13 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejny, długo oczekiwana powieść z bohaterkami znanymi między innymi z 'Autopsji', czy 'Klubu Mefista', znakomitych thrillerów medycznych niekwestionowanej królowej gatunku, Tess Gerritsen. Znaleziona w magazynach bostońskiego Crispin Muzeum Mumia okazuje się nie być starożytnym artefaktem. W nodze tajemniczej Pani X tkwi jak najbardziej współczesna kula.. Sprawę prowadzą lekarka sądowa Maura Isles i detektyw Jane Rizzoli. Szybko okazuje się, że podziemia Crispin kryją więcej tajemnic - między innymi spreparowaną na indiańską modłę głowę kolejnej ofiary. Zatrudniona w muzeum egiptolożka, doktor Josephine Pucillo, zaczyna otrzymywać listy z pogróżkami, a w jej samochodzie pojawiają się spreparowane zwłoki młodej kobiety. Policja zyskuje pewność, że ma do czynienia z seryjnym zabójcą. W trakcie śledztwa okazuje się, że Pani X była studentką archeologii, która zaginęła na wykopaliskach wiele lat temu. Trop prowadzi do syna znanego milionera i wielbiciela starożytności... Nim jednak Rizzoli zdąży zagłębić się w sprawę, doktor Pucillo znika bez śladu. Policja ma niewiele czasu, by ocalić ją z rąk zabójcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 14 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


O książce

Pani X, mumia przypadkowo znaleziona w bostońskim Crispin Museum, to medialna sensacja. Archeolodzy, z Josephine Pulcillo na czele, szacują jej wiek na 2000 lat. Jakie jest więc ich zdziwienie, kiedy podczas tomografii komputerowej odkrywają w zmumifikowanym ciele kulę… Całkiem współczesną. A mumią zaczynają się zajmować nie muzealnicy, ale lekarka sądowa Maura Isles i detektyw Jane Rizzoli.

Szybko okazuje się, że w nieuporządkowanych magazynach muzeum ktoś przechowywał własne zbiory. Policja znajduje tam zwłoki kilku kobiet. Tymczasem Josephine Pulcillo znika.

Rozpoczyna się pełen fałszywych tropów wyścig z czasem. Czy kobiecy duet śledczy zdoła rozwiązać zagadkę sięgającą daleko w przeszłość…?

TESS GERRITSEN

Amerykańska pisarka, z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach. W 1987 r. opublikowała pierwszą powieść, ale kariera pisarska Gerritsen nabrała rozpędu w 1996 r., gdy ukazał się jej pierwszy thriller medyczny DAWCA (prawa filmowe zakupił Paramount). Dzięki odniesionemu sukcesowi mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. W kolejnych latach ukazały się: NOSICIEL, GRAWITACJA (milion dolarów za prawa filmowe!), GRZESZNIK, SOBOWTÓR, AUTOPSJA, KLUB MEFISTA, OGRÓD KOŚCI, MUMIA, DOLINA UMARŁYCH, MILCZĄCA DZIEWCZYNA i UMRZEĆ PO RAZ DRUGI. Przekłady książek Gerritsen publikowane są w 20 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Na podstawie jej powieści powstał serial telewizyjny Partnerki z kobiecym duetem śledczym – Rizzoli & Isles.

www.tessgerritsen.com

Tej autorki

DAWCACIAŁOINFEKCJANOSICIELGRAWITACJAOGRÓD KOŚCI

Jane Rizzoli & Maura Isles

CHIRURGSKALPELGRZESZNIKSOBOWTÓRAUTOPSJAKLUB MEFISTAMUMIADOLINA UMARŁYCHMILCZĄCA DZIEWCZYNAOSTATNI, KTÓRY UMRZEUMRZEĆ PO RAZ DRUGI

Tytuł oryginału: THE KEEPSAKE

Copyright © Tess Gerritsen 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew Kościuk 2010

Redakcja: Beata Słama

Konsultacja medyczna: Lucyna Bednarek-Papierska

Zdjęcie na okładce: © Kenneth Garrett/National Geographic/Getty Images

ISBN 978-83-7985-249-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Adamowi i Joshui,dla których świeci słońce

Każda mumia jest jak nieznany kontynent,który odwiedzamy pierwszy raz.

Doktor Jonathan Elias, egiptolog

Rozdział pierwszy

Szedł po mnie.

Czułam to w kościach, wdychałam niczym zapach gorącego piasku, wonnych przypraw i potu setek mężczyzn harujących w promieniach słońca. Czułam wyraźnie znajomą woń Pustyni Libijskiej, choć Egipt znajdował się szmat drogi od mrocznej sypialni, w której leżałam. Byłam na pustyni piętnaście lat temu, lecz gdy tylko zamykałam oczy, przenosiłam się tam w jednej chwili. Stałam na skraju obozowiska, o zachodzie słońca, spoglądając w stronę libijskiej granicy. Wiatr w wadi zawodził jak kobieta. Słyszałam głuchy odgłos oskardów i zgrzyt łopat, miałam przed oczami zastępy egipskich kopaczy uwijających się jak mrówki na terenie wykopalisk, dźwigających na głowie kosze guffa wypełnione ziemią. Stojąc na pustyni piętnaście lat temu, wyobrażałam sobie, że jestem aktorką grającą w filmie przygodowym. Nie był to mój film ani przygoda, którą spodziewała się przeżyć skromna dziewczyna z Indio w Kalifornii.

Przez zamknięte powieki dostrzegłam światła przejeżdżającego samochodu. Otworzyłam oczy i egipskie obrazy odpłynęły. Zamiast stać na pustyni, oglądając niebo siniejące w promieniach zachodzącego słońca, leżałam pół świata dalej, w mrocznej sypialni w San Diego.

Zwlekłam się z łóżka i podeszłam boso do okna, żeby wyjrzeć na ulicę. Mieszkałam w zaniedbanej okolicy, z rzędem otynkowanych domów z lat pięćdziesiątych — z okresu, gdy amerykańskim marzeniem nie były jeszcze miniaturowe rezydencje z trzema garażami. Skromne, lecz solidne domy miały w sobie osobliwą uczciwość. Nie zbudowano ich, aby robiły wrażenie, lecz aby dostarczały schronienia. Czułam się tu bezpiecznie anonimowa. Jeszcze jedna samotna matka starająca się wychować krnąbrną kilkunastoletnią córkę tak, żeby wyszła na ludzi.

Wyjrzałam zza zasłony na ulicę i zauważyłam ciemnego sedana zwalniającego pół przecznicy dalej. Stanął przy krawężniku, zgasły światła. Obserwowałam go, czekając, aż pojawi się kierowca, lecz nikt nie wysiadł. Siedział w aucie przez długi czas. Może słuchał radia albo pokłócił się z żoną i teraz bał się spojrzeć jej w oczy. A może w środku była para kochanków, niemająca dokąd pójść. Chociaż mogłabym podać wiele niewinnych powodów, przez moje ciało przebiegł dreszcz strachu.

Chwilę później reflektory zapaliły się i wóz ruszył.

Chociaż znikł za rogiem, stałam rozdygotana, ściskając zasłonę ręką mokrą od potu. Wróciłam do łóżka. Leżałam spocona na prześcieradłach, nie mogąc zasnąć. Mimo że była ciepła lipcowa noc, okno w sypialni było zamknięte. Nalegałam, aby moja córka Tari nie otwierała okien w swoim pokoju, ale nie zawsze mnie słuchała.

Właściwie z każdym dniem słuchała mnie coraz mniej.

Kiedy zamknęłam oczy, powróciły egipskie obrazy. Moje myśli zawsze wracały do tego kraju. Śniłam o nim nawet, gdy tam byłam. Kiedy miałam sześć lat, zobaczyłam zdjęcie Doliny Królów na okładce „National Geographic” i poczułam się tak, jakbym ujrzała znajomą ukochaną twarz, która została niemal zapomniana. Właśnie tym była dla mnie egipska ziemia — ukochaną twarzą, którą pragnęłam znów ujrzeć.

