Muszę wiedzieć - Kasia Bulicz Kasprzak - ebook

36 osób właśnie czyta

Opis

Matka, córka i wnuczka: Halina, Dominika, Patrycja - trzy bliskie sobie, nieznające się kobiety.

Halina - twierdzi, że urodziła się tylko dlatego, że po śmierci Stalina została ogłoszona amnestia. Wtedy jej przyszły ojciec wyszedł z więzienia i poznał matkę Haliny. Przygnieciona ciężarem lat, wdowieństwem i utratą tych, których kochała, po wyjątkowo przygnębiającej, spędzonej w samotności Wigilii, traci ochotę do życia.

Patrycja - młoda, pełna wigoru i energii, z mnóstwem planów na przyszłość, studentka lingwistyki. Ma oddanych przyjaciół, na których zawsze może liczyć, ale czuje, że w jej życiu czegoś zabrakło.

Te dwie kobiety spotykają się przypadkiem, choć powinny od dawna być razem. Nie wiedząc, czy coś je łączy, ruszają we wspólną podróż, by poznać historię utkaną z kłamstw, półprawd i niedopowiedzeń, ale przede wszystkim, by stworzyć własną opowieść, która, choć o tym nie wiedzą, zmieni ich życie na zawsze, doprowadzi do poznania prawdy o nieobecnej, lecz pozostającej zawsze w centrum uwagi Dominice - zagadce dla swojej matki i córki.

Kasia Bulicz-Kasprzak - wnikliwa obserwatorka życia. Z kobiecą delikatnością przedstawia trudne sytuacje, a humorem, doprawionym nutką cynizmu zachęca czytelnika do spojrzenia na opisywane wydarzenia z innej perspektywy. Nie udziela rad lecz daje nadzieję na świat pełen dobra i życzliwości, uważa bowiem, że wszyscy mamy obowiązek w taki świat wierzyć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Katarzyna Bulicz-Kasprzak, 2019

 

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

 

Zdjęcia na okładce

© Getty Images; DarkBird/Shutterstock.com

 

Redaktor prowadzący

Anna Derengowska

 

Redakcja

Ewa Witan

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-741-5

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

ROZDZIAŁ 1

Halina spojrzała na kostkę masła tak, jakby samym spojrzeniem mogła sprawić, by zmiękło. Nienawidziła twardego masła, skrobania i tych dużych kawałków, które za nic nie dawały się rozsmarować na chlebie.

Pomyślała z niechęcią o Edmundzie. To on uparcie wstawiał masło do lodówki, gdzie twardniało na kamień. Czy maselniczka nie mogła stać na szafce, obok solniczki i cukiernicy? Oczywiście, że mogła, i Halina ją tam zostawiała. A wtedy przychodził Edmund i chował masło do lodówki. W pewnym momencie zorientowała się, że ona też to robi. Podporządkowała się mężowi nawet w takim drobiazgu. I choć Edmund nie żył od pięciu lat, siedmiu miesięcy i osiemnastu dni, wciąż wstawiała masło do lodówki i później irytowała się, że nie może go rozsmarować, a przecież śpieszyła się do pracy.

Od pięciu lat, czterech miesięcy i pięciu dni pracowała w biurze rachunkowym. Była tam najstarszą i najbardziej kompetentną osobą. Również najgorzej radzącą sobie z komputerami. Wciąż musiała prosić o pomoc te młode dziewczyny, których świat kręcił się wokół szminek i lakierów do paznokci i które tylko udawały, że wiedzą, na czym polega różnica między kwotą brutto a netto. Były miłe dla Haliny, ona była miła dla nich, lecz wszystkie miały świadomość, że gdy los rozdzieli ich życiowe ścieżki, nikt za nikim nie będzie tęsknił.

Nie zarabiała zbyt wiele, ale nie narzekała. Dobre i to. Trudno wracać do pracy po tylu latach przerwy. Dobrze, że znalazła zajęcie w biurze. Siedzenie na kasie, sprzątanie czy podawanie frytek byłoby dużo gorsze. Gdyby zrobiła jakiś kurs komputerowy, może udałoby jej się zdobyć lepszą posadę. Bała się jednak. No i trochę się wstydziła, że tkwi w dziewiętnastym wieku z nakręcanym zegarkiem, telefonem domowym i telewizorem, w którym można oglądać tylko cztery kanały.

Sprawdziła, czy ma w torebce wszystkie rzeczy, których będzie potrzebowała. Okulary do czytania, krzyżówki i długopis, by móc je rozwiązywać, chusteczki, portfel i bilet miesięczny. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu.

– Wychodzę – rzuciła w stronę sypialni. – Wrócę jak zawsze.

Nie było odpowiedzi. Stanisław wciąż drzemał w ciepłej pościeli.

Stała na przystanku, wśród ludzi, którzy podobnie jak ona korzystali z komunikacji miejskiej. Niektóre twarze znała z widzenia. Nikogo jednak nie znała na tyle dobrze, by powiedzieć „dzień dobry”. Miała nadzieję, że autobus nie będzie zapchany, że będzie mogła usiąść i rozwiązywać krzyżówki. Nie mogła czytać w autobusie, bo gdy trzęsło, gubiła linijkę, a potem, nie mogąc jej znaleźć, rozpraszała się i denerwowała... Z krzyżówkami sprawa była o wiele prostsza. Jeśli, oczywiście, udało się usiąść.

Żeby dotrzeć do pracy, musiała dwa razy się przesiadać. Pewnie łatwiej byłoby dojeżdżać samochodem, ale sprzedała go po śmierci Edmunda. W zasadzie nigdy nie prowadziła, mąż to robił, bała się, że sobie nie poradzi, spowoduje wypadek, potrąci kogoś. Nie potrafiła pogodzić się z tym, co spotkało jej córkę, i gdyby sama miała sprawić komuś podobny ból... To byłoby okropne. Dlatego uważała, że sprzedaż auta była słuszną decyzją. Co nie przeszkadzało, że czasem tęskniła za komfortem, jaki dawało. Zwłaszcza gdy pogoda nie rozpieszczała, a autobus albo się spóźniał, albo był wypchany ludźmi jak konserwa szprotkami.

Kolejny normalny dzień, niczym nieróżniący się od innych. Ostatnich pięć lat jej życia składało się z takich identycznych dni. Przypominających koraliki, które ktoś nawleka na nitkę czasu. Tylko jeden się wyróżniał.

Ten, w którym spotkała Stanisława.

To był okropny poranek, połowa listopada, niebo wisiało prawie nad głowami, ciemne, zimne i wilgotne. A jeszcze ten wiatr, kłujący zimnem jak bagnetem. Lodowate podmuchy wymiotły ludzi z ulic. Było pusto, jakby nikt nie musiał iść do pracy czy szkoły, i Halina przez chwilę czuła irracjonalną obawę, że pomyliła dni albo przegapiła jakieś święto. Stała sama na przystanku. Trzęsąc się, wyrzucała sobie, że nie włożyła zimowej kurtki, nie wzięła szalika.

Autobus się spóźniał. Nerwowo spoglądała na zegarek. Wreszcie w oddali mignęło czerwone światełko. Zaraz będzie! Halina odetchnęła z ulgą. I wtedy poczuła czyjś wzrok na plecach. Odwróciła się. W kącie wiaty siedział kot. Mały, bury, wychudzony, patrzył na nią kaprawymi oczkami, w których nie było już nadziei.

– Zgubiłeś się? Nie martw się, ktoś cię znajdzie – powiedziała.

I od razu zdała sobie sprawę, że on słyszał to już setki razy od ludzi podobnych do niej, którzy w zasadzie nie są obojętni, tylko po prostu mają ważniejsze sprawy na głowie. Z powodu tych spraw kot teraz umierał, bo nikt nie okazał choćby tyle człowieczeństwa, by zawieźć go do schroniska.

W tym momencie na przystanek wjechał autobus. Drzwi otworzyły się automatycznie, ze środka buchnęło ciepłem.

– Cholera jasna – zaklęła Halina, która już, już stawiała nogę na stopniu.

Machnęła kierowcy, żeby mu dać znać, że zmieniła zdanie. Odwróciła się energicznie, rozpięła płaszcz, chwyciła kota i upchnęła go za połą. Myślała, że będzie stawiał opór, a on jakby się przytulił. Rozczuliło ją to, więc zagryzła zęby. Nie ma miejsca na wzruszenia.

