Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Myśleć jak ryba to książka o wędkarstwie, która już od pierwszych stron zaprasza do zmiany perspektywy. Zamiast kolejnego poradnika technicznego autor proponuje czytelnikom coś znacznie cenniejszego: sposób myślenia oparty na dekadach doświadczeń, obserwacji natury i wypraw w najdziksze rejony świata.
Jeremy Wade – znany z łowienia legendarnych ryb, takich jak goliaty tygrysie z Konga, arapaimy z Amazonii czy olbrzymi sum diabelski z Himalajów – dzieli się esencją tego, czego nauczyło go życie nad wodą. W książce „Myśleć jak ryba” pomaga zrozumieć zachowania ryb i podejmować lepsze decyzje nad wodą, niezależnie od metody czy łowiska.
Dzięki tej książce zyskasz:
• lepsze zrozumienie zachowań ryb w różnych warunkach,
• umiejętność podejmowania trafniejszych decyzji nad wodą,
• większą skuteczność bez obsesji na punkcie sprzętu,
• nowe spojrzenie na wędkarstwo jako proces myślowy,
• inspirację płynącą z prawdziwych przygód jednego z najbardziej znanych wędkarzy na świecie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 290
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
3. Sztuka spotyka naukę 4. Bądź detektywem
Strumień 5. Myśleć jak ryba 6. W poszukiwaniu sekretnego składnika 7. Mniej czasu znaczy więcej 8. Złe wibracje
Jezioro 9. Przygotuj się 10. Opracuj plan 11. Szturchnij jabłko 12. Węzeł gordyjski?
Rzeka 13. Moje życie jako ryby 14. Mniej znaczy więcej – raz jeszcze 15. Kiedy właściwy czas wcale nie jest właściwy 16. Hokus-pokus
Delta 17. Oprzeć się nurtowi 18. Bądź oportunistą 19. Nie myśl 20. Szczegóły i jeszcze raz szczegóły
Morze 21. Poczucie skali 22. (Notatki dla samego siebie) 23. Mam mniejszą skłonność do rywalizacji niż ty 24. Ponownie schodząc w głąb
Podsumowanie Dodatek Słowniczek Podziękowania
Dla M., M. i C.
W muzyce jest tylko pięć podstawowych nut, ale liczba ich wariacji jest nieskończona.
Sun Zi, Sztuka wojenna*
– Czy dasz się zaprosić w moje progi? – spytał muchę pająk.
Mary Howitt, The Spider and the Fly
* Sun Zi, Sztuka wojenna, przeł. Monika Wiśniewska-Wyrwas, Sebastian Musielak, Bellona, Warszawa 2023 (przyp. tłum.).
Jest coś uspokajającego w przytłumionym świetle i ciężarze otaczającej mnie wody, a to miejsce stanowi jeden z najbezpieczniejszych i najgłębszych dołów w dnie rzeki. Tutaj moje oczy rejestrują różnicę między nocą a dniem, ale niewiele ponadto. Poruszam się za pomocą dotyku, wytyczając swoją ścieżkę na mapie pamięci. Wyczuwam nie tylko kamienie, piasek, muł i wodorosty, ale i poślizg oraz opór wody. Rzeka nie płynie jednolitym nurtem, lecz w różnych kierunkach i z różną prędkością. Nadaje jej to wyraźny wzór, swego rodzaju fakturę – złożoną, ale całkowicie logiczną, niewidoczną, a jednak doskonale czytelną – która w subtelny sposób koduje położenie kształtujących ją przeszkód. To właśnie dlatego, nawet gdy nie natrafiam na żaden namacalny obiekt, zawsze wiem, gdzie jestem.
Docieram do miejsca, którego szukałem. Po mojej lewej stronie znajduje się pionowa skalna ściana, wznosząca się niemal aż do powierzchni. Gdybym wyciągnął w bok wąsik na górnej szczęce, mógłbym jej dotknąć. Przede mną jest więcej skał, wznoszących się stromymi stopniami, po których spływa woda. Znajduję się w kącie utworzonym przez te dwie ściany, a mój brzuch ociera się lekko o dno rzeki. Za mną woda nieco się spłyca i rozlewa w niecce, po czym spada do rowu o kamienistym dnie. Z tyłu, w spowolnionym tarciem o kamienie nurcie, w pobliżu koryta rzeki, czają się na skraju prądu inne głodne ryby, które z chęcią zajęłyby moje miejsce – gdybym ich nie ubiegł.
