Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia - Krzesimir Dębski - ebook

Nic nie jest w porządku. Wołyń – moja rodzinna historia ebook

Krzesimir Dębski

4,7
36,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Krzesimir Dębski, znany kompozytor, od lat walczy, żeby Ukraińcy to, co stało się w 1943 roku na Wołyniu, kiedy nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków, uznali zgodnie z prawdą historyczną za ludobójstwo. Jego rodzice cudem uratowali się z pogromu, jaki urządzili Ukraińcy z UPA we wsi Kisielin i okolicach, banderowcy jednak porwali i zabili jego dziadka i babcię. Pozbierane w tej książce relacje świadków tej rzezi, w tym rodziców Krzesimira Dębskiego, są wstrząsającym świadectwem barbarzyństwa.

Do tej pory na Ukrainie rzeź wołyńska nie została oficjalnie nazwana czystką etniczną, jakiej ukraińscy nacjonaliści z UPA dopuścili się na Polakach. We wszystkich krajach naziści i faszyści zostali potępieni. A zbrodniarze z UPA wręcz przeciwnie, w swoim kraju są gloryfikowani. 60 procent Ukraińców uważa Stepana Banderę za największego bohatera Ukrainy. W czasie wojny z Putinem stał się symbolem oporu wobec Rosjan. A ja bym chciał – pisze Krzesimir Dębski – żeby w ukraińskich podręcznikach było napisane, co naprawdę robiła UPA. Wydanie nowe, uzupełnione.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
4,7 (169 ocen)
125
34
7
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
annakostro

Nie oderwiesz się od lektury

Obowiązkową lektura dla każdego Polaka.
40
emceel

Nie oderwiesz się od lektury

Przerażająca historia mordu na Polakach dokonanych przez Ukraińców. Wciągająca, chociaż napisana prostym językiem, pozycja która powinna być przeczytana przez młode pokolenie, aby mieli świadomość, co spotykało naszych rodaków ze strony sąsiadów, którym niesiemy teraz nieocenioną pomoc. Jednak każdy z nas powinien pamiętać, jaką krzywdę nam wyrządzili. Nacjonaliści, którzy niestety do tej pory wielbią swoich "bohaterów". Ku przestrodze, ku pamięci! Polecam z całego serca.
41
BoginiLuna

Nie oderwiesz się od lektury

Wstrząsająca książka ...
30
majka153

Nie oderwiesz się od lektury

poruszająca, opisującą rodzinną historię o której nie da się zapomnieć
20
RBuzz

Nie oderwiesz się od lektury

Trudna lektura, bo i trudnych spraw dotyczy. Jest jedno słowo które pasuje do tej pozycji: uczciwość. Przewartościowując moje pojmowanie wyklętego słowa „nacjonalizm” stwierdzić muszę, że do niektórych koncepcji nie ma powrotu, tak jak swastyka już nigdy nie będzie krzyżykiem niespodzianym. Książka ważna, książka potrzebna, książka, którą warto czytać i polecać.
10



Wstęp

Wstęp

Moi rodzice zarę­czyli się na ple­ba­nii kościoła w Kisie­li­nie, na pię­trze, w miesz­ka­niu księ­dza. Przez okna wpa­dały gra­naty, w uszach dud­niły strzały, pło­nęły drzwi i dach. Mama miała 18 lat, a ojciec 21. Ojciec pro­sił mamę o rękę już kilka mie­sięcy wcze­śniej, ale powie­działa mu, że jest za młoda i nie wie, co to miłość. Teraz jed­nak zarę­czyli się, bo nie wie­dzieli, czy prze­żyją.

Był 11 lipca 1943 r., Krwawa Nie­dziela na Woły­niu. W tym dniu nacjo­na­li­ści z Ukra­iń­skiej Powstań­czej Armii wtar­gnęli do kościo­łów i domów w wołyń­skich mia­stach i wsiach, by poza­bi­jać Pola­ków zebra­nych na sumach. Napa­dli też na kościół w Kisie­li­nie, gdzie na mszę poszli moi rodzice.

Ta nie­dziela była dniem roz­po­czy­na­ją­cym masa­krę. Wcze­śniej zda­rzały się mordy, ale od tej nie­dzieli zaczęła się rzeź. Upo­wcy zaata­ko­wali 99 miej­sco­wo­ści. Napa­dali na domo­stwa, wywle­kali rodziny, łapali ucie­ka­ją­cych, pod­pa­lali ukry­wa­ją­cych się. Strze­lali, dźgali widłami, tłu­kli w głowy sie­kie­rami, pod­rzy­nali gar­dła kosami. Mor­do­wali dzieci, ich rodzi­ców, cię­żarne kobiety i star­ców. Nikogo nie było im szkoda. W sumie zabili około 90 tys. Pola­ków. To była potężna akcja meto­dycz­nego eli­mi­no­wa­nia ich z Woły­nia. Wielka etniczna czystka, w któ­rej ginęli także Czesi, Ormia­nie i ina­czej myślący Ukra­ińcy. Wcze­śniej nacjo­na­li­ści UPA poma­gali Niem­com w Holo­cau­ście. Celem tego bez­względ­nego ludo­bój­stwa było przy­go­to­wa­nie jed­no­rod­nego etnicz­nie terenu, by na Woły­niu była Ukra­ina.

