Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Pełnokrwista reporterska opowieść o wojnie w Ukrainie autorstwa korespondentki „Tygodnika Powszechnego”. Antonina Palarczyk pisze, jakby opowiadała o swoich przeżyciach przyjaciołom, dzięki czemu wojna przestaje być odległym tematem z nagłówków. Jest bliska, nieraz wstrząsająca, kiedy indziej wisielczo zabawna, melancholijna, zaskakująca – ale nie pozostawia czytelnikowi miejsca na obojętność.
Autorka pracuje inaczej niż większość współczesnych reporterów wojennych. Nie wpada na chwilę, by zdać relację i wyjechać, ale spędza w pobliżu frontu długie tygodnie, podróżując autostopem i stopniowo zapuszczając korzenie na Wschodzie. Pokazuje wojnę jako doświadczenie traumatyczne i dewastujące, ale też uzależniające, transgresyjne i na swój sposób pociągające – przez intensywność nieosiągalną w innych warunkach.
Wyjątkowy, bardzo mocny debiut.
„Jeszcze nikt tak o tej wojnie nie pisał, bo nikt, poza samymi żołnierzami i trupami, nie był tak blisko niej. Jeśli się wjeżdża na pełnej z kontratakującym ukraińskim wojskiem na terytorium Rosji, jeśli się zna każdy wykrot Donbasu, jeśli się łowi szewronowe jebanutrie po okopach, to się ma co opisywać. I się to umie robić, bo to jest poezja i to jest mięso, to jest delikatność i to jest błoto w zęby, to jest okopowy rap, taniec chłopaków umarlaków, to bajraktarszczyzna, to hulajpolska anarchia z szerokim uśmiechem szczerzącym kły z nabojów i łusek, zapach rozgrzanej lufy karabinu, źle zamontowanej instalacji gazowej i podmuch eksplozji. A po całej tej krainie, nad którą lata na kościodronach historia najnowsza, biegają jeszcze, wyją i chichoczą wszystkie tradycyjne ukraińskie diabły, demony i licha” – Ziemowit Szczerek
„Dobra, reporterska opowieść to w gruncie rzeczy gawęda, która przynosi wieści z dalekiego i bliższego świata, ale także, a może przede wszystkim, daje przyjemność słuchania. Taką właśnie gawędą jest ta książka. Opowiada o sprawach pierwszorzędnych, o wojnie, która unieważnia wszystkie inne sprawy i która się toczy tuż za miedzą. Ale niezwykłość tej gawędy polega również na tym, jak Antonina Palarczyk ją snuje. Sowizdrzalska zuchwałość, delikatność, lekkość pióra, z jaką szkicuje wojenne sceny i pejzaże... Chce się słuchać” – Wojciech Jagielski
„Taką książkę napisałby Ernest Hemingway, gdyby był dwudziestokilkuletnią dziennikarką z Polski i jeździł stopem po linii frontu w Ukrainie. Antonina Palarczyk w niezwykły sposób przypomina nam o ludzkiej twarzy wojny – i ludzi, którzy na niej giną. Odważna, brawurowa, ale też przepełniona smutkiem, zmieszanym – jak żołnierska herbata – z szorstkim poczuciem humoru. Właśnie wystrzelił wielki talent reporterski. Lektura obowiązkowa!” – Witold Szabłowski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 443
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Opieka redakcyjna: PIOTR TOMZA
Redakcja: ŁUKASZ PODGÓRNI
Korekta: ANNA DOBOSZ, HELENA ROGUSKA, JOLANTA STAL, ANETA TKACZYK
Projekt okładki i stron tytułowych oraz mapy: JASIEK KRZYSZTOFIAK
Ilustracje na okładce i wewnątrz książki: © ANTONINA PALARCZYK
Opracowanie typograficzne: ANNA PAPIERNIK
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Antonina Palarczyk © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09430-3
