Nasze dwory wiejskie - Jan Obst - ebook

Nasze dwory wiejskie ebook

Jan Obst

0,0

Opis

Nasze dwory wiejskie Jana Obsta to esej z początku XX wieku, który odkrywa przed czytelnikami tajemnice oraz piękno dworków szlacheckich w dawnej Polsce, a przede wszystkim na Litwie. Przenosi nas do czasów, gdy dworki odgrywały znaczącą rolę w życiu społecznym, kulturalnym i politycznym Polaków. Autor nie tylko szczegółowo opisuje architekturę tych wyjątkowych budowli, ale także ich funkcje i zmieniające się na przestrzeni wieków znaczenie. Śledzi wpływy zachodnie, które odcisnęły swoje piętno na polskim budownictwie wiejskim, ukazując, jak tradycja i lokalna estetyka łączyły się, tworząc unikatowość polskich dworków. Publikacja ta to nie tylko przewodnik po architekturze, lecz także istotny klucz do zrozumienia, jak dworki szlacheckie wpłynęły na kształtowanie polskiej tożsamości narodowej i kultury, będąc niemymi świadkami burzliwych dziejów naszego narodu.

Publikacja zawiera 11 rycin i fotografii w większości już nieistniejących polskich dworków na Litwie.

Fragmenty
Zaraz na wstępie zaznaczam, iż dwór polski na Litwie pod względem form niczem zgoła nie różni się od dworów wiejskich w innych kraju dzielnicach, nie wyłączając najdalszych kresów, co świadczy wymownie o jedności kultury naszej w wiekach ubiegłych. Jedyne różnice, jakie zachodzą, dotyczą tylko materjału budowlanego. Podobnie zaś jak cała kultura nasza pozostawała zawsze w najściślejszym związku z kulturami zachodu [...] tak budownictwo nasze wiejskie podlegało stale wpływom zachodnim, to też z łatwością w całości jak i w szczegółach wykazać możemy motywy zapożyczone z architektury zachodniej różnych epok i stylów, jako to gotyku, renesansu, barokko i empiru. Nie znaczy to jednak, abyśmy byli tylko naśladowcami wzorów zagranicznych. Przeciwnie, nasz przemysł domowy potrafił na swój sposób (często naiwnie) zużytkować motywy architektoniczne zachodu, odpowiednio do materjału naszego oraz innych warunków lokalnych, z tąd powstał typ dworu wiejskiego nowy, oryginalny, odmienny od tych, jakie znajdujemy poza granicami naszego kraju, na zachód i na wschód, gdzie nie sięgał wpływ kultury naszej.

U nas przeciwnie miasta zamieszkałe były przeważnie przez ludność napływową, niemiecką i żydowską. Wieś, oddzielona od miasta długiemi i złemi drogami, prowadziła żywot odrębny. Tutaj, we dworze szlacheckim, wytworzył się nasz ustrój państwowy, tu zjeżdżali się sąsiedzi na sejmiki i narady, tu gotowano się na wyprawy wojenne. Musiał więc być dwór szlachecki dość obszerny by pomieścić licznych krewnych, powinowatych i sąsiadów z ich rodzinami i czeladzią. Musiał też być w miarę warownym by mógł chronić swych mieszkańców w razie niespodziewanego napadu.

Badając wnętrze dworku szlacheckiego, poznajemy życie domowe, zwyczaje i obyczaje tych pokoleń, które tu żyły, a zatem obraz rozwoju kulturalnego tej warstwy szlacheckiej, tak licznej u nas, której wpływ na cały rozwój historji naszej był decydujący.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 47

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Jan Obst

Nasze dwory wiejskie

Kęty 2024

Wydawnictwo Marek Derewiecki

Podstawa wydania:

Jan Obst, Nasze dwory wiejskie, w: „Kwartalnik Litewski”, R. I, t. 3 (wrzesień 1910), s. 95–124.

Copyright © 2024 by Wydawnictwo Marek Derewiecki

Wszelkie prawa zastrzeżone

Wydanie pierwsze

Redakcja i korekta: Zespół

Projekt okładki: Łukasz Derewiecki

Skład i łamanie: Łukasz Derewiecki

Na okładce wykorzystano obraz Stanisława Tarnowskiego, pt. Dworek w Śniatynce, 1886.

ISBN 978-83-68182-96-5

Wydawnictwo Marek Derewiecki

ul. Szkotnia 29a, 32-650 Kęty

e-mail: [email protected]

księgarnia: www.derewiecki.pl

Nasze dwory wiejskie

Strzeżcie się jak grzechu śmiertelnego najdować że, dom ojca zaciasny.

Z rozmów mędrca chińskiego Lao-Tse z Konfucjuszem.

Mowa nasza posiada wyrazy, podobne do kwiatów zasuszonych, które czasem znajdujemy między pożółkłemi kartkami w imionniczku babuni. Życie dawno z nich wyszło, spłowiały kolory, pozostał niezmiernie subtelny aromat, przystępny tylko bardzo czułym nerwom. Do takich wyrazów wypadłoby dziś już zaliczyć „dom rodzinny”. Nie będzie przesadą twierdzenie, że z naszego pokolenia bardzo nieliczne jednostki wyrosły pod rodzinną strzechą, a z tych niewielu, znikoma cząstka zaledwo zdolna sercem kochającem odczuć i ocenić jej czarniewysłowiony.