Tej nie­dzieli na mszę w Kisie­li­nie przy­szli Polacy z tego mia­steczka i oko­licz­nych wsi. Ban­de­rowcy oto­czyli kościół i cze­kali, aż msza się skoń­czy i ludzie zaczną wycho­dzić pro­sto pod ich lufy i sie­kiery. Kiedy jed­nak ludzie zoba­czyli, co się dzieje przed kościo­łem, prze­ra­żeni cof­nęli się do środka. Pró­bo­wali się cho­wać. Cztery osoby ukryły się pod dachem. Kil­ka­dzie­siąt innych pobie­gło na połą­czoną z kościo­łem ple­ba­nię, scho­dami na pię­tro do miesz­ka­nia księ­dza. 80 osób zostało w kościele. Ban­de­rowcy wywle­kli ich na dzie­dzi­niec, zapro­wa­dzili pod dzwon­nicę, zdarli z nich ubra­nia, by się nie podziu­ra­wiły od kul, i po kolei roz­strze­li­wali, prze­bi­jali bagne­tami.

Moi rodzice prze­żyli dzięki temu, że się nie pod­dali. Wraz z kil­ku­na­stoma innymi oso­bami zaba­ry­ka­do­wali się na przy­le­ga­ją­cej do kościoła ple­ba­nii, a ojciec, który był w kon­spi­ra­cji ZWZ, zor­ga­ni­zo­wał obronę. Przez 11 godzin odpie­rali atak. Odrzu­cali wpa­da­jące przez okna gra­naty, gasili pod­pa­lone drzwi, odpy­chali dra­biny, po któ­rych wbie­gali Ukra­ińcy z nożami, rzu­cali w nich cegłami. Cztery osoby zgi­nęły, sześć zostało ran­nych. W nocy Ukra­ińcy ode­szli spod kościoła.

Ojca zra­nił wybu­cha­jący gra­nat. Leżał na łóżku pro­bosz­cza z roze­rwaną nogą, a z tęt­nicy pod kola­nem biła mu krew jak z fon­tanny. Matka robiła mu opa­trunki z pod­szewki ode­rwa­nej z płasz­cza i zaci­skała nogę paskiem. Tamo­wała krwo­tok. Musiała jed­nak popusz­czać ucisk, bo noga robiła się sina. Wtedy jed­nak znowu lała się krew, więc mama nie mogła popusz­czać na długo. Nie było wody, więc zwil­żała ojcu usta zsia­dłym mle­kiem, które ksiądz nasta­wił poprzed­niego dnia. Ura­to­wała mu życie.

Kiedy po ucieczce z kościoła ponow­nie spo­tkała ojca, nie miał już nogi, którą opa­try­wała. Ranę zaata­ko­wała gan­grena, jedy­nym ratun­kiem była ampu­ta­cja prze­pro­wa­dzona bez znie­czu­le­nia w nie­miec­kim szpi­talu we Wło­dzi­mie­rzu Wołyń­skim. Mama żało­wała, że po zarę­czy­nach nie mogła ni­gdy z ojcem zatań­czyć.

Moi rodzice zdo­łali uciec z pogromu dzięki pomocy ukra­iń­skiej rodziny Par­fe­niu­ków. Zna­leźli bez­pieczne miej­sce z dala od Kisie­lina. Ura­to­wali się i dzięki temu jestem na świe­cie. Ukra­ińcy jed­nak porwali i zabili mojego dziadka i bab­cię, rodzi­ców ojca.

Mój ojciec miał genialną pamięć. To dar i prze­kleń­stwo jed­no­cze­śnie, bo z naj­drob­niej­szymi szcze­gó­łami pamię­tał okropne wyda­rze­nia z prze­szło­ści. Miał też talent malar­ski, więc dawał upust pamięci, malu­jąc obrazy. Na ścia­nach w domu rodzi­ców wisiały odma­lo­wane z naj­więk­szą szcze­gó­ło­wo­ścią pano­ramy i pej­zaże Kisie­lina. Domy na obra­zach stoją dokład­nie tak, jak tam stały, przed nimi te same ogródki, a w ogród­kach kwiaty, ten sam układ ulic. Odtwa­rzał dro­bia­zgowo wszyst­kie istotne obiekty i fakty.

