Nazistowscy lekarze. Mord medyczny i psychologia ludobójstwa - Robert J. Lifton - ebook

Nazistowscy lekarze. Mord medyczny i psychologia ludobójstwa ebook

Robert J. Lifton

0,0
97,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Przysięgali ratować życie. Zdecydowali się zabijać

Eutanazja osób niegodnych życia.

Selekcje genetyczne i rasowe.

Eksperymenty na ludziach.

Zastrzyki z fenolu w serce.

Masowe mordy na więźniach.

Przełomowe i najbardziej wstrząsające dzieło wybitnego psychiatry Roberta J. Liftona to błyskotliwa analiza roli, jaką w czasie II wojny światowej odegrali lekarze służący III Rzeszy.

Co nimi kierowało? Czego się dopuścili? Jak mogli z tym żyć? I czy na pewno medycyna skończyła z tym, co, jak mogłoby się nam wydawać, stanowi jej przeciwieństwo?

Najważniejsze studium na temat udziału środowiska medycznego w procesie nazistowskiego ludobójstwa, obnażające najmroczniejszą stronę ludzkiej natury

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1220

Data ważności licencji: 3/13/2028

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ocalałym. Ofiarom nazizmu i tym, którzy wciąż muszą się zmagać z siłami, które dokonują masowych mordów i ludobójstw.

Mów, ty także, miej ostatnie słowo, miej swój głos… Spójrz dookoła: popatrz, jak wszystko skacze do życia –

Przysięgam na Apollina lekarza, na Asklepiosa, na Zdrowie, na Panakeję, i na wszystkie boginie i wszystkich bogów, biorąc je i ich na świadków, że będę wypełniał to przyrzeczenie i me zobowiązanie.

…lecząc chorych będę stosował nabyte umiejętności i rozpoznanie, jednak nigdy z zamiarem wyrządzenia krzywdy bądź szkody. Me życie, jak i praktykę prowadził będę nieskazitelnie. Do jakiego wejdę domu, tam będę leczył cierpiących i całkowicie wyrzeknę się wyrządzania celowej szkody i cierpienia. Dochowując tej przysięgi i nie łamiąc jej, niechaj zyskam powszechny szacunek wśród wszystkich ludzi, który zapewni mi powodzenie w życiu i mej praktyce. Jednak gdybym ją złamał i krzywoprzysięgał, niechaj przeciwne mnie spotka.

Przysięga Hipokratesa

Przedmowa do wydania z roku 2017

30 lat od pierwszego wydania tej książki i 40 lat, odkąd po raz pierwszy spotkałem się twarzą w twarz z niemieckimi lekarzami ery nazistowskiej, jak nieproszeni goście zadomowili się oni w mej świadomości. Stanowiąc doskonały przykład tego, co dzisiaj nazywam normalizacją zła, nieprzerwanie świadczą tym samym o łatwości, z jaką lekarze, w końcu przedstawiciele mojej własnej profesji, których naczelną zasadą działania powinno być leczenie, mogą ulegać procesowi socjalizacji do mordowania.

Większość z nich po prostu wypełniała oczekiwania – „pomagała” w tym swoista mieszanka alkoholu, wskazówek oraz nacisków ze strony starszych kolegów po fachu, wielokrotnie pod pozorem psychoterapii. Niemniej niektórzy z lekarzy sami wychodzili przed szereg, improwizując i ulepszając machinę mordu.

Niemieccy lekarze ery nazistowskiej o 180 stopni odwrócili swoje role społeczne – miast leczenia parali się mordowaniem – fakt ten należy uznać za największy przejaw transgresji w dziejach profesji medycznej. Jednak od samego początku pracy nad nazistowską medycyną miałem świadomość, że w różnych zakątkach świata także dzisiaj prowadzone są eksperymenty z udziałem ludzi, w których lekarze zadają śmierć i cierpienie. Odkryłem również, że dualizm lekarzy (czy tych, których w przednowoczesności nazywano uzdrowicielami) opisywano już w greckich mitach tyczących się medycyny. Asklepios, syn Apollina i najpierwszy z lekarzy, uśmiercał za pomocą magicznej mikstury pozyskanej z prawego boku Gorgony, leczył zaś miksturą pozyskaną z boku lewego. Mit ten nadaje szczególnego znaczenia biblijnej przestrodze: „Lekarzu! Ulecz samego siebie!” (Łk 4,16-30). Żaden ze mnie autorytet w dziedzinie znaczeń biblijnych, jednak bezsprzecznie mowa tu o powierzonej lekarzom najwyższej formie odpowiedzialności i o tym, że ich umiejętności mogą się przyczynić zarówno do leczenia, jak i do odbierania życia.

Jednak całkiem niedawno mieliśmy do czynienia ze szczególnym przejawem problemu. Mam tu na myśli udział amerykańskich lekarzy i psychologów w procederze torturowania więźniów podczas wojny w Iraku.

Na światło dzienne wyszły fakty świadczące o zaangażowaniu lekarzy, przedstawicieli personelu pielęgniarskiego, sanitariuszy i psychologów w intrygę mającą na celu uczynienie tortur narzędziem możliwym do stosowania. W dokumentacji medycznej nikt nie odnotowywał ran powstałych w wyniku maltretowania więźniów, akty zgonu fałszowano lub wystawiano z opóźnieniem, przesłuchującym dostarczano wrażliwe dane medyczne – w tym te dotyczące charakteru, które zamierzano wykorzystać tak, by zwiększyć uległość więźniów. Proceder nazywano „programem wzmocnionych przesłuchań”, jednak bez wątpienia przerodził się on w tortury.

Kiedy „The New England Journal of Medicine” – cieszące się dobrą reputacją pismo branżowe, zwróciło się do mnie z prośbą o napisanie artykułu na ten temat, powołując się na moje studium lekarzy nazistowskich, uznałem to za istotne. W artykule wyjaśniłem, że nie stawiam znaku równości pomiędzy amerykańskimi lekarzami czy psychologami a ich odpowiednikami w nazistowskich Niemczech. Zamiast tego postulowałem, że poziom transgresji wśród lekarzy niemieckich może nas wiele nauczyć, mając na myśli przypadki zapewne nie tak drastycznych, lecz wciąż niebagatelnych przekroczeń obowiązujących norm, jakich dopuszczają się lekarze w innych momentach historii.

Całkiem niedawno wyszło na jaw, że architektami programu tortur CIA było dwóch prominentnych psychologów. Byli oni odpowiedzialni za planowanie oraz nadzór, jak również brali osobisty udział w torturowaniu więźniów, jednocześnie prowadząc nieetyczne eksperymenty na przetrzymywanych. Było to możliwe, ponieważ program został zatwierdzony przez władze, stając się częścią amerykańskiej wersji społecznej normalizacji zła (malignant normality). Jasne stało się również, że Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, ciało mające nadzorować przestrzeganie etyki zawodowej, zamiast stać na jej straży, legitymizowało tortury i rozpostarło parasol ochronny nad psychologami biorącymi w nich udział. Działania tej organizacji uznaję za haniebne. W tym przypadku nie tylko same jednostki, lecz także nadrzędna struktura zawodowa uległy owej społecznej normalizacji zła.

Problem społecznej normalizacji zła występuje także w obszarach pozamedycznych. Spotkałem się z nim podczas mojej najnowszej pracy badawczej, porównując zagrożenia płynące z posiadania przez tak liczne grono państw broni nuklearnej, jak również zagrożenia związane z kryzysem klimatycznym. Przez dekady rozbudowa i gromadzenie arsenałów nuklearnych czy też polityka odstraszania, zakładająca możliwość ich użycia, są powszechnie uznawane za „normalność”. Ludzie kwestionujący porządek, w którym normalnością stała się „egzystencja w cieniu broni nuklearnej”, są wyszydzani jako „oderwani od rzeczywistości neurotycy”.

W kwestii globalnego ocieplenia sytuacja, w której się znaleźliśmy, również nie jest traktowana jak coś niezwykłego, albowiem nasze społeczeństwa od dawna polegają na energii pozyskiwanej w wyniku spalania paliw kopalnych. Tych, którzy poszukują sposobów na wyrwanie się z tej zabójczej normalności, odżegnuje się od czci i wiary, określając mianem zwolenników regulacji dławiących gospodarkę czy też ograniczających liczbę miejsc pracy.

Nasze nieustanne zmagania z zagrożeniami płynącymi ze strony broni nuklearnej oraz wynikającymi ze zmian klimatycznych są równoznaczne z wysiłkami na rzecz zerwania z przepełniającą te zjawiska normalizacją zła.

Nazistowska normalność nabrała cech ideologii ludobójstwa, mając początek w myśli samego Hitlera. Wizja biomedyczna, termin, który proponuję, stanowiła swoiste objaśnienie historyczne wynoszące rasę nordycką jako jedyną kulturogenną pośród wszystkich ludzkich ras, która wiodła prym, żyjąc w idealnym zdrowiu, aż do momentu „infekcji” destrukcyjnym bakcylem żydostwa – kiedy to opadła z sił trawiona chorobą. Według nazistów jedynym sposobem na odzyskanie swej siły i uleczenie miało być pozbycie się żydowskiej choroby toczącej jej ciało. Ta wizja biomedyczna wytyczyła ramy nazistowskiej normatywności i w swej kulminacji objawiła się Zagładą Żydów.

Co znamienne, w rzeczywistości niewielu z lekarzy nazistowskich w pełni uwierzyło w tę ideologicznie motywowaną wizję, choć większość przyjęła do wiadomości istnienie „problemu żydowskiego”, który w jakiś sposób należało „rozwiązać”. Rola ideologów-fanatyków w kreowaniu złowrogiej normatywności, która przeniknęła do większości instytucji – w tym do tych o charakterze medycznym – jest tutaj kluczowa. Zwykli ludzie zatrudnieni w tych instytucjach dostosowali się do tej nowej normalności – a cały proces wspomagany był fanatyczną ideologią, którą posiedli jedynie w stopniu fragmentarycznym. Dominująca normatywność jest zarazem bardzo skuteczna, albowiem wykluczając odmienność, zachęca do zachowań destrukcyjnych.

Nieliczni spośród lekarzy nazistowskich początkowo przejawiali pewnego rodzaju psychiczny opór wobec stopniowego odwracania ich funkcji medycznej, jednak ostatecznie i oni się dostosowali. Polegało to na ogólnym zinternalizowaniu nowej „normalności” – poddanie się temu procesowi było konieczne do funkcjonowania lekarza w obozie Auschwitz.

Podobnie rzecz się miała z lekarzami i psychologami z amerykańskiego programu tortur CIA, którzy w procesie socjalizacji zaadaptowali się do istniejącej zbiorowej normatywności. Niebagatelną rolę odegrały w tym władze. Stosując meandry prawne racjonalizujące tortury, zapewniały o ich dopuszczalności w obliczu wojny z terroryzmem, jednocześnie zaprzeczając, że właśnie z nimi mieliśmy do czynienia.

Niemniej w tym przypadku ludzie odpowiedzialni za tortury funkcjonowali w realiach społeczeństwa demokratycznego, gdzie zarówno sam proceder, jak i sprawców można było rozliczać i napiętnować. Ich działania były ujawniane przez organizacje zajmujące się ochroną praw człowieka, dziennikarzy i lekarzy oraz przez ludzi piszących na łamach pism branżowych, wliczając w to mnie. Co najważniejsze, inni psychologowie mieli możliwość zaprotestowania, odcięcia się i potępienia działań swoich kolegów po fachu – także potępienia organizacji zawodowych, które zamiast stać na straży etosu zawodowego, jeszcze go podkopywały. Ostatecznie kres amerykańskiemu programowi tortur położył prezydent Barack Obama. W Kongresie przedstawiono raport ukazujący wiele szczegółów owego programu. Wciąż jednak brakuje wyczerpującego opracowania tyczącego się zaangażowania lekarzy i psychologów w okresie drugiej wojny w Zatoce Perskiej. Takie studium mogłoby pomóc w odpowiedzi na pytanie, dlaczego specjaliści z różnych dziedzin tak łatwo ulegają transgresyjnej pokusie czynienia zła.

