My z Jedwabnego - Anna Bikont - ebook
Opis

"To jest najsmutniejsza książka jaką czytałam napisana przez najbardziej pogodną osobę jaką znam".

Wisława Szymborska

"Jedna z najważniejszych i najbardziej dramatycznych książek ostatniej dekady".

Ryszard Kapuściński

"Lektura tej książki wywołuje niemal fizyczny ból, nie sposób się od niej oderwać. Anna Bikont z niezwykłą przenikliwością wczuwa się w cierpienie ofiar i daje porażający obraz nienawiści, która latem 1941 r. ogarnęła mieszkańców miasteczka Jedwabne, nienawiści, która pokutuje tam po dziś dzień".

Marek Edelman

"Nie dała się zniechęcić: to stało się na cztery lata jej misją, obsesją, manią, jak chcecie to nazwać. Zbierała relacje i dokumenty, badała je krytycznie i porównywała, skrzętnie protokołując każdy krok, każdą rozmowę, odsłaniając cały swój warsztat badawczy i analityczny i nie ukrywając własnych emocji. W ten sposób w kanwę opowieści, zaiste porażających, o zbrodniach w ziemi łomżyńskiej przed sześćdziesięciu laty, o ich historycznym podłożu, o mordercach i o ich ofiarach, wplotła się książka o powstawaniu tej książki, nie mniej poruszająca nasze uczucia i świadomość moralną".

Jerzy Jedlicki, "Zeszyty Literackie" nr 89 (2005)

"Setki godzin prześlęczanych w bibliotekach i archiwach, kilometry przejechane po byle jakich prowincjonalnych drogach, dziesiątki rozmów z ofiarami, zbrodniarzami, świadkami, uparte rozplątywanie wątków, poszukiwanie śladów, podejmowanie tropów - Anna Bikont pracowała nad swoją książką blisko cztery lata, choć słowo "praca" nie oddaje ogromu jej zaangażowania, poświęcenia i pasji. Może raczej należałoby powiedzieć "żyła" swoją książką, oddając jej czas, myśli, emocje. Autorka daje nam do ręki bardzo osobisty zapis blisko czteroletnich, heroicznych zmagań z oporną materią przeszłości i pamięci, a też zapis własnej traumy związanej nie tylko z obcowaniem z niegdysiejszym bestialstwem, ale także z jego dzisiejszymi usprawiedliwieniami".

Joanna Szczęsna, "Gazeta Wyborcza"

"Wynikiem czterech lat z życia Anny Bikont jest książka, w którą wpisani jesteśmy wszyscy. To tytułowe "my" naprawdę robi wrażenie. Mieszczą się w nim zarówno "ci Polacy, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią"(Aleksander Kwaśniewski), jak i ci, których sumienie poruszone nie zostało. Mieszczą się wszyscy żydowscy Polacy i polscy Żydzi, którzy w Jedwabnem mieszkali, zostali zabici lub wyjechali, a także ci, którzy, jak pani Helena Cz., wciąż tam żyją i całkiem słusznie nie chcą uwierzyć, że wojna skończyła się naprawdę. Z książki Bikont wyłania się więc nareszcie pełny, choć zupełnie nierealny kształt polskiej wspólnoty narodowej. Wspólnoty, która być mogła, ale nigdy nie była".

Joanna Tokarska-Bakir, "Rzeczy mgliste"

"My z Jedwabnego chociaż dotyczy wielkiego koszmaru sprzed dziesięcioleci i jednego z najboleśniejszych przewartościowań polskiej samoświadomości, pozostanie książką ważną nawet wtedy, kiedy przycichnie już dyskusja o tragicznym losie żydowskich mieszkańców miasteczka w Łomżyńskiem. To książka o każdej małej społeczności, która poczuła się, nawet wbrew oczywistym faktom, upokorzona i osaczona, o pamięci i niepamięci, o każdej agresywnej obronie szkodliwych mitów, o tym, że straszna przeszłość i straszna wina, chociaż wydają się zapomniane, czyli raz na zawsze wygodnie załatwione, kiedyś z wielką siłą wrócą i będą się wreszcie domagać uczciwego wyznania".

Marek Radziwon, "Gazeta Wyborcza"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1020

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA / PRACOWNIA PAPIERÓWKA

Fotografia na okładce pochodzi ze zbiorów Jose Gutsteina, www.radzilow.com

Fotografia Autorki © by MARCEL ŁOZIŃSKI

Wybór i układ zdjęć PATRYCJA KWAS

Copyright © by ANNA BIKONT, 2004

Wiersz Zbigniewa Herberta Pan Cogito szuka rady © by KATARZYNA HERBERT, HALINA HERBERT-ŻEBROWSKA

Mapa Jedwabnego na s. 552-553 © by MAGDA KOROTYŃSKA

Mapa Jedwabnego na s. 353 © by JACOB BAKER

Redakcja JOANNA SZCZĘSNA

Adiustacja nowego wydania i indeks nazwisk ALICJA LISTWAN / D2D.PL

Redakcja naukowa KRZYSZTOF PERSAK

Korekta MAGDALENA KĘDZIERSKA-ZAPOROWSKA / D2D.PL, ANNA WOŚ / D2D.PL

Przekład pamiętników i dokumentów opracowanych na użytek tej książki:

z hebrajskiego i z jidysz – HANNA LANOTA

z angielskiego – PIOTR BIKONT

z hiszpańskiego – ANNA HUSARSKA

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład ROBERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-434-7

Wołowiec 2012

Wydanie II

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O., www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice, tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa, tel. +48 18 351 00 70, e-mail: [email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa, tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: [email protected], [email protected], [email protected], [email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected], tel. 504 564 092, 605 955 550

Skład: d2d.pl, ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52, e-mail: [email protected]

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

28 sierpnia 2000

– To kłamstwo, że w Jedwabnem Żydów zabili Polacy – oświadcza Tadeusz Ś., emerytowany lekarz z Warszawy, naoczny świadek wydarzeń z 10 lipca 1941 roku.

Tadeusza Ś. przyjmuje w swym gabinecie mój szef, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. W głosie Adama, gdy mi oznajmiał, że – według poleconego mu przez zaprzyjaźnioną osobę Tadeusza Ś. – dokonaną w Jedwabnem zbrodnią nie można obciążać Polaków, słyszałam podekscytowanie i zarazem ulgę. Wiem, że nie był w stanie przyjąć do wiadomości ujawnionych w Sąsiadach Jana Tomasza Grossa faktów. Rozmawialiśmy o tym wiele razy. Jeszcze nim w maju ukazała się książka Grossa, mówiłam na zebraniu redakcji, że powinniśmy przygotować reportaż o miasteczku, które będzie musiało się skonfrontować ze zbrodnią sprzed lat.

Gross w Sąsiadach odtwarza przebieg zbrodni na podstawie trzech źródeł: złożonego po wojnie świadectwa uratowanego z pogromu Szmula Wasersztejna, akt sądowych z powojennego procesu przeciw uczestnikom mordu, sądzonym za współpracę z Niemcami, i wspomnień żydowskich współmieszkańców z wydanej w USA Jedwabieńskiej księgi pamięci. Stawia ostre wnioski i jeszcze ostrzejsze hipotezy. „Mniej więcej połowa dorosłych mężczyzn wymieniona jest po nazwisku wśród uczestników pogromu. Było to zbiorowe morderstwo w podwójnym tego słowa znaczeniu ze względu na liczbę ofiar i prześladowców”.

Moje propozycje wyjazdu do Jedwabnego Adam odrzucił. Teraz chce, żebym na własne uszy usłyszała, jak było. Uparł się, żebym była przy rozmowie, choć Tadeusz Ś. długo nalegał na spotkanie z nim sam na sam. Nasz rozmówca nie pozwala nagrywać, nie chce, żeby podawać jego nazwisko. Z oporami zgadza się, bym robiła notatki.

W 1941 roku miał piętnaście lat. Akurat 10 lipca był w Jedwabnem. Mówi, że przyjechał do dentysty.

– Rano na rynek przyjechały dwa motocykle z Niemcami w czarnych mundurach gestapo. Patrzyłem z balkonu, jak kazali się Żydom zbierać. Rabinowi włożyli czarny kapelusz na kij, dla urągowiska. Poszedłem za Żydami aż do stodoły.

Adam Michnik pyta:

– Ilu pan widział pod stodołą Niemców?

– Trzech. Niemcy lubią porządek, więc kazali przyprowadzić gospodarza, żeby ją otworzył kluczem, choć mogli wyważyć drzwi.

– I to wszystko zrobiło trzech Niemców?

– Pewnie było ich więcej, w cywilu. A trzech było w mundurach, z pistoletami. Widziałem, że Żydzi sami wchodzili do stodoły, jak zahIPNotyzowani.

– I nie próbowali uciekać, kiedy płonęła?

– Nie próbowali. To straszne.

– Jacyś Polacy brali udział w tej zbrodni?

– Nie, żaden.

– W każdej społeczności jest element przestępczy. Wystarczy dziś wziąć dowolną gazetę, a znajdzie pan w niej pełno doniesień o gwałtach, morderstwach. W czasie okupacji byli szmalcownicy.

– Tylko w dużych miastach. Pan nie zna prowincji. Tam mieszkają rdzenni Polacy, szlachta zaściankowa. Obce było im mszczenie się za to, że Żyd za Sowietów Polaka wydawał. Krzyczeli pod stodołą: „Uciekajta, Żydy!”. Trzech Niemców tylko stało z obrzynkami, to nawet nie były karabiny. Starsi ludzie, którzy tam byli, mieli pretensje. W następną niedzielę mówili o tym pod kościołem.

– Pretensje do siebie?

– Do Żydów. Żadnego z nich nie było stać, by rzucić się na Niemców.

– Mieli pretensje do pomordowanych?

– Że sami się nie bronili.

– Przecież jeśli na moich oczach kogoś mordują, powinienem pomóc. A jeśli tego nie robię, ze strachu, ogłupienia, z tego, że sytuacja mnie przerasta, winię siebie, nie zamordowanych.

– Polacy pomogliby im, gdyby oni się rzucili na Niemców. Kiedy karabiny brali za władzy sowieckiej i po wsi jeździli, to byli chojracy, a gdy ich Niemcy prowadzili do stodoły, to co? Społeczeństwo się obraża, że się je w to wplątuje, bo Żydzi powinni byli sami się bronić. Przypisywano im tchórzostwo, bo oczekiwali, że będą bronieni przez Polaków, i sami nic nie zrobili. Ale że tam było tysiąc sześćset osób, to kłamstwo i kpina.

– A według pana ilu ich było? – wtrącam się do rozmowy.

– Tysiąc, nie więcej – odpowiada Tadeusz Ś.

Patrzę na Adama i widzę, że blednie.

Na zakończenie Ś. raz jeszcze zastrzega:

– Proszę nie wymieniać mego nazwiska, nie chcę, by pod domem czatowały na mnie żydowskie jastrzębie.

1 września 2000

Instytut Pamięci Narodowej zapowiada wszczęcie śledztwa w sprawie zbrodni w Jedwabnem.

