Na dawną nutę - Piotr Płatek - ebook

Na dawną nutę ebook

Piotr Płatek

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Krajowy Depozyt Biblioteczny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 103

Rok wydania: 1970

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

NA DAWNĄ NUTĘ

 

 

 

ZBIÓR PIEŚNI

MOJEJ MATCE POŚWIĘCAM

AUTOR

 

 

 

 

NA DAWNĄ NUTĘ

 

 

 

 

ZEBRAŁ I OPRACOWAŁ

PIOTR PŁATEK

 

 

 

 

 

Pieśni Ziemi Krakowskiej, Skalnego Podhala, Spisza i Orawy 

SPIS TREŚCI

 

NA DAWNĄ NUTĘ

DAWNOŚC W TERAŹNIEJSZOŚCI

ROZDZIAŁ: Z KRAKOWSKIEJ ZIEMI

Obrzędowe

Przyczynki

Okolicznościowe — społeczne

Przyczynki

Zalotne

Przyczynki

Żartobliwe

Przyczynki

 

ROZDZIAŁ: W BESKIDACH

Obrzędowe

Rozmaite

Przyczynki

 

ROZDZIAŁ: SKALNE PODHALE, SPISZ, ORAWA

Pasterskie i zbójnickie

Obrzędowe

Przyczynki

Miłosne

Żartobliwe

 

ALFABETYCZNY SPIS PIEŚNI

SŁOWNIK WYRAZÓW GWAROWYCH

INDEKS WYKONAWCÓW

INDEKS MIEJSCOWOŚCI

Na dawną nutę

Pieśni, piosenki i zaśpiewy Ludu Ziemi Krakowskiej, Pogórza- i Skalnego Podhala „zauroczyły mnie” swoją poezją i muzyką. Celem mojej pracy zbierackiej i niniejszego zbioru jest uchronienie przed zapomnieniem tekstów i melodii pieśni ludowych. Pozycje do tomu „Na dawną nutę” zanotowałem w latach 1950-1967. Zapisując słowa, melodię — starałem się utrwalić je w takiej formie w jakiej przetrwały do czasów współczesnych.

Pierwszymi piosenkami obdarzyła mnie moja matka, Katarzyna Płatek, z Janowic koło Wieliczki. Później, w czasie mojej pracy dziennikarskiej w Rozgłośni Krakowskiej Polskiego Radia i Krakowskiej Telewizji, zbierałem pieśni na terenie całego województwa krakowskiego. Wyjazdy służbowe z mikrofonem lub kamerą wykorzystywałem do nagrań pieśni ludowych. Wieczorami, w izbach oświetlonych często jeszcze lampami naftowymi, wysłuchiwałem piosenek 70 czy 80-letnich staruszków. W innych znowu wsiach członkowie Związku Teatrów i Chórów Ludowych (obecnie Związku Teatrów Amatorskich), Związku Młodzieży Wiejskiej „Wici”, a później Związku Młodzieży Polskiej, czy też ostatnio Związku Młodzieży Wiejskiej, pomagali mi w gromadzeniu materiału folklorystycznego. W taki sposób akcją zbierania pieśni ludowych objąłem sporą część województwa krakowskiego.

Zbiór pieśni powiększyli poważnie słuchacze radiowej audycji „Wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi”, nadawanej od 1951 do 1961 roku. Popularne postacie tej audycji: Basia z Bronowic (Barbara Tomaszewicz), Gazda z Naprawy (Antoni Wichura) czy Gofron z Powiśla (Ferdynand Solowski), śpiewając przed mikrofonem ludowe piosenki, otrzymywali od słuchaczy jeszcze składniejsze, ciekawsze, wartościowsze. Zgromadzone tym sposobem pozycje sprawdzałem w terenie, celem ustalenia właściwej pisowni, znaczenia wyrażeń gwarowych, oznaczenia wartości muzycznych.

