Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
My, Polacy, jesteśmy gotowi grać w najwyższej lidze o palmę pierwszeństwa w nowoczesności, ale państwo polskie już nie. Razem potrafimy robić rzeczy, których nie potrafi nikt inny, ale o tych naszych sukcesach nie pamiętamy. A polska polityka i państwo pilnują, byśmy sobie o tym nie przypomnieli. Ta książka jest jak przebudzenie z niepamięci, a także z lęku i nieśmiałości, bo nadal myślimy o sobie nie jako o zwycięzcach, lecz o narodzie skazanym wiecznie na odtwarzanie tego, co zrobili inni. Autorzy tej książki pokazują, że tak nie musi być, a sukces leży w zasięgu ręki. To bezczelny i czasami piekąco złośliwy tekst, oprowadzający czytelnika po naszych zapomnianych skokach w nowoczesność – masowych, wywrotowych i zwycięskich. To także bolesna diagnoza państwa, które nie potrafi skorzystać z tej unikalnej siły Polaków. Bo, jak udowadniają Sienkiewicz i Gill-Piątek, Polacy wchodzą na najwyższe obroty wtedy, kiedy innym kończą się instrukcje obsługi. We współczesnym świecie, pełnym chaosu i zagrożeń, nikt już nie udaje, że jest jakaś instrukcja obsługi. I właśnie dlatego to czas Polaków. Ta książka to wołanie, by tego nie zmarnować.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 234
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Bartłomiej Sienkiewicz i Hanna Gill-Piątek, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktor prowadzący
Marek Daroszewski
Marketing i promocja
Zespół promocji
Redakcja
Anna Boland
Korekta
Roman Bąk, Agnieszka Czapczyk
Konwersja do wersji elektronicznej
Mateusz Czekała • czekala.net.pl
Projekt okładki i strony tytułowe
Hanna Gill-Piątek
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-82-7
Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel. 61 853-99-10
redakcja@wydawnictwopoznanskie.pl
www.wydawnictwopoznanskie.pl
Prolog
17 września 2015 roku w Warszawie zapowiadał się bardzo gorący dzień. Napływające z południa masy zwrotnikowego powietrza zapewniły pogodę jak w środku lata. Tego dnia o godzinie 10.15 w radiu RMFFM rozpoczął się program Danie do myślenia prowadzony przez redaktora Tomasza Skorego. Gościem był profesor Janusz Czapiński. Dzień wcześniej, na specjalnie zwołanej konferencji, profesor razem z zespołem prezentował wyniki „Diagnozy Społecznej 2015” — badania socjologicznego prowadzonego cyklicznie od piętnastu lat, określającego dane bytowe Polaków, a także ich „poziom szczęścia”. Na początku wywiadu profesor Czapiński opowiadał, jak uległ czarnowidztwu, a raczej propagandzie, że wszystko w Polsce jest źle, więc kiedy zobaczył efekty badania, wprost nie mógł uwierzyć w to, co czytał, i musiał dodatkowo jeszcze sprawdzać, czy nie zaszła jakaś pomyłka. Nie, nie zaszła — rekordowe w historii badań wyniki poczucia szczęścia wśród Polaków były faktem.
„Co więcej, jesteśmy bardziej zadowoleni z sytuacji w kraju nawet” — mówił profesor.
I dodał: „A 83,5 proc. jest szczęśliwych. Jesteśmy w Europie Zachodniej, mówiąc krótko”1.
Oczywiście nie wszystko jest wspaniale jak na Zachodzie, co wynikało z dalszej części wywiadu. Jesteśmy na dnie rankingów zaufania społecznego, nasz kapitał zaufania jest bardzo wątły i — jak to ujął profesor Czapiński — „nadal jesteśmy sobkami”2. Prowadzący wywiad redaktor jakoś nie dopytał, czy ten kapitał zaufania rzeczywiście jest ważny, skoro przygniatająca większość Polaków jest aż tak szczęśliwa i jak jedno ma się do drugiego.
Pod koniec audycji padły jednak sformułowania, których wagę z perspektywy lat trudno przecenić:
Większość ciągle nawołuje do zmiany. To znaczy „zmieńmy, zmieńmy”, ale tylko dlatego, że większość nie widzi w tym żadnego ryzyka. […] Co to nas obchodzi, czy będzie rządził PiS, czy Platforma dalej będzie rządzić… A jak będzie zmiana, to będzie bardziej interesująco
— mówił profesor, sarkastycznie naśladując tok rozumowania wyborców. I dalej:
Polacy nie przywiązują większej wagi do tego, co się dzieje w elitach politycznych, ponieważ nie widzą związku z tym, co politycy robią, nawet nie widzą związku między kolejnymi ustawami parlamentarnymi a tym, jak wygląda ich życie3.
