Wydawca: HarperCollins Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Czarna loteria - Tess Gerritsen

To miał być banalny zabieg chirurgiczny, ale pacjentka, pielęgniarka miejscowego szpitala, umarła niespodziewanie na stole operacyjnym. O błąd w sztuce lekarskiej zostaje oskarżona anestezjolog Kate Chesne. Wynajęty przez rodzinę zmarłej adwokat, David Ransom, jest całkowicie przekonany o winie Kate. Jednak gdy w tajemniczych okolicznościach ginie kolejna pielęgniarka, David zmienia zdanie. Nagle dociera do niego, że morderca wybiera swoje ofiary spośród pracowników szpitala. David zaczyna stawiać te same pytania, na które rozpaczliwie poszukuje odpowiedzi Kate

Opinie o ebooku Czarna loteria - Tess Gerritsen

Fragment ebooka Czarna loteria - Tess Gerritsen

Tess Gerritsen

Czarna loteria

Tłumaczenie:

PROLOG

Dobry Boże, czasem przeszłość powraca, żeby nas zniszczyć.

Doktor Henry Tanaka spoglądał przez okno gabinetu na smagany deszczem parking i zastanawiał się, dlaczego po tylu latach wypłynęła sprawa zgonu jednej z pacjentek. By przyczynić się do jego zguby?

Na dworze zmoknięta pielęgniarka w białym fartuchu przemykała do samochodu. Skrzywił się. Jeszcze jedna, która zapomniała parasola. Dzień, jak to zwykle w Honolulu, wstał jasny i słoneczny. Jednak około trzeciej od strony gór Koolau nadciągnęły chmury, niosąc deszcz, który przeszedł w gwałtowną nawałnicę. Ulicami popłynęły strumienie brudnej wody. I to akurat w chwili, gdy ludzie kończyli pracę i szli do domu.

Henry Tanaka odwrócił się od okna i spojrzał na list. Z daty na stemplu wynikało, że został wysłany przed tygodniem, lecz jak większość korespondencji utonął w stertach medycznych pism oraz katalogów z ofertą firm farmaceutycznych, którymi zawalony był cały gabinet. Gdy tego ranka recepcjonistka dyskretnie mu go podsunęła, przeraził się, spojrzawszy na nazwisko nadawcy: Joseph Kahanu, adwokat.

Niezwłocznie otworzył kopertę. Teraz zaś skulił się w fotelu i kolejny raz odczytał suchą treść:

Szanowny panie doktorze!

W imieniu pana Charlesa Deckera, którego mam zaszczyt reprezentować, zwracam się do pana z prośbą o udostępnienie kompletnej dokumentacji medycznej dotyczącej wszelkich zabiegów, jakim została poddana pani Jennifer Brook, która w chwili zgonu przebywała jako pańska pacjentka na oddziale położniczym…

Jennifer Brook. Doktor Tanaka miał nadzieję, że zdoła zapomnieć to nazwisko.

Ogarnęło go przemożne znużenie – rodzaj wyczerpania, które spada na człowieka, gdy odkryje, że nie jest w stanie uciec od przeszłości sunącej za nim niczym groźny cień. Próbował wykrzesać z siebie bodaj tyle energii, ile potrzeba, by dowlec się do samochodu i ruszyć do domu. Bezskutecznie. Ogarnięty całkowitym bezwładem woli, siedział nieruchomo przy biurku i wpatrywał się tępo w cztery ściany gabinetu. Swego sanktuarium. Jego zgaszone spojrzenie przesuwało się po oprawionych w ramki dyplomach, certyfikatach, zdjęciach. Wokół wisiały fotki pomarszczonych noworodków oraz ich rozpromienionych rodziców. Ilu dzieciom pomógł przyjść na świat? Dawno temu stracił rachubę.

W końcu przemógł się i wstał z fotela, wyrwany z odrętwienia odgłosem, który dobiegł z sąsiadującej z gabinetem poczekalni: był pewny, że cicho stuknęły drzwi. Zaintrygowany wyjrzał na zewnątrz.

– Peggy? Jeszcze nie wyszłaś?

W poczekalni nie było żywej duszy. Tanaka omiótł spojrzeniem kwiecistą sofę i fotele, stojący obok niski stolik z równo ułożonymi kolorowymi pismami, po czym zatrzymał wzrok na drzwiach prowadzących na szpitalny korytarz. Były otwarte.

Absolutną ciszę opustoszałych pomieszczeń zakłócił stłumiony, metaliczny szczęk. Henry chwilę nasłuchiwał. Dźwięk dobiegał z jednego z gabinetów zabiegowych.

– Peggy? – Wyszedł na korytarz i zajrzał do pierwszego gabinetu. Zapalił światło, lecz nie ujrzał nic prócz lśniącej umywalki z nierdzewnej stali, fotela ginekologicznego i szafki z medykamentami. Przeszedł więc do następnego gabinetu. Tu również wszystko było w porządku.

Przeszedł na drugą stronę korytarza, kierując się w stronę ostatniego z gabinetów. Już miał zapalić światło, gdy nagle znieruchomiał. Instynktownie wyczuł, iż w ciemności czyha na niego śmiertelny wróg.

Przerażony, zaczął ostrożnie wycofywać się na korytarz. Gdy w końcu się odwrócił, by uciec, zrozumiał, że popełnił błąd. Napastnik przyczaił się bowiem za drzwiami.

Ostrze z szybkością błyskawicy przejechało po jego szyi. Henry Tanaka zachwiał się, zatoczył do tyłu i przewrócił na stojak z narzędziami. Gdy próbował wstać, wyczuł, że podłoga jest lepka od krwi. Życie uchodziło z niego przeraźliwie szybko, lecz nawykły do racjonalnego myślenia umysł nie poddawał się bez walki. Lekarz błyskawicznie zdiagnozował swoje obrażenia i chłodno przeanalizował szanse na przeżycie.

Przecięta aorta. W ciągu paru minut nastąpi wykrwawienie. Trzeba natychmiast zatamować krew… Czuł, że już zaczynają drętwieć mu nogi.

Nie zostało mu wiele czasu. Na czworakach podpełzł do szafki, w której trzymano leki i opatrunki. Nikły blask światła odbitego od przeszklonych drzwi był dla jego słabnących zmysłów latarnią morską, ostatnią nadzieją ratunku. Wtem jakiś cień przysłonił światło sączące się do gabinetu z korytarza. Henry domyślił się, że napastnik stanął w drzwiach i na niego patrzy. Mimo to czołgał się dalej. W ostatnim przebłysku świadomości zdołał dźwignąć się na nogi i otworzyć szafkę. Z półek posypały się na niego paczki sterylnej gazy. Macając na oślep, chwycił pierwszą z brzegu, rozdarł opakowanie i, wyszarpnąwszy opatrunek, przycisnął go do szyi.

Pochłonięty tą czynnością, nie widział, jak ostrze zatacza ostateczny śmiercionośny łuk nad jego głową.

Gdy rozpłatało mu kark, próbował krzyczeć, lecz dźwięk, który wydobył się z jego gardła, przypominał ledwie słyszalny szept.

To był jego ostatni oddech. Chwilę później bezwładnie osunął się na podłogę.

Charlie Decker leżał nagi w wąskim twardym łóżku. Dławił go zwierzęcy strach.

Za oknem biła krwista łuna neonu: The Victory Hotel. W ostatnim słowie przepaliła się litera t. Pozostałe ułożyły się w napis hoel, który kojarzył mu się ze słowem hole, czyli dziura. The Victory Hole. Miejsce rzeczywiście zasługiwało na to mało pochlebne miano. Tu każda radość i każde zwycięstwo bezpowrotnie ginęło w czarnej otchłani.

Zamknął oczy, lecz neon nadał płonął, zupełnie jakby zdołał wcisnąć się ukradkiem pod jego powieki. Odwrócił się więc plecami do okna i zakrył głowę poduszką. Otoczył go duszący, obmierzły zapach brudnej pościeli, więc natychmiast cisnął ją w kąt. Ciężko dźwignął się z legowiska i podszedł do okna, by wyjrzeć na ulicę. Długowłosa blondyna w mini dobijała targu z klientem w chevrolecie. Gdzieś niedaleko co chwila wybuchały gromkie śmiechy, mieszając się z melodią piosenki: „To już nieważne. W ciemnym zaułku unosił się fetor gnijących śmieci zmieszany ze słodkim aromatem kwitnących krzewów: charakterystyczny zapach bocznej uliczki raju. Zebrało mu się na wymioty. Było zbyt gorąco, by zamknąć okno, zbyt gorąco, by spać, a nawet by oddychać.

Powlókł się do stolika i zapalił lampkę. Z pierwszej strony gazety krzyczał wciąż ten sam tytuł: „Lekarz z Honolulu zaszlachtowany we własnym gabinecie.

Strużka potu spłynęła mu po piersi. Gwałtownym ruchem zrzucił gazetę na podłogę. Potem usiadł i chwycił się za głowę.