Jego unikalność polega na tym, że wszystko, co niesie prąd, osiada bezpośrednio przede mną, wraz z wytracającym prędkość nurtem, ja zaś mogę to zbadać – przy minimalnym wysiłku. A wszystko wskazuje na to, że trafiło tu coś interesującego. Między obecne już wcześniej znajome zapachy wsączają się jakieś nowe nuty. Przesuwam się w prawo i zapach przybiera na sile. Mój wąsik odnajduje źródło woni i podpłynąwszy w jego kierunku, potwierdzam swoje podejrzenia: to martwa ryba, której łuski odbijają nikłe, ledwie tu docierające światło. Jest świeża i soczysta… ale ma w sobie coś, co mnie niepokoi.
Wcześniej widziałem prześwitujący przez powierzchnię jeden z tych dużych kształtów. Usłyszałem wizg, a potem zobaczyłem sylwetkę. Widywałem je już wcześniej, więc wiem, że są niebezpieczne. Kilka razy, wkrótce po tym, jak jedna z nich przesunęła się ku górze, zobaczyłem, jak ryba z czerwonym ogonem nienaturalnie skręca i podrywa się, wysyłając w toń chmurę swojego chemicznego alarmu. Wycofuję się więc i porzucam ten kąsek, który jest zbyt podejrzanym darem od losu. Pozostaję jednak na tyle blisko, aby zniechęcić konkurencję.
Jakiś czas później sprawdzam ponownie – martwa ryba nadal tam jest. To mnie uspokaja. Podpływam bliżej i otwieram pysk, wytwarzając wystarczającą siłę ssącą, aby truchło wsunęło się lekko do mojej paszczy. Ryba porusza się swobodnie – nie wygląda na to, by była na uwięzi. Cofam się na niewielką odległość i wypuszczam ją z pyska, a gdy to robię, zachowuje się, jakby porwała ją odnoga prądu – podrywa się gwałtownie w górę, a następnie opada nieco w dół i ponownie osiada tuż u podstawy skalnej ściany.
Już się nie rusza, a ja wciąż czuję jej smak, który nakłania mnie do porzucenia resztek ostrożności. Czekam i obserwuję, podpływając, po czym otwieram pysk, żeby wessać ją do paszczy. Jednocześnie skręcam ciało w prawo, by skierować się głową w dół rzeki.
Osiemnaście metrów wyżej, na pochyłej skale nad rzeką, rozlega się dźwięk elektronicznego brzęczyka, a w przytłumionym zielonym świetle widać grubą nylonową żyłkę rozwijającą się z wielkiego kołowrotka. Czyjeś ręce sięgają w dół i podnoszą wędkę, a następnie popychają blokadę szpuli i napięcie na żyłce zaczyna się przenosić w obu kierunkach. To, co stanie się teraz, może zadecydować o tym, jak zakończy się ten pojedynek. Zbyt krótka przerwa może spowodować, że haczyk się nie zaczepi; zbyt długa – i przynęta zostanie wypluta. Następuje więc chwila intensywnego namysłu i kalkulacji, zanim wędka poderwie się i cofnie – i w odpowiedzi zostanie pociągnięta w dół.
To moment, w którym owo stworzenie, do tej pory istniejące tylko w mojej wyobraźni, nabiera realnych kształtów…
Pewnego dnia w 1999 roku mężczyzna wycelował do mnie z broni palnej w Brazylii, ale do jedynej sytuacji, kiedy zostałem postrzelony, doszło w Anglii. Siedziałem na ziemi na brzegu małego stawu, z nogami podciągniętymi pod klatkę piersiową, otaczając kolana ramionami, gdy coś przebiło się przez liście kilka metrów po mojej prawej stronie. Dopiero po kilku chwilach zorientowałem się, co to było. Farmer stał na drugim brzegu i strzelał do łyski przede mną. Nie widział mnie, bo siedziałem pod wierzbą, osłonięty jej gałęziami.
Ledwie zarejestrowałem, co się dzieje, gdy od wody odbił się rykoszetem drugi strzał, tym razem zaledwie dwa–trzy metry dalej, i ledwo chybił ptaka, który popiskiwał teraz alarmująco. Następny strzał trafił mnie w prawy bark.
Teraz, gdy o tym myślę, trudno mi uwierzyć w to, jak spokojnie zareagowało wówczas moje młodsze wcielenie. Jako nastolatek nie radziłem sobie zbyt dobrze z wieloma różnymi rzeczami, ale mój refleks był bez zarzutu – i miałem dobrze rozwinięte poczucie moralnego oburzenia. A mimo to… nadal tkwiłem tam w bezruchu. Upewniwszy się, że pod moją grubą kurtką we wzór maskujący nie ma rany, doszedłem do wniosku, że prawdopodobnie był to tylko karabin pneumatyczny; farmer nie wystrzelił ponownie.
W tym momencie każdy, kto słyszał tę historię, zakłada, że kłusowałem i nie chciałem zostać przyłapany. Otóż nie – przebywałem tam legalnie, jako opłacający składki członek klubu. O co więc chodziło? Dlaczego nie rzuciłem się do ucieczki ani nie zacząłem krzyczeć na farmera?
Musicie wiedzieć, że bardzo poważnie podchodziłem wówczas do łowienia karpi. Maskowałem się, łowiłem blisko i nie chciałem robić dodatkowego zamieszania. Ale, co ważniejsze, niedawno wymyśliłem sposób łowienia na skórkę od chleba za pomocą kamuflażu z wierzbowej witki. I chociaż całkiem możliwe – tak jak w przypadku silnika odrzutowego czy spektroskopii magnetycznego rezonansu jądrowego – że ktoś inny gdzie indziej wpadł na ten sam pomysł, nie chciałem ściągać na siebie niepotrzebnie uwagi podczas testowania tej nowej metody.
Łowienie karpi w owym stawie, znajdującym się na skraju wioski w Suffolk, stanowiło nie lada wyzwanie, bo były one bardzo nieufne wobec pływającej skórki chleba, którą stosowano w tamtych czasach jako przynętę powierzchniową. Zazwyczaj karpie kompletnie ją ignorowały, ale w miejscach, w których gałązki wierzby zwisały aż do wody, czasami wydawały się zaciekawione. Kłopot z przynętą na żyłce – haczykiem na końcu żyłki bez spławika, bez ciężarków czy czegokolwiek innego – polegał jednak na tym, że zawsze dryfowała poza tę strefę, po czym nie ściągała już na siebie uwagi ryb. Oczywista alternatywa, czyli skórka unieruchomiona z wykorzystaniem ciężarka opuszczonego na dno, płoszyła karpie, kiedy wpadały na żyłkę.
Mój pomysł polegał na ustawieniu się z boku pnia wierzby i wykonaniu rzutu podchwytem na wprost, przez szczelinę w półkolistej kurtynie gałęzi. Pośrodku niej znajdowała się pojedyncza zwisająca gałąź, która kończyła się jakieś pół metra nad wodą, z wystającą poziomą gałązką. Moim celem było zarzucenie żyłki z przynętą na tę gałąź, a następnie umieszczenie jej tak, aby na powierzchni nie została żyłka mogąca zaalarmować rybę. Balon luźnej żyłki między szczytówką a gałązką pozwalał, by przynęta poruszała się swobodnie w przypadku brania.
Teraz pozostawała ona w odpowiednim rejonie wystarczająco długo, aby każdy patrolujący okolicę karp mógł ją swobodnie zbadać. Moja pozycja pod drzewem oznaczała również zmniejszenie ryzyka, że ściągnę na siebie uwagę przyzwyczajonych do karmienia przez ludzi kaczek, które mógł tu zwabić gest przypominający rzucanie im chleba. Nie spodziewałem się jednak, że niektóre z nich potrafią także czytać w myślach ryb! Dwukrotnie zdarzyło się, że kaczka zauważyła moją przynętę dokładnie w momencie, w którym zbliżał się do niej pod wodą ciemny kształt. Po kilku pełnych napięcia sekundach musiałem ściągać żyłkę i usuwać przynętę poza zasięg kłapiącego dzioba.
Ale nawet gdy w pobliżu nie było konkurencji ze strony tych pierzastych szkodników, karpie były bardzo ostrożne. Omijały przynętę szerokim łukiem przez długi czas – czasami nie zbliżały się do niej przez ponad dwie godziny, sporadycznie okazując jej zainteresowanie. To był okres wystarczająco długi, aby zwykła skórka namiękła i spadła z haczyka. Jedynie twardy kawałek z samej piętki starannie dobranego bochenka – ucięty, a nie oderwany, aby nie naruszyć grubej skórki – miał szansę przetrwać dłużej. Potem, kiedy karp w końcu chwytał przynętę… tak naprawdę nie brał. Trzymał ją delikatnie w pysku i zaczynał odpływać – po czym puszczał. Zauważyłem, że zacięcie przed tym, nim ją wypuści, nic nie daje. Moja nowa technika nie przynosiła szybkich rezultatów, a jedynie potwierdzała to, co wszyscy wówczas mówili i w co wierzyli: że karpie są nadnaturalnie inteligentne i w większości przypadków nie do złowienia.