Rozpoczynając, należałoby się pochylić nad znaczeniem procesu normalizacji pośród tych grup zawodowych. Większość specjalistów – w tym prawnicy, lekarze, nauczyciele itp. – funkcjonuje w społeczeństwie zgodnie z obowiązującymi normami moralnymi – w ramach określonej normatywności. Tym samym przyczyniają się do funkcjonowania społeczeństwa na wielu płaszczyznach, odgrywając w nim pożyteczne role. Jednocześnie taki rodzaj podporządkowania wzmacnia obowiązującą normatywność i pomaga innym się do niej dostosować.

Rzecz ma się podobnie w przypadku funkcjonowania w realiach złowrogiej normatywności – ludzie adaptują się do niej z taką samą łatwością. Ponadto specjaliści z różnych dziedzin są niezbędni do jej podtrzymywania, powodując, że inni ochoczo dołączają.

Naziści nie starali się zniszczyć profesji medycznej. Jednak wprowadzili powszechny Gleichschaltung, co można tłumaczyć jako „synchronizację”. Przyczyniło się to do zdławienia opozycji i w rezultacie do nazyfikacji środowiska medycznego. Na gruncie idealistycznych pobudek rosną represje, dochodzi do czystek w środowisku. Od lekarza wymaga się porzucenia egoistycznego modelu skupionego na jednostce i zamiany go na rzecz nowego: „lekarza ciała ludowego” (Volk). Ten na poły mistyczny termin odnosił się do zbiorowości ludności niemieckiej, pojmowanej też jako rasy.

Chociaż w środowisku lekarzy amerykańskich nie obowiązuje Gleichschaltung – charakteryzuje się podobną podatnością na procesy socjalizacyjne o podłożu narodowościowym ze skłonnością do wypełniania militarnych rozkazów, wliczając w to torturowanie ludzi.

Zarówno my, lekarze, jak i przedstawiciele innych zawodów powinniśmy ponownie przemyśleć, co rozumiemy przez pojęcie społecznej normalności, poszukując równocześnie bardziej uniwersalnej wykładni zasad etycznych o właściwościach terapeutycznych. Jest to w końcu istota przysięgi Hipokratesa. Ponadto poza samą przysięgą, a na pewno poza własną adaptacją do społecznej normalności, możemy stać się, jak to nazywam, świadkami specjalistami. Może to umożliwić poszerzenie naszych umiejętności i wiedzy wykraczających poza obręb ograniczeń technicznych dyscypliny, co z kolei można wykorzystać, upubliczniając i stanowczo potępiając nieetyczną normalność. W ten sposób nie tylko przestrzegamy nadrzędnej zasady „nie szkodzić”, lecz także zaczynamy podchodzić z terapeutycznym nastawieniem do każdej sytuacji życiowej.

Poprzez dokumentowanie zbrodni lekarzy nazistowskich, a także skrupulatne badanie uwarunkowań złowrogiej normatywności, która ich ukształtowała, możemy oddać prawdziwą cześć ofiarom ich zbrodni.

Przedmowa do wydania z roku 2000

14 lat od publikacji pierwszego wydania tej książki lekarze nazistowscy wciąż zaprzątają moją głowę. Zapamiętałem ich jako ludzi niewyróżniających się niczym szczególnym, a jednocześnie będących częścią skrajnego projektu ludobójczego, stanowiącego przejaw ekstremalnego ludzkiego upodlenia – w najbardziej morderczym wieku w dziejach. Co więcej, nadrzędna zasada nazistowska, której stali się ucieleśnieniem – zasada uzdrawiania poprzez mordowanie – wciąż i nader często znajduje swoich adeptów wśród sprawców ludobójstw w różnych zakątkach świata.

Za przykład niech posłużą serbskie „czystki etniczne” dokonywane na terenie byłej Jugosławii w latach 90. Choć mniejsze w skali, mordy te wykazywały cechy wspólne z modelem nazistowskim. Podobieństwa wykraczają poza obrazy wychudzonych, oczekujących na śmierć ludzi w obozach czy nawet poza szczegółowe opisy rzezi i krzywd wyrządzanych ofiarom, członkom danej grupy społecznej (tutaj wraz z regularnymi gwałtami na bośniackich kobietach, czasem dokonywanymi na oczach członków rodziny zmuszanych do ich oglądania).

Głębokie podobieństwa lokują się na styku mistycznej ideologii etnicznego nacjonalizmu z gwałtowną brutalnością paramilitaryzmu. Jak w przypadku nazizmu, serbska ideologia nacjonalistyczna miała stanowić indywidualną i kolektywną rewitalizację narodową – zabliźnienie ran wyobrażonych, rzekomo odniesionych w wyniku procesu historycznego sięgającego obu wojen światowych, a nawet wcześniej, czasu tureckich podbojów z XIV wieku. Uleczyć rany mogło jedynie unicestwienie wyznaczonych kategorii społecznych ofiar. Podobna jak w nazizmie była rola, jaką odegrali w tym procesie serbscy intelektualiści. To członkowie Serbskiej Akademii Nauk i Sztuk byli odpowiedzialni za steoretyzowanie morderczej ideologii, która w rezultacie doprowadziła do czystek etnicznych w imię Wielkiej Serbii. Stąd podobny do nazistowskiego swoisty podział pracy pomiędzy mordercami zza biurka – architektami zbrodni – a bezpośrednimi wykonawcami mordu. Jednak pomiędzy modelem nazistowskim a serbskimi czystkami etnicznymi jest jedna istotna różnica. W tym drugim przypadku praktycznie od początku wszystko rozgrywało się otwarcie, na oczach świata, dzięki technologicznej rewolucji, jaka dokonała się w drugiej połowie XX wieku w obszarze środków masowego przekazu. Każdy posiadacz telewizora wystawiony był na codzienną porcję doniesień o cierpieniu ofiar i o bezwzględnych działaniach serbskich oprawców. Następnie te doniesienia rozprzestrzeniały się po świecie dzięki globalnej sieci internetowej. Obrazy napływające z tych rejonów od samego początku wywoływały u mnie – a zapewne również u innych obserwatorów – niepokojącą mieszankę uczuć: od przerażenia przez gniew po poczucie zwykłego żalu. Nadto wszystko niebezpiecznie blisko przypominało zachowania nazistowskie, które poznałem w swojej pracy badawczej. Wśród Serbów również objawiła się „mentalność ludobójcza” (termin ukuty wraz z Erikiem Markusenem) – dlatego poczułem się zmuszony zabrać publicznie głos interweniujący w tej sprawie. Rozpocząłem pracę w małym oenzetowskim zespole ekspertów, którego zadaniem było powstrzymanie serbskich zbrodni. Kilkoro z nas udało się do Waszyngtonu w celu przedstawienia naszych argumentów członkom Kongresu, ich sztabom, jak również asystentom w gabinecie wiceprezydenta. Zarówno nasza grupa, jak i inne podobne nie odniosła znaczącego sukcesu, natrafiając na ścianę obojętności ze strony prezydenckiej administracji zajętej uprawianiem polityki wewnętrznej. Można było odnieść wrażenie, że nagłaśnianie ludobójstwa niekoniecznie jest w stanie położyć mu kres.

Naturalnie nazistowska machina eksterminacyjna nie miała takiej transparentności. Miała pozostać tajemnicą skrywaną przed całym światem. Naziści byli w stanie kontrolować otoczenie do tego stopnia, że ich wysiłki maskujące były przynajmniej częściowo skuteczne. Chociaż dane na temat ludobójstwa były dostępne od samego początku, zręcznie nimi manipulowano, co pomagało Niemcom i ich poplecznikom trwać w kłamstwie i utrwalać powszechną dezorientację – opinia publiczna jednocześnie wiedziała i nie wiedziała o popełnianych zbrodniach. W szeregach nazistów toczył się spór o zakres informacji, jaki można ujawnić na własnym podwórku. Jakkolwiek mordercze byłyby zapędy Hitlera, Himmlera i innych przedstawicieli nazistowskich elit, wielu, jeżeli nie większość, spośród członków ruchu nazistowskiego uważano za niedostatecznie gotowych, na polu ideologicznym, do akceptacji tak radykalnych rozwiązań. Częściowa blokada informacji umożliwiła nazistowskim lekarzom traktowanie Auschwitz jak „innej planety”, gdzie nie obowiązywały normy moralne. Pomagała tym samym tłumić ewentualne wątpliwości odnośnie do ich uczestnictwa w mordowaniu. Konsekwentne ukrywanie prawdy przed opinią publiczną, choć niedoskonałe, przyczyniło się do powodzenia nazistowskiego mordu na taką skalę.

Przez pewien czas wydawało się, że brak możliwości ukrycia serbskich czystek etnicznych może je powstrzymać. Zbrodnię rozpoznano wcześnie, jednak społeczność międzynarodowa przez dłuższy czas nie potrafiła dojść do porozumienia, jakie kroki interwencyjne należałoby podjąć. Opieszałość reakcji, nie tylko w Jugosławii, lecz także w Rwandzie w latach 90. czy w Kambodży dwie dekady wcześniej, wciąż ciąży na sumieniu społeczności międzynarodowej. Jednak w przypadku Serbów wypracowanie planu interwencji było palącym problemem, i to nie tylko ze względu na to, że ofiarami byli Europejczycy. Brak możliwości ukrycia mordu sprawił, że społeczność międzynarodowa w pełni świadomie przyglądała się dokonywanej zbrodni, borykając się przy tym z uczuciem straszliwego dyskomfortu towarzyszącego tym wydarzeniom (lub przynajmniej je wypierając). Szeroko dostępna wiedza o ludobójstwie przyczyniła się koniec końców do powzięcia akcji interwencyjnej, aczkolwiek zastosowane środki zaradcze były, delikatnie mówiąc, same w sobie dość kłopotliwe. Należy sobie uświadomić, że przesyt telewizyjnymi obrazami okrucieństwa może wywołać odwrotny skutek. Odbiorcy ustawicznie bombardowani potwornymi treściami mogą niejako się na nie uodpornić, popadając w rodzaj emocjonalnego odrętwienia. Niemniej – w tym konkretnym przypadku – wszechobecność drastycznych przekazów podziałała na społeczność międzynarodową mobilizująco, przyczyniając się w rezultacie do podjęcia interwencji.

Wszystko to wskazuje na jeszcze jeden ważny, choć często ignorowany element związany z ludobójstwem, mianowicie kwestię kontroli sprawowanej przez sprawców nad jawnością popełnianych przez nich czynów. Ich przeświadczenie o nadprzyrodzonym prawie do dysponowania życiem swych ofiar rozciąga się na pyszałkowate mniemanie o wyłączności rozporządzania prawdą. Słynne pytanie retoryczne postawione przez Hitlera „Kto dziś pamięta o rzezi Ormian?” wyraża przekonanie, że międzynarodową opinię publiczną cechuje krótka pamięć. Nadto w jego słowach zawierał się pogląd, że to sprawcy mają monopol na dystrybucję wiedzy na temat ludobójstwa, którego się dopuszczają, tym samym zapewniając sobie bezkarność wobec bierności społeczności międzynarodowej. Podobnie rzecz miała się w przypadku postaw serbskich zbrodniarzy kreujących własne opowieści, uparcie negujące mordercze działania, których świadkami było tak wielu postronnych.