W oddali wybrzmiały ostatnie akordy melodii; następna piosenka zaczęła się od głośnego jazgotu gitar i huku perkusji. Wokalista wykrzyczał: „Tak bardzo tego pragnę, oh yeah, baby, tak bardzo, bardzo....

Charlie wolno uniósł głowę i spojrzał na zdjęcie Jenny. Uśmiechała się jak zwykle. Ona zawsze była uśmiechnięta. Dotknął fotografii, próbując przypomnieć sobie kształt i ciepło jej twarzy; nieubłagany czas zatarł część wspomnień.

Sięgnął po notatnik, otworzył go na czystej stronie i zaczął pisać.

Oto co od nich usłyszałem:

„Potrzeba czasu…

Czas leczy rany, pozwala zapomnieć.

Oto co im odpowiedziałem:

„Uzdrowienie nie polega na zapominaniu

Lecz na pamięci

O tobie.

O zapachu morza na twojej skórze;

O odciśniętych na piasku śladach twoich drobnych

pięknych stóp.

Pamięć jest bezkresna.

Leżysz więc, teraz i na zawsze, na brzegu morza.

Otwierasz oczy. Dotykasz mnie.

Słońce przepływa przez twoje palce.

I czuję się uleczony.

Czuję się uleczony.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Doktor Kate Chesne pewną ręką wstrzyknęła pacjentce dwieście miligramów pentothalu. Obserwując uważnie powolną wędrówkę słupka jasnożółtego płynu, który tłoczyła przez plastikową rurkę i wenflon wprost do żyły, powiedziała półgłosem:

– Ellen, za chwilę zrobisz się senna. Zamknij oczy. I spokojnie odpłyń.

– Na razie nic nie czuję.

– Jeszcze moment. – Kate lekko uścisnęła ramię kobiety. Wiedziała, że wystarczy drobny gest, by pacjent poczuł się bezpieczniej. Czasem wystarczy dotyk. Albo dobre słowo wypowiedziane ciepłym głosem. – Wyobraź sobie, że unosisz się na wodzie – szepnęła. – Pomyśl o błękitnym niebie i obłokach…

Ellen odpowiedziała leniwym uśmiechem. Ostre światło lamp bezlitośnie demaskowało wszystkie niedoskonałości i znamiona na jej skórze. Na stole operacyjnym nikt nie wygląda atrakcyjnie. Piękna Ellen O'Brien nie była tu wyjątkiem.

– Śmieszne – mruknęła – ale wcale się nie boję.

– Słusznie, nie ma czego. Jesteś w dobrych rękach. Bo moich – zapewniła ją żartobliwie Kate.

– Przecież wiem. – Ellen wyciągnęła do niej dłoń. Ich palce ma moment się splotły.

Wahadłowe drzwi otworzyły się i do sali wszedł doktor Guy Santini, chirurg o posturze niedźwiedzia, który w kwiecistym czepeczku na głowie prezentował się dość groteskowo.

– Jak sytuacja, Kate? – zapytał.

– Właśnie podaję pentothal.

– Ellen, jesteś jeszcze z nami? – zagadnął i, podszedłszy do stołu, wziął kobietę za rękę.

– Na dobre i na złe – odparła. – Ale nie ukrywam, że wolałabym być w Filadelfii.

– Będziesz, będziesz. Ale na pewno bez woreczka żółciowego – odparł.

– No sama nie wiem… Nawet go już polubiłam. – Powieki zaczęły jej opadać. – Guy, pamiętaj, co mi obiecałeś! – mruknęła. – Żadnej blizny!

– Naprawdę ci to obiecałem?

– Naprawdę!

– Widzisz! Mówiłem ci! – Chirurg mruknął porozumiewawczo do Kate. – Nie ma gorszych pacjentek niż pielęgniarki. Te to mają wymagania!

– Niech pan lepiej uważa, doktorze! – ostrzegła jedna z instrumentariuszek. – Prędzej czy później pan też trafi na stół. A wtedy my się panem zajmiemy!

– Już się boję!

Kate spostrzegła, że Ellen wreszcie zasnęła. Dla pewności zawołała ją po imieniu i dotknęła jej przymkniętych powiek. Ellen nie reagowała.

– Odpłynęła.

– Katie, moje ty kochanie – westchnął Santini z uznaniem. – Robisz naprawdę świetną robotę jak na…

– Babę? Jasne! Wiem!

– Dobra, idę się myć i jedziemy z tym koksem! – zarządził. – A jak wyniki badań? Dobre?

– Jeśli chodzi o krew, to idealne.

– A EKG?

– W normie. Zrobiłam je wczoraj wieczorem.

Lekarz zatrzymał się w progu i zasalutował.

– Kiedy jesteś obok, człowiek czuje się zwolniony z obowiązku myślenia. Aha, byłbym zapomniał. Drogie panie – zwrócił się do instrumentariuszek – słowo ostrzeżenia. Nasz stażysta to mańkut.

– A chociaż przystojny? – zapytała jedna z nich.

– Piękny jak marzenie, Cindy! – rzucił, puszczając do niej oko. – Powiem mu, że pytałaś – dodał, znikając w drzwiach.

– Ja nie wiem, jak ta żona z nim wytrzymuje?! – Cindy wzniosła oczy do nieba.

Przez następne dziesięć minut wszystko toczyło się zgodnie z ustalonym trybem. Kate z wprawą wykonywała rutynowe czynności. Wprowadziła do tchawicy rurkę intubacyjną i podłączyła ją do respiratora. Następnie wyregulowała przepływ tlenu i dobrała odpowiednie proporcje środka znieczulającego i podtlenku azotu. Od tej chwili życie Ellen spoczywało w jej rękach, dlatego wszystko sprawdzała po dwa, a nawet trzy razy. Mówi się, że praca anestezjologa to dziewięćdziesiąt dziewięć procent nudy i jeden procent horroru – właśnie przed tym jednym procentem starała się zabezpieczyć. Była aż nadto świadoma, że gdy pojawiają się komplikacje, nie ma czasu na wahanie. Decyzja musi być natychmiastowa.

Dziś czuła się wyjątkowo spokojna. Operacja nie była skomplikowana, więc zakładała, że wszystko pójdzie gładko. Ellen ma raptem czterdzieści jeden lat. I poza kamieniami w woreczku stanowi okaz zdrowia.

Guy Santini wrócił do sali, trzymając w górze wyszorowane ręce. Tuż za nim kroczył „piękny jak marzenie leworęczny stażysta, który w butach na grubej podeszwie osiągał imponujący wzrost stu sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Obaj poddali się rytuałowi wkładania sterylnych fartuchów i rękawiczek, któremu towarzyszyło charakterystyczne strzelanie lateksu.

Gdy byli gotowi, zespół ustawił się wokół stołu. Kate popatrzyła po osłoniętych maskami twarzach. Poza stażystą wszyscy świetnie się znali. Pierwsza stała Ann Richter, instrumentariuszka, tak zwana „krążąca. Zawsze skupiona, zawsze schludna i kompetentna, nigdy nie traciła zimnej krwi. Niech no tylko ktoś rzucił podczas operacji jakiś dowcip, od razu spotykał się z jej karcącym spojrzeniem.

Obok niej stał Guy Santini, który na bloku operacyjnym czuł się jak u siebie w domu. Jowialny i przyjaźnie nastawiony do świata, wyglądał na ciężkiego i niezdarnego. Patrząc na jego zwalistą sylwetkę, trudno było uwierzyć, że jest pierwszorzędnym chirurgiem. Jednak gdy brał do ręki skalpel, czynił cuda.

Miejsce po przeciwnej stronie stołu zajął mocno zafrasowany stażysta, który miał pecha urodzić się mańkutem. I wreszcie Cindy, instrumentariuszka, ciemnooka nimfa zawsze skora do śmiechu. I zawsze w pełnym makijażu. Tym razem pomalowała oczy nowym jaskrawym cieniem o nazwie „orientalny malachit, który mienił się jak łuska tropikalnej rybki.

– Fajny kolor – pochwalił Guy, wyciągając rękę po skalpel.

– Dzięki, doktorze – odparła, podając mu narzędzie.

– Podoba mi się o wiele bardziej niż poprzedni. Jak on się nazywał? Hiszpański muł?

– Mech, doktorze!

– Wszystko jedno. Nie uważasz, kolego, że odcień jest naprawdę niezwykły? – zagadnął stażystę, który na wszelki wypadek nie zabierał głosu. – Kojarzy mi się z moim ulubionym kolorem. Zaraz, jak on się nazywa? A, już wiem. „Proszek do szorowania.

Stażysta zachichotał, a Cindy posłała mu gniewne spojrzenie. Biedak nie wiedział, że właśnie pogrzebał swoją jedyną szansę, by zostać kochankiem roku.

Guy wykonał pierwsze cięcie. Gdy na skórze pojawiła się szkarłatna linia, stażysta natychmiast usunął krew wacikiem. Ruchy obu chirurgów były idealnie zsynchronizowane. Rozumieli się bez słów.