Przez kolejne lata przygotowywałam się do powrotu. Pracowałam i studiowałam. Dostałam stypendium na Uniwersytecie Stanfordzkim, a później profesor entuzjastycznie zarekomendował mnie do udziału w wakacyjnej ekspedycji archeologicznej na Pustyni Libijskiej.

W czerwcu, pod koniec przedostatniego roku studiów, wsiadłam na pokład samolotu lecącego do Kairu.

Nawet teraz, w mrocznej kalifornijskiej sypialni, pamiętałam, jak bolały mnie oczy od promieni słońca odbijających się od białego, gorącego piasku. Czułam woń kremu z filtrem rozsmarowanego na skórze i ukłucia drobin pustynnego piasku, którym wiatr smagał moją twarz. Rydel w ręku i żar słońca na ramionach stanowiły dopełnienie marzeń młodej dziewczyny.

Lecz marzenia szybko zamieniły się w koszmar. Kiedy wsiadałam do samolotu lecącego do Kairu, byłam szczęśliwą studentką. Trzy miesiące później wróciłam jako zupełnie inna kobieta.

Nie wróciłam sama. Z pustyni podążał za mną potwór.

Nagle otworzyłam oczy w ciemności. Czy to odgłos kroków? Skrzypienie otwieranych drzwi? Leżałam na wilgotnych prześcieradłach, czując rozpaczliwe kołatanie serca. Bałam się wstać i bałam się leżeć.

W domu coś było nie tak.

Po latach ukrywania się wiedziałam, że lepiej nie ignorować ostrzegawczego szeptu rozlegającego się w głowie. Naglące podszepty były jedynym powodem, dla którego nadal żyłam. Nauczyłam się zwracać uwagę na wszelkie anomalie, na każde niepokojące drżenie. Obserwowałam nieznane samochody przejeżdżające ulicą, stawałam się czujna, gdy kolega z pracy wspomniał, że ktoś o mnie pytał. Z wyprzedzeniem przygotowałam skomplikowany plan ucieczki. Obmyśliłam już następne posunięcie. W ciągu dwóch godzin córka i ja miałyśmy dotrzeć do granicy z Meksykiem z nowymi dowodami tożsamości. Paszporty ze zmienionymi nazwiskami czekały w kieszeni walizki.

Powinnyśmy były wyjechać dawno temu. Nie należało zwlekać tak długo.

Jednak jak przekonać czternastolatkę, żeby się przeprowadziła i zostawiła przyjaciół? Tari stanowiła poważny problem — nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, które nam groziło.

Otworzyłam szufladę nocnego stolika i wyjęłam pistolet. Nie był zarejestrowany, na dodatek czułam się podenerwowana, że nabita broń znajduje się pod tym samym dachem co moja córka. Na szczęście po sześciu weekendach spędzonych na strzelnicy wiedziałam, jak jej użyć.

Wyszłam boso z pokoju i przeszłam korytarzem obok zamkniętych drzwi sypialni Tari. Robiłam taki obchód tysiące razy, zawsze po ciemku. Jak zdobycz, najbezpieczniej czułam się w mroku.

Sprawdziłam okna i drzwi w kuchni. Później zrobiłam to samo w salonie. Wszystko było w porządku. Wróciłam na korytarz i znów zatrzymałam się przed drzwiami pokoju córki. Tari stała się fanatyczną obrończynią swojej prywatności, lecz w drzwiach jej sypialni nie było zamka. Nigdy bym na to nie pozwoliła. Musiałam mieć możliwość zajrzenia do środka, upewnienia się, że jest bezpieczna.

Drzwi głośno zaskrzypiały, gdy je otwierałam, lecz Tari się nie obudziła. Jak u większości nastolatków, jej sen przypominał śpiączkę. Od razu wyczułam lekki powiew. Westchnęłam ciężko. Znów mnie nie posłuchała. Zostawiła okno szeroko otwarte, tak jak tyle razy wcześniej.

Chociaż wnoszenie nabitej broni do sypialni córki graniczyło ze świętokradztwem, musiałam zamknąć okno. Weszłam do pokoju i stanęłam przy łóżku, obserwując, jak Tari śpi, wsłuchując się w miarowy rytm jej oddechu. Przypomniałam sobie, jak wyglądała, gdy ujrzałam ją pierwszy raz. Miała buzię ubrudzoną krwią i płakała na rękach położnej. Poród trwał osiemnaście godzin, więc byłam tak wyczerpana, że ledwie mogłam unieść głowę z poduszki. Ale wystarczyło jedno spojrzenie na moje maleństwo, a podniosłam się z łóżka i stawiłam czoło całemu legionowi nieprzyjaciół. Od razu wiedziałam, jakie imię jej dam. Przypomniałam sobie słowa wyryte na wielkiej świątyni w Abu Simbel, słowa, którymi Ramzes Wielki wyraził miłość do swojej żony:

NEFERTARI, DLA KTÓREJ ŚWIECI SŁOŃCE

Moja córka, Nefertari, była jedynym skarbem, który przywiozłam z Egiptu. Przerażała mnie myśl, że mogłabym ją utracić.

Tari była bardzo podobna do mnie. Miałam wrażenie, że obserwuję samą siebie pogrążoną we śnie. Kiedy miała dziesięć lat, potrafiła odczytywać hieroglify. W wieku dwunastu umiała wyrecytować wszystkie egipskie dynastie aż do Ptolemeuszów. W weekendy myszkowała po Muzeum Człowieka. Można by pomyśleć, że pod każdym względem jest moim klonem. Mijały lata, a ja nie potrafiłam dostrzec żadnych wyraźnych cech ojca w jej twarzy, głosie i, co najważniejsze, duszy. Była moją córką. Moją i tylko moją. Nieskażoną złem tego, który ją począł.

Z drugiej strony była normalną czternastoletnią dziewczyną i właśnie to stało się źródłem mojej frustracji w ciągu ostatnich tygodni, gdy czułam, jak wokół nas gęstnieje mrok, gdy w bezsenne noce nasłuchiwałam kroków potwora. Córka nie zdawała sobie sprawy z niebezpieczeństwa, bo ukryłam przed nią prawdę. Chciałam, aby wyrosła na silną nieustraszoną kobietę, wojowniczkę, która nie boi się ciemności. Nie wiedziała, dlaczego obchodzę dom późną nocą, dlaczego zamykam okna na zasuwy i dwa razy sprawdzam zamki. Uważała mnie za histeryczkę. Miała rację. Bałam się za nas obie, podtrzymując w niej iluzję, że świat jest w porządku.

Tari była o tym przekonana. Lubiła San Diego i z utęsknieniem czekała na pierwszy rok ogólniaka. Miała nowych przyjaciół. Niebiosa, miejcie w opiece rodzica, który nieopatrznie stanie między nastolatką a jej kumpelami. To z powodu uporu Tari nie wyjechałyśmy z miasta kilka tygodni temu.

Powiew wiatru sprawił, że pot na mojej skórze stał się lodowaty.

Położyłam pistolet na nocnym stoliku i podeszłam do okna, żeby je zamknąć. Wyjrzałam na dwór, wdychając zimne powietrze. Wokół panowała cisza, którą zakłócało tylko bzyczenie komara. Drań ukąsił mnie w policzek. Pojęłam znaczenie tego faktu dopiero, gdy zaczęłam zamykać okiennicę. Po moich plecach przeszedł zimny dreszcz.

W oknie nie było siatki na owady. Gdzie się, u licha, podziała?

Dopiero wtedy wyczułam jego złowrogą obecność. Obserwował mnie, gdy czule pochylałam się nad córką. Zawsze obserwował, czekając na odpowiednią chwilę, na okazję, żeby się na mnie rzucić. Odnalazł nas.

Odwróciłam się i zobaczyłam złego.

Rozdział drugi

Doktor Maura Isles nie wiedziała, czy ma zostać, czy uciekać.

