Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 230 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Prawo krwi - Tess Gerritsen

Willy nigdy nie uwierzyła w śmierć ojca. Wokół katastrofy amerykańskiego samolotu podczas wojny w Wietnamie nagromadziło się zbyt wiele pytań bez odpowiedzi. Dlaczego nie odnaleziono ciała? Kim był tajemniczy pasażer, którego istnieniu wszyscy zaprzeczają? Co się stało z ładunkiem? Willy wyrusza do Azji, by odkryć prawdę o wydarzeniach sprzed dwudziestu lat. Szybko uświadamia sobie, że próbuje rozwikłać tajemnicę, którą nawet dziś chronią wpływowi ludzie. Mimo zagrożenia podejmuje prywatne śledztwo. Nieoczekiwanie pomocną dłoń wyciąga do niej Guy Barnard, antropolog pracujący na zlecenie armii. Czy potrafi ochronić ją przed śmiertelnym niebezpieczeństwem?

Opinie o ebooku Prawo krwi - Tess Gerritsen

Fragment ebooka Prawo krwi - Tess Gerritsen

Tess Gerritsen

Prawo krwi

Tłumaczenie:

PROLOG

1970

granica między Laosem a Wietnamem Północnym

Pięćdziesiąt kilometrów za Muong Sam zobaczyli pierwsze pociski smugowe przecinające niebo. Kiedy uderzyły w tył kadłuba, pilot William Dziki Bill Maitland poczuł, że dehavilland twin otter bryknął niczym źrebak. Instynktownie skierował samolot wyżej. Spowite mgłą góry uciekły w dół, kiedy obok nich przemknęła nowa seria strzałów, zabryzgując kokpit pociskami.

– Cholera jasna, Kozy, przynosisz pecha – mruknął Maitland do drugiego pilota. – Kiedy lecimy razem, częstują nas ołowiem.

Kozlowski spokojnie żuł gumę.

– Co się martwisz? – wycedził, wskazując głową roztrzaskaną przednią szybę. – Minął cię o kilka centymetrów.

– Najwyżej dwa.

– Ale mi różnica.

– Dwa centymetry to czasem cholernie duża różnica.

Kozy roześmiał się i wyjrzał przez okno.

– Racja. Moja żona często mi to mówi.

Drzwi od kokpitu otworzyły się gwałtownie. Do kabiny zajrzał ustawiacz ładunku Valdez. Miał na plecach spadochron.

– Co się, do cholery, dzieje...?

Zamarł, kiedy powietrze tuż obok kadłuba przeciął następny pocisk.

– Strasznie duże komary tu latają – rzekł Kozlowski i wydmuchał wielką różową bańkę gumy.

– Co to było? – zapytał Valdez. – AK-47?

– Wygląda raczej na 0,57 cala – odparł Maitland.

– Nic nie mówili o żadnych 0,57. Co to za odprawa?

Kozlowski wzruszył ramionami.

– Najlepsza, jaką możesz dostać za pieniądze podatnika.

– Jak tam nasz ładunek? – zapytał Maitland. – Jeszcze ma suche gacie?

Valdez pochylił się do przodu i powiedział konfidencjonalnie:

– Człowieku, ale to dziwoląg!

– Zawsze takich mamy – stwierdził Kozlowski.

– Ale ten jest naprawdę dziwny. Naokoło latają pociski, a on nie mrugnie nawet okiem. Siedzi tylko, jakby pływał na stawie pośród lilii wodnych. A zobaczylibyście ten medalion, który ma na szyi. Waży chyba z kilo.

– A, daj spokój – mruknął Kozlowski.

– Mówię ci, Kozy, kilo złota dynda na tym tłustym karku. Kto to jest?

– Jakiś laotański VIP – odparł Maitland.

– To wszystko, co ci powiedzieli?

– Jestem tylko chłopakiem na posyłki. Nie muszę nic więcej wiedzieć.

Maitland wyprowadził dehavillanda na dwa tysiące czterysta metrów. Obejrzał się i przez otwarte drzwi zobaczył ich jedynego pasażera, który siedział spokojnie obok skrzyń z zaopatrzeniem. W półmroku kabiny twarz Laotańczyka błyszczała jak wypolerowany heban. Oczy miał zamknięte i poruszał cicho wargami. Modli się? – pomyślał Maitland. Tak, ten człowiek na pewno jest jednym z ciekawszych ładunków.

Maitland woził już bardzo dziwnych pasażerów. W ciągu dziesięciu lat pracy w Air America transportował owczarki alzackie i panienki, małpy i generałów. Dostarczał ich wszędzie tam, gdzie mieli się dostać. Gdyby piekło miało pas startowy, mawiał, zawiózłby tam wszystkich, którzy mieli bilet. Wszystko, w każde miejsce, o każdej porze – to była zasada w Air America.

– Rzeka Song Ma – powiedział Kozlowski, spoglądając w dół na bujną, spowitą we mgle dżunglę. – Dobra kryjówka. Jeżeli mają więcej tych 0,57, czeka nas twarde lądowanie.

– I tak będzie trudno – orzekł Maitland na widok aksamitnych, zielonych zboczy gór.

Dolina była wąska – będzie musiał zejść szybko. Miał przed sobą piekielnie wąski pas do lądowania, jakby ktoś zadrapał dżunglę szpilką. No i zawsze może się tam znaleźć nowe gniazdo karabinów. Ale według rozkazu należy zrzucić laotańskiego VIP-a na terytorium Wietnamu Północnego. Nie planowano podjęcia go z powrotem; wyglądało to na podróż w jedną stronę ku zagładzie.

– Schodzimy za minutę – zawołał przez ramię do Valdeza. – Niech się przygotuje. Będzie musiał wyskoczyć.

– Mówi, że zabiera skrzynię.

– Co? Nic o tym nie wiem.

– Załadowali ją w ostatniej chwili. Zaraz po tym, jak wzięliśmy zaopatrzenie dla Nam Tha. Ciężka jak diabli. Będę potrzebował pomocy.

Kozlowski z rezygnacją odpiął pas.

– Dobra – westchnął – ale pamiętaj, nie płacą mi za wywalanie skrzyń.

Maitland się zaśmiał.

– A za co ci właściwie płacą?