Najbardziej znane przejawy negacjonizmu ludobójczego dotyczą Holokaustu i są prokurowane przez skorumpowane „placówki badawcze”, których elukubracje idą w sukurs nazistowskiej uzurpacji sprawowania władzy nad prawdą. Mniej znane, choć bardziej wyszukane były wysiłki kolejnych rządów tureckich na polu negowania ludobójstwa Ormian. W tym celu nie tylko wykorzystywano potężny aparat państwowy, lecz także zatrudniano wiodące amerykańskie agencje reklamowe. Takie fałszowanie historii samo w sobie stanowi część ludobójstwa – nadto może też działać zachęcająco dla naśladowców (w myśl słów Hitlera o rzezi Ormian), realizujących swoje projekty eksterminacyjne z poczuciem bezkarności.

Wszystkie te ludobójcze ciągoty odnalazłem skarykaturowane, przyglądając się niewielkiej japońskiej sekcie religijnej Aum Shinrikyō (Aum – Najwyższa Prawda). Najpoważniejszym aktem przemocy dokonanym przez grupę było rozpylenie silnie toksycznego sarinu w pięciu pociągach tokijskiego metra w marcu 1995 roku. W wyniku ataku śmierć poniosło 12 osób, a ponad 5 tysięcy odniosło obrażenia. Jednak zamach w tokijskim metrze miał być tylko preludium do znacznie poważniejszego, do którego miało dojść w listopadzie tegoż roku z użyciem nieporównywalnie większej ilości sarinu, który miał zostać rozpylony z helikoptera zakupionego w tym celu na terenie Federacji Rosyjskiej. Według irracjonalnej wykładni psychopatycznego guru sekty Japonia, USA i inne światowe mocarstwa, przerzucając się wzajemnie oskarżeniami o spowodowanie ataku, miałyby wzniecić trzecią wojnę światową, co z kolei doprowadziłoby do upragnionego przez wyznawców Aum Shinrikyō biblijnego Armagedonu i w rezultacie do końca świata. Członkowie sekty gromadzili również broń biologiczną, ponadto sprawdzali możliwości zdobycia ładunku nuklearnego. Postępująca miniaturyzacja technologiczna umożliwia już nie tylko dużym czy średnim państwom, ale praktycznie wszystkim, w tym małym antysystemowym organizacjom motywowanym religijnie, realizację swoich ludobójczych zapędów na zasadzie, można powiedzieć, resztek spadających z pańskiego stołu. Warto zauważyć, że w morderczych planach Aum Shinrikyō ważną rolę mieli odegrać ludzie nauki, w tym lekarze. Co więcej, nadrzędna filozofia sekty, czyli ocalenie świata wskutek jego unicestwienia, wykazuje wiele cech wspólnych z nazistowską wizją biomedyczną: uzdrowienia poprzez eksterminację.

Naturalnie istnieje ogromna przepaść pomiędzy „dokonaniami” Aum Shinrikyō a skalą ludobójstwa nazistowskiego, jednak podobieństwa – zarówno na poziomie motywacji, jak i wyznawanej morderczej wizji – są uderzające. Zwłaszcza że narodowy socjalizm jest obecnie przez wielu badaczy rozpatrywany jako ruch quasi-religijny. Podczas wielkich zjazdów partyjnych często odprawiano pogańskie rytuały (tak jak to zostało ukazane w Triumfie woli w reżyserii Leni Riefenstahl), inwokując przy tym imię „tysiącletniej Rzeszy”. W wynikającym wprost z ideologii nazistowskiej kulcie mordu funkcję „szamanów” pełnili lekarze.

Jednak przed przydziałem do Auschwitz czy do któregoś z ośrodków „eutanazyjnych” swoje praktyki zawodowe prowadzili oni w sposób nieodbiegający od zwyczajowych norm etycznych (pomimo członkostwa w NSDAP) i nie uśmiercali celowo swoich pacjentów. Niestety, z przykrością trzeba stwierdzić, że ludzie bardzo łatwo ulegają procesom socjalizacji do ludobójstwa[I]. Ludzkie możliwości adaptacyjne, tak ważne dla gatunku w sensie ewolucyjnym, w rzeczywistości społecznej mogą powodować uleganie powszechnie panującej mentalności ludobójczej i angażowanie się we wszczynane przez instytucje państwowe działania eksterminacyjne.

Zasady zawiadujące procesem socjalizacji do ludobójstwa powinny zajmować kluczowe miejsce w debacie o niemieckich źródłach Holokaustu. Tymczasem na ogół debata kręci się wokół tezy, że Zagłada Żydów miała swoją przyczynę w wyjątkowo perfidnej wersji tradycyjnego niemieckiego antysemityzmu. Według tej wykładni ten nadrzędny czynnik motywacyjny był wystarczający zarówno dla zleceniodawców, jak i dla wykonawców zbrodni. Jednak z mojego studium lekarzy nazistowskich wynika coś zgoła odmiennego. Nie zaprzeczam, że większość lekarzy, z którymi osobiście rozmawiałem czy o których się dowiadywałem, była antysemitami, nadto częstokroć okazywali się też entuzjastami nazistowskiej obietnicy indywidualnego i kolektywnego odrodzenia. Przede wszystkim jednak byli to ludzie przeciętni, cechujący się zróżnicowanym poziomem autorytaryzmu, nacjonalizmu czy też podatności na korupcję. Przyjmując postawy konformistyczne, dostosowywali się do wymagań reżimu – w tym do warunków panujących w obozach koncentracyjnych czy ośrodkach „eutanazyjnych”, w których się znaleźli. W większości nie byli oni ideologami, co więcej, potrafili szydzić z nazistowskich ekstremistów, nawet jeśli sami uczestniczyli w skrajnym projekcie ludobójczym. Podczas gdy ideologiczni fanatycy stanowią koło zamachowe konieczne do wytworzenia struktur masowej eksterminacji, to zwykli ludzie, konsumujący jedynie okruchy tej ideologii, mogą zostać efektywnie wchłonięci w jej bezwzględne struktury. Naturalnie proces socjalizacji do ludobójstwa nijak nie umniejsza indywidualnej odpowiedzialności sprawców, co dodatkowo komplikuje problematykę zbrodni przeciwko ludzkości, która staje się projektem bardziej wykonalnym na poziomie zarówno indywidualnym, jak i zbiorowym. Świadomość tego problemu może nam pomóc w wysiłkach na rzecz zapobiegania zbrodniom ludobójstwa oraz w tworzeniu lepszego, bardziej sprawiedliwego społeczeństwa. Jak świat światem mamy zatem mnóstwo powodów, by nazistowscy lekarze wciąż zaprzątali nasze głowy.

Wstęp

Wkrótce po ukończeniu mojej wcześniejszej książki poświęconej ocalałym ofiarom bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę i Nagasaki odwiedził mnie zaprzyjaźniony rabin i w trakcie naszej rozmowy oznajmił: „Hiroszima jest twoją drogą do Holokaustu, masz wszak żydowskie korzenie”. Ten komentarz wydał mi się dość kłopotliwy i nader pompatyczny religijnie – nawet jak na wypowiedź rabina.

Jednocześnie w tym czasie (końcówka lat 60.) towarzyszyło mi silne przeświadczenie, że wcześniej czy później podejmę próbę zbadania nazistowskiego ludobójstwa. Całość mojej dotychczasowej pracy poświęconej „sytuacjom ekstremalnym” – przemocy zbiorowej w stosunku do ciał i umysłów – skłaniała się, i to zarówno w sensie zawodowym, jak i osobistym, w stronę przyjrzenia się zjawisku Zagłady. Zarówno przyjaciele, jak i studenci wytrwale mnie do tego namawiali, toteż bez jakiegoś skonkretyzowanego planu pomysł nabrał cech nieuchronności.

Biorąc udział w licznych konferencjach poświęconych Zagładzie, poruszałem problematykę psychologiczną związaną z ocalałymi, jednak z biegiem czasu zdałem sobie sprawę, że istnieje paląca konieczność przyjrzenia się sprawcom. Zatem kiedy odebrałem telefon od wydawcy (z którym wcześniej współpracowałem, pisząc o Hiroszimie) dzwoniącego z prośbą, żebym zaznajomił się z dokumentami dotyczącymi doktora Mengele i praktyk medycznych w Auschwitz, nie byłem zaskoczony tematem. Po ich lekturze oraz głębszym przyjrzeniu się innym źródłom nabrałem przekonania o kluczowym miejscu, jakie zajmowali lekarze w projekcie nazistowskiego ludobójstwa. Propedeutyczny wgląd w te materiały okazał się początkiem jakże długiej drogi.

Osobiście nie miałem wątpliwości co do zasadności zgłębiania tej materii, jednak osoby, z którymi wtedy rozmawiałem, często wyrażały obawy, czy mam wystarczająco silne nerwy, aby podołać wyzwaniu. Niektórzy przekonywali mnie wręcz do porzucenia tematu, argumentując, że nazistowskie zło powinno się jedynie rozpoznać i wyodrębnić, a raczej zwyczajnie potępić, bez czynienia go przedmiotem badania naukowego. Obawiano się w szczególności ujęcia psychologicznego, które rzekomo niosło ryzyko zastąpienia ogólnego potępienia naukowym pojmowaniem. Te obawy zmusiły mnie do wykonania kroku w tył i przemyślenia rozlicznych trudnych kwestii filozoficznych natury osobistej, które zaczęły się wyłaniać.

Nie miałem też żadnych wątpliwości co do realności nazistowskiego zła, a cel mojego badawczego projektu psychologicznego, którym oczywiście było pogłębienie wiedzy na temat jego istoty, a nie zastępowanie go w żaden sposób, stał się jeszcze wyraźniejszy. Nabrałem przeświadczenia, że unikanie problematyki zła jest równoznaczne z podaniem w wątpliwość naszej zdolności do występowania przeciwko niemu i jego zwalczania. Unikające podejście zawiera nie tylko obawę przed zaraźliwością zła, zakłada również, że nazistowskie czy jakiekolwiek inne zło nie ma związku ze mną, z nami, z ogółem ludzkiego mrocznego potencjału. Choć wyjątkowa brutalność i masowość nazistowskiego mordu skłaniają do takich wygodnych założeń, są one nie tylko nieprawdziwe, lecz także niebezpieczne. Wracając do kwestii wystarczająco silnych nerwów, muszę przyznać, że nie byłem całkowicie pozbawiony lęku przed czekającymi mnie wyzwaniami, jednak jestem przekonany, że tego typu decyzje podejmuje się intuicyjnie z głęboką świadomością tego, co słuszne i właściwe. Mój wewnętrzny zew do zgłębiania tematu nie przesłonił mi jednak bolesnej prawdy, że czegokolwiek się dowiem, wciąż to będzie za mało, by oddać mu pełnię moralnej i intelektualnej sprawiedliwości.

W trakcie pracy zdałem sobie również sprawę, że nie tylko nazizm zaprzęgał lekarzy do służby złu. Wystarczy spojrzeć na rolę, jaką odgrywali psychiatrzy w Związku Radzieckim, diagnozujący choroby u dysydentów, co było równoznaczne z zamykaniem ich na oddziałach psychiatrycznych, na chilijskich lekarzy stosujących tortury (co wiemy dzięki Amnesty International), na japońskich medyków dopuszczających się w czasie drugiej wojny światowej okrutnych eksperymentów na jeńcach, włącznie z wiwisekcją, na białych lekarzy w RPA fałszujących dokumentację medyczną torturowanych i uśmiercanych w więzieniach czarnych współobywateli, na amerykańskich lekarzy i psychologów zatrudnionych przez CIA w celu prowadzenia nieetycznych eksperymentów medycznych i psychologicznych z udziałem narkotyków i technik manipulowania umysłem czy na idealistycznie zmotywowanych młodych lekarzy będących członkami kultu Świątyni Ludu w Gujanie, którzy z mieszaniny cyjanku potasu i napoju w proszku Kool-Aid stworzyli truciznę służącą do zbiorowego samobójstwa i zabójstwa prawie tysiąca osób w roku 1978. Okazuje się, że lekarze nad wyraz chętnie biorą udział w przedsięwzięciach różnych fanatycznych, demagogicznych czy spiskowych grup obierających za swój cel sprawowanie kontroli nad ciałem i umysłem, nad ludzkim życiem i śmiercią. Wszystkie te przypadki zajmują mnie zarówno w sensie prywatnym, jak i zawodowym i mają pewien szczególny związek z destrukcyjnymi wzorcami cechującymi omawiane w niniejszej pracy procesy „medykalizacji”.