Malo­wał też sceny masa­kry w kościele i przed nim. Kule prze­bi­ja­jące ludziom plecy, ogień ska­czący po dachach. Ojciec kom­po­no­wał rów­nież utwory upa­mięt­nia­jące Wołyń – sym­fo­niczne i wokalno-instru­men­talne. Przed jego oczami wciąż prze­la­ty­wał film z tam­tymi wyda­rze­niami. Nie uwol­nił się od niego przez całe życie. Potrzeba malo­wa­nia tam­tego świata była tym więk­sza, że już go nie było. Z kościoła zostały ruiny, Kisie­lin zwiądł i zmar­niał, sąsied­nie miej­sco­wo­ści prze­stały ist­nieć, po domach Pola­ków zostały kawałki fun­da­men­tów i stare drzewa owo­cowe, teraz zaro­śnięte przez las. Ojciec czuł, że na swój spo­sób ratuje to, co prze­pa­dło, odtwa­rzał dawny świat, pozo­sta­wia­jąc po nim w ten spo­sób ślad.

Cho­ciaż był pogod­nym czło­wie­kiem, można powie­dzieć nawet, że nie­zwy­kłym opty­mi­stą, to ludo­bój­stwo, które prze­trwał, zostało z nim na całe życie. Żyli­śmy tym w domu wszy­scy, ja i moi bra­cia, bo rodzice opo­wia­dali o swo­ich dobrych i złych doświad­cze­niach. Aż w końcu ojciec posta­no­wił napi­sać o tym książkę. Zapi­sać grun­tow­nie Kisie­lin w ludz­kiej pamięci.

Nosił się z tym pomy­słem od wcze­snej mło­do­ści. Długo jed­nak roz­my­ślał, jak zabrać się do reali­za­cji. Raz widział tę książkę jako powieść histo­ryczną, innym razem jako dra­mat oby­cza­jowy, a cza­sami nawet jako powieść humo­ry­styczną w stylu Pereł i wie­przów Kor­nela Maku­szyń­skiego. Z cza­sem malały w nim ambi­cje pisar­skie, a rosły malar­skie, aż poje­chał na swoją trze­cią wyprawę na Wołyń. Wtedy doj­rzał w nim zamiar pisa­nia. Sto­jąc w kisie­liń­skim kościele, czyli nad mogiłą pomor­do­wa­nych w nim sąsia­dów, uznał, że naj­lep­szym pomni­kiem dla nich będzie książka o tym, co się z nimi i innymi stało. Posta­no­wił napi­sać coś w rodzaju mono­gra­fii Kisie­lina. Kro­nikę mia­steczka, jego miesz­kań­ców. Nie­stety, pokaźną czę­ścią tej książki musiał być opis śmierci.

Zaczął zbie­rać doku­men­ta­cję. Robił to, jak to on, skru­pu­lat­nie, rze­tel­nie, dokład­nie. Docie­rał do ludzi – tych, któ­rzy prze­żyli, albo do ich rodzin. Latami pro­wa­dził kore­spon­den­cję z oca­la­łymi miesz­kań­cami. Roz­ma­wiał z nimi, pisał listy, pro­sił o rela­cje, zdję­cia, każde naj­mniej­sze choćby wspo­mnie­nie. Doku­men­to­wał nazwi­ska, rodziny i ich los. Pamię­tał, kto w któ­rej miesz­kał zagro­dzie, ile miał dzieci, i zapi­sy­wał wszystko. Moja mama poma­gała mu w zbie­ra­niu tych infor­ma­cji. To było dzieło jego życia, a też ich wspólna psy­cho­te­ra­pia.

Ojciec pisze o Kisie­li­nie i „kręgu kościoła kisie­liń­skiego”, bo taką sobie wybrał metodę. Cho­dziło o miej­sco­wo­ści, z któ­rych ludzie przy­szli na mszę do kościoła 11 lipca. Stwo­rzył z nich wspól­notę prze­la­nej krwi. Opi­suje oblę­że­nie kościoła i dal­szą rzeź trwa­jącą aż do wrze­śnia.

Jest szcze­gó­łowy jak archi­wi­sta. Nie tylko zebrał słowne rela­cje, ale także odtwo­rzył wszel­kie infor­ma­cje doty­czące miej­sco­wo­ści, o któ­rych pisał. Sta­ty­styki demo­gra­ficzne poszcze­gól­nych miej­sco­wo­ści, ich topo­gra­fię. Do każ­dego opisu dołą­czone są nary­so­wana przez niego mapka oraz rysunki domów i ulic. Są też rysunki i gra­fiki ilu­stru­jące na przy­kład, jak wyglą­dały stogi, sprzęty domowe itp. Opi­sał histo­rię naj­waż­niej­szych rodów. Wymie­nił i opi­sał dzia­ła­jące tam insty­tu­cje rzą­dowe i samorzą­dowe, jak dzia­łały poli­cja, admi­ni­stra­cja, poczta, waż­niej­sze budynki. Opi­sał codzienne życie, zabawy, święta, jak żyły ze sobą różne naro­do­wo­ści. Z czego utrzy­my­wali się ludzie, gdzie były żyzne zie­mie, a gdzie byle jakie. Gdzie była dobra woda, a gdzie taka, która „szybko zaczy­nała śmier­dzieć”, jaki kształt miały gonty na dachach, płoty przed domami oraz stu­dzienne żura­wie. Udo­ku­men­to­wał, jak prze­bie­gały melio­ra­cja, budowy dróg i ich wpływ na przy­rodę. Zaj­mo­wały go nawet takie szcze­góły, jakie kto palił papie­rosy i kto kupił pierw­szy moto­cykl czy samo­chód. Jego pamięć do szcze­gó­łów znowu zna­la­zła ujście w opi­sach takich dro­bia­zgów, o któ­rych nie pamię­tali sami boha­te­ro­wie tych histo­rii. Co naj­dziw­niej­sze, ojciec uro­dził się prze­cież we Lwo­wie, a zamiesz­kał wraz z rodziną w Kisie­li­nie dopiero jako nasto­la­tek. Uczył się w gim­na­zjum i w liceum w Łucku, i u pija­rów w Lubie­szo­wie (tam gdzie Tade­usz Kościuszko), tak więc w domu w Kisie­li­nie bywał tylko w cza­sie świąt i waka­cji. Zapa­mię­tał jed­nak w tak krót­kim cza­sie zdu­mie­wa­jąco dużo infor­ma­cji.