Podczas pracy nad książką autorka korzystałaze stypendium dziennikarskiegoFundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
dla Michała i jego pszczół
– Uważaj. Pakujesz się w ogień – powiedział Wowczyk. Może zabrzmiałoby groźniej, gdyby nie stał przy furtce w samych majtkach, naciągniętych na duży i różowy od upału tyłek. Na stopach miał kapcie, a na twarzy ostrzegawczą kreseczkę zmarszczonych brwi. Ta kreseczka bywała zapewne ostatnią rzeczą, jaką widział rosyjski żołnierz, kiedy Wowczyk był w pracy i rozprawiał się z Rosjanami z ramienia oddziału szturmowego Sił Zbrojnych Ukrainy. Ale teraz był po pracy. Z puszką piwa w garści przyglądał się, jak wciągam na grzbiet plecak, bardzo ciężki zresztą. I wysłuchiwał chytrego planu, jak to pójdę sobie wieczorem na pobliską trasę i będę machać rękami na kierowców, żeby złapać stopa. A że mowa o łapaniu stopa na trasie (Trasie!) Słowiańsk–Charków, biegnącej wzdłuż frontu, choć w rozsądnej od niego odległości, to może ktoś mnie podwiezie w stronę Charkowa. A potem, słuchaj, Wowczyk, potem na skrzyżowaniu złapię kolejnego stopa prosto do Kupiańska. Co prawda nikt tam jeszcze nie wie, że do nich jadę, ale po drodze może się wreszcie dodzwonię. Tam stacjonuje przecież 14. Brygada.
14. Brygada czekała na Olgę, która do Kupiańska miała przyjechać białym BMW pełnym zaopatrzenia, a przy okazji przywieźć i mnie. Tyle że BMW wycharkiwało właśnie ostatnie słowo na parkingu przed daczą Wowczyka na przedmieściach Słowiańska. Stało się jasne, że to auto nigdzie dalej nie pojedzie. Żadna nowość. Olga, wożąc zaopatrzenie wojakom, zajechała już niejeden samochód, niektórymi wpadając pod ostrzał. Tym razem wykończyła Bogu ducha winne BMW swojego męża. Wykochane i wymisiane, postrach całej szosy donieckiej, choć trzydziestoletnie i z drutem zwiniętym w warkoczyk zamiast klamki od strony kierowcy.
Na szczęście samochód rozkraczył się niedaleko miejsca, gdzie koczowali jej znajomi. Nie był to może jakiś niesłychany zbieg okoliczności, bo Olga znała połowę żołnierzy stacjonujących na donieckim odcinku frontu. Przywożenie im na wolontariackich zasadach mydła, szydła i powidła sprzyjało kiełkowaniu serdecznych stosunków. W przeciwieństwie do drugiego jej zajęcia, równie wolontariackiego – transportu ciał poległych, co robiła w ramach projektu cywilno-wojskowej współpracy (CWW) „Na Tarczy”. Mawiała w drodze, że chłopcy jej nie lubią, bo ona ich wozi. Ale na pierwszym napotkanym blok-poście, drogowym posterunku wojskowym, zaczynała cmokać na widok obstawiających go brodatych wojaków. Śpiewała dużo i pełną piersią, najchętniej piosenkę o czerniawej Cyganeczce. Rzucała się z pocałunkami na ludzi jak wygłodniały szakal. Gdziekolwiek natknęła się na zabiedzonego żołnierza, czy to na stacji benzynowej, czy podczas półminutowej znajomości w kolejce po kawę, zaraz padała komenda: „Zapisz sobie mój numer – Olga wolontariuszka. Przywiozę wam mnóstwo pysznych rzeczy”. Potem nieborak był przytulany do matczynej piersi, po czym Olga wskakiwała za kierownicę swojego grata i odjeżdżała z dudniącym rosyjskim disco w głośnikach. Czterdziestoletnia, czarnowłosa i wylewna jak diabli.