– Pójdziemy na chwilę do mnie. Dam ci coś do jedzenia, zadzwonię do pracy, że biorę dzień wolnego. Chyba od czasu do czasu należy mi się dzień wolny, prawda? A potem pojedziemy do schroniska. Tam się tobą zajmą. Nawet jak nie znajdziesz domu, to lepsze schronisko niż ulica. Przynajmniej będą cię tam karmić. U mnie nie możesz zostać... Ja nigdy nie miałam kota. Poza tym...

Nie mogła mu się przyznać, jak bardzo boi się znów kogoś pokochać. Tak to jest, gdy budujesz swoje życie wokół innych ludzi. Kiedy odchodzą, jesteś jak bluszcz, który stracił podporę – spadasz na ziemię i nie możesz się z niej podnieść.

– Egoiści mają w życiu łatwiej – podsumowała Halina swoje myśli, otwierając drzwi od mieszkania.

Posadziła kota na szafce w przedpokoju, a sama zdjęła płaszcz i buty. Potem sięgnęła po telefon.

– Chciałabym dziś wziąć dzień wolny. Źle się czuję – skłamała. – Nie, nie grypa. Chyba niestrawność. W każdym razie wybieram się do lekarza – dodała, bo przyszło jej do głowy, że gdy pojedzie do schroniska, ktoś może ją zobaczyć. – Jutro będę na pewno.

– No i załatwione – zwróciła się do kota. – Zjesz coś? Mam gotowanego kurczaka. Lubisz kurczaka?

Nie zareagował, w dalszym ciągu siedział na szafce i wyglądał tak, jakby było mu już wszystko jedno. Halina patrzyła na niego z niepokojem kogoś, kto znalazł się w kłopotliwej sytuacji. Co zrobi, jeśli on tu zaraz zdechnie? Teraz, gdy lepiej się przyjrzała, zauważyła, że to nie jest młody kot, tylko bardzo drobny, ale na pewno dorosły zwierzak.

Delikatnie wzięła go na ręce i zaniosła do kuchni. Wstawiła wodę na herbatę, bo koniecznie musiała się rozgrzać, inaczej jutro też nie pójdzie do pracy, a nie mogła jej stracić. Obsesyjnie się tego bała. Bo co też z nią będzie, gdy zabraknie pieniędzy? Czasem w nocy śniła jej się eksmisja, książki Edmunda wyrzucane przez okno, jacyś ludzie, którzy ją szarpali, krzycząc, że trzeba płacić czynsz i sama jest sobie winna. Budziła się wtedy zlana potem i tak zmęczona, jakby zrzuciła do piwnicy tonę węgla.

Czajnik zagwizdał, wyrywając Halinę z zamyślenia. Uświadomiła sobie, że wciąż trzyma kota na rękach. Delikatnie posadziła go na kuchennym blacie. Pomyślała o zarazkach, których musiał mieć pełno na sobie, i już zamierzała przenieść go na podłogę, ale coś w spojrzeniu zwierzaka ją powstrzymało.

– Później to wszystko porządnie wyczyszczę. Mam jeszcze resztkę ace w łazience. Tymczasem umyję ci pyszczek. Nie masz nic przeciwko temu? Twoje oczy wyglądają okropnie.

Zwilżyła ciepłą wodą chusteczkę higieniczną. Starła strupy i zielonkawą ropę, która się pod nimi zebrała. Kot nie protestował, może go nie bolało, a może nie chciał jej robić przykrości, widząc, jak się starała.

– Odgrzeję ci tego kurczaka. Najwyżej nie zjesz, nie ma problemu.

Pokroiła mięso w drobną kostkę i rzuciła na suchą patelnię. Zapachniało przyjemnie i zwierzak jakby trochę się ożywił.

Postawiła przed nim miseczkę. Obwąchał i wziął kawałek do pyszczka. Jadł powoli. Chwilę później zwymiotował.

– Przepraszam – powiedziała Halina, wycierając blat. – Mówiłam ci, że nie znam się na kotach. Zawiozę cię do schroniska. Tam się tobą dobrze zajmą. – Przyniosła z łazienki puchaty ręcznik i rozłożyła go obok kaloryfera. – Wypiję tylko herbatę, może coś zjem i pojedziemy. Nie umrzyj do tego czasu, dobrze?

Wizja jazdy w tym zimnie przez całe miasto z chorym kotem była jednocześnie przerażająca i taka smutna. Halina bała się o siebie, o zwierzaka. Może są jakieś służby? Ktoś, kto mógłby jej pomóc? Wezwie taksówkę. To sensowniejsze niż jazda autobusami. Czekanie na przystankach oznaczało marznięcie. W taksówce będzie ciepło. Zapłaci za kurs jakąś horrendalną kwotę, na którą zupełnie jej nie stać, ale trudno, wzięła zwierzaka i teraz jest za niego odpowiedzialna.

W przedpokoju leżała książka telefoniczna. Miała już kilka lat, Halina nie była pewna, czy wciąż je drukują, przecież dziś wszystko można znaleźć w internecie, ale ona nie miała internetu. Po co? Przecież i tak by go nie używała, bo kiepsko jej to szło.

Zaczęła przerzucać żółte strony w poszukiwaniu telefonu do schroniska. Zapyta, czy przyjadą. Znalazła, ale numer był zajęty. Zadzwoni za chwilę. Bezmyślnie wertowała strony. „Usługi weterynaryjne”, rzuciło jej się w oczy. Przejechała palcem po liście, najbliższy gabinet był zaledwie cztery ulice od jej domu. Zadzwoniła do schroniska, w dalszym ciągu zajęte. Kierowana impulsem wybrała numer weterynarza.

– Słucham? – W kobiecym głosie zabrzmiała nuta zawodowej uprzejmości.

– Mam kota, chyba jest chory.

– Proszę go przynieść, obejrzymy.

– Ale...

– A co ja mogę pani poradzić przez telefon? Muszę zobaczyć zwierzaka.

– Oczywiście. Przepraszam. Do widzenia.

„Do widzenia” tamtej zabrzmiało jak chrupnięcie lodu. Nie zrażaj się, powiedziała do siebie Halina. Znów wybrała numer schroniska. Nie był zajęty, ale też nikt nie odebrał, choć czekała w nieskończoność.

– Dobra – zwróciła się do kota. – Zaniosę cię do tej niemiłej lekarki. Najwyżej cię tam zostawię i ucieknę. Zapłacę, oczywiście, a potem ucieknę, żeby musiała się tobą zająć.

Lepszy spacer na drugi koniec osiedla niż podróż przez całe miasto. Dla kota lepszy i dla Haliny też.

Była pewna, że na pawlaczu znajdzie stary wiklinowy kosz, lecz go tam nie było. Zaniosła do piwnicy? A może wyrzuciła i nie pamięta? Ostatnio łapała się na tym, że umykają jej drobiazgi. Jakby jej pamięć stała się sitem, na którym zostają tylko znaczące wspomnienia, a wszystkie nieistotne wypadają dziurami wprost do zapomnienia.

Miała w pokoju nieduże, wysokie pudełko, w którym trzymała włóczki. Hobby z czasów, gdy wszystkie znajome machały drutami, bo wtedy był to jedyny sposób na ciepły sweter dla dziecka. Obecnie robiła głównie szaliki, ewentualnie skarpety. Później je pruła, bo na co to teraz i komu?

Kolorowe włóczki wylądowały na dywanie, ich miejsce zajął owinięty ręcznikiem kot. Halina włożyła zimową kurtkę i ocieplane botki. Denerwowała się, bo nigdy nie była z żadnym zwierzakiem u weterynarza. Nigdy nie mieli zwierząt. Dzieci chciały, ale ona się nie zgodziła, przecież to obowiązek, trzeba sprzątać, karmić, wyprowadzać na spacery. Pies niszczy meble, kot drapie, same kłopoty. Po chwili jej się przypomniało, że przecież miała zwierzęta w dzieciństwie, w domu rodziców na wsi, ale to było tak dawno... Niekiedy wydawało jej się, że tamte czasy ktoś na siłę doszył do jej życia, bo gdy o nich myślała, czuła się tak, jakby oglądała film. Film, wobec którego była absolutnie obojętna.

Miała nadzieję, że w poczekalni nikogo nie będzie, bo to taka pora, gdy ludzie są w pracy. Niestety, przed Haliną była mocno wytatuowana dziewczyna ze szczurem i mężczyzna, na oko sześćdziesięciolatek, z plastikowym transporterem, z którego od czasu do czasu dolatywały ciche miauknięcia.