Pewnego dnia, kwadrans po zarzuceniu wędki, karp przepłynął obok przynęty, a następnie zawrócił. W ciągu następnych pięciu minut trzykrotnie delikatnie ją trącał, za każdym razem przesuwając o około pół metra, nim wypuścił ją z pyska. W końcu nie odpuścił. Zamarłem… i otrzymałem odpowiedź w postaci naprawdę konkretnego zanurzenia. Po dłuższej chwili zabawy – najpierw na otwartej wodzie za gałęziami, a następnie blisko, pod kurtyną z listowia przede mną, wsunąłem siatkę pod ponadpięćipółkilogramowego karpia lustrzenia.
Kilka dni później złowiłem jeszcze jednego karpia ważącego ponad sześć kilogramów – i to był mój rekord na tym stawie tamtego lata. Ale wtedy, na początku lat 70., karpie o takiej wadze były czymś naprawdę niesamowitym, a owe zdobycze przypieczętowały moją przemianę z karpiarza w łowcę karpi z prawdziwego zdarzenia.
Teraz, gdy wspominam tamte wydarzenia, dostrzegam przede wszystkim dwie rzeczy: to, jak bardzo moje podejście do wędkowania zmieniło się od tego czasu – i, paradoksalnie, jak bardzo pozostało takie samo. W tym drugim przypadku nie chodzi jednak o sprzęt, którego używam, ryby, które łowię, czy wody, na których wędkuję – bo w tych kwestiach zmieniło się naprawdę sporo. Mam na myśli po prostu samo ogólne podejście do łowienia. W całej tej historii, we wspomnieniach wydobywanych z najbardziej zakurzonych zakamarków mojej pamięci, dostrzegam sposób łowienia będący ewidentnie podstawą tego, jak łowię dzisiaj.
Jedyną rzeczą, która jest zasadniczo inna – czymś, czego moje młodsze ja nigdy by się nie spodziewało ani o czym by nie marzyło – jest to, że kiedy teraz łowię, mam publiczność. Czy może raczej: dwa rodzaje publiczności.
Pierwsza publiczność to mała grupa ludzi na brzegu za mną, którzy jeśli zapytasz ich o zdanie, powiedzą ci, że wędkarstwo jest absolutnie najnudniejszym sportem widowiskowym na świecie, gdy ogląda się je w czasie rzeczywistym. Są tam, ponieważ muszą tam być. W jakiś niepojęty sposób czują potrzebę przekształcenia aktywności, która dzieje się głównie w głowie osoby wędkującej, w fascynującą rozrywkę wizualną. Tak więc, podczas gdy ja znajduję się w ponadczasowej strefie kosmicznej jedności z naturą, co pod pewnymi względami przypomina stan letargu, oni śledzą jedynie upływ sekund.
Bywa, że aby zabić czas, aranżują cichą rozmowę. Pewnego razu, obserwując słońce zachodzące nad brzegiem rzeki Zambezi w Mozambiku, słyszałem, jak przez godzinę dyskutowali o zaletach różnych dodatków do kanapek. Czasami zadają mi również pytania:
„Dlaczego zawsze łowisz z palcem na żyłce?”
„Co sprawiło, że wybrałeś to miejsce?”
„Dlaczego nie zrobisz tego, co powiedział miejscowy wędkarz, i nie wyłożysz więcej zanęty?”
„Czy naprawdę mówisz poważnie, kiedy twierdzisz, że powinniśmy wszystko spakować i wrócić później?”