Jednakże w wyniku mojej obserwacji mogę stwierdzić, że przykłady lekarzy nazistowskich różnią się diametralnie od przypadków wyżej wymienionych. Nie tylko w samej kwestii prowadzenia eksperymentów medycznych z udziałem ludzi, lecz także w kluczowej roli, jaką odegrali oni w projekcie ludobójstwa – projekcie, który bazując na bezprecedensowej wizji biomedycznej, legitymizował ludobójstwo jako terapię mającą na celu uzdrowienie narodu i rasy. (Prawdopodobnie, jak dalej w tekście sugeruję, najbardziej do lekarzy nazistowskich w swoich praktykach zbliżyli się tureccy medycy biorący udział w ludobójstwie Ormian). Zarówno z tego, jak i z wielu innych powodów lekarze nazistowscy wymagają osobnego badania i choć w ostatniej części książki zajmuję się ogólnym ujęciem modeli ludobójczych, jest to praca głównie o nich.

Jednocześnie nie twierdzę, że książka stanowi monografię obejmującą wszystkich lekarzy czy ogólnie przedstawicieli zawodów medycznych w Trzeciej Rzeszy. W istocie w trakcie mozolnego przeszukiwania archiwów i kwerend akt procesowych w różnych zakątkach świata czy to osobiście, czy poprzez asystentów towarzyszyło mi pragnienie, by mieć dostęp do tak obszernej pracy, dzięki której cały proces byłby mniej czasochłonny. Moim zamierzeniem było podkreślenie roli, jaką odgrywały konkretne jednostki i grupy lekarzy nazistowskich w procesie masowej eksterminacji, a także ukazanie szerszego, rzekomo „leczniczego”, postulatu reżimu. Głównym zagadnieniem, wokół którego skupia się niniejsza praca, jest odwrócenie tradycyjnej funkcji terapeutycznej, w której leczenie polega na poprawie kondycji pacjenta. W przypadku nazizmu to właśnie mord miał się stać formą leczenia i mam wrażenie, że można przypisać to swoiste odwrócenie ról również do innych projektów ludobójczych.

Temat stosunków panujących pomiędzy sprawcami a ofiarami w Auschwitz i innych obozach i ich znaczenie w funkcjonowaniu tych instytucji poruszano wielokrotnie. Należy jednak stanowczo oddzielić sytuację moralną i psychologiczną obu grup. Wszelkie działania w obrębie danej grupy powinny zawsze być rozpatrywane ze świadomością faktu, że więźniowie znajdowali się w sytuacji sterroryzowanych ofiar, natomiast nazistowscy lekarze byli oprawcami, którzy ten terror na nich stosowali. Ten jasny podział stanowi element bazowy, na którym opierać się musi każdorazowa ocena działalności medycznej podejmowanej w Auschwitz. Głównymi obiektami nazistowskiego ludobójstwa byli Żydzi, wobec czego stanowili też największą grupę ofiar niemieckich lekarzy. Jednak niniejsza praca dotyczy też nieżydowskich więźniów Auschwitz – Polaków i więźniów politycznych innych narodowości, rosyjskich jeńców wojennych, jak również pacjentów szpitali psychiatrycznych zarówno w Niemczech, jak i na niemieckich terenach okupowanych, którzy byli jednymi z pierwszych ofiar nazistowskich lekarzy.

Kiedy książka była już ukończona, wiele osób zadawało mi pytanie, jakie piętno na mnie odcisnęła. Zazwyczaj ucinałem to prozaicznym „bardzo duże”, po czym zmieniałem temat. Jednak prawdę mówiąc, wydaje mi się, że na takie podsumowania jest wciąż za wcześnie. Nie można oczekiwać, że z pracy tego typu wyjdzie się bez jakiegoś psychicznego uszczerbku. Tym bardziej w sytuacji, kiedy własna jaźń staje się instrumentem podejmowania doświadczenia, o którym wolałoby się nie wiedzieć. Z drugiej strony sieć ludzkich powiązań rozciągająca się na większą część świata, w której ramach dane było mi pracować, dodaje mi otuchy. Sednem i istotą wszystkiego byli ocaleni z Zagłady, to oni zapewnili mi rodzaj swoistego uziemienia. Sieć tworzyli również akademicy, studenci i badacze nazistowskiego ludobójstwa, Niemcy pragnący konfrontacji z przeszłością, młodzi asystenci – zarówno znani mi wcześniej, jak i tacy, których poznałem na tej drodze – w takiej liczbie, że uznałem za stosowne wymienić ich na końcu książki. Współpraca tego typu ożywia stare przyjaźnie, jednocześnie w sposób najbardziej bezpośredni i silny kreuje nowe. Być może przeciwwagą dla mojej znikomej znajomości języków niezbędnych do powstania tej pracy (niemieckiego, hebrajskiego, jidysz, polskiego i francuskiego) był rozległy zakres, jaki przybrała ta szlachetna sieć ludzkich powiązań.

Przez całe lata miałem świadomość przestrogi Alberta Camusa, nakazującej stronić od sytuacji, w których wchodzi się w buty zarówno ofiary, jak i oprawcy, postulując, że powinniśmy unikać instytucji i działań, w których objawiają się obie te kategorie. Dopiero teraz myślę, że wiem, co miał na myśli. W istocie tę najważniejszą lekcję Camus odebrał w trakcie swego udziału w ruchu antynazistowskiego oporu. I choć rada ta jest powszechnie ignorowana, bezustannie twierdzę, że mamy zdolność do uczenia się na przykładzie dokładnie zbadanego zła z przeszłości. Badania te prowadziłem – a teraz przekazuję ich rezultaty – właśnie w tym duchu pełnym nadziei.

NAZISTOWSCY LEKARZE

W stosunku do osób, z którymi rozmawiałem, pracując nad tą książką, oraz do kilku innych, o których tu mowa, zdecydowałem się na używanie pseudonimów składających się z imienia i inicjału nazwiska. Ponadto niektóre ze szczegółów osobistych mogących pomóc w zidentyfikowaniu danej osoby zostały zmienione, jednak w żaden sposób nie rzutuje to na treść ich przekazu. W kilku miejscach świadomie zrezygnowałem z podawania źródła informacji.

[I] Zob. rozdział 7 Model wyjaśniający mobilizację ludobójczą w książce Lecha Nijakowskiego Rozkosz zemsty. Socjologia historyczna mobilizacji ludobójczej, Warszawa 2013, w szczególności podrozdział 7.1 Ludobójstwo jako efekt działania typowych procesów społecznych (przyp. tłum.).

Wprowadzenie

„Ten świat to nie ten świat”

Podejmując temat Auschwitz

Od byłego więźnia, izraelskiego dentysty, który spędził w obozie trzy lata, zapożyczyłem nowe spojrzenie na Auschwitz. Kończyliśmy właśnie długi wywiad, podczas którego opowiedział mi między innymi o szczegółach nadzoru sprawowanego przez dentystów SS nad procederem wyrywania złotych zębów Żydom zamordowanym w komorze gazowej. Rozejrzał się po pokoju swojego szykownego domu z przepięknym widokiem na Hajfę, westchnął rzewnie i powiedział: „Ten świat to nie ten świat”. Chciał chyba przez to powiedzieć, że po doświadczeniu Auschwitz rytmy i pozory codziennego życia, jakkolwiek niewinne czy przyjemne, są dalekie od prawdy o ludzkim istnieniu. Pod ich powierzchnią czai się groza.

To stwierdzenie podaje w wątpliwość twierdzenie, że w ogóle mamy zdolność dotarcia do prawdy o Auschwitz. Od samego początku istnienia obozu wiedza o tym, co się tam działo, praktycznie zewsząd napotykała na mur niedowierzania. Ten opór ani trochę nie słabnie, niezależnie od aktualnego zainteresowania tematem Zagłady. Nie są go nawet w stanie skruszyć współczesne doniesienia o aktach ludobójstwa. Zezwolenie własnej wyobraźni na wkroczenie do świata nazistowskiej machiny śmierci i poddanie się doświadczaniu tej machiny – jest równoznaczne ze zmianą stosunku do całego projektu ludzkości. W istocie nie chcielibyśmy znać tej potwornej prawdy.

Z perspektywy psychologii nie ma nic bardziej mrocznego czy trudniejszego do zaakceptowania niż udział lekarzy w masowym mordzie. Jakkolwiek stechnicyzowani czy nastawieni na zysk stali się współcześni lekarze, przede wszystkim powinni pozostać uzdrowicielami wiernymi medycznej tradycji, na której we wszystkich kulturach ludzie polegają i którą szanują. Świadomość faktu, że lekarze dołączyli do grona morderców, nadaje groteskowy wymiar percepcji świata, który „nie jest tym światem”. W trakcie mojej pracy odniosłem wrażenie, że nie tylko wśród Niemców takie zaangażowanie lekarzy było odbierane jako najbardziej haniebna ze wszystkich nazistowskich praktyk.

Kiedy rozpatrujemy zbrodnie lekarzy nazistowskich, pierwsze na myśl przychodzą ich okrutne, niekiedy śmiertelne eksperymenty na ludziach. Nieludzkie doświadczenia, które w swoim ukierunkowanym i całkowitym pogwałceniu przysięgi Hipokratesa podkopują i obalają wyobrażenie o lekarzu kierującym się etyką i dobrostanem pacjenta. Przyjrzę się tym eksperymentom z udziałem ludzi z punktu widzenia medycznej i politycznej ideologii reżimu nazistowskiego.

Jednak gdy zwrócimy uwagę na rolę, jaką odgrywali nazistowscy lekarze w Auschwitz, okaże się, że najbardziej znamienne były nie tyle eksperymenty medyczne, ile zaangażowanie w sam proces mordowania – na domiar złego nadzorowanie przebiegu eksterminacji na masową skalę od początku do końca. Ten aspekt nazistowskich praktyk medycznych nie przebił się do powszechnej świadomości pomimo upublicznienia zdjęć lekarzy na rampie wykonujących swoje niesławne selekcje deportowanych Żydów – jednych skazując na rychłą śmierć w komorze gazowej, drugich zaś na niewolniczą pracę, co przynajmniej tymczasowo zapewniało przeżycie. Jednakże medyczne uśmiercanie oparte było na logice, która nie jest właściwa wyłącznie nazistowskiej teorii i praktyce – można ją odnaleźć także wśród sprawców innych aktów ludobójstwa.

W niniejszej książce przyglądam się zarówno szeroko pojętej nazistowskiej „wizji biomedycznej” – to jest centralnej psychohistorycznej[I] zasadzie reżimu, jak i motywom psychologicznym postępowania poszczególnych lekarzy. Musimy spojrzeć na oba te wymiary, jeśli chcemy lepiej zrozumieć, jak nazistowska medycyna oraz, ogólnie rzecz ujmując, narodowy socjalizm doszły do swoich „dokonań” w dziedzinie ludobójstwa.

