Naród do zadań specjalnych - Bartłomiej Sienkiewicz,Hanna Gill-Piątek - ebook

Naród do zadań specjalnych ebook

Bartłomiej Sienkiewicz, Hanna Gill-Piątek

0,0

Opis

My, Polacy, jesteśmy gotowi grać w najwyższej lidze o palmę pierwszeństwa w nowoczesności, ale państwo polskie już nie. Razem potrafimy robić rzeczy, których nie potrafi nikt inny, ale o tych naszych sukcesach nie pamiętamy. A polska polityka i państwo pilnują, byśmy sobie o tym nie przypomnieli. Ta książka jest jak przebudzenie z niepamięci, a także z lęku i nieśmiałości, bo nadal myślimy o sobie nie jako o zwycięzcach, lecz o narodzie skazanym wiecznie na odtwarzanie tego, co zrobili inni. Autorzy tej książki pokazują, że tak nie musi być, a sukces leży w zasięgu ręki. To bezczelny i czasami piekąco złośliwy tekst, oprowadzający czytelnika po naszych zapomnianych skokach w nowoczesność – masowych, wywrotowych i zwycięskich. To także bolesna diagnoza państwa, które nie potrafi skorzystać z tej unikalnej siły Polaków. Bo, jak udowadniają Sienkiewicz i Gill-Piątek, Polacy wchodzą na najwyższe obroty wtedy, kiedy innym kończą się instrukcje obsługi. We współczesnym świecie, pełnym chaosu i zagrożeń, nikt już nie udaje, że jest jakaś instrukcja obsługi. I właśnie dlatego to czas Polaków. Ta książka to wołanie, by tego nie zmarnować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 234

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © Bar­tło­miej Sien­kie­wicz i Hanna Gill-Pią­tek, 2026

Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2026

Re­dak­tor pro­wa­dzący

Ma­rek Da­ro­szew­ski

Mar­ke­ting i pro­mo­cja

Ze­spół pro­mo­cji

Re­dak­cja

Anna Bo­land

Ko­rekta

Ro­man Bąk, Agnieszka Czap­czyk

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej

Ma­te­usz Cze­kała • cze­kala.net.pl

Pro­jekt okładki i strony ty­tu­łowe

Hanna Gill-Pią­tek

Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.

ISBN 978-83-68952-82-7

Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel. 61 853-99-10

re­dak­cja@wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

www.wy­daw­nic­two­po­znan­skie.pl

Pro­log

17 wrze­śnia 2015 roku w War­sza­wie za­po­wia­dał się bar­dzo go­rący dzień. Na­pły­wa­jące z po­łu­dnia masy zwrot­ni­ko­wego po­wie­trza za­pew­niły po­godę jak w środku lata. Tego dnia o go­dzi­nie 10.15 w ra­diu RMFFM roz­po­czął się pro­gram Da­nie do my­śle­nia pro­wa­dzony przez re­dak­tora To­ma­sza Sko­rego. Go­ściem był pro­fe­sor Ja­nusz Cza­piń­ski. Dzień wcze­śniej, na spe­cjal­nie zwo­ła­nej kon­fe­ren­cji, pro­fe­sor ra­zem z ze­spo­łem pre­zen­to­wał wy­niki „Dia­gnozy Spo­łecz­nej 2015” — ba­da­nia so­cjo­lo­gicz­nego pro­wa­dzo­nego cy­klicz­nie od pięt­na­stu lat, okre­śla­ją­cego dane by­towe Po­la­ków, a także ich „po­ziom szczę­ścia”. Na po­czątku wy­wiadu pro­fe­sor Cza­piń­ski opo­wia­dał, jak uległ czar­no­widz­twu, a ra­czej pro­pa­gan­dzie, że wszystko w Pol­sce jest źle, więc kiedy zo­ba­czył efekty ba­da­nia, wprost nie mógł uwie­rzyć w to, co czy­tał, i mu­siał do­dat­kowo jesz­cze spraw­dzać, czy nie za­szła ja­kaś po­myłka. Nie, nie za­szła — re­kor­dowe w hi­sto­rii ba­dań wy­niki po­czu­cia szczę­ścia wśród Po­la­ków były fak­tem.

„Co wię­cej, je­ste­śmy bar­dziej za­do­wo­leni z sy­tu­acji w kraju na­wet” — mó­wił pro­fe­sor.

I do­dał: „A 83,5 proc. jest szczę­śli­wych. Je­ste­śmy w Eu­ro­pie Za­chod­niej, mó­wiąc krótko”1.

Oczy­wi­ście nie wszystko jest wspa­niale jak na Za­cho­dzie, co wy­ni­kało z dal­szej czę­ści wy­wiadu. Je­ste­śmy na dnie ran­kin­gów za­ufa­nia spo­łecz­nego, nasz ka­pi­tał za­ufa­nia jest bar­dzo wą­tły i — jak to ujął pro­fe­sor Cza­piń­ski — „na­dal je­ste­śmy sob­kami”2. Pro­wa­dzący wy­wiad re­dak­tor ja­koś nie do­py­tał, czy ten ka­pi­tał za­ufa­nia rze­czy­wi­ście jest ważny, skoro przy­gnia­ta­jąca więk­szość Po­la­ków jest aż tak szczę­śliwa i jak jedno ma się do dru­giego.

Pod ko­niec au­dy­cji pa­dły jed­nak sfor­mu­ło­wa­nia, któ­rych wagę z per­spek­tywy lat trudno prze­ce­nić:

Więk­szość cią­gle na­wo­łuje do zmiany. To zna­czy „zmieńmy, zmieńmy”, ale tylko dla­tego, że więk­szość nie wi­dzi w tym żad­nego ry­zyka. […] Co to nas ob­cho­dzi, czy bę­dzie rzą­dził PiS, czy Plat­forma da­lej bę­dzie rzą­dzić… A jak bę­dzie zmiana, to bę­dzie bar­dziej in­te­re­su­jąco

— mó­wił pro­fe­sor, sar­ka­stycz­nie na­śla­du­jąc tok ro­zu­mo­wa­nia wy­bor­ców. I da­lej:

Po­lacy nie przy­wią­zują więk­szej wagi do tego, co się dzieje w eli­tach po­li­tycz­nych, po­nie­waż nie wi­dzą związku z tym, co po­li­tycy ro­bią, na­wet nie wi­dzą związku mię­dzy ko­lej­nymi usta­wami par­la­men­tar­nymi a tym, jak wy­gląda ich ży­cie3.