– Za to i za tamto – odparł Kozlowski leniwie, pochylając się w drzwiach kokpitu. – Za żarcie. Spanie. Opowiadanie świńskich dowcipów...

Jego ostatnie słowa przeciął ogłuszający wybuch, który niemal rozerwał bębenki w uszach Maitlanda. Eksplozja odrzuciła Kozlowskiego – lub raczej to, co z niego zostało – z powrotem do kokpitu. Krew obryzgała tablicę kontrolną tak, że nie można było odczytać wskazań wysokościomierza. Maitland jednak go nie potrzebował, by zorientować się, że spadają bardzo szybko.

– Kozy! – krzyczał Valdez, nie odrywając wzroku od szczątków drugiego pilota. – Kozy!

Jego krzyk prawie całkowicie zagłuszało wycie wiatru. Dehavilland zadrżał jak zraniony ptak walczący o utrzymanie się w powietrzu. Maitland, zmagając się z wolantem, wiedział, że wysiadła hydraulika. Mógł jedynie liczyć na lądowanie awaryjne w dżungli.

Odwrócił się, by ocenić straty, i zobaczył w chmurze dymu zakrwawione ciało Laotańczyka rzucone na skrzynie. Zobaczył też światło słoneczne przenikające poprzez poskręcane kawałki blachy, niebo i chmury tam, gdzie powinna być klapa luku transportowego. Co jest, do cholery? Czyżby wybuch nastąpił wewnątrz samolotu?

– Skacz! – wrzasnął do Valdeza.

Strzelec nie odpowiedział. Patrzył przerażony na ciało Kozlowskiego.

Maitland szturchnął go.

– Spieprzaj!

Valdez w końcu zareagował. Wydostał się z kokpitu i wpadł w pobojowisko strzaskanych skrzyń i pogiętego metalu. Zatrzymał się przy wyrwanym luku bagażowym.

– Maitland? – Próbował przekrzyczeć wycie wiatru.

Ich wzrok się spotkał. W ułamku sekundy pojęli, że jest to ostatni raz, kiedy widzą się żywi.

– Jakoś się wydostanę! – krzyknął Maitland. – Skacz!

Valdez cofnął się o kilka kroków i wyskoczył przez wyrwane drzwi.

Maitland nie odwrócił się, by sprawdzić, czy spadochron kolegi się otworzył. Miał teraz inne zmartwienia.

Samolot pikował w dół.

Sięgał do pasów bezpieczeństwa ze świadomością, że jego fart się skończył. Nie starczy mu czasu, by włożyć spadochron. Nigdy tego nie robił. Włożenie spadochronu było dla niego jednoznaczne z przyznaniem się do niewiary we własne umiejętności, a Maitland wiedział, tak jak wszyscy, że jest najlepszy.

Ze spokojem więc zapiął pasy i schwycił za stery. Przez rozbitą przednią szybę kabiny obserwował, jak poszycie dżungli, soczyście zielone i niewiarygodnie piękne, gna, by się z nim spotkać. Zawsze wiedział, że tak skończy – wiatr będzie hulał po okaleczonym samolocie, a on oprze dłonie na wolancie, pędząc na spotkanie z ziemią. Tym razem już się nie wymiga...

Ta nagła akceptacja własnej śmiertelności bardzo go zaskoczyła. Co za dziwna myśl. Zaraz umrę.

Jego zdumienie niepomiernie wzrosło, gdy samolot ściął wierzchołki drzew.

Vientiane, Laos

Raport o zaginięciu samolotu Air America, numer rejsu 5078, przyszedł o 19.00.

W Sali Operacyjnej Oficera Łącznikowego Armii Stanów Zjednoczonych pułkownik Joseph Kistner i jego koledzy z Wywiadu przyjęli wiadomość w ciszy. Czyżby ich akcja, przygotowana tak pieczołowicie, tak ważna dla interesów Ameryki, spaliła na panewce?

Pułkownik Kistner natychmiast zażądał potwierdzenia.

Dowództwo Air America przedstawiło bliższe szczegóły. Samolot o numerze rejsu 5078, który miał przybyć do Nam Tha o 15.00, nie dotarł do celu. Podczas poszukiwań wzdłuż prawdopodobnego korytarza powietrznego – prowadzonych aż do zmierzchu – nie natrafiono na żadne ślady katastrofy. Wcześniej jednak napłynęły doniesienia o gwałtownym ostrzale w okolicach granicy, a tuż koło Muong Sam zauważono gniazda broni kaliber 0,57 cala. Co gorsza, teren był górzysty, pogoda zmienna, a liczba niekontrolowanych przez wroga miejsc do lądowania awaryjnego ograniczona.

Według wszelkiego prawdopodobieństwa 5078 zestrzelono.

Na twarzach mężczyzn siedzących wokół stołu odmalowała się akceptacja ponurej rzeczywistości. Wszelkie nadzieje znikły wraz z nieszczęsnym samolotem. Patrzyli na Kistnera w oczekiwaniu decyzji.

– Podjąć poszukiwania o świcie – polecił Kistner.

– Poświęcimy żywych dla ratowania martwych – zauważył oficer CIA. – Panowie, przecież wiadomo, że załoga zginęła.

Cyniczny gnojek, pomyślał Kistner. Ale jak zwykle ma rację. Pułkownik zebrał papiery i wstał.

– Nie szukamy ludzi – wyjaśnił – tylko wraku. Chcę go zlokalizować.

– A co potem?

Kistner zatrzasnął zamek teczki.

– Przetopimy go.

Oficer CIA przytaknął skinieniem głowy. Nikt nie zaprotestował. Operacja zakończyła się klęską. Nie można nic więcej zrobić.

Poza zniszczeniem dowodów.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dwadzieścia lat później

Bangkok, Tajlandia

Generał Joe Kistner się nie pocił. Fakt ten zdumiewał Willy Jane Maitland, bo ona sama wręcz się rozpływała mimo cienkiej bawełnianej bielizny, batystowej bluzki bez rękawów i kretonowej spódnicy. Kistner wyglądał na człowieka, który powinien tonąć w strugach potu. Rumiany, ze szczęką jak u buldoga, nos miał pokryty siateczką czerwonych żyłek, a szyję tak potężną, że ledwie się mieściła w sztywnym wojskowym kołnierzu. Mówiąc bez ogródek, to jest prostolinijny twardy żołnierz starej daty, pomyślała. Tylko ten wzrok... Uciekający. Niepewny.