W dru­giej czę­ści książki odtwo­rzył z zegar­mi­strzow­ską pre­cy­zją to, co zostało uni­ce­stwione. Opi­sał chwila po chwili atak na kościół i jego obronę, w któ­rej z mamą uczest­ni­czył. Co cie­kawe, nie pisze tam o mamie „moja przy­szła żona” – jak wszyst­kich, także i ją przed­sta­wia z imie­nia i nazwi­ska, czyli Aniela Sła­wiń­ska. O swoim bra­cie, który razem z nim rato­wał życie swoje i innych przed hordą napast­ni­ków, pisze: „ranny Jerzy Dęb­ski”. O hor­dzie mor­der­ców pisze: „upo­wcy i Ukra­ińcy”. Żad­nych emo­cji, czy­ste fakty. Opi­suje, ile osób zgi­nęło w poszcze­gól­nych wsiach i w jaki spo­sób, w tabe­lach zamiesz­cza listę ich nazwisk. Pre­zen­tuje rela­cje ludzi, któ­rzy opo­wia­dają bez nie­do­mó­wień o tym, jak ginęli dzieci i doro­śli. Nie komen­tuje tego, po pro­stu cytuje. Okru­cień­stwo komen­tuje się samo.

Myślę, że praca nad tą książką była potrzebna obojgu rodzi­com. Pomo­gła im przy­wró­cić część ich histo­rii. Nie cho­dzi tylko o ujaw­nie­nie zbrodni, ale także o wskrze­sze­nie pamięci o uni­ce­stwio­nych miej­sco­wo­ściach i przy­po­mnie­nie ich miesz­kań­ców. Opusz­cza­jąc swoje strony, ucie­kali prze­cież przed śmier­cią, rato­wali się, nie brali żad­nych rodzin­nych pamią­tek, wszystko zostało w domach i prze­pa­dło wraz z nimi. Spło­nęło, znisz­czało albo zostało roz­kra­dzione przez sąsia­dów. Książka pełni więc też rolę skrzyni z rodzin­nymi pamiąt­kami.

W końcu napi­sał swoje dzieło, 550 stron zaty­tu­ło­wa­nych Było sobie mia­steczko, opo­wieść wołyń­ska. Zbu­do­wał pomnik, przy­wró­cił pamięć swo­jej czę­ści tego regionu. To było jego zada­nie, jego misja. Po jego śmierci wyda­łem tę książkę. Teraz sam piszę swoją, bo też nie mogę poczuć się spo­koj­nie, dopóki rzeź na Woły­niu nie zosta­nie wła­ści­wie nazwana. Wyko­rzy­stuję tu dzieło ojca, obszer­nie je cytuję, bo suche fakty na temat nastę­pu­ją­cych po sobie nie­ubła­gal­nie okrut­nych śmierci powinny być przy­ta­czane, by budzić pamięć.

Kiedy ojciec pra­co­wał nad książką, atmos­fera w domu była ciężka. Prze­ży­wał na nowo obrazy, któ­rych nie mógł zapo­mnieć. Był ner­wowy, drę­czyły go skur­cze mię­śni i fan­to­mowe bóle po ampu­to­wa­nej nodze. Wszy­scy prze­ży­wa­li­śmy wtedy Wołyń na nowo.

Zebrał rela­cje 80 świad­ków z Kisie­lina i oko­licz­nych wsi. Do świad­ków zagłady kilku miej­sco­wo­ści nie dotarł, bo nikt nie prze­żył, albo prze­żył, ale nie chciał mówić. Nie­któ­rzy sta­rzy ludzie nie byli w sta­nie wspo­mi­nać, cier­pieli na otę­pie­nie, cho­ro­wali. Inni nie chcieli wra­cać do bole­snych wspo­mnień, było to dla nich za trudne. Pisał na przed­wo­jen­nej, wypro­du­ko­wa­nej w Pol­sce maszy­nie do pisa­nia z ukra­iń­skimi czcion­kami. Kiedy w 1991 r. Ukra­ina uzy­skała nie­pod­le­głość, posłał ją ukra­iń­skiemu MSZ jako dar.