Kate obserwowała ich ze swego miejsca u szczytu stołu. Siedziała tuż obok głowy Ellen i wsłuchiwała się w rytm pracy jej serca. Nie działo się nic niepokojącego. Właśnie w takich warunkach lubiła pracować najbardziej – gdy miała pewność, że wszystko jest pod kontrolą. Pośród zimnego lśnienia chirurgicznej stali czuła się jak w domu, a szum wentylacji i rytmiczne pikanie kardiomonitora były dla niej odprężającym muzycznym tłem spektaklu rozgrywającego się na operacyjnym stole.

Guy wykonał głębsze cięcie.

– Kate, mięśnie są za bardzo napięte. Ciężko będzie je rozchylić – uprzedził Guy.

– Zobaczę, co się da zrobić. – Odwróciła się do szafki z lekarstwami i otworzyła szufladkę z napisem „scolina. Był to lek podawany dożylnie i powodujący zwiotczenie mięśni, dzięki czemu chirurg mógł łatwiej dostać się do jamy brzusznej.

Zerknęła na zawartość szuflady i ze zdziwieniem zmarszczyła czoło.

– Ann? Mam tylko jedną fiolkę scoliny. Przyniesiesz mi więcej?

– Dziwne – odezwała się Cindy. – Wczoraj po południu uzupełniałam zapasy.

– Możliwe, ale została tylko jedna fiolka. – Kate wciągnęła do strzykawki pięć centymetrów sześciennych przezroczystego płynu i zrobiła Ellen zastrzyk. Lek zaczynał działać mniej więcej po minucie.

Tymczasem Guy przeciął warstwę tłuszczu i przymierzał się do nacięcia tkanki mięśniowej.

– Mięśnie nadal twarde – rzucił.

Kate zerknęła na ścienny zegar.

– Minęły trzy minuty. Powinno już zadziałać.

– Ale nie działa.

– Dobra, podam jeszcze trochę. – Wyciągnęła z fiolki kolejne trzy centymetry i wstrzyknęła do żyły. – Ann, zaraz będę potrzebowała nowej fiolki. Zostało mi tylko… – Urwała, słysząc przenikliwy pisk kardiomonitora. Gwałtownie podniosła głowę. Jedno spojrzenie na ekran wystarczyło, by skoczyła na równe nogi.

Serce Ellen O'Brien przestało bić.

W ułamku sekundy w sali zawrzało jak w ulu. Padały nerwowe komendy, tace i szafki z narzędziami z hukiem odjechały na bok. Stażysta wgramolił się na stołeczek i napierał całym ciężarem ciała na klatkę piersiową Ellen.

Na oczach zdruzgotanej Kate spełniał się koszmarny sen każdego anestezjologa. Nieszczęsny jeden procent horroru stał się faktem.

Bez wątpienia była to najgorsza chwila w jej życiu. Walczyła ze sobą, by nie ulec ogólnej panice. Nie tracąc trzeźwości umysłu, wstrzykiwała Ellen kolejne fiolki adrenaliny. Najpierw dożylnie, później prosto w serce. Tracę ją, powtarzała w myślach. Dobry Boże, ja naprawdę ją tracę. W pewnej chwili spostrzegła na kardiomonitorze gwałtowne migotanie linii. Jak sygnał S.O.S. wysyłany przez gasnące życie.

– Defibrylator! – zawołała do Ann stojącej obok urządzenia. – Dwieście dżuli!

Ann nawet nie drgnęła. Jej twarz miała barwę alabastru.

– Ann?! – krzyknęła Kate. – Dwieście dżuli!

Ostatecznie to Cindy podbiegła i włączyła przyrząd. Gdy wskazówka doszła do dwustu dżuli, Guy złapał elektrody. Przycisnął je do piersi Ellen, jej ciało podskoczyło bezwładnie. Jakby była marionetką, którą ktoś szarpnął za wszystkie sznurki naraz.

Na monitorze trzepotanie uspokoiło się i przeszło w spłaszczoną falę. Nieomylny znak, że serce umiera.

Kate nie przyjmowała tego do świadomości. Wstrzykiwała lek za lekiem, desperacko próbując pobudzić je do życia. Wszystko na nic. W pewnej chwili zrozumiała, że tej bitwy już nie wygra. Patrzyła przez łzy, jak na wykresie spłaszczona fala przechodzi w linię ciągłą, bez celu biegnącą po ekranie.

– Koniec balu – mruknął Guy i dał znak, by przerwać reanimację. Zlany potem stażysta odsunął się od stołu.

– Nie! – Kate położyła ręce na klatce piersiowej Ellen. – To jeszcze nie koniec – syknęła, uciskając klatkę niemal z furią. – Nie koniec! – Wściekle uciskała oporne mięśnie i żebra. Rozmasować serce, mózg musi mieć tlen! Uratuję cię, powtarzała jak w transie. Reanimowała ją, dopóki zmęczone ręce nie odmówiły posłuszeństwa. Ellen, nie poddawaj się! Żyj!

– Kate… – Guy delikatnie dotknął jej ramienia.

– Nie poddawajmy się! Jeszcze nie…

– Kate. – Powoli odciągnął ją od stołu. – To już koniec – szepnął.

Ktoś wyciszył kardiomonitor. Przenikliwy pisk ucichł i nastała martwa cisza. Kate odwróciła się i spostrzegła, że wszyscy na nią patrzą. Spojrzała na wykres.

Pokazywał linię ciągłą.

Drgnęła, gdy sanitariusz zasuwał zamek worka z ciałem Ellen. Nieprzyjemny zgrzyt poraził ją okrutną nieodwracalnością. Pakowanie do praktycznego worka tego, co jeszcze przed chwilą było żyjącą i oddychającą kobietą, wydało się nieprzyzwoite. Kiedy sanitariusz pchnął nosze, by potoczyć je do kostnicy, Kate się odwróciła. Skrzypienie oddalało się, aż wreszcie ucichło. A ona nadal stała sama w pustej sali.

Przez łzy spoglądała na walające się wszędzie zakrwawione gaziki i fiolki po lekach. Żałosne odpady po każdej szpitalnej śmierci. Za chwilę ktoś je uprzątnie i podda utylizacji. I już nie będzie śladu po tragedii, która właśnie się rozegrała.

Oczywiście nie licząc ciała w kostnicy. Oraz pytań. O tak, tych padnie całe mnóstwo. Ze strony rodziców Ellen. Ze strony szpitala. Zasypią ją i nie będzie umiała na nie odpowiedzieć. Ze znużeniem ściągnęła czepek i potrząsnęła głową. Gęste pasma ciemnych włosów opadły na ramiona, co przyniosło jej pewien rodzaj ulgi. Potrzebowała samotności – żeby spokojnie wszystko przemyśleć. I żeby zrozumieć. Odwróciła się, wreszcie gotowa, by wyjść.

W drzwiach czekał na nią Guy Santini. W wyrazie jego twarzy dostrzegła coś, co ją zaniepokoiło.

Tymczasem on bez słowa podał jej kartę Ellen.

– EKG – zauważył. – Mówiłaś, że jest w porządku.

– Bo jest.

– Lepiej przyjrzyj się dokładniej.

Skonsternowana wyjęła z koperty zapis pracy serca Ellen. U góry widniała jej własna parafka, znak, że oglądała wykres. Teraz przez minutę wpatrywała się w dwanaście czarnych stożków i nie wierzyła własnym oczom. Zapis nie pozostawiał cienia wątpliwości. Nawet student trzeciego roku medycyny nie miałby problemu z postawieniem diagnozy.

– Dlatego umarła – podsumował sucho Guy.

– Ale… To przecież niemożliwe! – wykrztusiła. – Nie popełniłabym tak kardynalnego błędu.

Guy odwrócił wzrok.

– Guy, przecież mnie znasz! – zawołała. – Chyba nie myślisz, że przeoczyłabym coś takiego…

– Daj spokój! Przecież tu jest wszystko czarno na białym. Chryste, kobieto, podpisałaś się na tym gównie!

Mierzyli się wzrokiem, oboje zszokowani jego ostrym tonem.

– Przepraszam. – Odwrócił się i nerwowo przeczesał palcami włosy. – Boże! Dziewczyna miała atak serca, a my ją wzięliśmy pod nóż. – Spojrzał na nią zgnębiony. – Chciałbym się mylić, Kate, ale chyba ją zabiliśmy.

– Mamy tu do czynienia z ewidentnym błędem lekarskim.

Mecenas David Ransom zamknął teczkę Ellen O'Brien i spojrzał zza biurka na swoich klientów. Gdyby miał opisać Patricka i Mary O'Brienów, bez wahania wybrałby przymiotnik: szarzy. Siwe włosy, szare twarze, szare ubrania. Patrick miał na sobie znoszoną tweedową marynarkę, a Mary niemodną sukienkę w drobny biało-czarny wzorek, który zlewał się w kolor starej ścierki.

Patrick cały czas kręcił głową.