Niebieskie oczy, jasne i zimne, patrzyły poprzez werandę na bujne tajskie wzgórza, parujące w skwarze popołudnia.

– To szukanie wiatru w polu, panno Maitland – powiedział. – Minęło dwadzieścia lat. Przecież pani wie, że ojciec nie żyje.

– Moja matka nigdy się z tym nie pogodziła. Musi mieć ciało, żeby je pogrzebać, panie generale.

Kistner westchnął.

– No tak. Żony. Zawsze te żony. Tyle było wdów, że się zapomina...

– Ona nie zapomniała.

– A tak naprawdę, panno Maitland, czemu ma to służyć? Poza zaspokojeniem pani ciekawości?

Zirytował ją. Sprawił, że jej misja wydała się trywialna, a wpadała w złość, kiedy ktoś ją lekceważył.

Szczególnie taki nadęty prymitywny żołdak. Ranga nie robiła na niej wrażenia, szczególnie teraz, po miesiącach spotkań z bufonami, którzy wyrażali współczucie, ale mówili, że nie mogą pomóc, i zbywali jej pytania. Ale Willy nie należała do kobiet, które można łatwo spławić. Tak długo wierciła im dziurę w brzuchu, aż odpowiadali na pytania lub ją po prostu wyrzucali.

Ostatnio poproszono ją o opuszczenie kilku gabinetów.

– To sprawa dla Komisji Wypadków – ciągnął Kistner. – To jest właściwa droga...

– Mówią, że nie mogą pomóc.

– Ja też nie mogę.

– Oboje wiemy, że to nieprawda.

Zapadła cisza.

– Tak? – spytał cicho.

Pochyliła się do przodu, by wykorzystać przewagę.

– Odrobiłam lekcje, panie generale. Pisałam listy, rozmawiałam z dziesiątkami osób – ze wszystkimi, które miały coś wspólnego z tą misją. Kiedy wspominam Laos albo Air America czy lot 5078, zawsze pojawia się pana nazwisko.

Uśmiechnął się blado.

– Jak to miło, że o mnie pamiętają.

– Był pan attache wojskowym w Vientiane. Ostatni lot mojego ojca to było zlecenie pańskiego biura. Pan osobiście je nadzorował.

– Gdzie pani usłyszała tę plotkę?

– W Air America. Od starych kumpli ojca. To wiarygodne źródło.

Kistner przez chwilę milczał. Przyglądał się jej z namysłem, jak gdyby patrzył na plan bitwy.

– Może wydałem taki rozkaz – zgodził się łaskawie.

– To znaczy, że pan nie pamięta?

– To znaczy, że nie mogę rozmawiać na ten temat. To tajne informacje. To, co wydarzyło się w Laosie, jest niezwykle delikatną sprawą.

– Nie mówimy teraz o tajemnicach wojskowych. Wojna skończyła się ponad piętnaście lat temu!

Kistner zamilkł, zdziwiony porywczością tej drobnej kobiety. Najwidoczniej Willy Maitland, licząca metr pięćdziesiąt parę centymetrów wzrostu, potrafi pyskować jak wyrośnięty marynarz i nie boi się otwartej walki. Od chwili, kiedy pojawiła się na werandzie, wiedział, że trzeba się z nią liczyć. Kojarzyła mu się z powiedzonkiem Eisenhowera: „Nieważne, ile jest psa w walce, ale walki w psie”. Trzy wojny, Japonia, Korea i Wietnam, nauczyły Kistnera, że nie wolno nie doceniać wroga.

I nie miał też zamiaru nie doceniać córki Billa Maitlanda.

Przeniósł wzrok znad szerokiej werandy na jaskrawozielone wzgórza. W klatce zaskrzeczała papuga, jakby się przeciwko czemuś buntowała.

W końcu Kistner przemówił:

– Ten samolot wystartował z Vientiane z trzema osobami załogi – pani ojcem, ładunkowym i drugim pilotem. Podczas lotu znaleźli się nad terytorium Wietnamu Północnego i przypuszczamy, że tam zostali zestrzeleni przez nieprzyjaciela. Wyskoczyć zdołał tylko Luis Valdez, ładunkowy. Został od razu schwytany przez Wietnamczyków. Pani ojca nie odnaleziono.

– To nie znaczy, że nie żyje. Valdez przeżył...

– Trudno to tak nazwać...

Zamilkli na wspomnienie człowieka, który przetrwał pięć lat obozu jenieckiego, ale nie przetrzymał powrotu do cywilizacji. Luis Valdez wrócił do domu w sobotę, a w niedzielę się zastrzelił.

– Coś pan pominął, generale – powiedziała Willy. – Słyszałam, że mieli pasażera...

– O tak – odrzekł Kistner, nie mrugnąwszy nawet okiem. – Zapomniałem.

– Kto to był?

Kistner wzruszył ramionami.

– Laotańczyk. Jego nazwisko nie ma znaczenia.

– Z wywiadu?

– To tajna informacja.

Temat Laotańczyka najwyraźniej nie podlegał dyskusji.

– Po katastrofie samolotu – kontynuował generał – zorganizowaliśmy poszukiwania. Ale trwało ostrzeliwanie z ziemi. Stało się jasne, że jeżeli nawet ktoś przeżył, to dostał się w ręce wroga.

– Więc ich tam zostawiliście.

– Nie popieramy marnowania życia, a czymś takim byłaby operacja ratownicza. Poświęcaniem żywych dla umarłych.

Rozumiała jego tok myślenia. Facet jest taktykiem wojennym, nie ulega sentymentom.

Nawet w tej chwili siedzi w fotelu wyprostowany jak struna, a jego oczy przeszukują otaczające willę zielone wzgórza, nieustannie tropiąc wroga.

– Nie zlokalizowaliśmy miejsca katastrofy. Dżungla jednak chłonie wszystko. Mgła w dolinach i gąszcz drzew zatrzymują światło. Na ziemi panuje wieczny mrok. Sama zresztą pani zobaczy. Kiedy pani jedzie do Sajgonu?

– Jutro rano.

– I Wietnamczycy zgodzili się z panią porozmawiać?

– Nie podałam powodu przyjazdu. Bałam się, że nie dostanę wizy.

– I słusznie. Nie lubią spraw kontrowersyjnych. Co im pani powiedziała?