Przystanęła w cieniu parkingu Pilgrim Hospital, poza zasięgiem reflektorów i kamer telewizyjnych. Nie chciała, żeby ją zobaczyli. Większość miejscowych reporterów bez trudu rozpoznałaby kobietę o uderzającej urodzie, której blada twarz i krótko obcięte czarne włosy sprawiły, że nazywali ją Królowa Śmierć. Na szczęście nikt nie zauważył przyjazdu Maury, więc żadna kamera nie skierowała się w jej stronę. Uwagę kilkunastu reporterów przyciągała zaparkowana przed wejściem furgonetka, z której za chwilę miano wyładować słynną pasażerkę. Tylne drzwi otworzyły się szeroko. Delikatnie wyniesiono ją z karetki i umieszczono na szpitalnych noszach. Była znaną gwiazdą, której sława znacznie przyćmiła blask zwykłego lekarza sądowego. Tego wieczoru Maura należała do oniemiałej z wrażenia publiczności, która przybyła z tego samego powodu, co reporterzy tkwiący przed szpitalem w ciepłą niedzielną noc, niczym oszalali fani.

Wszyscy chcieli choć raz rzucić okiem na Panią X.

Maura wiele razy miała do czynienia z reporterami, lecz dziki głód tej gromady wzbudził jej niepokój. Wiedziała, że gdyby w polu ich widzenia pojawiła się nowa zdobycz, w jednej chwili skupiliby na niej całą uwagę, a tego wieczoru czuła się emocjonalnie poturbowana i bezbronna. Miała ochotę uciec, odwrócić się na pięcie i wskoczyć do samochodu. Jednak czekał na nią pusty dom i zbyt dużo kieliszków wina, które dotrzymywały jej towarzystwa w noce, gdy nie mógł tego zrobić Daniel Brophy. Ostatnio było ich stanowczo zbyt dużo, lecz taką cenę musiała płacić za to, że się w nim zakochała. Serce dokonuje wyboru, nie analizując konsekwencji. Nie myślała o samotnych nocach, które mogą nadejść.

Nosze z Panią X wtoczyły się do budynku, a w ślad za nimi pognała sfora reporterów.

Maura szła na końcu tego osobliwego orszaku.

Nosze przejechały przez hol, mijając zdumionych gości oraz personel medyczny czekający z komórkami przygotowanymi do zrobienia zdjęcia. Korowód ruszył dalej, korytarzem prowadzącym na oddział diagnostyki obrazowej. Przez wewnętrzne drzwi przepuszczono tylko nosze. Przedstawiciel zarządu szpitala, w garniturze i krawacie, zastąpił drogę reporterom, nie pozwalając iść dalej.

— Będą państwo musieli tu zaczekać — oznajmił. — Wiem, że chcielibyście to zobaczyć, lecz sala jest bardzo mała. — Uniósł rękę, aby uciszyć jęk rozczarowania. — Nazywam się Phil Lord. Pracuję w dziale public relations szpitala. Jesteśmy podekscytowani tym, że możemy uczestniczyć w badaniach, ponieważ taka pacjentka, jak Pani X, zdarza się raz na jakieś dwa tysiące lat. — Uśmiechnął się, oczekując salwy śmiechu. — Badanie tomografem komputerowym nie potrwa długo, więc jeśli zechcą państwo poczekać, jeden z archeologów wyjdzie do państwa, aby przedstawić wyniki. — Mówiąc to, odwrócił się do bladego czterdziestoletniego mężczyzny, który stanął w kącie, jakby miał nadzieję, że nie zostanie dostrzeżony. — Doktorze Robinson, czy zechciałby pan powiedzieć kilka słów, zanim przystąpimy do badań?

Mężczyzna w okularach najwyraźniej nie miał ochoty przemawiać do tłumu, lecz dzielnie nabrał powietrza i zrobił krok do przodu, poprawiając okulary na haczykowatym nosie. W niczym nie przypominał Indiany Jonesa. Rzednące włosy i uważne spojrzenie nadawały mu raczej wygląd księgowego, który znalazł się w niepożądanym świetle reflektorów.

— Jestem doktor Nicholas Robinson — zaczął niepewnie. — Pracuję jako kustosz…

— Czy mógłby pan mówić głośniej, doktorze? — spytał jeden z reporterów.

— Przepraszam. — Doktor Robinson odchrząknął i mówił dalej: — Jestem kustoszem Crispin Museum w Bostonie. Chcielibyśmy wyrazić ogromną wdzięczność dyrekcji Pilgrim Hospital za zgodę na przeprowadzenie tomografii komputerowej mumii Pani X. To niezwykła okazja uchylenia rąbka tajemnic przeszłości. Sądząc po liczbie przybyłych, widzę, że są państwo równie podekscytowani jak my. Moja koleżanka egiptolog, doktor Josephine Pulcillo, wyjdzie do państwa po zakończeniu badań, przedstawi wyniki tomografii i odpowie na pytania.

— Kiedy mumia zostanie udostępniona publiczności? — zapytał jeden z dziennikarzy.

— W najbliższym tygodniu. Przygotowano już nową gablotę i…

— Czy wiemy, kim była?

— Dlaczego nie pokazano jej wcześniej?

— Czy może być egipską królową?

— Nie wiem — odrzekł Robinson, mrugając nerwowo pod gradem pytań. — Musimy potwierdzić, że w ogóle jest kobietą.

— Znaleźliście ją sześć miesięcy temu i do dziś nie ustaliliście płci?

— Badania wymagają czasu.

— Wystarczy jedno spojrzenie — rzucił jeden z reporterów, a tłumek zarechotał.

— Nie jest to takie proste, jak pan sadzi — odpowiedział Robinson, znów poprawiając okulary, które zsunęły się na czubek nosa. — Ponieważ mumia ma dwa tysiące lat, jest bardzo krucha i trzeba się z nią obchodzić niezwykle delikatnie. Przewiezienie jej tutaj kosztowało mnie sporo nerwów. Najważniejszym celem naszej placówki jest zabezpieczenie eksponatów. Uważam się za jej strażnika, mam obowiązek ją chronić. Właśnie dlatego zwróciliśmy się do szpitala z prośbą o wykonanie tomografii. Pracujemy powoli, z wielką ostrożnością.

— Czego macie nadzieję się dowiedzieć dzięki tomografii komputerowej, doktorze Robinson?

Twarz Robinsona nieoczekiwanie rozbłysła entuzjazmem.

— Czego chcemy się dowiedzieć? Wszystkiego! Ile miała lat, jaki był stan jej zdrowia. W jaki sposób zmumifikowano ciało. Jeśli szczęście nam dopisze, może uda się ustalić przyczynę zgonu.

— Czy dlatego jest tu lekarz sądowy?

Grupa reporterów niczym wielookie monstrum zwróciła się w kierunku stojącej z tyłu Maury, a ona poczuła znajome pragnienie wycofania się, gdy kamery skierowały się na nią.

— Doktor Isles! — zawołał jeden z dziennikarzy. — Czy zwrócono się do pani z prośbą o postawienie diagnozy?

— Czy lekarz sądowy będzie brał udział w oględzinach? — dopytywał się drugi.

Na ostatnie pytanie trzeba było udzielić odpowiedzi natychmiast, zanim prasa wszystko przekręci.

— Nasz urząd nie będzie brał udziału w badaniach. Zapewniam państwa, że nie zapłacono mi za to, abym była tu dzisiaj obecna.

— Mimo to pani przyszła — zauważył blondyn z Channel 5, za którym nie przepadała.

— Jestem tu na zaproszenie Crispin Museum. Doktor Robinson pomyślał, że warto poznać opinię lekarza sądowego. Zadzwonił tydzień temu z pytaniem, czy chciałabym obejrzeć wyniki badania tomograficznego. Proszę mi wierzyć, każdy patolog byłby podekscytowany. Jestem tak samo zafascynowana Panią X, jak wy. Nie mogę się doczekać spotkania. — Spojrzała wymownie na kustosza. — Chyba powinniśmy już zaczynać, doktorze Robinson.

Z całych sił złapał się liny, którą mu rzuciła.

— Ma pani rację, najwyższy czas. Proszę za mną, doktor Isles.

Maura przedarła się przez tłum i ruszyła za Robinsonem na oddział diagnostyki obrazowej. Kiedy zamknęli za sobą drzwi, Robinson odetchnął głęboko.

— Boże, nie znoszę publicznych wystąpień. Dziękuję, że położyła pani temu kres.

— Mam w tym aż za duże doświadczenie.