Spotkany na korytarzu w „Gazecie” Adam Michnik mówi, że rozmowa z Tadeuszem Ś. nie daje mu spokoju. Proponuje, bym na jej kanwie napisała opowiadanie, którego akcja rozgrywa się w miasteczku J. w czasie wojny. Ale ja nie umiem pisać opowiadań. Postanawiam poprosić o urlop z „Gazety”. Musi istnieć w miasteczku pamięć zbrodni, muszą żyć jeszcze jacyś świadkowie. Spróbuję zrekonstruować fakty, ale też odtworzyć, co działo się z pamięcią tamtych wydarzeń przez następne sześćdziesiąt lat.

5 września 2000

Żydowski Instytut Historyczny w Warszawie. Trzymam w ręku pięć stroniczek luźno pisanego, pokreślonego rękopisu – to przetłumaczona z jidysz relacja Szmula Wasersztejna z Jedwabnego: „Zabijano niemowlęta u piersi matek, bito morderczo i zmuszano do śpiewów i tańców. Pokrwawieni, skaleczeni, zostali wszyscy wepchnięci do stodoły. Potem stodoła została oblana benzyną i podpalona. Po czym poszli bandyci po żydowskich mieszkaniach, szukając pozostałych chorych i dzieci. Znalezionych chorych zanieśli sami do stodoły, a dzieci wiązali po kilkoro za nóżki i przytaszczali na plecach, kładli na widły i rzucali na żarzące się węgle…”.

6 września 2000

Jedwabieńska księga pamięci, opracowana przez dwóch rabinów, braci Juliusa i Jacoba Bakerów, którzy jeszcze przed wojną wyemigrowali z Jedwabnego do Ameryki, przez dwadzieścia lat istniała w stu egzemplarzach. Dziś czytam ją w internecie (www.jewishgen.org/Yizkor/jedwabne/Yedwabne.html). Odnajduję tam relacje o dniu piętnastego miesiąca tamuz roku 5701 – czyli 10 lipca 1941 roku – spisane przez Rivkę Fogel („Goje obcięli głowę córki Judki Nadolnika, Gitele, i bawili się nią jak piłką”), Itzchoka Newmarka („Polacy z pieśnią na ustach oblali benzyną stodołę, gdzie stłoczono Żydów”), Awigdora Kochawa („Grupa chłopaków potłukła mnie bezlitośnie i zawlekli mnie na rynek; poganiali i bestialsko bili umęczonych, głodnych i spragnionych ludzi, którzy mdleli od stania cały dzień w piekącym słońcu”) i Herschela, trzeciego brata Bakerów z Goniądza („Matka, kompletnie wyczerpana, dotarła [z Jedwabnego] do Goniądza 14 lipca; uciekając przed masakrą, biegła z Jedwabnego przez pola i lasy. Nie mogła dojść do siebie po tym, co widziała, jak Polacy unicestwili wszystkich Żydów”).

25 września 2000

Muszę pokończyć różne teksty do „Gazety”, więc składam podanie o urlop bezpłatny od 1 stycznia.

28 września 2000

Ruszamy w kilkuosobowej grupie przyjaciół na wycieczkę do Wilna. Po drodze zatrzymujemy się w Sejnach u Małgorzaty i Krzysztofa Czyżewskich, twórców Ośrodka Pogranicze i wydawców Sąsiadów. Irena Grudzińska-Gross opowiada, że Janek Gross chciał umieścić świadectwo Wasersztejna już w zbiorze esejów Upiorna dekada. Irena poradziła mu, żeby to usunął. Jak można – przekonywała go – na podstawie jednego świadectwa uwierzyć w coś tak potwornego?

23 października 2000

Na Dniach Książki Żydowskiej organizowanych przez „Midrasz”, żydowski miesięcznik założony przez Konstantego Geberta, dyskusja o książce Grossa. Profesor Ireneusz Krzemiński, socjolog, nawiązuje do głośnej książki harwardzkiego historyka Daniela Goldhagena Gorliwi kaci Hitlera (Goldhagen dowodził, że w dziele Zagłady wzięli udział „zwyczajni Niemcy” oderwani na chwilę od warsztatów pracy i biurek, mogli odmówić, ale w ich pojęciu był to czyn sprawiedliwy i moralny, Żydzi bowiem uosabiali zło).

– Goldhagen analizował zachowania urzędników zbrodni – mówi. – W Jedwabnem ludzie stali się mordercami z własnej woli. Coś jednak łączy jednych i drugich: wiara, że można kogoś naznaczyć i wykluczyć z ludzkości, oraz przekonanie, że ludzie wyłączeni spod jurysdykcji prawa zostają wyłączeni spod jurysdykcji sumienia.

Profesor Jerzy Borejsza, historyk, zwraca uwagę, że nie można wyjaśniać zbrodni zachowaniem Żydów w czasie okupacji sowieckiej:

– Niewątpliwie Żydzi witali radośnie Armię Czerwoną. Tylko że to samo dotyczy Białorusinów, a nie było pogromów białoruskich. Te przyczyny leżą dużo głębiej.

18 listopada 2000

W „Gazecie” wywiad Jacka Żakowskiego z profesorem Tomaszem Szarotą Diabelskie szczegóły. „Nie zdawaliśmy sobie sprawy – mówi profesor Szarota – że Polacy byli też sprawcami Holokaustu. A w Jedwabnem byli. I to nie jacyś pojedynczy dewianci, którzy w każdej społeczności się znajdą, ale tłum z władzami miasteczka na czele”. Ale zaraz dodaje, że diabeł często siedzi w szczegółach. Grossowi zarzuca, że nie próbuje wyjaśnić, „dlaczego 1500 zdrowych, będących w pełni sił osób prowadzonych na śmierć przez mniej niż setkę uzbrojonych tylko w kije zbrodniarzy nie próbowało się bronić ani nawet uciekać”.

Trudno pojąć, jak Szarocie, autorowi książki U progu Zagłady o pogromach w okupowanej przez Niemców Europie, takie zdanie mogło przejść przez gardło. Przecież w tym tłumie byli starcy, kobiety z dziećmi przy piersi, kilkulatki uczepione matczynej spódnicy (żydowskie rodziny były najczęściej wielodzietne), młodych mężczyzn natomiast jak na lekarstwo – ze świadectwa Wasersztejna wynika, że wymordowano ich wcześniej tego dnia. Ile Szarota zna przypadków, by tłum prowadzony na śmierć zbuntował się i zaatakował oprawców?

Powołując się na śledztwo prowadzone na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych przez prokuratora Waldemara Monkiewicza z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Szarota zarzuca Grossowi, że nie zajął się zbadaniem udziału Niemców w zbrodni: „Wątpię, żeby prokurator z palca wyssał tych 232 Niemców, ciężarówki i samą postać Wolfganga Birknera. Tak czy inaczej – nie jest w porządku, że w książce Grossa nazwisko Birknera w ogóle nie pada”.

Ja osobiście do śledztwa prowadzonego w czasach narodowo-komunistycznego antysemityzmu spod znaku Moczara podchodziłabym z dużą ostrożnością. Gross miał w ręku zeznania świadków z procesu z 1949 roku. Jak to możliwe, by żaden nie zauważył kolumny ciężarówek? Nie wiem, ilu pod jedwabieńską stodołą było Niemców, ale Tadeusz Ś., który chciał przekonać Adama Michnika, że Polacy nie mieli z tym nic wspólnego, widział ich trzech.

Obok rozmowy z Szarotą tekst Żakowskiego. Atakuje Grossa za język, jakim posługuje się w Sąsiadach: „To język wojny etnicznej. Język ludobójstwa. Gross nas w stronę takiego języka wyraźnie popycha. […] przez ostatnie pół wieku podjęliśmy w Europie bardzo wiele wysiłków, by rozumem zgłuszyć etniczne emocje, […] by kulturą okiełznać niebezpieczną naturę. […] Tym bardziej się dziwię Janowi Grossowi – który sam ten język kiedyś w Polsce słyszał – że gotów jest się teraz do niego odwołać, podejmując ryzyko dożywienia przymierających upiorów. […] Słowa i myśli mogą realnie mordować. Dlatego chciałbym tu bardzo zdecydowanie zachęcić do samoograniczenia w imię naszego wspólnego bezpieczeństwa”.

Jakże trudno mord w Jedwabnem przyjąć do wiadomości, skoro ma z tym problem nawet Żakowski, autor tekstu Czarna sukienka o polskim grzechu obojętności, gdzie porównywał powstanie styczniowe, po którego upadku Polki masowo wdziewały żałobny strój, z powstaniem w getcie warszawskim, po którego zdławieniu Polacy nie poczuwali się do żałoby.

21 listopada 2000

Mówią mi w „Gazecie”, że ktoś dzwonił, chciałby opowiedzieć o Radziłowie. Oddzwaniam. Jan Skrodzki mieszka w Gdańsku ale pochodzi z odległego od Jedwabnego o osiemnaście kilometrów Radziłowa, gdzie trzy dni przed zbrodnią w Jedwabnem też zgładzono całą społeczność żydowską. 7 lipca 1941 roku jako mały chłopiec z okna domu rodzinnego oglądał zza firanki pędzonych na spalenie Żydów. Nie widział żadnego Niemca. Cytuje mi zdanie z artykułu Żakowskiego: „Jan Gross odpowiada za siebie, a ja za siebie. Żaden z nas nie ma prawa wypominać drugiemu ziomków ani przodków” i oświadcza: „Ja poczuwam się do odpowiedzialności za Jedwabne, za Radziłów, za to wszystko, co jeszcze się okaże”.

Czytałam w Żydowskim Instytucie Historycznym relację Menachema Finkelsztejna ze spalenia całej społeczności Żydów w Radziłowie. I tam – jak zeznawał – wykonawcami zbrodni byli Polacy. Brnęłam przez przerażające sceny gwałtów, bicia, wrzucania dzieci żywcem do płonącej stodoły, obcięcia piłą głowy żydowskiej dziewczyny i chciałam wierzyć, że to siła przerażenia kazała ocalałym wyolbrzymiać i wyostrzać.

Finkelsztejn, próbując pojąć ten wybuch barbarzyństwa, pisał: „Ziarno nienawiści padło na dobrze użyźnioną ziemię, która była dobrze przygotowaną w przeciągu długich lat przez duchowieństwo. A chęć zdobycia żydowskich zysków i żydowskich bogactw jeszcze więcej zaostrzyła ich apetyty”.

Umawiamy się, że przyjadę do Skrodzkiego do Gdańska.

23 listopada 2000

Jak co roku w rocznicę śmierci Gai, żony Jacka Kuronia, która zmarła w stanie wojennym, gdy Jacek był w więzieniu – zebrało się u niego grono przyjaciół. W rozmowach dominuje Jedwabne, nie tylko ze względu na obecność Janka Grossa u Jacka, ale i przez teksty Żakowskiego i Szaroty. Kuroń oburza się na Żakowskiego.

– Nienawiść – mówi Jacek – bierze się z czegoś innego: kiedy człowiek ma poczucie winy, którego sobie nie uświadamia. Gdzieś w środku wie, że wymordowano tu naród, a on z tego skorzystał, bo ma pożydowski dom, albo chociaż poduszkę. Nie chce się z tym zmierzyć i nienawiść w nim rośnie.