Głównymi dostawcami pieśni ludowych z całego województwa krakowskiego były zespoły artystyczne, które występowały przed mikrofonem Rozgłośni Krakowskiej Polskiego Radia. Dzięki uprzejmości kierownika Redakcji Regionalnej redaktora Stanisława Chruślickiego, a także kolegów z działu muzycznego:BarbaryPeszat-Królikowskieji Ludmiły Jamrożanki, repertuar tych zespołów został wiernie odpisany z taśm magnetofonowych.

W ciągu kilkunastu lat pracy zbierackiej zgromadziłem kilka tysięcy tekstów pieśni, przyśpiewek i piosenek oraz kilkaset melodii. Do zbioru „Na dawną nutę” wybrałem kilkaset zwrotek i około 200 melodii.

Materiał folklorystyczny podzieliłem na trzy rozdziały: „Z krakowskiej ziemi”, „W Beskidach” oraz „Skalne Podhale — Spisz — Orawa”. Granice tych regionów wyznaczyłem na podstawie różnic w treści, melodii i gwarze, jakie niewątpliwie charakteryzują twórczość ludową mieszkańców powiatów leżących na prawym i lewym brzegu Wisły, bezkidzkiego pogórza, czy też Skalnego Podhala, Spiszą i Orawy. I rozdział „Z krakowskiej ziemi” obejmuje następujące powiaty: oświęcimski, chrzanowski, olkuski, miechowski, krakowski, miasto Kraków, bocheński, proszowski, brzeski, tarnowski, dąbrowsko-tarnowski, a także część północną myślenickiego i wadowickiego. Drugi region reprezentuje w zbiorze rozdział „W Beskidach” obejmujący powiaty: Nowy Sącz, Limanową, Suchą, Żywiec a więc Beskid Sądecki, Wyspowy i Żywiecki, nadto południowe tereny powiatu myślenickiego i wadowickiego. Trzeci rozdział zatytułowany „Skalne Podhale — Spisz — Orawa”, zawiera pieśni góralskie mieszkańców Skalnego Podhala, oraz wsi położonych w dorzeczach Białego i Czarnego Dunajca, a także na obu brzegach Dunajca po Szczawnicę i Krościeńko, a więc Pieniny. Poszczególne rozdziały podzieliłem na działy, klasyfikując zapisany materiał według grup tematycznych. O zaliczeniu poszczególnej piosenki do danej grupy i umieszczeniu jej w odpowiedniej kolejności, zawsze decydowała treść i jej charakter. Oczywiście klasyfikacja ta nie posiada struktury o charakterze sztywnym. Przy każdej pozycji znajduje się jej metryka. Osobno podany jest słownik wyrażeń gwarowych, indeks wykonawców, miejscowości i spis pozycji. Zdecydowana większość piosenek posiada zapis melodii, niektóre bez melodii potraktowane są jako zaśpiewy, zawołania, odezwy...

Tak przygotowany zbiór pieśni przejrzał i wstępem zaopatrzył profesor dr Tadeusz Seweryn, długoletni dyrektor Muzeum Etnograficznego w Krakowie. Zbiorem tym interesował się również profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego dr Mieczysław Karaś. Żywe zainteresowanie zebranym materiałem folklorystycznym wykazał przewodniczący Prezydium WRN w Krakowie poseł Józef Nagórzański. Za życzliwą pomoc oraz cenne uwagi składam im serdeczne podziękowanie. Dziękuję również dyrekcji Krakowskiej Rozgłośni, a w szczególności dyrektorowi Józefowi Łabuzowi za ułatwienie mi pracy zbierackiej na terenie całego województwa krakowskiego. Cenne rady naczelnego redaktora „Wieści” Stanisława Słupka przyczyniły się do właściwego opracowania nie tylko poszczególnych pozycji, ale także całego zbioru. Słowa podziękowania za udzieloną pomoc kreślę również: Mieczysławowi Stachowi z Bogumiłowie, Józefowi Lachnerowi z Modlnicy, Mieczysławowi Śliwie z Czernichowa, redaktorom: Waleremu Osmendzie, Karolowi Kowickiemu oraz kolegom technikom z rozgłośni i wielu innym.

Wyrazy wdzięczności i gorące podziękowania składam wszystkim tym, którzy przysporzyli do zbioru „Na dawną nutę” wiele pieśni, piosenek i przyśpiewek. Artystom ludowym, wiejskim śpiewakom, członkom zespołów amatorskich i młodzieży dziękuję za bezinteresowną pomoc i miłą współpracę.

Kraków, 1967 rok.      .

Piotr Płatek 

Dawność w teraźniejszości

Po pierwszej wojnie światowej wydawało mi się, że świetny znawca żywieckiego folkloru śpiewaczego, S. M. Stoiński, wynalazł doskonałą metodę notowania melodii pieśni, dającą badaczowi pełnię rozkoszy.

Tropię dwojga zakochanych — zdradzał mi się ze swej osobistej tajemnicy — on pasie Krowy na tej oto Magórce, a ona na tej i śpiewają. Siumnie śpiewają. Ona ponoglo się ku niemu, a on ku niej. Zresztą godna tego, bo wyskuje, jak nikt. Właściwie są to wiosenne zawodzenia ptaków, wabiących się ku sobie. Tu nie można uronić żadnego ozdobnika, bo w miłości ozdobniki znaczą wiele. Muszę więc chytrze, ostrożnie i czujnie podchodzić rozśpiewanych kochanków (jak łowca śledzący tokującego głuszcza), aby dokładnie zapisać słowa i nuty z tymi właśnie ozdobnikami.

Dodałem: I uczestniczyć w misterium przyrody.

— Tak, tak — coś z tego.

Niezawodna ta metoda Stoińskiego (może nie tylko jego) nie jest jedyną w dokumentowaniu pieśni in flagranti. Każdy z wybitniejszych folklorystów mógłby na ten temat wypowiedzieć wiele interesujących uwag, gdyby tylko zechciał odsłonić nam tajemnicę swoich metod.

Piotr Płatek urodzony 17. VII. 1928 w Janowicach koło Krakowa nie jest folklorystą z wykształcenia, ale stał się nim z umiłowania wsi rodzinnej i swej matki Katarzyny, która w młodości nie na jednym weselu starostowała. Jako pracownik Polskiego Radia w Krakowie wyjeżdżał często w teren i miał możność słuchania wielu pieśni ludowych,śpiewanych przed mikrofonem przez różne regionalne zespoły, a szczególnie organizowane przez Centralę Przemysłu Ludowego i Artystycznego przy niektórych własnych spółdzielniach produkcyjnych. Z tego pojemnego repertuaru składającego się z kilkunastu tysięcy pieśni i przyśpiewek dziś jeszcze śpiewanych w województwie krakowskim wyselekcjonował garść tekstów wraz z kolekcją około 200-tu melodii i tymi materiałami wypełnił tom niniejszy. Do zadań jego należało odpisanie tekstu z taśmy magnetofonowej Polskiego Radia w Krakowie i proszenie fachowców muzycznych o przeniesienie na nuty zapisów melodii, oraz oddzielenie pieśni dotychczas drukowanych od świeżo odkrytych przez uczestników wypraw terenowych, organizowanych przez Polskie Radio.

Narodziny pasji zbierackiej u Płatka przypadają na czas, gdy wielu pisarzy, olśnionych perspektywami postępu technicznego w Polsce, zabawiało się w augurów wieszczących bliską, nieuchronną śmierć wszelkiej sztuce ludowej i wszelkiemu folklorowi. Płatek, znający dobrze wieś i utrzymujący z nią kontakt, nie poszedł za głosem tych nierozważnych wróżbiarzy i wzbogacał nadal swój inwentarz pieśniarski. Gdy w Lubieniu w powiecie myślenickim zawodzono smętnie:

 

„Hej, starodawne casy

kany sie podziały —

popłynęły z wodą,

ze śniegiem stajały.”

 

Płatek mówił z uśmiechem, ale i przekonaniem: czasy minęły, ale pieśń została.