— Jestem rad, że możemy się poznać, doktor Isles — powiedział Robinson, gdy uścisnęli sobie dłonie. — Pan Crispin chciał poznać panią osobiście, lecz kilka miesięcy temu miał operację stawu biodrowego i nadal nie może długo stać. Prosił, żebym panią pozdrowił.

— Zapraszając mnie, nie wspomniał pan, że będę musiała przedzierać się przez tłum.

— Ma pani na myśli media? — Robinson rzucił jej zbolałe spojrzenie. — To zło konieczne.

— Dla kogo?

— Dla przetrwania naszego muzeum. Od czasu ukazania się artykułu o Pani X sprzedaż biletów zdecydowanie wzrosła, a nawet nie wystawiliśmy mumii.

Robinson poprowadził ją labiryntem korytarzy. W niedzielną noc oddział diagnostyki obrazowej był pogrążony w ciszy, a mijane sale mroczne i puste.

— W pomieszczeniu będzie trochę ciasno — uprzedził. — Nie ma tam miejsca nawet dla małej grupki.

— Kto będzie obecny?

— Moja koleżanka, Josephine Pulcillo, radiolog, doktor Brier, i technik obsługujący tomograf. No i ekipa filmowa.

— Kogoś pan zatrudnił?

— Nie, są z Discovery Channel.

Roześmiała się ze zdumienia.

— No, no, zaimponował mi pan!

— Nie żartuję. Musimy zwracać uwagę na słowa. — Mówiąc to, stanął przed drzwiami z tabliczką „Tomografia komputerowa”. — Myślę, że mogą już filmować.

Wślizgnęli się chyłkiem do pomieszczenia z tomografem, gdzie ekipa telewizyjna nagrywała doktora Briera objaśniającego technologię, którą niebawem zastosują.

— Nasze urządzenie prześwietli mumię promieniami rentgenowskimi pod tysiącem różnych kątów. Komputer przetworzy dane i stworzy trójwymiarowy obraz budowy wewnętrznej. Zobaczą to państwo na monitorze. Obraz będzie przypominał szereg przekrojów, jakbyśmy cięli przedmiot na plasterki.

Maura przysunęła twarz do szybki i zajrzała do środka. Pierwszy raz zobaczyła Panią X.

W oderwanym od rzeczywistości świecie muzeów egipskie mumie zajmowały miejsce jak gwiazdy rocka w świecie rozrywki. Gabloty, w których je eksponowano, przyciągały szkolną dziatwę, która przyciskała twarze do szyby, zafascynowana rzadko oglądanym obrazem śmierci. Oczy współczesnych nieczęsto widywały wystawione na widok publiczny zwłoki, chyba że miały czcigodną postać mumii. Publiczność uwielbiała mumie, a Maura nie różniła się pod tym względem od przeciętnego człowieka. Nie mogła oderwać od niej wzroku, chociaż to, co widziała, było zawiniątkiem o ludzkim kształcie spoczywającym w otwartej skrzyni. Ciało osłaniały pasy starożytnego płótna, a na twarzy umieszczono kartonową maskę przedstawiającą twarz kobiety o uderzających czarnych oczach.

Po chwili Maura dostrzegła w sali inną kobietę. Młoda osoba w bawełnianych rękawiczkach pochylała się nad skrzynią, usuwając warstwę waty dźwiękochłonnej otaczającej mumię. Jej twarz okalały pukle czarnych włosów. Wyprostowała się, odrzucając włosy do tyłu i odsłaniając oczy tak samo ciemne i przeszywające jak te, które namalowano na masce. Jej śródziemnomorskie rysy równie dobrze mogłyby zostać uwiecznione na malowidle ściennym jakiejś egipskiej świątyni, choć strój był współczesny: obcisłe niebieskie dżinsy i koszulka z logo organizacji Live Aid.

— Piękna, prawda? — szepnął doktor Robinson, przysuwając się do Maury. Przez chwilę zastanawiała się, czy ma na myśli Panią X, czy młodą kobietę. — Wygląda na to, że doskonale się zachowała. Mam nadzieję, że ciało jest równie dobrze zakonserwowane jak płótna.

— Ile może mieć lat? Dokonaliście wstępnego szacunku?

— Przesłaliśmy wycinek zewnętrznej warstwy płótna do analizy metodą węgla C-czternaście. Niemal zrujnowaliśmy nasz budżet, lecz Josephine nalegała. Wyszło, że pochodzi z drugiego wieku przed naszą erą.

— To okres ptolemejski?

Skinął głową, nie kryjąc zadowolenia.

— Widzę, że zna pani egipskie dynastie.

— Antropologia była moim przedmiotem kierunkowym. Obawiam się, że nie pamiętam już nic oprócz plemienia Janomamów.

— Mimo to jestem pod wrażeniem.

Maura wpatrywała się w owinięte płótnem ciało, rozmyślając o tym, że liczy ponad dwa tysiące lat. Pomyślała o podróży, którą odbyła mumia przez ocean, przez tysiąclecia, aby skończyć w gabinecie tomografii komputerowej bostońskiego szpitala, otoczona gromadką ciekawskich.

— Nie wyjmiecie jej ze skrzyni do badania? — zdziwiła się.

— Chcemy jak najmniej jej dotykać. Skrzynia nie przeszkodzi w wykonaniu tomografii. Nadal będziemy mogli ustalić, co jest pod płótnem.

— Nie zajrzeliście nawet odrobinę?

— Pyta pani, czy odwinęliśmy kawałek? — Robinson wytrzeszczył oczy z przerażenia. — Boże uchowaj! Archeolodzy postępowali tak sto lat temu. Właśnie dlatego zniszczono tyle znalezisk. Pod płótnem znajdują się przypuszczalnie warstwy żywicy, dlatego nie można go tak zwyczajnie odwinąć. Trzeba byłoby odłupywać kawałek po kawałku. Takie postępowanie to nie tylko akt wandalizmu, lecz również brak szacunku. Nigdy bym na to nie pozwolił. — Spojrzał przez okienko na młodą czarnowłosą kobietę. — Gdybym to zrobił, Josephine by mnie zabiła.

— To pana współpracowniczka?

— Tak, doktor Pulcillo.

— Wygląda, jakby miała szesnaście lat.

— Prawda? Jest bardzo inteligentna. To ona zorganizowała dzisiejsze badanie. Josephine poradziła sobie nawet z prawnikami szpitala, którzy próbowali temu przeszkodzić.

— Dlaczego się sprzeciwiali?

— Pyta pani poważnie? Bo Pani X nie mogła wyrazić na to świadomej zgody.

Maura zaśmiała się z niedowierzaniem.

— Chcieli świadomej zgody mumii?

— Prawnicy muszą postawić kropkę nad każdym „i”. Nawet jeśli pacjent nie żyje od kilku tysięcy lat.

Doktor Pulcillo usunęła watę i weszła do pomieszczenia dla widzów, zamykając za sobą drzwi. Mumia leżała odsłonięta w skrzyni, czekając na pierwszą wiązkę promieni rentgenowskich.

— Doktorze Robinson — technik obsługujący tomograf zatrzymał palce nad klawiaturą komputera — przed badaniem należy wprowadzić dane pacjenta. Jaką datę urodzenia mam wpisać?

Kustosz zmarszczył czoło.

— Naprawdę potrzebujecie daty urodzenia?

— Nie mogę rozpocząć procedury, dopóki nie wypełnię wszystkich rubryk. Próbowałem wpisać rok zerowy, lecz komputer go nie przyjął.

— Możemy wpisać wczorajszą datę? Tak jakby przeżyła dopiero jeden dzień?

— W porządku. Program żąda teraz wpisania płci. Mężczyzna, kobieta czy inna?

Robinson zamrugał szybko.

— Jak to „inna”?

Technik uśmiechnął się rozbrajająco.

— Nigdy nie miałem okazji tego zaznaczyć.

— W takim razie najwyższy czas. Na masce widnieje twarz kobiety, lecz nigdy nie wiadomo. Nie możemy mieć pewności co do płci przed wykonaniem tomografii.

— Zgoda — przytaknął radiolog, doktor Brier. — Zaczynajmy.

Doktor Robinson skinął głową.