24 listopada 2000

W Instytucie Historii pan zebranie Pracowni Dziejów Inteligencji zorganizowane przez profesora Jerzego Jedlickiego na temat książki Grossa. Na sali ponad sto osób, większość to historycy. Od progu wyczuwa się ładunek emocji rzadko spotykany na zebraniach naukowych.

Tomasz Szarota referuje stan wiedzy o Jedwabnem. Przytacza kolejne publikacje poświadczające, że w Jedwabnem działało komando Białystok pod kierownictwem Birknera z warszawskiego getta. Tylko że źródło jest tak naprawdę jedno – prokurator Monkiewicz, który powtarzał to po wielekroć przy każdej nadarzającej się okazji, jak na przykład dwustupięćdziesięciolecia nadania praw miejskich Jedwabnemu.

Gross wprowadza odmienny ton. Mówi ostro, bezpośrednio, ironicznie. Przypomina Szarocie o spotkaniu w maju z udziałem historyków, przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych i gabinetu premiera. Monkiewicz oświadczył tam, że latem 1941 roku na Białostocczyźnie Polacy nie mordowali Żydów ani w ich mordowaniu nie pomagali, i był tylko jeden taki przypadek, kiedy Niemcy zmusili Polaków, by chwycili się za ręce, tworząc łańcuch uniemożliwiający Żydom ucieczkę.

– Uznałem, że panu prokuratorowi można podziękować – mówi Gross. – Źle się dzieje, że Tomasz Szarota swym autorytetem naukowym uwiarygodnia bałamutną wersję jedwabieńskiej tragedii, wprowadzając tezy Monkiewicza w wielonakładowy obieg. Rozmawialiśmy o tym, Tomku – zwraca się wprost do Szaroty – mówiłem ci, że obecność Birknera w Jedwabnem to wymysł i żebyś dał sobie spokój z Monkiewiczem.

Po tym jak kolejne osoby zwracają uwagę na warsztatowe niedociągnięcia książki Grossa, do mikrofonu podchodzi Marek Edelman.

– Tu każdy chciałby znaleźć coś na dowód, że Gross to marny historyk, bo się pomylił i tego pana zabili wcześniej, a tamtą panią później. Ale nie o to chodzi. Jedwabne ani nie było pierwsze, ani odosobnione. W Polsce była wtedy atmosfera do zabijania Żydów. I nie chodziło o grabież. W człowieku jest coś takiego, że lubi mordować.

Głos zabiera Jedlicki:

– Jacek Żakowski myli się, przypisując etniczne emocje jakiejś przedkulturowej naturze. Etniczne emocje są fundamentalną mapą kulturową nowoczesnych społeczeństw europejskich. Nienawiść do Żydów, pogarda i śmiech to część dwudziestowiecznej kultury środkowoeuropejskiej, w tym polskiej. Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy był gotów do zbrodni. Ale zagładzie Żydów towarzyszyła uciecha znacznej części ich polskiego otoczenia. Tę uciechę, ten śmiech, który towarzyszył Zagładzie, pamiętam, bo byłem wtedy po drugiej, aryjskiej stronie muru. Do dziś naszą postawą, moją też, była ucieczka od tego tematu, tchórzliwy lęk przed tym ciemnym, co się czai w naszej zbiorowej historii. Gross Sąsiadami i wcześniejszą Upiorną dekadą budzi nas z otępienia. I to najważniejsze. Cała reszta to szczegóły, a diabeł w Jedwabnem czy Radziłowie tkwi nie w szczegółach, lecz w generaliach.

Spotkanie trwa niemal pięć godzin, momentami przypomina psychodramę. Alina Skibińska pracująca dla Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, mówiąc o morzu nienawiści do Żydów, z którą styka się w materiałach archiwalnych i na co dzień w swojej pracy, wybucha płaczem.

Pod wieczór dzwonią do mnie: Marek Edelman – że wyszedł ze spotkania chory (w przenośni) i Hanna Krall – że wyszła chora (dosłownie – trzydzieści osiem stopni). Zmierzyłam temperaturę – wariant drugi.

25 listopada 2000

Wśród mieszkańców Jedwabnego nie znalazłoby się tyle osób gotowych zabijać, gdyby nie czuli wsparcia u innych podobnie myślących i u autorytetów – pisze w „Gazecie” profesor psychologii Krystyna Skarżyńska. Przytacza badania Janusza Grzelaka i Bogdana Wojciszke, że Polacy traktują narodowe cierpienia jako rodzaj specjalnego wkładu czy inwestycji, za które należy im się od świata więcej niż innym. „Uważamy się za wyjątkowych, przypisujemy sobie moralne zasługi i szczególny wkład w losy świata. Badania wykazują, że ludzie tak myślący szczególnie łatwo akceptują zabijanie niewinnych”.

U Jacka Kuronia z Joasią Szczęsną, z którą często pracuję w tandemie. Ostatnie pytania do portretu jego żony Gajki, który przygotowujemy do wigilijnego numeru „Gazety”. Relacjonuję mu spotkanie w PAN-ie. Jacek zapamiętał to samo co Edelman: społeczny klimat przyzwolenia na szykanowanie Żydów. We Lwowie widział na własne oczy, jak młodzi ludzie rzucali kamieniami w stronę getta i nikogo to nie oburzało, naokoło słyszał tę samą śpiewkę, jak to „Hitler robi za nas dobrą robotę”.

– Tego nawet Holokaust nie zmienił – mówi Jacek. I opowiada, jak latem 1945 roku mieszkał w Krakowie z rodzicami, dziadkami i młodszym bratem Felkiem. Któregoś dnia na spacerze dziadek ciągnął Felka za rękę i ten się rozpłakał. Zaraz zebrał się tłum, który szarpał i wyzywał starszego pana. Uznano, że jest Żydem, a chłopczyk polskim dzieckiem, które ma być przerobione na macę. Tylko dlatego że Felek był blondynkiem, a dziadek nosił czapkę. Niedługo później w Krakowie był pogrom.

– Nie zgadzam się z Żakowskim – ciągnie Jacek. – Z niepoczuwania się do odpowiedzialności jak świat światem nic dobrego nie wyszło.

5 grudnia 2000

List Kazimierza Laudańskiego do Adama Michnika. Starszy brat Jerzego i Zygmunta, skazanych w 1949 roku na piętnaście i dwanaście lat za udział w mordzie na jedwabieńskich Żydach, przedstawia swoją wersję wydarzeń. Niemcy są w niej głównymi aktorami, za to Żydzi-komuniści „razem z NKWD układali listy zaplanowanych rodzin do wywiezienia na Sybir”.

Narzuca się pytanie: jeśli przyjąć, że zbrodnia jest dziełem niemieckim, co ma do rzeczy, że Żydzi wydawali Polaków w ręce NKWD?

Kazimierz Laudański, protestując przeciw szkalowaniu braci, wychwala patriotyzm rodziny: „Marszałek Piłsudski otaczał się oficerami o nazwisku Laudański”. I dalej: „Wśród młodszego pokolenia naszych dzieci i wnuków jest wielu nauczycieli, inżynierów i lekarzy, w kraju i za granicą, a dwoje posiada najwyższe tytuły naukowe”. Kończy słowami: „Zawsze byliśmy i jesteśmy gotowi służyć krajowi… pro publico bono”.

Wśród dokumentów ze sprawy sądowej przeciw uczestnikom zbrodni Jan Gross znalazł list Zygmunta Laudańskiego, w którym ten pisze do władz więziennych o swoich kontaktach z NKWD, o wstąpieniu do ppr, o tym, że „właśnie na takich ramionach może się opierać nasz ustrój robotniczy”. Grossa uderzył „nieugięty konformizm tego człowieka, który próbuje antycypować oczekiwania wszystkich kolejnych reżimów epoki pieców i angażuje się za każdym razem na całego – najpierw jako konfident NKWD, później morderca Żydów, wreszcie wstępując do ppr”.

Z relacji Szmula Wasersztejna: „Rozkaz zniszczenia wszystkich Żydów dali Niemcy, ale polscy chuligani podjęli go i przeprowadzili najstraszniejszymi sposobami. W czasie pierwszych pogromów i podczas rzezi odznaczyli się okrucieństwem niżej wymienieni wyrzutki: […]”. Wśród kilkunastu przytoczonych nazwisk jest nazwisko Jerzego Laudańskiego.

Tego już chyba dla Michnika za wiele. Embargo przerwane. Jadę do Pisza na rozmowę z Laudańskim.

8 grudnia 2000

Przygotowujemy z Joasią Szczęsną wywiad z Jeremim Przyborą do „Gazety”. Rozmawiamy o piosenkach Starszych Panów, ale moje myśli krążą wokół Jedwabnego. Przypominam sobie Przymknięte oko opaczności, gdzie Przybora wyznał, iż należał przed wojną do jednej z korporacji studenckich, która co prawda stroniła od burd ulicznych, ale jej członkowie wygłaszali żydożercze przemówienia. Przyborę odwiedził kiedyś przyjaciel Alek Nadelman, utalentowany matematyk, który z powodu numerus clausus nie dostał się na politechnikę. Kiedy zauważył jego dekiel – znak korporacji – pożegnał się chłodno i wyszedł. „Nigdy już ani nie zadzwonił do mnie, ani ja do niego – pisał Przybora. – Nie zadzwoniłem nawet wtedy, kiedy zaczęło się wysiedlanie Żydów do getta. I kiedy czytam dziś o dominującej wśród Polaków obojętności wobec Zagłady, czuję na sobie wskazujący palec tego oskarżenia”.

Poruszył mnie tym wyznaniem i wyobraziłam sobie, jak zwierza się z tego drugiemu Starszemu Panu. Wiedziałam, że Jerzy Wasowski przechował się w czasie wojny jako korepetytor polskiego w majątku rodziny babci mojego przyjaciela Grzegorza Przewłockiego. Wasowski pochodził z zasymilowanej rodziny i jego ojcu, znanemu dziennikarzowi, tropiciele obcości wypominali przed wojną, że w młodości nazywał się Wasserzug.

Pytam Przyborę, czy konfrontował swoje doświadczenie jako Polaka właściwego pochodzenia z doświadczeniem Wasowskiego, któremu pewnie w latach trzydziestych nieraz boleśnie dawano do zrozumienia, że jest w Polsce intruzem.

– Wasowski nigdy ze mną nie poruszał tego tematu – wyjaśnia Przybora.

9 grudnia 2000

Pisz, siedemdziesiąt kilometrów na północ od Jedwabnego. Kazimierz Laudański czeka na mnie u wylotu uliczki prowadzącej do jego domu. Nim doszliśmy, zdążył mnie odpytać, z jakich okolic pochodzą moi rodzice i jakie było nazwisko rodowe matki. Mama miała całkiem porządne nazwisko panieńskie i imię też jak trzeba. Przynajmniej od momentu, kiedy zakochany w niej Polak wyrobił jej aryjskie papiery, łącznie ze świadectwem chrztu, i ożenił się z nią. W ten sposób w 1942 roku we Lwowie zniknęła Lea Horowicz. Zniknęła tak bardzo, że o swoim pochodzeniu dowiedziałam się jako całkiem dorosła osoba. Przypadkiem, na ulicy.