– Chyba coś zjadła – oznajmił ni to Halinie, ni to wytatuowanej nastolatce, wskazując na kosz. – Mam nadzieję, że tylko coś zjadła. Może to kłaczek ją męczy? Martwię się o nią, ma już trzynaście lat, a to moja jedyna przyjaciółka. A pani podopieczny to kto? – Teraz zwrócił się ewidentnie do Haliny.

– Kot.

– Też kot. Tak od razu czułem. Koty są najlepsze, prawda?

Dla świętego spokoju kiwnęła głową.

Mężczyzna przesunął się na krześle, oddalając się tym samym od dziewczyny, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie należy ona do grupy kociarzy.

– A pani kotek to kocur czy kotka?

Halina nie miała pojęcia. Do głowy jej nie przyszło, by zaglądać zwierzakowi pod ogon. Zresztą, nawet gdyby to zrobiła, mogłaby nie rozpoznać. A może by rozpoznała? W końcu jaja to jaja, u każdego samca wyglądają tak samo.

– On – odpowiedziała lakonicznie. Z pyska wyglądał na faceta.

– A ja mam koteczkę, co za zbieg okoliczności. – Wyciągnął do niej rękę. – Stanisław Leśniewski jestem.

Musnęła jego rękę i możliwie niewyraźnie wybełkotała nazwisko. Nienawidziła takich sytuacji i tych znajomości zawieranych naprędce w sklepie czy pociągu.

Z gabinetu wyszła kobieta z kudłatym psem. Dziewczyna z tatuażem podniosła się i ruszyła ku drzwiom. Gdy się za nią zamknęły, Stanisław przyciszonym głosem poinformował Halinę:

– Przyszła ze szczurem. Wyobraża sobie pani? Szczur! I to taki okropny, całkiem łysy. Ale nie że wyłysiał, tylko taka rasa.

Halina nie podzielała jego świętego oburzenia. Owszem, ta dziewczyna na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie takiej, co hoduje szczury czy też węże, albo te zwierzaki podobne do kun. Liczy się jednak nie to, jakiego kto ma pupila, ale jakim jest człowiekiem. A wytatuowanej dobrze z oczu patrzyło.

Musisz sama się przed sobą przyznać, że według ciebie im wszystkim dobrze z oczu patrzy, pomyślała. We wszystkich tych młodych kobietach widzisz swoją córkę.

– A co kotkowi dolega? – wyrwał ją z zamyślenia głos Stanisława.

Ludzie, jakże teraz nienawidziła tego człowieka!

– Jakbym wiedziała, tobym nie przychodziła – prychnęła.

– No tak, no tak. A pani to tu niedaleko mieszka? Bo może ja bym poczekał i wrócilibyśmy razem?

– Mam jeszcze coś do załatwienia. Zwolniłam się z pracy i... Tak czy owak, będę się śpieszyła.

– To może innym razem? Ja dam pani swój numer.

Wyciągnął z jednej kieszeni kawałek kartelucha, z drugiej długopis i z mozołem zaczął gryzmolić. Halina czuła, jak wewnątrz dygocze ze zdenerwowania. Jak on śmie? Nie zapytał, czy jestem wolna, czy mam ochotę się spotkać, tylko od razu numer telefonu! Bo to ja mam zadzwonić! Niedoczekanie twoje, łysa pało.

– Jakby pani zechciała... – Mężczyzna, nieświadom, jak bardzo jest znienawidzony, wręczył Halinie karteczkę. – Możemy o kotach porozmawiać.

O niczym nie będziemy rozmawiać. Nie mam najmniejszego zamiaru... W tym momencie drzwi się otworzyły.

– Teraz nasza kolej – powiedział, podnosząc transporter.

Zamiast odpowiedzieć, Halina uśmiechnęła się do wychodzącej dziewczyny.

– Jak pupil? Wszystko z nim dobrze?

– Tak, dziękuję. Przyszłyśmy na obcinanie pazurów. Sama nie mogę, boję się, że zrobię jej krzywdę.

– Znam to. Jak moje dzieci były małe, to mąż obcinał im paznokcie, bo mi się ręce trzęsły.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i dopiero po chwili do Haliny dotarło, że tamtą mogło rozbawić takie porównanie.

Pożegnały się i następne dziesięć minut spędziła sama z kotem.

Drzwi wejściowe i te do poczekalni otworzyły się niemal jednocześnie. W pierwszych stanął młody mężczyzna z psem wielkości cielaka. Zrobiło się lekkie zamieszanie, dzięki któremu Halina uniknęła pożegnania ze Stanisławem.

– Dzwoniłam wcześniej. Chodzi o kota… – zaczęła.

– Pani nazwisko?

To może nie być tak łatwe, jak myślałam.

– Ma pani u nas kartę?

– Nie mam, jestem pierwszy raz.

– To założymy.

– Nie wiem, czy będzie potrzebna.

Lekarka wreszcie oderwała wzrok od monitora.

– Znalazłam kota. Chyba jest chory. Nie mam pojęcia, co z nim zrobić.

Tamta wydała westchnienie, które znaczyło: „Jak dobrze ja to znam”.

– Zapłacę za wizytę.

Spojrzenie kobiety mówiło, że Halina źle zrozumiała. Nie chodzi o pieniądze, chociaż, niestety, o nie też trochę chodzi.

– Proszę go postawić na stole. Zobaczymy. Może komuś się zgubił. Dała pani ogłoszenie?

– Znalazłam go godzinę temu. – Postawiła kota na zielonej dermie pokrywającej blat i opowiedziała, co się wydarzyło rano.

Nie mogła się zorientować, czy lekarka jej słucha. Oglądała kota ze wszystkich stron, osłuchiwała, patrzyła na jego dziąsła i powieki, zerkała do uszu.

– Stan ogólny jest bardzo zły. Ma koci katar, jest osłabiony, wyziębiony.

– Umrze? – zaniepokoiła się Halina.

– Dam mu antybiotyk, zobaczymy. Nie wygląda na to, żeby niedawno komuś się zgubił. Musiał spędzić na ulicy trochę czasu. Jutro trzeba będzie z nim przyjść na kolejny zastrzyk.

Przełamując wstyd, Halina wyznała, że ma zamiar odwieźć kota do schroniska.

– Nie mogę zmusić pani do zatrzymania go, ale może chociaż na jakiś czas? Mówi się, że miłość najlepiej leczy. To prawda i dotyczy zarówno ludzi, jak i zwierząt. W schronisku na pewno będzie miał dobrą opiekę, ale... Tam będzie jednym z wielu kotów. W domu, otoczony pani troską, z pewnością poczuje się lepiej. On nie jest młodzikiem. Na moje oko ma jakieś siedem lat. Przecież chciała mu pani pomóc, wtedy, gdy wzięła go pani z przystanku. Już pani nie chce?

Lekarka nie była ładna. Miała szczapowatą posturę i mysie, przetłuszczone włosy, przylegające do głowy, która wydawała się przez to jakby spłaszczona. Nie była też miła. A jednak w tym momencie w jej oczach zamigotał blask, sprawiający, że zmieniła się w silną, charyzmatyczną, piękną kobietę. I Halina zdała sobie sprawę, że jedyne, co może zrobić, to zaprzeczyć, jakoby już nie chciała kota.

– Zajmę się nim – obiecała.

Emocje, które wypełniły panią weterynarz, opadły. Znów stała się brzydka.

– Niech pani sprawdzi, może ktoś go szuka. W internecie są strony z ogłoszeniami. Zrobię mu zdjęcie i wrzucę na stronę gabinetu. Tymczasem założę kartę. Jak ma na imię?

– Stanisław – odpowiedziała Halina. To było pierwsze, co jej przyszło do głowy. Pomyślała, że w domu wymyśli coś lepszego, ale nie wymyśliła. Tak zostało.

Pierwsze wspólne dni były trudne. Stanisław spędzał czas na kocu obok kaloryfera. Jadł mało, spał dużo. Balansował na granicy życia i śmierci, jakby nie mógł się zdecydować, co dla niego lepsze.

Teraz każdemu powrotowi z pracy towarzyszył niepokój. Halina obawiała się, że znajdzie na kocu zesztywniałe już ciało kota. Z dnia na dzień ulga, jaką czuła, widząc, że zwierzak wciąż żyje, była większa.