– To była nasza jedyna pociecha, mecenasie. Kochana dziewczyna. Czy pan wie, że nie mieliśmy z nią żadnych kłopotów, nawet jak była mała? Leżała sobie w łóżeczku i uśmiechała się. Jak aniołek. Jak mały słodki… – Wzruszenie nie pozwoliło mu dokończyć zdania. Jego twarz pomarszczyła się i jeszcze bardziej poszarzała.

– Panie O'Brien – David przybrał łagodny ton – domyślam się, że nie jest to wielka pociecha, ale obiecuję, że dołożę wszelkich starań, żeby sprawa znalazła należyty finał.

Patrick potrząsnął głową.

– Tu nie chodzi o pieniądze, mecenasie – szepnął. – Fakt, nie nadaję się już do pracy. Plecy, sam pan rozumie. Ale Ellie miała ubezpieczenie na życie i…

– Na jaką sumę opiewało?

– Pięćdziesiąt tysięcy – odezwała się Mary O'Brien. – Taka właśnie była nasza córka, proszę pana. Zawsze o nas pamiętała. – Jej profil, ostro zarysowany na tle okna, wyglądał jak odlany ze stali.

W przeciwieństwie do męża wypłakała już wszystkie łzy. Siedziała wyprostowana, całą sobą wyrażając bezgraniczny ból. David doskonale wiedział, co przeżywa. Rozumiał jej żal. I gniew. Zwłaszcza gniew. Wyraźnie widział go w jej oczach.

Patrick żałośnie pociągnął nosem, David sięgnął więc do szuflady i położył przed nim paczkę chusteczek.

– Może przełożymy naszą rozmowę na inny termin – zaproponował. – Gdy państwo poczują, że są gotowi.

Mary gwałtownie uniosła podbródek.

– Jesteśmy gotowi, panie Ransom. Proszę pytać.

David spojrzał na Patricka, który w odpowiedzi posłał mu wątły uśmiech.

– Obawiam się, że niektóre z moich pytań mogą wydać się państwu niestosowne lub wręcz bezduszne. Niestety, jestem zmuszony je zadać.

– Proszę zaczynać – ponagliła go pani O'Brien.

– Zapewniam, że jestem zdecydowany wytoczyć szpitalowi proces i zrobię to niezwłocznie. Muszę jednak zapytać państwa o pewne szczegóły, które pomogą precyzyjnie oszacować rozmiar strat, jakie ponieśli państwo w związku ze śmiercią córki. Mam tu na myśli choćby utracone zarobki, które należałyby się państwa córce, gdyby żyła. Była pielęgniarką, tak?

– Tak, na oddziale położniczym.

– Czy wiedzą państwo, ile zarabiała?

– Nie, ale możemy to sprawdzić.

– Czy miała kogoś na utrzymaniu?

– Nie.

– Czy była zamężna?

Pani O'Brien z westchnieniem pokręciła głową.

– Ellen była naprawdę wspaniałą córką. I piękną kobietą. Do tego mądrą. Niestety, jeśli chodzi o mężczyzn, popełniała błędy.

– Błędy? – David zmarszczył brwi.

Wzruszyła ramionami.

– Cóż, takie mamy czasy, mecenasie – odparła. – Kiedy kobieta osiągnie pewien wiek, cieszy się, że w ogóle kogoś ma… – Spojrzała na swoje kurczowo splecione dłonie i zamilkła.

David wyczuł, że poruszyli drażliwą kwestię. Prawdę powiedziawszy, życie uczuciowe zmarłej w ogóle go nie interesowało, jako że nie miało związku ze sprawą.

– Przyjrzyjmy się dokumentacji medycznej – zaproponował i sięgnął po kartę. – Wynika z niej, że córka cieszyła się doskonałym zdrowiem. Czy kiedykolwiek miała problemy kardiologiczne?

– Nigdy.

– Czy kiedykolwiek skarżyła się na ból w klatce piersiowej? Czy miewała problemy z oddychaniem?

– Panie Ransom, Ellie była świetną pływaczką. Długodystansową. Mogła pływać cały dzień i nawet nie dostawała zadyszki. Dlatego nie chce mi się wierzyć w tę historię z atakiem serca – oznajmiła pani O'Brien.

– Mimo to proszę zauważyć, że zapis EKG jednoznacznie potwierdza tę diagnozę. Gdyby przeprowadzono sekcję zwłok, mielibyśmy pewność. Jak rozumiem, w tej chwili jest to już niemożliwe.

Kobieta spojrzała wymownie na męża.

– To Patrick tak zdecydował. Nie mógł znieść myśli, że…

– Chyba już ją wystarczająco pocięli, prawda? – warknął przez zęby.

Zapadła cisza. Pani O'Brien przerwała ją pierwsza:

– Wsypiemy jej prochy do morza. Bardzo kochała morze. Już od dziecka…

Rozmowa dobiegła końca. Jeszcze tylko kondolencje i wymiana uścisków ręki na przypieczętowanie umowy. O'Brienowie ruszyli do drzwi, lecz zanim ostatecznie wyszli, Mary na moment przystanęła.

– Nam naprawdę nie chodzi o pieniądze, mecenasie – powtórzyła. – Szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, czy zobaczymy złamany grosz. Oni nam zrujnowali życie, panie Ransom. Zabrali nam nasze jedyne dziecko. Modlę się, żeby dobry Bóg nie pozwolił im nigdy o tym zapomnieć.

David ze zrozumieniem skinął głową.

– Obiecuję państwu, że nie zapomną.

Kiedy wyszli, odwrócił się do okna. Zaczerpnął głęboko powietrza, a potem wolno je wypuścił, próbując uwolnić się od zbędnych emocji. Jednak nieprzyjemny ucisk w okolicy żołądka nie ustępował. Podobnie jak nie mijał smutek. Ani wściekłość. Chciał odsunąć je od siebie jak najdalej, bo mąciły mu trzeźwość myśli.

Przed sześcioma dniami lekarz popełnił karygodny błąd i w konsekwencji czterdziestojednoletnia Ellen O'Brien zmarła. Była tylko trzy lata starsza od niego.

Wrócił za biurko i ponownie sięgnął po teczkę z aktami. Przejrzał zawartość i spośród dokumentów nadesłanych przez szpital wybrał życiorysy dwojga lekarzy.

Opis osiągnięć zawodowych doktora Guya Santiniego był naprawdę imponujący. Czterdzieści osiem lat, chirurg po studiach na Harvardzie, obecnie u szczytu kariery. Pięć bitych stron z wypisanymi maczkiem tytułami artykułów i naukowych publikacji, z których większość dotyczy fizjologii wątroby. Raz wytoczono mu proces, przed ośmioma laty. Wygrał. Farciarz. Nieważne. W tym przypadku i tak nie jest głównym oskarżonym. David wziął na cel anestezjologa.

Uważnie przejrzał trzystronicowy życiorys doktor Katharine Chesne. Jej przygotowanie zawodowe robiło wrażenie. Zaczęła od licencjatu z chemii na Uniwersytecie Berkeley, by następnie zdobyć dyplom lekarza w akademii medycznej Johns Hopkins. Staż z anestezjologii odbyła w klinice akademii medycznej w San Francisco. Tam również zrobiła pierwszy stopień specjalizacji z intensywnej terapii. Mimo młodego wieku (ma dopiero trzydzieści lat), zdążyła opublikować sporo artykułów. Mniej więcej od roku pracuje w szpitalu Mid Pac jako anestezjolog. Do życiorysu nie dołączono fotografii, lecz David bez trudu wyobraził sobie stereotypową lekarkę z włosami w nieładzie, fatalną figurą i twarzą kobyły – oczywiście szalenie inteligentną.

Odchylił się w fotelu i zmarszczył czoło. Lekarka z takim wykształceniem nie ma prawa wykazać tak wielkiej niekompetencji. Czy to możliwe, żeby pani doktor popełniła szkolny błąd?

Powoli zamknął teczkę. Nauczony smutnym doświadczeniem wiedział, że pozwana będzie próbowała się wybielić. Jednak bez względu na to, co przedstawi na swoją obronę, fakty pozostają faktami. I są dla niej bezlitosne: doktor Chesne skazała pacjentkę na pewną śmierć pod nożem. I musi ponieść konsekwencje.

Poniesie, mruknął David. Już jego w tym głowa, żeby się nie wywinęła.

George Bettencourt pogardzał lekarzami. I właśnie dlatego swą pracę na stanowisku dyrektora generalnego szpitala Mid Pac uważał za wyjątkowo ciężką i niewdzięczną. Wszystko przez to, że musiał działać w porozumieniu z medykami. Mimo tych niesprzyjających warunków George, specjalista z zakresu zarządzania służbą zdrowia, szczycący się dyplomami prestiżowych uczelni, po dziesięciu latach pracy osiągnął to, o czym jego poprzednicy nie śmieli nawet marzyć. Pod jego rządami podupadający Mid Pac zmienił się w świetnie prosperującą firmę. Mimo tak ewidentnego sukcesu codziennie musiał znosić krytykę ze strony bałwanów w białych fartuchach, którzy najwyraźniej uważali się za bogów. Nie dość że o wszystko się czepiali, to jeszcze z niezadowoleniem kręcili nosami, gdy próbował wbić im do głów, że ich święta misja musi być podporządkowana jeszcze świętszym prawom wolnego rynku. Prawda była bowiem taka, że z ekonomicznego punktu widzenia ratowanie ludzkiego życia nie różni się niczym od handlowania linoleum. Zarówno jedno, jak i drugie ma przynosić zysk. Bettencourt to rozumiał, a te durnie nie. Przez swą ignorancję przyprawiali go o ból głowy, jak zresztą wszyscy idioci.