Moja mama nie utrzymywała kontaktów z rodziną, w naszym domu nigdy nie pojawił się żaden wujek czy kuzynka. Przyjęłam za coś naturalnego, że mama, typ osoby niezależnej i zbuntowanej, rodzinne więzi i spotkania uważa za nudny, mieszczański obowiązek, któremu nie zamierza się poddawać. Dopiero jako dorosła osoba, po studiach, poznałam na naszej działce nad Zalewem pana, lat koło pięćdziesięciu, którego mama przedstawiła mi jako syna swej ukochanej siostry, zamordowanej w Związku Radzieckim w 1937 roku. Byłam z przyjaciółmi, przywitałam się i pobiegliśmy nad wodę. Minęło kilka lat, nim spotkałam go po raz drugi. Zagadnęłam go, że jest jedynym znanym mi krewnym ze strony mamy i czy może coś wie o naszej wspólnej rodzinie. „Nasz dziadek Hirsz Horowicz…” – zaczął mój kuzyn Olgierd Wołyński.

Obdzwaniałam przyjaciół i znajomych z mojego telefonicznego notesu, systematycznie od A do Z. „Jestem Żydówką” – obwieszczałam. Jakoś na nikim – poza mną – fakt ten nie robił specjalnego wrażenia. Tylko jeden znajomy, doradca „Solidarności”, spotkał się ze mną i zasugerował, żeby w redakcji „Tygodnika Mazowsze”, pisma podziemnej „Solidarności”, które współtworzyłam – był rok 1982 – nie przyjmować już osób o takim pochodzeniu. „Już i tak przeważacie i jak was posadzą, to może zaszkodzić sprawie” – mówił, zresztą w dobrej wierze i z troską, nie przeciwko mnie. Największym szokiem było uprzytomnienie sobie, że niemal wszyscy moi przyjaciele wiedzieli. Choćby stąd, że matka jednego z nich chodziła przed wojną do jednej klasy z moją mamą w renomowanym gimnazjum dla żydowskich panienek z dobrych domów. „Dlaczego nikt mi tego nie powiedział?” – dopytywałam się. Jeden był przekonany, że ja wiem, tylko postanowiłam udawać stuprocentową Polkę (wypytywałam go wielokrotnie, jak to jest być Żydem). Drugi uznał, że decyzja o ujawnieniu mego pochodzenia należy do mojej matki (przyjmował oczywiste dla niego założenie, że bycie Żydem jest czymś wstydliwym, co się „ujawnia”). Trzeci doszedł do wniosku, że jak nie wiem, to dla mnie lepiej.

Kazimierz Laudański zaprasza do domu. Zadbana willa w centrum miasta, na stole elegancka zastawa. Przygotował mi plan miasta z 1941 roku, nakreślony na papierze w kratkę. Nazwy ulic, kościół, cmentarz – granatowym długopisem, synagoga i stodoła – czerwonym.

– Ci, co stanęli przed sądem po wojnie, to zwykli ludzie, którzy zostali w to wplątani. Może któryś Żydowi-komuniście napluł czy go uderzył. Nie ma co tego usprawiedliwiać, ale z drugiej strony to normalna rzecz – tłumaczy.

O zbrodni w Jedwabnem mówi, że był niemiecki rozkaz. Gdy pytam, ilu było Niemców, dowiaduję się, że na każdej z rogatek miasta stał Niemiec w mundurze. Proszę go o wskazanie na planie miasta, który mi sam narysował, gdzie stali. Zaznacza cztery krzyżyki. Czterech Niemców!

– Żydzi w Jedwabnem, czy byliby wtedy spaleni, czy nie, ich los był i tak przeznaczony – stwierdza Kazimierz Laudański. – Niemcy by ich prędzej czy później wybili. Sprawa taka mała, a wlepia się w nią Polaków, i akurat moich braci. My darowaliśmy gestapo, darowaliśmy NKWD, a tu mały spór między Żydami i Polakami i nikt nie daruje? Mnie nie chodzi o obronę braci – tłumaczy mi dalej. – Oni, słusznie czy nie, byli osądzeni i drugi raz nie można ich za to samo skazać. Spotykam się po to, aby pani przekazała panu Michnikowi, że nie należy drapać ran bezpotrzebnie. Robienie z naszego narodu zbrodniarzy nie jest celowe. To podłość takie rzeczy Polakom zarzucać. I nie jest na czasie prowadzenie kampanii pouczającej Polaków, kiedy finansjera żydowska atakuje Polskę.

Umawiamy się na następne spotkanie, mają być na nim również Zygmunt i Jerzy. Kazimierz Laudański czuje się pewny siebie, oświadcza, że jest otwarty na kontakty z prasą, przekazuje przeze mnie Agnieszce Arnold, która pracuje nad filmem o Jedwabnem, że są gotowi spotkać się z nią i bronić swoich racji przed kamerą.

10 grudnia 2000

Kazimierz Mocarski napisał list do „Gazety”. Emerytowany dyrektor szkoły, z wykształcenia historyk, urodził się we wsi kilka kilometrów od Jedwabnego, teraz mieszka w Stegnach na Żuławach. To tam jadę go odwiedzić.

W liście opisał przedwojenne Jedwabne: „Czasy były ciężkie, liczył się każdy grosz. Bogatsze sklepy żydowskie mogły sobie pozwolić na niższą cenę. Reakcją Polaków było przewracanie straganów i wybijanie szyb. Antyżydowskie jady, mity, że Żydzi zamordowali Chrystusa, spowodowały, że grupa ludzi oszalała z nienawiści”.

Miał wtedy czternaście lat. Pamięta, że dwa dni przed zbrodnią przechodziła koło ich domu grupa Żydów.

– Matka piekła chleb razowy i dała im dwa bochenki. „Uciekajcie jak najdalej”, przestrzegała, bo już było wiadomo, że poprzedniego dnia w Radziłowie spalono Żydów.

Część mieszkańców ich wioski zaprzęgła konie i pojechała do Jedwabnego z nadzieją, że rozgrabią żydowskie sklepy i warsztaty, a z kolei z Jedwabnego uciekło do rodzin na wsi parę osób, które nie chciały uczestniczyć w pogromie.

„Żydów w Jedwabnem spalili” – powiedziała mu matka, gdy wrócił z sianokosów. Kilka dni później zaprosił go kolega, który chciał się pochwalić, że jego rodzina zajęła mieszkanie po Żydach. Słuchał, jak przed spaleniem byli bici, jak ich popychano, kazano odmawiać pacierz.

– Jeżdżę czasem do Jedwabnego – opowiada dalej. – To nieszczęśliwe miasteczko, zacofane, bez infrastruktury. Nie ma pracy, ludzie są przygnieceni, sami czują się ofiarami. Jedno z haseł endecji brzmiało, że Żydzi są przyczyną biedy. Dziś Żydów nie ma, a nędza jak była, tak jest.

Z Agnieszką Arnold, którą zabrałam ze sobą, żeby sfilmowała Mocarskiego, wracamy do Warszawy okrężną drogą – przez Jedwabne. Arnold prowadzi mnie do Dziedziców. O Leonie Dziedzicu przeczytałam w reportażu Andrzeja Kaczyńskiego w „Rzeczpospolitej”. Z opowieści Dziedzica wynikało, że Polacy byli nie tylko wykonawcami, ale też inicjatorami mordu: „Opowiadano, że komendant posterunku żandarmerii zrobił nazajutrz awanturę Polakom dowodzącym pogromem: »Nastawaliście, że zrobicie porządek z Żydami, ale wy porządku zaprowadzić nie umiecie«”. „Chodziło mu o to – tłumaczył Dziedzic – że nie pogrzebali szczątków, i on bał się, żeby jakaś zaraza się nie wywiązała, bo były upały i już psy się do nich dobierały”.

Ale Leona Dziedzica nie ma w Polsce. Od ukazania się reportaży w „Rzeczpospolitej” i regionalnej „Gazecie Współczesnej” – gdzie na dokładkę dał się sfotografować – co podjechał pod sklep rowerem, ktoś przebijał mu opony. Wyjechał do Stanów, gdzie od wielu lat mieszka jego żona i czterech synów. Zastajemy Leszka Dziedzica, piątego syna, który został na gospodarstwie.

Tej jesieni był akurat z wizytą w Stanach, a żona z dziećmi, dziesięcioletnim Tomkiem i czternastoletnim Piotrkiem, została w Polsce.

– Wróciłem z Ameryki wcześniej, bo bałem się o żonę i dzieci. Na dzień dobry usłyszałem: „Nie podskakuj, bo się już na ciebie szykują”. To może być wszystko przypadek, i z tatą, i z moim synem, ale o dzieci się boimy. Odprowadzamy je i przyprowadzamy ze szkoły.

Jedziemy do Janiny Biedrzyckiej, córki właściciela stodoły, w której spalono Żydów. Broni się przed wpuszczeniem ekipy filmowej do mieszkania. Zostaję z kamerzystą i dźwiękowcem w samochodzie, a Arnold prowadzi pertraktacje. Wcześniej bywało, że Biedrzycka nie chciała jej wpuścić, ale kiedyś oznajmiła: „Myślałam, że pani żydowica, a ksiądz mi powiedział, że pani ewangeliczka. Wśród Niemców to bywali porządne ludzie”. Reportera „Gazety Pomorskiej” Adama Willmę Biedrzycka przywitała słowami: „Dokument jakiś pan ma? A nazwisko nie jest polskie. Tak czy owak, mnie obojętne, wszyscy słuchają Żydów, nikt nie chce znać prawdy”.

Po jakiejś półgodzinie Arnold daje znać, że możemy wejść.

– Są w Jedwabnem domy pożydowskie, ja jestem na swoim – zaczyna Biedrzycka. – Ja nic z tego nie miałam. Ja wiem, jakie mściwe są Żydy.

Kiedy wymawia słowo „Żyd”, jej głos nie schodzi poniżej krzyku. W ogóle jej głos jest napastliwy i świdrujący. O zbrodni mówi, że to była robota Niemców. By za chwilę dodać:

– Jak weszli Ruskie, to przystali do nich Żydzi i donosili. I tak Ruskie zabili stryjenkę Laudańskich, więc ci się mścili.

12 grudnia 2000

Spisuję notatki z rozmowy z Kazimierzem Mocarskim. Pojawia się w niej wujek, nadkomisarz policji, który stawał w obronie mniejszości, wysyłał posterunkowych, żeby rozpędzali narodowców, gdy ci wszczynali rozróby, przewracając żydowskie stragany. Wujek był piłsudczykiem i robił to w przekonaniu, że broni ojczyzny, a potem uratowało mu to życie, bo gdy przyszli Sowieci, Żydzi zebrali podpisy, żeby nie wysłali go na Sybir. Ciekawa jestem, czy to przypadkiem nie ta sama osoba, o której wspomina w Jedwabieńskiej księdze pamięci Yona Rothchild (na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych członek rady miejskiej w Jedwabnem) – Bielecki, szef policji z Jedwabnego. Był tak przyzwoity, że za jego rządów nie było w mieście antysemickich ekscesów.