Po dwóch tygodniach, gdy, wciąż w płaszczu, weszła do pokoju, zobaczyła pusty koc. Serce jej stanęło i ruszyło dopiero wtedy, gdy sobie uświadomiła, że to, co czuje na łydkach, to ocieranie się kociego futra. Stanisław łasił się do niej.

Kilka dni później po raz pierwszy wskoczył w nocy do łóżka Haliny. Chciała go wyrzucić, ale coś ją powstrzymało. Była to pierwsza od wielu lat noc, którą dobrze przespała. A rano, zanim sen całkiem odbiegł, czując obok siebie czyjeś ciepło, przez chwilę miała wrażenie, jakby Edmund nie umarł.

Tamtego ranka modliła się długo i żarliwie, by właściciel Stanisława, jeśli jakiś istnieje, nigdy się po niego nie zjawił.

Tak się jednak fortunnie złożyło, że kota nikt nie szukał, więc został w życiu Haliny i uczynił jej samotność znośniejszą. Przyjemnie było wracać do domu, gdzie ktoś czekał, przyjemnie było mieć się do kogo odezwać i o kogo zadbać.

Myślała o nim nawet w takich chwilach jak teraz, gdy w zatłoczonym autobusie jechała przez miasto, lekko zdenerwowana korkami, wciąż zerkając na zegarek, pełna niepokoju, że się spóźni. Uciekała myślami do Stanisława, zastanawiała się, co robi kot, czy już wstał, czy zjadł śniadanie, czy wracając z pracy, nie powinna wstąpić do sklepu, by kupić odrobinę wątróbki. Tak, tak zrobię, dawno nie jadł, a lubi, zdecydowała.

Dzień w pracy zaczęła jak zwykle od nastawienia wody na herbatę. Nikogo jeszcze nie było, choć zaczynali o ósmej. Większość dziewczyn pojawiała się tuż przed dziewiątą. Będą się tłumaczyć korkami, dziećmi, mężami, którzy akurat dziś nie mogli odwieźć tych dzieci do szkół i przedszkoli. Będą też błagalnie wpatrywać się w Halinę, żeby ich nie wydała przed szefem, który zwykł przyjeżdżać o dziesiątej.

Woda zabulgotała, Halina podniosła czajnik, strumień wrzątku popłynął do kubka i nagle rozległ się trzask. Woda pociekła po blacie, kawałki ceramiki uderzyły o podłogę. Potrzebowała chwili, by zdać sobie sprawę, co się stało.

– Cholera jasna!

Rozejrzała się za ścierką i wytarła blat. Ale co z podłogą? W łazience powinien być mop. Co za fatalny początek dnia.

Posprzątała, a potem zrobiła sobie herbatę w innym kubku. Wzięła się do pracy, wysłuchała tłumaczeń koleżanek. W południe spojrzała na zegarek i pomyślała, że Stanisław na pewno przeniósł się na parapet w dużym pokoju. Lubił tam leżeć i oglądać świat. W weekendy Halina siadała obok. Lubiła patrzeć na kota, który patrzył na świat.

Było trochę po pierwszej, gdy szef wezwał ją do siebie. Gdyby nie spojrzenia koleżanek, dziwne takie, jak u spłoszonych krów, zapewne nie poczułaby tego zimnego dreszczu, który nagle przebiegł jej po plecach.

Gdy otwierała drzwi, poczuła, że drży jej ręka.

Szef był miły w ten ciepły, lekko nachalny sposób, który znamionuje arogantów. Pewnie miał o sobie jak najlepsze mniemanie i sądził, że wolno mu się wywyższać nad innych. Był przystojny, wysportowany, jeździł drogim sportowym autem, miał duży dom, o który dbała śliczna żona, bo on nie miał czasu, wszak zajmował się dobrze prosperującą firmą. Według niego wartość człowieka określało się w złotówkach. Wykształcenie, oczytanie, talent czy wrażliwość nie miały żadnego znaczenia. Sam wart był dwa miliony, a do emerytury miał zamiar podwoić tę liczbę.

– Niechże pani usiądzie, pani Halinko. Napije się pani czegoś? – zapytał, jakby to miała być miła, przyjacielska pogawędka.

Odmówiła. Wiedziała, że nie przyszła tu na kawkę.

– Muszę powiedzieć, że jest pani jedną z moich najlepszych pracownic...

– Ale?

– Zawsze musi być jakieś „ale”?

Zawsze.

Widziała na jego twarzy niechęć. Pewnie wcześniej przygotował sobie przemowę, a ona, Halina, jednym słowem ją zrujnowała. Był zirytowany, że mu przerwała. Nie lubił tego. Wyobraziła go sobie jako środkowe dziecko zabieganych rodziców, chłopczyka, na którego nikt nie zwracał uwagi i który całe życie musiał walczyć, by go wysłuchano.

– Nie będę przed panią ukrywał, muszę przeprowadzić redukcję etatów. Nie jest tak dobrze, jak by mogło się wydawać, recesja dotyka nas wszystkich.

Popatrzyła na jego garnitur, jedwabny krawat i lśniącą bielą koszulę. Nie wyglądał na człowieka dotkniętego recesją.

– Muszę zwolnić parę osób. Inaczej za kilka miesięcy będę musiał zwolnić wszystkich i zamknąć interes. Sama pani rozumie, wybieram mniejsze zło.

Wiesz, przez ile miesięcy mógłbyś mi płacić, gdybyś sprzedał samochód? – zapytała go w myślach.

– Nie może mnie pan zwolnić – rzuciła sucho.

– Teoretycznie nie mogę. Sęk w tym, że jeśli pani zostanie, to ktoś inny będzie musiał odejść. Te dziewczyny mają rodziny, małe dzieci.

– Mają też pracujących mężów. Ja jestem sama.

– I dlatego pani będzie łatwiej. Może pani pracować od rana do wieczora, nowy pracodawca na pewno to doceni. Ma pani doświadczenie i jest dobra w tym, co robi. Jeśli sytuacja się zmieni, sam chętnie przyjmę panią z powrotem.

– Nie może mnie pan zwolnić.

– Będzie mnie pani straszyła sądem pracy? – Już nie był miły. – Ja wszystko mogę – zabrzmiało jak uderzenie kowadła o bruk. – Nawet zamknąć tę firmę i zwolnić personel. Nie będzie mi pani mówiła, co mam robić!

Twarz mu poczerwieniała, kołnierzyk koszuli stał się narzędziem tortur, wbijającym się w szyję. Szef rozluźnił krawat i wziął oddech jak ktoś, kto przez chwilę się dusił.

– Przepraszam – powiedział, choć jasne było, że niczego nie żałuje. Po prostu postanowił rozegrać to inaczej. – Jeśli potrzebuje pani czasu na zastanowienie... Może chce pani porozmawiać z koleżankami... Czy naprawdę mamy iść z tym do sądu? Nie lepiej, żebyśmy rozstali się jak przyjaciele?

Nigdy, kurwa, nie byliśmy przyjaciółmi.

W życiu nikogo tak bardzo nie nienawidziła jak teraz tego pajaca. Tak się starała, tak jej zależało, a on ją najnormalniej w świecie zwalnia? A te wszystkie dziunie, które przychodzą tuż przed nim i zaraz po nim wychodzą? Żadna z nich nigdy nie przesiedziała w biurze pełnych ośmiu godzin. Zostaną tu tylko dlatego, że są młode, ładne i pozwalają się klepać po tyłkach. Robótki ręczne – to jedyne, na czym się znają. Widać szef to lubi.

– Skończyła już pani?

Był purpurowy na twarzy, a Halina zdała sobie sprawę, że powiedziała to wszystko na głos. I dobrze. Wcale nie żałowała. Trzasnęła drzwiami.

W spojrzeniach niektórych koleżanek dostrzegała współczucie, wywołane zrozumieniem dla tego, co ją spotkało, w spojrzeniach innych politowanie, wywołane niezrozumieniem. Dlaczego nie możesz się pogodzić z tym, że cię zwalnia? To przecież nic takiego, wyczytała w oczach tych, które zostawały.

– Też kiedyś będziecie stare i samotne. Wasi mężowie umrą, dzieci was porzucą. Tak jest na tym świecie – powiedziała, wychodząc.

Stanisława zdziwi ten wcześniejszy powrót, ale na pewno się ucieszy. Żeby tylko nie zapomniała kupić mu wątróbki.