Był zatem marudny Wowczyk, był wieczór, a mnie miało zaraz nie być. Olga beztrosko bajerowała półnagich chłopców z wowczykowego oddziału. Ci leżeli w podwórkowym pyle, grzebiąc we flakach białego BMW, nieruchomego jak wyrzucone na brzeg truchło walenia. Gdzieś piszczał mały ptak. Był środek dusznego, donieckiego lata.
Wowczyk machnął ręką, wyraził już swoją dezaprobatę wobec moich szczeniackich pomysłów. Ja też machnęłam ręką, na pożegnanie. Głowę miałam pełną pięknych myśli – jechałam przecież pisać reportaż o prawdziwej wojnie! Autostopem! Ale najpierw należało się wydostać z opłotków. Dzielnica składała się z chatek, zbudowanych jednakowo od zachodu aż po wschód kraju. Parterowych, z białej cegły, otoczonych wysokim ogrodzeniem. W tej okolicy zamieszkanych w dużej mierze przez żołnierzy. Cywili zostało stosunkowo niewielu.
Były za to psy. Kudłate, wrzaskliwe i bardzo podejrzliwe. Nawet jeśli ich właściciele wciąż przebywali w okolicy, zazwyczaj pozostawali głusi na niedolę przechodniów, których legitymowały psie zgraje. Widząc jeden z takich patroli, przyspieszyłam kroku. Nadkładałam drogi i kluczyłam uliczkami jak po szachownicy, plecak ciążył w wieczornym upale. Jak to tak, wybierać się na prawdziwą wojnę i w pierwszych pięciu minutach stchórzyć na widok pekińczyka? Ano tak. Piękne myśli uleciały, spłoszone wizją konfrontacji z choćby jednym donieckim kundlem sięgającym mi do kostek. I tak skończyła się pierwsza próba złapania autostopu. Gdybym miała ogon, to by się podkulił. Kolektywna szydera ze strony Wowczyka i jego półnagich chłopców, która czekała mnie na kwaterze, okazała się zwięzła i serdeczna, wbrew obawom.
Następnego dnia rano, zanim ktokolwiek się zorientował, wyrwałam z kwatery na Trasę najokrężniej, jak się dało, omijając zasadzki psiej policji.
Trasa! Doniecki Szlak Jedwabny, ciągnący się z północy na południe, brzuchem zahaczający o wschód. Dobra, porządna droga. Kiedyś niemal w całości zajęta przez Rosjan i uwolniona przez Ukraińców jesienią 2022 roku w czasie spektakularnej kontrofensywy, po której zostały nostalgia i zardzewiałe rosyjskie czołgi, zepchnięte z asfaltu na pobocze. Przydrożne zgliszcza lekko tylko uprzątnięto, ziemia po obu stronach Trasy wciąż była pryszczata od rosyjskich min. Front odsunął się na kilkadziesiąt kilometrów.
Pierwszym złapanym samochodem dojechałam równo na granicę obwodów donieckiego i charkowskiego. Kwitł na niej, niczym rajski grzyb postawiony przy wrotach piekieł, betonowy witacz. Wielki napis „OBWÓD DONIECKI” pokryty był starczą skórką naklejek i podpisów i nieco też poharatany kulami z czasów jesiennej kontrofensywy. I jak pod niemal każdym witaczem, rozsiadł się tam blok-post – posterunek wojskowy. Pożądany w trakcie łapania kolejnych samochodów jak deszcz na pustyni. Bo to już nie wygłupianie się na poboczu, tylko połów w towarzystwie uzbrojonych brodaczy. Ci czasem legitymują z gorliwą podejrzliwością, obwąchują akredytację i próbują dociec, dlaczego przedstawiciel zachodnich mediów wlecze się z plecaczyskiem jak szmaciarz, łapiąc autostop, zamiast przemknąć przez posterunek Land Cruiserem z prywatnym kierowcą. A czasem nie dziwi ich nic, zwłaszcza szmaciarz pospolity, bo czego to na wojnie się nie widziało. Smoki, dziwy i dziwki w bitej śmietanie.