Dzwonię do Mocarskiego. Ustalamy, że wuj skojarzył mu się z Jedwabnem, ale pracował gdzieś na Białorusi. Mocarski jest niełatwym rozmówcą – po wylewie ma kłopoty z pamięcią, a kiedy zaczyna mówić, trudno mu przerwać, bo popada w dygresje. Czuję, ile pułapek czeka mnie przy uruchamianiu w ludziach pamięci o zdarzeniach sprzed lat.

Gross pisze w Sąsiadach, jak dobrze układały się przed wojną stosunki między Polakami i Żydami w Jedwabnem, powołując się na udostępnioną mu przez Arnold rozmowę z miejscowym aptekarzem: „Wszyscy do siebie tu mówili po imieniu, Icek, Janek, to było raczej takie sielankowe życie tutaj”. Tymczasem Mocarski opowiadał mi, jak działacze narodówki łomami rozwalali żydowskie stragany i jak dla towarzystwa dołączali ludzie z jego wsi, choć do narodówki nie należeli.

Z Jedwabieńskiej księgi… wynika, że Żydzi w Jedwabnem mieli dobre układy z księdzem, ponieważ dostarczali mu po dobrej cenie materiały na budowę kościoła. Rotszyld, który handlował artykułami żelaznymi i był jedynym ich dostawcą w okolicy, opisuje takie zdarzenie: W Radziłowie miał miejsce pogrom, gdzie zginęli także Polacy, postrzeleni przez policję, i zaistniała obawa, że uroczystości pogrzebowe jednego z nich (miał być pochowany w Jedwabnem, bo jego wieś należała do tej parafii) staną się zarzewiem kolejnego pogromu. Rotszyld udał się z interwencją do proboszcza, a gdy ksiądz próbował wyłgać się argumentem, że od porządku jest nie Kościół, tylko policja, Rotszyld miał zapytać: „Czy chce ksiądz, żeby mnie zamordowali tymi samymi prętami, które sprzedałem księdzu na budowę świątyni?!”. I ksiądz dał się przekonać. Nie wystawił zwłok trzy dni wcześniej w kościele i odwołał kondukt żałobny. W zamian Żydzi zobowiązali się nie wychodzić z domów zarówno podczas pogrzebu, jak i później, przez całe Święta Wielkanocne. Na pogrzebie ksiądz ze łzami w oczach apelował o powstrzymanie się od pogromów i przelewu niewinnej krwi. Kilka tygodni później zapobiegł jeszcze jednemu nieszczęściu. Przed dorocznym jarmarkiem przyszła do niego grupa przyjezdnych chuliganów z prośbą o błogosławieństwo, czy też dyspensę, aby mogli sobie „poswawolić z Żydami”. Ksiądz zaprowadził ich do karczmy, gdzie kazał karmić na swój koszt, ile tylko zapragną. Zabronił podawania im alkoholu i polecił po nakarmieniu natychmiast odwieźć ich tam, skąd przyjechali.

13 grudnia 2000

Telefon do Leona Dziedzica do Ameryki. Pytam o braci Laudańskich.

– Osobiście ich 10 lipca nie widziałem, bo mama nie pozwoliła nam wychodzić z domu. Ale słyszałem od takich, którzy widzieli, że brali czynny udział.

15 grudnia 2000

Odwiedzam mego kuzyna Olgierda Wołyńskiego. Oleś książką Grossa nie jest zaskoczony. Mordowanie Żydów przez sąsiadów – Litwinów, Ukraińców, Polaków – było wpisane w możliwy scenariusz zdarzeń.

Matka i ojciec Olesia byli przed wojną działaczami komunistycznej międzynarodówki i pierwsze lata życia Oleś spędził w Moskwie. Gdy rodzice stali się ofiarami Wielkiej Czystki – rozstrzelano oboje w 1937 roku – trafił do domu dziecka, stamtąd do więzienia na Łubiance, wreszcie do łagru (jego losy opisała w Głosie z Gułagu Ewa Berberyusz).

– Na Syberii nie zetknąłem się z antysemityzmem – mówi. – Pierwszy raz antysemickie teksty usłyszałem w 1954 roku, jeszcze w Związku Radzieckim, w Mińsku. W szpitalu, do którego tam trafiłem, pielęgniarki rozmawiały nad moją głową o koleżance, która wychodziła za Żyda: „Ja to bym się wyrzygała, jakbym miała iść z Żydem do łóżka”. Po repatriacji do Polski w 1958 roku w związku z gruźlicą pojechałem do Zakopanego, do domu wczasowego dla milicjantów. Tam zetknąłem się z tym samym żywiołowym, namiętnym, fizjologicznym antysemityzmem. Powtarzano brednię, jak to szef orkiestry Polskiego Radia, który emigrował z Polski, chciał nielegalnie wywieźć kosztowności, więc kazał odlać patelnię ze złota, ale że za bardzo się świeciła, usmażył na niej jajecznicę i zapakował brudną. Celnikowi brudne naczynie wydało się podejrzane. W tej opowieści było wszystko: że Żydzi mają złoto, są cwani i niechlujni.

Oleś, który ma zwyczaj prowadzenia rozmów za pośrednictwem książek, wyciąga ze swojej przepastnej biblioteki Tarasa Bulbę Gogola po rosyjsku i zaczyna tłumaczyć a vista kawałek o karczmarzu Jankielu: „Stopniowo położył łapę na wszystkich okolicznych panach i szlachcicach, wyssał pomału całe ich pieniądze i mocno zaznaczył swą żydowską obecność w tym kraju. W którą stronę nie rzucisz okiem – na odległość trzech mil nie zobaczysz ani jednej porządnej chałupy, wszystko się rozpada, wszystko zrujnowane, wszystko przepite”. – To jest tło, na którym Gogol opisuje kozackie rzezie, palenie żywcem, wrzucanie niemowląt do ognia, rżnięcie piłą. Tak właśnie postrzegano Żydów i w Rosji, i w Polsce, a karmiony tego typu opowieściami lud skory był do urządzania pogromów.

Znów sięga na półkę i podaje mi Dziennik z lat okupacji Zygmunta Klukowskiego. Już pytałam o tę książkę w kilku antykwariatach, wspomina o niej Gross, Adam Michnik wymienił ją na długiej liście lektur, które powinnam przeczytać do tekstu o Laudańskich. Klukowski, lekarz i działacz społeczny na Zamojszczyźnie, dyrektor szpitala w Szczebrzeszynie, w czasie wojny codziennie prowadził notatki. Opisał zachowanie Polaków podczas akcji likwidacyjnej Żydów 22 października 1943 roku: „Gorliwie pomagali, wyszukiwali Żydów, pędzili ich do magistratu lub na posterunek, bili, kopali.

Chłopcy uganiali się za małymi dziećmi żydowskimi, które policjanci zabijali na oczach wszystkich. Wciąż stoją mi przed oczami bici pojedynczy Żydzi, grupy prowadzonych na śmierć i trupy rzucone byle jak na furmanki, posiniaczone, pokrwawione. Sporo mieszkańców miasta bez żadnego wstydu rabowało, co się tylko dało”.

16 grudnia 2000

Jadę do Pisza na spotkanie z Laudańskimi. Wybieram nieco dłuższą drogę, przez Łomżę, żeby przejechać – po raz pierwszy za dnia – przez Jedwabne. Kilometry otwartej przestrzeni, gdzieniegdzie rzadkie kępki drzew – płaski mazowiecki krajobraz uświadamia mi, jak nikła musiała być nadzieja, że uda się skryć przed oprawcami. Co prawda teraz jest zima, wtedy był lipiec, w polu stało niezżęte zboże.

Gdy wjeżdża się do miasteczka od strony Łomży, widać zachowane fragmenty żydowskiego sztetlu. Jego klimat najlepiej oddaje zaułek przy Starym Rynku, z wąskim przejściem między domami i zdartym brukiem. Drewniane, przycupnięte przy ziemi domki, okna niziutko, wszystko maleńkie, wielkie są tylko kałuże topniejącego śniegu. Wystarczyłoby na drzwiach zawiesić chroniące przed złymi mocami mezuzy z fragmentami Księgi Powtórzonego Prawa i można by kręcić film o wydarzeniach sprzed sześćdziesięciu lat.

Chodzę po rynku – dziś placu Jana Pawła II, na który tamtego lipcowego dnia spędzono Żydów. Z planem, który dostałam od Kazimierza Laudańskiego, jadę na miejsce zbrodni. Teren ogrodzony, napis na kamieniu: „Miejsce kaźni ludności żydowskiej. Gestapo i żandarmeria hitlerowska spaliła żywcem 1600 osób 10 VII 1941 roku”. Po drugiej stronie gęste krzaki, ale na mapce mam zaznaczone, że to teren cmentarza żydowskiego. Wchodzę głębiej i widzę, że spod śniegu wystają połamane macewy.

W Piszu bracia Laudańscy już czekają. Siedzimy naprzeciw siebie, pijemy herbatę, jemy piernik domowego wypieku. Kazimierz Laudański i jego bracia to znani w okolicy pszczelarze, klienci przyjeżdżają aż z Niemiec po miód. Bracia, postawni, spokojni, dobrze się prezentujący, mówią swoje kwestie niczym wyuczoną lekcję.

Przypominam sobie słowa świadka z procesu: „Leciał ulicą Laudański Jerzy, zam. Jedwabne, który to powiedział, że już dwóch czy trzech Żydów zabił”.

Jest już czwarta godzina rozmowy i bodaj trzeci kawałek piernika, kiedy przechodzimy do okupacji niemieckiej. 10 lipca 1941 roku Zygmunta Laudańskiego wezwał burmistrz Karolak, rządzący wtedy miastem, aby zreperował mu piec. Jerzy stał pod stodołą, ale oddalony o trzydzieści metrów, przed nim – jak twierdzi – stało wiele innych osób.

Ile mogło być tych osób wokół stodoły? I ilu wśród nich ograniczało się tylko do patrzenia?

Jerzy Laudański opowiada, jak to Karol Bardoń (jeden z oskarżonych w powojennym procesie o zamordowanie Żydów w Jedwabnem) zgłosił się do władz więziennych, że chce zeznać, kto wtedy brał udział w spaleniu Żydów.

– Wiem to od sanitariusza więziennego. Bardoń się odgrażał, że sto osób wsadzi za kratki, a jak dali mu papier i miał zrobić listę, władzę w rękach mu odjęło i mowę, i tak zmarł w więzieniu. „Cud się stał”, komentował ten sanitariusz.

Czy to znaczy, zastanawiam się, że Bardoń mógł wskazać z imienia i nazwiska stu sprawców? Ale nie zadaję prowokacyjnych pytań.

– My nic do Żydów nie mamy, ale dajcie spokój temu rozdrapywaniu ran – ostrzega na pożegnanie Kazimierz Laudański. – A co Żydzi wyprawiali po wojnie w UB? Szkoda mówić, to hańbiące, więc po co sobie nawzajem wypominać?

Słucham ich i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pod ich powiekami rozgrywają się od nowa tamte sceny. Mam zarezerwowany w Piszu hotel, ale decyduję się wracać nocą do domu. Jadę kompletnie pustą, oblodzoną drogą, byle jak najdalej od Laudańskich.