Pomijając fakt, że to raczej elity polityczne powinny przywiązywać wagę do tego, co się dzieje w społeczeństwie, a nie na odwrót, te fragmenty właściwie delegalizują społeczeństwo jako podmiot, spychając je do roli ignorantów. Żeby należycie ocenić stanowisko, jakie wyraził profesor Czapiński, należy opisać kontekst jego działalności. „Diagnoza Społeczna”, która była jego flagowym dziełem (i grona jego licznych i utytułowanych akademicko współpracowników), w dwuletnich cyklach przedstawiała Polaków, warunki i jakość ich życia, a co najważniejsze — opisywała, co myślą. Sama nazwa tego przedsięwzięcia, sponsorowanego przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej, Narodowy Bank Polski oraz Wyższą Szkołę Finansów i Zarządzania, wydaje się znacząca. Diagnozuje się organizm w celu wykrycia choroby, diagnozuje się chorobę jako taką, diagnozuje się coś, co może sprawiać problemy. Czapiński ze swoim zespołem pełnił rolę opowiadacza polskiego społeczeństwa dla biznesu, elit politycznych i medialnych, mówił „jak jest”. Stał się rodzajem przewodnika, guru od wiedzy o Polakach. Ten rys widać wyraźnie w wielu wywiadach, w których profesor objaśniał, co tym razem zobaczył w kolejnych raportach „Diagnozy”.
Bardzo wąskie grono czytało samą „Diagnozę”, natomiast znakomita większość odbierała ją wyłącznie przez skróty w mediach. Toteż cytowane wyżej słowa dawały sygnał wyraźnie i w oparciu o autorytet — „jest świetnie, Polacy są niepomiernie szczęśliwi”. Ludzie szczęśliwi to nie jest materiał na rewolucjonistów, wszystko jedno, czy rewolucja miałaby się odbyć za pomocą pik, czy za pomocą kart wyborczych. Profesor, jak to zacytowaliśmy wyżej, zauważył wprawdzie, że być może zwolenników zmiany jest więcej, ale przypisał to zbiorowemu rozkapryszeniu, a nie konkretnym poglądom czy interesom znaczących grup społecznych. Za chwilę jeszcze do tego wrócimy, a na razie czas na podsumowanie tego fragmentu.
Nieco ponad miesiąc po tym dniu, kiedy profesor Czapiński ogłosił powszechne szczęście Polaków, odbyły się wybory parlamentarne. 26 października Państwowa Komisja Wyborcza ogłosiła wyniki4. PiS otrzymał 37,5 procenta głosów, co dawało mu 235 mandatów w Sejmie, PO 24 procent, co oznaczało 138 mandatów, Kukiz 8 procent i 42 mandaty. Dalej Nowoczesna (7,6 procent — 28 mandatów) i PSL (5 procent i 16 mandatów). Łącznie partie protestu dostały 277 mandatów, co dawało 60 procent z łącznej liczby 460 posłów. PiS uzyskał samodzielną większość, pozwalającą mu „faktycznie zmienić ustrój Polski”, jak to później określił Jarosław Kaczyński. Według cytowanych wyżej twierdzeń profesora Czapińskiego zdecydowała o tym ignorancja i obojętność wyborców wobec klasy politycznej.
Kluczowym momentem poprzedzającym starcie parlamentarne były wybory prezydenckie. To one stanowiły autentyczną diagnozę społeczną w pełnym tego słowa znaczeniu, wystawioną na pięć miesięcy przed głosowaniem do Sejmu.
Cofnijmy się zatem do 25 maja 2015 roku, kiedy to oficjalne wyniki podane przez Państwową Komisję Wyborczą potwierdzają, że w głosowaniu przeprowadzonym dzień wcześniej w drugiej turze wyborów na urząd Prezydenta Polski został wybrany Andrzej Duda. Przegrana Bronisława Komorowskiego jest dla zwolenników obozu liberalnego gromem z jasnego nieba, choć zapowiadał ją wynik pierwszej tury, w której kandydat PiS, szerzej nieznany prawnik z Krakowa, pokonał „murowanego zwycięzcę” wspieranego przez Platformę Obywatelską. Krążące od dwóch tygodni dywagacje o fałszerstwie, pomyłce, wprowadzeniu wyborców w błąd narastają falą internetowych komentarzy. Ostatecznie Duda wygrał przewagą trzech punktów procentowych. Ale wygrał.
Powyborcze reakcje Polaków po pierwszej turze to, według badania CBOS5, głównie „zaskoczenie” — tak stwierdził prawie co trzeci badany. Trudno się dziwić, skoro początek 2015 roku był pełen doniesień w stylu „Nowy sondaż: Komorowski deklasuje, ale możliwa jest II tura wyborów”6. Ten pewny siebie ton przywołuje zresztą podobne głosy, późniejsze o dekadę, i z takim samym finałem. Naszym zdaniem to nieprzypadkowe podobieństwo.
W końcu po pierwszym szoku pojawia się czas prasowych analiz. Do znudzenia mielone są argumenty o uśpieniu sondażami i niemrawej kampanii głównego kandydata. „Duda nie tyle wygrał wybory, co Komorowski je przegrał” — mówi w RMF Maciej Gdula, ówcześnie młody socjolog7. Trwa „prywatyzowanie” porażki i przypisywanie jej źródła byłemu już prezydentowi i kilku osobom ze sztabu. Wyborcza katastrofa Komorowskiego zostaje rytualnie przemielona i zamknięta w małym kręgu winnych. Uznana za błąd jednostkowy. A jeśli jednostkowy, to nie trzeba nic zmieniać. Wszyscy w Polsce są wszak tak szczęśliwi. Nadal nikt nie zauważa narastającej fali systemowego sprzeciwu.
Żeby go lepiej opisać, uciekniemy się do jeszcze jednego cytatu z profesora Czapińskiego.
Dzień po pierwszej turze wyborów prezydenckich, 11 maja 2015 roku, opinię publiczną oburzyła jego wypowiedź o młodym pokoleniu, które ogarnia fala brunatnego radykalizmu: „Módlmy się, by jak najszybciej wyemigrowali” — mówi profesor w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”8. „To było powiedziane z przekąsem” — tłumaczy się później w TOK FM9, ale mleko się już rozlało.
To zdanie padło na podatny grunt. Podatny na gniew.
Emigracja młodych była w 2015 roku zjawiskiem powszechnym i trudnym doświadczeniem dla rodzin pozostających w kraju. Według CBOS10 70 procent społeczeństwa znało bliżej kogoś spośród ponad 2 mln Polaków, którzy opuścili kraj w poszukiwaniu lepszego życia. Chęć wyjazdu zarobkowego deklarowała ponad połowa młodego pokolenia. Co czwarty pracujący za granicą miał wyższe wykształcenie.
To właśnie ci młodzi decydują o losach wyborów prezydenckich11 i wygranej Andrzeja Dudy, a także — jak później okaże się jesienią — również o wynikach wyborów parlamentarnych. Wiosną fenomenalny wynik 41 procent w tej grupie wyborców osiąga antysystemowy wtedy Paweł Kukiz, a Janusz Korwin-Mikke remisuje z walczącym o reelekcję prezydentem Bronisławem Komorowskim wynikiem 13 procent. Komentatorzy opisują ich radykalne poglądy jako kaprys, myląc objaw z przyczyną choroby.
Żadne duże ówczesne badania, w tym prowadzona przez profesora Czapińskiego „Diagnoza Społeczna”, nie dostrzegają zjawiska, które w latach 2005–2015 staje się coraz bardziej dotkliwym doświadczeniem młodego pokolenia12. Ogromna grupa osób, oceniana na półtora do nawet 4 mln13, znajduje się w swoistym limbo poza systemami amortyzacji społecznej. Bez etatów, bo pracują na śmieciówkach lub samozatrudnieniu. Bez mieszkań, bo bez zdolności kredytowej do wzięcia hipoteki. Często też bez ubezpieczenia w NFZ czy składek ZUS, bo to zmniejsza koszty pracodawcom. Bez stałości, bez przyszłości i bez szansy na założenie rodziny.
Ich życie pozostaje poza oficjalną narracją mediów. Są niewidoczni dla systemu, choć oficjalnie nie bezrobotni. Często skazani na oczekiwanie na poranny sms z którejś z agencji pośrednictwa pracy, który czasem przychodzi codziennie, a czasem dwa razy w miesiącu, choć odstąpienie od umowy wiąże się z dużą karą finansową. Inni żyją od zlecenia do zlecenia, a umowa odnawiana jest tylko na dni robocze, żeby nadmiarowo nie ubezpieczać ich na weekendy. Rzeczywistością tych młodych jest wieczna niestałość, a dotyczy ona zarówno pracowników fizycznych, jak i absolwentów uczelni. Każdego z nich w końcu „da się zastąpić skończoną liczbą stażystów”14, jak to ówcześnie zgrabnie ujął prezes Comarchu, Janusz Filipiak.
Dla tego pokolenia państwo nie było żadną instancją odwoławczą czy ochronną, a tylko strażnikiem opresyjnych mechanizmów. Doświadczenie prekaryjności i braku perspektyw zderzało się boleśnie ze stabilnością starszego pokolenia na etatach, ustawionego na karierach w okresie transformacji. Część młodych, nie widząc perspektyw na rynku pracy, przedłużała w nieskończoność edukację, co fałszywie podbijało jeden z najważniejszych wskaźników rozwojowych — Human Development Index (HDI). W ten sposób zachodził proces opisany przez Petera Turchina jako przepis na rewolucję: bogacące się klasy wyższe i nadprodukcja elit, które po czasie przekształcają się w kontrelity i stają na czele buntu, bo brakuje miejsca w systemie na awans zgodny z aspiracjami15. Niewykluczone, że obecnie mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem. Nie tylko w Polsce, ale na całym Zachodzie.
Dlatego praca w montowniach w Wielkiej Brytanii była atrakcyjną propozycją także dla osób z wykształceniem wyższym. Reszta, która nie mogła wyjechać, swoją niechęć do systemu wyrażała w coraz bardziej aktywny sposób. Byli to głównie młodzi mężczyźni.
„Ja układałem, ja rozj*bię” — zdjęcie chłopaka w kapturze, który wyrywa bruk z warszawskiej ulicy, podpisane tym tekstem, stało się ikonicznym memem wyśmiewającym agresję uczestników Marszu Niepodległości skierowaną na ławki czy sadzonki. Trudno jednocześnie o celniejszą ilustrację klasowego kontekstu tego wydarzenia: oto dzisiejszy narodowiec w lichych dżinsach, który być może wczoraj jeszcze wykonywał proste prace budowlane, staje się pośmiewiskiem internetowych elit. Jego jedynym sposobem uzyskania głosu na społecznej agorze jest destrukcja, nawet jeśli oznacza ona zniszczenie własnego dzieła.
Do końca lat dwutysięcznych Marsz Niepodległości był marginalną pikietą kilkuset nacjonalistów. Przełom następuje w 2010 i od tego roku wydarzenie skokowo rośnie do dziesiątek tysięcy uczestników, stale powiększając szeregi. Wraz z liczebnością zmienia się również społeczny wydźwięk Marszu, który z manifestacji marginalnych poglądów staje się areną społecznych zamieszek przeciwko wszystkiemu, co symbolizował świat, w którym szanse młodych na bycie klasą średnią stawały się minimalne. 11 Listopada stał się zwornikiem, dzięki któremu wypchnięci poza system zyskali widoczność i samoidentyfikację. Nie przeszkadzały im w tym ani skrajne hasła organizatorów marszu, ani grupy regularnych bandytów z kibolskich środowisk całego kraju. To wtedy znacząca część młodego pokolenia stała się radykalnie prawicowa, co w późniejszych latach tylko narastało, na czym do dziś korzystają ugrupowania alt-prawicy. Zaczęło się to właśnie pod koniec rządów PO i PSL. Nieszczęśliwie rzucone słowa Czapińskiego oddawały zupełną bezradność wobec tego zjawiska. Nie tylko jego — także rządzących, ale i części opozycji. Lewica w tym buncie widziała tylko faszystów, a nie zdesperowanych ludzi. Trudno ocenić, czy i jak do tej grupy gniewu docierali ankieterzy „Diagnozy”, ale efektu tego kontaktu nie widać w końcowych raportach. Być może pukali do drzwi mieszkań, których lokatorzy już dawno byli na emigracji bądź po prostu nie mieli najmniejszej ochoty dzielić się swoimi refleksjami z kimkolwiek, kto kojarzył im się z systemem.
Kończąc ten wątek, w którym naszym przewodnikiem po czasach minionych był profesor Czapiński, warto zadać pytanie, na podstawie jakich czynników polska polityka rozpoznaje stan społeczeństwa i tym samym identyfikuje kluczowe problemy. Nie chodzi tu o socjologię, jej rzetelność czy metody badania, ale o zdolność do absorpcji nowych zjawisk, zdolność dostosowawczą dającą impuls do działania. O to, czy i jak analizowane są te nowe procesy, kto jest posłańcem nowin zwiastujących zmianę. Wszyscy mamy na ustach slogany o tym, że żyjemy w epoce przełomu lub w czasie kryzysu zmieniającego wszystkie dotychczasowe pewniki. Oznacza to, że dotychczasowe narzędzia mogą omijać istotne kwestie decydujące o zdolności przystosowawczej. Społeczeństwa poddawane ciśnieniom szybkich strumieni informacji reagują inaczej niż kiedyś, więc wydaje się, że i metody poznania tych przemieszczeń muszą też ulec zmianie. Przypadek sprzed dziesięciu lat, który wyżej opisaliśmy, zdarzył się po długim okresie stabilizacji, a jego finał przewrócił całą scenę polityczną. Ale nie chodzi nam tu o prostą analogię. Raczej o następne pytanie. Bo jeśli można nie zauważać tak masywnych zjawisk lub umieszczać je w znanych ramach, ale zupełnie nieodpowiadających już rzeczywistości, to tak samo może być pominięty moment, kiedy otwiera się nowa perspektywa.
Jeśli się nie widzi zagrożeń, równie dobrze można przeoczyć szanse.
Obawiamy się scenariusza, w którym zarówno nie dostrzega się zagrożeń wynikających ze zlekceważonych interesów istotnych grup społecznych, jak i nie widzi się szans mogących pomóc w osłabieniu presji na radykalną zmianę, z wszystkimi konsekwencjami radykalizmu i bez żadnych pozytywnych skutków wzmacniających Polskę. A wręcz przeciwnie.
• • •
W tej książce postaramy się pokazać, że nagłe przestawienie zwrotnicy we współczesnym świecie, znajdującym się na skrzyżowaniu brutalnej geopolityki i rozpędzonej technologii, wcale nie musi nas redukować do trwania w schronie w oczekiwaniu nieszczęścia. Przeciwnie, naszym zdaniem niepewność struktur i pojęć, jakie dotychczas uchodziły za nienaruszalne, może być szansą na zupełnie nowe podejście do rozwoju i bezpieczeństwa. To, co uważaliśmy dotąd za nasze narodowe wady: upór, wybujałą ambicję czy skłonność do prowizorki, może nieść w sobie unikalny potencjał przystosowania do nowej rzeczywistości. Pokażemy, jak te moce manifestowały się w różnych momentach naszej historii, nie zawsze obejmując większość społeczeństwa, ale z czasem przekształcając jego nawyki i przyzwyczajenia. Opiszemy je, bo uważamy, że tylko trwała i głęboko zakorzeniona pamięć doświadczenia działań zbiorowych może nas wyprowadzić z pułapki bezradnej socjologii, niezdolnej do opisu większego obrazka opowiadającego o rzeczywistości społecznej. Chcemy pokazać, jak polityka jest w tej sprawie ślepa, jak nie widzi tego potencjału, który mogłaby włączyć w imaginarium państwa i użyć jako rozwojowego speedu. Bo zrozumienie tych nowych szans wymaga nie tyle bieżących analiz i ukochanych przez media cotygodniowych sondaży, dających niezły zarobek pracowniom badania opinii publicznej, co głębszego rachunku. Badań, które nie koncentrują się tylko na władzy i walce o nią, ale sięgają tam, gdzie procesy dzieją się z dala od fałszywej świadomości, że tylko centralna polityka może być źródłem nowoczesności.
W pierwszym kroku będziemy opisywać sytuacje unikalne w dziejach rozwoju, będące wyłącznie polską specyfiką. Ich powtarzalność tworzy rodzaj wzoru, a raczej palimpsestu w historii najnowszej Polski. Ta książka powstała ze zdziwienia, że do tej pory nikt nie próbował go odczytać, wyciągnąć wniosków z doświadczeń nie tyle dalekiej historii, ale ostatnich dwóch czy trzech pokoleń Polaków, którzy przy sprzyjających okolicznościach potrafili wspólną aspiracją zmienić rzeczywistość. Nie uzurpujemy sobie prawa do monografii tematu — przywołamy parę przykładów będących odciskiem, śladem na ziemi, pokazującym wyjątkowość naszej narodowej ścieżki. Zrobimy to po to, by na koniec zadać parę pytań o naturę polityczności w Polsce, o imitacyjny charakter wielu przedsięwzięć organizowanych przez państwo, a także o to, czy wciąż obecne w Polsce folwarczne stosunki między aparatem państwa a społeczeństwem mogą ulec zmianie wobec nadchodzącej nowej formuły nowoczesności.
Po drugie — chcemy przedstawić zjawisko „nowej fali technologicznej”. Oznacza ona demokratyzację nowoczesności, rozumianą jako zdolność do skoku technologicznego tworzoną i posiadaną przez całe społeczeństwo, a nie tylko największych graczy rynkowych. To właśnie ta powszechność może stać się dźwignią wyniesienia Polski na zupełnie nowy poziom. Postrzegamy tę zmianę jako szansę, którą może wypełnić tylko zbiorowe działanie na wzór poprzednich, gwałtownie modernizujących Polskę. Chcemy opisać zwrot gospodarczy i technologiczny, w którym przyspieszenia odbywały się poprzez sieciowość budowania nowych technologii, dekoncentrację ośrodków mających do tej pory monopol na ich tworzenie, a także warunki, jakie należy spełnić od strony polityki i państwa, by się to stało. Jednym z nich bezsprzecznie jest rewolucja energetyczna, polegająca na odejściu od centralizacji na rzecz rozproszenia — zarówno wytwarzania, jak i dystrybucji oraz uprawnień operatorskich. Rozproszenie, unikanie centralizacji, działanie w ramach sieci — to nie tylko kwestia ekonomiczna i technologiczna. To także kwestia bezpieczeństwa w czasie kryzysów związanych ze zmianami klimatu czy awarii systemowych, lecz także w razie pełnoskalowej wojny. Ale największy walor dywersyfikacji i rozproszenia energetyki leży w naturalnych odruchach Polaków. Ich skłonności do „bycia na swoim”, samowystarczalności jako ideału społecznego i aspiracji. Przy optymalnych warunkach daje to paradoksalną zmianę z „sobkostwa” w system współdziałania obejmujący znaczące odłamy społeczeństwa. W każdym wymiarze — bezcenne.
Nasza trzecia teza jest skutkiem podejrzenia, że ograniczenia wyobraźni polityki bazującej na starych wzorach, odziedziczonych z czasów, gdy byliśmy uczniami w szkole potęg przyjmujących nas do UE czy NATO, są zasadniczym hamulcem rozwojowym. Teraz te potęgi mają niekiedy większe problemy niż my, a czasami wyprzedziliśmy je w obszarach, które uważane były za ich nieśmiertelne moce. Pokażemy w tej części, jak źle rozumiana rola państwa rozmija się z potrzebami społecznymi, czy wręcz z niecierpliwością aspiracyjną, i jak nie może podołać w jej zaspokojeniu.
Zwrócimy uwagę na obszar nieistniejący w dyskursie bieżącej polityki — instytucje pośredniczące. Czyli tych instytucji, organów, agencji czy spółek skarbu państwa, które poprzez swoje działanie wpływają na zaufanie do rządzących i decydują o stopniu wiary w sprawczość sfery publicznej. To jasne, gdy mówimy o usługach publicznych, ze służbą zdrowia na czele, ale to zaledwie część problemu. Pokażemy, jak nieoczywiste instytucje pośredniczące żyją swoim życiem i celami, które w najlepszym przypadku hamują rozwój, a w najgorszym są osobnymi księstwami, niezależnymi od państwa i prowadzącymi swoją grę z państwem i większością obywateli. Z fatalnymi konsekwencjami. Sądzimy, że centralna polityka już dawno zdezerterowała z tego pola i nie ma nawet wyobrażenia o skutkach działań instytucji pośredniczących, których siła kształtuje rzeczywistość i zbiorowe emocje poza większością sejmową, rządem czy prezydentem. To jedna z przyczyn imitacyjnej roli państwa w projektach rozwojowych — bardzo często są to powtórki sprzed dekad, wyobrażone aspiracje, które stają się dumą rządzących, a są niczym innym jak demonstracją niezrozumienia natury nowoczesności.
• • •
We współczesnych przekazach o miliardach z UE, Polsce w G20, w zdjęciach lśniącej nowością infrastruktury, tych powtarzalnych opowieściach niezależnie od partii i kolejnych rządów — odbija się wizja nowoczesności sprzed ćwierćwiecza, ignorująca fakt, że świat w tym czasie radykalnie się zmienił. Nie twierdzimy, że infrastruktura czy pieniądze z UE nie są ważne. Są i ostatecznie były jednym z istotniejszych czynników naszego skoku cywilizacyjnego. Ale w aspiracyjnej matrycy Polaków należą do kategorii, która jest jazdą obowiązkową każdego rządu, a nie aktem heroizmu, za który należy władzy szczególnie dziękować.
Mamy podejrzenie, które będziemy uzasadniać w dalszej części książki, że wynikiem ograniczonego horyzontu poznawczego polskiej polityki jest osierocenie przez państwo znacznych obszarów rzeczywistości społecznej. To z tych białych plam wychodzi potem antysystemowy sprzeciw, to tam buzują niezaspokojone ambicje aspiracyjne. Kto potrafi nazwać te białe plamy i następnie wypełnić je treścią atrakcyjną dla ich mieszkańców — zdobędzie realny wpływ na rzeczywistość. W 2015 roku była to prawica, zarówno PiS, jak i partie radykalnego sprzeciwu. Dzisiaj ta sytuacja nie musi się powtórzyć, jeszcze nic nie jest zdeterminowane.
W tym miejscu niektórzy z czytelników mogą się żachnąć na te oceny, pisane przecież przez polityków, którzy nie urodzili się wczoraj i nie wzięli się przecież znikąd. Teraz występujemy jako autorzy, przedtem sami mieliśmy aktywny udział w wydarzeniach sprzed dziesięciu lat (i później), jedno z nas od strony struktur państwowych, drugie z perspektywy lewicowej barykady. Tak — mamy pomyłki i błędy za paznokciami. Na podstawie tych doświadczeń próbujemy dziś mierzyć się z zupełnie nowym wyzwaniem, tym razem starając się nie zgubić z oczu istotnych sygnałów. Nie biadolimy, że „byliśmy głupi”. Mamy po prostu nadzieję, że możemy być trochę mądrzejsi. Robimy to także ze zniecierpliwienia, że w sprawach tak kluczowych po naszej stronie spektrum politycznego jest tak cicho. Że nasi przyjaciele milczą, jakby to było jedyne dopuszczalne zachowanie wobec wyzwań. Brak dyskusji o przyszłości, kierunkach zmian, zabija przyszłość. Zostaje tylko polityka jak z wiersza Paula Celana: „Na rufie bez Dlaczego, na dziobie bez Dokąd”16.
I nie piszemy tej książki z kosmicznej perspektywy, oddalonej od faktycznych dylematów polityki czasu obecnego. Jesteśmy absolutnie świadomi powagi wyborów parlamentarnych w 2027 roku. W czarnym scenariuszu Polsce grozi degradacja do roli peryferyjnego, alt-prawicowego laboratorium, odciętego od europejskich struktur i wartości, skupionego wyłącznie na wewnętrznej walce. W takim układzie nasza suwerenność stanie się jedynie drugorzędnym przedmiotem przetargów między Waszyngtonem a Moskwą. I tyle zostanie z pojęcia podmiotowości Polski, pojęcia tak niegdyś hołubionego przez prawicę w czasach, w których nie było nawet cienia tych zagrożeń dla Polski co teraz.
W zakończeniu książki chcemy wrócić do „przeklętych polskich pytań” o naszą zbiorową tożsamość i rozprawić się z traktowaniem jej jako niezmiennego fatum. Zapytać, dlaczego jako społeczeństwo definiujemy się ciągle przez pryzmat nieszczęść i cierpienia. Z jednej strony pragniemy siły, z drugiej — operujemy cliché jak z podręcznika kompleksu niższości. Jeśli tego nie przezwyciężymy, na zawsze pozostaniemy narodem niepewnym siebie, wstydliwie dokonującym rzeczy wielkich, by zaraz o nich zapomnieć i wiecznie pielęgnować w sobie lęk. Pora to zmienić. Wierzymy w sens tej zmiany. Jeśli istnieje inna droga niż ta, którą proponujemy — chętnie poprzemy lepsze rozwiązania.
Ale nie udawajmy dalej, że wszystko ma być tak jak do tej pory. Nie, nie ma być — i po to jest ta książka.
Rozdział 1
Magiczne moce
Tuż przed upadkiem komunizmu, pod koniec lat 80., milicjanci patrolujący lubelską dzielnicę Węglin zatrzymali na gorącym uczynku kilku żartownisiów, którzy ukradli automat telefoniczny wraz z charakterystyczną „półkabiną” — osłoną przypominającą wielką miskę. Sprawcy tłumaczyli, że miał być to prezent dla kolegi, który przez wiele lat nie mógł doczekać się przydziału własnego aparatu1. Nic dziwnego. Telefon w domu był w PRL przedmiotem marzeń i oznaką statusu — w pierwszej kolejności otrzymywali przydział partyjni dygnitarze czy sołtysi. Czekało się na niego ponad dziesięć lat, czasem nawet i dwadzieścia. W 1987 roku tym luksusem mogło pochwalić się zaledwie co trzydzieste gospodarstwo domowe w Polsce2. 50–70 tys. nowych podłączeń rocznie było kroplą w morzu potrzeb, jeśli zważyć, że w kolejce po upragniony aparat zapisanych było prawie 1,5 mln osób.
Nie wiadomo, jak skończyła się historia lubelskiego jubilata i czy doczekał się wreszcie wymarzonej instalacji, ale początek transformacji ustrojowej zastał Polaków z palącym problemem braku łączności. Nie chodziło już tylko o załatwianie życiowych spraw czy kontakt z bliskimi. Telefon stał się artykułem pierwszej potrzeby dla szybko rosnącej gospodarki rynkowej. Ten deficyt szczególnie odczuwała prowincja, która przegrywała konkurencję z dużymi ośrodkami. Odpowiedzią na niewydolność państwowego monopolisty, Poczty Polskiej, Telegrafu i Telefonu (PPTiT), były tworzone oddolnie Społeczne Komitety Telefonizacji.
Komitety były lokalnymi inicjatywami mieszkańców wsi, osiedla czy gminy. Żeby wycisnąć z PPTiT jakąkolwiek aktywność, ich uczestnicy byli gotowi włączyć się czynnie w pomoc przy inwestycji, a nawet za nią zapłacić. Dziś nazwalibyśmy je lokalnymi biurami zarządzania projektem, bo zajmowały się właściwie wszystkim, co można było zrobić we własnym zakresie. Na spotkaniach w świetlicach organizowano zbiórki pieniędzy, ustalano dostęp do gruntów, planowano prace ziemne. Uzgadniano przebiegi instalacji, by nie było konfliktów sąsiedzkich przy kładzeniu kabli. W końcu komitet na wszelkie sposoby próbował wymusić wykonanie inwestycji telekomunikacyjnej przez PPTiT, bo bez nacisku i współfinansowania wyczekiwana sieć by nie powstała. Monopolista wszak nie ma konkurencji, nie musi się więc nigdzie spieszyć.
Fenomen Społecznych Komitetów Telefonizacji wyrastał z deficytu usługi pierwszej potrzeby, ale też z ambicji. Nowoczesny aparat w salonie był symbolem akcesu do lepszego, zachodniego życia. Cały naród widział na amerykańskich filmach z kaset VHS, że telefon jest cywilizacyjną normą w każdym zachodnim domu. To właśnie wtedy komunikacja zaczęła być odczuwana jak coś podstawowego — jak prąd, woda, droga. Nie jak luksusowy dodatek, ale jako fundament. W tym miejscu nastąpił punkt zwrotny: ludzie zetknęli się z sytuacją, w której ich potrzeba była oczywista, ale system nie reagował. Spontanicznie pojawił się mechanizm społeczny, który pokażemy w tej książce na wielu przykładach: jeśli instytucje nie dowożą, trzeba się zorganizować i wywrzeć presję lub poradzić sobie własnym sumptem. Stąd brała się w komitetach telefonizacji motywacja do łączenia sił i wywierania nacisku na lokalne władze i PPTiT, stąd zbiórki podpisów i nieodpuszczanie tematu.
Ta współpraca opłacała się też samemu monopoliście — SKT miały lepszą wiedzę o własnym terenie, co zmniejszało ryzyko operacyjne inwestycji. Ich wkład finansowy znacznie obniżał koszty i wiadomo było z góry, że każdy uczestnik będzie chętny na podłączenie. W ten sposób rosła pewność i efektywność. Finalnie taka współpraca miała również aspekt wizerunkowy dla PPTiT. W tamtych warunkach argumenty komitetów były jedyną realną dźwignią, zdolną pobudzić do działania państwowego kolosa. Ostatecznie prywatyzacja PPTiT przyspieszyła tempo przyłączy telefonów i cały proces stał się oczywistą dla już niepolskiego koncernu drogą do zysków.
To pierwsza, ale jeszcze nie najważniejsza historia o przejęciu sprawczości przez Polaków, kiedy chodziło o dostęp do świata poprzez technologię. Po dekadach systemowego marazmu przestaliśmy traktować infrastrukturę jako dar od państwa, a z roli petenta staliśmy się projektantami własnej rzeczywistości. To był moment formacyjny — początek świadomości, że łączność nie jest luksusem ani zwykłą usługą rynkową, ale czymś, co decyduje o możliwościach życia, rozwoju i bezpieczeństwa. Komitety telefonizacji stały się pierwszą zbiorową lekcją, że komunikacja jest potrzebą o strategicznym znaczeniu, nawet jeśli nikt wtedy nie używał słów „infrastruktura krytyczna”. Ta nauka przyda się w następnych latach, kiedy podobna samopomoc pojawi się przy coraz bardziej powszechnym głodzie dostępu do internetu.
Od 1996 roku aktywność Społecznych Komitetów Telefonizacji słabnie, zaczyna się zaś nowa epoka telekomunikacji. Startuje pierwsza cyfrowa sieć GSM i telefon komórkowy dominuje społeczną wyobraźnię. Ale w tym samym roku, w cieniu nowiutkich Nokii i Motoroli, dzieje się coś o wiele ważniejszego. TPSA uruchamia bowiem pierwszy w Polsce komercyjny dostęp do internetu za pomocą modemu. Media przyjmują to bez większej ekscytacji, uznając ten wynalazek, dotąd zamknięty na uczelniach, za niepotrzebny, zbyt drogi i za skomplikowany, żeby mógł znaleźć jakiekolwiek szersze zastosowanie. Już parę miesięcy później rzeczywistość gwałtownie weryfikuje to malkontenctwo. Liczba użytkowników internetu zaczyna gwałtownie rosnąć, żeby na przełomie wieków wprost eksplodować. Nie dzieje się to samo z siebie — tutaj znów gwałtowny popyt zaskakuje operatorów jak śnieg drogowców, nie mówiąc już o państwie, które tej nowej rzeczywistości kompletnie nie dostrzega.
IRC, Gadu Gadu, Napster, skrzynka na Wirtualnej Polsce czy Polboxie, Neostrada — to już nie ciekawostki dla wtajemniczonych, a doświadczenie całego pokolenia, które kontakt z internetem rozpoczyna w 2000 czy 2001 roku. Skala tego boomu wymyka się porównaniom. O ile w połowie lat 90., przed dostępem komercyjnym, polskich internautów liczy się w tysiącach (trudno tu w ogóle o wiarygodne dane), to siedem lat później, w 2002, jest ich już 8 mln3. Kto jest pionierem na tej nowej ziemi? Odpowiedź zawdzięczamy doktorowi Mariuszowi Kuziakowi, który w 1999 przeprowadził „I Badanie Polskich Użytkowników Sieci Internet”4, rzetelnie i na dużej próbie. Jak sam je zatytułował, pierwsze w historii. Z danych wyłania się profil wczesnego użytkownika polskiego internetu: to młody mężczyzna w wieku studenckim (wtedy zaledwie co piąty internauta to kobieta), raczej bezdzietny singiel z dużego miasta, którego obszar zainteresowań to informatyka, edukacja lub media. Zdecydowanie jest czytelnikiem „Wyborczej” lub rzadziej „Rzeczpospolitej”. Autorzy badania pytali też o poglądy na gospodarkę i politykę. W pierwszym obszarze uczestnicy ankiet deklarowali optymizm, w drugim widać ciekawą rozbieżność z ówczesnymi sondażami preferencji partyjnych5: wśród pierwszych polskich odkrywców infosfery istniała silna, bo aż trzykrotna nadreprezentacja elektoratu Unii Wolności i równie mocny, wręcz lustrzany, niedostatek wyborców AWS. To rezerwa młodego demokratycznego elektoratu, którego wpływ na państwo ma dopiero nadejść z pierwszym sukcesem Platformy Obywatelskiej w eurowyborach 2004 roku. Zanim jednak ci zdobywcy nowego cyfrowego lądu będą chcieli zmienić kraj, muszą najpierw rozwiązać bardziej przyziemny problem, czyli zapewnić sobie dobry dostęp do sieci.
To jeden z najbardziej fascynujących i najbardziej polskich rozdziałów w historii światowego internetu, którego symbolem stał się znany z blokowisk trzepak. Prawdopodobnie dlatego, że to przy nim, na podwórku, zapadały sąsiedzkie decyzje o tym, żeby gdzieś się podpiąć, coś pociągnąć i gdzieś podłączyć, a potem rozprowadzić po domach tak pożądany internet. To początek całej epoki osiedlowych sieci budynkowych, zwanych właśnie „trzepakowymi”, które powstawały oddolnie, zanim łącza szerokopasmowe stały się masowe i na rynek weszły większe telekomy.
Osiedlowe sieci trzepakowe to jednak nie tylko lokalny, dostarczany chałupniczo internet, ale też społeczność. Wewnątrz zbudowanej samodzielnie infrastruktury stał często lokalny serwer, oferujący dostęp do protokołu FTP, nowe gry, czaty czy popularne aplikacje do wymiany plików. To był internet, intranet i media społecznościowe w jednym, w modelu „świat plus nasze osiedle”. Tu znowu, jak w przypadku Społecznych Komitetów Telefonizacji, potrzeba uruchomiła społeczną energię. Z jedną różnicą — wtedy celem było wymuszenie inwestycji, teraz już samodzielna jej realizacja.