Omawiając jego zbiór, godzi się zaraz na wstępie zaznaczyć, że posiada on charakter wybitnie fragmentaryczny, co wynika z samych programowo-propagandowych nakazów Polskiego Radia, zadowalającego się przeważnie krótkimi przyśpiewkami, a omijającego struktury kilkuzwrotkowe. Są to więc okruszki większej całości, niejako drobne ułamki rozbitych obrazków na szkle. Jakżeż więc sprostać zadaniu uzasadnienia swojej tezy, że pieśń ludowa jest także dokumentem historycznym w tym przynajmniej znaczeniu, że może nam dostarczyć materiału do określenia czasu trwania pewnych wątków kulturowych, tkwiących tu i ówdzie w okruszkach pieśni ludowych, jak muszki w bryle bursztynu.

Zastanawia nas na, przykład fragment dawnej pieśni weselnej śpiewanej w Zabierzowie w powiecie bocheńskim, przywodzącej na myśl chyba odległe czasy, kiedy to istotą ślubu było związanie rąk młodzieńców podwijką przez swata podczas zaręczyn.

„A siadojcie państwo młode przy stole,

usiądź Kasiu, usiądź Jasiu, daj rękę

za chwilę wos połącymy na wieki”...

Już w XIII wieku głosił kler, że ślub dawać ma ksiądz w kościele, a nie człowiek świecki, przedstawiciel rodziny młodożeńca, główny kierownik wesela, starosta, zwany dawniej swatem, bo przyswajał chłopcu dziewoję lub dziewosłębem, bo słębił dziewę młodemu. Nie mniej jeszcze w XV wieku chłopi uznawali często śluby dawane po chałupach przez swatów, a więc ludzi świeckich, ale pełniących funkcje o charakterze sakralnym.

 

Ale zdarzało się, że swat był nie tylko pełnomocnikiem jednej rodziny. Piosnka wyśledzona w Modlnicy koło Krakowa dowodzi, że dziewczyna była czasem w zmowie z dziewosłębem

 

„... a jo pude za piec,

niby bede płakać,

a wy na nic nie zwozojcie,

ino targu dobijojcie

to będziemy skokać.”

 

Jakiego targu? Bo do funkcji dziewosłęba należało wytargowanie jak największego wiana. W pieśni tej dziewczyna podmawia swata, aby sformułowanie intercyzy ślubnej załatwiał rychło, bo tak jej spieszno było do wesela.

 

A potem drobny, ale bardzo ciekawy szczegół. Gdy panna młoda otrzymała już błogosławieństwo od swych rodziców, gdy już z płaczem żegna się z piecem i ławami, drużbowie z Żegociny w powiecie bocheńskim wzywają ją do pośpiechu, „bo już czeka wózek bosy”, a więc nieobuty w żelazne obręcze.

A wreszcie sensacyjna zwrotka pieśni z Bogumiłowie koło Tarnowa:

 

„Panie Boze zapłać,

kiej juz po weselu,

chodźmy do ogródka,

podziękujmy zielu.”

 

Co to znaczy? Jakiemu zielu? Temu, które nieci miłość. Wchodził tu w grę przede wszystkim lubczyk czyli lubystek (Ligusticum officinate), ziele miłości, w którym, jak zapisał Kolberg, „matki kąpią córki, aby się chłopcom podobały”. Lubczyk nosiły dziewczęta pod pachą, aby jego siła magiczna towarzyszyła im zawsze. Drugim zielem o potężnej mocy magicznej miał być nasiężrał (Ophioglossum vulgatum), który, jak zapisał Kolberg w Kieleckiem, „zdobywa dziewczętom wzajemność serc najbardziej nieczułych i obojętnych”. Miały dziewczęta zaufanie i do innych ziół magicznych, bo na wsi zapotrzebowanie na miłość było znaczne. W przytoczonej powyżej piosence „ziele” traktowane jest, jak żywa istota, której trzeba się ukłonić i podziękować za pomoc. To animizowanie przyrody jest właściwe ludziom średniowiecza. Chłopcy zaś mieli swoje „ziele”, był nim rozmaryn, o którym wspominają pieśni kawalerskie („O mój rozmarynie”).

W Bibicach koło Krakowa zanotowano przyśpiewkę tancerza przed muzyką:

 

„Zagrojze mi, zagroj,

oberka a z góry,

zeby od podłogi,

odpadały wióry”.