– Że jestem zwykłą turystką – roześmiała się – na luksusowej prywatnej wycieczce. Sześć miast w dwa tygodnie.

– I tak należy się w Azji zachowywać. Unikać konfrontacji. Wokół spornych kwestii trzeba chodzić na paluszkach.

Popatrzył na zegarek, dając jasny sygnał, że rozmowa dobiegła końca. Willy spostrzegła, że ponownie ocenił ją wzrokiem. Uścisk jego dłoni był szybki i zdecydowany, jak przystało na starego psa wojny.

– Powodzenia, panno Maitland. Mam nadzieję, że znajdzie pani to, czego pani szuka.

Odwrócił się i znowu zatrzymał wzrok na górach. Dopiero wtedy zauważyła małe kropelki potu, błyszczące na jego czole jak brylanciki.

Generał Kistner patrzył na kobietę opuszczającą werandę w towarzystwie służącego.

Czuł się nieswojo. Pamiętał Billa Maitlanda bardzo dobrze, a córka jest taka jak on. Będą kłopoty.

Podszedł do stolika i podniósł srebrny dzwonek. Po chwili zjawił się sekretarz.

– Czy pan Barnard już przyjechał? – spytał.

– Czeka od pół godziny.

– A kierowca panny Maitland?

– Odesłałem go, jak pan kazał.

– Dobrze. – Kistner kiwnął głową.

– Czy mam poprosić pana Barnarda?

– Nie. Powiedz mu, że odwołuję wszystkie spotkania. Jutro też.

– Nie będzie zadowolony. – Sekretarz zmarszczył czoło.

– Racja, chyba nie – odrzekł Kistner, idąc w stronę swojego gabinetu. – Ale to już jego sprawa.

Tajski służący w wykrochmalonej białej marynarce odprowadził Willy przez pobrzmiewający echem jak w katedrze hol do sali recepcyjnej.

– Życzy pani sobie, żebym wezwał samochód?

– Nie, dziękuję. Mój kierowca mnie odwiezie.

Służący się zdziwił.

– Ale pani kierowca jakiś czas temu odjechał.

– Niemożliwe! – Wyjrzała przez okno zirytowana. – Miał przecież czekać...

– Może zaparkował w cieniu. Wyjdę i zobaczę.

Willy patrzyła przez oszklone drzwi, jak służący z gracją zbiega po schodach na ulicę.

Posiadłość była rozległa i gęsto zarośnięta; samochód mógł łatwo ukryć się w tej dżungli.

Tuż przy podjeździe ogrodnik przystrzygał jaśminowy żywopłot. Wysypana żwirem ścieżka prowadziła przez trawnik do ocienionego drzewami ogrodu kwiatowego z kamiennymi ławkami. W oddali, nad centrum Bangkoku, wisiała jasnobłękitna mgiełka.

Willy usłyszała jakiś dźwięk. Odwróciła się i spostrzegła mężczyznę stojącego w odległym rogu sali recepcyjnej. Skinął jej niedbale głową. Zobaczyła uśmiech i pasmo ciemnych włosów spadające na opalone czoło. Znów skupił uwagę na wiszącym na ścianie starym gobelinie.

Dziwne. Ten mężczyzna nie wygląda na kogoś, kto interesuje się zżartymi przez mole tkaninami. Na plecach koszuli khaki widniała plama potu, rękawy były podwinięte do łokci. Spodnie wyglądały tak, jakby facet spał w nich przez tydzień. Obok niego stała teczka ze znakiem Laboratorium Identyfikacyjnego Armii Stanów Zjednoczonych, ale nie wyglądał na wojskowego. Przynajmniej jego zachowanie nie zdradzało żadnych oznak dyscypliny. Lepiej by się czuł w jakimś barze niż tu, w chłodnej marmurowej sali recepcyjnej generała Kistnera.

– Panno Maitland? – Służący przepraszająco kręcił głową. – To jakieś nieporozumienie. Ogrodnik mówi, że pani kierowca wrócił do miasta.

– No nie. – Ze zmartwioną miną popatrzyła w stronę okna. – I jak ja teraz wrócę do Bangkoku?

– Może kierowca generała panią odwiezie? Teraz go nie ma, ale niedługo wróci. Może zechciałaby pani obejrzeć w tym czasie ogród?

– Owszem. Z chęcią.

Służący otworzył drzwi.

– To słynny ogród. Generał Kistner jest znany ze swojej kolekcji krzewów. Znajdzie je pani przy końcu ścieżki, koło stawu z karpiami.

Wyszła na zewnątrz i czując się jak w saunie, podążyła żwirowaną ścieżką w stronę stawu. Wokół panowała cisza, zakłócana jedynie klekotem nożyc ogrodnika. Ruszyła w stronę drzew, ale w połowie drogi zatrzymała się raptownie i odwróciła.

Najpierw zobaczyła słońce odbijające się w marmurowej fasadzie domu, a potem sylwetkę mężczyzny w jednym z okien. Czyżby to był służący?

Poszła dalej ścieżką, świadoma, że ktoś ją obserwuje.

Guy Barnard stał przy oszklonych drzwiach i patrzył, jak kobieta przecina trawnik, zmierzając do ogrodu. Słońce tańczyło w jej krótko ostrzyżonych włosach koloru miodu, i to mu się podobało. Podobały mu się też jej ruchy. Przesunął wzrok na bluzkę i spódnicę, niestety, dosyć długą. Szczupła talia, kształtne biodra. Zgrabne łydki. Ładna...

Niechętnie przerwał ten niepokojący tok myślenia. To nie czas na odrywanie się od rzeczywistości. Nie mógł sobie jednak darować ostatniego, pełnego podziwu spojrzenia na jej drobną figurę. Jest za chuda, ale ma świetne nogi.

Na marmurowej posadzce zadźwięczały kroki sekretarza Kistnera, Taja o gładkiej twarzy bez uśmiechu.

– Panie Barnard? Przepraszamy, ale wynikło coś pilnego.

– Przyjmie mnie teraz?

– Obawiam się, że... – Sekretarz najwyraźniej czuł się niezręcznie.

– Czekam od trzeciej.

– Rozumiem, ale mamy problem. Wygląda na to, że generał Kistner nie może się z panem zobaczyć, jak planował.