Czasem pytają, ponieważ wydaje im się, że robię coś nielogicznego lub że marnuję czas. Albo jest to po prostu zwykła ciekawość, chęć zrozumienia tajemniczego procesu przywoływania ryby. Raz na jakiś czas pojawia się nawet pytanie, które powinienem zadać sobie sam, ale jak dotąd tego nie zrobiłem. Niezależnie od tego, co je wywołuje, pytania te zwykle stanowią spore wyzwanie. Zazwyczaj jestem w stanie udzielić jakiejś logicznej odpowiedzi, ale… cóż, nie zawsze. Albo zaczynam odpowiadać, ale mentalna ścieżka, którą podąża mój umysł, po kilku obiecujących zakrętach dryfuje nieuchronnie ku niewerbalnej prawej stronie mojego mózgu, miejscu równie tajemniczemu, co woda przede mną. I okazuje się, że łowię ryby w inny sposób. Wiem, że coś tam jest – widzę to! – ale nie potrafię tego uchwycić i wyartykułować.
Druga publiczność towarzyszy mi w nieco dziwny, oderwany, ale równie realny sposób. Są to ludzie, którzy oglądają mnie na ekranie, łowiącego różne rzadkie, duże, a czasem bardzo trudne do złapania ryby, z wszelkiego rodzaju stawów, potoków, jezior, rzek, ujść, a czasem i oceanów – na całym świecie. Wiele z tych osób również ma pytania, ale innego rodzaju. Proszą o porady. Ich pytania są często bardzo szczegółowe – pytają o konkretny gatunek, o lokalizację – ale sprowadzają się do tego samego:
„Dlaczego cały czas łowisz tylko małe ryby? Jak złowić te duże?”
„Jaki jest twój sekret?”
Tego typu pytania przychodziły do mnie masowo pocztą elektroniczną, a na początku, zanim nawał wiadomości wszelkiego rodzaju zmusił mnie do usunięcia z sieci mojego adresu mailowego, odpowiadałem każdemu, kto się ze mną skontaktował. Ponownie jednak: nie bardzo wiedziałem, jak odpowiadać, ale tym razem nie z powodu niewerbalnej natury tego, co dzieje się w głowie wędkarza. Te pytania sprawiały, że czułem się jak zwykły oszust.
Prawda jest taka, że wędkarstwu, które uprawiam, bardzo daleko do typowego. A moje doświadczenie i wiedza na temat rodzajów wędkarstwa, które uprawia większość ludzi w dzisiejszych czasach, są dość pobieżne. Ostatni raz wędkowałem w standardowy sposób, gdy byłem nastolatkiem, niemal 50 lat temu. A karpie (i sumy pospolite) łowiłem ostatnio tą metodą w wieku dwudziestu kilku lat. Samemu trudno mi w to uwierzyć, ale decyzja, którą podjąłem w marcu 1982 roku, aby udać się na odległe wody w poszukiwaniu bardziej egzotycznych ryb, była krokiem typu „wszystko albo nic”. Nie pozostawiało to żadnej nadwyżki czasu czy zasobów na cokolwiek innego. Tak więc, w przypadku większości metod połowu, o których warto wspomnieć, istnieje całe mnóstwo ludzi, którzy mają znacznie lepsze wyniki ode mnie – i o wiele więcej do powiedzenia na ten temat niż ja. Daleko mi do bycia wszechstronnym ekspertem, a już z całą pewnością nie jestem chodzącą encyklopedią. To, co robię, jest bardzo niszowe.
Jeszcze dziesięć lat temu moją pasją były długie wyprawy, niskobudżetowe i przeważnie samotne – do miejsc, w które inni wędkarze się nie zapuszczali, aby łowić ryby, o których większość ludzi nigdy nie słyszała: mahseera w Indiach, goliata tygrysiego w Kongo, arapaimę w Amazonii… W tego rodzaju wędkarstwie głównym sukcesem był powrót z wyprawy w jednym kawałku. Złapanie ryby stanowiło w zasadzie bonus – i było uzależnione od uniknięcia kontuzji, choroby i aresztowania, a następnie spożytkowania ostatnich resztek energii na zarzucenie wędki. Podróże dłużyły się często niemiłosiernie (czasami mijały dwa lub trzy tygodnie, zanim dostałem się do wody – i tyle samo zabierał mi powrót), a mój sprzęt był ograniczony do tego, co mogłem przewieźć zatłoczonym autobusem, ciężarówką albo łodzią. Podsumowując: tym eskapadom nie mogło być dalej do wypraw na płocie, klenie czy szczupaki, które zapoczątkowały owe podróże.