Całe związane z Auschwitz ekstremum, wraz z dokonywanym przez nazistów mordem, wydawać się może bez mała nierzeczywiste. Jeden z moich rozmówców, znamienity lekarz, autorytet w dziedzinie medycznych konsekwencji poobozowych, a zarazem były więzień Auschwitz i innych obozów, który przez 40 lat zmagał się traumą, pod koniec długiego wywiadu wyszeptał: „Wiesz, ja wciąż nie mogę uwierzyć, że to się naprawdę wydarzyło. Że grupa ludzi była w stanie zgarnąć wszystkich europejskich Żydów, wysłać ich w specjalnie przygotowane miejsce, po czym zamordować”. Chciał przez to powiedzieć, że Auschwitz – ten „inny świat” – jest, najprościej rzecz ujmując, niewyobrażalny. Nawet dziwne może się wydawać, że nie ma większej tendencji do negowania Holokaustu i uznawania „kłamstwa oświęcimskiego” – że nazistowskie ludobójstwo w ogóle nie miało miejsca – za prawdę.

Ważną kwestią poruszaną w niniejszej pracy jest też stosunek lekarzy nazistowskich do ogółu rodzaju ludzkiego. Kolejny ocalały z Auschwitz, który też miał do czynienia z nazistowską medycyną, zapytał mnie: „Czy dopuszczając się swych czynów, lekarze niemieccy stali się potworami? Czy wciąż jednak pozostawali ludźmi?”. Nie zaskoczyła go moja odpowiedź – dla mnie byli i są ludźmi. Moje przekonanie stanowi podstawę do studiowania ich samych oraz ich zachowań – albowiem Auschwitz było wytworem dobitnie ludzkiej pomysłowości i okrucieństwa.

Opowiedziałem owemu byłemu więźniowi o przeciętności czy też zwyczajności większości z lekarzy nazistowskich, z którymi dane mi było rozmawiać. Według mnie nie wyróżniali się oni szczególną bystrością, ale nie byli też abderytami, wcale nie byli źli z natury, zarazem nie byli też naturalnie dobrotliwi. Z całą pewnością nie byli postaciami demonicznymi – sadystycznymi fanatykami żądnymi mordu, jak widzieli ich często inni. Po tych słowach mój rozmówca odrzekł: „Jednak fakt, że nie byli demoniczni, wydaje się sam w sobie demoniczny”. Wtedy zadał mi drugie pytanie, to, które tak naprawdę chciał zadać od początku: „Jak do tego doszło, że stali się mordercami?”. To bardzo ważne pytanie, a niniejsza książka jest właśnie próbą udzielenia na nie jakiejś odpowiedzi.

Zarówno on, jak i ja w trakcie mojej pracy badawczej zmagaliśmy się ze świadomością wstrząsającej prawdy – udział w ludobójstwie nie wymaga przeżywania jakichś ekstremalnych czy demonicznych emocji, jakie mogłoby się wydawać, towarzyszyć powinny tak potwornym przedsięwzięciom. Albo, ujmując to innymi słowy, zwykli ludzie są zdolni do aktów demonicznych.

Wcale jednak nie znaczy to, że nazistowscy lekarze byli bezosobowymi, bezimiennymi automatami czy biurokratycznymi trybikami w zbrodniczej maszynie. Jako istoty ludzkie byli aktywnymi uczestnikami wydarzeń, manifestującymi konkretne typy zachowań, za które biorą pełną odpowiedzialność – i które my, badacze, możemy zacząć identyfikować.

Studiowane zagadnienie jest zatem wielowymiarowe. Jego sedno stanowi proces transformacji lekarza i zarazem przestawienie całej medycyny – z ukierunkowania na leczenie człowieka ku zabijaniu. Istota tej przemiany wymaga przyjrzenia się oddziaływaniu nazistowskiej ideologii politycznej oraz ideologii biomedycznej na postawy indywidualne i zbiorowe. To z kolei wskazuje na niebagatelną rolę, jaką odegrał proces medykalizacji mordu w nazistowskim projekcie Zagłady, jak również w innych przypadkach aktów masowej eksterminacji i ludobójstwa. Na koniec książka stawia ogólnie pytanie o ludzką kontrolę nad życiem i śmiercią. Jest ono skierowane do lekarzy niezależnie od szerokości geograficznej, ale również do innych przedstawicieli świata nauki – specjalistów z różnych dziedzin. To pytanie kieruję też do instytucji wszelkiego typu, ale zadaję je także w celu sprowokowania dyskusji o ludzkiej naturze i fundamentalnych ludzkich wartościach. Mogłem jedynie dotknąć tych ogólnych zagadnień, decydując się na skupienie uwagi na lekarzach nazistowskich, zjawisku medykalizacji mordu i zarazem na psychologicznych mechanizmach masowej eksterminacji. Mam jednak nadzieję, że czytelnicy odnajdą w książce doświadczenie, które może się okazać pomocne w zgłębianiu poważnych problemów natury moralnej poruszanych w niniejszej pracy.

Nadzieja ta rodzi istotne pytanie odnośnie do szczegółu i ogółu. Uważam, że należy podkreślić specyfikę nazistowskiego projektu ludobójczego szczególnie w stosunku do Żydów: jego unikalne cechy i szczególne siły, które go ukształtowały. Jednak, zrobiwszy to, trzeba odszukać nadrzędne czy też uniwersalne zasady, które ten projekt uwidocznił. Nie ma wydarzenia, tudzież instytucji, która mogłaby się równać z Auschwitz, ale nie powinniśmy też odmawiać sobie możliwości zbadania jego ogólnego znaczenia w kwestii ludobójstwa i sytuacji o zupełnie innym porządku, w których kwestie psychologiczne i moralne mogą być nader niejednoznaczne.

Książka ma następujący porządek: w pozostałej części wstępu przedstawiam ogólnie ujęcie psychologiczne tematu, wywiady i towarzyszące im pytania natury moralnej. Następnie przybliżam ogólną teorię i praktykę zmedykalizowanego nazistowskiego mordu. W części pierwszej analizuję kolejność zdarzeń – od przymusowej sterylizacji do bezpośredniego mordu medycznego lub „eutanazji”, jak kłamliwie to nazywano – efekt procesu nazyfikacji niemieckiej służby zdrowia – aż do ostatecznego rozwinięcia i rozszerzenia tego pojęcia stosowanego na szeroką skalę w obozach koncentracyjnych. Najdłuższa część książki, druga, poświęcona jest Auschwitz – ewolucji tej instytucji, selekcjom prowadzonym przez lekarzy SS na rampie oraz tym mniejszym w skali, odbywającym się w obozie – w szczególności na blokach szpitalnych; procesowi socjalizacji lekarzy do projektu ludobójczego, zmaganiom lekarzy więźniów w ich walce o przetrwanie i wierność etosowi zawodowemu – pomimo podległości wobec lekarzy nazistowskich; zabijaniu zastrzykami z fenolu, eksperymentom prowadzonym na więźniach i związku tych eksperymentów z nazistowskimi zasadami biomedycznymi. W tej części książki znajdują się ponadto analizy przypadków trzech lekarzy: pierwsza, przybliżająca postać doktora Ernsta B., ukazuje wieloznaczność nazistowskiego poczucia przyzwoitości, natomiast pozostałe dwie przedstawiają kolejno portret psychologiczny Josefa Mengelego – ideologicznego fanatyka – oraz Eduarda Wirthsa, będącego wcześniej tak zwanym dobrym człowiekiem, który później jednak stał się organizatorem całej machiny śmierci w Auschwitz.

W części trzeciej zgłębiam mechanizmy psychologiczne objawiające się u lekarzy nazistowskich, w szczególności kwestię „zdwojenia” (lub „podwojenia”), czyli formowania się drugiej, względnie autonomicznej jaźni umożliwiającej uczestnictwo w złu. Następnie zwracam uwagę na bardziej całościowe zasady nazistowskiego ludobójstwa, które mogą znaleźć zastosowanie w przypadku innych, być może nawet wszelkich form ludobójstwa. Książkę zamyka osobiste do pewnego stopnia posłowie.

Wywiady

Pozostając wiernym wieloletniej praktyce badawczej, z góry założyłem, że najlepszym sposobem na poznanie lekarzy ery nazistowskiej jest rozmowa z nimi: wywiady stały się więc praktyczną ramą tego studium. Wiedziałem jednak, że nawet bardziej niż w mojej wcześniejszej pracy zachodzi tu konieczność uzupełnienia tych rozmów wyczerpującą lekturą wraz z analizą wszystkich powiązanych kwestii – aby odrobić lekcję przygotowaną przez innych badaczy, a dotyczącą nazistowskich zachowań medycznych, ale i aby całościowo ująć erę nazistowską, zaznajamiając się z tłem historycznym i kulturowym Niemiec, w tym z mającymi zastosowanie wzorcami wiktymizacji – w szczególności z antysemityzmem.

Od początku poszukiwałem też rad i wskazówek ze strony autorytetów, znawców różnorakich aspektów epoki – wśród historyków, socjologów, pisarzy i dramaturgów (niekiedy byłych więźniów) – dotyczących sposobów pojmowania reżimu i jego działalności, książek, zbiorów bibliotecznych, dokumentów procesowych i innych źródeł oraz osób wartych rozmowy. Z pomocą stypendiów instytucjonalnych rozpocząłem wyjazdy: najpierw do Niemiec – w styczniu 1978 roku – oraz do Izraela i Polski – w maju i czerwcu tegoż roku. Od września 1978 roku do kwietnia 1979 roku mieszkałem w Monachium. W trakcie tego pobytu przeprowadziłem większość z wywiadów – głównie w Austrii i Niemczech, ale też w Polsce, Izraelu, Francji, Anglii, Norwegii i Danii. W styczniu 1980 roku pracowałem ponownie w Izraelu i Niemczech, a w marcu tegoż roku poleciałem do Australii, by przeprowadzić wywiady z trzema byłymi więźniami KL Auschwitz. Nigdy wcześniej tak intensywnie nie podróżowałem, nigdy też na moich barkach nie spoczywał tak bolesny ciężar. Rola psychologa śledczego do reszty mnie pochłonęła.

Moich rozmówców można podzielić na trzy grupy. Główną stanowiło 29 osób w znacznym stopniu zaangażowanych po stronie nazistowskiej medycyny, 28 z nich to lekarze, jedna to farmaceuta. Spośród 28 medyków pięciu było zatrudnionych w obozach koncentracyjnych (w tym trzech w Auschwitz), zarówno jako oddziałowi lekarze SS, jak i personel związany z eksperymentami medycznymi. Sześć osób miało związek z programem „eutanazji” (bezpośredniego mordu medycznego), osiem miało wpływ na kształtowanie nazistowskiej polityki medycznej, jej rozwój oraz wdrażanie teorii ideologii medycznej. Kolejne sześć zajmowało inne ważne stanowiska medyczne, co wiązało się z uczestnictwem w haniebnych działaniach, prowadząc tym samym do konfliktu ideologicznego. Trzy osoby były związane głównie z medycyną wojskową, co spowodowało, że miały bezpośredni kontakt z mordami na Żydach dokonywanymi na masową skalę na tyłach frontu Europy Wschodniej.

Drugą grupę moich rozmówców stanowiło 12 byłych nazistów, przedstawicieli różnych zawodów o pewnej prominencji niezwiązanych z medycyną. Wśród nich byli prawnicy, sędziowie, ekonomiści, nauczyciele, architekci, dyrektorzy i urzędnicy partyjni. W tym przypadku moim celem było zbadanie doświadczeń, które stały się ich udziałem w trakcie rządów sprawowanych przez nazistów, oraz ich własnego stosunku do narodowosocjalistycznej ideologii, a także uzyskanie podstawowych informacji na temat stosowanej polityki medycznej i jej pochodnych.