Przez szereg kolejnych dni zrywała się rano, pełna strachu, że nie zdąży na autobus. Dopiero później docierało do niej, że już nie pracuje. Tak samo było po śmierci Edmunda. Budziła się, mówiła coś do niego, a brak odpowiedzi dosłownie ciskał ją w czarną otchłań bólu i tęsknoty.

Za pracą, na szczęście, nie tęskniła. Niestety, potrzebowała jej. Mąż wybrał sobie najgorszy moment na śmierć. Cóż, taki był. Król złych momentów. Gdyby doczekał do chwili, gdy któreś z nich będzie miało emeryturę. Halina miałaby wtedy stały dochód, mały, bo mały, ale przecież nie potrzebowała wiele. Tymczasem została sama, w zbyt dużym mieszkaniu, które musiała utrzymywać. Kiedyś powód do dumy, szczęście, teraz przekleństwo. Powinna je sprzedać, zamienić na mniejsze. Nie potrafiła. Tu razem z nią mieszkała przeszłość, wspomnienia, drobiazgi. Wystarczyło, by zamknęła oczy, a widziała Marcinka bawiącego się na podłodze plastikowym samochodzikiem, Dominikę pochyloną nad podręcznikiem czy też Edmunda smażącego jajecznicę na śniadanie. Tu przez lata toczyło się ich wspólne, szczęśliwe życie. I tego sprzedać nie można.

– Znajdę sobie nową pracę – żarliwie zapewniła Stanisława, który wpatrywał się w nią, zaniepokojony jej przygnębieniem.

Po awanturze z szefem wzięła dzień wolnego, lecz już następnego dnia pojechała do pracy, podpisała papiery, z których miało wynikać, że odchodzi z własnej woli, sprytne wyjście, gdy przepisy chronią pracownika. Nie było sensu odwlekać nieuniknionego. Lepiej tak, niż gdyby miał coś na nią znaleźć i zwolnić dyscyplinarnie.

Snuła się bez sensu po domu, na zmianę krzycząc, płacząc i popadając w apatię. W końcu postanowiła wszystko spokojnie poukładać. Miała troszkę oszczędności, wystarczą na dwa, trzy miesiące. W tym czasie na pewno znajdzie inne zajęcie. Praca leży na ulicy, wystarczy się po nią schylić.

Przeglądała ogłoszenia. Na ogół podawali adres mejlowy z prośbą, by przesłać CV. Przeklinała czasy, gdy człowiek przestaje się czuć pełnoprawnym członkiem społeczeństwa tylko dlatego, że nie zna się na internecie.

Przypomniał jej się sąsiad rodziców. Mieszkali w gęsto zabudowanej wsi, chałupa przy chałupie, odgrodzone wysokimi płotami, a w każdym jedna czy dwie poluzowane sztachety, żeby po szklankę mąki czy łyżkę soli nie musieć naokoło latać. Ten sąsiad był stary, żył sam, rodzinę mu w czasie wojny Niemcy wymordowali. Przychodził do nich raz na tydzień, z gazetą pod pachą, i prosił, by mu poczytać. Czytała matka, później ona, Halina, albo młodszy brat matki Staszek, kiedy przed robotą, do której go rodzice zaganiali, uciekał do domu siostry. To chyba on pierwszy poznał prawdę ukrywaną przez dorosłych – sąsiad był analfabetą. Gdy Staszek to zauważył, zaczął się droczyć z sąsiadem. Podpytywał o słowa, że niby nie wie, co tam jest napisane, albo zmyślał całe kawałki. Wreszcie obrażony sąsiad złapał gazetę i wyszedł. Poszedł do Jóźwiaków, na drugi koniec wsi. Płacił Wieśce Jóźwiakowej za czytanie, czasem nawet cukierki jej dawał. Staszek bardzo był zły, a jeszcze bardziej zdenerwowała się matka Haliny. „Jak można się naigrawać z cudzego nieszczęścia?” – pytała brata rozżalona. Halina wtedy nie rozumiała, ale dziś docierał do niej sens tamtych słów. Nieznajomość obsługi internetu była prawdziwym nieszczęściem.

Cóż, trzeba iść do dzieci, pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. I jeszcze do wspomnienia sąsiada, który z taką uwagą wsłuchiwał się w jej czytanie jak nikt później w całym jej życiu. A przecież dukała wtedy strasznie.

Zebrała się na odwagę i poszła do kawiarenki internetowej. Siedział tam dwudziestoletni chłopak, jego czarne włosy mocno kontrastowały z bladą skórą, która słońce widywała tylko przelotnie. A tak zmęczonych oczu Halina nie widziała nigdy w życiu.

Postanowiła być szczera. Wyjaśniła, czego potrzebuje. Owszem, obsługiwała komputer w pracy, ale tylko taki program rozliczeniowy.

– No, skoro pani potrafi włączyć i wyłączyć, to połowa edukacji za nami – powiedział z uśmiechem, ale bez złośliwości. – Tylko powiem chłopakom, że mnie kwadrans nie będzie.

Zajęli miejsce przy jednym z komputerów. Chłopak mówił zbyt szybko, a Halina wstydziła się przyznać, że nie nadąża. Zagryzała wargi, by się nie rozpłakać.

– No to mejla już pani ma.

– Bo ja chciałam jeszcze CV wysłać.

Czuła się jak uczeń nieprzygotowany do lekcji, który nie tylko nie zna odpowiedzi, ale nawet nie rozumie pytania.

– Proszę mi pomóc, zapłacę panu.

Na słowo „zapłacę” zaświeciły mu się oczy. Trudno się dziwić, któremu dwudziestolatkowi by się nie zaświeciły? Trochę się bała, że poda jakąś kosmiczną sumę, ale zaproponował pięćdziesiąt złotych. Wydało jej się to uczciwe. Pomógł przy założeniu konta, napisaniu i rozesłaniu CV. Jeszcze zarejestrował Halinę na takich stronach, gdzie pracodawcy szukają pracowników, i zrobił tak, że powiadomienia o ciekawych ofertach miały przychodzić na jej skrzynkę, cokolwiek by to znaczyło. Pomyślała, że ona i ten młody człowiek żyją w różnych epokach.

Wróciła do domu pełna optymizmu.

Spodziewane odpowiedzi nie nadeszły. Czas mijał, a jej skrzynka odbiorcza była pełna reklam, a nie ofert pracy. Halina chodziła po mieście, zaglądała do urzędu pracy. Wzięłaby nawet sprzątanie, gdyby ktoś chciał ją zatrudnić.

– Końcówka roku. W styczniu będzie lepiej – pocieszał chłopak z kawiarenki internetowej.

Chciała mu wierzyć, bo musiała zapłacić czynsz i jeszcze absurdalne wyrównanie za wodę, z którego wynikało, że zużyła jej więcej i musi dopłacić. Jak to możliwe, przecież oszczędzała. Zadzwoniła do administratora, ale usłyszała tylko, że liczniki nie kłamią.

– Coś wymyślę – zapewniała Stanisława. – Ty się nie martw. Na jedzenie dla ciebie wystarczy, nawet jeśli miałabym sama... Głupstwa gadam. Sprzedamy to mieszkanie i starczy nam na całą emeryturę.

Choć wyglądał na pocieszonego, ona sama czuła się przyparta do muru. Beznadziejna sytuacja, w której się znalazła, wręcz bolała fizycznie. Ciało Haliny, do niedawna całkiem dobrze funkcjonujące, teraz zesztywniało, zaczęło skrzypieć, niedomagać. Czuła się jak krzesło, które można tylko postawić w kącie, bo siadanie na nim może się źle skończyć.

– Jeszcze tylko tego brakowało, żebym się rozchorowała. Weź się w garść, dziewczyno!

I zaciskała zęby, powtarzając sobie, że przeszła w życiu gorsze rzeczy, a jednak dała radę. A wewnętrzny głos mówił, że to było dawno, była wtedy młodsza i miała dla kogo żyć, bo był Edmund i Marcin. Przecież Marcin wciąż jest. Daleko, bo daleko, ale jest.

Tydzień przed Bożym Narodzeniem przyszła pocztówka ze Stanów. „Merry Christmas” – życzyli Joy, synowa, Nat i Kate, wnuki, a także Martin. Martin, Halina wpatrywała się w to imię, wypisane ręką młodej Amerykanki, którą widziała dwa razy w życiu – na ich ślubie i na pogrzebie Edmunda. Twarze wnuków znała tylko ze zdjęć. Prześliczne dzieci, bo wzięły to, co najlepsze, od obojga rodziców. Halina miała ich fotografie w albumie. Przez jakiś czas stały na szafce, lecz w pewnym momencie uświadomiła sobie, że codzienne patrzenie na tych dwoje jest ponad jej siły. Do albumu mogła zajrzeć, kiedy czuła się naprawdę silna albo kiedy była tak głęboko w dole rozpaczy, że już nie mogła spaść niżej.