– Czy mogę panu przypomnieć, że to nie ja zażądałem tego spotkania, tylko generał?

– Tak, ale...

– Poświęcam czas, mimo że jestem bardzo zajęty – pozwolił sobie na lekką przesadę – przyjeżdżam tutaj i...

– Rozumiem, ale...

– Proszę mi przynajmniej powiedzieć, dlaczego generałowi tak zależało na tym spotkaniu.

– O to będzie pan musiał zapytać jego samego.

Guy, który dotąd kontrolował irytację, wyprostował się. Chociaż nie był szczególnie wysoki, sekretarza przewyższał o całą głowę.

– Czy pan generał zawsze tak się zachowuje?

– Bardzo mi przykro. To coś zupełnie niespodziewanego...

Wzrok Guya Barnarda podążył za szybkim spojrzeniem sekretarza, skierowanym na kobietę o włosach barwy miodu.

Sekretarz poruszył się niespokojnie, dając mu do zrozumienia, że ma inne obowiązki.

– Zapewniam pana, panie Barnard – powiedział – jeżeli zadzwoni pan za kilka dni, umówimy spotkanie.

Guy schwycił teczkę i ruszył do drzwi.

– Za kilka dni będę w Sajgonie.

Zmarnowane popołudnie, pomyślał z niechęcią, schodząc ze schodów. Znowu zaklął, gdy zobaczył, że jego samochód jest zaparkowany o dobre sto metrów dalej, w cieniu.

Kierowcy nie było w zasięgu wzroku. Guy się domyślał, że Puapong pewnie flirtuje już z córką ogrodnika.

Zrezygnowany powlókł się w stronę samochodu. Słońce prażyło niemiłosiernie, fale gorąca unosiły się z wysypanej żwirem ścieżki. Gdy zerknął w stronę ogrodu, ujrzał miodowowłosą siedzącą na kamiennej ławce. Wyglądała na zniechęconą. Nic dziwnego, bo do miasta jest daleko, a Bóg wie kiedy zjawi się kierowca.

A niech tam, pomyślał i podszedł do niej. Potrzebował towarzystwa.

Była pogrążona w myślach i go nie zauważyła.

– Cześć – powiedział.

– Dzień dobry. – Jej słowa zabrzmiały neutralnie.

– Słyszałem, że chce się pani dostać do miasta.

– Już załatwione, dziękuję.

– To może potrwać. Jadę w tamtą stronę. – Nie odpowiedziała, więc dodał: – To żaden kłopot.

Jej bystre, szaro-srebrne oczy zdawały się go prześwietlać. Nie boi się byle czego, pomyślał.

– Kierowca Kistnera miał mnie odwieźć...

– Jego nie ma, a ja jestem.

Znowu spojrzała na niego twardym wzrokiem. Pewnie uznała, że jest w porządku, bo w końcu wstała.

– Dziękuję. Będę zobowiązana.

Ruszyli w stronę samochodu. Tylne drzwi były szeroko otwarte, wystawała z nich para brudnych śniadych stóp. Puapong spał na tylnym siedzeniu jak zabity.

Kobieta przystanęła, wpatrując się w pozbawione oznak życia ciało.

– O Boże! On nie...

Z samochodu dobiegło ich chrapanie.

– Nie – odrzekł Guy. – Hej, Puapong!

Uderzył pięścią w dach samochodu. Chrapanie obudziłoby nieboszczyka.

– Wstawaj, Śpiąca Królewno! Obudzisz się czy mam cię najpierw pocałować?

– Co się dzieje? – usłyszeli jęk.

Puapong poruszył się i otworzył jedno nabiegłe krwią oko.

– To pan, szefie? Co tak szybko?

– Dobrze spałeś? – zapytał Guy uprzejmie.

– Nie najgorzej.

Guy z gracją wykonał gest zapraszający kierowcę do opuszczenia samochodu.

– Nie chcę być niemiły, ale może pozwolisz? Zaproponowałem tej damie podwiezienie.

Puapong wygrzebał się z auta i zaspany, przeniósł się za kierownicę. Kilka razy pokiwał głową, a potem zaczął szukać na podłodze kluczyków.

Willy przyglądała się wszystkiemu z narastającym powątpiewaniem.

– Jest pan pewien, że on umie prowadzić? – mruknęła pod nosem.

– Ten człowiek ma refleks kota. Kiedy jest trzeźwy.

– A jest?

– Puapong! Jesteś trzeźwy?

– A nie wyglądam? – zapytał kierowca, urażony w swej dumie.

– Ma pani odpowiedź.

Willy westchnęła.

– No to czuję się już lepiej.

Spojrzała jeszcze raz na dom. Tajski służący pojawił się na stopniach i pomachał im na pożegnanie.

Kiedy zjeżdżali krętą górską drogą do miasta, milczała i wydawało się, że myślami jest daleko.

– Długo pani była u generała – zauważył.

– Miałam wiele pytań.

– Jest pani reporterką?

– Słucham? O nie. To sprawa... rodzinna.

Zaczekał, aż coś doda, ale odwróciła się do okna.

– To musiała być jakaś ważna rodzinna sprawa.

– Dlaczego pan tak uważa?

– Po pani wyjściu generał odwołał wszystkie spotkania.

– Nie przyjął pana?

– Rozmawiałem tylko z sekretarzem. A to Kistner chciał się ze mną widzieć.

Zastanowiła się, a potem wzruszyła ramionami.

– Jestem przekonana, że nie mam z tym nic wspólnego.

A ja jestem przekonany, że masz, pomyślał z nagłą irytacją. Dlaczego ta kobieta sprawia, że czuje się nieswojo? Siedziała bez ruchu, ale miał wrażenie, że w tej ładnej główce przetacza się nawałnica. Przyznał w końcu, że jest ładna w pewien bezpretensjonalny sposób. I na tyle bystra, by się nie malować; to by tylko zbanalizowało jej urodę.

Nigdy nie interesował go ten typ – typ dziewczyny z sąsiedztwa. Ale ta jest inna. Ma oczy koloru dymu, zdecydowanie zarysowany podbródek i mały zadarty nosek, lekko obsypany piegami. Usta – we właściwej sytuacji – zachęcające do całowania.

– A więc jak długo będzie pani w Bangkoku? – zapytał odruchowo.