— A zatem do dzieła.

Skupili się wokół monitora, czekając, aż pojawią się pierwsze obrazy. Przez okno widzieli, jak głowa Pani X wsuwa się przez otwór w kształcie pączka do maszyny, w której będzie bombardowana promieniami rentgenowskimi padającymi pod różnymi kątami. Tomografia komputerowa nie była nową metodą w medycynie, lecz w archeologii stosowano ją od niedawna. Żadna z osób obecnych w pokoju nie widziała wcześniej obrazu tomografii komputerowej mumii, więc wszyscy zbili się w zwartą gromadkę. Maura czuła kamerę skierowaną na ich twarze, gotową zarejestrować pierwszą reakcję. Nicholas Robinson stał obok niej, kołysząc się na piętach i emanując tak nerwową energią, że mógłby nią zarazić wszystkich w sali. Maura zapuściła żurawia, żeby lepiej widzieć, czując, że jej puls przyspieszył. Pierwszy obraz, który pojawił się na ekranie, wywołał westchnienie zniecierpliwienia.

— To krawędź skrzyni — wyjaśnił doktor Brier.

Maura spojrzała na Robinsona i zauważyła, że zacisnął usta. Czy Pani X nie okaże się pustym płóciennym zawiniątkiem? Doktor Pulcillo stała obok niego, tak samo spięta, wbijając palce w oparcie krzesła radiologa i patrząc mu przez ramię w oczekiwaniu na obraz przypominający człowieka, potwierdzający, że pod warstwą płótna znajdują się zwłoki.

Kolejny obraz całkowicie zmienił atmosferę. Oczom zebranych ukazał się niezwykle jasny dysk. W chwili, gdy się pojawił, wszyscy odetchnęli ulgą.

Kość.

— To wierzchołek czaszki — powiedział doktor Brier. — Gratuluję, w środku z pewnością jest ciało.

Robinson i Pulcillo poklepali się radośnie po plecach.

— Spodziewaliśmy się tego! — wykrzyknął.

— Teraz będzie można dokończyć budowę gabloty — zauważyła z uśmiechem Pulcillo.

— Mumie! — Robinson roześmiał się głośno, odrzucając głowę do tyłu. — Wszyscy uwielbiają mumie!

Na ekranie ukazały się kolejne przekroje. Kiedy pojawiła się większa część obrazu czaszki, znów skierowali uwagę na monitor. Jama czaszki nie była wypełniona tkanką mózgową, lecz pasemkami przypominającymi splątane glisty.

— To pasemka lnu — szepnęła zadziwiona doktor Pulcillo, jakby to był najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziała.

— Nie ma mózgu — stwierdził technik.

— Zwykle usuwano go z czaszki.

— Czy to prawda, że wsuwali hak przez nos i wyciągali mózg na zewnątrz? — zapytał.

— Nie do końca. Nie można wyciągnąć mózgu na zewnątrz, bo jest zbyt miękki. Przypuszczalnie używali jakiegoś instrumentu, aby go „rozbełtać”. Następnie pochylali ciało, aby ciecz wypłynęła nosem.

— Obrzydliwość — wzdrygnął się technik, chłonąc każde słowo Pulcillo.

— Czaszkę pozostawiano pustą lub wypełniano ją pasemkami płótna, jak w tym przypadku. Płótnem i kadzidłem.

— Kadzidłem? Co to takiego? Zawsze byłem tego ciekaw.

— To wonna żywica specjalnego afrykańskiego drzewa. Kadzidło było wysoko cenione w starożytności.

— Czy właśnie dlatego trzej mędrcy przynieśli je do Betlejem?

Doktor Pulcillo skinęła głową.

— Kadzidło było bardzo cennym darem.

— Proszę spojrzeć — wtrącił się doktor Brier. — Jesteśmy poniżej oczodołów. Tu widać szczękę i… — przerwał, marszcząc czoło na widok jakiegoś przedmiotu o nieoczekiwanej gęstości.

— Boże… — wyszeptał Robinson.

— To jakiś metalowy przedmiot — powiedział doktor Brier. — Jest w jamie ustnej…

— Może to złoty liść? — zasugerowała Pulcillo. — W epoce grecko-rzymskiej w ustach zmarłych umieszczano czasem złoty liść przypominający język.

Robinson zwrócił się do kamery, która rejestrowała każde słowo.

— Wygląda na to, że w jamie ustnej znajduje się jakiś metalowy przedmiot. Potwierdzałoby to nasze przypuszczenia, że mumia pochodzi z czasów grecko-rzymskich…

— A cóż to takiego?! — wykrzyknął doktor Brier.

Maura wpatrywała się zdumiona w ekran monitora. W żuchwie mumii błysnęło coś jasnego. Skamieniała, nie spodziewając się czegoś takiego w zwłokach liczących dwa tysiące lat. Pochyliła się, oglądając element, który nie zwróciłby większej uwagi, gdyby na stole sekcyjnym leżały zwykłe zwłoki.

— Wiem, że to niemożliwe… — zaczęła cicho — lecz to wygląda jak plomba dentystyczna.

Radiolog skinął głową.

— Też tak uważam.

Maura odwróciła się do doktora Robinsona, który był równie zaszokowany jak pozostali.

— Czy w jakiejś egipskiej mumii odkryto wcześniej coś takiego? — zapytała. — Czy starożytne leczenie dentystyczne można pomylić ze współczesnym wypełnieniem?

Pokręcił głową, wpatrując się w nią wytrzeszczonymi oczami.

— Nie oznacza to, że starożytni Egipcjanie tego nie potrafili. Medycyna egipska stała na najwyższym poziomie w całym starożytnym świecie. — Spojrzał na swoją koleżankę. — Josephine, możesz podać nam jakieś informacje na ten temat? To twoja dziedzina.

Doktor Pulcillo najwyraźniej nie wiedziała, co powiedzieć.

— Zachowały się… papirusy medyczne z okresu Starego Państwa opisujące, jak wyleczyć poluzowany ząb lub wykonać mostek dentystyczny — zaczęła. — Był też znany uzdrowiciel zębów. Wiemy, że dawni Egipcjanie mieli bardzo rozwiniętą sztukę dentystyczną. Znacznie wyprzedzali swoje czasy.

— Czy stosowali takie wypełnienia? — spytała Maura, wskazując monitor.

Doktor Pulcillo spojrzała z zakłopotaniem na ekran.

— Nigdy o czymś takim nie słyszałam.

Na monitorze ukazały się kolejne obrazy w różnych odcieniach szarości. Ujrzeli przekrój poprzeczny ciała tak, jakby zostało pokrojone nożem. Można było bombardować mumię promieniami rentgenowskimi pod każdym kątem, poddać dużej dawce promieniowania, bo nie istniało ryzyko wywołania choroby nowotworowej lub innych skutków ubocznych. Promienie atakowały ciało pacjentki, której nikt nie mógł dorównać pod względem uległości.

Wstrząśnięty poprzednimi obrazami, Robinson pochylił się nad ekranem, napięty jak cięciwa łuku, gotów na kolejną niespodziankę. Ich oczom ukazały się pierwsze przekroje klatki piersiowej, ciemnej i pustej.

— Wygląda na to, że usunięto płuca — stwierdził radiolog. — Widzę tylko mały pomarszczony fragment śródpiersia.

— To serce — wyjaśniła Pulcillo nieco spokojniej. Przynajmniej to jej nie zaskoczyło. — Zawsze starali się pozostawić serce in situ1.

— Tylko serce?

Skinęła głową.

— Serce uważano za ośrodek inteligencji, dlatego nigdy nie oddzielano go od reszty ciała. W Księdze Umarłych są trzy specjalne zaklęcia mające zagwarantować, że pozostanie na swoim miejscu.

— A inne narządy? — chciał wiedzieć technik. — Słyszałem, że umieszczali je w specjalnych słojach.

— Postępowano tak aż do dwudziestej pierwszej dynastii. Jakieś tysiąc lat przed naszą erą zaczęto owijać narządy wewnętrzne w cztery warstwy płótna i umieszczać je wewnątrz ciała.

— Zatem powinniśmy je zobaczyć, prawda?