Po­mi­ja­jąc fakt, że to ra­czej elity po­li­tyczne po­winny przy­wią­zy­wać wagę do tego, co się dzieje w spo­łe­czeń­stwie, a nie na od­wrót, te frag­menty wła­ści­wie de­le­ga­li­zują spo­łe­czeń­stwo jako pod­miot, spy­cha­jąc je do roli igno­ran­tów. Żeby na­le­ży­cie oce­nić sta­no­wi­sko, ja­kie wy­ra­ził pro­fe­sor Cza­piń­ski, na­leży opi­sać kon­tekst jego dzia­łal­no­ści. „Dia­gnoza Spo­łeczna”, która była jego fla­go­wym dzie­łem (i grona jego licz­nych i uty­tu­ło­wa­nych aka­de­micko współ­pra­cow­ni­ków), w dwu­let­nich cy­klach przed­sta­wiała Po­la­ków, wa­runki i ja­kość ich ży­cia, a co naj­waż­niej­sze — opi­sy­wała, co my­ślą. Sama na­zwa tego przed­się­wzię­cia, spon­so­ro­wa­nego przez Mi­ni­ster­stwo Pracy i Po­li­tyki Spo­łecz­nej, Na­ro­dowy Bank Pol­ski oraz Wyż­szą Szkołę Fi­nan­sów i Za­rzą­dza­nia, wy­daje się zna­cząca. Dia­gno­zuje się or­ga­nizm w celu wy­kry­cia cho­roby, dia­gno­zuje się cho­robę jako taką, dia­gno­zuje się coś, co może spra­wiać pro­blemy. Cza­piń­ski ze swoim ze­spo­łem peł­nił rolę opo­wia­da­cza pol­skiego spo­łe­czeń­stwa dla biz­nesu, elit po­li­tycz­nych i me­dial­nych, mó­wił „jak jest”. Stał się ro­dza­jem prze­wod­nika, guru od wie­dzy o Po­la­kach. Ten rys wi­dać wy­raź­nie w wielu wy­wia­dach, w któ­rych pro­fe­sor ob­ja­śniał, co tym ra­zem zo­ba­czył w ko­lej­nych ra­por­tach „Dia­gnozy”.

Bar­dzo wą­skie grono czy­tało samą „Dia­gnozę”, na­to­miast zna­ko­mita więk­szość od­bie­rała ją wy­łącz­nie przez skróty w me­diach. To­też cy­to­wane wy­żej słowa da­wały sy­gnał wy­raź­nie i w opar­ciu o au­to­ry­tet — „jest świet­nie, Po­lacy są nie­po­mier­nie szczę­śliwi”. Lu­dzie szczę­śliwi to nie jest ma­te­riał na re­wo­lu­cjo­ni­stów, wszystko jedno, czy re­wo­lu­cja mia­łaby się od­być za po­mocą pik, czy za po­mocą kart wy­bor­czych. Pro­fe­sor, jak to za­cy­to­wa­li­śmy wy­żej, za­uwa­żył wpraw­dzie, że być może zwo­len­ni­ków zmiany jest wię­cej, ale przy­pi­sał to zbio­ro­wemu roz­ka­pry­sze­niu, a nie kon­kret­nym po­glą­dom czy in­te­re­som zna­czą­cych grup spo­łecz­nych. Za chwilę jesz­cze do tego wró­cimy, a na ra­zie czas na pod­su­mo­wa­nie tego frag­mentu.

Nieco po­nad mie­siąc po tym dniu, kiedy pro­fe­sor Cza­piń­ski ogło­sił po­wszechne szczę­ście Po­la­ków, od­były się wy­bory par­la­men­tarne. 26 paź­dzier­nika Pań­stwowa Ko­mi­sja Wy­bor­cza ogło­siła wy­niki4. PiS otrzy­mał 37,5 pro­centa gło­sów, co da­wało mu 235 man­da­tów w Sej­mie, PO 24 pro­cent, co ozna­czało 138 man­da­tów, Ku­kiz 8 pro­cent i 42 man­daty. Da­lej No­wo­cze­sna (7,6 pro­cent — 28 man­da­tów) i PSL (5 pro­cent i 16 man­da­tów). Łącz­nie par­tie pro­te­stu do­stały 277 man­da­tów, co da­wało 60 pro­cent z łącz­nej liczby 460 po­słów. PiS uzy­skał sa­mo­dzielną więk­szość, po­zwa­la­jącą mu „fak­tycz­nie zmie­nić ustrój Pol­ski”, jak to póź­niej okre­ślił Ja­ro­sław Ka­czyń­ski. We­dług cy­to­wa­nych wy­żej twier­dzeń pro­fe­sora Cza­piń­skiego zde­cy­do­wała o tym igno­ran­cja i obo­jęt­ność wy­bor­ców wo­bec klasy po­li­tycz­nej.

Klu­czo­wym mo­men­tem po­prze­dza­ją­cym star­cie par­la­men­tarne były wy­bory pre­zy­denc­kie. To one sta­no­wiły au­ten­tyczną dia­gnozę spo­łeczną w peł­nym tego słowa zna­cze­niu, wy­sta­wioną na pięć mie­sięcy przed gło­so­wa­niem do Sejmu.

Cof­nijmy się za­tem do 25 maja 2015 roku, kiedy to ofi­cjalne wy­niki po­dane przez Pań­stwową Ko­mi­sję Wy­bor­czą po­twier­dzają, że w gło­so­wa­niu prze­pro­wa­dzo­nym dzień wcze­śniej w dru­giej tu­rze wy­bo­rów na urząd Pre­zy­denta Pol­ski zo­stał wy­brany An­drzej Duda. Prze­grana Bro­ni­sława Ko­mo­row­skiego jest dla zwo­len­ni­ków obozu li­be­ral­nego gro­mem z ja­snego nieba, choć za­po­wia­dał ją wy­nik pierw­szej tury, w któ­rej kan­dy­dat PiS, sze­rzej nie­znany praw­nik z Kra­kowa, po­ko­nał „mu­ro­wa­nego zwy­cięzcę” wspie­ra­nego przez Plat­formę Oby­wa­tel­ską. Krą­żące od dwóch ty­go­dni dy­wa­ga­cje o fał­szer­stwie, po­myłce, wpro­wa­dze­niu wy­bor­ców w błąd na­ra­stają falą in­ter­ne­to­wych ko­men­ta­rzy. Osta­tecz­nie Duda wy­grał prze­wagą trzech punk­tów pro­cen­to­wych. Ale wy­grał.

Po­wy­bor­cze re­ak­cje Po­la­ków po pierw­szej tu­rze to, we­dług ba­da­nia CBOS5, głów­nie „za­sko­cze­nie” — tak stwier­dził pra­wie co trzeci ba­dany. Trudno się dzi­wić, skoro po­czą­tek 2015 roku był pe­łen do­nie­sień w stylu „Nowy son­daż: Ko­mo­row­ski de­kla­suje, ale moż­liwa jest II tura wy­bo­rów”6. Ten pewny sie­bie ton przy­wo­łuje zresztą po­dobne głosy, póź­niej­sze o de­kadę, i z ta­kim sa­mym fi­na­łem. Na­szym zda­niem to nie­przy­pad­kowe po­do­bień­stwo.

W końcu po pierw­szym szoku po­ja­wia się czas pra­so­wych ana­liz. Do znu­dze­nia mie­lone są ar­gu­menty o uśpie­niu son­da­żami i nie­mra­wej kam­pa­nii głów­nego kan­dy­data. „Duda nie tyle wy­grał wy­bory, co Ko­mo­row­ski je prze­grał” — mówi w RMF Ma­ciej Gdula, ów­cze­śnie młody so­cjo­log7. Trwa „pry­wa­ty­zo­wa­nie” po­rażki i przy­pi­sy­wa­nie jej źró­dła by­łemu już pre­zy­den­towi i kilku oso­bom ze sztabu. Wy­bor­cza ka­ta­strofa Ko­mo­row­skiego zo­staje ry­tu­al­nie prze­mie­lona i za­mknięta w ma­łym kręgu win­nych. Uznana za błąd jed­nost­kowy. A je­śli jed­nost­kowy, to nie trzeba nic zmie­niać. Wszy­scy w Pol­sce są wszak tak szczę­śliwi. Na­dal nikt nie za­uważa na­ra­sta­ją­cej fali sys­te­mo­wego sprze­ciwu.

Żeby go le­piej opi­sać, uciek­niemy się do jesz­cze jed­nego cy­tatu z pro­fe­sora Cza­piń­skiego.