– Jestem tu już od dwóch dni. Jutro wyjeżdżam.

Zaklął w myślach.

– Do Sajgonu – dodała.

– Do Sajgonu? Jadę tam za dwa dni. Co za zbieg okoliczności – rzekł zdumiony.

– Naprawdę?

Spojrzała na leżącą na siedzeniu teczkę z napisem Laboratorium Identyfikacyjne Armii Stanów Zjednoczonych.

– Sprawy państwowe?

Skinął głową.

– A pani?

– Sprawy rodzinne.

– W porządku – odparł, zastanawiając się, co to za przeklęte sprawy. – Była pani kiedyś w Sajgonie?

– Raz. Ale miałam wtedy dziesięć lat.

– Tata był w wojsku?

– Coś w tym rodzaju. – Jej wzrok był ciągle utkwiony w jakimś odległym punkcie. – Niewiele pamiętam miasto. Kurz, upał i samochody. Jeden wielki korek. I piękne kobiety...

– Wiele się od tego czasu zmieniło. Większość samochodów zniknęła.

– A piękne kobiety?

Roześmiał się.

– Tych nadal jest pełno. I upału oraz kurzu. Ale cała reszta się zmieniła.

Zamilkł na chwilę, a potem, jakby po zastanowieniu, dodał:

– Może mógłbym panią oprowadzić?

Zawahała się, wyraźnie zainteresowana propozycją. No, dalej, zgódź się, pomyślał. Zobaczył w lusterku wstecznym, jak Puapong uśmiecha się i mruga porozumiewawczo.

Miał nadzieję, że dziewczyna tego nie widzi.

Ale Willy oczywiście zauważyła miny Puaponga i pomyślała ze znużeniem: zaczyna się. Teraz zapyta, czy poszłabym na kolację, ja odmówię, on zaproponuje drinka, ja się złamię i powiem „tak”, bo to taki cholernie przystojny facet...

– Proszę posłuchać, przypadkowo mam wolny wieczór. Czy nie chciałaby pani zjeść ze mną kolacji?

– Nie mogę – odrzekła, zastanawiając się, kto wymyślił ten wyświechtany scenariusz i jak się można od niego uwolnić.

– To może pójdziemy na drinka?

Uśmiechnął się lekko, a ona poczuła, że zawisła nad przepaścią. Całe wariactwo polega na tym, że właściwie to on wcale nie jest przystojny. Nos ma krzywy, jak gdyby dał go sobie złamać, a potem nie zadał sobie trudu, by dać go wyprostować. Włosy potrzebują fryzjera, a przynajmniej grzebienia. Przypuszczała, że ma około czterdziestu lat, ale wskazywały na to tylko zmarszczki mimiczne wokół oczu. Od śmiechu. Widywała już przystojniejszych.

Oferowali więcej niż spocone uściski na jedną noc w obcym hotelu.

Ale dlaczego ten facet tak na nią działa?

– To tylko drink – spróbował jeszcze raz.

– Dziękuję – odpowiedziała. – Nie, dziękuję.

Ku jej uldze nie nalegał. Kiwnął głową i popatrzył w okno, po czym zaczął bębnić palcami w teczkę. Ten bezmyślny rytm ją denerwował. Próbowała go zignorować, ale bezskutecznie.

Kiedy zatrzymali się przed hotelem Oriental, omal nie wyskoczyła z samochodu.

– Dziękuję za podwiezienie – powiedziała, zatrzaskując drzwi.

– Proszę zaczekać! – zawołał przez okno. – Nie wiem, jak się pani nazywa!

– Willy.

– Ma pani jakieś nazwisko?

Wbiegła na schody i zawołała przez ramię:

– Maitland.

– Do zobaczenia, Willy Maitland! – zawołał.

Niekoniecznie, pomyślała. Ale kiedy dotarła do holu, nie mogła się powstrzymać, by się nie odwrócić i spojrzeć na samochód, który właśnie znikał za rogiem. Wtedy zdała sobie sprawę, że nie zna nawet jego imienia.

Guy siedział na łóżku w hotelu Liberty i zastanawiał się, co go podkusiło, by zatrzymać się w takiej ruderze. Może nostalgia. I niskie ceny. Zatrzymywał się tu podczas podróży do Bangkoku od czasów wojny i aż do teraz nie widział powodu, aby coś zmieniać. Na pewno to miejsce niesie ze sobą wiele wspomnień. Nigdy nie zapomni tych gorących, pełnych namiętności nocy roku 1973. Był wtedy dwudziestoletnim szeregowcem na urlopie, a ona trzydziestoletnią pielęgniarką. Darlene. Kiedy ją ostatnio widział, miała troje dzieci, dwadzieścia kilo nadwagi i paliła jednego papierosa za drugim. Szkoda. Zeszła na psy, tak jak ten hotel.

Może ze mną dzieje się to samo, pomyślał ze znużeniem, wyglądając przez brudne okno na ulicę. Kiedyś kochał Bangkok, leniwe wędrówki po bazarach, gdzie kolory były tak jaskrawe, że bolały oczy; gdzie muzyka i dziewczyny nigdy nie dawały za wygraną. Nic go wtedy nie wzruszało – ani hałas, ani skwar, ani smród.

Nawet kule. Czuł się nietykalny i nieśmiertelny. To zawsze ktoś inny złapał kulkę, innego faceta transportowano do domu w skrzyni. Bo gdybyś myślał zbyt długo o swojej śmiertelności, stałbyś się marnym żołnierzem.

W końcu stał się marnym żołnierzem. Do tej pory dziwił się, że przeżył. Nigdy tego nie zrozumie: prostego faktu, że wrócił żywy.

Szczególnie kiedy myślał o tych wszystkich ludziach w samolocie transportowym z Da Nang. Zaczarowany ptak miał ich ocalić od tego szaleństwa.

Jeszcze miał blizny po katastrofie. Ciągle nosi w sobie śmiertelny strach przed lataniem.

Starał się nie myśleć o locie do Sajgonu. Podróże samolotami były, niestety, częścią jego pracy i ta miała być kolejna. Nie mógł jej uniknąć.