Trzecia grupa była znacząco inna: składała się z byłych więźniarek i więźniów, w sumie 80 osób zatrudnionych w obozie na blokach medycznych. Ponad połowa z nich to lekarze, w większości Żydzi (wywiady odbywały się w USA, Izraelu, Europie Zachodniej i w Australii), jednak pośród nich były również dwie grupy nie-Żydów, m.in. Polacy (wywiady przeprowadziłem w Krakowie, Warszawie i Londynie) oraz byli więźniowie polityczni różnych narodowości (wywiady odbywały się w kilku miastach Europy Zachodniej, zwłaszcza w Wiedniu). Skoncentrowałem się na analizie ich wspomnień dotyczących spotkań z niemieckimi lekarzami i obserwacji, które na ich temat poczynili, oraz ogólnie na polityce medycznej Auschwitz.

Jeśli chodzi o byłych nazistów, zwłaszcza lekarzy, umówienie się z nimi na rozmowę za każdym razem nie należało do najłatwiejszych. Już na początku było dla mnie jasne, że aby się do nich zbliżyć, będę potrzebował wpływowego przedstawiciela niemieckiego społeczeństwa przychylnego moim badaniom. Istotnym atutem okazało się uzyskanie przeze mnie stanowiska adiunkta w jednym z instytutów badawczych Towarzystwa Maxa Plancka w dziale Badań Psychopatologii i Psychoterapii, pod kierownictwem doktora Paula Matusska. Moim pierwszym zadaniem było zlokalizowanie byłych prominentnych lekarzy nazistowskich – intensywne ustalanie adresów prowadziłem z pomocą asystentów, studiując dostępną literaturę, wykorzystując wiedzę zdobytą przez innych badaczy czy zasłyszane informacje. Kiedy udało się powiązać nazwisko z adresem, profesor Matussek wysyłał do takiej osoby oficjalne pismo, które wcześniej starannie sporządzaliśmy. List opisywał mnie jako czołowego amerykańskiego badacza w dziedzinie psychiatrii w trakcie pracy naukowej dotyczącej „konfliktów i napięć” wśród niemieckich lekarzy pod rządami narodowego socjalizmu. Wymieniał moje wcześniejsze prace na temat Hiroszimy i Wietnamu, zapewniał o całkowitej dyskrecji z mojej strony i namawiał do pełnej współpracy. Kiedy odpowiedź na pismo była pozytywna, wysyłałem jeszcze jeden zwięzły list, w którym wyjaśniałem chęć zrozumienia wydarzeń z tamtego okresu możliwie najdokładniej.

Nie ulega wątpliwości, że adresaci tych listów doskonale wiedzieli, że pod eufemistycznym wyrażeniem „konflikty i napięcia” kryły się bardziej złowieszcze sprawy, jednak z różnie motywowanych psychologicznie powodów 70 procent spośród nich wyraziło chęć spotkania. Niektórzy uznali, że należy okazać uprzejmość zagranicznemu „koledze po fachu” zaanonsowanemu im przez rodaka cieszącego się autorytetem w dziedzinie medycyny. Szmat czasu, jaki upłynął od ery nazistowskiej, skłonił niektórych do uzmysłowienia sobie, że może właśnie nadszedł odpowiedni moment, by zacząć o tych sprawach rozmawiać. Uczestnictwo w tym projekcie mogło wręcz zaświadczać o ich nowej, postnazistowskiej tożsamości. Odniosłem wrażenie, że wielu z tych byłych nazistowskich lekarzy dźwigało skrywane bądź nieuświadomione pokłady winy i wstydu – co oznaczało, że w głębi serca, podświadomie lub bezwiednie potępiali samych siebie. Wszystkie te odczucia współgrały z potrzebą rozmowy.

Jednak ich sposobem radzenia sobie z tym niewygodnym bagażem były często działania przeciwne konfrontacji z samym sobą. Tendencją dominującą wśród byłych lekarzy nazistowskich okazało się przedstawianie siebie jako ludzi przyzwoitych, którzy w zaistniałej sytuacji starali się zachowywać jak najlepiej. Oczekiwali oni wręcz potwierdzenia z mojej strony, że tak w istocie było. Co więcej, jako osoby starsze – najmłodsi byli po pięćdziesiątce, jednak większość w wieku ponad 60 lat, a jeden miał 91 lat – byli na takim etapie życia, kiedy podsumowuje się własną przeszłość w celu potwierdzenia jej wartości i zarazem spuścizny, jaką w obliczu zbliżającej się śmierci człowiek po sobie pozostawi.

Niektórzy przejawiali pragnienie wygadania się: chcieli wyrzucić z siebie kwestie, których do tej pory nie poruszali, szczególnie wśród osób z najbliższego otoczenia. Jednak nikt – ani jeden z byłych lekarzy nazistowskich, z którymi rozmawiałem – nie doszedł do klarownej oceny etycznej swoich czynów czy też roli, jaką odgrywał, będąc częścią nazistowskiego projektu. Potrafili oni szczegółowo relacjonować wydarzenia, nawet przyglądać się swoim odczuciom i ogólnie wyrażać się z zaskakującą szczerością, jednak jakby z perspektywy osoby trzeciej. Narrator pod względem moralnym pozostawał nieobecny.

Musiałem przedzierać się przez wielopoziomowe prawdy i nieprawdy. Przed spotkaniem starałem się dowiedzieć możliwie najwięcej o każdym z nich, a następnie porównać i zweryfikować szczegóły i istniejące oceny interpretacyjne pochodzące z innych źródeł. Sięgałem do wywiadów z innymi lekarzami nazistowskimi i przedstawicielami zawodów niemedycznych; do rozmów z byłymi więźniami i pokrzywdzonymi – szczególnie z byłymi lekarzami-więźniami Auschwitz; do pisemnych relacji dotyczących wszelkich form postępowania medycznego – zwłaszcza tych powstałych relatywnie krótko po wojnie; oraz do całej gamy książek i dokumentów, włączając w to protokoły procesowe, a gdy była taka możliwość, również do listów i pamiętników. Wszystkie te dodatkowe informacje były konieczne do oceny nie tylko umyślnych zafałszowań czy (częściej) zniekształceń, lecz także do rozpatrywania samej kwestii pamięci. Dyskutowaliśmy przecież o wydarzeniach, do których doszło ponad trzydzieści, a czasem czterdzieści lat wcześniej; uporczywe zapominanie i przejawy psychicznego odrętwienia mogły się zlewać z osobistymi przeinaczeniami. Jednak spotykałem się również z przejawami wyrazistego i wiernego opisu przeszłości wraz z zaskakującą szczerością i samoujawnieniem. Interpretując i tworząc swoje własne osądy, musiałem połączyć te wszystkie informacje, jednak pod koniec uświadomiłem sobie, że dzięki temu wiele się dowiedziałem nie tylko o moich rozmówcach, lecz także o lekarzach nazistowskich w ogóle.

Z większością swoich rozmówców spędzałem przynajmniej po cztery godziny, zazwyczaj podczas przynajmniej dwóch wywiadów, jednak ustalenia różniły się znacznie w zależności od ich dostępności i znaczenia dla niniejszej pracy. Z niektórymi spotkałem się zaledwie raz, jeden przerwał wywiad już po półgodzinie od jego rozpoczęcia. W innych przypadkach rozmowy trwały znacznie dłużej, od 20 do 30 godzin w cyklu całodziennych spotkań. Większość wywiadów podlegała tłumaczeniu. Podobnie jak w mojej wcześniejszej pracy, udało mi się przeszkolić kilkoro z asystentów do tłumaczenia w sposób pozwalający na szybką i stosunkowo bezpośrednią wymianę. Pomimo ograniczeń z tym związanych obecność tłumacza w kilku przypadkach okazała się korzystna, stwarzając bufor umożliwiający nazistowskim lekarzom – w chwilach, kiedy to czuli się niekomfortowo – swobodniej podejmować tematy trudne niż w trakcie bezpośredniej, a więc bardziej zagrażającej im wymiany zdań. Intensywność, jaką przybierały te wywiady, była nie mniejsza niż w tych stosunkowo nielicznych, które przeprowadziłem w języku angielskim (w sytuacji, kiedy mój rozmówca posługiwał się biegle tym językiem). W obu przypadkach i bez wyjątku owi niemieccy lekarze zgadzali się na nagrywanie ich wypowiedzi, co czyniłem, aby dysponować dokładnym zapisem rozmowy i by móc później kontynuować pracę z oryginalnym tekstem niemieckim.

Dość ironiczny był wymóg (postawiony przez komisję do spraw badań z udziałem ludzi przy Uniwersytecie Yale, ogólnie stosowany w badaniach naukowych w Stanach Zjednoczonych), abym uzyskał „świadomą zgodę” od nazistowskich lekarzy na udział w badaniu. Ów wymóg wywodzi się z norymberskiego procesu lekarzy, a zatem jest konsekwencją nadużyć, jakich się dopuszczali między innymi moi rozmówcy i ich współpracownicy. Ten przejaw humanitaryzmu wydaje się jednak zupełnie adekwatny. Dlatego przed każdym spotkaniem z tymi lekarzami zapewniałem ich listownie o nadrzędnych zasadach poufności i ich prawie do poruszania wszelkich kwestii lub zadawania pytań, jakie im by się nasuwały, a także o możliwości przerwania trwającego wywiadu czy całkowitego wycofania się z udziału w badaniu. Zasady zawarte były w formularzu, który dawałem każdemu do podpisu, rozpoczynając bądź kończąc pierwszy z wywiadów, a kiedy indziej podczas drugiego spotkania lub korespondencyjnie (zależnie od mojego uznania, czy przedstawienie formularza w określonym czasie nie nasiliłoby i tak już bardzo napiętej atmosfery, tym samym odciskając się na pracy).

W sprawie dwóch spośród lekarzy, z którymi rozmawiałem, toczyły się procesy związane z ich działalnością w trakcie trwania ery nazistowskiej. Kolejny odbył karę wieloletniego więzienia. Wielu było przetrzymywanych w aresztach przez kilka lat po wojnie bez oficjalnego procesu. Ogólnie rzecz ujmując, nie byli oni jednak częścią najbardziej zbrodniczej grupy medyków, której przedstawiciele zostali skazani albo na karę śmierci w Norymberdze, albo w wyniku kolejnych procesów lub też zmarli z przyczyn naturalnych wiele lat wcześniej, będąc w podeszłym wieku już w chwili popełniania zbrodni. Jednakże ci, z którymi dane mi było się spotkać i których tu przedstawiam, wcale nie stronili od niewyobrażalnych, morderczych zachowań.

Postanowiłem nie wspominać o swoich żydowskich korzeniach we wstępnej korespondencji z byłymi nazistami. Niektórzy zapewne podejrzewali, że jestem Żydem, jednak żaden nie zapytał o to wprost. Jedynym przypadkiem, kiedy sprawa wyszła na jaw, było przywołanie przez jednego z lekarzy (podczas wywiadu odbywającego się pod koniec całego projektu) artykułu opublikowanego w „Timesie”, który opisywał projekt badawczy, wspominając fakt, że jestem Żydem.

Jego przewrotna wzmianka o wspólnej „tragicznej historii” naszych narodów potwierdziła moje przeczucia, że gdybym od początku podkreślał swoją żydowskość, ten szczegół wpłynąłby ograniczająco na udzielane w trakcie wywiadów odpowiedzi, dodatkowo powodując, że odsetek odmów spotkania byłby większy. Niezależnie od tego, czy moje żydowskie pochodzenie było jawnie podnoszone, do pewnego stopnia podczas każdego z wywiadów dało się je odczuć w moim podejściu oraz w świadomości niemieckich lekarzy.