 

Chodzi tu o struganie podłogi specjalnymi podkówkami. Za czasów króla Augusta III zapisał Jędrzej Kitowicz, że w Polsce noszono buty z podkówkami przybijanymi na płask, ale z końcem XVIII wieku krakowiacy kazali sobie przerabiać kowalom podkówki na sztorcowe, które płaską częścią przybite były do wysokiego obcasa, ale resztą szerokości wygięte były na sztorc pod kątem 90°. Rysował takie podkówki J. P. Norblin. Koło połowy XIX wieku wyszły one z mody. „Gdy chłop wyorał je na swym gruncie, nie mógł nawet odgadnąć do czego to mogło służyć” — zapisał Jakub Bojko z Gręboszowa. Bogatsi gospodarze wyprawiający wesele, dowiedziawszy się, że chłopaki z okolicy dali sobie naostrzyć u kowala sztorcowce podkówki u napiętka, przygotowywali dla tych zapamiętałych tancerzy podłogę na podwórzu lub w ogrodzie, aby uratować podłogę w izbie weselnej od dewastacji.

 

W poszukiwaniu elementów dawnych natknęliśmy się na kołysankę z Janowic koło Krakowa: „Alulu, alulu, kołysia z marmuru”. Oczywiście nie chodzi tu o kołyskę z czarnego marmuru dębnickiego, albo z czerwonego marmuru paczółtowickiego, bo z marmuru wyciosuje się trumnę a nie kołyskę. Mowa tu o drewnianej kołysce z malowaną imitacją żyłkowanego marmuru, bo tak zdobione sprzęty domowe były modne w Europie w XVIII w. za wzorem Włoch, a u nas w okresie rokoka w XIX w. (Tego rodzaju oryginalne sprzęty można oglądać w izbie dolnośląskiej urządzonej w Muzeum Etnograficznym w Krakowie).

W pieśniach tych nie stanowią rewelacji wzmianki o stroju ludowym. Gdy dziewczyna od Byczyny śpiewa, że ma „u fartuszka wyszywane kraje”, a dziewczyna z Przy laska Rusieckiego w powiecie krakowskim chwalisię, że ma „kalitkę wysywaną, bito gwiozdeckami, nowe buty smarowane z podkóweckami”, a „granatowy ubiór” na jej kochanku — to nic nowego. Także piosenka chłopca z Chochołowa, głosząca że „ciupaska, opasek, to są stroje nase”, należy tutaj do zwykłych. Ale ważnym dokumentem jest urywek pieśni śpiewanej dziś w Ojcowie:

 

„Hulajta chłopoki,

bo juz śmierć umarła,

lezy pod Krakowem,

ogona zadarła”.

 

O co tu chodzi? Otóż w XVII i XVIII w. urządzano po miastach i miasteczkach żartobliwe widowiska „zapusty”, których główną treścią było ścięcie mięsopusta, a jedną z odmian tego widowiska pod gołym niebem było „ścięcie śmierci”, którego opis z roku 1860 zachował się na parafii w Jedlińsku w powiecie Radomskim. Początek tego przedstawienia zaczyna się od zawiadomienia wójta, że chłopcy znaleźli w podmiejskich krzakach śpiącą śmierć. Wójt nakazał ją aresztować. Po sprowadzeniu jej przed oblicze władzy sąd skała śmierć na karę śmierci. Sprowadzono kata, który ściął jej głowę; wszystko działo się na oczach widzów. Za pieniądze zebrane od widzów przez aranżerów tego typowo barokowego widowiska zapustnego urządzono pijatykę i pohulankę.

Wśród tych drobnych okruszyn pieśni znalazła się też piosnka zaczynająca się od słów „gorzała lipka z jałowca”. Piosenkę tę zanotowali folkloryści w różnych regionach Polski, ale nikt nie potrafił wyjaśnić ani układu tych słów początkowych, ani ich symboliki. Lud także ich nie rozumie. Bezsprzecznie piosnka ta należy do starych pieśni ludowych popularnych na dużym obszarze Polski, ale tak zdeformowanych, że z nich sens właściwy poszedł w niepamięć.