Martin. Tak bliskie i jednocześnie tak obce. Krew z jej krwi, dziewięć miesięcy pod sercem, pierworodny, cztery dwieście, sześćdziesiąt centymetrów i dziesięć na dziesięć. Darł się tak, że pacjenci z oddziału kardiologicznego, położonego nad porodówką, spać nie mogli. Jakże się wszyscy cieszyli, gdy opuszczała szpital. „On powinien zostać śpiewakiem operowym, jak nasz Kiepura” – powiedział jeden z lekarzy.

Marcin wolał jednak inną drogę, choć głos miał ładny. W technikum kupił sobie gitarę, grał i śpiewał, a dziewczyny robiły do niego słodkie oczy. On ich nie widział albo udawał, że nie widzi. Poszedł na politechnikę, wyjechał do Stanów. Po jakimś czasie przysłał zdjęcie dziewczyny na plaży. Halina pomyślała, że dziewczyna wygląda, jakby była częścią tej plaży. Opalona skóra, włosy w kolorze piasku i oczy, które miały ten sam odcień, co niebo. Z tyłu podpis: „Moja narzeczona Joy”.

Halina polubiła synową. Gdyby miała okazję, na pewno by ją pokochała. Pomagałaby przy dzieciach, robiła zakupy, zapewniała, że nawet jeśli teraz wszystko wydaje się trudne – nieprzespane noce, ząbkowanie, choroby – przyjdzie czas, gdy owe kłopoty miną i macierzyństwo będzie tym, czym jest w swej istocie – największym szczęściem kobiety.

Niestety, życie potoczyło się tak, że nie miała możliwości realizować się jako babcia i teściowa. Pieprzone życie, tak czasem myślała. To wszystko dlatego, że jej przyjście na świat związane było z przypadkiem. Urodziła się tylko dlatego, że umarł Stalin.

Ojciec Haliny, Kazimierz Omasta, miał trzynaście lat, kiedy wybuchła wojna. Już nie dziecko, jeszcze nie mężczyzna. Widok tego wszystkiego, co działo się wokół, wzbudził w nim gniew, który już nigdy go nie opuścił. W czterdziestym trzecim, niepomny na przestrogi matki, poszedł do lasu za przykładem starszych braci i innych chłopaków ze wsi. Tam nie było jedzenia, broni ani amunicji, nawet nadziei nie było. Tylko wściekłość. I żal, i bezowocne próby zrozumienia bestialskiego okrucieństwa, kul w głowach małych dzieci, kul w brzuchach ciężarnych kobiet.

W czterdziestym czwartym okazało się, że wojna trwa nadal, bo jedno jarzmo zastąpi drugie. Byli tacy, co się poddali, lecz Kazimierz uwierzył swojemu dowódcy, który mówił, że trzeba walczyć do końca.

Zobaczył ów koniec zimą czterdziestego szóstego. Miał dość. Wrócił do domu. Jeden brat, ten, dla którego wojna skończyła się w czterdziestym piątym, kołysał niemowlę. Drugi brat, dla którego wojna skończyła się w czterdziestym trzecim, doczekał się już nagrobka ze złoconymi literami.

Kazimierz próbował wpasować się w ramy wiejskiego życia, jakie powinno być jego udziałem, ale szło mu opornie. Niemcy odebrali mu młodość, sprawili, że jego ręce nawykły raczej do broni niż do łopaty.

We wsi było kilka ładnych panien, a ponieważ krew nie woda, zaczął do jednej z nich smalić cholewki. Panna była przychylna, jednak jej brat nie bardzo. Po co mu szwagier i podział małego rodzinnego poletka?

Tak szczęśliwie dla brata owej panny się złożyło, że ktoś doniósł do władz o partyzanckiej działalności Kazimierza Omasty. I tamci zaraz się nim zainteresowali, okazując to w najbardziej wylewny sposób – zaoferowali mu bowiem rządowy wikt i opierunek.

Więzienie było koszmarne. Nie, nie dlatego, że bał się śmierci. Kiedy patrzysz jej w oczy przez szereg lat, to nie ma już w tobie strachu. Koszmar polegał na bezbronności.

Pod koniec kwietnia pięćdziesiątego trzeciego Kazimierz wiedział już, że umrze. Czekał z utęsknieniem na zimny pocałunek, który ukoi gniew. Nie doczekał się, bo akurat zmarł towarzysz Stalin.

Kazimierz nie chciał wracać do domu, wszakże nie bardzo wiedział, co innego mógłby ze sobą zrobić. Pomyślał, że wróci na wieś, odpocznie trochę, a później się zastanowi. Bywa przecież, że czas przynosi odpowiedzi na pytania, które nas nurtują.

Niby pomagał, niby coś robił, czasem nawet do kogoś się odezwał, ale żył jakby obok świata, obok siebie. I tak to trwało kilkanaście miesięcy.

Latem w parafii był odpust, uroczysta msza w kościele, a później zabawa na deskach na placu za remizą. Kazimierza to mierziło. Tańce? Tylu odeszło, a ci, co przeżyli, zamiast płakać, tańczyć będą?

– Trzeba w końcu normalnie żyć. I modlić się, żeby tamto nigdy nie wróciło – powiedział brat, a Kazimierz mało w twarz mu nie dał, bo przecież tamto nie odeszło. Zostało w nim, we wspomnieniach, w snach.

Poszedł, bo bliscy nalegali. Może się spodziewali, że zabawa go rozweseli? Podsunęli mu dziewczynę, Stefka jej było, ani ładną, ani brzydką, i zapewne starszą od niego. Pewnie straciła na wojnie ukochanego i wciąż oczy za nim wypłakiwała, a rodzina kombinowała, jak ją z domu wypchnąć, bo to przecież jeszcze jedna gęba do wyżywienia. I kłopot, bo kto na stare lata poda szklankę wody? Człowiek po to się rodzi, by płodzić dzieci, które zajmą się nim kiedyś, jak on sam już nie będzie w stanie tego robić.

Kazik nie chciał tańczyć z tą dziewczyną, bo była jak ta śliwka przejrzała, która wciąż wisi na gałęzi i nikt już jej teraz nie chce. On zechciał. Zabrał nad rzekę, włożył rękę pod spódnicę. Nie broniła się. To, co od niej brał, pozwoliło mu zapomnieć o całym świecie. Niestety, tylko na chwilę. Poszedł się upić, wódka pomagała zapomnieć na dużo dłużej, czasem na całą noc.

Trzy miesiące później na progu ich chaty stanęła owa dziewczyna, jej szwagier i matka. Okazało się, że Kazik musi się żenić, i to już, zaraz, bo im większy brzuch, tym większy wstyd.

W taki to właśnie sposób przepełniony gniewem ojciec i smutna matka powołali na świat Halinę. Gdyby Stalin umarł później, Kazimierz Omasta nie doczekałby amnestii. Może Stefka znalazłaby sobie kogoś, a może zostałaby starą panną. Może z tym kimś miałaby inne dziecko, może byłby to silny, rumiany chłopak i razem stworzyliby rodzinę, w której śmiech nie jest uważany za coś złego.

Stało się jednak inaczej. Stalin umarł, Kazimierz wyszedł na wolność i zrobił brzuch zgnębionej swym losem dziewczynie. Nigdy jej nie pokochał, nawet nie polubił. Żył ze Stefką, tak jak żył w więzieniu, czując się bezradnym, a ona płakała po nocach. Na szczęście więcej dzieci nie mieli.

Halina przez całe życie dźwigała na barkach ciężar, jakby jej winą był i gniew ojca, i smutek matki. Będąc całkiem małym dzieckiem, myślała, że może coś zmienić. Śpiewała im piosenki, recytowała wierszyki, a potem przynosiła ze szkoły pochwały. Kiedy dotarło do niej, że nic nie wskóra, marzyła już tylko o tym, by jak najszybciej uciec z tego domu. Jak najszybciej i jak najdalej.

Poszła do szkoły ekonomicznej, zamieszkała w internacie. Jakież to były piękne czasy. Miała koleżanki, pojawił się śmiech, zabawy, chłopcy. Była młodość i radość, tylko od czasu do czasu musiała pojechać na wieś.