Jeśli chodzi o organizację wywiadów, to na początku wyjaśniałem pobieżnie cele, metody i podstawowe zasady projektu badawczego wraz ze standardowym oświadczeniem o nagrywaniu rozmowy. Po uzyskaniu zgody danego lekarza na przeprowadzenie wywiadu zadawałem kilka rzeczowych pytań dotyczących jego bezpośredniej sytuacji życiowej, jednak zasadniczo rozpoczynałem od pytań odnoszących się do kwestii wykształcenia, w szczególności medycznego. Ponieważ te sprawy nie zawierały takiego ładunku emocjonalnego jak kwestie, które miały być poruszane później, pozwalało to na ustanowienie ram w miarę swobodnej dyskusji wraz z rodzajem pewnego dialogu na wspólnym gruncie medycznym. Zazwyczaj zmuszało to do wyłuszczenia wpływu wczesnych faz narodowego socjalizmu na studia medyczne mojego interlokutora, na pracę oraz ogólnie na jego życie. Następnie zadawałem kilka pytań na temat jego rodziny oraz tła kulturowego, po czym przechodziłem do szczegółowego badania działalności i doświadczeń, które stały się jego udziałem w czasie rządów nazistowskich. Moi rozmówcy doskonale wiedzieli, że po to do nich przyszedłem, i wielu z nich żywiołowo wdawało się w roztrząsanie tych kwestii. Mniej skorzy byli do odpowiedzi na pytania o odczucia i konflikty temu towarzyszące oraz o ich wyobrażenia, marzenia, aspiracje i w końcu o kwestie autorefleksji. Jednak w miarę postępu wywiadów również w tych obszarach wiele przede mną odkrywali. Wraz z odrobiną zachęty z mojej strony lekarze ci – podobnie jak inni ludzie, z którymi rozmawiałem w ramach różnych projektów badawczych – bez wahania włączali się z jednej strony w złożone struktury wnikliwej eksploracji i spontaniczne skojarzenia z drugiej strony.

Nastroje wahały się pomiędzy zakłopotaniem a serdecznością. Momenty obopólnego zrozumienia przeplatały się z niechęcią połączoną z dystansowaniem się i wzajemnym utwierdzaniem się w przekonaniu o zasadniczo odmiennych światach naszej egzystencji. Więcej o światopoglądach tych lekarzy powiem później, jednak w gruncie rzeczy większość przyjęła raczej typową dla powojennej postawę politycznego i społecznego konserwatyzmu, zawierającą w sobie krytykę nazistowskiego okrucieństwa z jednoczesnym poparciem dla autorytarnych elementów niemieckiego społeczeństwa i pewnym niepokojem odnośnie do zachowań młodzieży. Od czasu do czasu spotykałem się z przebłyskiem nostalgii za czasami narodowego socjalizmu, gdy życie miało sens i intensywność, nawet pomimo konfliktów, które ten system stwarzał.

Nigdy do końca nie przezwyciężyłem uczucia osobliwości, które mi towarzyszyło, gdy siedziałem twarzą w twarz z ludźmi, których uważałem za znajdujących się, jeśli można tak powiedzieć, po przeciwnej stronie barykady na osi sprawca–ofiara. Nie przestałem też odczuwać pewnego zakłopotania i pewnej dozy wstydu z powodu pragnienia wniknięcia do świata ich psyche. Te odczucia w kilku przypadkach się potęgowały, zwłaszcza wtedy, gdy zaczynałem lubić pewne cechy mojego rozmówcy, czując, że angażuję się w jego człowieczeństwo. W takich chwilach mój wewnętrzny konflikt dotyczył kwestii związanych z przekonaniem, że z założenia mój wywiad psychologiczny był procedurą życzliwą, natomiast moje uczucia związane z rozmówcą były mniej niż przyjazne. Ten konflikt nie odstępował mnie na krok w trakcie pracy badawczej. By go przezwyciężyć, częstym odruchem z mojej strony była bezpardonowa samokonfrontacja na płaszczyźnie moralnej. W większości przypadków jednak opierałem się temu odruchowi – chociaż moje dociekanie psychologiczne mogło przypominać taką konfrontację, zarazem nie pozostawiając wątpliwości co do mojego stanowiska w tej sprawie. Jednakże konieczne wydawało się zachowanie tego rozróżnienia, ponieważ to dociekanie natury psychologicznej, a nie konfrontacja moralna, było istotą zdobywania pożądanych informacji behawioralnych i motywacyjnych. Ostatecznie uzmysłowiłem sobie, że to rozróżnienie to również warunek konieczny zachowania – co bardzo ważne – mojej własnej tożsamości zawodowej w trakcie prowadzenia badań. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że dociekanie natury psychologicznej było dla mnie rodzajem moralnej konfrontacji. W istocie należałoby dodać, że niekiedy moja postawa konfrontacyjna przeradzała się w oskarżenie lub zgoła atak na człowieka siedzącego naprzeciwko mnie. W tym wszystkim wypełniałem i nadal wypełniam zobowiązanie, by zachowywać się fair w stosunku do tych byłych nazistowskich lekarzy – to znaczy w miarę możliwości dokonywać analizy jak najbardziej rzetelnie i drobiazgowo.

Podczas wywiadów z ocalałymi z Auschwitz atmosfera była zgoła odmienna. Praktycznie wszyscy (z wyjątkiem jednej osoby, która była zbyt poruszona tematem i nie zgodziła się ze mną rozmawiać) od razu zaangażowali się we wspólny cel – zrozumienie postawy lekarzy i ich zachowań w obozach i gdziekolwiek indziej. W obu przypadkach byli więźniowie okazali się nieocenionymi obserwatorami. Nie może być niespodzianką, że najbardziej utożsamiałem się z grupą ocalałych lekarzy żydowskich. W wielu przypadkach ich pochodzenie rodzinne, społeczne i etniczne było zbliżone do mojego – pochodzili z tych samych stron co moi dziadkowie. Automatycznie zestawiałem ich męki z moją uprzywilejowaną egzystencją – z takich rozmów wychodziłem dosłownie zdruzgotany, często bliski płaczu. Poruszające wywiady odbywałem też z nieżydowskimi lekarzami z Polski i innych części Europy, którzy częstokroć trafiali do Auschwitz w ramach represji za pomoc udzielaną Żydom. Wyjątkiem od reguły sympatii do byłych więźniów był jeden z polskich lekarzy, zagorzały antysemita blisko współpracujący z nazistami – wrócę do niego w dalszej części książki.

Wywiady, które przeprowadzałem w trakcie wcześniejszych badań, były znacząco różne od tych. W ich trakcie doświadczałem wszelkiego rodzaju emocji: od wściekłości przez lęk po odrazę i – w przypadku ocalałych – od podziwu przez wspólne odczuwanie bólu do poczucia winy i bezradności – zdarzało mi się też żałować, że kiedykolwiek rozpocząłem całe przedsięwzięcie. Śniły mi się koszmary o Auschwitz, czasem z udziałem mojej żony i dzieci. Kiedy na początku projektu, gdy sny występowały dość cyklicznie, wspomniałem o tym przyjacielowi – jednemu z ocalałych – spojrzał na mnie bez jakiejś wyraźnej sympatii, ale być może z cieniem aprobaty i łagodnym tonem oznajmił: „Dobrze. Teraz naprawdę możesz się wziąć do pracy”. To pomogło.

Jednak bez względu na ból, który stał się moim udziałem, przez większą część czasu nie towarzyszyło mi uczucie przygnębienia czy jakiejś przedłużającej się rozpaczy. W rzeczywistości w czasie trwania tego projektu badawczego tryskałem energią. Byłem pochłonięty jego wymogami – misternie utkaną siatką organizacyjną oraz samymi wywiadami wraz z ogólnym pojęciem, co powinienem był wykonać. Prawdziwy ból dopadł mnie dopiero po powrocie do Stanów Zjednoczonych wiosną 1979 roku, kiedy usiadłem do biurka i zacząłem porządkować zebrany materiał oraz nad nim medytować. W tym momencie miałem za zadanie wyobrazić sobie siebie w Auschwitz i innych ośrodkach zagłady. I staram się to robić. Oczywiście w taki stan można wchodzić tylko na krótko – nie można w nim tkwić. Ostatnia część pracy przysporzyła mi wiele satysfakcji – był to wysiłek nadawania formy zebranym materiałom. W przypadku takich przedsięwzięć możliwość zabrania głosu w sprawie i towarzysząca temu obietnica przezwyciężenia zła i zwycięstwa nad tymi, którzy za nie odpowiadają, stanowi najlepszą motywację.

Granice wyjaśnienia psychologicznego

Badania psychologiczne są zawsze przedsięwzięciami natury moralnej. Tak jak osądy moralne, nieodłącznie zawierają przypuszczenia o podłożu psychologicznym. Weźmy na przykład słynny osąd Hannah Arendt dotyczący Adolfa Eichmanna i „banalności zła”[1]. To wyrażenie zaczęło funkcjonować jako określenie ogólnie charakteryzujące cały projekt nazistowski. Moje obserwacje na temat ludzkiej zwyczajności lekarzy nazistowskich świadczą dodatkowo na rzecz jej tezy. Jednak niezupełnie. Lekarze nazistowscy byli banalni, ale ich uczynki banalne nie były. Wielokrotnie w tej pracy opisuję zwykłych ludzi dopuszczających się aktów demonicznych. W ich trakcie – albo żeby móc się ich dopuszczać – ludzie ci dokonali moralnej transgresji, a podejmując swoje działania, przestawali być banalni. Łącząc względy natury psychologicznej i moralnej, można łatwiej pojąć naturę zła i motywację kierującą ludźmi.

Celem tego projektu jest wykazanie warunków psychologicznych sprzyjających powstawaniu zła. Używając narzędzi psychologicznych w tym celu, powinno się wystrzegać pewnych związanych z tym pułapek. Każda dyscyplina ma tendencję do przeceniania swoich zdolności poznawczych. Psychologia głębi, ze swoim nieortodoksyjnym i nierzadko defensywnym podejściem do nauki, może być wyjątkowo narażona na tę iluzję. Zacytuję słowa ostrzeżenia ocalałego z Zagłady francuskojęzycznego lekarza pochodzącego z Europy Wschodniej: „Panie profesorze, chciałby pan zrozumieć coś, czego pojąć się nie da. My, którzy tam byliśmy, wciąż zadajemy i zadawać będziemy to pytanie do końca naszych dni – jednak nigdy tego nie pojmiemy, ponieważ to niemożliwe”.

W tych słowach zawarta jest nie tylko pokora, lecz także wskazówka co do istotnej zasady: pewne zdarzenia wymykają się naszemu pełnemu poznaniu i najlepiej przyznać, że jedynie ujęcie częściowe, jakaś cząstka zrozumienia jest naszym pożądanym celem. Zatem odrzućmy psychologiczny redukcjonizm, składający złożoność zdarzeń w jedno proste i ogólne wyjaśnienie, co zamiast unaoczniać mechanizmy, struktury i motywacje sprzyjające powstawaniu danych sytuacji, tylko je zaciemnia. W takim redukcjonistycznym podejściu można zatracić nie tylko rzetelność psychologiczną, lecz także wrażliwość moralną.

Nawet bez stosowania redukcjonizmu kolejnym niebezpieczeństwem może być zastąpienie osądu moralnego „zrozumieniem” – w myśl francuskiego porzekadła „Zrozumieć wszystko to wszystko wybaczyć” (Tout comprendre c’est tout pardonner). Trzeba zaznaczyć, że jeśli takie pojmowanie miałoby ujmować kwestie natury moralnej i psychologicznej, druga część powiedzenia – ta o wybaczeniu – nie znalazłaby zastosowania. Należy uświadomić sobie to niebezpieczeństwo, wtedy zażegnanie go będzie możliwe jedynie poprzez usilne ukierunkowanie na kontekst moralny pracy psychologicznej.

