Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Autor, muzykolog i filozof, prof. K. Lipka, omawia terapeutyczne walory muzyki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 133
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Krzysztof Lipka – dr hab. filozofii, prof. emerytowany UMFC; muzykolog, historyk sztuki, pisarz, poeta; w latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym Złoty Mikrofon 1992). Autor ponad dwudziestu książek, w tym tomików wierszy (Usta i kamień 1992, Elegie moszczenickie 2000, Kasztanów Dwadzieścia 2003, Kartka moich słów. Ody z Gaucin 2024, Stereometria opon 2024), zbiorów opowiadań (Wariacje z fletem 1989, Technika własna 2007), powieści (m.in. Pensjonat Barataria 1993, Statek szaleńców. Dziennik pokładowy 2020), esejów (m.in. Słyszalny krajobraz 2003, Miasta i klucze 2005), baśni dla dzieci (Laura na Zamku Godzin 2012, Niesłychana przemiana Marszałka Bimbusa 2018), książek naukowych (m. in. Abstrakcja i przestrzeń. Szkic o ekspansji myśli i sztuki 2017, Świętość i brzmienie. Muzyka w Biblii 2022) oraz ponad trzystu artykułów z zakresu kultury, sztuki, estetyki. Zajmuje się estetyką filozoficzną, szczególnie ontologią dzieła muzycznego, korespondencją sztuk, abstrakcją w sztuce i związkami sztuki z etyką.
Muzyko, ty jesteś jak zdrowie… Medycyna i muzyka - muzykolecznictwoKrzysztof Lipka.
Recenzja dr hab. Alicja Gronau-Osińska, prof. UMFC
© 2025 by Wydawnictwo Naukowe SILVA RERUMAll rights reserved
Redaktor prowadzącydr Paulina M. Wiśniewska
ISBN 978-83-67222-89-1 – książka w miękkiej oprawieISBN 978-83-67222-90-7 – publikacja elektroniczna online lub do ściągnięcia
Korektadr Sebastian Surendra
SkładStudio StrefaDTP
Projekt graficzny okładkiStudio Graficzne SILVA RERUMZdjęcia na okładcegrafika Studio Graficzne SILVA RERUMZdjęcie we wnętrzuAdam Gut
Doktor Hannie Dmeńskiej z przyjaźnią
Książka ta powstała w zasadzie przypadkiem, nie miałem jej w planach. Temat „muzyka i medycyna” co prawda zawsze mnie interesował (jak i wszystko, co dotyczy muzyki), lecz wiele lat temu napisałem na ten temat niewielki artykuł, który ukazał się w dwóch czasopismach („Muzyka21”, nr 6 z listopada 2000, oraz „CANOR”) i wydawało mi się wówczas, że niewiele więcej da się z niego wycisnąć. Mijały lata, wykładałem na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina kilka przedmiotów humanistycznych związanych z muzyką lub sprofilowanych pod kątem muzyki, aż płynący czas doprowadził nas do pandemii COVID-19. Spotkania ze studentami stały się niemożliwe, a ja stawiłem opór wygłaszaniu wykładów do ekranu komputerowego. Nie jestem ogólnie rzecz biorąc entuzjastą elektroniki, korzystam z niej tylko tyle, ile bezwzględnie muszę, a w skuteczność wykładów wygłaszanych online nie wierzę.
Zaproponowałem wówczas moim zwierzchnikom, że zamiast wykładów będę zadawać studentom tematy do napisania samodzielnej pracy. Tych prac było kilka, ale jedna z nich przeszła moje najśmielsze oczekiwania, mianowicie bardzo ogólnie sformułowany temat Muzyka i medycyna. Nie spodziewałem się zwykle po studenckich pracach szczególnych rewelacji, a tu tymczasem zostałem mile – i to jak! – zaskoczony. Otrzymałem 47 tekstów, z których dosłownie każdy był wart uwagi, a niektóre wprowadziły mnie w zdumienie. Nie przypuszczałem, że w ciągu kilkunastu lat, które upłynęły od czasu moich zainteresowań tym tematem, związki muzyki z medycyną do tego stopnia się rozrosły! Dowiedziałem się od moich studentów, że żyję w XXI wieku! Moje poprzednie ujęcie tego tematu było ściśle historyczne, a teraz okazuje się, że na każdym kroku medycyna współpracuje z muzyką, a perspektywy przyszłości tej współpracy wydają się nieograniczone. Niektóre z informacji podawanych przez autorów prac seminaryjnych wydały mi się wręcz niewiarygodne, bajeczne.