Najmilej złapać na stopa żołnierza wracającego do domu na przepustkę. Asfalt huczy wtedy lekko, a silnik ubłoconej terenówki nuci rześką piosnkę. Na przepustkę do Charkowa jechał akurat Pasza, wojak o wyglądzie miłego jeża. Tego dnia obchodził czterdzieste drugie urodziny. Kombat, jak mówiono na dowódcę batalionu, dał mu dobę wolnego, żeby sobie wrócił do żony.
– Urodziny ważna sprawa – zaczął Pasza, gdy pędziliśmy Trasą na północ; stąd do Iziuma szybkim tempem było tylko dwadzieścia minut. – Chociaż czterdziestych urodzin świętować nie można, bo się szybko umrze. Ja o swojej czterdziestce nikomu nie powiedziałem, nie było wypite żadne sto gram. Bo znałem kilku takich. Świętowali jak gdyby nigdy nic i w ciągu roku, dwóch umarli. Kobiet to mniej dotyczy, ale faceci muszą uważać. Trzeba pamiętać o takich sprawach. Okruszków ze stołu nie można ścierać ręką, zawsze ściereczką, bo inaczej pieniędzy w rodzinie nie będzie. Kiedy idzie deszcz w dniu ślubu, to dobry znak, rodzina będzie bogata. W dniu mojego ślubu lunęło. Nie powiem, że jestem bogaty, ale biedny też nie. No i nigdy nie robię sobie zdjęć na bojowych pozycjach. Boję się, że wtedy nie wrócę.
Izium, jedno z najbardziej oklepanych nieszczęść tej wojny, zaraz po Mariupolu i podkijowskich miejscowościach. Miasteczko mozolnie podnosiło się z ruin. Otrzepywało grzbiet z gruzu, lizało rany po wielomiesięcznej okupacji, od której zostało uwolnione pół roku wcześniej. W pierwszej kolejności wykiełkowały sklepy wojskowe i kawiarnie. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na chwilę. A Pasza ciągnął dalej:
– Niektóre chłopaki zgrywali kozaków, a jak pierwszy raz nakryła ich artyleria, to coś zmiękli. Ale trafiali się i tacy, o których bym w życiu nie pomyślał, do czego są zdolni. Opowiem ci coś. Na początku dwa tysiące dwudziestego drugiego roku walczyliśmy pod swoim miastem, koło Małej Rohani, tu niedaleko. Rosjanie siedzieli po jednej stronie drogi, a my po drugiej. Robiłem właśnie obchód po pozycjach i chatach, gdzie mieszkali nasi, żeby poprzestawiać ustawienia w sprzęcie do łączności, bo Rosjanie podsłuchiwali. I trafiłem na taką scenę: młody chłopak, którego imienia teraz nie pamiętam, zawsze cicha woda, muchy by nie skrzywdził, robili sobie nawet z niego podśmiechujki, razem z innymi prowadzi dwóch pojmanych Rosjan. Jeden z nich nagle siada na asfalcie i mówi: „Poszli wy wszyscy na chuj, nigdzie dalej nie idę”. Zaparł się typek, a drugi wnet poszedł w jego ślady. Nasi zamarli, nie wiedzą, co robić. Krzyknąć, walnąć czy co? Na co ten młody, cicha woda, mówi pierwszemu Ruskowi: „Tak, dobrze powiedziałeś. Poszedł ty na chuj”. Przykłada mu lufę do czoła i strzela bez mrugnięcia okiem. Mózg rozprysnął się po asfalcie jak galaretka. Drugi Rusek od razu złagodniał i dał się zaprowadzić, gdzie trzeba. „Tylko nie strzelajcie”, powtarzał.
Ech, tak to już jest z tymi pojmanymi – ciągnął Pasza. – Niedawno pod Kliszczijiwką, skąd wracam, złapali chłopaki jednego. Dziad taki, pięćdziesiąt siedem lat na karku i dobrze mu z oczu patrzy. Taką dobrą miał tę buzię, że się od razu chłopaki pytają: „Dziad, co ty robisz w tej armii?”. Dziad mówi to, co wszyscy: „Z mobilizacji”. I uśmiecha się łagodnie. No, a potem się okazało, że ma gruźlicę, taką zaraźliwą. Chłopaki jak nie odskoczyli! I cali się wytarli mokrymi chusteczkami.
Chociaż o tych Rosjanach to chce się czasem myśleć jak o ludziach. Kiedy na przykład w któregoś trafia moździerz. Widzisz na obrazie z drona kończyny, jak lecą w cztery strony świata, i myślisz sobie przez chwilę, że to był człowiek przecież. Widzisz ludzkie ciało, takie jak nasze. No i wtedy trzeba sobie pomyśleć, że ten sam „człowiek” wrzucił nam wczoraj do okopu granat i zabił któregoś z chłopaków. To nie ludzie, to swołocz. Kiedy pocisk trafia w takiego bezbłędnie, krzyczymy jak na meczu, gdy strzelą gola. Jak w domu przed telewizorem.
Dusza mi już czerstwieje, to niedobrze, ale przynajmniej z większym spokojem myśli się o śmierci. Chłopaki to durnieją. Nawet dowódca świruje. Mnie dodają sił takie wizyty jak dzisiaj. Zobaczyć żonę, zobaczyć syna. Chociaż i tak muszę brać leki na uspokojenie. Bez nich nie umiem spać i wyglądam jak zombie. Bo wieczorem przychodzą chłopaki umarlaki. Na nich nie pomaga wódka.
Jednego dnia jesteśmy razem, a następnego operatorzy dronów szukają ich ciał. Zoomują na twarze, żeby ich rozpoznać. Ale rodzinom często mówimy, że ktoś przepadł bez wieści. Bo inaczej kazaliby nam iść po zwłoki. A ile już zespołów ewakuacyjnych zginęło przy próbach przeciągnięcia ciał na naszą stronę. Nie trzeba nam jeszcze więcej trupów.
Pierwszy raz drogą do Kupiańska przejeżdżałam kilka miesięcy wcześniej, w bezśnieżny gregoriański Nowy Rok. Asfalt, starannie rozjechany gąsienicami czołgów, huczał wówczas basem. Droga kluczyła między polami niezebranej kapusty i czarnymi główkami słoneczników. Gdzieś między nimi, na wzgórzach i za rzeką Oskoł, sadowił się Kupiańsk. Wyludniające się przed wojną miasteczko położone nieopodal trójstyku granic Rosji, obwodu ługańskiego i charkowskiego – czystej definicji rubieży wszechświata. Kolejne tysiące ludzi wygnała kilkumiesięczna okupacja, trwająca niemal od pierwszego dnia pełnoskalowej wojny. Jesienią z Kupiańska uciekł wraz z rosyjskimi wojskami kolaborant mer Macehora. Została garstka emerytów o niejasnych poglądach, z nielicznymi wyjątkami. Mała, bo czterdziestokilometrowa odległość od Rosji przez lata robiła swoje, do uszu miejscowych sączyły się podszepty rosyjskiej telewizji.
Gwałtowne wyparcie Rosjan za rzekę świętowane było tylko hen na zachód od Kupiańska. Krótkotrwała euforia ochrypła jednak po konfrontacji z rzeczywistością. Rosjanie nie odeszli daleko, często dawali o sobie znać za pomocą artylerii i bomb lotniczych. Zrujnowane miasto, pobite do nieprzytomności, wciąż nie odzyskiwało czucia. Co prawda w miejsce okupacyjnych barw pojawiło się kilka proukraińskich graffiti i flag, ale zatkniętych jakby bez większego przekonania. Część opuszczonych chat nadających się do użytku zasiedlili ukraińscy żołnierze. Nie wchodzili w drogę miejscowym. Trudno powiedzieć, kto kogo mierzył bardziej podejrzliwym wzrokiem.
Tamtego 1 stycznia towarzyszyłam w drodze Braciakowi, znajomemu wolontariuszowi, którego w okolicę zwabiła wieść o oswobodzeniu niedużej osady Nowoseliwśke, na wschód od Kupiańska. Wraz z 2022 rokiem zakończyła się era wielkich manewrów. Front zastygł, linia osiadła w ziemi jak gnijąca rana, która ani myśli się zagoić. Wydarzenie takie jak deokupacja wiochy Nowoseliwśke, liczącej przed wojną zaledwie kilkuset mieszkańców, wywoływało zatem niemałe poruszenie. Braciak załadował swojego pomarańczowego Sprintera paczkami pomocy humanitarnej i pojechał na wschód, napędzany bardziej sercem niż rozumem, jak się okazało.
Droga szeroka i poważna, jak ta łącząca Kupiańsk z obwodem ługańskim, w czasie wojny wydaje się wręcz służyć do tego, żeby zapędzić się zbyt daleko. Właśnie przy niej znajdowała się owa wiocha, oswobodzona przez „Krakena”, jedną z elitarnych jednostek ukraińskiego wywiadu, wywodzącą się ze środowiska charkowskich ultrasów.
Robiło się ciemno, gdy wyjechaliśmy na drogę. Dało się nią dotrzeć maksymalnie 30 kilometrów za miasto. Dalej można było już tylko wpaść w objęcia ludożerców. Chowali się niedaleko, za to nie za bardzo. Nie ten się chowa, kogo się trzeba bać. Chociaż pozwolili się wypędzić z miasta. Ich porzucone czołgi i BMP, czyli przypominające czołg bojowe wozy piechoty, oblizane ukraińskim ogniem, walały się wzdłuż asfaltu.
Bez pytań, dokąd jedziemy, żołnierze przepuścili nas na ostatnim blok-poście za Kupiańskiem. Potem nie było już niczego. Słońce zaszło. Najjaśniejszym punktem w okolicy był płonący gdzieś po lewej budynek, podpalony zapewne rosyjskimi rękami. Uparcie pchaliśmy się na wschód. Co tknęło Braciaka, żeby w połowie drogi skręcić w bok, w stronę ledwo rysujących się w ciemności osiedli? Czort wie. Albo anioł. W Nowoseliwśkem i po drodze chcieliśmy spotkać cywili. Kogoś żywego. Zatrzymaliśmy busa pośrodku jezdni, obok wianuszka zużytych łusek kalibru 25 mm. Jedna z nich, podniesiona z błota, do teraz służy mi za wazonik w domu. Na po cichu zadawane sobie pytanie, czy jest dla kogo pchać się dalej, odpowiedział szelest przydrożnych krzaków. Wybiegło z nich dwóch ukraińskich żołnierzy, w pełnym uzbrojeniu i z niedowierzaniem w oczach.
– Nie ma ludzi, nie ma! Wszyscy uciekli – krzyknął jeden z nich. – Wy też uciekajcie, zanim was złapią rosyjscy pepesznicy, siedzą za wzgórzem. – Ruchem głowy wskazał niewielki wał ciągnący się wzdłuż drogi.
Cokolwiek miało wyleźć z ciemności, niech nas nie zauważy – brzmiała mantra odmawiana cichutko przez bijące głośno serce. Sunęliśmy z wyłączonymi światłami – do ludzi, do Kupiańska, do światełek. Braciak szamotał się z noktowizorem. Próbował przykładać go do oczu i śledzić dziurawą jak sito drogę przed nami. Otoczenie wydawało się na tyle zajęte sobą, żeby bus mógł się prześlizgnąć. Ukraińcy wrócili na pozycje w swoich krzakach. Nie próżnowała siedząca gdzieś nieopodal rosyjska katiusza Grad. Wystrzeliwane rakiety z wrzaskiem przelatywały nad drogą na ukraińską stronę. Jak świetliki z długimi ogonkami, rozgrzane do czerwoności.
Pół roku później, trochę mniej lekkomyślna i pouczona przez Wowczyka, kiedy wjeżdżałam do miasta, siedziałam w aucie jak na szpilkach, strzygąc uszami. Kupiańsk, zapomniany na dobre przez Boga i ludzi, pierwszy raz od czasu deokupacji wrócił na nagłówki. Pod koniec lipca 2023 roku oficer prasowy wschodniego zgrupowania armii ukraińskiej podał, że Rosjanie zgromadzili niedaleko miasta duże siły: 100 tysięcy żołnierzy, 900 czołgów i 500 systemów artyleryjskich. W krótkim czasie zrobili pewne postępy, przejmując kilka wiosek i zbliżając się do miasta. Ukraińskie władze ogłosiły obowiązkową ewakuację cywili z kilkudziesięciu przyległych miejscowości, głównie na wschodnim brzegu rzeki Oskoł. W obliczu takich wiadomości można było się spodziewać, że Kupiańsk nie będzie dawał żadnych znaków życia. Tymczasem dotarłam tam w towarzystwie rodziny z sześcioletnim dzieckiem, która zabrała mnie na stopa. I wysadziła w centrum, kiedyś pełnym rozbitego szkła, a teraz wyglądającym jak nowotestamentowy bazar w świątyni.
Samochody, niemal wszystkie należące do wojskowych – brudne terenówki w maskujących kolorach i przeważnie z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi – długim sznurem ciągnęły się wzdłuż chodnika przy Stadionie Spartak. Tłum opływał stoiska z odzieżą taktyczną, lemoniadą i wszystkim, czego tylko żołnierz mógł sobie zażyczyć. Stoiska pojawiły się w mieście całkiem niedawno, jak tylko o Kupiańsku znów zrobiło się głośno. Niemałym zainteresowaniem cieszyła się miejscówka ze świeżymi szaszłykami, popularnymi na ukraińskich poboczach. Zawiadujący interesem dziadek uwijał się za ladą w pełnym słońcu i szybko kasował klientów przy żarze buchającym znad paleniska.
– Karmić wojskowych to mój moralny obowiązek. – Zrobił poważną minę. Dodał, że jego brat służy w Brygadzie „Wściekłość”, jednej z dziewięciu takich jednostek sformowanych przez ukraińskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, tworzących Gwardię Ofensywy. Jak większość sprzedawców, którzy rozkładali stragany pod Spartakiem, i ten co noc wracał do rodzinnego Charkowa, dwie godziny samochodem. Ale dla takiego dziennego urobku, jaki czekał w Kupiańsku, było warto.
Mój kontakt z 14. Brygady, na którego czekałam w cieniu szaszłykowego foodtrucka, okazał się niewysokim facetem o wyglądzie informatyka. W średnim wieku, w okularach i z poparzonymi rękami. Przedstawił się jako Wowa, wrzucił mój plecak do terenówki i zabrał mnie na drugą stronę rzeki. Wówczas jeszcze dało się przekraczać Oskoł przez przeprawę mostową w centrum miasta. Potem była bombardowana tak często, że zaniechano jej odbudowywania.
Dotarliśmy na skraj miasta. Jeden z tysięcy parterowych domów pokrytych winoroślą okazał się Domem, a banda zamieszkujących go żołnierzy – gronem hałaśliwych braci. Najstarszy z nich, Banduszkin, odkąd pojawiłam się w Domu, nazywany był po prostu Babuszką. Banduszkin, Wadim, Samowar, Mitiaj, Żmij i Miszka. Rumiane i tęgie Wołyniaki.