Ojciec, pra­cu­jąc nad książką, zazna­czał, że nie kie­ruje się rewan­ży­zmem, chę­cią odwetu. Nie cho­dziło mu o to, żeby poczuć satys­fak­cję z obna­że­nia zbrod­nia­rzy. Chciał szcze­gó­łowo roz­li­czyć straty. Dla­tego książka jest do bólu sucha, cza­sami przy­po­mina kro­nikę. A że opi­suje nie­wy­obra­żalne okru­cień­stwa, tym trud­niej ją się czyta.

Krze­si­mir Dęb­ski

Rozdział I. Ta niedziela

Roz­dział I

Ta nie­dziela

Jede­na­stego lipca 1943 r. rano moja mama lepiła z sio­strą pie­rogi na nie­dzielne śnia­da­nie. Zawsze w nie­dzielę jedli pie­rogi, taki mieli rodzinny zwy­czaj. Lepiły ruskie, jed­nak na Woły­niu pie­rogi z kar­to­fli i sera nazy­wały się war­szaw­skie.

Mama miała 18 lat, a jej sio­stra 15. Były młode, wesołe, miały dobre humory, więc przy lepie­niu śpie­wały. Nie zdzi­wiły się, kiedy do kuchni weszła stara Ukra­inka, usia­dła przy stole i przy­glą­dała się, jak dziew­czyny pra­cują. Znały ją dobrze. Miesz­kała w zie­miance, która ostała się jesz­cze z nędz­nych lat dwu­dzie­stych, kiedy w znisz­czo­nym po I woj­nie Kisie­li­nie domy były zbu­rzone, a ludzie żyli w ubó­stwie. Stara kobieta na­dal była biedna. Nie miała rodziny, nie miała gospo­dar­stwa, zara­biała na chleb, pra­cując u sąsia­dów. Sprzą­tała domy, myła pod­łogi, a w piątki cho­dziła do Żydów poma­gać im w przy­go­to­wa­niach do sza­basu. Słu­żyła też u rodzi­ców mojej mamy, była więc z nimi zaprzy­jaź­niona. Idąc przez mia­steczko, zacho­dziła do nich nawet wtedy, gdy dzia­dek nie miał dla niej nic do roboty. Jak przy­szła w porze obiadu, to dosta­wała obiad. Jak zaszła w porze śnia­da­nia, to śnia­da­nie.

W nie­dzielę 11 lipca przy­szła na śnia­da­nie, bar­dzo lubiła pie­rogi. Sie­działa więc i patrzyła, jak dziew­czyny lepią, i słu­chała, jak śpie­wają. Aż w pew­nym momen­cie prze­rwała im i kiwa­jąc głową, powie­działa: „Dzieci! I wam się jesz­cze chce śpie­wać?”. Według mojej mamy patrzyła na nie, jak na przy­szłe ofiary, na które jest już wydany wyrok, tyle że one wtedy tego nie zauwa­żyły. Nie ostrze­gła ich, nie powie­działa: „Nie idź­cie do kościoła, bo was tam zatłuką”. Tylko zja­dła pie­rogi i poszła do sie­bie. A moja mama i jej sio­stra poszły do kościoła.

Tego dnia wyda­rzyła się jesz­cze jedna symp­to­ma­tyczna rzecz: nabo­żeń­stwo w cer­kwi zostało odwo­łane. Wygląda na to, że sporo osób wie­działo, co się sta­nie w połu­dnie, ale nikt nie kiw­nął pal­cem, żeby ostrzec przed tym swo­ich sąsia­dów.

Rodzice mojej mamy i rodzice mojego ojca zostali tego dnia w domu. Aniela Sła­wiń­ska i Wło­dzi­mierz Sła­wosz Dęb­ski – moi póź­niejsi rodzice – byli na mszy. Nie byli jesz­cze wtedy parą, znali się, lubili, inte­re­so­wali się sobą, ale dopiero tego dnia wie­czo­rem posta­no­wili zostać mał­żeń­stwem.

Uro­dzi­łem się dzie­sięć lat póź­niej, jed­nak kolejne godziny 11 lipca 1943 r. znam, jak­bym sam je prze­żył. Bo ten dzień został w moich rodzi­cach już na zawsze, pamię­tali do końca życia każdy szcze­gół, wspo­mi­nali i spi­sy­wali swoje rela­cje. Opo­wia­da­jąc o tej nie­dzieli, przy­to­czę je. Niech to będzie ich wła­sna opo­wieść. Cytuję spi­sane wspo­mnie­nia mamy i frag­menty książki ojca, w któ­rej opi­suje szcze­gółowo to, co widział on sam i inni, któ­rych popro­sił o rela­cje. Opo­wia­dają o tym dniu chłodno, rze­czowo, bez nie­na­wi­ści, jakby pisali kro­nikę. Może wła­śnie dla­tego ich opo­wie­ści są tak wstrzą­sa­jące.