Szkice moich byłych studentów nie są pracami naukowymi, nie mogłem tego wymagać od słuchaczy artystycznej uczelni. Moi podopieczni nie przeprowadzili głębszych badań nad tematem, ich wiedza pochodzi ze źródeł internetowych. Ale tym bardziej efekt tych studenckich kwerend wart jest publikacji, gdyż całkowite, pełne naukowe opracowanie tematu „muzyka i medycyna” byłoby już dzisiaj chyba trudne nawet dla specjalistów. Oczywiście także dla mnie.
Mijały dalsze lata, a ja wciąż myślałem, że warto by wiedzę zawartą w zebranych przeze mnie studenckich tekstach jakoś wykorzystać, żeby to wszystko nie poszło na marne. Przypadkiem wspomniałem o tym w cyklu internetowych wywiadów przeprowadzanych ze mną na najróżniejsze tematy przez doktor Paulinę Wiśniewską dla poznańskiego Wydawnictwa Naukowego Silva Rerum, które ukazały się potem w zbiorze zatytułowanym Między dobrem a złem. I nagle, ku mojej radości, Wydawnictwo zaproponowało mi opracowanie na podstawie studenckich prac (i moich własnych uwag) niewielkiej książki na temat korelacji muzyki i medycyny. Nie było to proste zadanie, bo należało wszelkie informacje podane przez moich studentów, w tym nieraz i bardzo drobne, wybrać, skoordynować i ułożyć w pewną spójną całość. Mam nadzieję, że wyszło to nie najgorzej.
Całość zatem składa się z trzech bloków. Pierwszy to mój stary esej Muzyko, ty jesteś jak zdrowie…, publikowany już swego czasu, lecz teraz rozbudowany co najmniej w dwójnasób, z dodatkiem krótkiego omówienia tarantyzmu oraz sylwetek wybranych postaci, najciekawszych bodaj dla naszego tematu. Potem następuje część napisana w zasadzie przez studentów, w mojej redakcji i z moim słowem wiążącym. I na koniec dwa dodatki, gdzie wracam do swoich dawniejszych szkiców, do przeredagowanego tekstu audycji radiowej nagrodzonej na międzynarodowym konkursie w Brnie i artykułu opublikowanego swego czasu w „Kwartalniku Filmowym”. Oba te teksty zostały odpowiednio do tematu książki skrócone i przekształcone.
Na koniec niniejszego słowa wstępnego pragnę gorąco podziękować wszystkim moim byłym studentom, którzy wzięli udział w zbieraniu informacji do prac seminaryjnych na temat muzyki i medycyny – bez nich ta książka by nie powstała, to właśnie oni, obecnie już absolwenci Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, są jej głównymi autorami. Lista ich nazwisk uzupełnia ten wstęp.
Dziękuję też serdecznie Pani Doktor Paulinie Wiśniewskiej, bo bez jej czujnego redagowania wspomnianej książki, grupującej moje wywiady, propozycja wydania tego tomiku by nie padła.
A oto pełna lista współautorów tej książki, byłych studentów UMFC, Pań i Panów:
Olga Babiarz Wojciech Bafeltowski Maria Banaszak Michalina Barcikowska Piotr Chromiński Klaudia Ciostek Maja Dereń Julia Dobrowolska Maciej Dobrzyński Zofia Dróżdż Aleksandra Gargas Jakub Grott Zuzanna Hołda Adrianna Jakubowska Zuzanna Jurczak Piotr Karczmarczyk Weronika Karwowska Aleksander Kowalak Wiktoria Krużyk Mateusz Krzyżowski Karolina Kwolek Nikodem Legun Sarah Lindblom Jan Łosoś Szymon Łuniewski Agnieszka Nawrot Adam Ostrowski Bartłomiej Pietrzak Paweł Piętka Katarzyna Piznal Marta Piznal Piotr Rościszewski Marta Skiba Magdalena Skwierczyńska Sylwia Spodobalska Aneta Stefańska Marta Styczek Michalina Szczepkowska Magdalena Szuba Katarzyna Tarkowska Piotr Tchórzewski Jan Tomaszuk Adrianna Wadoń Damian Wójtowicz Joanna Wydmuch Weronika Wyka Martyna ZychNikt już dzisiaj nie może wątpić, że muzyka zawsze stanowiła wielką pomoc nie tylko w zachowaniu zdrowia, ale także w zwalczaniu wszelkich słabości. Muzyka bowiem przystoi każdemu wiekowi i każdej kondycji; tylko ona jest w stanie pośród wrzawy narzucić ciszę, to ona rozwesela samotnych i raduje nieszczęśliwych, rozpraszając chmury, które zasnuwają ich umysły; to muzyka jest duchem wszystkich świąt, to ona oddala smutek, nudę i troskę – oto powody, dla których starożytni czcili Apolla nie tylko jako boga muzyki, ale także jako boga medycyny. To muzyka przemienia smutek w radość, obawę w ufność, okrucieństwo w łagodność, to muzyka rozbraja nieulękłych i dumnych. Nawet najbardziej drapieżne zwierzęta, skoro odczują posmak słodyczy czy przyjemności, odnajdują w sobie pewien rodzaj śpiewu, który jest im w takich razach właściwy. I tak też jest z narodami: stopień ich barbarzyństwa najlepiej odkrywa się przez lekceważenie, jakie okazują muzyce.
Francois-Nikolas Marquet, Méthode pour apprendre par les notes de la musique à connaître le pouls de l’homme et les changements qui lui arrivent, Nancy 1747.
Jedną z ról, jaką przysądzano muzyce od najdawniejszych czasów, jest umiejętność zwalczania rozmaitych cierpień i zdolność leczenia licznych chorób. My dzisiaj nie wątpimy w to, że muzyka może pokonać rozmaite dolegliwości, doceniamy jej walory terapeutyczne, znamy wyniki badań dotyczących wpływu muzyki na rytm serca, tętno, sen etc. Wciąż jednak wielu z nas odnosi się sceptycznie do rzekomych zdolności radykalnego i niewątpliwego usuwania muzyką rozlicznych chorób. Boimy się poglądów zbyt ekstremalnych i wolimy okazywać powściągliwość w tych kwestiach. Całe wieki jednak postępowano inaczej.
Zanim postaramy się dokładniej prześledzić zapatrywania na temat współdziałania medycyny i muzyki, musimy uczynić jeszcze inną uwagę. Wyjdźmy od następującego porównania: Kiedy przybywamy do średniowiecznej katedry na mszę, kiedy wznosimy w niej modły, katedra przez to nie przestaje być dla nas dziełem sztuki. Nie myślimy o niej wówczas w tych kategoriach, ale w zasadzie jedno drugiemu nie przeszkadza; a nawet więcej: walory estetyczne katedry pomagają w osiągnięciu wyższego duchowego nastroju. Utwór muzyczny zachowuje się jednak odwrotnie, użyty jako metoda terapeutyczna, zastosowany w lecznictwie, całkowicie przestaje być dziełem sztuki dla tych, którzy go w celach medycznych używają. Ani leczący muzyką, ani tym bardziej leczony, nie traktuje sonaty jako dzieła sztuki, nie poszukuje bowiem artystycznego piękna w tym, co jest dlań wyłącznie medykamentem, estetyczne walory wydają się w terapii zbędne. Tymczasem dla kogoś usytuowanego poza tym terapeutycznym obiegiem kompozycji tak zastosowana sonata nie traci swych niezbywalnych cech i dalej pozostaje dziełem sztuki. To jest różnica wynikająca nie ze specyfiki samej muzyki, lecz z przeciwstawienia: zdrowy – chory i ze wszystkiego, co z tego wynika; przede wszystkim z praktycznych różnic w podejściu konkretnych grup zawodowych do tego zagadnienia. Jednak czysto estetyczny stosunek miłośników muzyki do przedmiotu ich zachwytów bynajmniej nie usuwa dobroczynnego działaniu muzyki na ich zdrowie wewnętrzne i zewnętrzne, przeciwnie, pomaga im tak samo w utrzymaniu zdrowia, nawet bez ich woli i wiedzy. Pamiętajmy o tym, że muzyka dobroczynnie działa na wszystkich, a na chorych pozytywnie, leczniczo, jeszcze dodatkowo!
Warto zwrócić uwagę na fakt, że powiązania muzyki z medycyną są stare jak świat i w takiej czy innej formie pojawiały się we wszystkich znanych nam kulturach od najdawniejszych czasów. Władysław Szumowski w swej słynnej Historii medycyny1 przypomina o obrzędach, tańcach, korowodach, wypędzaniu demonów, zaklęciach i innym czarodziejstwie, a także „zabiegach krwawych i bolesnych”2, porodach, najdawniejszych operacjach chirurgicznych, składaniu ofiar, modlitwach, w czynnościach wychowawczych,
Pogląd o dobroczynnym wpływie muzyki na zdrowie człowieka wywodzi się z zamierzchłych czasów. Stary Testament opowiada o tym, jak Dawid grą na harfie łagodził depresje psychiczne i gniew Saula; i tak się składa, że ten akurat rodzaj terapeutycznej roli muzyki nigdy nie był kwestionowany; stosuje się go do dziś. Niewykluczone, że informacja o pozytywnym wpływie muzyki na stany psychiczne zawarta w Starym Testamencie jest w ogóle najdawniejszym zapisem dotyczącym leczniczego działania tej sztuki, a na pewno stała się – ze względu na powagę i szeroki zasięg oddziaływania Pisma Świętego – jednym z głównych źródeł trwałości pozytywnych zapatrywań na lecznicze własności muzyki, a w pewnym sensie nawet gwarantem ich prawdziwości.
W starożytności za boga muzyki i zarazem medycyny uznawany był Apollo, który jako lekarz bogów nosił nawet specjalne imię – Pajana. Od Pitagorasa, Platona i Arystotelesa wywodzą się poglądy o medycznej przydatności sztuki dźwięków; nie jest wykluczone, że średniowieczni interpretatorzy w ten właśnie sposób odczytali tak świetnie zaobserwowaną i z pietyzmem podnoszoną przez starożytnych etyczną rolę muzyki. Odpowiedniość muzyki do najrozmaitszych sytuacji życiowych, jej przydatność w religijnym kulcie, w procesie wychowania, jej walory stymulujące zachowania społeczne, wreszcie jej działanie jako katharsis, sprzyjały rozwojowi poglądów o koniecznym dla zdrowia uprawianiu i odbiorze muzyki, a zatem – również o jej zdolności do zapobiegania chorobom i leczenia rozmaitych dolegliwości. Te tak w sumie różne sprawy i różne zdolności przysądzane muzyce w tym wypadku leżą o krok od siebie. Empedokles – powtarzam za Władysławem Szumowskim – „uleczył muzyką szaleńca, który, ozdrowiawszy, stał się jego najwierniejszym uczniem”.
Teofrast pisze: „Chorzy na rwę kulszową do końca życia wolni będą od tej choroby, jeżeli ktoś na miejsce schorzałe nagra na aulosie skalę frygijską”3; w późniejszych wersjach tego przepisu można się spotkać z dodatkiem, że grać należy „długo i żałośliwie”. Jamblich (III/IV wiek) twierdzi: „Muzyka wielce przyczynia się do zdrowia, jeśli się nią w należyty sposób posługiwać”4. Cassiodor (VI wiek) uważa, że główne zadania muzyki to jej rola hedonistyczna, lecznicza, ekspresyjna i alegoryczna.
Cytuję Szumowskiego: „Razes (właściwie po arabsku: Abu Bekr Muhammed Ben Zakarijja El-Razi) żył w drugiej połowie IX i pierwszej X w. Zajmował się najpierw filozofią, językami, grą na cytrze i śpiewem i jako muzyk wyrobił sobie nawet pewną sławę. Ale sława ta nie wydawała mu się dość szlachetną i dlatego, mając lat 30 zaczął studiować medycynę […] nazywano go arabskim Galenem”5. Podobny jest życiorys Schweitzera: najpierw studiował filozofię i teologię, także muzykę, a potem dopiero medycynę z tych samych pobudek. Wydaje się, że ludziom o szlachetnym sercu sztuka wydaje się za mało pożyteczna dla ludzkości, która potrzebuje opieki bardziej konkretnej.
Oficjalna nauka średniowiecza mało jednak zajmowała się problematyką muzykolecznictwa, chociaż niektóre średniowieczne legendy dotrwały do czasów nowożytnych i zostały przekazane nam przez zainteresowanych nimi autorów. Zwykle informacje takie przenikały przy okazji marginalnych notatek, anegdot czy dworskich plotek. I tak na przykład Pierre Bourdelot w dziele Histoire de la musique et de ses effets6 (1743) przytacza opowieść następującą:
„Kiedy Ludwik IV zwany Zamorskim (d’Outre-Mer) przebywał wraz z całym dworem w Tours około roku 940, zdarzyło się, że kilku jego dworzan weszło do kościoła św. Marcina podczas śpiewanego właśnie oficjum. Dworzanie owi bardzo byli zadziwieni widząc tam hrabiego Andegaweńskiego, Foulque’a II, usadowionego w rzędzie kanoników i wyśpiewującego pieśni mszalne wraz z nimi. A to tymczasem tylko dlatego, że hrabia uwielbiał muzykę! Owi dworzanie zanieśli zatem królowi wiadomość, że hrabia Andegawenii popadł w dewocję i został duchownym. Król naśmiewał się nieco z tej opowieści o bigoterii hrabiego. Te żarty jednak tak dalece zirytowały hrabiego Andegawenii, że następnego dnia napisał do króla list, w którym ośmielił się stwierdzić: ‘Wiedzcie, Sire, że król bez muzyki jest koronowanym osłem’”.
Jaki z tej anegdoty wypływa morał? Zaskakujący! Otóż Bourdelot wyciąga z niej wniosek, że muzyka stanowi dobre lekarstwo przeciw… ignorancji! Z innych źródeł wiemy również, że i w średniowieczu stosowano muzykę jako remedium w kwestiach psychiatrycznych i tak na przykład wielki malarz flamandzki, Hugo van der Goes (1440–1482), leczony był z zaburzeń psychicznych muzyką przez swego przyjaciela, przeora klasztoru w Auderghem.
Już w XVI stuleciu spotykamy teoretyczne rozważania tematu muzykoterapii i regularne twierdzenia o dobroczynnym wpływie muzyki na rozmaite wewnętrzne cierpienia. Johannes Tinctoris, teoretyk i kompozytor z początku XVI wieku, który słynie do dzisiaj między innymi z najobszerniejszego zestawienia pozytywnych oddziaływań muzyki na człowieka, wyszczególnia dwadzieścia „efektów”, wśród nich oczywiście także dobroczynny wpływ na ludzkie zdrowi, gdyż muzyka „chorych leczy […], smutek rozprasza […], zatwardziałość serca zmiękcza, […] w trudach ulgę daje”7. Z kolei w hiszpańskim traktacie Higiño Bernardiego (1555) zaleca się leczenie dolegliwości umysłowych u dzieci grą na harfie. Wielkie zainteresowanie muzyką jako środkiem medycznym przyniósł wiek XVII i następne stulecia, kiedy to liczni autorzy zajmowali się tą problematyką, między innymi Athanasius Kircher, erudyta i najobfitszy encyklopedysta XVII wieku (1684), Theodor van Craanen, matematyk i medyk uniwersytetu w Lejdzie, korespondent Leibniza (1689), Giorgio Baglivi, fizyk i autor dzieł z zakresu anatomii z Raguzy (1696), Johann Friedrich Brendel, medyk bawarski (1706), Michael Ettmüller, fizyk niemiecki, autor czterotomowego działa teoretycznego z zakresu medycyny (1714), Albrecht von Haller, szwajcarski lekarz i poeta (1734), Ernst Anton Nicolai, chemik i medyk z Halle (1745), Julius Roger, lekarz i zbieracz pieśni na Śląsku (1863). Wielu ówczesnych medyków propagowało tak zwane jatrolecznictwo, któremu miała służyć specjalnie komponowana jatromuzyka8.
Ogólnie rzecz biorąc, wierzono, że źródłem leczniczych właściwości muzyki jest znana od średniowiecza (Boecjusz) paralelność budowy wszechświata (musica mundana) i proporcji ciała ludzkiego (musica humana); dzięki tej zgodności ruchy gwiazd pozytywnie wpływają na ludzki organizm. Wiara ta była tak silna, że przez wiele wieków nie dopuszczała na ten temat żadnej dyskusji. Kiedy czasy renesansu przyniosły w tym względzie pewne wątpliwości, liczni medycy poczuli się wobec swego fachu bezradni. Mamy tego dowody także w historii polskiej nauki. W roku 1563 na Uniwersytecie Jagiellońskim młody członek wydziału medycznego, niejaki Zawadzki, zwalczał astrologię, w dyskusji zanotowano przerażony wykrzyknik profesora medycyny, ówczesnej sławy, Sieprskiego (Syeprcius): „Jeżeli lekarze odrzucą gwiazdy, to cóż nam pozostanie?”.
W XVII wieku najpełniej wyłożył te poglądy w swym słynnym dziele Musurgia universalis wspomniany już Athanasius Kircher. W pracach znanego kompozytora i muzykopisa, Johanna Matthesona, także znajdujemy wyraźny oddźwięk terapeutycznego podejścia do muzyki.
Ślady zainteresowania muzykolecznictwem można spotkać też w nowożytnej literaturze pięknej. François Rabelais w słynnej powieści Gargantua i Pantagruel opowiada o terapii muzycznej stosowanej w Królestwie Entelechii. Szekspir mówi w Kupcu weneckim: „Bo nie ma duszy tak wściekłej, tak twardej, / By jej na chwilę nie zmiękczyły pieśni. / Człowiek, co nie ma w swych piersiach muzyki, / Którego rzewne nie wzruszają tony, / Do zdrad, podstępów, grabieży jest skłonny, / Duch jego ciężki jak ciemności nocne, / A myśli jego tak jak Ereb czarne. / Takiemu nigdy nie ufaj”.
Mieszkańcy Miasta Słońca Tommasa Campanelli, Solariusze, cierpiący na febrę stosują przeciw niej „przyprawy korzenne, tłusty bulion, sen albo muzykę i hałaśliwą wesołość; w wypadku zaś dolegliwości psychicznych, które biorą się z zagrożenia przez gwiazdy, jako remedium należy stosować spryskiwanie octem różanym, muzykę i wesołe rozmowy”. W swej znakomitej Podróży do państw i cesarstw Słońca Savinian de Cyrano de Bergerac każe choremu Wiązowi Trójgłowemu zastosować kurację, która polega na tym, by „nająć kilka słowików, wybornych muzykantów, aby co dzień dawały mu koncert”.
Wątek ten można pociągnąć przez całą dosłownie literaturę, gdzie liczni autorzy wielokrotnie powtarzają przeświadczenie, że muzyka i taniec sprowadzają zdrowie i pogodę ducha. Doskonale znane są takie przykłady jeszcze z licznych dzieł XX stulecia, jak choćby Colas Breugnon Romain Rollanda, Grek Zorba Nikosa Kazantzakisa czy Sokrates tańczący Juliana Tuwima. Charles Baudelaire powiada o muzyce: „jest mej rozpaczy lustrem”; Zbigniew Herbert nazywa ją „medycyną niebieską”; Rainer Maria Rilke prorokuje: „kędy jednak, Panie, ktoś dziewiczy o niepokalanym słuchu leżałby przy twoim dźwięku: umarłby z szczęśliwości albo rozstrzygnął Nieskończoność – a zapłodniony jego mózg musiałby pęknąć w niesłychanym rodzeniu”.