— Tak, jeśli mumia pochodzi z okresu ptolemejskiego.

— Myślę, że możemy postawić hipotezę na temat jej wieku — powiedział radiolog. — Zęby mądrości są w pełni ukształtowane, szwy czaszkowe zasklepione. Nie widzę żadnych śladów zwyrodnienia kręgosłupa.

— Młoda dorosła osoba — zasugerowała Maura.

— Przypuszczalnie poniżej trzydziestego piątego roku życia.

— W tamtych czasach trzydziestopięcioletniego człowieka uważano za osobę w zaawansowanym wieku średnim.

Obraz przesunął się w dół, poniżej klatki piersiowej. Promienie rentgenowskie przeniknęły przez warstwy płótna, skorupę zasuszonej skóry i kości, uwidaczniając jamę brzuszną. Maura zobaczyła coś, co wydało jej się upiornie nieznane, tak dziwne, jakby przeprowadzała sekcję zwłok kosmity. Zamiast wątroby i śledziony, żołądka i trzustki ujrzała wężowe zwoje płóciennych pasów. Wewnętrzny krajobraz pozbawiony był jakichkolwiek rozpoznawalnych elementów. Jedynie jasne wyrostki trzonów kręgowych sugerowały, że mają do czynienia z ludzkim ciałem, ciałem wypatroszonym tak, że pozostała z niego pusta powłoka wypchana jak lalka z gałganków.

Anatomia mumii mogła jej się wydać obca, lecz dla Robinsona i Pulcillo było to znajome terytorium.

— Te cztery płócienne zawiniątka zawierają narządy wewnętrzne — wyjaśnił Robinson.

— W porządku, przechodzimy do miednicy — oznajmił doktor Brier, wskazując dwa blade łuki stanowiące górną krawędź grzebienia biodrowego.

Przekrój po przekroju, miednica powoli nabierała kształtu, gdy komputer analizował dane uzyskane w wyniku prześwietlenia mumii niezliczonymi promieniami rentgenowskimi. Wszystko to przypominało cyfrowy striptiz, każdy obraz ujawniał nowy nęcący szczegół.

— Proszę spojrzeć na kształt wchodu miednicy — powiedział doktor Brier.

— To kobieta — zauważyła Maura.

Radiolog przytaknął.

— Powiedziałbym, że to pewne. — Odwrócił się z uśmiechem do dwójki archeologów. — Teraz możecie nazywać ją oficjalnie Panią, a nie Panem X…

— Spójrzcie na spojenie łonowe — przerwała mu Maura, nie mogąc oderwać oczu od monitora. — Nie jest rozdzielone.

Brier skinął głową.

— Zgadzam się.

— Co to oznacza? — zapytał Robinson.

— Podczas porodu przejście płodu przez miednicę może spowodować rozejście się spojenia łonowego. Wygląda na to, że Pani X nie miała dzieci.

— Mumia nigdy nie była mamusią — zauważył ze śmiechem technik.

Obraz przesunął się poniżej miednicy. Na ekranie ukazał się przekrój górnej części dwóch kości udowych otoczonych zasuszoną tkanką.

— Nick, powinniśmy zadzwonić do Simona — przypomniała sobie Pulcillo. — Pewnie czeka na telefon.

— O rety! Zupełnie zapomniałem. — Robinson wyjął z kieszeni komórkę i wystukał numer szefa. — Simonie, zgadnij, na co teraz patrzę? Tak, jest wspaniała. Na dodatek mamy kilka niespodzianek, więc konferencja prasowa zapowiada się… — nagle przerwał, wpatrując się w ekran.

— Cóż to jest, do cholery? — wybełkotał technik.

Obraz migoczący na monitorze był tak nieoczekiwany, że w sali zapadła cisza. Gdyby na stole tomografu leżał żywy pacjent, Maura bez trudu zidentyfikowałaby mały metalowy przedmiot, który utkwił w łydce, roztrzaskawszy wcześniej delikatny trzon kości strzałkowej. Kawałek metalu z pewnością nie stanowił części nogi Pani X.

Kula nie należała do czasów, z których pochodziła.

— Czy to jest to, co myślę? — wybąkał technik.

Robinson pokręcił głową.

— To przypuszczalnie uszkodzenie pośmiertne, bo cóż innego?

— Uszkodzenie pośmiertne? Po upływie dwóch tysięcy lat?

— Za chwilę oddzwonię, Simonie. — Robinson przerwał rozmowę, odwrócił się do kamerzysty i nakazał: — Proszę przerwać filmowanie. Natychmiast. — Nabrał powietrza. — W porządku. Pomyślmy spokojnie. — Wyprostował się, jakby przyszło mu do głowy oczywiste wyjaśnienie. — Mumie były często poniewierane lub niszczone przez poszukiwaczy skarbów. Najwyraźniej ktoś strzelił do mumii. Konserwator próbował naprawić uszkodzenie, owijając ją jeszcze jedną warstwą płótna. Dlatego w zewnętrznych płótnach nie ma otworów.

— Wydarzyło się coś całkiem innego — przerwała mu Maura.

Robinson zamrugał.

— Co pani przez to rozumie? Musi istnieć jakieś wytłumaczenie.

— Do uszkodzenia nie doszło po śmierci, lecz za życia tej kobiety.

— To niemożliwe.

— Obawiam się, że doktor Isles ma rację — wtrącił się radiolog, patrząc na Maurę. — Chodzi pani o kostninę, która uformowała się wokół miejsca pęknięcia kości?

— Co to znaczy? — dopytywał się Robinson. — Jaka kostnina?

— To znaczy, że pęknięta kość zaczęła się goić w chwili, gdy ta kobieta zmarła. Żyła przynajmniej kilka tygodni po odniesieniu rany.

Maura odwróciła się do kustosza.

— Skąd macie tę mumię?

Okulary Robinsona znów zsunęły się na czubek nosa. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w lśniący przedmiot tkwiący w nodze mumii.

— Znaleziono ją w piwnicach muzeum — odpowiedziała za niego doktor Pulcillo ledwie dosłyszalnym szeptem. — Nick… doktor Robinson znalazł ją w styczniu tego roku.

— W jaki sposób muzeum weszło w jej posiadanie?

Pulcillo pokręciła głową.

— Nie mamy pojęcia.

— Muszą być jakieś dokumenty. W aktach musi być wzmianka o tym, skąd pochodzi.

— W jej przypadku nie ma żadnych — powiedział Robinson, w końcu odzyskując głos. — Crispin Museum liczy trzysta lat. Brakuje wielu akt. Nie mamy pojęcia, jak długo spoczywała w piwnicy.

— Jak pan ją znalazł?

Chociaż pomieszczenie było klimatyzowane, na pobladłej twarzy Robinsona pojawiły się kropelki potu.

— Kiedy zatrudniono mnie trzy lata temu, rozpocząłem inwentaryzację zbiorów. W taki sposób ją znalazłem. Leżała w nieoznaczonej skrzyni.

— Nie zaskoczyło to pana? Nie był pan zdumiony, że znalazł coś tak rzadkiego, jak egipska mumia, w nieoznaczonej skrzyni?

— Mumie wcale nie należą do rzadkości. W osiemnastym wieku można było kupić taką w Egipcie za pięć dolarów. Amerykańscy turyści przywozili ich setki. Kończyły na strychu lub w sklepie z antykami. Właściciel gabinetu osobliwości w Niagara Falls utrzymuje nawet, że ma w swoich zbiorach mumię faraona Ramzesa Pierwszego. To, że znaleźliśmy mumię w naszym muzeum, wcale nie jest takie zaskakujące.

— Doktor Isles, mamy zdjęcia — oznajmił radiolog. — Chce je pani obejrzeć?

Maura odwróciła się do monitora. Na ekranie ukazały się obrazy przypominające zdjęcia rentgenowskie, które oglądała w kostnicy. Nie potrzebowała radiologa, aby je zinterpretować.

— Nie ma wątpliwości — stwierdził doktor Brier.

Faktycznie. Żadnych wątpliwości. W nodze tkwiła kula.

Maura wyjęła z kieszeni fartucha telefon komórkowy.

— Do kogo pani dzwoni, doktor Isles? — zapytał Robinson.

— Muszę załatwić transport do kostnicy. Pani X jest teraz przypadkiem, który musi zbadać lekarz sądowy.

Rozdział trzeci

— Chyba mam urojenia — jęknął detektyw Barry Frost. — Czy nie wyłapaliśmy wszystkich czubków?

Mumia Pani X była z pewnością ofiarą jakiegoś czubka, pomyślała detektyw Jane Rizzoli, mijając telewizyjne wozy transmisyjne i skręcając na parking przed biurem koronera. Była ósma rano, a te hieny już krążyły, chciwe nowych szczegółów niezwykle intrygującej sprawy. Gdy Maura zadzwoniła do niej ostatniej nocy, Jane zareagowała pełnym niedowierzania śmiechem. Widok wozów transmisyjnych sprawił, że pomyślała, iż czas najwyższy spoważnieć. Dopuścić możliwość, że wszystko to nie jest makabrycznym figlem, który spłatał jej jakiś drętwy i pozbawiony poczucia humoru lekarz sądowy.

Zaparkowała samochód i siedziała przez chwilę nieruchomo, obserwując wozy telewizyjne i zastanawiając się nad tym, ile kamer będzie na nich czekało, gdy razem z Frostem wyjdą z biura koronera.

— Ta przynajmniej nie będzie cuchnąć — powiedziała.

— Wiesz, że mumie mogą zarażać groźnymi chorobami?

Jane odwróciła się do swojego partnera, na którego bladej chłopięcej twarzy malowała się autentyczna troska.

— Jakimi chorobami? — spytała.

— Od wyjazdu Alice dużo czasu spędzam przed telewizorem. Wczoraj wieczorem oglądałem na Discovery Channel film o mumiach przenoszących zarodniki.

— Ach! Te straszne zarodniki?!

— Nie żartuję. Można się od nich nabawić poważnej choroby.

— Kurczę, mam nadzieję, że Alice szybko wróci. Przedawkujesz Discovery Channel.

Gdy wysiedli z samochodu, otoczyło ich lepkie wilgotne powietrze, które sprawiło, że niesforne włosy Jane zamieniły się w poskręcane fale. Pracowała w wydziale zabójstw od czterech lat i wiele razy odwiedzała biuro koronera, ślizgając się po lodzie w styczniu, przedzierając przez zasłonę deszczu w marcu i wlokąc się po chodniku gorącym jak popiół, gdy nastawał sierpień. Znała drogę i ponure miejsce przeznaczenia. Miała nadzieję, że po jakimś czasie stanie się to łatwiejsze, że pewnego dnia okaże się nieczuła na koszmary leżące na stole z nierdzewnej stali. Jednak od czasu narodzin córki Reginy, rok temu, śmierć przerażała ją jeszcze bardziej. Macierzyństwo nie uczyniło jej mocniejszą, lecz bezbronną, bojącą się, że śmierć może jej coś odebrać.

Tego dnia ciało czekające w kostnicy budziło raczej fascynację niż przerażenie. Wkroczyła do poczekalni i podeszła do okna, pragnąć czym prędzej rzucić okiem na zwłoki spoczywające na stole.

„Boston Globe” ochrzcił mumię „Panią X”, chwytliwym imieniem przywodzącym na myśl zmysłowe piękno, Kleopatrę o ciemnych oczach. Jane zamiast piękności ujrzała wyschniętą łupinę owiniętą w szmaty.

— Przypomina ludzką tamalę2 — stwierdziła.

— Kim jest ta dziewczyna? — spytał Frost, gapiąc się przez szybę.

Na sali były dwie osoby, których Jane nie znała. Wysoki tyczkowaty mężczyzna z profesorskimi okularami na nosie oraz młoda drobna brunetka w niebieskich dżinsach wystających spod lekarskiego fartucha.

— To pewnie archeolodzy z muzeum. Mieli uczestniczyć w autopsji.

— Ona jest archeologiem? Kurczę…

Poirytowana Jane wymierzyła mu kuksańca w żebra.

— Wystarczy, żeby Alice wyjechała na kilka tygodni, a zapominasz, że jesteś żonaty.

— Nigdy nie przypuszczałem, że archeolog może tak wyglądać.

Nałożyli osłony na buty i fartuchy, a następnie weszli do laboratorium.

— Cześć, doktorku! — przywitała się Jane. — Naprawdę sądzisz, że to sprawa dla nas?

Maura odwróciła się od podświetlarki i spojrzała na nią jak zwykle śmiertelnie poważnym wzrokiem. Chociaż patolodzy często opowiadali dowcipy lub wygłaszali ironiczne uwagi nad stołem sekcyjnym, Maura rzadko się śmiała w obecności zmarłych.

— Przekonamy się. To kustosz muzeum, doktor Nicholas Robinson, a to jego współpracowniczka, doktor Josephine Pulcillo — przedstawiła dwoje pozostałych.

— Pracujecie w Crispin Museum? — spytała Jane.

— Są bardzo niezadowoleni z tego, co mam zamiar zrobić — wyjaśniła Maura.

— To czysty wandalizm — oznajmił Robinson. — Musi istnieć inny sposób uzyskania informacji… bez rozcinania mumii.

— Właśnie dlatego was tutaj zaprosiłam, doktorze Robinson — odpowiedziała Maura. — Mam nadzieję, że pomożecie mi ograniczyć rozmiar uszkodzeń. Nie mam najmniejszego zamiaru niszczyć starożytnych zabytków.

— Sądziłam, że na obrazie tomograficznym wykonanym wczorajszej nocy widać było wyraźnie kulę — wtrąciła się Jane.

— Te zdjęcia rentgenowskie wykonano dziś rano — powiedziała Maura, wskazując podświetlarkę. — Co o nich sądzisz?

Jane podeszła do ekranu i uważnie obejrzała zdjęcia. W prawej łydce Pani X tkwił przedmiot, który uznała za kulę.

— Teraz rozumiem, dlaczego w nocy byłaś taka zdenerwowana.

— Nie byłam zdenerwowana.

Jane się roześmiała.

— Nigdy wcześniej nie znajdowałaś się tak blisko tego stanu.

— Przyznaję, byłam zaszokowana tym, co zobaczyłam. Tak jak wszyscy. — Wskazała kości dolnej części prawej nogi. — Spójrz na uszkodzenia kości strzałkowej. Pewnie zostały spowodowane przez tę kulę.

— Powiedziałaś mi, że doszło do tego, gdy jeszcze żyła.

— Widzisz tworzącą się kostninę? Kiedy zginęła, proces gojenia kości już się rozpoczął.

— Płótna, w które ją zawinięto, mają dwa tysiące lat — przypomniał doktor Robinson. — Potwierdziliśmy to.

Jane utkwiła wzrok w zdjęciu rentgenowskim, szukając logicznego wyjaśnienia tego, co ma przed oczami.

— Może to nie jest kula? Może to jakiś starożytny przedmiot z metalu? Grot włóczni lub coś w tym rodzaju.

— To nie grot włóczni, Jane — powiedziała z naciskiem Maura. — To kula.

— W takim razie wyciągnij ją. Udowodnij, że to prawda.

— A jeśli to zrobię?

— Wtedy będziemy mieli niezłą łamigłówkę. Potrafisz podać jakieś wyjaśnienie?

— Wiesz, co powiedziała Alice, gdy wspomniałem jej o tym ostatniej nocy? — wtrącił się Frost. — Podróże w czasie. Była to pierwsza myśl, która jej zaświtała.

— Od kiedy Alice jest twoim doradcą? — spytała Jane ze śmiechem.

— Teoretycznie można się cofnąć w czasie, nie wiedziałaś? — odpowiedział. — Przenieść pistolet do starożytnego Egiptu.

— Czy możemy ograniczyć się do realnych możliwości? — przerwała im Maura niecierpliwie.

Jane zmarszczyła czoło, wpatrując się w błyszczący kawałek metalu przypominający wiele innych, które oglądała na niezliczonych zdjęciach rentgenowskich martwych kończyn i roztrzaskanych czaszek.