Otworzył teczkę, wyjął stos skoroszytów i rozłożył je na łóżku. Pierwszy, który otworzył, był jednym z kilkudziesięciu, jakie przywiózł z Honolulu. Każdy zawierał nazwisko, stopień wojskowy, numer identyfikacyjny, zdjęcie i szczegółowy opis – możliwie najdokładniejszy – okoliczności zaginięcia. Ten dotyczył pilota, komandora porucznika Eugene'a Stoddarda, którego ostatnio widziano, jak katapultował się z uszkodzonego bombowca sześćdziesiąt kilometrów na zachód od Hanoi. Dołączono także kartę zabiegów dentystycznych i starą kliszę rentgenowską obrazującą złamanie ręki z czasów, kiedy zaginiony był jeszcze nastolatkiem. Pominięto sprawy, które nie były zasadnicze: żonę, dzieci, wątpliwości. Zawsze były wątpliwości, gdy żołnierz zaginął podczas akcji.

Guy przerzucił kartki, zapamiętał kilka szczegółów i sięgnął po następny skoroszyt. Były to przypadki, które najlepiej pasowały do najnowszego zbioru szczątków przekazanych przez rząd wietnamski. Zadanie Guya polegało na potwierdzeniu, że nie są to szkielety Wietnamczyków, i połączeniu ich z odpowiednim nazwiskiem, stopniem i numerem. Nie była to zbyt przyjemna praca, lecz należało ją wykonać.

Odłożył drugi zestaw dokumentów i sięgnął po następny. Nie zawierał fotografii; włożył te papiery do teczki w ostatniej chwili. Na okładce widniała pieczątka „Tajne”, zmieniona później na „Odtajnione”. Zmarszczył czoło i otworzył skoroszyt.

Kryptonim: Braciszek Tuck

Status: Otwarty (stan na październik 1985)

Akta zawierają:

1. Zeznania świadków

2. Możliwe tożsamości

3. Badanie statusu

Braciszek Tuck. Legenda znana każdemu żołnierzowi, który walczył w Wietnamie. W czasie wojny Guy przypuszczał, że opowieści o amerykańskim pilocie latającym dla wroga to zwykła fantazja.

Ale kilka tygodni temu przekonał się, że jest inaczej.

Siedział w Laboratorium U.S. Army, kiedy w jego biurze pojawiło się dwóch mężczyzn reprezentujących organizację nazywaną Grupą Ariel.

– Mamy propozycję – powiedzieli. – Wiemy, że niedługo jedzie pan do Wietnamu, i chcielibyśmy, żeby poszukał pan przestępcy wojennego.

Miał nim być Braciszek Tuck.

– Chyba żartujecie – roześmiał się Guy. – Nie jestem żandarmem wojskowym. I nie ma takiego człowieka. To bajeczka.

W odpowiedzi wręczyli mu czek na dwadzieścia tysięcy dolarów. Na wydatki, powiedzieli. Będzie więcej, jeżeli odda zdrajcę w ręce sprawiedliwości.

– A jeśli nie wezmę tej roboty? – zapytał.

– To propozycja nie do odrzucenia – usłyszał.

Powiedzieli mu dokładnie, co o nim wiedzą, o jego przeszłości, o tym, co zrobił podczas wojny. Była to straszliwa tajemnica, która mogła go zniszczyć. Tajemnica, którą ukrywał za murem strachu i obrzydzenia do samego siebie. Powiedzieli mu dokładnie, czego mógłby oczekiwać, gdyby wyszła na jaw. Proces. Cela więzienna.

Zapędzili go do rogu. Wziął czek i czekał na następny kontakt.

Dzień przed wyjazdem z Honolulu specjalną przesyłką z Waszyngtonu dostał akta. Nie zaglądając do środka, wrzucił je do teczki.

Teraz czytał je po raz pierwszy, zatrzymując się na liście możliwych tożsamości. Kilka nazwisk rozpoznał ze swojego stosu papierów dotyczących zaginionych podczas akcji i uderzyła go niesprawiedliwość tego spisu.

Ci ludzie najprawdopodobniej nie żyją. Żeby ich jeszcze napiętnować jako zdrajców! To obraza dla ich pamięci.

Czytał po kolei nazwiska pilotów podejrzanych o zdradę i niebędących w stanie się obronić.

W połowie listy zatrzymał się, koncentrując na jednym z nich. „William T. Maitland, pilot, Air America”. Obok widniała gwiazdka, a pod spodem odnośnik: „Patrz Akta M-70-4163, Wywiad Wojskowy (Tajne)”.

William T. Maitland, pomyślał. Gdzieś słyszał to nazwisko. Maitland, Maitland.

Wtedy przypomniał sobie kobietę z willi Kistnera, tę drobną blondynkę o zgrabnych nogach. Sprawy rodzinne, powiedziała. Dlatego rozmawiała z generałem Kistnerem, człowiekiem, którego koneksje z Wywiadem są nie do podważenia.

Do zobaczenia, Willy.

To zbyt wielki zbieg okoliczności. A jednak...

Wrócił do pierwszej strony i ponownie przeczytał od początku do końca to, co dotyczyło Braciszka Tucka. Potem wstał z łóżka i zaczął przemierzać pokój. Jakie ma możliwości? Żadna z nich go nie pociągała.

Nie lubił wykorzystywać bliźnich, ale stawka była niebotycznie wysoka. I bardzo osobista. Ilu ludzi ma swoje małe tajemnice z czasów wojny? Tajemnice, o których nie mogą mówić? Tajemnice, które mogą ich zniszczyć?

Zamknął akta. Informacja w nich zawarta jest niewystarczająca; potrzebuje pomocy tej kobiety.

Czy mam tyle zimnej krwi, by ją wykorzystać?

A czy mogę sobie pozwolić na to, by jej nie wykorzystać? – podszepnął głos konieczności.

To była paskudna decyzja, lecz nie miał wyboru.

Była piąta po południu i Bong Bong Club jeszcze się nie rozkręcił. Na scenie wiły się jak węże trzy kobiety o świecących od olejku ciałach. Stary głośnik stereo ryczał muzyką o prymitywnym rytmie. Siedząc przy swoim ulubionym stoliku w rogu, Siang obserwował mężczyzn sączących drinki i kelnerki wyczekujące napiwków. A także dziewczynę na scenie. Była niezwykła. Rozłożyste biodra, pełne uda, różowy drapieżny język. Miała to trudne do nazwania „coś”. Musi potem zapytać o numer siedem przyczepiony do jej stringów.

– Dzień dobry, panie Siang.

Siang podniósł wzrok na człowieka stojącego w cieniu. Nawet teraz, po dwudziestu latach od pierwszego spotkania, jego postura sprawiała wrażenie. Siang czuł się jak dziecko w obecności tego giganta.

Mężczyzna zamówił piwo i usiadł przy stoliku. Przez chwilę patrzył na scenę.

– Nowy układ? – zapytał.

– Ta w środku jest nowa.

– Ach tak. Bardzo ładna. Twój typ, prawda?

– Tego się dopiero dowiem.

Siang, nie odrywając oczu od estrady, upił łyk whisky.

– Mówiłeś, że masz dla mnie robotę – dodał.

– To drobna sprawa.

– Mam nadzieję, że nie oznacza to drobnego wynagrodzenia.

– Nie, nie. Przecież zawsze jestem hojny, prawda?

Mężczyzna zaśmiał się cicho.

– Nazwisko?

– Kobieta. – Rzucił na stół zdjęcie. – Nazywa się Willy Maitland. Trzydzieści dwa lata. Wzrost średni, krótko obcięte włosy, ciemny blond, szare oczy. Zatrzymała się w Orientalu.

– Amerykanka?

– Tak.

– To niezwykłe zadanie – powiedział Siang po chwili.

– Dość... pilne.

O! Cena idzie w górę, pomyślał Siang.

– Dlaczego?

– Jutro rano wyjeżdża do Sajgonu. Masz tylko noc.

Siang kiwnął głową i znów zerknął na scenę. Ucieszył się, że dziewczyna w środku, numer siedem, patrzy prosto na niego.

– Jest dosyć czasu – odrzekł.

Willy Maitland stała na brzegu rzeki i wpatrywała się w wodę.

Guy spostrzegł z tarasu jej drobną figurkę z rozwianymi włosami. Pochylone ramiona i zamyślony wzrok świadczyły, że chce być sama. Wstąpił wcześniej do baru na piwo – oranjeboom, dobre duńskie piwo, którego nie pił już wiele lat. Stał przez chwilę, obserwując ją i rozkoszując się chłodem butelki.

Nie poruszyła się. Ciągle patrzyła jak zahipnotyzowana w dół rzeki, jakby w błotnistej głębi coś zobaczyła. Ruszył w jej kierunku, podziwiając czerwone i złote refleksy słońca w jej włosach.

– Piękny widok – zauważył.

Spojrzała na niego obojętnie i się odwróciła.

– Pomyślałem, że sprawdzę, co u pani. Może zmieniła pani zdanie co do tego drinka.

Patrzyła uparcie w wodę.

– Wiem, jak to jest w obcym mieście. Nie ma z kim dzielić frustracji. Może się pani czuć trochę...

– Niech mi pan da spokój – powiedziała i odeszła.

Wychodzę z wprawy, pomyślał i ruszył za nią. Demonstracyjnie go ignorując, maszerowała wzdłuż tarasu, zbyt energicznie, by miało to jakiś wdzięk.

– Chyba powinniśmy zjeść kolację i trochę porozmawiać.

Starał się dotrzymać jej kroku.

– O czym?

– Moglibyśmy zacząć od pogody. Potem o polityce. Mojej rodzinie, pani rodzinie.

– Pewnie miałoby to do czegoś prowadzić.

– Tak.

– Niech zgadnę. Do zaproszenia do pańskiego pokoju?

– Myśli pani, że to właśnie próbuję zrobić? Poderwać panią? – zapytał urażonym tonem.

– A nie?

Potem odwróciła się i znowu odeszła.

Tym razem nie poszedł za nią. Nie widział sensu. Popijał piwo i przyglądał się, jak szła po schodach na taras restauracyjny. Usiadła tam przy stoliku i schowała się za kartą. Było za późno na herbatę, a za wcześnie na kolację. Poza tuzinem hałaśliwych Włochów siedzących niedaleko, taras był pusty. Pokręcił się jeszcze chwilę, by skończyć piwo i zastanowić się nad następnym krokiem. Ta kobieta jest twardym orzechem do zgryzienia, jak na osóbkę sięgającą mu ledwie do ramienia. Myszka z ząbkami.

Trzeba wypić drugie piwo. I opracować nową strategię.

Skierował się z powrotem do baru. Przechodząc przez taras, nie mógł się powstrzymać, by się nie obejrzeć. Mało brakowało, a by się zderzył z dobrze ubranym Tajem nadchodzącym z naprzeciwka.

Guy wymamrotał zwyczajowe przeprosiny, lecz mężczyzna nie odpowiedział i szedł dalej, utkwiwszy wzrok przed siebie. Guy postąpił dwa kroki do przodu, i nagle włączył mu się wewnętrzny alarm. Czysty instynkt, żołnierskie przeczucie. Oczy. Oczy tego człowieka.

Widział już kiedyś ten martwy spokój na twarzy Wietnamczyka, jak wychodził z popularnego nocnego klubu w Da Nang. Mimo upływu lat pamiętał chłód, jaki go ogarnął, kiedy spojrzał mu w oczy. Dwie minuty później, gdy Guy stał na ulicy, czekając na kolegów, bomba rozdarła budynek na strzępy. Zginęło siedemnastu Amerykanów.

Z uczuciem narastającego zagrożenia obserwował, jak Taj zatrzymuje się i bada otoczenie.

Chyba znalazł to, czego szukał, i skierował się w stronę tarasu. Zajęte były tylko dwa stoliki. Włosi i Willy. Na skraju tarasu Taj przystanął i sięgnął do marynarki.

Guy odruchowo ruszył w jego stronę. Zanim jego oczy zarejestrowały niebezpieczeństwo, ciało już zareagowało. W czerwonych promieniach zachodzącego słońca błysnął jakiś przedmiot. Dopiero wtedy Guy zrozumiał, o czym wcześniej ostrzegł go instynkt.

– Uważaj, Willy!

Potem rzucił się na zabójcę.

Tytuł oryginału:

Never Say Die

Pierwsze wydanie:

Harlequin Intrigue, 1992

Opracowanie graficzne okładki:

Kuba Magierowski

Redaktor serii:

Grażyna Ordęga

Korekta:

Sylwia Kozak-Śmiech

© 1992 by Terry Gerritsen

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2008, 2013

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9475-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.