Życie ekipy było względnie beztroskie. Kiedy jesteś młody, najedzony i na tyłach, wystarcza to, żeby spać spokojnie. Chłopaki miały swoją chatę, grilla i stosunkowo niewiele obowiązków. Wyjeżdżali tylko od czasu do czasu, żeby oddać parę wystrzałów z Grada-partyzanta, czteroprowadnicowej wyrzutni rakiet zamontowanej na terenówce.
Nie minęło jednak pół godziny od mojego przybycia, jak wydano komendę do wyjazdu. Chociaż większość czasu spędzali w półnegliżu, zdołali w kilka minut wbić się w mundury i kamizelki kuloodporne. Kapcie zamienić na buty, wypluć papierosy i w podskokach pobiec do terenówki. Dwóch na pace, trzymając się stelażu, reszta do środka – rakiety przezornie były już załadowane. Komenda przyszła w ślad za ukraińskim dronem, który kilkanaście kilometrów od nas, po drugiej stronie frontu, wypatrzył rosyjskie stanowisko moździerzowe. Takie samo jak to, na którym pracowały chłopaki.
Samowar ledwo wyrabiał za kierownicą. Mijani na blok-poście żołnierze, widząc terenówkę pędzącą z załadowanymi rakietami, gwizdali z radości. Jeden posyłał dłonią całusy w stronę wyrzutni.
– Czy nie wystarczy ci biedy?! – rzucił Samowar do niemal przejechanego staruszka, który wyłonił się na rowerze zza zakrętu. – Ahar, Ahar, tu Samowar! – próbował przekrzyczeć huk samochodu, kontaktując się z bazą. Ściszał radio z ryczącą muzyką, a Miszka zaraz znów je podkręcał.
Stanęliśmy gdzieś w szczerym polu. Czas płynął, ekipa rzuciła się do wysuwania stelażu stabilizującego i nastawiania wyrzutni na podane koordynaty. Cel był kilkanaście kilometrów stąd. Środek dnia, samo południe. Lecące z Grada pociski nie przypominały już świetlików z długimi ogonkami, rozgrzanymi do czerwoności. Za dnia wyglądały pospolicie.
Wieczorem do Domu zeszli się kolejni żołnierze z oddziału. Tego dnia wypadało Święto Spasa, Przemienienia Pańskiego, ważne w obrządku wschodnim. Pierwszego wieczoru w gronie artylerzystów z 14. Brygady, który to wieczór wypadł w ową prawosławną uroczystość, można było nabrać przekonania, że alkohol pojawia się na żołnierskim stole od święta. W istocie pojawiał się każdego dnia, a czasem i trzy razy dziennie. Nieraz traktowano go uroczyście, w ukraińskim kalendarzu był akurat bezlik okazji do chlania. Dzień Artylerzysty, Dzień Rezerwisty, Dzień Wojsk Desantowo-Szturmowych. Dzień Państwowej Służby Specjalnej Łączności i Ochrony Informacji. Zazwyczaj jednak po samogon sięgano tak po prostu. Jak po remedium na bojowy stres i wyczerpanie, gdy oddział znajdował się w środku zawieruchy. A na tyłach piło się z nudów. Z przyzwyczajenia. Z nieukrywaną przyjemnością. Z tęsknoty.
Żmij z powagą zabrał się do rozpalania grilla, artyleryjskie towarzystwo rozsiadło się za stołem przed chatą. Po wzniesieniu toastów – za miłość, piękno i 122 mm (kaliber rakiet Grad) – zaczęli się targować, co kupią za pieniądze ze sprzedaży Cygańskiej Madonny – kopii obrazu Tycjana, którą namalował jeden z żołnierzy z oddziału.
– Na wojnie głowa dobrze nie pracuje, więc maluję same kopie, nic autorskiego – opowiadał artysta, ćmiąc papierosa za stołem; duży, rudy i zamyślony. – Po wojnie chcę otworzyć własną pracownię malarską. Tutaj, w Kupiańsku, nie mam za dużo materiałów, ale w wolnym czasie staram się malować. Za mój poprzedni obraz kupiliśmy Starlinka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