Dzień po pierw­szej tu­rze wy­bo­rów pre­zy­denc­kich, 11 maja 2015 roku, opi­nię pu­bliczną obu­rzyła jego wy­po­wiedź o mło­dym po­ko­le­niu, które ogar­nia fala bru­nat­nego ra­dy­ka­li­zmu: „Mó­dlmy się, by jak naj­szyb­ciej wy­emi­gro­wali” — mówi pro­fe­sor w wy­wia­dzie dla „Dzien­nika Ga­zety Praw­nej”8. „To było po­wie­dziane z prze­ką­sem” — tłu­ma­czy się póź­niej w TOK FM9, ale mleko się już roz­lało.

To zda­nie pa­dło na po­datny grunt. Po­datny na gniew.

Emi­gra­cja mło­dych była w 2015 roku zja­wi­skiem po­wszech­nym i trud­nym do­świad­cze­niem dla ro­dzin po­zo­sta­ją­cych w kraju. We­dług CBOS10 70 pro­cent spo­łe­czeń­stwa znało bli­żej ko­goś spo­śród po­nad 2 mln Po­la­ków, któ­rzy opu­ścili kraj w po­szu­ki­wa­niu lep­szego ży­cia. Chęć wy­jazdu za­rob­ko­wego de­kla­ro­wała po­nad po­łowa mło­dego po­ko­le­nia. Co czwarty pra­cu­jący za gra­nicą miał wyż­sze wy­kształ­ce­nie.

To wła­śnie ci mło­dzi de­cy­dują o lo­sach wy­bo­rów pre­zy­denc­kich11 i wy­gra­nej An­drzeja Dudy, a także — jak póź­niej okaże się je­sie­nią — rów­nież o wy­ni­kach wy­bo­rów par­la­men­tar­nych. Wio­sną fe­no­me­nalny wy­nik 41 pro­cent w tej gru­pie wy­bor­ców osiąga an­ty­sys­te­mowy wtedy Pa­weł Ku­kiz, a Ja­nusz Kor­win-Mikke re­mi­suje z wal­czą­cym o re­elek­cję pre­zy­den­tem Bro­ni­sła­wem Ko­mo­row­skim wy­ni­kiem 13 pro­cent. Ko­men­ta­to­rzy opi­sują ich ra­dy­kalne po­glądy jako ka­prys, my­ląc ob­jaw z przy­czyną cho­roby.

Żadne duże ów­cze­sne ba­da­nia, w tym pro­wa­dzona przez pro­fe­sora Cza­piń­skiego „Dia­gnoza Spo­łeczna”, nie do­strze­gają zja­wi­ska, które w la­tach 2005–2015 staje się co­raz bar­dziej do­tkli­wym do­świad­cze­niem mło­dego po­ko­le­nia12. Ogromna grupa osób, oce­niana na pół­tora do na­wet 4 mln13, znaj­duje się w swo­istym limbo poza sys­te­mami amor­ty­za­cji spo­łecz­nej. Bez eta­tów, bo pra­cują na śmie­ciów­kach lub sa­mo­za­trud­nie­niu. Bez miesz­kań, bo bez zdol­no­ści kre­dy­to­wej do wzię­cia hi­po­teki. Czę­sto też bez ubez­pie­cze­nia w NFZ czy skła­dek ZUS, bo to zmniej­sza koszty pra­co­daw­com. Bez sta­ło­ści, bez przy­szło­ści i bez szansy na za­ło­że­nie ro­dziny.

Ich ży­cie po­zo­staje poza ofi­cjalną nar­ra­cją me­diów. Są nie­wi­doczni dla sys­temu, choć ofi­cjal­nie nie bez­ro­botni. Czę­sto ska­zani na ocze­ki­wa­nie na po­ranny sms z któ­rejś z agen­cji po­śred­nic­twa pracy, który cza­sem przy­cho­dzi co­dzien­nie, a cza­sem dwa razy w mie­siącu, choć od­stą­pie­nie od umowy wiąże się z dużą karą fi­nan­sową. Inni żyją od zle­ce­nia do zle­ce­nia, a umowa od­na­wiana jest tylko na dni ro­bo­cze, żeby nad­mia­rowo nie ubez­pie­czać ich na week­endy. Rze­czy­wi­sto­ścią tych mło­dych jest wieczna nie­sta­łość, a do­ty­czy ona za­równo pra­cow­ni­ków fi­zycz­nych, jak i ab­sol­wen­tów uczelni. Każ­dego z nich w końcu „da się za­stą­pić skoń­czoną liczbą sta­ży­stów”14, jak to ów­cze­śnie zgrab­nie ujął pre­zes Co­mar­chu, Ja­nusz Fi­li­piak.

Dla tego po­ko­le­nia pań­stwo nie było żadną in­stan­cją od­wo­ław­czą czy ochronną, a tylko straż­ni­kiem opre­syj­nych me­cha­ni­zmów. Do­świad­cze­nie pre­ka­ryj­no­ści i braku per­spek­tyw zde­rzało się bo­le­śnie ze sta­bil­no­ścią star­szego po­ko­le­nia na eta­tach, usta­wio­nego na ka­rie­rach w okre­sie trans­for­ma­cji. Część mło­dych, nie wi­dząc per­spek­tyw na rynku pracy, prze­dłu­żała w nie­skoń­czo­ność edu­ka­cję, co fał­szy­wie pod­bi­jało je­den z naj­waż­niej­szych wskaź­ni­ków roz­wo­jo­wych — Hu­man De­ve­lop­ment In­dex (HDI). W ten spo­sób za­cho­dził pro­ces opi­sany przez Pe­tera Tur­china jako prze­pis na re­wo­lu­cję: bo­ga­cące się klasy wyż­sze i nad­pro­duk­cja elit, które po cza­sie prze­kształ­cają się w kon­tre­lity i stają na czele buntu, bo bra­kuje miej­sca w sys­te­mie na awans zgodny z aspi­ra­cjami15. Nie­wy­klu­czone, że obec­nie mamy do czy­nie­nia z po­dob­nym zja­wi­skiem. Nie tylko w Pol­sce, ale na ca­łym Za­cho­dzie.

Dla­tego praca w mon­tow­niach w Wiel­kiej Bry­ta­nii była atrak­cyjną pro­po­zy­cją także dla osób z wy­kształ­ce­niem wyż­szym. Reszta, która nie mo­gła wy­je­chać, swoją nie­chęć do sys­temu wy­ra­żała w co­raz bar­dziej ak­tywny spo­sób. Byli to głów­nie mło­dzi męż­czyźni.

„Ja ukła­da­łem, ja rozj*bię” — zdję­cie chło­paka w kap­tu­rze, który wy­rywa bruk z war­szaw­skiej ulicy, pod­pi­sane tym teks­tem, stało się iko­nicz­nym me­mem wy­śmie­wa­ją­cym agre­sję uczest­ni­ków Mar­szu Nie­pod­le­gło­ści skie­ro­waną na ławki czy sa­dzonki. Trudno jed­no­cze­śnie o cel­niej­szą ilu­stra­cję kla­so­wego kon­tek­stu tego wy­da­rze­nia: oto dzi­siej­szy na­ro­do­wiec w li­chych dżin­sach, który być może wczo­raj jesz­cze wy­ko­ny­wał pro­ste prace bu­dow­lane, staje się po­śmie­wi­skiem in­ter­ne­to­wych elit. Jego je­dy­nym spo­so­bem uzy­ska­nia głosu na spo­łecz­nej ago­rze jest de­struk­cja, na­wet je­śli ozna­cza ona znisz­cze­nie wła­snego dzieła.

Do końca lat dwu­ty­sięcz­nych Marsz Nie­pod­le­gło­ści był mar­gi­nalną pi­kietą kil­ku­set na­cjo­na­li­stów. Prze­łom na­stę­puje w 2010 i od tego roku wy­da­rze­nie sko­kowo ro­śnie do dzie­sią­tek ty­sięcy uczest­ni­ków, stale po­więk­sza­jąc sze­regi. Wraz z li­czeb­no­ścią zmie­nia się rów­nież spo­łeczny wy­dźwięk Mar­szu, który z ma­ni­fe­sta­cji mar­gi­nal­nych po­glą­dów staje się areną spo­łecz­nych za­mie­szek prze­ciwko wszyst­kiemu, co sym­bo­li­zo­wał świat, w któ­rym szanse mło­dych na by­cie klasą śred­nią sta­wały się mi­ni­malne. 11 Li­sto­pada stał się zwor­ni­kiem, dzięki któ­remu wy­pchnięci poza sys­tem zy­skali wi­docz­ność i sa­mo­iden­ty­fi­ka­cję. Nie prze­szka­dzały im w tym ani skrajne ha­sła or­ga­ni­za­to­rów mar­szu, ani grupy re­gu­lar­nych ban­dy­tów z ki­bol­skich śro­do­wisk ca­łego kraju. To wtedy zna­cząca część mło­dego po­ko­le­nia stała się ra­dy­kal­nie pra­wi­cowa, co w póź­niej­szych la­tach tylko na­ra­stało, na czym do dziś ko­rzy­stają ugru­po­wa­nia alt-pra­wicy. Za­częło się to wła­śnie pod ko­niec rzą­dów PO i PSL. Nie­szczę­śli­wie rzu­cone słowa Cza­piń­skiego od­da­wały zu­pełną bez­rad­ność wo­bec tego zja­wi­ska. Nie tylko jego — także rzą­dzą­cych, ale i czę­ści opo­zy­cji. Le­wica w tym bun­cie wi­działa tylko fa­szy­stów, a nie zde­spe­ro­wa­nych lu­dzi. Trudno oce­nić, czy i jak do tej grupy gniewu do­cie­rali an­kie­te­rzy „Dia­gnozy”, ale efektu tego kon­taktu nie wi­dać w koń­co­wych ra­por­tach. Być może pu­kali do drzwi miesz­kań, któ­rych lo­ka­to­rzy już dawno byli na emi­gra­cji bądź po pro­stu nie mieli naj­mniej­szej ochoty dzie­lić się swo­imi re­flek­sjami z kim­kol­wiek, kto ko­ja­rzył im się z sys­te­mem.

Koń­cząc ten wą­tek, w któ­rym na­szym prze­wod­ni­kiem po cza­sach mi­nio­nych był pro­fe­sor Cza­piń­ski, warto za­dać py­ta­nie, na pod­sta­wie ja­kich czyn­ni­ków pol­ska po­li­tyka roz­po­znaje stan spo­łe­czeń­stwa i tym sa­mym iden­ty­fi­kuje klu­czowe pro­blemy. Nie cho­dzi tu o so­cjo­lo­gię, jej rze­tel­ność czy me­tody ba­da­nia, ale o zdol­ność do ab­sorp­cji no­wych zja­wisk, zdol­ność do­sto­so­waw­czą da­jącą im­puls do dzia­ła­nia. O to, czy i jak ana­li­zo­wane są te nowe pro­cesy, kto jest po­słań­cem no­win zwia­stu­ją­cych zmianę. Wszy­scy mamy na ustach slo­gany o tym, że ży­jemy w epoce prze­łomu lub w cza­sie kry­zysu zmie­nia­ją­cego wszyst­kie do­tych­cza­sowe pew­niki. Ozna­cza to, że do­tych­cza­sowe na­rzę­dzia mogą omi­jać istotne kwe­stie de­cy­du­jące o zdol­no­ści przy­sto­so­waw­czej. Spo­łe­czeń­stwa pod­da­wane ci­śnie­niom szyb­kich stru­mieni in­for­ma­cji re­agują ina­czej niż kie­dyś, więc wy­daje się, że i me­tody po­zna­nia tych prze­miesz­czeń mu­szą też ulec zmia­nie. Przy­pa­dek sprzed dzie­się­ciu lat, który wy­żej opi­sa­li­śmy, zda­rzył się po dłu­gim okre­sie sta­bi­li­za­cji, a jego fi­nał prze­wró­cił całą scenę po­li­tyczną. Ale nie cho­dzi nam tu o pro­stą ana­lo­gię. Ra­czej o na­stępne py­ta­nie. Bo je­śli można nie za­uwa­żać tak ma­syw­nych zja­wisk lub umiesz­czać je w zna­nych ra­mach, ale zu­peł­nie nie­od­po­wia­da­ją­cych już rze­czy­wi­sto­ści, to tak samo może być po­mi­nięty mo­ment, kiedy otwiera się nowa per­spek­tywa.

Je­śli się nie wi­dzi za­gro­żeń, rów­nie do­brze można prze­oczyć szanse.

Oba­wiamy się sce­na­riu­sza, w któ­rym za­równo nie do­strzega się za­gro­żeń wy­ni­ka­ją­cych ze zlek­ce­wa­żo­nych in­te­re­sów istot­nych grup spo­łecz­nych, jak i nie wi­dzi się szans mo­gą­cych po­móc w osła­bie­niu pre­sji na ra­dy­kalną zmianę, z wszyst­kimi kon­se­kwen­cjami ra­dy­ka­li­zmu i bez żad­nych po­zy­tyw­nych skut­ków wzmac­nia­ją­cych Pol­skę. A wręcz prze­ciw­nie.

• • •

W tej książce po­sta­ramy się po­ka­zać, że na­głe prze­sta­wie­nie zwrot­nicy we współ­cze­snym świe­cie, znaj­du­ją­cym się na skrzy­żo­wa­niu bru­tal­nej geo­po­li­tyki i roz­pę­dzo­nej tech­no­lo­gii, wcale nie musi nas re­du­ko­wać do trwa­nia w schro­nie w ocze­ki­wa­niu nie­szczę­ścia. Prze­ciw­nie, na­szym zda­niem nie­pew­ność struk­tur i po­jęć, ja­kie do­tych­czas ucho­dziły za nie­na­ru­szalne, może być szansą na zu­peł­nie nowe po­dej­ście do roz­woju i bez­pie­czeń­stwa. To, co uwa­ża­li­śmy do­tąd za na­sze na­ro­dowe wady: upór, wy­bu­jałą am­bi­cję czy skłon­ność do pro­wi­zorki, może nieść w so­bie uni­kalny po­ten­cjał przy­sto­so­wa­nia do no­wej rze­czy­wi­sto­ści. Po­ka­żemy, jak te moce ma­ni­fe­sto­wały się w róż­nych mo­men­tach na­szej hi­sto­rii, nie za­wsze obej­mu­jąc więk­szość spo­łe­czeń­stwa, ale z cza­sem prze­kształ­ca­jąc jego na­wyki i przy­zwy­cza­je­nia. Opi­szemy je, bo uwa­żamy, że tylko trwała i głę­boko za­ko­rze­niona pa­mięć do­świad­cze­nia dzia­łań zbio­ro­wych może nas wy­pro­wa­dzić z pu­łapki bez­rad­nej so­cjo­lo­gii, nie­zdol­nej do opisu więk­szego ob­razka opo­wia­da­ją­cego o rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej. Chcemy po­ka­zać, jak po­li­tyka jest w tej spra­wie ślepa, jak nie wi­dzi tego po­ten­cjału, który mo­głaby włą­czyć w ima­gi­na­rium pań­stwa i użyć jako roz­wo­jo­wego spe­edu. Bo zro­zu­mie­nie tych no­wych szans wy­maga nie tyle bie­żą­cych ana­liz i uko­cha­nych przez me­dia co­ty­go­dnio­wych son­daży, da­ją­cych nie­zły za­ro­bek pra­cow­niom ba­da­nia opi­nii pu­blicz­nej, co głęb­szego ra­chunku. Ba­dań, które nie kon­cen­trują się tylko na wła­dzy i walce o nią, ale się­gają tam, gdzie pro­cesy dzieją się z dala od fał­szy­wej świa­do­mo­ści, że tylko cen­tralna po­li­tyka może być źró­dłem no­wo­cze­sno­ści.

W pierw­szym kroku bę­dziemy opi­sy­wać sy­tu­acje uni­kalne w dzie­jach roz­woju, bę­dące wy­łącz­nie pol­ską spe­cy­fiką. Ich po­wta­rzal­ność two­rzy ro­dzaj wzoru, a ra­czej pa­limp­se­stu w hi­sto­rii naj­now­szej Pol­ski. Ta książka po­wstała ze zdzi­wie­nia, że do tej pory nikt nie pró­bo­wał go od­czy­tać, wy­cią­gnąć wnio­sków z do­świad­czeń nie tyle da­le­kiej hi­sto­rii, ale ostat­nich dwóch czy trzech po­ko­leń Po­la­ków, któ­rzy przy sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach po­tra­fili wspólną aspi­ra­cją zmie­nić rze­czy­wi­stość. Nie uzur­pu­jemy so­bie prawa do mo­no­gra­fii te­matu — przy­wo­łamy parę przy­kła­dów bę­dą­cych od­ci­skiem, śla­dem na ziemi, po­ka­zu­ją­cym wy­jąt­ko­wość na­szej na­ro­do­wej ścieżki. Zro­bimy to po to, by na ko­niec za­dać parę py­tań o na­turę po­li­tycz­no­ści w Pol­sce, o imi­ta­cyjny cha­rak­ter wielu przed­się­wzięć or­ga­ni­zo­wa­nych przez pań­stwo, a także o to, czy wciąż obecne w Pol­sce fol­warczne sto­sunki mię­dzy apa­ra­tem pań­stwa a spo­łe­czeń­stwem mogą ulec zmia­nie wo­bec nad­cho­dzą­cej no­wej for­muły no­wo­cze­sno­ści.

Po dru­gie — chcemy przed­sta­wić zja­wi­sko „no­wej fali tech­no­lo­gicz­nej”. Ozna­cza ona de­mo­kra­ty­za­cję no­wo­cze­sno­ści, ro­zu­mianą jako zdol­ność do skoku tech­no­lo­gicz­nego two­rzoną i po­sia­daną przez całe spo­łe­czeń­stwo, a nie tylko naj­więk­szych gra­czy ryn­ko­wych. To wła­śnie ta po­wszech­ność może stać się dźwi­gnią wy­nie­sie­nia Pol­ski na zu­peł­nie nowy po­ziom. Po­strze­gamy tę zmianę jako szansę, którą może wy­peł­nić tylko zbio­rowe dzia­ła­nie na wzór po­przed­nich, gwał­tow­nie mo­der­ni­zu­ją­cych Pol­skę. Chcemy opi­sać zwrot go­spo­dar­czy i tech­no­lo­giczny, w któ­rym przy­spie­sze­nia od­by­wały się po­przez sie­cio­wość bu­do­wa­nia no­wych tech­no­lo­gii, de­kon­cen­tra­cję ośrod­ków ma­ją­cych do tej pory mo­no­pol na ich two­rze­nie, a także wa­runki, ja­kie na­leży speł­nić od strony po­li­tyki i pań­stwa, by się to stało. Jed­nym z nich bez­sprzecz­nie jest re­wo­lu­cja ener­ge­tyczna, po­le­ga­jąca na odej­ściu od cen­tra­li­za­cji na rzecz roz­pro­sze­nia — za­równo wy­twa­rza­nia, jak i dys­try­bu­cji oraz upraw­nień ope­ra­tor­skich. Roz­pro­sze­nie, uni­ka­nie cen­tra­li­za­cji, dzia­ła­nie w ra­mach sieci — to nie tylko kwe­stia eko­no­miczna i tech­no­lo­giczna. To także kwe­stia bez­pie­czeń­stwa w cza­sie kry­zy­sów zwią­za­nych ze zmia­nami kli­matu czy awa­rii sys­te­mo­wych, lecz także w ra­zie peł­no­ska­lo­wej wojny. Ale naj­więk­szy wa­lor dy­wer­sy­fi­ka­cji i roz­pro­sze­nia ener­ge­tyki leży w na­tu­ral­nych od­ru­chach Po­la­ków. Ich skłon­no­ści do „by­cia na swoim”, sa­mo­wy­star­czal­no­ści jako ide­ału spo­łecz­nego i aspi­ra­cji. Przy opty­mal­nych wa­run­kach daje to pa­ra­dok­salną zmianę z „sob­ko­stwa” w sys­tem współ­dzia­ła­nia obej­mu­jący zna­czące odłamy spo­łe­czeń­stwa. W każ­dym wy­mia­rze — bez­cenne.

Na­sza trze­cia teza jest skut­kiem po­dej­rze­nia, że ogra­ni­cze­nia wy­obraźni po­li­tyki ba­zu­ją­cej na sta­rych wzo­rach, odzie­dzi­czo­nych z cza­sów, gdy by­li­śmy uczniami w szkole po­tęg przyj­mu­ją­cych nas do UE czy NATO, są za­sad­ni­czym ha­mul­cem roz­wo­jo­wym. Te­raz te po­tęgi mają nie­kiedy więk­sze pro­blemy niż my, a cza­sami wy­prze­dzi­li­śmy je w ob­sza­rach, które uwa­żane były za ich nie­śmier­telne moce. Po­ka­żemy w tej czę­ści, jak źle ro­zu­miana rola pań­stwa roz­mija się z po­trze­bami spo­łecz­nymi, czy wręcz z nie­cier­pli­wo­ścią aspi­ra­cyjną, i jak nie może po­do­łać w jej za­spo­ko­je­niu.

Zwró­cimy uwagę na ob­szar nie­ist­nie­jący w dys­kur­sie bie­żą­cej po­li­tyki — in­sty­tu­cje po­śred­ni­czące. Czyli tych in­sty­tu­cji, or­ga­nów, agen­cji czy spółek skarbu pań­stwa, które po­przez swoje dzia­ła­nie wpły­wają na za­ufa­nie do rzą­dzą­cych i de­cy­dują o stop­niu wiary w spraw­czość sfery pu­blicz­nej. To ja­sne, gdy mó­wimy o usłu­gach pu­blicz­nych, ze służbą zdro­wia na czele, ale to za­le­d­wie część pro­blemu. Po­ka­żemy, jak nie­oczy­wi­ste in­sty­tu­cje po­śred­ni­czące żyją swoim ży­ciem i ce­lami, które w naj­lep­szym przy­padku ha­mują roz­wój, a w naj­gor­szym są osob­nymi księ­stwami, nie­za­leż­nymi od pań­stwa i pro­wa­dzą­cymi swoją grę z pań­stwem i więk­szo­ścią oby­wa­teli. Z fa­tal­nymi kon­se­kwen­cjami. Są­dzimy, że cen­tralna po­li­tyka już dawno zde­zer­te­ro­wała z tego pola i nie ma na­wet wy­obra­że­nia o skut­kach dzia­łań in­sty­tu­cji po­śred­ni­czą­cych, któ­rych siła kształ­tuje rze­czy­wi­stość i zbio­rowe emo­cje poza więk­szo­ścią sej­mową, rzą­dem czy pre­zy­den­tem. To jedna z przy­czyn imi­ta­cyj­nej roli pań­stwa w pro­jek­tach roz­wo­jo­wych — bar­dzo czę­sto są to po­wtórki sprzed de­kad, wy­obra­żone aspi­ra­cje, które stają się dumą rzą­dzą­cych, a są ni­czym in­nym jak de­mon­stra­cją nie­zro­zu­mie­nia na­tury no­wo­cze­sno­ści.

• • •

We współ­cze­snych prze­ka­zach o mi­liar­dach z UE, Pol­sce w G20, w zdję­ciach lśnią­cej no­wo­ścią in­fra­struk­tury, tych po­wta­rzal­nych opo­wie­ściach nie­za­leż­nie od par­tii i ko­lej­nych rzą­dów — od­bija się wi­zja no­wo­cze­sno­ści sprzed ćwierć­wie­cza, igno­ru­jąca fakt, że świat w tym cza­sie ra­dy­kal­nie się zmie­nił. Nie twier­dzimy, że in­fra­struk­tura czy pie­nią­dze z UE nie są ważne. Są i osta­tecz­nie były jed­nym z istot­niej­szych czyn­ni­ków na­szego skoku cy­wi­li­za­cyj­nego. Ale w aspi­ra­cyj­nej ma­trycy Po­la­ków na­leżą do ka­te­go­rii, która jest jazdą obo­wiąz­kową każ­dego rządu, a nie ak­tem he­ro­izmu, za który na­leży wła­dzy szcze­gól­nie dzię­ko­wać.

Mamy po­dej­rze­nie, które bę­dziemy uza­sad­niać w dal­szej czę­ści książki, że wy­ni­kiem ogra­ni­czo­nego ho­ry­zontu po­znaw­czego pol­skiej po­li­tyki jest osie­ro­ce­nie przez pań­stwo znacz­nych ob­sza­rów rze­czy­wi­sto­ści spo­łecz­nej. To z tych bia­łych plam wy­cho­dzi po­tem an­ty­sys­te­mowy sprze­ciw, to tam bu­zują nie­za­spo­ko­jone am­bi­cje aspi­ra­cyjne. Kto po­trafi na­zwać te białe plamy i na­stęp­nie wy­peł­nić je tre­ścią atrak­cyjną dla ich miesz­kań­ców — zdo­bę­dzie re­alny wpływ na rze­czy­wi­stość. W 2015 roku była to pra­wica, za­równo PiS, jak i par­tie ra­dy­kal­nego sprze­ciwu. Dzi­siaj ta sy­tu­acja nie musi się po­wtó­rzyć, jesz­cze nic nie jest zde­ter­mi­no­wane.

W tym miej­scu nie­któ­rzy z czy­tel­ni­ków mogą się żach­nąć na te oceny, pi­sane prze­cież przez po­li­ty­ków, któ­rzy nie uro­dzili się wczo­raj i nie wzięli się prze­cież zni­kąd. Te­raz wy­stę­pu­jemy jako au­to­rzy, przed­tem sami mie­li­śmy ak­tywny udział w wy­da­rze­niach sprzed dzie­się­ciu lat (i póź­niej), jedno z nas od strony struk­tur pań­stwo­wych, dru­gie z per­spek­tywy le­wi­co­wej ba­ry­kady. Tak — mamy po­myłki i błędy za pa­znok­ciami. Na pod­sta­wie tych do­świad­czeń pró­bu­jemy dziś mie­rzyć się z zu­peł­nie no­wym wy­zwa­niem, tym ra­zem sta­ra­jąc się nie zgu­bić z oczu istot­nych sy­gna­łów. Nie bia­do­limy, że „by­li­śmy głupi”. Mamy po pro­stu na­dzieję, że mo­żemy być tro­chę mą­drzejsi. Ro­bimy to także ze znie­cier­pli­wie­nia, że w spra­wach tak klu­czo­wych po na­szej stro­nie spek­trum po­li­tycz­nego jest tak ci­cho. Że nasi przy­ja­ciele mil­czą, jakby to było je­dyne do­pusz­czalne za­cho­wa­nie wo­bec wy­zwań. Brak dys­ku­sji o przy­szło­ści, kie­run­kach zmian, za­bija przy­szłość. Zo­staje tylko po­li­tyka jak z wier­sza Paula Ce­lana: „Na ru­fie bez Dla­czego, na dzio­bie bez Do­kąd”16.

I nie pi­szemy tej książki z ko­smicz­nej per­spek­tywy, od­da­lo­nej od fak­tycz­nych dy­le­ma­tów po­li­tyki czasu obec­nego. Je­ste­śmy ab­so­lut­nie świa­domi po­wagi wy­bo­rów par­la­men­tar­nych w 2027 roku. W czar­nym sce­na­riu­szu Pol­sce grozi de­gra­da­cja do roli pe­ry­fe­ryj­nego, alt-pra­wi­co­wego la­bo­ra­to­rium, od­cię­tego od eu­ro­pej­skich struk­tur i war­to­ści, sku­pio­nego wy­łącz­nie na we­wnętrz­nej walce. W ta­kim ukła­dzie na­sza su­we­ren­ność sta­nie się je­dy­nie dru­go­rzęd­nym przed­mio­tem prze­tar­gów mię­dzy Wa­szyng­to­nem a Mo­skwą. I tyle zo­sta­nie z po­ję­cia pod­mio­to­wo­ści Pol­ski, po­ję­cia tak nie­gdyś ho­łu­bio­nego przez pra­wicę w cza­sach, w któ­rych nie było na­wet cie­nia tych za­gro­żeń dla Pol­ski co te­raz.

W za­koń­cze­niu książki chcemy wró­cić do „prze­klę­tych pol­skich py­tań” o na­szą zbio­rową toż­sa­mość i roz­pra­wić się z trak­to­wa­niem jej jako nie­zmien­nego fa­tum. Za­py­tać, dla­czego jako spo­łe­czeń­stwo de­fi­niu­jemy się cią­gle przez pry­zmat nie­szczęść i cier­pie­nia. Z jed­nej strony pra­gniemy siły, z dru­giej — ope­ru­jemy cli­ché jak z pod­ręcz­nika kom­pleksu niż­szo­ści. Je­śli tego nie prze­zwy­cię­żymy, na za­wsze po­zo­sta­niemy na­ro­dem nie­pew­nym sie­bie, wsty­dli­wie do­ko­nu­ją­cym rze­czy wiel­kich, by za­raz o nich za­po­mnieć i wiecz­nie pie­lę­gno­wać w so­bie lęk. Pora to zmie­nić. Wie­rzymy w sens tej zmiany. Je­śli ist­nieje inna droga niż ta, którą pro­po­nu­jemy — chęt­nie po­przemy lep­sze roz­wią­za­nia.

Ale nie uda­wajmy da­lej, że wszystko ma być tak jak do tej pory. Nie, nie ma być — i po to jest ta książka.

Roz­dział 1

Ma­giczne moce

Tuż przed upad­kiem ko­mu­ni­zmu, pod ko­niec lat 80., mi­li­cjanci pa­tro­lu­jący lu­bel­ską dziel­nicę Wę­glin za­trzy­mali na go­rą­cym uczynku kilku żar­tow­ni­siów, któ­rzy ukra­dli au­to­mat te­le­fo­niczny wraz z cha­rak­te­ry­styczną „pół­ka­biną” — osłoną przy­po­mi­na­jącą wielką mi­skę. Sprawcy tłu­ma­czyli, że miał być to pre­zent dla ko­legi, który przez wiele lat nie mógł do­cze­kać się przy­działu wła­snego apa­ratu1. Nic dziw­nego. Te­le­fon w domu był w PRL przed­mio­tem ma­rzeń i oznaką sta­tusu — w pierw­szej ko­lej­no­ści otrzy­my­wali przy­dział par­tyjni dy­gni­ta­rze czy soł­tysi. Cze­kało się na niego po­nad dzie­sięć lat, cza­sem na­wet i dwa­dzie­ścia. W 1987 roku tym luk­su­sem mo­gło po­chwa­lić się za­le­d­wie co trzy­dzie­ste go­spo­dar­stwo do­mowe w Pol­sce2. 50–70 tys. no­wych pod­łą­czeń rocz­nie było kro­plą w mo­rzu po­trzeb, je­śli zwa­żyć, że w ko­lejce po upra­gniony apa­rat za­pi­sa­nych było pra­wie 1,5 mln osób.

Nie wia­domo, jak skoń­czyła się hi­sto­ria lu­bel­skiego ju­bi­lata i czy do­cze­kał się wresz­cie wy­ma­rzo­nej in­sta­la­cji, ale po­czą­tek trans­for­ma­cji ustro­jo­wej za­stał Po­la­ków z pa­lą­cym pro­ble­mem braku łącz­no­ści. Nie cho­dziło już tylko o za­ła­twia­nie ży­cio­wych spraw czy kon­takt z bli­skimi. Te­le­fon stał się ar­ty­ku­łem pierw­szej po­trzeby dla szybko ro­sną­cej go­spo­darki ryn­ko­wej. Ten de­fi­cyt szcze­gól­nie od­czu­wała pro­win­cja, która prze­gry­wała kon­ku­ren­cję z du­żymi ośrod­kami. Od­po­wie­dzią na nie­wy­dol­ność pań­stwo­wego mo­no­po­li­sty, Poczty Pol­skiej, Te­le­grafu i Te­le­fonu (PPTiT), były two­rzone od­dol­nie Spo­łeczne Ko­mi­tety Te­le­fo­ni­za­cji.

Ko­mi­tety były lo­kal­nymi ini­cja­ty­wami miesz­kań­ców wsi, osie­dla czy gminy. Żeby wy­ci­snąć z PPTiT ja­ką­kol­wiek ak­tyw­ność, ich uczest­nicy byli go­towi włą­czyć się czyn­nie w po­moc przy in­we­sty­cji, a na­wet za nią za­pła­cić. Dziś na­zwa­li­by­śmy je lo­kal­nymi biu­rami za­rzą­dza­nia pro­jek­tem, bo zaj­mo­wały się wła­ści­wie wszyst­kim, co można było zro­bić we wła­snym za­kre­sie. Na spo­tka­niach w świe­tli­cach or­ga­ni­zo­wano zbiórki pie­nię­dzy, usta­lano do­stęp do grun­tów, pla­no­wano prace ziemne. Uzgad­niano prze­biegi in­sta­la­cji, by nie było kon­flik­tów są­siedz­kich przy kła­dze­niu ka­bli. W końcu ko­mi­tet na wszel­kie spo­soby pró­bo­wał wy­mu­sić wy­ko­na­nie in­we­sty­cji te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­nej przez PPTiT, bo bez na­ci­sku i współ­fi­nan­so­wa­nia wy­cze­ki­wana sieć by nie po­wstała. Mo­no­po­li­sta wszak nie ma kon­ku­ren­cji, nie musi się więc ni­g­dzie spie­szyć.

Fe­no­men Spo­łecz­nych Ko­mi­te­tów Te­le­fo­ni­za­cji wy­ra­stał z de­fi­cytu usługi pierw­szej po­trzeby, ale też z am­bi­cji. No­wo­cze­sny apa­rat w sa­lo­nie był sym­bo­lem ak­cesu do lep­szego, za­chod­niego ży­cia. Cały na­ród wi­dział na ame­ry­kań­skich fil­mach z ka­set VHS, że te­le­fon jest cy­wi­li­za­cyjną normą w każ­dym za­chod­nim domu. To wła­śnie wtedy ko­mu­ni­ka­cja za­częła być od­czu­wana jak coś pod­sta­wo­wego — jak prąd, woda, droga. Nie jak luk­su­sowy do­da­tek, ale jako fun­da­ment. W tym miej­scu na­stą­pił punkt zwrotny: lu­dzie ze­tknęli się z sy­tu­acją, w któ­rej ich po­trzeba była oczy­wi­sta, ale sys­tem nie re­ago­wał. Spon­ta­nicz­nie po­ja­wił się me­cha­nizm spo­łeczny, który po­ka­żemy w tej książce na wielu przy­kła­dach: je­śli in­sty­tu­cje nie do­wożą, trzeba się zor­ga­ni­zo­wać i wy­wrzeć pre­sję lub po­ra­dzić so­bie wła­snym sump­tem. Stąd brała się w ko­mi­te­tach te­le­fo­ni­za­cji mo­ty­wa­cja do łą­cze­nia sił i wy­wie­ra­nia na­ci­sku na lo­kalne wła­dze i PPTiT, stąd zbiórki pod­pi­sów i nie­od­pusz­cza­nie te­matu.

Ta współ­praca opła­cała się też sa­memu mo­no­po­li­ście — SKT miały lep­szą wie­dzę o wła­snym te­re­nie, co zmniej­szało ry­zyko ope­ra­cyjne in­we­sty­cji. Ich wkład fi­nan­sowy znacz­nie ob­ni­żał koszty i wia­domo było z góry, że każdy uczest­nik bę­dzie chętny na pod­łą­cze­nie. W ten spo­sób ro­sła pew­ność i efek­tyw­ność. Fi­nal­nie taka współ­praca miała rów­nież aspekt wi­ze­run­kowy dla PPTiT. W tam­tych wa­run­kach ar­gu­menty ko­mi­te­tów były je­dyną re­alną dźwi­gnią, zdolną po­bu­dzić do dzia­ła­nia pań­stwo­wego ko­losa. Osta­tecz­nie pry­wa­ty­za­cja PPTiT przy­spie­szyła tempo przy­łą­czy te­le­fo­nów i cały pro­ces stał się oczy­wi­stą dla już nie­po­lskiego kon­cernu drogą do zy­sków.

To pierw­sza, ale jesz­cze nie naj­waż­niej­sza hi­sto­ria o prze­ję­ciu spraw­czo­ści przez Po­la­ków, kiedy cho­dziło o do­stęp do świata po­przez tech­no­lo­gię. Po de­ka­dach sys­te­mo­wego ma­ra­zmu prze­sta­li­śmy trak­to­wać in­fra­struk­turę jako dar od pań­stwa, a z roli pe­tenta sta­li­śmy się pro­jek­tan­tami wła­snej rze­czy­wi­sto­ści. To był mo­ment for­ma­cyjny — po­czą­tek świa­do­mo­ści, że łącz­ność nie jest luk­su­sem ani zwy­kłą usługą ryn­kową, ale czymś, co de­cy­duje o moż­li­wo­ściach ży­cia, roz­woju i bez­pie­czeń­stwa. Ko­mi­tety te­le­fo­ni­za­cji stały się pierw­szą zbio­rową lek­cją, że ko­mu­ni­ka­cja jest po­trzebą o stra­te­gicz­nym zna­cze­niu, na­wet je­śli nikt wtedy nie uży­wał słów „in­fra­struk­tura kry­tyczna”. Ta na­uka przyda się w na­stęp­nych la­tach, kiedy po­dobna sa­mo­po­moc po­jawi się przy co­raz bar­dziej po­wszech­nym gło­dzie do­stępu do in­ter­netu.

Od 1996 roku ak­tyw­ność Spo­łecz­nych Ko­mi­te­tów Te­le­fo­ni­za­cji słab­nie, za­czyna się zaś nowa epoka te­le­ko­mu­ni­ka­cji. Star­tuje pierw­sza cy­frowa sieć GSM i te­le­fon ko­mór­kowy do­mi­nuje spo­łeczną wy­obraź­nię. Ale w tym sa­mym roku, w cie­niu no­wiut­kich No­kii i Mo­to­roli, dzieje się coś o wiele waż­niej­szego. TPSA uru­cha­mia bo­wiem pierw­szy w Pol­sce ko­mer­cyjny do­stęp do in­ter­netu za po­mocą mo­demu. Me­dia przyj­mują to bez więk­szej eks­cy­ta­cji, uzna­jąc ten wy­na­la­zek, do­tąd za­mknięty na uczel­niach, za nie­po­trzebny, zbyt drogi i za skom­pli­ko­wany, żeby mógł zna­leźć ja­kie­kol­wiek szer­sze za­sto­so­wa­nie. Już parę mie­sięcy póź­niej rze­czy­wi­stość gwał­tow­nie we­ry­fi­kuje to mal­kon­tenc­two. Liczba użyt­kow­ni­ków in­ter­netu za­czyna gwał­tow­nie ro­snąć, żeby na prze­ło­mie wie­ków wprost eks­plo­do­wać. Nie dzieje się to samo z sie­bie — tu­taj znów gwał­towny po­pyt za­ska­kuje ope­ra­to­rów jak śnieg dro­go­wców, nie mó­wiąc już o pań­stwie, które tej no­wej rze­czy­wi­sto­ści kom­plet­nie nie do­strzega.

IRC, Gadu Gadu, Na­pster, skrzynka na Wir­tu­al­nej Pol­sce czy Po­lbo­xie, Neo­strada — to już nie cie­ka­wostki dla wta­jem­ni­czo­nych, a do­świad­cze­nie ca­łego po­ko­le­nia, które kon­takt z in­ter­ne­tem roz­po­czyna w 2000 czy 2001 roku. Skala tego bo­omu wy­myka się po­rów­na­niom. O ile w po­ło­wie lat 90., przed do­stę­pem ko­mer­cyj­nym, pol­skich in­ter­nau­tów li­czy się w ty­sią­cach (trudno tu w ogóle o wia­ry­godne dane), to sie­dem lat póź­niej, w 2002, jest ich już 8 mln3. Kto jest pio­nie­rem na tej no­wej ziemi? Od­po­wiedź za­wdzię­czamy dok­to­rowi Ma­riu­szowi Ku­zia­kowi, który w 1999 prze­pro­wa­dził „I Ba­da­nie Pol­skich Użyt­kow­ni­ków Sieci In­ter­net”4, rze­tel­nie i na du­żej pró­bie. Jak sam je za­ty­tu­ło­wał, pierw­sze w hi­sto­rii. Z da­nych wy­ła­nia się pro­fil wcze­snego użyt­kow­nika pol­skiego in­ter­netu: to młody męż­czy­zna w wieku stu­denc­kim (wtedy za­le­d­wie co piąty in­ter­nauta to ko­bieta), ra­czej bez­dzietny sin­giel z du­żego mia­sta, któ­rego ob­szar za­in­te­re­so­wań to in­for­ma­tyka, edu­ka­cja lub me­dia. Zde­cy­do­wa­nie jest czy­tel­ni­kiem „Wy­bor­czej” lub rza­dziej „Rzecz­po­spo­li­tej”. Au­to­rzy ba­da­nia py­tali też o po­glądy na go­spo­darkę i po­li­tykę. W pierw­szym ob­sza­rze uczest­nicy an­kiet de­kla­ro­wali opty­mizm, w dru­gim wi­dać cie­kawą roz­bież­ność z ów­cze­snymi son­da­żami pre­fe­ren­cji par­tyj­nych5: wśród pierw­szych pol­skich od­kryw­ców in­fos­fery ist­niała silna, bo aż trzy­krotna nad­re­pre­zen­ta­cja elek­to­ratu Unii Wol­no­ści i rów­nie mocny, wręcz lu­strzany, nie­do­sta­tek wy­bor­ców AWS. To re­zerwa mło­dego de­mo­kra­tycz­nego elek­to­ratu, któ­rego wpływ na pań­stwo ma do­piero na­dejść z pierw­szym suk­ce­sem Plat­formy Oby­wa­tel­skiej w eu­ro­wy­bo­rach 2004 roku. Za­nim jed­nak ci zdo­bywcy no­wego cy­fro­wego lądu będą chcieli zmie­nić kraj, mu­szą naj­pierw roz­wią­zać bar­dziej przy­ziemny pro­blem, czyli za­pew­nić so­bie do­bry do­stęp do sieci.

To je­den z naj­bar­dziej fa­scy­nu­ją­cych i naj­bar­dziej pol­skich roz­dzia­łów w hi­sto­rii świa­to­wego in­ter­netu, któ­rego sym­bo­lem stał się znany z blo­ko­wisk trze­pak. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że to przy nim, na po­dwórku, za­pa­dały są­siedz­kie de­cy­zje o tym, żeby gdzieś się pod­piąć, coś po­cią­gnąć i gdzieś pod­łą­czyć, a po­tem roz­pro­wa­dzić po do­mach tak po­żą­dany in­ter­net. To po­czą­tek ca­łej epoki osie­dlo­wych sieci bu­dyn­ko­wych, zwa­nych wła­śnie „trze­pa­ko­wymi”, które po­wsta­wały od­dol­nie, za­nim łą­cza sze­ro­ko­pa­smowe stały się ma­sowe i na ry­nek we­szły więk­sze te­le­komy.

Osie­dlowe sieci trze­pa­kowe to jed­nak nie tylko lo­kalny, do­star­czany cha­łup­ni­czo in­ter­net, ale też spo­łecz­ność. We­wnątrz zbu­do­wa­nej sa­mo­dziel­nie in­fra­struk­tury stał czę­sto lo­kalny ser­wer, ofe­ru­jący do­stęp do pro­to­kołu FTP, nowe gry, czaty czy po­pu­larne apli­ka­cje do wy­miany pli­ków. To był in­ter­net, in­tra­net i me­dia spo­łecz­no­ściowe w jed­nym, w mo­delu „świat plus na­sze osie­dle”. Tu znowu, jak w przy­padku Spo­łecz­nych Ko­mi­te­tów Te­le­fo­ni­za­cji, po­trzeba uru­cho­miła spo­łeczną ener­gię. Z jedną róż­nicą — wtedy ce­lem było wy­mu­sze­nie in­we­sty­cji, te­raz już sa­mo­dzielna jej re­ali­za­cja.