Urodziłem się w dużem mieście, przy jednej z tych ulic szerokich, prostych i równoległych, wytkniętych ręką miejskiego geometry na wzór i podobieństwo linjowanego kajetu. Domu nie poznałbym zapewne, tak są podobne do siebie; całą różnicę stanowi blaszka z numerem przybita nad bramą. W tych dużych domach świecących nieskończonemi szeregami okien mieszkają krocie tysięcy ludzi – rodzą się, umierają, wprowadzają się i wynoszą, zmieniają się jak te obicia papierowe, któremi oklejają szary, chłodny mur. Życie tam płynie szeroką, mętną falą: ciche tragedje, radość wyuzdana często w najbliższem sąsiedztwie, o ścianę. Tu – chrapliwe tony gramofonu, wyżej – kłótnia zawzięta miejskich kumoszek, obok – może jęki konania, a środkiem monotonnie dudni ulica, wiecznie obojętna, i obojętnie ze swej wysokości na ludzkie mrowisko spoglądają domy oczyma swych okien, błyszczących w ciemności, jak wilcze źrenice, ślepych we dnie jak sowy. Jak rzeka ujęta w granitowe zręby płynie przyspieszoną falą, nie zraszając brzegów, nie pojąc kwiatów i traw aksamitnych życiodajną rosą, tak ludzie pośród tych kolosów kamiennych pędzą dni swoje obcy sobie nawzajem. Nic tu zgoła nie łączy człowieka z temi ścianami, które zamieszkuje; łza jego nie wsiąka w twardy mur, a śmiech odbity brutalnie kona w głuchym rozjęku. Budowniczy, który wzniósł te gmachy, dał im mocne fundamenty, spiętrzył miljony cegieł, spoił je doskonale wapnem i cementem, żelaznemi związał belkami, włożył w dzieło swe mnóstwo wiedzy i potu ludzkiego i złota – lecz nie włożył tuserca.

Czyja kolebka stała w takiem środowisku nowoczesnego miasta wielkiego, kto się tu wychował, ten zaiste nie miał „domu rodzinnego”.

A teraz od zgiełku miejskiego przenieśmy się w zaciszne, wiejskie ustronie, tu bowiem przedewszystkiem szukać należy tego idealnego typu staropolskiej siedziby, która w mowie naszej, w pojęciach ustalonych tradycją, w poezji nosi od dawna miano „gniazda rodzinnego”. Było niegdyś dogmatem szlachty polskiej nie puszczać ziemi w obce ręce. Z tąd po 300 i 400 lat dwory takie bywały w posiadaniu jednej rodziny. Jako przykład przytoczyć możemy, iż w najbliższym czasie jeden z największych rodów litewskich obchodzić będzie 400 lecie posiadania zamku i dóbr familijnych; do niedawna podobne fakty dość były pospolite nawet śród szlachty pomniejszej. Burze polityczne i wyjątkowo ciężkie warunki ekonomiczne wyrwały z rąk naszych niejedną starą siedzibę. Trudno zaiste odpowiedzialnem za to czynić społeczeństwo, przeciwnie, przyznać należy, że ci którzy w chwilach najkrytyczniejszych zdołali uniknąć przymusowego wywłaszczenia, następnie oburącz trzymali się własności swej, walcząc często z najcięższemi przeciwnościami, a to przeważnie w imię wspomnianego, tradycyjnego dogmatu. Wypadki dobrowolnego wyzbywania się ojcowizny, jakkolwiek zdarzały się, były jednak stosunkowo rzadkie. Dopiero w latach ostatnich pod tym względem zaszła dziwna, niewytłumaczona zmiana. Datuje się ona równo od chwili wydania ustawy pozwalającej nam w tzw. „Kraju Zachodnim” nabywać własność ziemską. Ustawa ta miała wręcz przeciwny skutek niż by ktokolwiek mógł się spodziewać i przewidzieć. Zamiast powiększenia się, lub przynajmniej wzmocnienia naszej własności, obywatelstwo nasze, jak gdyby wyczerpane długoletnią walką, naraz uczuło się zwolnionem od obowiązku moralnego utrzymania ziemi. Jeżeli w tych latach nie wyzbyliśmy się co najmniej połowy naszej własności ziemskiej, to tylko dzięki tej szczęśliwej okoliczności, iż popyt bynajmniej nie odpowiadał podaży. W każdym razie jednak facit tych kilku lat ostatnich jest dla nas bardzo niepomyślny, gdyż, jakkolwiek nie posiadamy dokładnej statystyki, przecie nie podlega kwestji, iż wypadki sprzedaży ziemi w kraju naszym znacznie były liczniejsze, niżeli wypadki kupna przez Polaków. Z przerażeniem widzimy w tem nowy objaw instynktów samobójczych rasy naszej: walczyliśmy oto w ciągu wielu lat o wolność wyznania, po to – by wydać Marjawityzm. Domagaliśmy się zniesienia zakazu kupna ziemi, a kiedy krzywdzące to prawo (częściowo) zostało cofnięte, skorzystaliśmy z ulgi tej w ten sposób, iż poczęliśmy na gwałt wyzbywać sięojcowizny.

Ryc. 1 Tadeusz Dmochowski, Dworek wiejski na Inflantach. (Z obrazuolejnego).