17 grudnia 2000

Gdańsk. Jan Skrodzki przyjeżdża po mnie na dworzec i wiezie do zadbanego mieszkania w bloku, na skarpie pod lasem, gdzie wita mnie wielki kudłaty pies imieniem Czacza i nalewka domowej roboty. Przygotował „szkic orientacyjny tej części Radziłowa, gdzie dokonano zbrodni”, zaznaczając na papierze milimetrowym odległości. Oznaczenia: „Dom rodzinny, z którego widziałem, co działo się na rynku, oraz kolumna Żydów prowadzona do stodoły”, „Droga krzyżowa Żydów”, „Stodoła, w której dokonano zbrodni”.

– To nie Niemcy tego dokonali, ale nasi – zaczyna.

Daję mu świadectwo Menachema Finkelsztejna, które skserowałam w ŻIH-u. Opisane tam sceny są tak porażające, że trudno sobie wyobrazić, by tak mogła wyglądać polska pamięć. Skrodzkiego jednak nic nie dziwi – przeciwnie, precyzuje, uzupełnia. Czytam mu, jak od początku Polacy dołączali do akcji Niemców znęcania się nad Żydami. Zaprzęgniętych do furmanek ludzi zagnano nad bagnistą rzekę koło miasteczka. „Biją Niemcy, biją Polacy. U Żydów płacz i trwoga, a u nich, Niemców i Polaków, radość”.

– Chodzi o Matlak, wąską, płytką strugę – wyjaśnia. – Wzdłuż Matlaka szła łąka, tam gospodarze prowadzili gęsi i kaczki, a pomiędzy strugą a zabudowaniami przy ulicy Nadstawnej była ziemia torfowa i kanały po wykopanym torfie. Tam właśnie zaganiano Żydów.

Jest gotów pod swoim nazwiskiem opowiedzieć o zbrodni na łamach „Gazety”. Rozmawiamy dziewięć godzin, ale nie śmiem zadać narzucającego się pytania: Gdzie był pana ojciec 7 lipca 1941 roku?

18 grudnia 2000

Składam podanie do Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie o udostępnienie mi akt śledztwa przeciwko osobom oskarżonym w 1949 roku o mordowanie Żydów w Jedwabnem.

20 grudnia 2000

Pisz. Jestem umówiona w miejscowym muzeum z Mieczysławem K., jego emerytowanym dyrektorem, który w 1941 roku był nastolatkiem. Dochodziłam do niego sznureczkiem, kierowana od jednej osoby do drugiej. Miał mi przybliżyć sylwetki Laudańskich, ponoć wiele mógłby o nich powiedzieć, sam pochodzi z Jedwabnego, ale kiedy się spotykamy, jest tak zdenerwowany, że niewiele udaje mi się z niego wydobyć. Specjalnie mu się nie dziwię. W muzeum czeka na nas bowiem – niby przypadkiem – wnuczka jednego z Laudańskich. Jak i od kogo dowiedziała się o naszym spotkaniu? Najwidoczniej w tym sznureczku znalazł się ktoś, kto zawiadomił Laudańskich. Mieczysław K. tłumaczy się, dlaczego nie chce ze mną rozmawiać:

– Może ten strach stamtąd wyniosłem, ale też dziś koledzy mnie ostrzegali przed rozmową z panią: „Ty lepiej się do tego nie plącz”.

Wspomina, że latem 1941 roku z chłopakami chodził po żydowskich domach.

– Wszystkie były zajęte i rozgrabione, ale ja szukałem tylko takich blaszek, które wisiały na framugach drzwi. Lubiłem rozwijać to, co było w nich w środku, na skórze, chyba baraniej, zapisane po hebrajsku słowa. Po wojnie, gdy założono muzeum w Piszu, przekazałem im tamte mezuzy.

21 grudnia 2000

Mieczysław K. opowiedział mi, że miał w Zanklewie, niedaleko Jedwabnego, wujka, bogatego rolnika, który przechował żydowską rodzinę z sąsiedniej Wizny, za co po wojnie podpalono mu gospodarstwo. Podał mi jego nazwisko – wujek już nie żyje, ale żyją jego dzieci, które wtedy były na tyle duże, że muszą coś pamiętać.

Jadę tam. Zanklewo to wieś na uboczu, na drodze z Jedwabnego do Wizny. Zadbane, zasobne gospodarstwo, serdeczny gospodarz. Tak, prawda, jego rodzice przechowali krawca z Wizny, jego żonę i dwójkę dzieci. On sam miał wtedy kilkanaście lat i dobrze to pamięta.

– Schowani byli pod podłogą, koło pieca. Nikt o tym nie wiedział, dopiero po wojnie się rozniosło. W 1945 roku partyzanci z nsz pozabierali nam ubrania, krowy, świnie, popalili zabudowania. Zostaliśmy bez dobytku. To był czas, że kto miał się trochę lepiej, zaraz mu to bandy zabierały, więc pewnie myślano, że mamy żydowskie złoto. Ojciec zwrócił się do AK, ich ludzie udali się do tych z nsz, postraszyli, że wywiad mają dobry i rozwalą każdego, kto będzie nam dokuczać. Od tej pory był spokój. Ale biedy człowiek zażył niemało. Za nsz był taki strach jak za Ruskiego czy Niemca, albo i gorszy.

Ten strach najwidoczniej wciąż istnieje, bo przy pożegnaniu mój rozmówca prosi, żebym nie wymieniała jego nazwiska.

Dostaję od niego domowy adres Mieczysława K. Spróbuję z nim jeszcze raz porozmawiać. Wracam pod Pisz. Mieczysław K. przyjmuje moją wizytę bez entuzjazmu, ale za oknami taka zamieć, że trudno mnie wygnać na dwór. W końcu, po trzeciej herbacie, zaczyna opowiadać:

– W 1941 roku miałem dwanaście lat. Niektóre matki nie wypuszczały tego dnia dzieci, ale ja byłem taki, że wszędzie nos wsadziłem. Gdy Polacy chodzili po domach i spędzali Żydów na rynek, słyszało się zewsząd krzyki i płacze, bo brali i dzieci, i starców. Z pałkami ustawiali w szeregi Żydów, a ci nie stawiali żadnego oporu. Nie było ich tysiąc sześciuset, najwyżej tysiąc. Znalazłem się pod stodołą. Tłumu wielkiego wokół nie było, sami mężczyźni, może pięćdziesięciu. Z kolegami stałem trochę z boku. Strach był, że wezmą za żydowskie dziecko i wrzucą w ogień. Było słoneczne lato, wystarczyło trochę nafty i zapałki. Gdy podpalili stodołę, to krzyk trwał, aż się dach zawalił. Józef Kobrzyniecki wrzucał do płonącej stodoły dzieci. To widziałem na własne oczy. A słyszałem, że Kobrzyniecki przewodził tłumem, gdy Żydzi musieli nosić pomnik Lenina, i najbardziej bił, a jeszcze chodził po domach i ukrytych po strychach dorzynał bagnetem. Wymieniano też innych zbrodniarzy: Karolak, Laudańscy, Zejer. Gdy dorosłem, zaraz stamtąd wyjechałem i od tego czasu nie chcę z tym miejscem mieć nic wspólnego.

Zastrzega tylko:

– Proszę pisać o mnie bez nazwiska, żyją Laudańscy, do Pisza jeżdżę na zakupy, spotkałem jednego z nich kiedyś na ulicy, mróz po krzyżu, na co mi to potrzebne.

22 grudnia 2000

Pracę nad książką postanawiam zacząć od Radziłowa, zanim jeszcze o zbrodni tam popełnionej stanie się tak głośno jak o Jedwabnem. Łatwiej mi tam będzie rozmawiać z ludźmi.

Jadę do Marianny Ramotowskiej z domu Finkelsztejn z Dziewięcina koło Radziłowa, uratowanej przez Stanisława Ramotowskiego. O ich istnieniu dowiedziałam się z reportażu Kaczyńskiego. Trafiam do drewnianej, przykucniętej przy strumyku chałupy. Ramotowski od progu zapowiada, że nie będzie rozmawiać, ale jakoś udaje mi się wejść. Zaprosiłam Agnieszkę Arnold, która jest ze swoją ekipą filmową w Jedwabnem, by podjechała do Dziewięcina sfilmować moją rozmowę. Ramotowski początkowo się opiera, „bo ja tu żyję między ludźmi i mogą po mnie przyjść”, ale w końcu i na to się zgadza.

W środku przenikliwe zimno. Jego żona siedzi okutana w kilka swetrów. Malutka, wątlutka, w grubych szkłach. Jeszcze mniej niż mąż chętna do rozmowy. Niedosłyszy. Nie chodzi. To on robi mi herbatę. Zaczynamy rozmawiać, ale on co chwila się wycofuje.

– Żydów pędzili Polacy. Nawet jakbym wiedział kto, tobym za nic nie powiedział. Mnie nie wolno opowiadać. My tu chcemy żyć.

Albo:

– Nie powiem, w jaki sposób załatwiłem z księdzem ślub w czasie wojny, gdy poślubić chciałem Żydówkę. Choćby mnie pani końmi ciągnęła, nie opowiem, bo to rzeczy religijne.

– Nie mów, Stasinku, Boże broń – prosi trzymająca go za rękę żona.

Opowiadam jej, że czytałam w ŻIH-u relację Menachema Finkelsztejna z Radziłowa, pytam, czy to jej rodzina. Choć nazwisko to samo, Ramotowska twierdzi, że nie wie, o kogo chodzi. Nie brzmi to przekonywająco, wydaje mi się raczej, że przeraża ją wszystko, co przypomina jej o żydowskim pochodzeniu.

Kiedy zapowiadam, że przyjadę do nich znów po Nowym Roku, Ramotowski jest wyraźnie zadowolony. Wydaje się czuć osamotniony. Gdy go o to wprost pytam, odpowiada, że w Wąsoszu miał jedną zaprzyjaźnioną rodzinę, ona Żydówka, on Polak, pobrali się w czasie wojny, ale już nie żyją.

28 grudnia 2000

W bibliotece czytam „Sprawę Katolicką”, regionalny tygodnik diecezjalny z lat trzydziestych. Temat Żydów jako największego zagrożenia dla Polski przywoływany jest tam obsesyjnie. Ta pogarda i płynąca z głębi serca uciecha, że z powodu bojkotu ekonomicznego w jakiejś wiosce Żydzi przymierają głodem – ścinają z nóg. Wiedziałam, że Kościół katolicki był przed wojną w przeważającej części antysemicki, ale co innego wiedzieć, a co innego czytać nienawistne teksty w kontekście późniejszej zbrodni.