A już tych dwoje siedzących w tej chwili naprzeciw niego zafundowało mu migrenę, jakiej nie miał od lat.

Doktor Clarence Avery, siwy jak gołąbek szef anestezjologów, nie stanowił zagrożenia. Był tak bojaźliwy, że lękał się własnego cienia. Nie było więc obawy, że nagle zacznie się stawiać. Odkąd jego żona dostała wylewu, snuł się po szpitalu jak błędny. Nie, ten na pewno pójdzie na współpracę, pocieszał się Bettencourt. Zwłaszcza gdy się mu powie, że chodzi o renomę szpitala.

Gorzej z tą babą, westchnął. Kiepsko ją znał, bo pracowała u nich od niedawna. Wystarczyło jednak, że weszła do gabinetu i od razu wyczuł, że będą z nią kłopoty. Jej oczy miały specyficzny wyraz, a mocno zaciśnięte zęby od razu nasunęły mu skojarzenie z rycerzem ruszającym na krucjatę. W sumie ta cała Chesne jest niebrzydka, i to mimo włosów w nieładzie oraz faktu, że szminki nie używa od miesięcy. Jej największym atutem są piękne zielone oczy. Wystarczyło jedno przenikliwe spojrzenie i mężczyzna natychmiast zapominał, że reszta daleka jest od ideału. Babka niczego sobie, całkiem atrakcyjna.

Tym bardziej szkoda, że pokpiła sprawę. Nie ma wyjścia, musi wpisać ją po stronie strat. Miał cichą nadzieję, że nie okaże się wredną suką i nie pogorszy i tak niełatwej sytuacji.

Kate drgnęła, gdy tuż przed nią wylądowały dokumenty rzucone przez Bettencourta.

– Pani doktor, nasi prawnicy otrzymali dziś ten oto list – zaczął podniośle. – Został doręczony przez kuriera. Uważam, że powinna pani niezwłocznie zapoznać się z jego treścią.

Zerknęła na nagłówek i żołądek ścisnął jej się boleśnie: Uehara i Ransom, kancelaria prawna.

– Jedna z najlepszych w mieście – uściślił Bettencourt, a widząc jej zdumienie, dodał z irytacją: – Naszemu szpitalowi wytoczono proces, pani doktor. Zarzuca się nam popełnienie poważnych błędów lekarskich. Jakby tego było mało, David Ransom ma osobiście poprowadzić sprawę.

Zaschło jej w gardle. Wolno uniosła wzrok.

– Ale jak… jak oni mogą…

– To naprawdę nie wymaga większego zachodu. Zwykle potrzeba zaledwie dwóch osób. Prawnika i martwego pacjenta.

– Przecież już złożyłam obszerne wyjaśnienia. – Z nadzieją zwróciła się do Avery'ego: – Panie doktorze, pamięta pan, prawda? W zeszłym tygodniu powiedziałam panu…

– Tak, tak. Clarence wprowadził mnie w szczegóły tego niefortunnego zdarzenia – przerwał jej obcesowo Bettencourt. – Zresztą nie ono jest przedmiotem naszej rozmowy.

– A co jest?

Bezpośredniość pytania na chwilę zbiła go z tropu.

– Co? Otóż to, że grozi nam proces i wypłata ogromnego odszkodowania. Milionowego, jeśli chce pani wiedzieć, pani doktor. Szpital, jako pani pracodawca, ponosi pełną odpowiedzialność za wyrządzone szkody. Nie ukrywam, że akurat pieniądze nie są naszym największym zmartwieniem. – Dla zaznaczenia wagi swych słów zrobił znaczącą pauzę. – Jest nim dobre imię naszej placówki.

Słysząc jego złowieszczy ton, natychmiast odgadła, na co się zanosi, i z wrażenia otworzyła usta. Zamiast się bronić, czekała, aż padnie cios.

– Proces sądowy będzie miał fatalny wpływ na opinię o całym szpitalu – klarował tymczasem Bettencourt. – Jeśli do niego dojdzie, sprawą natychmiast zainteresują się media. I zrobi się szum, który odstraszy potencjalnych pacjentów. – Spojrzał na leżące na biurku dokumenty. – Jak rozumiem, pani dotychczasowa historia zawodowa jest zadowalająca…

– Zadowalająca? – powtórzyła z niedowierzaniem i spojrzała na Avery'ego. Jako szef najlepiej zna jej zawodową przeszłość. A ta jest bez zarzutu.

Avery skulił się w sobie. Jego wodniste niebieskie oczy wyraźnie umykały w bok.

– No cóż – wymamrotał – historia pracy pani doktor jest, w każdym razie jak dotąd, więcej niż zadowalająca. To znaczy…

Kate słuchała jego bełkotu i hamowała się, by nie krzyknąć: Na litość boską! Człowieku, broń mnie!

– Do tej pory nie było żadnych skarg – zakończył bez przekonania.

– Jednak postawiła nas pani w wyjątkowo nieprzyjemnej sytuacji – zauważył Bettencourt. – Dlatego wolelibyśmy, żeby pani nazwisko nie było dłużej kojarzone z naszą placówką.

Zapadła cisza przerywana nerwowym pokasływaniem Avery'ego.

– Chcielibyśmy, żeby złożyła pani wypowiedzenie.

Stało się. Cios wreszcie padł i ugodził ją boleśnie.

– A jeśli odmówię?

– Proszę mi wierzyć, że w pani przebiegu pracy wypowiedzenie będzie wyglądało o wiele lepiej niż…

– Zwolnienie?

– Widzę, że się rozumiemy.

– Nie! – Podniosła wysoko głowę. Chłodna pewność siebie bijąca z oczu Bettencourta sprowokowała ją do oporu. Nigdy za nim nie przepadała. W tej chwili znielubiła go na dobre. – Pan mnie nie zrozumiał.

– Jest pani inteligentną kobietą, z pewnością więc rozumie pani, że nie mamy wyboru. Pani powrót na blok operacyjny jest niemożliwy.

– To niezgodne z prawem – oznajmił znienacka Avery.

– Proszę? – Bettencourt zmarszczył brwi.

– Nie może pan z dnia na dzień wyrzucić z pracy doktor Chesne. Przecież jest lekarzem. Musi pan postępować zgodnie z określonymi procedurami. Jest komisja…

– Chyba nikt nie zna procedur lepiej niż ja! – zbeształ go Bettencourt. – Po prostu miałem nadzieję, że pani doktor zrozumie powagę sytuacji i odpowiednio się zachowa. Moja propozycja naprawdę jest dla pani korzystna – podkreślił, zwracając się do Kate. – Najważniejsze, że nie zepsuje pani sobie historii pracy. W teczce personalnej znajdzie się jedynie pani wypowiedzenie oraz adnotacja, że umowa została rozwiązana za porozumieniem stron. W ciągu godziny moja sekretarka zredaguje odpowiedni dokument. Wystarczy, że go pani…

Kate niezwykle rzadko wpadała w złość. Z reguły trzymała nerwy na wodzy. Może dlatego dzika furia, w którą wpadła, nie tylko ją zaskoczyła, lecz również przeraziła.

– Proszę oszczędzać papier, panie Bettencourt – powiedziała ze złowrogim spokojem.

– Skoro tak pani zdecydowała… – wycedził przez zęby. – Kiedy odbędzie się najbliższe posiedzenie sądu koleżeńskiego? – rzucił w stronę Avery'ego.

– Zdaje się, że w… hm, w przyszły wtorek, ale…

– Proszę włączyć do porządku obrad sprawę Ellen O'Brien. Pozwólmy pani doktor przedstawić własną wersję zdarzeń. Zostanie pani osądzona przez kolegów po fachu – oznajmił, piorunując ją wzrokiem. – To sprawiedliwe rozwiązanie, nie uważa pani?

Powstrzymała się od riposty. Gdyby uległa pokusie i powiedziała Bettencourtowi prosto w twarz, co naprawdę o nim myśli, ostatecznie pogrzebałaby szansę na powrót do pracy w Mid Pac. A kto wie, czy nie w każdym innym szpitalu. Wystarczyło, by wszechmocny dyrektor przypiął jej łatkę „wichrzycielka, i do końca życia miałaby zapaskudzone akta.

Rozstali się kulturalnie. Jak na osobę, której kariera właśnie legła w gruzach, Kate zachowała godny podziwu spokój. Na koniec spojrzała Bettencourtowi w oczy i wymieniła z nim oficjalny uścisk dłoni. Utrzymała tę pozę do chwili, gdy znalazła się w windzie. Dopiero tam coś w niej pękło i pozwoliła sobie na chwilę słabości. Kiedy na dole drzwi się rozsunęły, trzęsła się jak w febrze. Półprzytomnie ruszyła przed siebie, głucha na gwar i ruch panujący w głównym holu. Była mniej więcej w połowie drogi, gdy brutalna prawda uderzyła ją z całą siłą.