Mama:

Na tydzień przed napa­dem na kościół nie można było cho­dzić do lasu. Upo­wcy roz­sta­wili czujki, które pil­no­wały, by nikt nie zoba­czył, co tam się dzieje. Wszy­scy zaczęli mówić, że w lesie szkoli się banda. Tuż przed ową straszną nie­dzielą 11 lipca do Kisie­lina przy­je­chał z Woron­czyna mój przy­szły mąż. Uciekł z tej miej­sco­wo­ści, gdzie się zaj­mo­wał two­rze­niem struk­tur kon­spi­ra­cyj­nych. Jak zoba­czył, że kilku Ukra­iń­ców idzie w kie­runku cha­łupy, w któ­rej miesz­kał, wysko­czył przez okno i ruszył w pole. Nie wie­dział, kim są, ale słusz­nie przy­pusz­czał, że idą po niego. Nie pomy­lił się. Ci zaczęli za nim strze­lać. Lekko go ranili w nogę i dla­tego przy­je­chał do domu, żeby się wyle­czyć. Jego ojciec był prze­cież leka­rzem. Gdyby nie przy­je­chał i nie przy­szedł do kościoła, to Ukra­ińcy wymor­do­wa­liby wszyst­kich Pola­ków, któ­rzy byli na mszy świę­tej. To on rzu­cił hasło, że trzeba się bro­nić i nie dać się Ukra­iń­com. O tym, że mord jest przy­go­to­wany, więk­szość Ukra­iń­ców zapewne wie­działa. Nikt z nich Pola­ków jed­nak nie ostrzegł, że ich ziom­ko­wie zamie­rzają doko­nać mor­dów na swych sąsia­dach.

10 lipca poja­wiła się nowa grupa upo­wców w lesie kisie­liń­skim. Widać było, jak cho­dzili skra­jem lasu. Cza­sem wybie­gali na łąki, jak gdyby były to ćwi­cze­nia w natar­ciu.

W nie­dzielę rano 11 lipca wcho­dzili do wielu domów, aby się umyć i napić cze­goś cie­płego. Weszło też dwóch do Kra­szew­skich, tych naprze­ciw Kane­łyka Kali­szuka. Po sko­rzy­sta­niu z usług jeden z nich powie­dział: Czoho dywy­teś na nas jak na ban­di­tiw? (Dla­czego patrzy­cie na nas jak na ban­dy­tów?).

Dzień 11 lipca był bar­dzo pochmurny. Około godz. 11 zaczął padać deszcz. Ludzie szybko wcho­dzili do kościoła. Nabo­żeń­stwo odbyło się bez prze­szkód, nor­mal­nie. Ja jak zwy­kle poszłam na chór, nale­ża­łam bowiem do kościel­nego chóru, który zawsze śpie­wał pod­czas nabo­żeństw. Na koniec jak zwy­kle wyko­na­li­śmy Żegnaj, Kró­lowo.

Ojciec:

Ludzie, jak zwy­kle w nie­dzielę cią­gnęli na sumę z oko­licz­nych wio­sek, ale nie­liczni. W cza­sie mszy ktoś się zorien­to­wał i szep­tano, że coś się dzieje, bo w pobliżu domów oka­la­ją­cych kościół od zachodu i pół­nocy kręcą się uzbro­jeni Ukra­ińcy. Po nabo­żeń­stwie chór jak zwy­kle zaśpie­wał Żegnaj, Kró­lowo. Ludzie zaczęli wycho­dzić. Wtedy ze wszyst­kich stron nad­bie­gli upo­wcy.

Mama:

Po mszy św. jako jedna z pierw­szych wyszłam z kościoła, razem z męż­czy­znami, któ­rzy jak zwy­kle spie­szyli się na papie­rosa. Sta­nęli w gru­pie przy kościel­nym murku. Gdy sta­nę­łam przed świą­ty­nią i spoj­rza­łam w stronę ogrodu księ­dza, zoba­czy­łam idącą tyra­lierę. Obró­ci­łam się w drugą stronę, gdzie znaj­do­wał się park hra­biow­ski i tam też zoba­czy­łam uzbro­jo­nych Ukra­iń­ców. Gdy zoba­czy­łam, że idą w stronę kościoła, to nie mia­łam żad­nych wąt­pli­wo­ści, że przy­szli nas wymor­do­wać. Krzyk­nę­łam: „Zobacz­cie, co się dzieje!”, a potem szybko ze wszyst­kimi cof­nę­łam się do świą­tyni. Mój przy­szły mąż, czyli Wło­dzi­mierz Sła­wosz Dęb­ski, jako czło­nek kon­spi­ra­cji też wie­dział, co się święci, i zaczął zamy­kać drzwi w kościele. Ludzie byli prze­ra­żeni. Niektó­rzy stali nie­ru­chomo pod ścia­nami kościoła. Część pobie­gła na chór, a nawet na strych.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