Rozdział 1Od Żydów Polskę racz oczyścić, Panie

czyli o stosunkach polsko-żydowskich w Jedwabnem i okolicach w latach trzydziestych

Przedstawienie organizacji chalucowej, przygotowującej do życia w Palestynie. Jedwabne, 1922 rok

Jest dziesiąty dzień tiszri 5699 roku albo wedle kalendarza gregoriańskiego 5 października 1938 roku. Jom Kipur, Sądny Dzień, największe żydowskie święto. Tego dnia wszyscy Żydzi idą do synagogi. Przez rynek ciągną tłumy. Następnego dnia żadne dziecko żydowskie w Jedwabnem czy Radziłowie nie pójdzie do szkoły, a sklepiki żydowskie będą zamknięte aż do zmierzchu. Współmieszkańców katolickich nie widać, tego wieczora rozbrzmiewa wyłącznie jidysz. W Jedwabnem matka burmistrza, pani Grądzka, która za Żydami nie przepada, jak co roku stoi oparta o ścianę synagogi na ulicy Szkolnej, wzruszają ją bowiem ich pieśni. Przyszła wysłuchać swojej ulubionej Kol Nidre, modlitwy będącej formą rozgrzeszenia z przysiąg zapomnianych, złożonych pochopnie lub pod przymusem.

Starsze dzieci idą do synagogi i uczestniczą w całodniowym poście, ale maluchy – w wielu domach jest po siedmioro, ośmioro dzieci – oddawane są na ten dzień do polskich sąsiadów. Dostają tam jajka na twardo lub mleko prosto od krowy, piją je z własnego kubka – sąsiedzi respektują to, że żydowskie dzieci mają przestrzegać koszeru. Porozumiewają się z nimi bez problemu, jidysz to język, który słyszą na co dzień: w sklepie, na ulicy, pracując u Żydów. Niektórzy mówią nim całkiem biegle. W Jedwabnem włada dobrze jidysz Bronisław Śleszyński, ten sam, który odda stodołę do spalenia Żydów.

Jest 3 maja 1939 roku, wielka procesja eucharystyczna z okazji święta narodowego. W kościele chór śpiewa: „Przed Twe ołtarze zanosim błaganie / Od Żydów Polskę racz oczyścić, Panie”. Wierni, odświętnie ubrani, wychodzą z mszy, by wziąć udział w przygotowanej przez Kościół z udziałem miejscowych działaczy Stronnictwa Narodowego, potocznie zwanego narodówką, uroczystości. Procesja przechodzi przez ulice wokół rynku, szpalerem po obu stronach idą dziewczynki w bieli, niosąc naręcza kwiatów, pomiędzy nimi mali chłopcy w komżach z dzwoneczkami, za nimi starsza młodzież należąca do Stowarzyszeń Młodzieży Katolickiej Żeńskiej i Męskiej; pochód, który zajmuje całą długość ulicy, zamykają dorośli. Towarzyszy mu orkiestra oraz banderia na rowerach. Na rynku, na schodach kościoła, przemawia zaproszony działacz z Łomży. Mówi o dzisiejszej Polsce, zdominowanej przez obcy element, i Polsce jutra, kiedy to naród wyzwoli się z niewoli międzynarodowej żydowskiej finansjery, a Polak będzie kupował tylko u Polaka. Ramię w ramię z gościem stoi ksiądz proboszcz, też działacz Stronnictwa. Zebrani rozwijają transparenty: „Chłopi i robotnicy do handlu – Żydzi do Palestyny i na Madagaskar”, „Grosz obcemu – krzywda narodu”, „Oczyszczamy Polskę z żydów”1. Wznoszą okrzyki, i śpiewają:

Ach, Polsko kochana,

masz ludu miliony,

jeszcze żydami

kraj twój zapełniony.

Powstań, orle biały,

bij żydów szponami,

żeby nie były

naszymi panami2.

Żydowscy mieszkańcy miasteczka tego dnia nie wychodzą z domów, nie wypuszczają dzieci. Nazajutrz w rozmowach będą się cieszyć, że nie było tak źle: coraz bardziej pijana banda z narodówki, która do późnego wieczora, przy akompaniamencie akordeonu śpiewała patriotyczne pieśni i skandowała „Bij Żyda!”, wybiła tylko kilka szyb w ich domach.

1

Choć żydowscy i chrześcijańscy mieszkańcy Radziłowa czy Jedwabnego nie różnili się tak bardzo na co dzień wyglądem (na tych terenach chasydzi byli rzadkością, Żydzi chodzili ubrani bardziej „po miejsku”, a starsi nosili kapelusze), choć ich dzieci najczęściej chodziły do tej samej szkoły (w Jedwabnem nie było oddzielnej szkoły żydowskiej, w Radziłowie była, ale płatna i mało którą rodzinę było na nią stać), choć często mieszkali drzwi w drzwi w tych samych budynkach, choć zdarzały się przyjazne stosunki między dziećmi, sąsiadkami, wspólnikami w interesach – żyli życiem oddzielnym, mówili innymi językami. Żydzi, szczególnie młodsi, radzili sobie dobrze z polskim, ale językiem domowym był jidysz. Przestrzeganie przez Żydów koszernej kuchni wykluczało wzajemne zapraszanie się do domów na poczęstunek. Dzieci żydowskie po szkole jeszcze często uczyły się hebrajskiego i historii Żydów, a także pomagały rodzicom w warsztacie czy sklepie. Dzieci polskie po lekcjach szły pomagać w polu (nawet mieszkańcy miasteczek zwykle mieli pole, krowę, świnie), często zresztą z tego powodu kończyły edukację po kilku klasach.

Życie społeczne i kulturalne biegło oddzielnymi torami. Jeszcze zaraz po I wojnie było trochę wspólnych działań, pikników, uroczystości inicjowanych przez Ochotniczą Straż Pożarną, Związek Strzelców i Związek Rezerwistów, ale Żydzi spotykali się często z niechętną reakcją Polaków, a w drugiej połowie lat trzydziestych zostali wprost z tych organizacji wyrzuceni. Życie katolików skupiało się wokół parafii i świąt kościelnych oraz wokół imprez organizowanych przez Stronnictwo Narodowe, co w sposób oczywisty wykluczało z nich Żydów.

Na tym terenie obie społeczności w dziewięćdziesięciu procentach, jeśli nie więcej, składały się z ludzi biednych i bardzo biednych3. Mosze Rozenbaum z Radziłowa, który w kwietniu 1939 roku wylądował w Australii, wspominając w swoim pamiętniku lata trzydzieste, pisał, że z głodu budził się w nocy i nie był w stanie skupić się na lekcjach w szkole. Zimą wychodził na dwór i brał do ust garść śniegu, żeby oszukać ssanie w żołądku4.

A jednak to Żydzi byli mniejszymi biedakami, to oni zatrudniali u siebie Polaków – kobiety do pomocy w domu, mężczyzn w warsztatach. Zaś szabatowy czulent często był najpożywniejszym daniem, jakie dziecko polskich sąsiadów miało okazję zjeść w ciągu tygodnia, przynosząc w sobotę wieczór żydowskiemu koledze zeszyty. Kiedy powiedziano katolickim sąsiadom, że przyczyną ich biedy są Żydzi, wielu bez trudu uwierzyło.

Morris Atlas, dawniej Mosze Atłasowicz, który wyjechał z Radziłowa przed

I wojną, zza oceanu w drugiej połowie lat dwudziestych zapytał ojca w liście, czy ma wrócić, wspomóc go na stare lata. Odpowiedź ojca była krótka: „Zostań lepiej tam, gdzie jesteś. To nie jest dobry kraj dla Żydów”.

2

Opowieści – spotykane zresztą i wśród katolików, i żydów – o tym, jak świetnie układały się ich stosunki przed wojną, można tłumaczyć u pierwszych potrzebą zamazywania win, u drugich zaś – nostalgicznym upiększaniem czasów młodości. Gdy w latach trzydziestych przez Europę przetaczała się fala antysemityzmu, mieszkańcy Jedwabnego i okolic dorównali europejskim standardom. Można nawet powiedzieć, że szli w awangardzie. Łomżyńskie było matecznikiem endecji od więcej niż stu lat. Najpotężniejsza siła polityczna w tym regionie – Obóz Wielkiej Polski z Romanem Dmowskim na czele – która motywem przewodnim swej działalności uczyniła walkę z Żydami, przeobraziła miasteczka tej części Polski, w której rządziły bieda z zacofaniem, w miejsca tętniące społeczną aktywnością. Zawołanie „Bij Żyda!” mobilizowało młodzież, wstępującą do faszyzującego Ruchu Młodych tego obozu.

– Podwórko rabina sąsiadowało z podwórkiem kierownika szkoły, a ja przyjaźniłam się z jego córkami – opowiadała pochodząca z Radziłowa Halina Zalewska. – Z góry, z dachu, patrzyłyśmy, kiedy rabin idzie do wychodka, trzymałyśmy drzwi otwarte i przezywałyśmy go, nie dając się załatwić. On był jak szczur, ślepia czarne, a jego żona wychodziła do nas: „Oj panna, nieładnie, ja się tatusiowi pokłonię i powiem”. Lubiłyśmy rabinowi dokuczać. Tak samo jak

Żydówce Psachtowej. Prowadziła sklep, a że niedowidziała, dzieci przychodziły po pestki czy landrynki i zamiast pieniędzy dawały jej guziki.

Mieszkający przed wojną w Wiźnie Jan Cytrynowicz, który został ochrzczony, zapamiętał, jak przed żydowskim Świętem Kuczek, kiedy jedno pomieszczenie musi mieć otwarty dach, na zebraniach młodzieżowej organizacji przykościelnej chłopcy namawiali się, żeby wpuszczać tam koty. Jan Skrodzki pamiętał, że jego starsi koledzy łapali wrony i wrzucali je do synagogi w czasie modłów. Wtedy nie było światła elektrycznego, Żydzi modlili się przy świecach, wrony leciały do światła i świeczki gasły. Stanisławowi Przechodzkiemu, urodzonemu w Jedwabnem już po wojnie, matka wspominała z niesmakiem, jak grupy młodzieży chodziły w szabat z harmonią pod żydowskie domy zakłócać im święto, jak zabierano jarmułki Żydom i żądano po złotówce albo po dwa złote za zwrot. Mówiła, że prym w tym wiodły „Laudańszczaki”, czyli bracia Laudańscy.

Nie byłoby znów nic strasznego w tych marnych wygłupach – dzieciarnia i młodzież łobuzowały jak świat światem – gdyby nie to, że przyuczały do poczucia pogardy dla Żydów i niechęci do nich, a uczucia te konsekwentnie wzmacniano w procesie wychowawczym.

– Pamiętam, jak Kazimierz Laudański stał przed sklepem żydowskim i zabraniał robić tam zakupy – opowiadał mi Jakow Cofen vel Geva z Jedwabnego (wtedy nazywał się Jakub Pecynowicz).

– W polskiej piekarni za pięć groszy dawali dwa obwarzanki z gorszej mąki, podczas gdy w żydowskiej za trzy grosze – zapamiętał Leon Dziedzic z Jedwabnego – ale kiedy do niej zachodziłem, stało dwóch z pałą i wskazywali: „Tam jest polski sklep”.

Chaja Finkelsztejn z Radziłowa opisywała w swoim pamiętniku, że pod koniec lat trzydziestych klienci wchodzili tylnymi drzwiami do żydowskich sklepów, bo bali się wejść od frontu.

Jan Cytrynowicz wspominał, jak znajomy jego ojca opowiadał, głośno się przy tym śmiejąc, jak to do jego rodzinnej wsi przyszedł Żyd z handlem obwoźnym, miejscowi chłopcy wcisnęli mu w usta niekoszerną kiełbasę, a on się tak przed tym bronił, że aż leciała mu krew.

Profesor Adam Dobroński, historyk specjalizujący się w Białostocczyźnie, przytaczał mi anegdotę, jak to Stronnictwo Narodowe ogłosiło w jednej z okolicznych wsi, że funduje nagrodę – owies dla dzielnego konia, który kopnie Żyda.

Szmul Wasersztejn we wspomnieniach, które podyktował przed śmiercią w Kostaryce, mówił, jak ciężko mu było żyć w kraju, w którym „połowa mieszkańców uważa cię za nędznego Żyda, szczura, krzyczą, żebyś wynosił się do Palestyny, ubliżają ci i rzucają kamieniami w twoje okna”, w kraju, w którym „bandy niegodziwców sprawiają lanie żydowskim dzieciom pod byle pretekstem, każą klękać, zdejmować czapki”. I jak upokarzały go pouczenia ojca, aby jako Żyd zawsze schodził z chodnika, gdy przechodzi ksiądz albo wojskowy.

1 Szkoła żydowska Tarbut w Radziłowie. Lata trzydzieste

2 Młodzież z organizacji chalucowej. Jedwabne, 1930 rok. Blisko piętnaściorgu z nich udało się przed wojną wyjechać do Palestyny

Jan Sokołowski, pochodzący z Jedwabnego, na moje pytanie o relacje polsko-żydowskie przed wojną przedstawił mi swój punkt widzenia:

– A jakie mogły być, skoro Żydzi wszystkie cięższe zawody, jak ciesielka, murarstwo zostawiali Polakom, a sami tylko czapki robili albo młynarzami byli, albo brali się za handelek? Bułeczka była pięć groszy u Polaka, a u Żyda dwa grosze, to jak tu mówić o konkurencji? Do kościoła w niedzielę szło się z batem od konia, boby bat ukradli, taka była bieda. A jak bieda, to do Żyda. Na kredyt można było brać, Żyd wpisywał do zeszytu i już miał Polaka w garści. Rolnik to aż zmuszony był czasem krowę sprzedać, żeby Żydowi pieniądze oddać.

3

Słowo „rewolucja” w odniesieniu do pogromu, który miał miejsce 23 marca 1933 roku w Radziłowie, usłyszałam od kilku rozmówców. Używali go za każdym razem z pozytywną konotacją, że miała to być rewolucja narodowców, wstęp do przejęcia przez nich władzy.

– Mówiono: rewolucja – Halina Zalewska wspominała zdarzenie, które poruszyło całe miasteczko. – Strzelanina, okna powybijane, okiennice pozamykane, kobiety piszczały, uciekały do domu.

– Kuzyn mego ojca, który woził na targ gliniane garnki, został podczas tej rewolucji ranny – opowiadał inny mój rozmówca. – Leżał u nas na szlabanku, to była ówczesna wersalka: w dzień ława, nocą rozkładało się ją i w środku był siennik ze słomy. Felczer Jan Mazurek próbował mu pomóc, ale on i tak zmarł.

– Powybijane okna na rynku, poprzewracane beczki ze śledziami – zapamiętał kolejny świadek. – Czterech chłopa w tę rewolucję zastrzelili, a ilu wsadzili do paki. Trzymali ich w „Czerwoniaku” w Łomży, dawnym carskim więzieniu, potem wozili do biskupa, żeby za darmo u niego robili.

Jedynie Stanisław Ramotowski, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, nazwał rzecz jasno pogromem.

– Widziałem, jak bojówka okna biła Żydom. I jak policjanci zabili człowieka, co wywalił Żydowi beczkę ze śledziami. Ci z narodówki to nie byli chłopcy, to byli dorośli ludzie, ci sami, którzy stali na rynku z łomami przed sklepami żydowskimi. Kilku z nich widziałem w akcji jeszcze nieraz.

Byli to członkowie Obozu Wielkiej Polski, organizacji, która miała własne bojówki, wynik sojuszu chłopsko-inteligenckiego. Wiejscy chłopcy pod batutą inteligenckiej młodzieży z Łomży jeździli furmankami od miasteczka do miasteczka, urządzając antyżydowskie burdy. Apogeum działalności OWP przypada właśnie na marzec 1933 roku. Dojście Hitlera do władzy (styczeń 1933 roku) otworzyło całkiem nowe perspektywy – okazało się, że hasła antyżydowskie, głoszone dotąd zarówno w Niemczech, jak i w Polsce przez jedno ugrupowanie, mają szansę stać się obowiązującą ideologią państwową… OWP zorganizował akcje w różnych częściach Polski, a na tych terenach do największego pogromu doszło w Radziłowie.

Ten pogrom wspominał po latach Mosze Rozenbaum. Najpierw opisywał cotygodniowy czwartkowy targ. Kupcy żydowscy z pobliskich miasteczek przywozili szuby baranie, buty z cholewami, beczki solonych śledzi. Polscy chłopi sprzedawali pszenicę, żyto, jęczmień i owies. Drobni kupcy żydowscy, głównie ze Szczuczyna, wykupowali całe to zboże i sprzedawali dalej do Prus. Tego dnia po wyjściu ze szkoły zobaczył zdemolowany rynek, po tym jak „chłopi z okolicznych wsi najechali Radziłów uzbrojeni w żelazne łomy i drewniane pałki i zaatakowali Żydów”. Chaja Finkelsztejn zapamiętała, że od rana ciągnęły, jak każdego tygodnia, fury na targ. Ale tym razem nie były wyładowane towarami. Siedzieli na nich chłopi zaopatrzeni w kłonice i drągi. Po pogromie w oknach żydowskich domów nie została ani jedna cała szyba.

„Przegląd Łomżyński” – tygodnik Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, który prowadził ostry spór z narodowcami, relacjonował z oburzeniem zajścia, a w kolejnym numerze informował: „Zmarła ofiara zbrodniczej działalności Obozu Wielkiej Polski Chana Sosnowska”.

Była żoną jedwabieńskiego szewca, mieszkała drzwi w drzwi z rodziną Wasersztejnów, przyjaźniła się z matką Szmula. Pamiętał ją Meir Ronen, wówczas Meir Grajewski, z Jedwabnego.

– Wracając ze szkoły, zobaczyłem furmankę, a na niej kobietę oblaną krwią. To była Chana Sosnowska z ulicy Przytulskiej, która co czwartek jeździła z butami na targ do Radziłowa.

Pamiętał ją rabin Jacob Baker, wówczas Jakub Piekarz, z Jedwabnego. Zamawiał u niej kilka razy buty, a po pogromie odwiedzał ją w szpitalu. Uczył się w jesziwie w Łomży, więc poproszono go, by zajrzał do rannej, pamiętał, że był wyjątkowo upalny kwiecień i że ją wachlował. Uczestniczył w jej pogrzebie. Wspomniał też wcześniejszą śmiertelną ofiarę antysemityzmu z Jedwabnego.

– To był 1932 rok. Usłyszeliśmy krzyk, znaleźliśmy w stawie Moszego Laskę. Wykryto sprawców, przyznali, że to zrobili dla zabawy. Mosze szedł gdzieś w sprawie biznesu i zamiast biznesu miał własny pogrzeb.

Dokładny przebieg pogromu w Radziłowie znany jest z raportu sporządzonego przez Wydział Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku. Policja prewencyjnie zatrzymała w radziłowskim areszcie członków Obozu Wielkiej Polski. Tłum wtargnął do aresztu i ich uwolnił. Bojówkarze demolowali żydowskie stragany, bili Żydów. Z tłumu padły strzały i zaatakowana policja użyła broni. Na miejscu zmarło dwóch uczestników pogromu, a kolejnych dwóch później w wyniku odniesionych ran5.

Skazano siedemnastu sprawców na kary od trzech miesięcy do dwóch i pół roku w zawieszeniu. Józef Przybyszewski, redaktor naczelny bojówkarskiego organu „Młodzi owp” wychodzącego w Łomży, został uznany za moralnego sprawcę pogromu w Radziłowie i skazany na dwa lata więzienia, ale Sąd Apelacyjny w Warszawie go uniewinnił.

Komentując wypadki w Radziłowie, wojewoda białostocki składał sprawozdanie do Warszawy (z nadrukiem „tajne i b. pilne”): „owp zagraża w sposób wybitny porządkowi i bezpieczeństwu publicznemu. Spotyka się z całkowitym poparciem kleru… OWP na terenie białostockiego jest częścią składową Stronnictwa Narodowego, zaopatruje się w legitymacje SN itp., jest inspirowaną awangardą sn”.

Minister spraw wewnętrznych rozwiązał organizację. Ale na niewiele się to zdało. Administracyjne decyzje urzędników w dalekiej Warszawie mogły co najwyżej lekko pokrzyżować szyki narodowcom, to oni jednak rządzili w okolicy. Działacze młodzieżówki OWP zasilili szeregi Stronnictwa, przekształcając rozwiązane formalnie komórki w Sekcje Młodych SN i powodując dalszą radykalizację Stronnictwa w sprawie „rozwiązania kwestii żydowskiej”6.

To z inspiracji Sekcji Młodych SN – jak opisuje historyk regionu Henryk Majewski – jesienią 1934 roku doszło w wielu miejscowościach Łomżyńskiego do tak zwanych strajków szkolnych, czyli do bojkotu przez dzieci zajęć prowadzonych przez żydowskich nauczycieli połączonego z zebraniami protestacyjnymi rodziców przed budynkami szkolnymi.

W następnych latach coraz częściej przechodzono od słów do czynów. W kolejnych miasteczkach powtarzał się ten sam scenariusz co w Wysokiem

Mazowieckiem we wrześniu 1936 roku: „W czasie targu pobito i pokłuto nożami żydowskich kupców, wielu uciekło, zostawiając towar bez opieki, towary zrabowano”. W Radziłowie w każdy targowy czwartek bojówki wywracały stragany i biły Żydów.

Oto typowe raporty Wydziału Bezpieczeństwa z lata 1936 roku: Podczas jarmarku w Długosiodle wybito pięćdziesiąt jeden szyb, rozrzucono piętnaście straganów, poturbowano pięciu Żydów. We wsi Wyszonki Kościelne w nocy wybito czterysta siedemdziesiąt cztery szyby, porąbano siekierami siedemnaścioro drzwi, rozbito dwa sklepy, rozrzucając towary, lekko potłuczono kamieniami dwie osoby. Delegat Stronnictwa z Warszawy na spotkaniu w Łomży polecił tworzyć specjalne bojówki, które po przeszkoleniu użyte zostaną wyłącznie do walki z Żydami. „Młodzież wiejska – zdawano sprawę – ogarnięta hasłem »Bij Żyda« propagowanym namiętnie wszędzie i na każdym kroku przez Stronnictwo Narodowe, a także z ambony, popadła w niebezpieczną psychozę zagrażającą bezpieczeństwu publicznemu. Coraz więcej jest wystąpień spontanicznych i samorzutnych przeciw Żydom”.

Raporty takie pod nazwą Sprawozdania sytuacyjne z ruchu politycznego polskiego i życia społeczno-politycznego mniejszości narodowych