Później zawarłem pakt z maszyną, która śledzi teraz każdy postawiony przeze mnie krok, przekształcając mój obraz w chmurę ruchomych pikseli. Chociaż moje ostatnie podróże są (w większości) lepiej zaplanowane i trwają krócej (zwykle trzy tygodnie zamiast dwóch–pięciu miesięcy), to nadal przebiegają w podobnym duchu, w niewielkim stopniu lub wcale nie pokrywając się z doświadczeniami większości ludzi. Kiedy zacząłem się nad tym zastanawiać, doszedłem do wniosku, iż podkreśla to jedynie fakt, że nie mam najmniejszych kwalifikacji, aby udzielać komukolwiek jakichkolwiek porad wędkarskich.
Ale potem (odpowiadając na wzmiankowane maile) przemyślałem sobie to wszystko trochę głębiej. I chociaż nie mogłem podać żadnych konkretnych sugestii dotyczących sprzętu i metod w przypadku ryb i miejsc, o których nic nie wiedziałem, odkryłem, że mam kilka rzeczy do powiedzenia na temat mojego odmiennego podejścia do wędkowania. I nie chodzi tu o konkretne techniki, ale o ogólne zasady, które można zastosować w niemal każdej sytuacji, jeśli chodzi o łowienie ryb. Później jednak znowu napotkałem problemy. Każdy temat, który próbowałem zgłębiać, jawił mi się ostatecznie niczym próba wyjęcia przynęty z nieuporządkowanego pudełka, w którym wszystko jest ze sobą splątane. Aż nagle, gdy tak kontemplowałem tę chaotyczną, najeżoną haczykami masę, olśniło mnie. Dotarło do mnie, że patrzę na swego rodzaju listę – mentalny program, który nieustannie działa w tle, kiedy łowię ryby. Rozdzielenie tych elementów wymagało jednak czegoś więcej niż tylko potrząśnięcia skrzynką w nadziei, że wszystko rozplącze się samo.
Natychmiast pojawiła się pokusa, aby zatrzasnąć skrzynkę i dalej robić to, co robię, bez zbytniego zagłębiania się w analizę tego chaosu. Koniec końców mogło to nieść ze sobą ryzyko zniszczenia wszystkiego, co próbowałem zbadać (jeśli kiedykolwiek przegrasz w tenisa, pochwal swojego przeciwnika, prosząc go o wyjaśnienie, w jaki sposób uderza backhandem, a następnie obserwuj, jak jego technika zawodzi). Ale jakaś cząstka mnie była zaintrygowana. Rozszyfrowanie tego procesu – esencji tego, jak łapię ryby, o której instynktownie wiedziałem, że jest zaskakująco prosta – stanowiło wyzwanie dorównujące samemu łowieniu ryb. Gdybym zdołał tego dokonać, byłaby to spóźniona, ale wyczerpująca odpowiedź na pytania wszystkich tych osób, które szukały u mnie rad – być może strzał w dziesiątkę, o który wielu z nich chodziło. A jako taka może zaowocowałaby nawet w pewnych przypadkach – zarówno jeśli chodzi o nowicjuszy, jak i o starych wyjadaczy – pomocą w przekształceniu bestii z ich wyobraźni w rzeczywistość.
Ta książka to moja próba zaprezentowania wam zawartości mojej skrzynki z akcesoriami wędkarskimi.
How to think like a fish
Copyright © by Jeremy Wade 2019
Copyright © for the Polish translation by Anna Hikiert-Bereza 2025
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026
Redakcja – Maciej Cierniewski
Redakcja merytoryczna – Maciej Mińczykowski
Korekta – Dominik Leszczyński, Anna Strożek
Opracowanie typograficzne i skład – Joanna Pelc
Przygotowanie e-booka – Julia Dominika Rombel
Adaptacja okładki – Paweł Szczepanik / BookOne.pl
Fotografia na I stronie okładki – rawpixel/Sherman F. Denton
Fotografia na IV stronie okładki – Clare Venables
All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
Drogi Czytelniku,
niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.
Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.
Dziękujemy!
Ekipa Wydawnictwa SQN
Wydanie I, Kraków 2026
ISBN epub: 9788383301228
ISBN mobi: 9788383301211
Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:
Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia
Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska
Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska
Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga
E-commercei IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz
Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec
Finanse: Karolina Żak
Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak
www.wsqn.pl
www.sqnstore.pl
www.labotiga.pl
Okładka
Spis treści
Strony tytułowe
Dedykacja
Cytaty
Źródło
1. Schodząc w głąb
2. Wędkowanie w umyśle
Strona redakcyjna
Reklamy
Spis treści