By odpowiedzieć na niektóre z tych pytań natury moralnej związanych z doświadczeniem społecznym i historycznym, jeden z pierwszych psychoanalityków, Otto Rank zatytułował swoje ostatnie z wielkich dzieł Beyond Psychology (Poza psychologię)[2]. Rank zajmował się zasadami etycznymi, które Freud i inni w trakcie swej pracy ignorowali – w dużej mierze ze względu na uwikłanie psychologii we własną ideologię naukową. W konsekwencji taka psychologiczna ideologia naukowa mogłaby zredukować zarówno całe Auschwitz do roli specyficznej machiny, jak i lekarzy w mundurach SS do trybików w jej mechanizmie. W takim przypadku pytania o naturę zła nie mogłyby zostać postawione. Można powiedzieć, że aby podjąć wyzwania natury moralnej, trzeba przyjąć postawę nie tylko pozapsychologiczną, ale wziąć pod uwagę kwestie, które nauki psychologiczne ogólnie ignorują. Nawet wówczas, jak to czynił Rank, trzeba przyznać, że ujęcie psychologiczne może wytłumaczyć tylko tyle i aż tyle. Co do Auschwitz i nazistowskiego ludobójstwa, w wielu sprawach pozostaniemy ignorantami, musimy jednak starać się dowiedzieć możliwie najwięcej.

Niezwykle ważny jest tutaj własny model czy paradygmat psychologiczny. Mój odchodzi od klasycznego Freudowskiego modelu bazującego na instynkcie samozachowawczym i popędzie życia czy symbolice życia i śmierci[3]. Obejmuje on zarówno wymiar bezpośredni, jak i całościowy. Bezpośredni – nasze osobiste doświadczenie psychologiczne – dotyczy konfliktu na osi połączenie–rozłączenie, integralności i dezintegracji, ruchu i stagnacji. Rozłączenie, dezintegracja i stagnacja są odpowiednikami śmierci, obrazuje je symbolika związana z umieraniem, podczas gdy połączenie, poczucie integralności i ruch wywołują uczucia związane z żywotnością, symbolizując życie. Wymiar całościowy obejmuje szerszy kontekst ogólnoludzkiego doświadczenia. Jest to poczucie połączenia z ludźmi żyjącymi przed nami i tymi, którzy żyją, współdzieląc dany nam czas. Szukamy zatem poczucia nieśmiertelności i je odnajdujemy poprzez posiadanie potomstwa, pracę, modelowanie naszej ludzkiej rzeczywistości, reguły religijne czy też poszukiwanie go w nieskończonej i wiecznej naturze. Możemy je też odnaleźć, doświadczając transcendencji – typowego stanu psychicznego mistyków – tak niezwykłego i intensywnego, że czas i śmierć przestają istnieć. Musimy podjąć próbę ujęcia wymiaru całościowego – Rank używał określenia „systemy nieśmiertelności”[4] – jeżeli pragniemy poznać źródło siły oddziaływania projektu „Tysiącletniej Rzeszy”. To samo się tyczy nazistowskiego pojęcia Volk (ludu lub narodu, jednak za pojęciem „ludu” przemawia jego wspólny mianownik rasowy) – terminu oznaczającego nie tylko zwyczajnie „ludzi”, lecz także – zwłaszcza dla wielu niemieckich myślicieli – „związek grupy narodowej z transcendentalną »esencją«. Ta »esencja« mogła się nazywać »przyrodą«, »kosmosem« bądź »mitem«, ale zawsze była stopiona z najgłębszą wewnętrzną naturą człowieka i reprezentowała źródło jego twórczości, głębi jego uczuć, indywidualności i jedności z innymi członkami Volk”[5]. Można powiedzieć, że Volk stał się ucieleśnieniem nieśmiertelnego połączenia wieczystej substancji rasowej i kulturowej. Świadomość tej mieszaniny pozwala zrozumieć koncept nazistowskiej rewolucyjnej nieśmiertelności[6].

Dla badacza paradygmat ten wyznacza też pewne ramy, w których może on/ona się poruszać – od identyfikacji z podmiotem badania po dystansowanie się od niego. Mówię o swoim własnym niezbywalnym i nieskrywanym stanowisku moralnym – otwarcie je manifestowałem, zamiast przemycać pod przykrywką całkowitej neutralności. Jednocześnie dzięki temu utrzymany został pewien dystans wymagany do poruszania się w technicznych i naukowych ramach dyscypliny naukowej. Na moją postawę wpływa fakt, że jestem Amerykaninem, lekarzem, psychiatrą, Żydem i człowiekiem zajmującym się badaniem destrukcyjnych sił drzemiących w naszym ludzkim świecie – wraz z moim ogólnym stanowiskiem krytycznym wobec zagadnień natury etycznej, społecznej czy politycznej.

Jakkolwiek bywa to trudne, zajmowanie się badaniem tak wstrząsających doświadczeń wymaga zachowania pewnego balansu. Martin Buber określił to podejście prostym „dystans i relacja”.

Medykalizacja mordu

Można powiedzieć, że nazistowski mord masowy usunął pewne bariery – przekroczył granicę: tę pomiędzy wyobrażeniem przemocy i sporadycznym mordowaniem (takim jak pogromy) z jednej strony a systematycznie prowadzonym ludobójstwem w miejscach takich jak Auschwitz z drugiej strony. Sedno tej pracy stanowi teza, że medykalizacja mordu – przeświadczenie o uzdrawianiu poprzez uśmiercanie – była kluczowa, aby uczynić ten potworny krok. Zatem w centrum projektu nazistowskiego znajduje się zatarcie granicy pomiędzy leczeniem a zabijaniem.

Wczesne opisy Auschwitz i innych obozów Zagłady skupiały się na sadyzmie i okrucieństwie strażników, oficerów i lekarzy. Późniejsze badania wskazują jednak, że sadyzm i okrucieństwo to za mało, aby stały się one przyczynkiem do eksterminacji milionów ludzi. Nastąpił zwrot w podejściu w stronę biurokratyzacji ludobójstwa: bezosobowa, zimna i oderwana od życia funkcja biurokratyczna, pierwotnie opisywana przez Maxa Webera, znajduje zastosowanie w systematycznym mordzie na masową skalę[7]. Owo skupienie na bezuczuciowej przemocy jest niezwykle ważne i spójne z konstatacją o jej rutynowym charakterze, będącym podwaliną funkcjonowania obozu Auschwitz.

Jednak samo skupienie się na tych zagadnieniach nie wystarczy. Należy uświadamiać sobie związek pomiędzy motywowanym ideologicznie wizjonerstwem a specyficznymi indywidualnymi mechanizmami natury psychologicznej, umożliwiającymi ludziom mordowanie innych. Termin „medykalizacja mordu” zawiera w sobie czynniki motywacyjne i mechanizmy psychologiczne, których świadomość pozwala przybliżyć się do „zrozumienia” zbrodniarzy z Auschwitz – w szczególności lekarzy – zarówno jako części biurokratycznej machiny mordu, jak i indywidualnie uczestników procederu, których podejście i zachowanie można poddać badaniu.

Mord medyczny można rozumieć w kontekście dwóch szerszych perspektyw. Pierwsza to „czysta”/„chirurgiczna” metoda eksterminacji dużych grup ludzkich za pomocą środków technologicznych, przy użyciu śmiertelnie trującego gazu. Zastosowanie tej metody zapewniało dystans pomiędzy sprawcą a ofiarą. Dystans ten był ważnym elementem łagodzenia problemów natury psychologicznej doświadczanych (co znalazło potwierdzenie w wielu dokumentach) przez członków Einsatzgruppen odpowiedzialnych za bezpośrednie rozstrzeliwanie Żydów w Europie Wschodniej (zob. s. 237–239) – nie przeszkodziło im to jednak zamordować 1,4 miliona ludzi[8].

Udało mi się pozyskać bezpośrednie dane na ten temat od byłego neuropsychiatry Wehrmachtu, który zajmował się dużą liczbą przypadków zaburzeń psychicznych wśród członków Einsatzgruppen. Zaznaczał, że zaburzenia te były zbliżone do tych występujących u wielu innych weteranów pola walki: przewlekły niepokój, koszmary, rozedrganie i częste uskarżanie się na dolegliwości fizyczne. Jednak wśród członków tych „szwadronów śmierci”, jak je nazywał, objawy utrzymywały się dłużej i były dotkliwsze. Ustalił, że szacunkowo 20 procent z biorących aktywny udział w mordowaniu doświadczyło symptomów psychicznej dekompensacji. Mniej więcej połowa z nich wiązała te objawy głównie z „nieprzyjemnym” zajęciem, jakim się parali, tymczasem druga połowa zmagała się, jak się wydawało, z dylematami moralnymi związanymi z rozstrzeliwaniem ludzi. Największym wyzwaniem w sensie psychologicznym było dla nich strzelanie do kobiet i dzieci – w szczególności do dzieci. Wielu z nich w snach doświadczało poczucia winy, niekiedy towarzyszyły temu różnorakie formy kary lub zadośćuczynienia. Wobec tych wyzwań natury psychologicznej naziści poszukiwali bardziej „chirurgicznej” metody mordowania.

Drugie spojrzenie na zjawisko mordu medycznego, według mnie niewystarczająco rozpoznane, to mordowanie jako imperatyw terapeutyczny. Ten rodzaj motywacji wyjawiają słowa lekarza nazistowskiego przytoczone przez znakomitą lekarkę, więźniarkę Auschwitz, doktor Ellę Lingens-Reiner. Wskazując na dymiące kominy, zapytała ona doktora Fritza Kleina: „Jak możesz pogodzić to ze swoją […] przysięgą lekarską?”. W odpowiedzi usłyszała: „Oczywiście jako lekarz staram się chronić życie. Z szacunku dla ludzkiego życia wycinam ropiejący wyrostek robaczkowy z ciała pacjenta. Żydzi są ropiejącym wyrostkiem w ciele ludzkości”[9].

Nawiązań medycznych było więcej. Jak Turcję w XIX wieku określano mianem „chorego człowieka Europy” (w związku z upadkiem imperium osmańskiego), tak zarówno ideologowie przedhitlerowscy, jak i sam Hitler nazywali chaos i demoralizację w Niemczech po pierwszej wojnie światowej „chorobą” – w szczególności toczącą rasę aryjską. W połowie lat 20. w Mein Kampf Hitler głosił: „kto chce uzdrowić te chore i zepsute czasy, musi najpierw zebrać się na odwagę i jasno przedstawić przyczyny tej niedoli”[10]. Diagnoza była rasowa. Aryjczycy, ci jedyni prawdziwi „twórcy kultury”, pozwolili się osłabić do tego stopnia, że ich dalsze trwanie było zagrożone przez „niszczycieli kultury”, jak określano Żydów. Żydzi byli czynnikiem „zanieczyszczenia rasowego” i „gruźlicy rasowej”, jak również pasożytami i zarazkami powodującymi choroby, zepsucie i śmierć w organizmach zainfekowanych ludzi. Byli nazywani „odwiecznymi krwiopijcami”, „wampirami”, „nosicielami zarazków”, „ludzkimi pasożytami” i „robactwem toczącym ciało”[11]. Podjęte leczenie musiało być radykalne: to znaczy (jak nazwał to jeden z uczonych) miało się wiązać z „wycięciem gangreny, propagowaniem wartościowych elementów, pozwalając mniej wartościowym zwiędnąć… [oraz] wytępieniem kategorii społecznych uważanych za bezwartościowe lub niebezpieczne”[12].