Boże, będę miała proces. Jeszcze nie przepracowałam roku i już mnie pozwali do sądu…

Do tej pory żyła w naiwnym przeświadczeniu, że procesy, podobnie jak inne życiowe katastrofy, przytrafiają się innym. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że zostanie posądzona o brak kompetencji. Brak kompetencji. Boże…

Nagle zrobiło jej się słabo. Aby nie upaść, oparła się o kabinę, w której wisiał płatny telefon. Jej wzrok padł na książkę telefoniczną. Gdyby wiedzieli, jak było naprawdę, westchnęła w myślach. Gdybym mogła im wszystko wyjaśnić…

Wystarczyło parę sekund, by odnaleźć właściwą stronę: Uehara i Ransom, kancelaria prawna. Biuro mieściło się przy Bishop Street.

Bez namysłu wyrwała kartkę, a potem, wiedziona desperacką nadzieją, pospiesznie wyszła z budynku.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Pan Ransom jest w tej chwili zajęty!

Siwowłosa sekretarka miała stalowe spojrzenie i twarz jakby żywcem wyjętą ze słynnego obrazu „Amerykański gotyk. Brakowało jej tylko wideł. Pewna swej wszechwładzy, skrzyżowała ręce na piersiach i spojrzała na Kate z taką miną, jakby chciała powiedzieć: No, tylko mi tu spróbuj wejść, intruzko!

– Ale ja muszę się z nim zobaczyć! – Kate nie dała się zbyć. – Mam ważne informacje związane ze sprawą…

– A z czym by innym!

– Chcę tylko wyjaśnić…

– Przecież mówię, że mecenas ma teraz ważne spotkanie z partnerami, więc nie może pani przyjąć.

Kate czuła, że jej irytacja za moment osiągnie punkt krytyczny. Pochyliła się nad biurkiem nadętej służbistki i wycedziła z nienaturalną uprzejmością:

– Spotkania nie trwają wiecznie.

– A to właśnie potrwa. – Sekretarka posłała jej lodowaty uśmiech.

– Skoro tak, poczekam.

– Pani doktor, niepotrzebnie marnuje pani czas. Pan Ransom nigdy nie rozmawia z pozwanymi. Jeśli pani sobie życzy, z przyjemnością odprowadzę panią… – Urwała i z wyraźnym niezadowoleniem spojrzała na telefon, który właśnie zadzwonił. – Uehara i Ransom – rzuciła do słuchawki. – Tak? Ależ naturalnie, panie Matheson! – Odwróciła się plecami do Kate. – Jedną chwileczkę, mam te akta przed sobą…

Coraz bardziej sfrustrowana Kate rozejrzała się po recepcji. Zwróciła uwagę na skórzaną sofę, ikebanę oraz rycinę przedstawiającą samuraja. Wszystko szalenie gustowne i bez wątpienia drogie. Najwyraźniej kancelaria odnosi sukcesy. Kosztem lekarzy i ich krwawicy, stwierdziła z niesmakiem.

Naraz jej uwagę przykuły głosy dobiegające z korytarza. Dyskretnie zerknęła w tę stronę i spostrzegła małą armię młodych ludzi, opuszczających salę konferencyjną. Który z nich to Ransom? Przyjrzała się im uważnie, lecz uznała, że są zbyt młodzi jak na wspólników w poważnej kancelarii. Szybko sprawdziła, co robi sekretarka, a widząc, że wciąż rozmawia odwrócona do niej tyłem, uznała, że los daje jej niepowtarzalną szansę. Teraz albo nigdy, pomyślała.

Nie tracąc ani chwili, ruszyła w stronę uchylonych drzwi. Jednak w progu gwałtownie przystanęła, oślepiona jasnym światłem.

Przed sobą miała długi stół konferencyjny. Po jego obu stronach stały skórzane fotele, przez ogromne południowe okna wpadało ostre słoneczne światło, lejąc się wprost na głowę i ramiona mężczyzny siedzącego samotnie przy końcu stołu. W ciepłych promieniach jego jasne włosy lśniły jak złoto. Mężczyzna był tak pochłonięty studiowaniem dokumentów, że nawet nie zauważył, iż nie jest sam.

Kate przez chwilę słuchała cichego szelestu wertowanych stron. Zaraz jednak przypomniała sobie cel swej wizyty i zaczerpnęła głęboko powietrza.

– Pan Ransom?

Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na nią bez większego zainteresowania.

– Tak? Przepraszam, kim pani jest?

– Jestem…

– Tak mi przykro, mecenasie! – Wzburzona sekretarka bez pardonu chwyciła Kate za ramię i syknęła: – Mówiłam przecież, że mecenas jest zajęty. Proszę…

– Ale ja muszę z nim porozmawiać!

– Czy pani naprawdę chce, żebym wezwała ochronę?

– A niech pani sobie wzywa! – Energicznie wyszarpnęła się z żelaznego uścisku.

– Proszę mnie nie prowokować, bo…

– Co tu się dzieje? – Podniesiony głos Ransoma przetoczył się przez pustą salę niczym grom, wprawiając obie kobiety w stan osłupienia. – Dowiem się wreszcie, kim pani jest? – zapytał, przeszywając Kate surowym spojrzeniem.

– Nazywam się Kate… – Urwała, by po chwili zacząć silniejszym i pewniejszym tonem: – Jestem doktor Katherine Chesne.

Cisza.

– Ach tak. – Ransom wrócił do przerwanego zajęcia. – Pani Pierce, proszę odprowadzić panią doktor do wyjścia.

– Ale ja chcę przedstawić panu fakty! – zawołała, robiąc uniki przed sekretarką, która z wprawą pasterskiego psa spychała ją w stronę drzwi. – A może pan wcale nie chce ich poznać? Czy właśnie tak działają prawnicy? – Ransom umyślnie ją ignorował. – Nic pana nie obchodzi, jak było naprawdę, tak? Nie chce pan usłyszeć, co się stało z Ellen O'Brien!

Gwałtownie uniósł głowę znad papierów.

– Niech pani zaczeka – powstrzymał sekretarkę. – Zmieniłem zdanie. Pozwólmy pani doktor zostać.

– Ależ mecenasie, ta kobieta może być niebezpieczna! – ostrzegła go bezgranicznie zdumiona podwładna.

– Proszę się nie obawiać, poradzę sobie. A teraz niech nas pani zostawi samych.

Sekretarka wyszła, mamrocząc coś pod nosem.

– No cóż, pani doktor – zaczął, gdy zostali sami – udało się pani dokonać niemożliwego i sforsować zaporę nie do przejścia, czyli panią Pierce. I co dalej? Będzie pani tak stała? – Wskazał jej fotel. – Proszę usiąść. Chyba że woli pani krzyczeć do mnie przez całą salę.

Jego ironia, zamiast pomóc w przełamaniu lodów, przyniosła odwrotny skutek. Kate poczuła się bardziej spięta, on sam zaś wydał jej się jeszcze bardziej nieprzystępny. Po chwili wahania zdecydowała się do niego podejść. Drażniło ją, że uważnie śledzi każdy jej krok. Zresztą sama też go obserwowała. Nie spodziewała się, że będzie tak młody. Przypuszczała, że prawnik o takiej renomie musi być osobą w co najmniej średnim wieku, tymczasem on chyba nie ma jeszcze czterdziestu lat. Wszystko inne poza wiekiem pasowało do stereotypowego wizerunku wziętego adwokata.

Elegancki ubiór, niczym transparent, krzyczał: elita. Wszystko, co na sobie miał, począwszy od dobrze skrojonego szarego garnituru w prążki po spinkę do krawata z emblematem Yale, świadczyło o jego wysokiej pozycji społecznej. Tylko mocna opalenizna i spłowiałe od słońca włosy nieco psuły idealny portret absolwenta prestiżowej uczelni. Wygląda jak surfer, który wydoroślał, oceniła. W każdym razie budową ciała przypominał miłośnika ślizgania się na falach. Wysoki i szczupły, miał długie ręce i efektowne szerokie barki. Daleki od klasycznego ideału nos i nieco cofnięty podbródek uchroniły go od etykietki mężczyzny superprzystojnego. Jednak największe wrażenie wywarły na niej jego oczy. Chłodne, przenikliwie niebieskie. Z rodzaju tych, przed którymi niczego się nie ukryje. Ich przeszywające spojrzenie sprawiło, że ledwie się powstrzymała, by w obronnym geście nie skrzyżować rąk na piersi.

– Przyszłam przedstawić panu fakty – powtórzyła.

– W pani subiektywnej ocenie?

– Nie, panie Ransom. Po prostu fakty.

– Proszę sobie darować. – Wyciągnął akta sprawy Ellen i oskarżycielsko rzucił je na biurko. – Tu są fakty. Wszystkie, których potrzebuję.

Żeby cię powiesić, takie było ukryte przesłanie jego słów.

– Myli się pan. To nie jest wszystko.

– Rozumiem, że chce pani uzupełnić luki w mojej wiedzy i podsunąć mi kilka brakujących szczegółów. – Jego uśmiech wydał jej się złowrogi i groźny. Idealnie równe, białe i ostre zęby nasunęły jej skojarzenie ze szczękami rekina.

Oparła ręce na blacie stołu i pochyliwszy się w jego stronę, rzekła z naciskiem:

– Chcę powiedzieć panu prawdę.

– Naturalnie. – Nonszalancko rozparł się w fotelu, przybierając pozę świadczącą o śmiertelnym znudzeniu. – Niech mi pani coś powie – poprosił znienacka. – Czy pani adwokat wie o tej wizycie?

– Adwokat? Nie mam żadnego adwokata…

– Błąd. Niech go pani sobie jak najszybciej wynajmie. Bo zaręczam, że będzie pani bardzo potrzebny.

– Niekoniecznie. Proszę mi wierzyć, że ta sprawa to jedno wielkie nieporozumienie. Jeśli zechce pan mnie wysłuchać…

– Proszę zaczekać.

– Co pan wyprawia?

Położył na stole dyktafon i włączył nagrywanie.

– Nie chcę uronić żadnej ważnej informacji. Proszę opowiedzieć swoją wersję zdarzeń. Zamieniam się w słuch.

Zdenerwowana wyłączyła dyktafon.

– Nie składam przed panem zeznań. Niech pan to stąd zabiera!

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem. Ostatecznie dyktafon wrócił do teczki, co Kate potraktowała jak swoje małe zwycięstwo.

– Na czym to stanęliśmy? – zapytał uprzedzająco grzecznym tonem. – A tak, miała mi pani opowiedzieć, co się naprawdę zdarzyło. – Poprawił się w fotelu, jak widz przed spektaklem.

Ona jednak milczała. Teraz, gdy wreszcie dopięła swego, nie wiedziała, od czego zacząć.

– Jestem bardzo… skrupulatną osobą, panie Ransom – powiedziała wreszcie. – Nigdy nie działam pochopnie. Może nie jestem genialna, ale za to bardzo solidna. I naprawdę nie popełniam szkolnych błędów.

Jego wysoko uniesione brwi były wystarczająco czytelnym komentarzem. Zignorowała to jednak i ciągnęła:

– Guy Santini przyjmował Ellen na oddział, ale to ja wydawałam polecenia związane z przygotowaniem do operacji i ja sprawdzałam wyniki badań. Między innymi zapis EKG. Była niedziela wieczór i technik miał coś pilnego do zrobienia, więc sama włączyłam elektrokardiogram. Nie spieszyłam się. Wszystko robiłam dokładnie i spokojnie. Szczerze mówiąc, nawet dokładniej niż zwykle, bo przecież Ellen z nami pracowała. Doskonale pamiętam, jak omawiałam z nią wyniki badań. Chciała wiedzieć, czy wszystko jest w normie.

– I pani zapewniła ją, że tak.

– Oczywiście. Również EKG.

– Czyli popełniła pani błąd.

– Już panu mówiłam, że nie popełniam głupich błędów. Tamtego wieczoru też się nie pomyliłam.

– Z akt sprawy wynika coś zupełnie innego…

– Akta pokazują nieprawdę. Musiała nastąpić pomyłka.

– Jest w nich zapis badania, z którego jasno wynika, że pacjentka miała atak serca.

– To nie jest ten zapis EKG, jaki widziałam!

Zrobił minę człowieka, który ma wątpliwości, czy się przypadkiem nie przesłyszał.

– Wynik badania EKG, jaki widziałam, był prawidłowy.

– Jakim więc cudem w karcie pacjentki znalazł się ten niewłaściwy?

– Ktoś musiał zamienić wyniki. To chyba oczywiste!

– Ktoś, czyli kto?

– Nie mam pojęcia.

– Rozumiem. Już słyszę, jak to zabrzmi w sądzie.

– Panie Ransom, gdybym popełniła błąd, pierwsza bym się do tego przyznała.

– Cóż za godna podziwu uczciwość.

– Pan naprawdę myśli, że byłabym w stanie wymyślić tak… kretyńską historię?

W odpowiedzi wybuchnął śmiechem.

– Nie, przypuszczam, że byłoby panią stać na coś bardziej wiarygodnego. – Skinął zachęcająco głową, po czym rzucił z ironią: – Proszę mówić dalej. Umieram z ciekawości, żeby się wreszcie dowiedzieć, jak doszło do tej nieszczęsnej zamiany wyników. Jak rozumiem, ma pani na ten temat własną hipotezę, tak?

– Nie mam.

– Pani doktor, litości. Proszę nie sprawiać mi zawodu.

– Już mówiłam, że nie mam pojęcia, jak mogło do tego dojść.

– Niech pani przynajmniej coś zasugeruje.

– Może zrobili to kosmici! – rzekła zdenerwowana.

– Ciekawa koncepcja – zauważył poważnie. – Wróćmy jednak na ziemię. Czy jeśli pani woli, do realiów, które w tym przypadku przybrały formę produktu pochodzenia drzewnego, znanego powszechnie jako papier. – Otworzył kartę na feralnym zapisie pracy serca. – Proszę, niech się pani z tego wytłumaczy.

– Przecież panu mówię, że nie potrafię! Odchodzę od zmysłów, próbując to rozgryźć. W szpitalu każdego dnia robimy dziesiątki takich badań. Może ktoś z personelu pomylił karty. Albo nie opatrzył wydruku nazwiskiem pacjenta. Pojęcia nie mam, jak to się stało, że akurat ten zapis trafił do karty Ellen.

– Podpisała się pani na nim. Przecież to pani inicjały.

– Nie, nie moje.

– W szpitalu pracuje jeszcze jedna osoba o inicjałach K.C., lekarz medycyny?

– To znaczy inicjały są rzeczywiście moje, ale to nie ja je napisałam.

– Mam rozumieć, że ktoś sfałszował pani podpis?

– Tak mi się wydaje. To znaczy, na to wygląda… – Zmieszana niecierpliwie odgarnęła niesforne pasemko włosów. Olimpijski spokój Ransoma wytrącał ją z równowagi. Na litość boską, czemu ten człowiek nic nie mówi? Dlaczego siedzi i patrzy na nią z politowaniem?

– No dobrze – odezwał się w końcu.

– Co dobrze?

– Od jak dawna wydaje się pani, że ktoś fałszuje pani podpis?

– Proszę nie robić ze mnie paranoiczki!

– Nie muszę, dobrze pani to wychodzi.

On się z niej śmieje. Wyczytała to z jego oczu. Co gorsza, nie może mieć do niego o to pretensji. Sama czuła, że jej wywody brzmią jak urojenia schizofrenika.

– W porządku – westchnął ugodowo. – Załóżmy, że mówi pani prawdę.

– Właśnie!

– Widzę dwa potencjalne motywy. Pierwszy to chęć skompromitowania pani. Ktoś postanowił panią zniszczyć…

– Absurd! Nie mam żadnych wrogów!

– Drugi to próba zatuszowania morderstwa – dokończył, a widząc jej zdumienie, uśmiechnął się z irytującą wyższością. – Ponieważ ta druga ewentualność nam obojgu wydaje się niedorzeczna, nie pozostaje mi nic innego, jak uznać, że pani kłamie. – Przysunął się do niej, a jego głos niespodziewanie przybrał poufały, niemal intymny ton. Wilk postanowił przywdziać owczą skórę, należy mieć się na baczności. – No dalej, pani doktor. Zagrajmy w otwarte karty. Niech pani to wreszcie z siebie wyrzuci. Niech mi pani powie, co się naprawdę stało w sali operacyjnej? Chirurgowi zadrżała ręka? Przez pomyłkę podała pani nie ten środek co potrzeba?

– Nic podobnego nie miało miejsca!

– Za dużo głupiego jasia, za mało tlenu?

– Nie popełniliśmy żadnych błędów!

– Więc dlaczego Ellen O'Brien nie żyje?

Nie spodziewała się tak gwałtownej reakcji z jego strony. Lekko oszołomiona i zaskoczona, spojrzała mu w oczy. Ich błękit ją hipnotyzował. Nagle odniosła wrażenie, że przeskoczyła między nimi jakaś iskra. Zszokowana po raz pierwszy pomyślała o tym, że ma do czynienia z atrakcyjnym mężczyzną. Może nawet zbyt atrakcyjnym, sądząc po tym, jak na niego reaguje. Uznała, że sytuacja staje się groźna.

– Doczekam się jakiejś odpowiedzi? – rzucił zaczepnie. Zachowywał się tak, jakby fakt, że ma nad nią przewagę, sprawiał mu przyjemność. – Może woli pani, żebym to ja powiedział, co się wydarzyło? W niedzielę drugiego kwietnia Ellen O'Brien została przyjęta do szpitala w związku z planowaną operacją usunięcia woreczka żółciowego. Jako anestezjolog zleciła pani wykonanie rutynowych badań, w tym EKG. Obejrzała je pani przed końcem dyżuru. Być może spieszyła się pani, żeby wyjść. W końcu był niedzielny wieczór. Może była pani umówiona na randkę. Mniejsza o powód pośpiechu, ważne, że popełniła pani tragiczny w skutkach błąd. Zinterpretowała pani krzywą EKG jako prawidłową i podpisała się pani na wydruku. Następnie wyszła pani do domu, nie mając pojęcia o tym, że pacjentka właśnie przechodzi atak serca.

– Ellen nie miała żadnych objawów, które mogłyby na to wskazywać – broniła się. – Nie skarżyła się na ból w obrębie klatki piersiowej…

– A jednak w notatkach pielęgniarki pojawia się wzmianka – szybko odnalazł odpowiednią stronę – że pacjentka uskarża się na bóle brzucha…

– To był ten nieszczęsny woreczek.

– A może serce? Tak czy owak, kolejne zdarzenia są bezsporne. Razem z doktorem Santinim położyliście pacjentkę na stole. Szybko okazało się, że narkoza plus stres to zbyt wiele dla jej osłabionego serca, więc się zatrzymało. A wy nie byliście w stanie pobudzić go do pracy. – Zrobił dramatyczną pauzę. – Koniec historii, pani doktor. Wasza pacjentka zeszła.

– To nie tak! Ja naprawdę pamiętam EKG, na którym się podpisałam. Było normalne.

– Może warto wrócić do studenckich podręczników i przypomnieć sobie rozdział o odczytywaniu krzywej EKG.

– Nie potrzebuję podręczników. Wiem, co jest normalne! – Nie poznawała własnego głosu odbijającego się echem w przestronnym pomieszczeniu.

Na Ransomie jej wystąpienie nie zrobiło większego wrażenia. Wyglądał wręcz na znudzonego.

– Niech się pani zastanowi – westchnął – czy nie byłoby lepiej przyznać się do błędu?

– Lepiej dla kogo?

– Dla wszystkich. Niech pani rozważy zawarcie ugody. To najszybszy, najprostszy i w miarę bezbolesny sposób zakończenia tej sprawy.

– Ugoda? Przecież to byłoby równoznaczne z przyznaniem się do błędu, którego nie popełniłam!

– Chce pani procesu? – rzucił, nie panując dłużej nad zniecierpliwieniem. – Proszę bardzo. Jednak najpierw opowiem pani, jak pracuję. Jeśli już zdecyduję się prowadzić sprawę, nie uznaję półśrodków. Proszę mi wierzyć, że jeśli w sądzie będę musiał rozerwać panią na strzępy, zrobię to! A kiedy z panią skończę, będzie pani żałowała, że w ogóle przyszło pani do głowy podjąć tę żałosną walkę w obronie honoru. Bo mówiąc szczerze, nie ma pani najmniejszych szans. Prędzej piekło zamarznie, niż pani ze mną wygra.

Miała wielką ochotę złapać go za klapy marynarki i wykrzyczeć mu prosto w twarz, że w całym tym gadaniu o ugodach i procesach ignoruje się jej uczucia i żal po śmierci Ellen. Jednak nagle gniew, a wraz z nim siła, uszły z niej, zostawiając ją w stanie psychicznego i fizycznego wyczerpania.

– Nawet pan nie wie, ile bym dała, żeby móc przyznać się do błędu – wyznała cicho, zapadając się w fotel. – Chciałabym oznajmić: jestem winna i gotowa ponieść konsekwencje. Bóg jeden wie, jak bardzo bym chciała to powiedzieć. Od tygodnia nie myślę o niczym innym tylko o tym, jak to się mogło stać. Ellen mi ufała, a ja pozwoliłam jej umrzeć. Po raz pierwszy żałuję, że zostałam lekarzem. Naprawdę kocham swoją pracę. Nie ma pan pojęcia, jak mi było ciężko, jak wielką zapłaciłam cenę, żeby osiągnąć to, co osiągnęłam. I nagle, dosłownie z dnia na dzień, mogę wszystko stracić. – Umilkła i opuściła głowę. – Nawet nie wiem, czy po tym doświadczeniu będę w stanie wykonywać swój zawód…

David przyglądał jej się w milczeniu i jednocześnie toczył wewnętrzną walkę z emocjami, które nie wiedzieć czemu się w nim obudziły. Uważał, że zna się na ludziach. Z reguły wystarczyło, że spojrzał człowiekowi w oczy i od razu wiedział, czy ten mówi prawdę. Od kilku minut obserwował mowę ciała pani doktor. Czekał na podświadomy sygnał, znak, który zdradzi, że kłamie jak z nut. Tymczasem ona ani razu nie uciekła przed nim spojrzeniem. Przez całe swoje emocjonalne wystąpienie utrzymywała kontakt wzrokowy. Z jej pięknych oczu, które kojarzyły mu się ze szmaragdami, biła absolutna szczerość.

Porównanie do szmaragdów lekko go zaniepokoiło. Sytuacja nie sprzyjała szukaniu poetyckich metafor ani w ogóle roztrząsaniu kwestii niemających związku ze sprawą. Tymczasem, niejako wbrew własnej woli, nagle zaczął myśleć o tym, że jest sam na sam z bardzo piękną kobietą. Prosta szara sukienka tej kobiety pozwalała odgadnąć, iż pod jedwabistym materiałem kryją się apetyczne krągłości. Twarz miała ładną, aczkolwiek nie na tyle, by zdobić okładkę kolorowego pisma, głównie z powodu zbyt mocno zarysowanej szczęki i wysokiego czoła. Za to jej włosy były przepiękne. Gęste, falujące, o odcieniu wpadającym w mahoń, sięgały łopatek i nie dawały się łatwo ujarzmić. Nie, doktor Chesne z pewnością nie jest klasyczną pięknością. Ale też klasyczne piękności nigdy go nie pociągały.

Zdenerwował się w końcu nie tylko na siebie, lecz także na nią, że prowokuje go do takich rozmyślań. Nie był żółtodziobem tuż po studiach. Miał wystarczająco dużo lat i życiowej mądrości, by trzymać na wodzy wyobraźnię i nie pozwalać sobie na idiotyczne zgadywanki w rodzaju: co też ona tam ma pod tą sukienką…

Ostentacyjnie spojrzał na zegarek, po czym wstał.

– Muszę wysłuchać zeznań, a widzę, że już jestem spóźniony – oświadczył. – Pozwoli więc pani, że się pożegnam.

Doszedł do połowy sali, gdy usłyszał ciche:

– Panie Ransom?

Zirytowany spojrzał za siebie.

– Słucham?

– Ja wiem, że to brzmi niedorzecznie i że nie ma powodu, żeby pan mi wierzył. Ale przysięgam, że mówię prawdę.

Wyczuł, że desperacko szuka potwierdzenia, iż zdołała się przebić przez grubą skorupę jego sceptycyzmu. Problem w tym, że sam nie wiedział, czy jej wierzy. Złościło go niepomiernie, że intuicja, dzięki której wyczuwał konfabulacje, niespodziewanie go zawiodła. A wszystko z powodu szmaragdowych oczu.

– Moja wiara bądź niewiara nie ma tu nic do rzeczy – odparł sucho. – Proszę nie tracić na mnie czasu, pani doktor. To nie mnie ma pani przekonać do swoich racji, ale sąd. – Nie było jego intencją, by zabrzmiało to tak oficjalnie i chłodno, ale stało się. Sposób, w jaki się wzdrygnęła, zdradził, że poczuła się dotknięta.

– Nie mogę więc nic powiedzieć ani zrobić…

– Absolutnie nic.

– Miałam nadzieję, że da się pan przekonać.

– Skoro tak, to musi się pani jeszcze sporo nauczyć o prawnikach. Miłego dnia, pani doktor. – Energicznie ruszył do drzwi. – Do zobaczenia w sądzie.

ROZDZIAŁ TRZECI

„Nie ma pani najmniejszych szans. Prędzej piekło zamarznie, niż pani ze mną wygra.

Siedząc samotnie w szpitalnym barku, bezustannie powtarzała w myślach te słowa. Ciekawe w jakiej temperaturze zamarza piekło? I ile potrzeba na to czasu?

A ile czasu będzie potrzebował Ransom, żeby zniszczyć ją w sądzie?

Do niedawna doskonale radziła sobie w momentach krytycznych. Gdy życie ludzkie wisiało na włosku, nie załamywała rąk i wiedziała, co ma zrobić. I robiła to. W sterylnych ścianach sali operacyjnej czuła się bezpiecznie, bo miała kontrolę nad sytuacją.

Co innego w sali sądowej, która była dla niej obcym terytorium. Tu króluje David Ransom. To on dyktuje warunki, ona zaś jest bezradna i bezbronna jak pacjent na stole operacyjnym. Jak ma odeprzeć atak ze strony człowieka, który zbudował swoją potęgę, bezwzględnie łamiąc kariery lekarzy?