Wyszli­śmy do kościoła: ja, sio­stra Anto­sia, brat Staś i ojciec. Na zakoń­cze­nie mszy ojciec zain­to­no­wał Anioł Pań­ski, jakby prze­czu­wał, że to odpo­wied­nia modli­twa na ten dzień. Ja ze Staś­kiem byli­śmy na chó­rze. On zszedł pierw­szy, ja za nim, póź­niej. Na dole spo­tka­łam się z sio­strą. W tym cza­sie przy drzwiach wej­ścio­wych powstał jakiś ruch. Zoba­czy­łam, jak wystra­szeni ludzie cofają się. Na końcu stał blady Sła­wek Dęb­ski. Kie­ro­wał się pod główny ołtarz i w kie­runku drzwi do zakry­stii. Usły­sza­łam krzyki:

– Napa­dli Ukra­ińcy!… Kościół oto­czony!…

Ojciec:

Boh­dan Mazecki, Kon­stan­cja Kra­szew­ska, Ste­fan Jana­szek i Wacław Laskow­nicki pobie­gli scho­dami na chór i przez otwór w murze prze­do­stali się nad skle­pie­nie nawy bocz­nej, gdzie prze­cze­kali do rana. Więk­szość prze­szła z kościoła do bocz­nej kaplicy i na kory­tarz ple­ba­nii. Po chwili od drzwi głów­nych, które nie tylko były pro­wi­zo­ryczne, ale do tego zamy­kane od zewnątrz, dobiegł roz­kaz: Wychod’te po szty­roch (Wychodź­cie czwór­kami).

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Poszli­śmy do kościoła: ja, sio­stra Regina i ojciec Józef. Po sumie, około godziny trzy­na­stej, wokół kościoła i przy­le­głej ple­ba­nii uka­zali się uzbro­jeni upo­wcy i kazali nam wycho­dzić czwór­kami. Oczy­wi­ście nikt nie wyszedł. Wtedy zaczęli strze­lać w okna i drzwi.

Ojciec:

Prze­bie­głem przez kościół ostatni. Zamkną­łem za sobą haki, drzwi pro­wa­dzące z kaplicy do wnę­trza kościoła i z kaplicy na dzie­dzi­niec kościelny. Zauwa­ży­łem, że nie­któ­rzy ludzie stali pod drzwiami nie­ru­chomo. Inni pobie­gli na pię­tro, część nawet na strych. Ja pró­bo­wa­łem ucieczki przez okno na ogród, ale zauwa­ży­łem, że wszę­dzie stali napast­nicy z bro­nią wymie­rzoną w okna. Powró­ci­łem więc na kory­tarz, gdzie natkną­łem się na Tade­usza Różań­skiego. Był to dzielny czło­wiek, ochot­nik wojny z bol­sze­wi­kami w 1920 roku. Stał ner­wowo, skrę­ca­jąc papie­rosa, i wołał w naszym kie­runku: „Otwórz­cie, oni tylko kogoś szu­kają!”.

Mama:

Po chwili roz­legł się okrzyk: „Otwórz­cie drzwi, oni tylko kogoś szu­kają. Zabiorą go i pójdą sobie!”. Mnie wtedy zmro­ziło. Oka­zało się, że nie­któ­rzy Polacy, ratu­jąc swe życie, byli skłonni wydać na śmierć kogoś ze swo­ich sąsia­dów. Zaraz potem córka orga­ni­sty Bro­ni­sława Janasz­kówna zwró­ciła się do swo­jej stry­jecz­nej sio­stry: „Chodź, Tere­ska, otwórzmy”. I poszły obie otwie­rać. Część ludzi, w tym ja, na komendę mojego przy­szłego męża ruszyło przej­ściem z kościoła na pię­tro ple­ba­nii. Ukra­ińcy już wtedy zaczęli do nas strze­lać. Celo­wali w okna w przej­ściu. Idący przede mną wysoki męż­czy­zna, któ­rego zapa­mię­ta­łam, bo bar­dzo ład­nie śpie­wał, dostał kulę i padł ranny. Nie wiem, jak razem z sio­strą zdo­ła­ły­śmy go pod­nieść i zawlec na górę.

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Ojciec nas pona­glał, byśmy prze­szły na ple­ba­nię do orga­ni­sty Janaszka. Tam już nikogo nie było, widocz­nie ucie­kli na pię­tro do księ­dza. Tu na dole strze­lali do drzwi wzdłuż kory­ta­rza. Wtedy u moich nóg upa­dła pani Mar­kow­ska, a po dru­giej stro­nie kościelny. W tym cza­sie tłum nas roz­dzie­lił. Ja z sio­strą zosta­łam za ścianą przy scho­dach na górę. Dostrze­głam ojca ucie­ka­ją­cego przez ogród księ­żow­ski. Strze­lali do niego.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