Skończyła szkołę, znalazła pracę i nowe koleżanki. Było jej dobrze. Czuła się całkiem szczęśliwa, a gdy poznała Edmunda, to już w ogóle oszalała ze szczęścia. Pobrali się i w poszukiwaniu lepszego życia wyjechali do Warszawy. Do Warszawy! Ona, dziewczyna ze wsi, gdzie psy dupami szczekają, i on, chłopak z prowincjonalnego miasteczka, tak małego, że z jednego końca widać drugi, teraz spacerowali po Łazienkach!

Myślała wtedy, że los się odwrócił, nie odziedziczyła gniewu i smutku i uciekła przed swoim przeznaczeniem.

Myliła się. Ono tylko czekało. Było jak kot, co przysiada na płocie i godzinami obserwuje dokazujące wróble, a skacze na nie, gdy w ogóle się tego nie spodziewają.

Mimo ciosów, które spadły na Halinę, ta się nie poddawała. Oczywiście, że nie cieszyła się życiem, ale z godnością znosiła to, co zgotował jej los.

Teraz, po utracie pracy, było trudno, ale bywało już trudniej. Pieniądze – rzecz nabyta, jak mawiał Edmund. Pamiętała, jak kupili pralkę. Pół roku po ślubie, Marcin był już w drodze, wynajmowali pokoik przy rodzinie, która owszem, miała franię, ale używać jej nie pozwoliła. „Co ja pocznę, jak popsujesz? – pytała gospodyni. – Dziewczynki do szkoły poślę w brudnych rajtuzach? Ja pracuję, nie mam czasu w rękach prać”.

Skorzystali więc z okazji i kupili pralkę, wydając na nią wszystkie pieniądze. Był dwudziesty sierpnia. Do wypłaty zostało im trzy złote i pięćdziesiąt siedem groszy.

Co będziemy jeść? – zmartwiła się Halina. A Edmund pocałował ją w głowę i obiecał, że coś się wymyśli. I jeszcze powiedział jej, by następnego dnia na niego nie czekała, bo pewnie później wróci. I tak było. Zjawił się koło północy z workiem pełnym ziemniaków, marchwi i cebuli. O nic nie pytała, on nic nie mówił. Potem przyniósł jeszcze rybę, tuzin jajek i kilo mąki. A ona kombinowała, co z tego ugotować. Nagle z odmętów pamięci wróciło wspomnienie torsji wywołanych patroszeniem ryby.

Nie była tak zaradna jak Edmund, ale może czegoś się od niego nauczyła. W końcu miała już konto mejlowe i umiała się na nie zalogować bez pomocy Miłosza. Bo ten blady chłopiec z kawiarenki internetowej miał na imię Miłosz.

Zaczął się grudzień i nieubłaganie zbliżało się Boże Narodzenie. Od bez mała dwóch dekad święta nie były najprzyjemniejszym czasem w życiu Haliny. I nawet nie chodziło o frazes, który mówił, że powinno się je spędzać z najbliższymi, a ona nie miała już rodziców, bo pomarli, nie miała córki, syn wyjechał, a męża zabrał zawał. Chodziło o reklamy. Te wszystkie słodycze, owoce, mięso. Dlaczego nie było tego wszystkiego, kiedy jej dzieci były małe?

Przyszły takie święta, może w stanie wojennym albo już po, nie pamiętała dokładnie, gdy w żadnym sklepie nie dało się kupić nawet kawałeczka mięsa. Edmund i Marcin uwielbiali bigos i Halinie serce się krajało na myśl, że będą musieli się zadowolić postną kapustą. Wtedy ktoś jej poradził, żeby poszła na bazar. Tam, owszem, mieli mięso, ale w takiej cenie, że na niewiele mogła sobie pozwolić. Nerwowo przeliczała pieniądze. Przecież musiało jeszcze wystarczyć na choinkę. Bigos bigosem, lecz wspólna wyprawa po drzewko stała się ich rodzinną tradycją.

– Weźmie pani karkówki, dobrze będzie – życzliwie doradziła handlarka, pokazując Halinie nieduży, ładny kawałek mięsa.

– Na tym to ja bigosu nie ugotuję.

– Miałam żeberka, ale się skończyły. Ryj mam. – A widząc, że klientka nie rozumie, wytłumaczyła: – Ugotuje pani kapustę na ryju, on tłusty, nawet lepszy niż golonka. Moja mama, świętej pamięci, zawsze kawał ryja do bigosu wrzucała.

– To da pani tego ryja. – Halina pozwoliła się przekonać.

W domu umyła mięso, włożyła do garnka, dorzuciła kapustę.

Robiła coś przy zlewie, gdy kątem oka dostrzegła jakiś ruch. Zamarła. Z kapuścianych odmętów wychynął ryj i lekko się zakołysał. Wyglądało to tak, jakby za moment z gara miała wyjść cała świnia. Halina się wzdrygnęła i zamieszała w garnku kopyścią. Pomogło, ale tylko na chwilę. Cokolwiek robiła, jakkolwiek przekładała, ryj i tak się wynurzał.

Gdy zjawił się Edmund, zaprowadziła go do kuchni. Ludzie, jak się śmiał! Łzy strumieniami płynęły mu z oczu i cały aż się trząsł.

Przez szereg kolejnych lat, gdy coś wspominał, zdarzało mu się mówić: „Pamiętasz, to było w te święta, kiedy kupiłaś ryj”.

Teraz kobiety nie mają takich problemów. Teraz sklepy są pełne schabów, karczków, żeberek i szynek. Dzieci nie tęsknią za pomarańczami, nie proszą Mikołaja o czekoladę albo chociaż batonik. Teraz w sklepach jest wszystko, a Halina nie ma nikogo, komu mogłaby urządzić naprawdę bogate święta, i to ją boli. Dlatego w grudniu praktycznie nie włączała telewizora. Czytała powieści kryminalne, głównie Agathy Christie. Lubiła się zastanawiać, kto jest mordercą, to odciągało jej myśli od wszystkiego, co działo się wokół.

Od śmierci Edmunda nie ubierała choinki. Przede wszystkim dlatego, że jej nie było. Nie potrafiła się zmusić, by samej pójść po drzewko. W głowie wciąż miała obraz dzieci, zakutanych po same oczy, które z poważnymi minami dreptały przy ojcu, powtarzając:

– Tylko żeby nie była taka krzywa jak ta w zeszłym roku.

– I musi być gęsta, bo zabawki nam się nie zmieszczą.

– I nie za wysoka. Pamiętacie, jak kiedyś tato kupił taką, że nie mogła stanąć w pokoju?

– Co też ty wymyślasz, nigdy nie mieliśmy takiej choinki.

– Mieliśmy, mieliśmy.

– I dobrze się przyjrzyj, żeby zaraz igły nie obleciały. Nie chcę całe święta biegać ze zmiotką.

Kiedy dzieci już dorosły, Halina i Edmund chodzili po drzewko jakby pchani siłą rozpędu. To nie były wesołe święta, tylko takie nostalgiczne, wypełnione wspomnieniami o Dominice i łzami, które kryli jedno przed drugim.

Wiedziała, że w tym roku też będzie dużo płakać, choć obecność Stanisława stanowiła pewne pocieszenie. Kot wyczuwał jej smutek. Nie zachowywał się tak, jakby próbował ją rozweselić, ale wskakiwał na kolana i cichym mruczeniem manifestował swoje wsparcie. Pamiętała pierwsze święta, które spędzili razem. Kot wciąż był jeszcze słaby, a jednak znalazł w sobie siłę, by wdrapać się na łóżko. Położył się obok Haliny wyraźnie przygnębiony, jakby rozumiał jej ból. Tyle lat samotnego cierpienia i nagle zjawia się ktoś, kto chce dzielić twój smutek, i to tylko dlatego, że mu na tobie zależy. To było pokrzepiające.

Szkoda, że wcześniej nie zdecydowała się na zwierzaka. Mogli wziąć jakiegoś, gdy zostali z Edmundem sami. Może byłoby im łatwiej. Mieliby o czym rozmawiać, drobiazgi urosłyby do rozmiarów wydarzeń.

– Czy wiesz, co dziś zrobił Stanisław? – zapytałaby męża. – Wskoczył na szafkę kuchenną i pomachał łapką w stronę lodówki. Powiedz, skąd on wie, że kupiłam mu wątróbkę?

