet wtedy, gdy nie przynosi to oczekiwanych efektów.
Po drugie, dorośli są przyzwyczajeni do sytuacji, w której rozumieją ponad 95% tego, co słyszą. Kontakt z treścią niezrozumiałą bywa dla nich jednocześnie stresujący i nużący.
Być może zdarzyło ci się kiedyś spróbować obejrzeć film w oryginale. Jestem jednak pewien, że nie udało ci się wytrzymać dłużej niż kilka minut – nawet jeśli był to film dla dzieci, który z pozoru wydaje się prostszy. Mimo że obraz pomaga zrozumieć kontekst, nadmiar nieznanych słów szybko odbiera przyjemność z oglądania.
Jako dorośli nie czujemy się swobodnie, gdy czegoś nie rozumiemy. Staramy się wtedy słuchać lub oglądać z większą uwagą, próbując wyłapać jak najwięcej, ale z każdą chwilą rośnie w nas frustracja.
Jak w takiej sytuacji zapewnić mózgowi wystarczającą ilość materiału do analizy? Jeśli zrozumiałej treści – tej, o której mówi Stephen Krashen – jest bardzo mało, w praktyce nie dostarczamy jej mózgowi niemal wcale. Na tym polega trzeci problem, z którym musi zmierzyć się dorosły uczący się języka.
Widać, jak poważne jest to wyzwanie, gdy porównamy tę sytuację z nauką języka ojczystego przez dziecko. Maluch ma z językiem kontakt niemal bez przerwy; słyszy go wokół siebie przez cały dzień, dzięki czemu jego mózg otrzymuje ogromną ilość materiału do analizy.
A teraz wyobraź sobie, że jako osoba dorosła chcesz nauczyć się nowego języka, na przykład niemieckiego. Jak wiele treści dostarczysz swojemu mózgowi, jeśli jedyny kontakt z tym językiem to dwie lekcje w tygodniu z nauczycielem? Nawet jeśli jest to rodowity Niemiec mówiący w czasie zajęć wyłącznie w swoim języku ojczystym, to wciąż zdecydowanie za mało.
I wreszcie czwarty problem. Jako dorosły znasz już swój język ojczysty, dlatego twój mózg automatycznie traktuje nowy język jak jego uproszczoną wersję lub kopię. Zakłada, że oba języki działają w gruncie rzeczy tak samo – różnią się jedynie słowami.
W pierwszej chwili wydaje się więc, że wystarczy nauczyć się nowych etykiet i „podmienić” je w znanych już zdaniach. Skoro w języku ojczystym mówisz coś w określony sposób, to przecież w nowym języku powinno dać się powiedzieć to samo, ale innymi słowami. A gdy już je opanujesz, bez większego problemu porozumiesz się z obcokrajowcami.
Nic bardziej mylnego.
Musisz nauczyć się nie tylko samych słów, lecz także tego, jak je ze sobą łączyć, w jakiej kolejności je wypowiadać oraz jak używać całych idiomów i wyrażeń, których nie da się dosłownie przetłumaczyć na język ojczysty.
Jeśli spojrzeć na to wszystko razem, dorosły uczący się języka zmienia się w kogoś, kto jednocześnie: chce wszystko rozumieć, ma bardzo ograniczony kontakt z językiem, filtruje nową wiedzę przez stary system i panicznie unika poczucia chaosu.
Nauka drugiego języka wymaga więc zupełnie innego podejścia niż nauka pierwszego. Nie możemy po prostu kopiować rozwiązań, które sprawdzają się w zupełnie innych okolicznościach. To trochę tak, jakbyśmy próbowali ugotować włoskie risotto, trzymając się przepisu na indyjskie curry – składniki są co prawda podobne, ale łączymy je ze sobą zupełnie inaczej.
Wiem jednak, że zmiana podejścia nie jest łatwa, bo nauka słownictwa jest niezwykle kusząca. Wydaje się naturalna – jak już wspomniałem – a do tego chętnie korzystają z niej nauczyciele.
Skoro w szkole widzimy listy słówek, zaczynamy wierzyć, że ich wkuwanie da nam poczucie bezpieczeństwa. Ta metoda musi przecież działać, skoro ludzie wykorzystują ją od wieków – tak przynajmniej myśli większość z nas. I to podejście idealnie trafia w słabe punkty dorosłego człowieka uczącego się języka: potrzebę kontroli, niechęć do niezrozumiałej treści, ograniczony kontakt z językiem oraz złudne przekonanie, że język to tylko zbiór słów.
Nic dziwnego, że gdy brakuje nam pomysłu na inne rozwiązania, wracamy właśnie do zapamiętywania słówek. Robimy to nie dlatego, że wierzymy w skuteczność tej metody, lecz dlatego, że daje nam ona złudne poczucie kontroli. Siadamy do listy, coś wykreślamy, coś „odhaczamy” i przez chwilę mamy wrażenie, że posuwamy się do przodu – nawet jeśli w głębi duszy czujemy, że stoimy w miejscu.
To bardzo ludzki mechanizm. Gdy nie mamy jasno obranej drogi ani skutecznych narzędzi, zaczynamy krążyć wokół znanych schematów, powtarzać to, co znamy i robić „cokolwiek”, byle tylko nie mierzyć się z poczuciem zagubienia. Zamiast świadomie płynąć w wybranym kierunku, pozwalamy, by prąd niósł nas tam, gdzie akurat jest najłatwiej.
Ten stan, który nie dotyczy zresztą tylko nauki języków, ma nawet swoją nazwę – i co ciekawe, nadał ją podobno sam diabeł.