Bez­wied­nie pobie­głam do kaplicy, a potem na ple­ba­nię. Tam spo­tka­łam brata, ojca i sio­strę. Padły pierw­sze strzały. Na kory­ta­rzu, przy oknie stały jakieś beczki. Wsko­czy­łam na nie i patrzy­łam na plac kościelny. Przy mnie był ojciec. Widzia­łam, jak moja ciotka, Sta­ni­sława Kołek, prze­cho­dząc przez otwór w murze ogro­dze­nio­wym, prze­wraca się i pod­biega do niej Ukra­iniec. Widzia­łam, jak bije ją gru­bym kijem. Ojciec też to widział. Ścią­gnął mnie z tych beczek. Ze stra­chu nic już nie widzia­łam. Wbie­głam do kuchni na dole. Stały tam oparte o ścianę deski i za nie się scho­wa­łam. Scho­wała się tam też nauczy­cielka z Twe­dryń i tam potem została spa­lona. Ja wysko­czy­łam stam­tąd i pobie­głam do miesz­ka­nia orga­ni­sty Janaszka. Tam już sie­działo kilka kobiet, mię­dzy innymi ciotka Tekla Ada­chowa. Pood­su­wa­łam kwiaty i chcia­łam ska­kać przez okno do ogrodu, ale tam zoba­czy­łam Ukra­iń­ców z kara­bi­nami. Ponow­nie wbie­głam do kościoła.

Ojciec:

W tym momen­cie zoba­czy­łem leżą­cego pod drzwiami klatki scho­do­wej Igna­cego Marka, gospo­da­rza z Ada­mówki. Ten potężny męż­czy­zna ciężko ranny krzy­czał roz­pacz­li­wie: „Dobij­cie mnie!”.

Nie zwa­ża­jąc na nie­bez­pie­czeń­stwo, kilka osób pobie­gło na pię­tro. Ja podą­ży­łem za nimi. Będąc już na miej­scu, krzyk­ną­łem, żeby ludzie szli za mną na górę, ale nikt się nie ode­zwał. Nasłu­chi­wa­łem jesz­cze przez chwilę, a potem zamkną­łem drzwi i zasu­ną­łem sztabę. W tym cza­sie na kory­ta­rzu pię­tra nikogo nie było. Pobie­głem więc po scho­dach wyżej na strych. Tam, w naj­cia­śniej­szych kątach ludzie szu­kali kry­jó­wek. Zauwa­ży­łem, jak jakaś mło­dziutka dziew­czyna usi­ło­wała bez­sku­tecz­nie wejść do komina. Kilku męż­czyzn cho­wało się na pod­da­szu księ­żej spi­żarni nad kaplicą. Stam­tąd wołali do mnie: „To przez cie­bie nas tu znajdą!”.

Prze­ra­żony pobie­głem na kory­tarz pierw­szego pię­tra. Dopiero tam spo­strze­głem, że trzy­mam w rękach cegły. W tym momen­cie przy­biegł mój brat Jerzy. Gotowi do obrony zaczę­li­śmy tara­so­wać drzwi klatki scho­do­wej sto­ją­cymi obok kuframi i skrzy­niami wyła­do­wa­nymi war­to­ścio­wymi przed­mio­tami i odzieżą, zło­żoną tu przez zamoż­niej­szych para­fian na prze­cho­wa­nie. Wkrótce dołą­czyli do nas inni.

Romana Jur­kow­ska-Radzie­wicz:

Pod samymi drzwiami stał Wacław Sła­wiń­ski, mój wujek, zięć Janasz­ków. Ci na górze usły­szeli jego nawo­ły­wa­nie i otwo­rzyli drzwi. Wszy­scy tło­czący się na scho­dach weszli na pię­tro. Wtedy powtór­nie zamknięto drzwi i zaczęto je tara­so­wać. W tym momen­cie dobi­jali się już ban­de­rowcy.

Adela Prejs z domu Ziół­kow­ska:

W kaplicy dopadł mnie Jurek Dęb­ski i zacią­gnął na ple­ba­nię na pię­tro. Nie widzia­łam już swo­ich bli­skich. Drzwi były już zamknięte. Ale pod drzwiami był Dziu­nek Chmiel­nicki. Zaczął wołać. Drzwi się otwo­rzyły i jesz­cze kilka osób wpusz­czono.

Ojciec:

Ktoś zna­lazł i przy­niósł sie­kierę. Inni zno­sili cegły, jesz­cze inni deski, które zostały na stry­chu po zakoń­czo­nej odbu­do­wie kościoła. W pew­nym momen­cie stary Kru­piń­ski, trzy­ma­jąc w ręce sie­kierę, spoj­rzał na mnie i z wyrzu­tem powie­dział: „Jak łazić i zakła­dać orga­ni­za­cję, to was było pełno, broni jak potrzeba, to nie ma!”. Sta­łem mil­czący jak skar­cony sztu­bak. Uspra­wie­dli­wia­łem się w duchu naiw­nie, że prze­cież nie peł­nię żad­nej kie­row­ni­czej funk­cji. W tym cza­sie ban­de­rowcy zaczęli wypro­wa­dzać tych, któ­rzy się pod­dali. Wyszło na dzie­dzi­niec kościelny drzwiami kaplicy kil­ka­na­ście osób. Ukra­ińcy pro­wa­dzili ich za dzwon­nicę tą samą drogą, którą wcze­śniej cho­dzili w pro­ce­sji.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki