Nadeszło jutro. Jak pandemia zmienia Europę - Iwan Krastew - ebook

Nadeszło jutro. Jak pandemia zmienia Europę ebook

Iwan Krastew

3,7

Opis

 

Są takie chwile, kiedy oczywistości potrafią runąć, a nasze pojmowanie tego, co możliwe, zmienia się dramatycznie. Taką chwilą był wybuch epidemii COVID-19. Błyskotliwy esej Iwana Krastewa pomaga zrozumieć sytuację, w jakiej się znaleźliśmy za sprawą pandemii, i zastanowić się nad przyszłością, jaką dla nas gotuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 72

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Borysowi, Lilii i Swietosławowi Bojilowowi, a także mojej rodzinie – Yoto, Niyi i Dessy, z którymi spędziliśmy tych kilka niezapomnianych tygodni, wspólnie przeżywając kwarantannę i rozmyślając nad koronakryzysem, gdy rozwijał się on przed naszymi oczami.

WSTĘP

Przypuszczam, że każdego i każdą z nas to kiedyś dopadło. Ta chwila, gdy nagle wydaje nam się, że trafiliśmy do dystopii, która od dawna czaiła się w głębi naszej zbiorowej wyobraźni. Czujemy, że patrzy na nas coś w rodzaju Wielkiego Brata albo że otacza nas jakiś matrix.

W marcu 2020 roku, w czasie drugiego tygodnia mojej związanej z epidemią COVID-19 izolacji, znajomy wysłał mi zabawny diagram Venna. Było na nim dwanaście przecinających się kręgów, z których każdy reprezentował jakąś popularną dystopię. Z najbardziej znanych były tam Rok 1984, Nowy wspaniały świat, Opowieść podręcznej, Mechaniczna pomarańcza i Władca much. W małym polu stanowiącym część wspólną ich wszystkich widniał napis: „Tu jesteś”. I faktycznie, gdzieś tam jesteśmy, przeżywając wszystkie te koszmary równocześnie. „W życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi, w głębi ciemnego znalazłem się lasu”, pisał Dante w Boskiej komedii[1].

„Tak więc pierwszą rzeczą, jaką dżuma przyniosła naszym współobywatelom, było wygnanie”[2], zauważa narrator Camusowskiej Dżumy i w tych dniach całkiem nieźle rozumiemy, co miał na myśli. Społeczeństwo w izolacji jest bowiem „społeczeństwem zamkniętym” w sensie dosłownym. Ludzie przestają pracować, nie spotykają się z krewnymi i przyjaciółmi, nie jeżdżą samochodami, ich życie niejako zastyga w wyczekiwaniu.

I tylko jednego w żadnym razie nie możemy zaprzestać: mówienia o wirusie, który grozi odmianą naszego świata na zawsze. Jesteśmy uwięzieni we własnych domach, prześladują nas strach, nuda i paranoja. Łaskawe (albo i niekoniecznie) rządy bacznie obserwują, dokąd chodzimy i kogo spotykamy, zdecydowane chronić nas przed beztroską naszą i współobywateli. Niedozwolony spacer po parku może poskutkować mandatem, a nawet aresztem, kontakt z innymi ludźmi zaś stał się zagrożeniem dla samej naszej egzystencji. Nieproszony dotyk drugiego człowieka równa się zdradzie. Jak zauważył Camus, dżuma „wymazała «doświadczenie życia osobistego», ponieważ wzmogła u każdego świadomość jego kruchości i niemożności planowania na przyszłość”[3]. Po epidemii wszyscy żyjący będą przecież ocaleńcami.

Jak długo jednak przetrwa pamięć tego niebywałego eksperymentu społecznego? A może już za kilka lat będziemy pamiętać pandemię jako masową halucynację wywołaną „brakiem przestrzeni nadrabianym nadmiarem czasu”, jak niegdyś Josif Brodski opisał życie więźnia?

Pandemia COVID-19 okazała się klasycznym „szarym łabędziem” – określa się tak wydarzenie, które może wywrócić świat do góry nogami i jest wysoce prawdopodobne, a mimo to jego nadejście szokuje. Już w roku 2004 amerykańska Narodowa Rada Wywiadu przewidywała, że „jest tylko kwestią czasu, kiedy pojawi się nowa pandemia, taka jak w latach 1918–1919, kiedy wirus hiszpanki zabił około 20 milionów ludzi na całym świecie”, i że takie zjawisko mogłoby „zatrzymać globalne podróże i handel na dłuższy okres, a także zmusić rządy do przeznaczania ogromnych środków na przeciążone sektory zdrowia”[4]. W swoim wystąpieniu na konferencji TED w roku 2015 Bill Gates nie tylko przepowiadał globalną epidemię wysoce zakaźnego wirusa, ale także ostrzegał, że nie jesteśmy gotowi, by na nią zareagować[5]. Również Hollywood pokazywało nam „ostrzeżenia” na wielkim ekranie. Nieprzypadkowo jednak w Jeziorze łabędzim nie ma szarych łabędzi; są one przykładem czegoś przewidywalnego, a i tak nie do pomyślenia.

Choć wielkie epidemie wcale nie występują tak rzadko, z jakiegoś powodu ich nadejście zawsze nas zaskakuje. Resetują nasz świat podobnie jak wojny i rewolucje, a jednak nie wiedzieć czemu, nie zostawiają w naszej pamięci porównywalnych śladów. W swej znakomitej książce Pale Rider brytyjska uczona Laura Spinney wykazuje, że epidemia grypy hiszpanki była najbardziej tragicznym wydarzeniem XX wieku, ale dziś jest w dużej mierze zapomniana. Sto lat temu pandemia objęła jedną trzecią ludności świata, porażającą liczbę 500 milionów ludzi. Między pierwszym zarejestrowanym przypadkiem z 4 marca 1918 roku a ostatnim w marcu 1920 pandemia zmiotła od 50 do 100 milionów ludzkich istnień. Pod względem skali strat wynikłych z pojedynczego wydarzenia przewyższyła tym samym zarównoI, jak i II wojnę światową (odpowiednio 17 milionów i 60 milionów ofiar), a niewykluczone, że zabiła więcej ludzi niż obie te wojny razem wzięte[6]. A jednak Spinney zauważa, że „jeśli zapytać, jaka była największa katastrofa XX wieku, niemal nikt nie odpowie, że była to hiszpanka”[7]. Co jeszcze bardziej zaskakujące, nawet historycy zdają się o niej zapominać. W roku 2017 WorldCat, największy światowy katalog biblioteczny, zawierał około 80 tysięcy książek o I wojnie światowej (w ponad czterdziestu językach) i ledwie 400 o grypie hiszpance (w pięciu językach). Jak to możliwe, że epidemia, która zabiła co najmniej pięć razy więcej ofiar niż I wojna światowa, przyniosła aż dwieście razy mniej książek? Dlaczego pamiętamy wojny i rewolucje, ale zapominamy o pandemiach, mimo że zmieniają one naszą gospodarkę, politykę, społeczeństwo i architekturę miejską co najmniej równie gruntownie?

Zdaniem autorki główny powód jest taki, że łatwiej policzyć zabitych od kul niż tych, którzy umrą z powodu wirusa – a obecne spory wokół wskaźnika śmiertelności COVID-19 wydają się to potwierdzać. Chyba jeszcze ważniejszą przyczyną jest fakt, że trudno przekuć pandemię w dobrą opowieść. Psycholodzy Henry Roediger i Magdalena Abel z Washington University of Missouri wskazują, że ludzie zazwyczaj pamiętają zaledwie „kilka istotnych momentów” z każdego wydarzenia, a konkretnie „te odnoszące się do początku, punktów zwrotnych i końca”[8]. Bardzo trudno wpisać historię grypy hiszpanki (czy którejkolwiek wielkiej epidemii) w taką strukturę narracyjną. Epidemie są jak sieroty, których pochodzenia nigdy nie można być całkowicie pewnym. A trochę jak seriale Netflixa, w których koniec jednego sezonu oznacza tylko chwilową pauzę przed kolejnym. Epidemia ma się więc do wojny tak jak literatura modernistyczna do klasycznej powieści: brakuje w niej czytelnej fabuły.

Nasza niezdolność, a może niechęć do pamiętania epidemii może też mieć coś wspólnego z ogólną awersją do losowych przypadków śmierci i cierpienia. Bezsensowność spadającego na nas bólu jest trudna do zniesienia; ofiary obecnej pandemii cierpią, odchodząc, nie tylko dlatego, że nie mogą oddychać, ale także dlatego, że nikt nie potrafi im wyjaśnić sensu ich umierania.

Wojna niesie przynajmniej obietnicę heroicznego zwycięstwa. W narracji patriotycznej żołnierze nie giną tak po prostu, lecz oddają swe życie za innych. Opowieść o wojnach to opowieść o zwykłych ludziach wykazujących niezwykłą odwagę, poświęcających siebie, by uratować pozostałych. William James nazwał wojnę „upiorną niańką, która wytresowała społeczeństwa do zwartości”. A w takiej zarazie nie ma niczego heroicznego. W efekcie jedynym sposobem jej zapamiętania jest upamiętnienie w taki sam sposób jak wojny. W historii sztuki występuje nawet osobny typ pomników – „kolumny morowe”, jak ta na wiedeńskim Graben. Co bardzo wymowne, często opisuje się je jako „pomniki opiewające zwycięstwo nad zarazą”.

Globalna walka przeciw COVID-19 nie jest bitwą na śmierć i życie; jak powiedział włoski uczony Carlo Rovelli, „śmierć ostatecznie zawsze wygrywa; jesteśmy śmiertelni. To, z czym mamy do czynienia, to wielki wysiłek, by każdemu z nas podarować trochę więcej czasu – bo to nasze krótkie życie, mimo cierpień i trudności, wydaje się nam piękniejsze niż kiedykolwiek”[9].

COVID-19 przynosi śmierć nie tylko bezsensowną, ale też często odartą z godności. We wszystkich świadectwach ówczesnych kronikarzy czasów zarazy tragedię potęgował jeszcze fakt, że ludzie umierali bez należnego pochówku. Dziś jest nie inaczej: strach przed zakażeniem sprawił, że wiele osób z oporami uczestniczy w pogrzebach swych krewnych, a w wielu przypadkach pogrzeby nie odbywają się w ogóle.

Mamy nadzwyczaj mało wskazówek co do tego, kiedy pandemia COVID-19 się skończy, nie wiemy też, jak się skończy. Jeśli wzorcem ma być grypa hiszpanka, to nasza pandemia tak naprawdę jeszcze się nie zaczęła. Mamy dopiero wczesne lato 1918 roku i grypa występuje wciąż w łagodnej postaci. Wielkie umieranie i wstrząsy społeczne są dopiero przed nami.

Obecnie na temat długoterminowych politycznych i gospodarczych skutków pandemii możemy jedynie spekulować. Badacze dziejów są zgodni, że „prawdziwa epidemia jest wydarzeniem, a nie trendem”[10]. Jak ujął to historyk medycyny Charles Rosenberg, „epidemia zaczyna się w jakimś momencie, występuje na ograniczonym obszarze i w ograniczonym czasie, rozwija się pośród rosnącego napięcia, zmierza do kryzysu indywidualnego i zbiorowego, aż wreszcie zaczyna chylić się ku końcowi”[11]. Przy tym wszystkim niniejsza książeczka głosi tezę, że COVID-19 zmieni nasz świat w sposób gruntowny, niezależnie od tego, czy będziemy dni pandemii pamiętać, czy nie. Świat nabierze nowych kształtów, ale nie dlatego, że nasze społeczeństwa zapragną zmiany, ani dlatego, że zapanuje zgoda co do jej kierunku – ale dlatego, że nie ma powrotu do tego, co było.

Sto lat temu grypa hiszpanka zawitała na świat, który był rozdarty, wyczerpany i zdemoralizowany Wielką Wojną. I zabijała podobnie jak wojna, bo najbardziej narażone na śmierć były zdrowe osoby dorosłe między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. Epidemia była wydarzeniem globalnym, ale ludzie nie zapamiętali jej w ten sposób, gdyż sama idea wspólnego świata załamała się w długich latach wojennych zmagań. Pandemia COVID-19 zapowiada koniec globalizacji, jaką znaliśmy. Możemy dywagować, czy sprawi to samo, do czego normalnie doprowadzają wojny, ale niezależnie od tego, co stanie się później, możemy być pewni, że kiedy tylko wirus zostanie pokonany, świat zaleje „pandemia nostalgii”.

W XVIIstuleciu nostalgię uważano za wyleczalne, ale zaraźliwe schorzenie. Jej głównym symptomem była melancholia, która miała wynikać z czyjegoś pragnienia powrotu do swego kraju lub do innej epoki. Cierpiący na nią często skarżyli się, że słyszą głosy i widzą duchy. Chorzy zyskiwali „«pozbawione życia, mizerne oblicze» i «obojętnieli na wszystko», myląc przeszłość z teraźniejszością, a wydarzenia realne z wyobrażonymi”[12]. Kiedy