Dlaczego diabeł lubi listy słówek
Być może słyszałeś o Napoleonie Hillu, autorze bardzo popularnej książki Myśl i bogać się. Ukazała się ona w 1937 roku, gdy Ameryka wciąż podnosiła się po jednym z najtrudniejszych okresów w swojej historii.
Wielki Kryzys nie był abstrakcyjnym terminem z podręcznika ekonomii. Wiązały się z nim nieodłącznie prawdziwe obrazy zamkniętych fabryk, kolejek ludzi stojących godzinami po miskę zupy oraz kobiet w wyświechtanych płaszczach, sprzedających na chodnikach jabłka za kilka centów, bo nie pozostało im już nic innego.
Właśnie w tym świecie Napoleon Hill zadawał sobie pytanie, które dla wielu brzmiało jak prowokacja: dlaczego jedni – mimo chaosu i biedy – potrafią się podnieść, a inni pogrążają się coraz bardziej? Co sprawia, że niektórzy osiągają sukces nawet wtedy, gdy wszystko wokół się wali?
Hill przez lata przyglądał się ludziom, którym się udało. Rozmawiał z przedsiębiorcami, wynalazcami i liderami swoich czasów, próbując zrozumieć, jakie cechy, nawyki i sposoby myślenia pozwalają im iść naprzód, gdy reszta świata stoi w miejscu.
W pewnym momencie zrozumiał, że to tylko połowa historii i postanowił przyjrzeć się tematowi z zupełnie innej strony. Aby to zrobić, przeprowadził – jak sam twierdził – wywiad z kimś, kto jego zdaniem od wieków odpowiada za ludzkie nieszczęścia. Z samym diabłem. Jakie sztuczki stosuje, by wciągać ludzi w swoje sidła? W jaki sposób bezlitośnie wykorzystuje ich słabości, lęki i brak zdecydowania?
Rozmówca nie miał oczywiście najmniejszego zamiaru zdradzać swoich metod wprost. Hill opisywał więc, że musiał sięgnąć po rozmaite triki – prowokować, zadawać podchwytliwe pytania i stopniowo „przyciskać” diabła do muru, by wydobyć z niego to, co najważniejsze.
Twierdził, że rozmowa odbyła się w stanie głębokiej koncentracji, przypominającym trans. Jednocześnie zostawił czytelnikowi pełną swobodę interpretacji. Podkreślał, że nie trzeba traktować diabła dosłownie; można widzieć w nim uosobienie ludzkich słabości, mechanizmów autosabotażu i destrukcyjnych nawyków, które skutecznie oddalają nas od celu.
Efektem tego „wywiadu” była książka Outwitting the Devil (Przechytrzyć diabła). Choć Hill napisał ją już około 1938 roku, jego żona Annie Lou i wydawcy uznali ją za zbyt kontrowersyjną dla ówczesnej, głęboko religijnej Ameryki. Książka trafiła do szuflady na ponad siedemdziesiąt lat i została opublikowana dopiero w 2011 roku.
Outwitting the Devil ma formę zapisu dialogu, w którym Hill próbuje zmusić diabła do wyznania, w jaki sposób sprowadza ludzi na złą drogę. Można oczywiście czytać ją z perspektywy religijnej, ale nawet jeśli nie wierzymy w nadprzyrodzone siły, bez trudu dostrzeżemy w tej rozmowie opis bardzo ludzkich mechanizmów, które skutecznie utrudniają osiąganie celów.
Warto zwrócić uwagę na dwa z nich – szczególnie istotne, bo przeplatają się w życiu niemal każdego z nas.
Pierwszy z tych mechanizmów Hill nazywa „dryfowaniem”. Gdy nie mamy jasno obranego celu, zaczynamy płynąć w przypadkowych kierunkach po morzu własnego życia, reagując na pojawiające się losowo prądy i podmuchy wiatru. Raz coś nas zaciekawi, innym razem coś wystraszy, albo po prostu poniesie tam, gdzie akurat jest najwygodniej. Problem w tym, że w ten sposób nie docieramy do żadnego portu.
Dryfowanie rzadko wygląda dramatycznie. Nie towarzyszą mu burze ani syreny alarmowe. Przeciwnie, często jest ciche i spokojne. Daje pozory bezpieczeństwa i wygody. Statek płynie, więc mamy wrażenie, że „coś się dzieje”. Każdy dzień czymś się wypełnia, czas mija, a my możemy nawet odnieść wrażenie, że jesteśmy zajęci i produktywni. Tyle że ruch nie zawsze oznacza postęp.
Gdy zatrzymasz się na chwilę i spojrzysz na swoje życie z dystansu, być może dostrzeżesz u siebie oznaki takiego dryfowania. Czy to, co robisz dziś – i co planujesz robić jutro – rzeczywiście przybliża cię do któregoś z ważnych dla ciebie celów? W którą stronę prowadzą cię ostatnio czytane książki, oglądane filmy i rozmowy, które prowadzisz? Czy wybierasz je świadomie, czy raczej sięgasz po to, co akurat jest pod ręką lub wyświetli się w danej chwili na ekranie?
Hill zadaje w gruncie rzeczy bardzo proste, ale niewygodne pytanie: czy jako kapitan swojego statku wiesz, dokąd płyniesz? Czy potrafisz wskazać port, do którego zmierzasz – czy tylko liczysz na to, że prąd sam zaniesie cię w dobre miejsce?
Bo morze jest obojętne. Nie nagradza wysiłku ani dobrych intencji. Jeśli nie wybierzesz kierunku, zawsze znajdzie się jakiś nurt, który zrobi to za ciebie.