— Nic nie przychodzi mi do głowy — westchnęła. — Otwórzmy ją i sprawdźmy, co to takiego. Może państwo mają rację, może wyciągnąłeś pochopne wnioski, doktorku.

— Jestem kustoszem, moim obowiązkiem jest chronienie mumii — odezwał się Robinson. — Nie pozwolę, by bezmyślnie ją niszczono. Czy mogłaby pani ograniczyć uszkodzenia do obszaru, który nas interesuje?

Maura skinęła głową.

— To rozsądna prośba. — Podeszła do stołu. — Przewróćmy ją. Rana wlotowa powinna być w prawej łydce.

— Powinniśmy zrobić to razem — powiedział Robinson. Stanął przy głowie mumii, a Pulcillo przy nogach. — Trzeba podeprzeć całe ciało, nie wywierać nacisku na żadną z części. Czy moglibyśmy zrobić to we czwórkę?

Maura wsunęła dłonie w rękawiczkach pod ramiona Pani X i poprosiła:

— Detektywie Frost, mógłby pan podtrzymać biodra?

Frost zawahał się na widok brudnych płócien.

— Czy nie powinniśmy założyć masek lub czegoś w tym rodzaju?

— Teraz, gdy ją przewracamy? — zdziwiła się Maura.

— Słyszałem, że mumie mogą przenosić choroby. Wdychając zawarte w nich zarodniki, można się nabawić zapalenia płuc.

— Boże święty! — westchnęła Jane, zakładając rękawiczki i podchodząc do stołu. Wsunęła ręce pod biodra Pani X i oznajmiła: — Jestem gotowa!

— Dobrze, unieśmy ją lekko — polecił Robinson. — A teraz odwróćmy. Gotowe.

— Prawie nic nie waży — zauważyła Jane.

— Ludzkie ciało składa się głównie z wody. Jeśli usuniemy narządy wewnętrzne i wysuszymy ciało, pozostanie tylko mały ułamek początkowej wagi. Wraz z płótnami Pani X waży przypuszczalnie nie więcej niż dwadzieścia pięć kilogramów.

— Jak suszona wołowina, co?

— Właśnie, to suszone ludzkie mięso. Teraz delikatnie ją opuśćmy. Ostrożnie.

— Nie żartowałem z tymi zarodnikami — powiedział Frost. — Oglądałem program w telewizji.

— Chodzi ci o przekleństwo Tutenchamona? — spytała Maura.

— Taak. Właśnie! Wszyscy, którzy weszli do grobowca, umarli. Wdychali jakieś zarodniki i zachorowali.

— To pleśń Aspergillus flavus, kropidlak żółty — wyjaśnił doktor Robinson. — Kiedy członkowie zespołu Howarda Cartera zakłócili spokój komory grobowej, przypuszczalnie nawdychali się zarodników, które nagromadziły się tam w ciągu wieków. Niektórzy nabawili się śmiertelnej postaci zapalenia płuc wywołanej przez kropidlaka.

— Frost nie żartował? — spytała Jane. — Czy z mumią naprawdę wiązało się przekleństwo?

Robinson spojrzał na nią zirytowany.

— Nie było żadnego przekleństwa. To prawda, kilka osób umarło, lecz po tym, co Carter i jego ludzie zrobili nieszczęsnemu Tutenchamonowi, może takie przekleństwo powinno było istnieć.

— Co mu zrobili? — chciała wiedzieć Jane.

— Obeszli się brutalnie z jego zwłokami. Otworzyli mumię, połamali kości. Dosłownie rozerwali ją w poszukiwaniu klejnotów i amuletów. Pocięli mumię na części, aby wydobyć ją z trumny. Oderwali ramiona i nogi. Uszkodzili głowę. To nie była nauka, lecz profanacja. — Spojrzał na Panią X wzrokiem, w którym Jane dostrzegła podziw, a nawet serdeczne współczucie. — Nie chcę, żeby ją to spotkało.

— Ja również nie chcę jej uszkodzić — zapewniła Maura. — Rozwińmy płótno na tyle, żeby się dowiedzieć, z czym mamy do czynienia.

— Przypuszczalnie to się nie uda — powiedział Robinson. — Jeśli zgodnie z obowiązującą tradycją wewnętrzne pasy płótna zostały nasączone żywicą, będą z sobą sklejone.

Maura spojrzała na zdjęcie rentgenowskie, po czym sięgnęła po skalpel i pęsetę. Jane wiele razy obserwowała, jak Maura rozcina zwłoki, lecz nigdy nie wahała się tak długo. Ostrze skalpela zawisło nad łydką, jakby patolog bała się wykonać pierwsze nacięcie. To, co zamierzali zrobić, miało na zawsze uszkodzić Panią X. Doktor Robinson i doktor Pulcillo przypatrywali się jej z wyraźną dezaprobatą.

Wykonała pierwsze nacięcie. Nie był to pewny, zdecydowany ruch. Maura delikatnie uniosła pęsetą kawałek lnu, aby ostrze mogło przeniknąć przez kolejne warstwy tkaniny, jedna po drugiej.

— Można je bez trudu rozdzielić — oznajmiła.

Doktor Pulcillo zmarszczyła czoło.

— To niezwykłe. Bandaże nasączano roztopioną żywicą. W latach trzydziestych dziewiętnastego wieku podczas odwijania mumii trzeba było czasami podważać bandaże.

— W jakim celu używano żywicy? — spytał Frost.

— Aby poszczególne warstwy bandaża trzymały się razem. Nadawało im to sztywność. Przypominały pojemnik z masy papierowej chroniący cenną zawartość.

— Dotarłam do ostatniej warstwy — poinformowała Maura. — Nie zauważyłam żadnej żywicy spajającej bandaże.

Jane podeszła bliżej, żeby zobaczyć, co znajduje się pod pasami płótna.

— To jej ciało? Wygląda jak stara skóra.

— W pewnym sensie to to samo, detektyw Rizzoli — powiedział Robinson.

Maura sięgnęła po nożyczki i ostrożnie rozcięła płótno, odsłaniając większy obszar ciała. Skóra przypominała brązowy pergamin opinający kości. Raz jeszcze zerknęła na zdjęcie rentgenowskie i obejrzała łydkę przez szkło powiększające.

— Nie widzę rany wlotowej w skórze.

— Zatem nie jest to rana pośmiertna — zauważyła Jane.

— To pasuje do obrazu tomograficznego. Obce ciało dostało się do środka, gdy jeszcze żyła. A żyła wystarczająco długo, aby kości zaczęły się goić, a rana się zasklepiła.

— Jak długo mogło to trwać?

— Kilka tygodni, może miesiąc.

— W tym czasie ktoś musiał się nią opiekować, prawda? Karmić i pielęgnować.

Maura skinęła głową.

— Tym trudniej będzie ustalić przyczynę śmierci.

— Przyczynę śmierci? Co pani przez to rozumie? — zapytał doktor Robinson.

— Zastanawiamy się, czy została zamordowana — odpowiedziała Jane.

— Najpierw rozstrzygnijmy podstawową kwestię — przerwała jej Maura, biorąc do ręki skalpel. Proces mumifikacji spowodował, że tkanka nabrała konsystencji skóry. Ostrze z trudem przedzierało się przez zasuszone ciało.

Jane spojrzała na drugą stronę stołu i zauważyła, że doktor Pulcillo zacisnęła wargi, jakby chciała stłumić okrzyk protestu. Nie mogła jednak oderwać oczu od mumii, chociaż sprzeciwiała się całej procedurze. Wszyscy pochylili się nad ciałem, nawet bojący się zarodników Frost. Gapili się jak zaczarowani na odsłonięty fragment nogi, gdy Maura sięgnęła po kleszcze, wsuwając je w rozcięcie. Trzeba było zaledwie kilku sekund, aby wydobyć nagrodę z wnętrza zeschniętego ciała. Kiedy Maura położyła przedmiot na stalowej tacce, rozległo się brzęknięcie.

Doktor Pulcillo westchnęła. Nie był to grot włóczni ani odłamany czubek ostrza noża.

W końcu Maura oznajmiła to, co i tak wydawało się oczywiste:

— Myślę, że można z całą pewnością powiedzieć, iż Pani X nie ma dwóch tysięcy lat.