– Ależ mądry jest ten nasz Stanisław – odpowiadałby Edmund.

I uśmiechaliby się do siebie, zamiast trwać w milczącej obojętności.

Oczywiście kot nie nazywałby się Stanisław, bo jakim sposobem? Daliby mu na imię Mruczek albo Feliks. Może to nawet nie byłby kot, tylko pies. Tak, pies zdecydowanie bardziej pasowałby do Edmunda, który lubił wczesne wstawanie i długie spacery.

A może, na przekór całemu temu smutkowi, który w niej tkwił, powinna przygotować Wigilię? Ostatnio spędzała ją tak, że robiła sobie kanapki z serem i siadała przy oknie. Obserwowała światła w oknach na osiedlu. Tamci już zasiadają do wieczerzy, a tamci dopiero wrócili z pracy. Jaka jasna choinka! Nie wyłączyli telewizora, no jak tak można łamać się opłatkiem i oglądać wiadomości – mówiła do siebie. Może powinna z tym skończyć? Ugotować jakąś rybę, trochę dla siebie, trochę dla kota, postawić dwa nakrycia, zapalić świeczkę? To może być nawet miłe udawać, że samotność nie jest najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi w życiu przydarzyć.

Pomysł wydawał się całkiem dobry. Po raz pierwszy od dawna Halina poczuła, że jeszcze może tlić się w niej jakieś ciepło. Od śmierci Edmunda czuła się pusta i zimna. Jakby jej wnętrze stanowiła lodowa jaskinia. A teraz nagle coś się tam zatliło. Przez chwilę nawet żałowała, że wyrzuciła numer telefonu do tego mężczyzny z kliniki weterynaryjnej. Przecież on też był samotny.

Zeszyt w szarej okładce

Może powinnam zacząć od słów „Kochany Pamiętniczku”? Może lepiej nie. Po pierwsze, to nie jest pamiętnik, po drugie, wcale go nie kocham. To tylko zwykły zeszyt dziewięćdziesięciosześciokartkowy w szarej okładce. To będzie zapis pewnego stanu rzeczy, który muszę znać, a może się zdarzyć tak, że zapomnę. Ludzie czasem zapominają o istotnych sprawach, tyle się dzieje wokół. Mogę zapomnieć na chwilę, ale później muszę sobie przypomnieć. Zawsze ta sama wersja. Jak wtedy, gdy Janek uczył się wspomnień Klossa.

Mam na imię Grażyna. Grażyna Bylica. Urodziłam się we wsi Borowica Mała dwudziestego siódmego czerwca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego czwartego. Moja matka miała na imię Józefa, ojciec Stanisław. Oboje już pomarli, bo ludzie umierają, to normalne, żadnej tragedii tu nie było. Byłam piątym, ostatnim dzieckiem, tym najpóźniejszym, przypadkowym. Najstarsza siostra Stasia i brat Kazik urodzili się jeszcze przed wojną, w czasie wojny przyszła na świat Marysia, a już po wyzwoleniu Stefan.

Rodzeństwo po świecie się rozjechało, czasem piszemy do siebie listy, czasem się odwiedzamy, każdy jest zajęty swoim małym życiem, małżonkiem, dziećmi, pracą. Pewnie przez różnicę wieku nie nawiązaliśmy silnych relacji w dzieciństwie i tak już zostało.

Nie ma co mówić zbyt dużo o rodzeństwie. Poza Marysią wszyscy mają po dwoje dzieci. Oprócz Stasi, która przeniosła się na Ziemie Odzyskane, wszyscy pracują na roli. Kazik po rodzicach gospodarstwo przejął, choć co tam było do przejęcia, trzy hektary i koślawa chałupa. Kiedy byłam mała, to mi się nasz dom bardzo podobał. Z sieni na prawo wchodziło się do komory, a na lewo do kuchni. Za kuchnią była jeszcze izba, gdzie my, dzieci, wszystkieśmy spały, bo rodzice to spali w kuchni. Zimą w kuchni było najcieplej, ale latem najgorzej, bo od pieca żar buchał. Matka budziła się rano czerwona na twarzy i spocona. Ojciec często chodził latem spać na dwór, a bracia z nim. Przy śniadaniu siano mieli we włosach, a matka ich rugała, że ładu ze sobą zrobić nie potrafią.

Krótko trwało nasze wspólne życie. Malutka byłam, gdy Stasia za mąż poszła, a zaraz po niej Marysia. Kazik do domu sprowadził żonę, urodziło się dziecko, dom budowali na naszym podwórku tuż przy drodze, żeby wszyscy we wsi widzieli, bo ładny był i murowany.

Jak ten dom budowali, to omal nie zginęłam, bo na rusztowanie wlazłam, a tam mi się noga ześlizgnęła. Szczęściem sukienka się zaczepiła i nie zleciałam na głowę, tylko zawisłam. Krzyczałam ze strachu i zaraz przybiegli, i mnie zdjęli. Nie pamiętam kto. Więcej z cudzego opowiadania całe to wydarzenie pamiętam, bo mała byłam, zatarło się we wspomnieniach.

Wspomnienia. Mam z domu wspomnienia, muszę mieć, każdy jakieś ma, to i ja mam. Pewnie święta. Wigilia i snop zboża w kącie. I siano pod stołem, a nasz kot po nim skacze i bawi się kłoskami. I wędrówka do kościoła w Wielkanoc. Błoto na drodze straszne, trzeba zdjąć kamasze, żeby się nie zabrudziły.

Źle to spisuję. Poniosło mnie. Jak ja potem w tym coś znajdę? Będę wertować cały zeszyt? I na co to teraz piszę? Bałagan. Trzeba inaczej.

Więc najpierw wieś:

Moja rodzinna wieś nazywa się Borowica Mała. Leży na wschodzie Polski. Niedaleko płynie rzeka Huczwa. To mała rzeczka, ale czasem, na wiosnę po roztopach, potrafi wylać i zabrać okoliczne łąki.

Gospodarstw jest w naszej wsi dwanaście. Dziesięć przy głównej drodze i dwa przy bocznej, prowadzącej w pola. Z sąsiadów pamiętam nazwiska najbliższych. Kowalscy mieszkali po prawej, Zielińscy po lewej. Dzieci mieli dużo starsze ode mnie. Chłopak Zielińskich strasznie mi dokuczał.

Mała wieś, to i dzieci mało. Albo starsze, albo młodsze. Koleżankę znalazłam dopiero w szkole, nazywała się Halinka. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy, bo obie byłyśmy podobne – takie spokojniutkie, cichutkie dziewczynki z ciasno splecionymi warkoczykami. Siedziałyśmy razem w ławce, a nowi nauczyciele zwykle pytali, czy jesteśmy siostrami.

Znowu to robię, znowu nie pilnuję porządku. Miało być o wsi.

To nie była bogata wieś, ludzie pracowali ciężko, więc biedy nie cierpieli, ale i dobrobytu nie mieli.

Krowy ludzie trzymali. Zwykle jedną, czasem dwie. Paśli je na tych łąkach, tuż za wsią. Z naszego podwórka widziałam naszą krowę. Nazywała się, jak wszystkie inne we wsi, Mućka. Jeśli kto miał dwie krowy, to były to Mućka i Rabula, ale u nas była tylko jedna. Kiedy mój brat zostawił jałoszkę na trzecią krowę, to wielki kłopot był, jak na nią mówić. Koniec końców wołali na nią Ta Trzecia.

Nie wiem, czy teraz ludzie we wsi rozwiązali problem krowich imion, dawno tam nie byłam.

Czemu nie jeżdżę? Rodzice nie żyją, brat ma swoją rodzinę, swoje życie. Kiedy zdarzało mi się go odwiedzać, czułam, że sprawiam kłopot. Teraz nie jeżdżę, kartki wysyłam na święta.

Czy tyle o wsi wystarczy? A może powinnam opisać jeszcze jakieś miedze, grusze, owoce i sady? Albo studnię, taką ze źródełkiem, gdzie wybijała woda, najsmaczniejsza w całej wsi?

Może trzeba pamiętać, że pewnego razu ptak się w niej utopił, kruk czy może gawron, duży i czarny. Musieliśmy całą wodę wybrać, żeby ze źródełka nowa napłynęła, bo krowa pić nie chciała. Dziwne, że krowa wybrzydzała, a ludzie by wypili. Ludziom to mało co przeszkadza.

Tyle to już o wsi wystarczy.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI