Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2015

Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki. Wydanie 2 ebook

Stephen King  

4.5 (12)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 535 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki. Wydanie 2 - Stephen King

Po konfrontacji z człowiekiem w czerni Roland budzi się na brzegu Morza Zachodniego, gdzie odnajduje drzwi - wrota czasowe umożliwiające mu przeniknięcie do Ameryki drugiej połowy XX wieku. W Nowym Jorku spotyka troje wybranych: młodego Eddie Deana, piękną Odettę Holmes i Jacka Morta, seryjnego zabójcę. Wraz z nimi powraca do swojego świata. W krucjacie przeciwko siłom zła zyskuje nowych sprzymierzeńców, którzy pomogą mu w misji rozwikłania tajemnicy Mrocznej Wieży.

Opinie o ebooku Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki. Wydanie 2 - Stephen King

Fragment ebooka Mroczna Wieża II: Powołanie Trójki. Wydanie 2 - Stephen King

O książce

Po ‌konfrontacji z człowiekiem w czerni rewolwerowiec ‌Roland ‌Deschain budzi się na ‌brzegu Morza Zachodniego ‌i odnajduje ‌troje drzwi. ‌Po przejściu przez ‌każde z nich ‌trafia ‌do ‌tego samego ‌miejsca ‌— Nowego ‌Jorku ‌— ale do ‌innego momentu w czasie. ‌W spotkanych ‌za drzwiami ludziach ‌— Eddiem Deanie, ‌Odetcie Holmes i Jacku Morcie ‌— widzi sprzymierzeńców w misji ‌rozwikłania Tajemnicy Mrocznej ‌Wieży. Decyduje ‌się zabrać ich do ‌swojego ‌świata. Dziwna z nich ‌drużyna — ‌narkoman, schizofreniczka ‌i… seryjny zabójca.

STEPHEN KING

Wybitny ‌pisarz amerykański, nazywany Królem ‌Horroru, został w 2003 r. ‌uhonorowany prestiżową nagrodą ‌literacką National Book. Światową ‌sławę ‌przyniosła mu ‌wydana ‌w 1973 r. ‌powieść Carrie. ‌Kolejne ‌utwory — powieści, zbiory ‌opowiadań i komiksy — ‌opublikowano w setkach milionów ‌egzemplarzy i przełożono ‌na ‌kilkadziesiąt ‌języków. Są wśród nich ‌tak ‌znane książki, jak: Lśnienie, ‌Sklepik z marzeniami, Bastion, ‌Zielona Mila, Desperacja, Komórka, ‌Uciekinier, Pod ‌kopułą, Czarna ‌bezgwiezdna noc, To, ‌Cujo, ‌Pan Mercedes, Znalezione ‌nie kradzionei ośmiotomowy cykl ‌fantasy Mroczna ‌Wieża.

Proza Kinga należy ‌do najczęściej ‌ekranizowanych, a wśród reżyserów, ‌którzy ‌podejmowali ‌się tego ‌zadania, znaleźli się ‌Brian de Palma, Stanley ‌Kubrick czy ‌David ‌Cronenberg.

Pod ‌pseudonimem Richard ‌Bachman King opublikował siedem ‌powieści.

Na podstawie ‌Pana Mercedesa— ‌odznaczonego Edgar Allan ‌Poe Award dla ‌najlepszego kryminału ‌2014 r. ‌— powstaje miniserial w reżyserii Jacka Bendera (twórcy Lost).

www.stephenking.comwww.stephenking.pl

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDERDOLORES CLAIBORNEGRA GERALDADESPERACJAREGULATORZYSKLEPIK Z MARZENIAMIBEZSENNOŚĆZIELONA MILAMARZENIA I KOSZMARYKOMÓRKACZWARTA PO PÓŁNOCYCHUDSZYTOBASTIONOCZY SMOKAPO ZACHODZIE SŁOŃCACZTERY PORY ROKUUCIEKINIERCZARNA BEZGWIEZDNA NOCCUJOPODPALACZKAROK WILKOŁAKAMROCZNA POŁOWAWOREK KOŚCIDZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA TOMA GORDONANOCNA ZMIANAŁOWCA SNÓWOSTATNI BASTION BARTA DAWESABLAZEPAN MERCEDESZNALEZIONE NIE KRADZIONEMROCZNA WIEŻAROLAND(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)POWOŁANIE TRÓJKIZIEMIE JAŁOWECZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁWIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZAWILKI Z CALLAPIEŚŃ SUSANNAHMROCZNA WIEŻAPowieści graficzne MROCZNA WIEŻANARODZINY REWOLWEROWCADŁUGA DROGA DO DOMUZDRADAUPADEK GILEADBITWA O JERICHO HILLPOCZĄTEK PODRÓŻYWkrótceSIOSTRZYCZKI Z ELURIIBITWA O TULLWyłącznie jako audiobook i e-bookStephen King, Joe HillW WYSOKIEJ TRAWIEStephen King, Stewart O’NanTWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału: THE DARK TOWER II: THE DRAWING OF THE THREE

Copyright © Stephen King 1987, 2003All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Zbigniew A. Królicki 2002

Redakcja: Barbara Nowak

Ilustracja na okładce: © Vincent Chong

Opracowanie graficzne okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-251-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych — jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Donowi Grantowi,który zaryzykował wydanie tych powieści, jedną po drugiej

STRESZCZENIE

Powołanie Trójki jest drugim tomem długiej opowieści zatytułowanej Mroczna Wieża, a zainspirowanej i w pewnym stopniu opartej na narracyjnym poemacie Roberta Browninga Sir Roland pod Mroczną Wieżą stanął (który z kolei zawdzięcza swe powstanie Królowi Learowi).

Pierwszy tom, Roland, opowiada o tym, jak tytułowy bohater, ostatni rewolwerowiec świata, który poszedł naprzód, w końcu odnajduje człowieka w czerni — czarownika, którego ścigał od bardzo dawna — od jak dawna, jeszcze nie wiemy. Człowiekiem w czerni okazuje się niejaki Walter, podający się za przyjaciela ojca Rolanda z czasów, zanim świat poszedł naprzód.

Celem dążeń Rolanda nie jest człowiek w czerni, lecz Mroczna Wieża. Człowiek w czerni, a ściśle mówiąc, posiadana przez niego wiedza, to pierwszy krok na drodze do tego tajemniczego miejsca.

Kim właściwie jest Roland? Jak wyglądał jego świat, zanim poszedł naprzód? Czym jest Wieża i dlaczego do niej dąży? Mamy tylko częściowe odpowiedzi. Roland to rewolwerowiec, swego rodzaju rycerz, krzyżowiec, jeden z tych, na których spoczywa obowiązek zachowania świata, który był „wypełniony miłością i światłem”, zanim poszedł naprzód.

Wiemy, że uczucia Rolanda wcześnie wystawiono na ciężką próbę po odkryciu, że jego matka została kochanką Martena, znacznie potężniejszego czarownika niż Walter (który jest sprzymierzeńcem Martena, co ukrywa przed ojcem Rolanda). Wiemy, że Marten celowo ujawnił to Rolandowi, spodziewając się, że młodzieniec nie poradzi sobie z trudnościami i skończy na wygnaniu. Wiemy także, że Roland pomyślnie przeszedł tę próbę.

Co jeszcze wiemy? Na pewno to, że świat rewolwerowca nie różni się tak bardzo od naszego. Przetrwały takie symbole, jak dystrybutory paliwa czy niektóre piosenki (na przykład Hey Jude albo ten prymitywny wierszyk, zaczynający się słowami: „Fasola, fasola, to czysta muzyka…”), jak również zwyczaje i rytuały dziwnie podobne do tych, jakie napotykamy w naszych romantycznych wizjach Dzikiego Zachodu.

Przedziwna pępowina łączy nasz świat ze światem rewolwerowca. W zajeździe przy dawno nieuczęszczanym szlaku dyliżansów, na rozległej i jałowej pustyni, Roland spotyka chłopca imieniem Jake, chłopca, który umarł na naszym świecie; został zepchnięty z chodnika przez wszechobecnego (i niegodziwego) człowieka w czerni. Ostatnim wspomnieniem Jake’a, który w swoim — naszym — świecie szedł do szkoły z teczką w ręku, zawierającą drugie śniadanie, jest upadek pod koła nadjeżdżającego cadillaca… i śmierć.

Zanim dopadnie człowieka w czerni, Jake umiera ponownie… tym razem dlatego, że rewolwerowiec, stanąwszy przed drugą bolesną decyzją w swoim życiu, postanawia poświęcić przybranego syna. Mając wybór między Wieżą a dzieckiem, być może między potępieniem a zbawieniem, Roland wybiera Wieżę.

„Więc idź — mówi mu Jake, zanim runie w otchłań. — Są światy inne niż ten”.

Do ostatecznej rozgrywki między Rolandem a Walterem dochodzi na zakurzonej golgocie, miejscu czaszek. Człowiek w czerni za pomocą talii kart tarota przepowiada Rolandowi przyszłość. Te karty, przedstawiające człowieka zwanego Więźniem, kobietę zwaną Władczynią Mroku oraz jeszcze mroczniejszą postać, którą jest po prostu Śmierć („lecz jeszcze nie dla ciebie” — mówi mu człowiek w czerni), składają się na przepowiednię, która ziści się w tym tomie… na drugi krok Rolanda podczas długiej i trudnej wędrówki do Mrocznej Wieży.

W pierwszym tomie pozostawiliśmy Rolanda siedzącego na brzegu oceanu i oglądającego zachód słońca. Człowiek w czerni jest martwy, a przyszłość rewolwerowca niewiadoma. Powołanie Trójki zaczyna się na tej samej plaży, niecałe siedem godzin później.

PROLOG:ŻEGLARZ

PROLOG

Rewolwerowiec zbudził się z dziwnego snu, który zdawał się składać z jednego obrazu: Żeglarza z talii tarota, za pomocą której mężczyzna w czerni przepowiedział mu (a przynajmniej tak twierdził) niewesołą przyszłość.

On tonie, rewolwerowcze — mówił człowiek w czerni — i nikt nie rzuca mu liny. To chłopiec, Jake.

A jednak to nie był koszmar, ale dobry sen. Dobry, gdyż to rewolwerowiec tonął, co oznaczało, że wcale nie był Rolandem, lecz Jake’em, i przyjął to z ulgą, bo byłoby o wiele lepiej utonąć jako Jake, niż żyć dalej jako człowiek, który na zimno zdradził ufającego mu dzieciaka.

Dobrze, w porządku, utonę — pomyślał, słuchając szumu morza. Dajcie mi utonąć. Ale nie był to odgłos otwartych wód, lecz charkot wody dławiącej się na kamieniach. Czyżby był Żeglarzem? Jeśli tak, to czemu ląd był tak blisko? A właściwie, czy nie był na lądzie? Czuł, że…

Lodowato zimna woda wlała mu się do butów i wpełzła po udach do krocza. Szeroko otworzył oczy, gwałtownie wyrwany ze snu… nie z powodu przemarzniętych jąder, które nagle skurczyły się do wielkości orzechów laskowych, ani przez tę szkaradę po jego prawej ręce, lecz na myśl o swoich rewolwerach… Rewolwerach i – co jeszcze ważniejsze — nabojach. Zamoczoną broń można szybko rozłożyć, wytrzeć do sucha, naoliwić, ponownie wytrzeć, znów naoliwić i powtórnie złożyć, natomiast naboje, tak samo jak zapałki, mogły po zamoczeniu nadawać się do użytku lub nie.

Szkarada była jakimś pełzającym stworzeniem, które najwidoczniej zostało wyrzucone na brzeg przez poprzednią falę. Z trudem wlokła swe mokre, błyszczące ciało po piasku. Miała prawie trzy stopy długości i znajdowała się mniej więcej jard na prawo. Spoglądała na Rolanda pustymi ślepiami na ruchomych słupkach. Otworzyła długi, ząbkowany dziób i zaczęła wydawać dźwięki upiornie podobne do ludzkiej mowy: To-to-tak? Tu-tu-tum? Ta-ta-tam? Ty-ty-tyk?

Rewolwerowiec widywał homary. Nie był to homar, chociaż spośród wszystkich stworzeń, które Roland kiedykolwiek widział, jedynie do homara był trochę podobny ten stwór. Najwyraźniej wcale się nie bał. Roland nie wiedział, czy to stworzenie jest niebezpieczne, czy nie. Nie przejmował się swoim obecnym stanem — to znaczy tym, że chwilowo nie może sobie przypomnieć, gdzie właściwie jest, jak się tu znalazł i czy naprawdę dopadł człowieka w czerni, czy też był to tylko sen. Wiedział jedynie, że musi wydostać się stąd, zanim utonie.

Usłyszał przeciągły, wzbierający ryk wody i oderwał wzrok od stworzenia (przystanęło i wystawiło szczypce, za pomocą których się poruszało, w wyniku czego w absurdalny sposób upodobniło się do boksera przyjmującego pozycję do walki z półdystansu, jakiej uczył ich Cort). Spojrzał na nadciągającą falę, zwieńczoną grzywą piany.

Ono słyszy tę falę — pomyślał rewolwerowiec. Cokolwiek to jest, ma uszy.

Spróbował wstać, lecz zbyt ścierpnięte nogi ugięły się pod nim.

Wciąż śnię — przemknęło mu przez głowę, lecz nawet w jego obecnym stanie ta możliwość była zbyt kusząca, aby w nią uwierzyć. Znowu spróbował wstać, co mu się prawie udało, i ponownie upadł. Fala załamywała się. Nie było czasu. Musiał poprzestać na poruszaniu się w taki sam sposób, jak to stworzenie po jego prawej: na rękach przeciągać swój tyłek po drobnych kamieniach, odsuwając się od wody.

Nie zdołał całkowicie uciec przed falą, ale nie zmoczyła niczego poza jego butami. Sięgnęła mu prawie do kolan i cofnęła się.

Może ta pierwsza nie dotarła tak daleko, jak myślałem. Może…

Na niebie wisiał półksiężyc. Był zasłonięty całunem mgły, a mimo to rzucał dość światła, by rewolwerowiec mógł dostrzec, że olstra są zbyt ciemne. A więc jednak broń się zamoczyła. Nie mógł ocenić jak bardzo ani sprawdzić, czy spotkało to również naboje. Zanim to sprawdzi, musi wydostać się z wody. Musi…

Ty-ty-tu? Tym razem znacznie bliżej. Obawiając się wody, zapomniał o stworzeniu wyrzuconym przez nią na brzeg. Obejrzał się i zobaczył, że znajdowało się już mniej niż jard od niego. Wbijało kleszcze w usiany kamykami i muszlami piach plaży, przemieszczając się. Podniosło swoje pękate, okryte pancerzem ciało, przez chwilę przypominając skorpiona, lecz Roland nie dostrzegł żądła na końcu odwłoka.

Kolejny przeciągły ryk, tym razem o wiele głośniejszy. Stwór natychmiast znieruchomiał i podniósł szczypce, przybierając pozycję do walki z półdystansu.

Ta fala była większa. Roland znów zaczął czołgać się w górę po piachu i kiedy podparł się rękami, stwór zaatakował z szybkością, jakiej nie zapowiadały jego dotychczasowe ruchy.

Rewolwerowiec poczuł przeszywający ból w prawej dłoni, ale teraz nie miał czasu o tym myśleć. Odepchnął się obcasami przemoczonych butów, podparł rękoma i zdołał umknąć przed falą.

To-to-tak? — dociekał stwór swym żałosnym głosem. Nie pomożesz mi? Nie widzisz, że jestem zrozpaczony? Roland dostrzegł kawałki swego pierwszego i drugiego palca, znikające w ząbkowanym dziobie stwora. Ten ponownie skoczył i Roland zdołał podnieść broczącą krwią rękę, w ostatniej chwili ratując pozostałe trzy palce.

Tu-tu-tum? Ta-ta-tam?

Chwiejnie stanął na nogi. Stwór rozdarł mu mokre dżinsy, przeciął but z miękkiej, lecz mocnej jak żelazo skóry i wyszarpnął kawałek ciała z łydki. Roland prawą ręką wyjął broń z kabury i dopiero kiedy rewolwer z łoskotem upadł na piach, uświadomił sobie, że brakuje mu dwóch palców potrzebnych do pociągnięcia za spust i zastrzelenia potwora.

Szkarada łapczywie pochwyciła broń szczypcami.

— Nie, draniu! — warknął Roland i kopnął stwora.

Miał wrażenie, że kopnął w kamień… który gryzie. Stwór odciął mu czubek prawego buta, większość palucha i ściągnął but z nogi.

Rewolwerowiec pochylił się, chwycił rewolwer, upuścił go, zaklął i w końcu zdołał go podnieść. To, co przedtem było tak łatwe, że nie wymagało zastanawiania się, teraz nagle stało się sztuką podobną do żonglerki.

Stwór zajął się butem, szarpiąc go i zadając bełkotliwe pytania. Fala toczyła się ku plaży, a wieńcząca jej grzbiet piana wyglądała blado i martwo w rozproszonym świetle księżyca. Homarokoszmar zostawił w spokoju but i ponownie ustawił szczypce do walki z półdystansu.

Roland lewą ręką wyciągnął rewolwer z olstra i trzykrotnie nacisnął spust. Klik, klik, klik.

Teraz przynajmniej już wiedział, co się stało z nabojami w komorach.

Wsunął broń do kabury. Aby umieścić rewolwer u prawego boku, musiał lewą ręką odwrócić go lufą w dół i dopiero wtedy wepchnąć na miejsce. Krew pokryła wytartą okładzinę z twardego drewna, poplamiła kaburę i stare dżinsy na udzie, do którego było przywiązane rzemieniem olstro. Płynęła z kikutów obciętych palców.

Skaleczona prawa stopa była jeszcze zbyt ścierpnięta, by boleć, lecz prawa ręka paliła go żywym ogniem. Duchy uzdolnionych i długo szkolonych palców, które już rozkładały się w sokach trawiennych tego stwora, wrzaskliwie twierdziły, że wciąż są na swoim miejscu i płoną.

Widzę, że będą poważne kłopoty — pomyślał obojętnie rewolwerowiec.

Fala cofnęła się. Potwór opuścił kleszcze, wyrwał nową dziurę w bucie rewolwerowca, a potem doszedł do wniosku, że właściciel obuwia jest znacznie smaczniejszym kąskiem od kawałka skóry, który z niego zdarł.

— Ty-ty-tu? — zapytał i z niesamowitą szybkością pomknął w kierunku ofiary.

Rewolwerowiec zrejterował, prawie nie czując nóg. Uświadomił sobie, że napastnik jest inteligentnym stworzeniem: ostrożnie podszedł do swej ofiary, być może ze sporej odległości, nie wiedząc, czego można się po niej spodziewać. Gdyby fala nie obudziła rewolwerowca, stwór równie dobrze mógł odciąć mu głowę. Teraz krab doszedł do wniosku, że ofiara jest nie tylko smaczna, ale również bezbronna — łatwy łup.

Już prawie go dopadał, ten stwór długi na trzy stopy i wysoki niemalże na stopę, mogący ważyć nawet siedemdziesiąt funtów i zdecydowanie drapieżny tak samo jak David, sokół, którego rewolwerowiec hodował jako dzieciak… niestety, niewykazujący ani cienia lojalności tego ptaka.

Uciekając, rewolwerowiec zahaczył obcasem lewego buta o wystający z piasku kamień i o mało nie upadł.

— To-to-tak? — wychrypiał stwór, niespokojnie zerkając na rewolwerowca swymi bystrymi ślepiami na ruchomych słupkach i wyciągając szczypce.

Wtedy nadciągnęła kolejna fala i krab znów uniósł je jak bokser pięści. Tym razem jednak szczypce lekko drżały i rewolwerowiec zrozumiał, że reagowały na odgłos fal, odgłos, który teraz — przynajmniej dla tego stworzenia — trochę przycichł.

Rewolwerowiec tyłem przeszedł nad kamieniem, a potem pochylił się, gdy fala ze swym przeciągłym szurgotem załamała się na plaży. Jego twarz znalazła się bardzo blisko kraba, który z łatwością mógłby wykłuć mu oczy, lecz w tym momencie drżące szczypce, tak podobne do pięści, trzymał uniesione po obu stronach papuziego dzioba.

Roland chwycił kamień, o który prawie się przewrócił. Głaz był spory, do połowy zakopany w piasku. Okaleczona ręka protestowała, gdy piach i ostre kamyki wbiły się w otwartą i krwawiącą ranę, ale rewolwerowiec zdołał podnieść kamień, szczerząc zęby z wysiłku.

— To-to… — zaczęła szkarada, opuszczając i rozwierając szczypce, gdy fala opadła i ucichła.

Rewolwerowiec z całej siły cisnął głazem. Segmentowany odwłok stwora pękł z głośnym chrupnięciem. Przygnieciony krab miotał się wściekle, unosząc i z łoskotem opuszczając na piach tylną część ciała… unosząc i opuszczając. Pytające odgłosy przeszły w klekoczące okrzyki bólu. Otwierał i zaciskał szczypce, łapiąc powietrze. Twardym dziobem chwytał piach i kamyki.

Mimo to z nadejściem następnej fali znów usiłował unieść szczypce, rewolwerowiec jednak nadepnął mu na łeb tą stopą, na której wciąż miał but. Rozległ się dźwięk przypominający trzask suchej gałęzi. Spod obcasa Rolanda trysnął płyn, rozbryzgując się w dwie strony. Miał czarną barwę. Stwór wygiął odwłok, wijąc się jak szalony. Rewolwerowiec nadepnął mocniej.

Nadeszła fala.

Kleszcze szkarady uniosły się nieznacznie… zadrżały i opadły, rozwierając się i zaciskając.

Rewolwerowiec zdjął obutą stopę. Ząbkowaty dziób, który odciął mu dwa palce prawej ręki oraz paluch nogi, powoli otworzył się i zamknął. Jeden wąs leżał odłamany na piasku. Drugi bezsilnie się trząsł.

Roland ponownie nadepnął. I jeszcze raz.

Stęknąwszy z wysiłku, zsunął kamień i zaczął przesuwać się wzdłuż prawego boku paskudy, metodycznie rozdeptując ją butem, rozbijając pancerz i wyduszając blade flaki na ciemnoszary piach. Stwór już nie żył, a mimo to Roland nie przestawał go zabijać. Jeszcze nigdy, przez cały ten długi i dziwny czas, nie został tak poważnie zraniony, a w dodatku tak niespodziewanie.

Deptał, aż w rozduszonych na papkę wnętrznościach stwora ujrzał koniec jednego ze swoich palców i biały pył pod paznokciem, pozostałość z golgoty, gdzie toczył długą rozmowę z człowiekiem w czerni. Odwrócił głowę i zwymiotował.

Potem poszedł z powrotem w kierunku wody, zataczając się jak pijany, przyciskając okaleczoną dłoń do koszuli i od czasu do czasu spoglądając przez ramię, żeby się upewnić, że stwór naprawdę nie odżyje niczym natrętna osa, która — uderzana raz po raz — wciąż się rusza… ogłuszona, lecz nie zabita. Sprawdzał, czy krab nie podąża za nim, zadając dziwne pytania swym okropnie zrozpaczonym głosem.

W połowie drogi do wody zatrzymał się, spoglądając na to miejsce, gdzie był w chwili przebudzenia. Najwidoczniej zasnął właśnie tutaj, nad samą wodą. Podniósł swoją torbę i rozdarty but.

W mętnym świetle księżyca dostrzegł inne takie stwory, a w odstępach między jedną a drugą falą mógł słyszeć ich pytające głosy.

Rewolwerowiec cofał się krok za krokiem, aż dotarł do trawiastego skraju plaży. Tam usiadł i zrobił to, co w tej sytuacji mógł zrobić: posypał kikuty palców resztką swego tytoniu, by powstrzymać krwawienie; pokrył je grubą warstewką bez względu na ich gwałtowne protesty (utracony paluch przyłączył się do chóru). A potem tylko siedział, pocąc się mimo chłodu, rozmyślając o zakażeniu, martwiąc się, jak sobie teraz poradzi bez dwóch palców prawej ręki (strzelał jednakowo dobrze z obu rąk, ale większość innych czynności wykonywał prawą ręką), nie wiedząc, czy ten stwór nie wpuścił mu jakiejś wolno działającej trucizny, zastanawiając się, czy kiedykolwiek nadejdzie ranek.

WIĘZIEŃ

Rozdział 1DRZWI

1

Trzy. To liczba twojego przeznaczenia.

Trójka?

Tak, trójka jest mistyczna. Trójka stoi w sercu mantry.

Jaka trójka?

Pierwszy jest młody, ciemnowłosy. Stoi na krawędzi rozboju i morderstwa. Opętał go demon. A imię tego demona brzmi HEROINA.

Jaki to demon? Nie znam go, nawet z dziecinnych opowieści.

Próbował mówić, ale oba głosy zamilkły, głos wyroczni i gwiezdnej dziwki, kurwy wiatrów. Zobaczył kartę, która, koziołkując, spadała znikąd donikąd, obracając się bez końca w leniwym mroku. Na niej pawian szczerzył kły nad ramieniem ciemnowłosego młodzieńca. Niepokojąco ludzkie palce tak mocno zacisnął na karku młodego człowieka, że ich czubki pogrążyły się w ciele. Przyjrzawszy się dokładniej, rewolwerowiec dojrzał bicz w jednej z tych morderczo zaciśniętych łap. Twarz ciemiężonego młodzieńca zdawała się kurczyć w bezgłośnym przerażeniu.

Więzień, szeptał przyjaźnie człowiek w czerni (niegdyś będący mężczyzną noszącym imię Walter, mężczyzną, któremu rewolwerowiec ufał). Trochę denerwujące, prawda? Trochę denerwujące… trochę denerwujące… trochę…

2

Rewolwerowiec gwałtownie się ocknął, machając okaleczoną ręką, przekonany, że za chwilę rzuci się na niego jeden z tych monstrualnych skorupiaków z Morza Zachodniego, rozpaczliwie dopytując się o coś w obcym języku i odcinając mu głowę.

Zamiast kraba jakiś morski ptak, zwabiony lśniącymi w porannym słońcu guzikami koszuli, odleciał z krzykiem przerażenia.

Roland usiadł.

Ręka pulsowała boleśnie, miarowo. Prawa stopa również. Oba palce i paluch wciąż uparcie twierdziły, że są na swoich miejscach. Dolna połowa jego koszuli zniknęła, a to, co pozostało, przypominało obszarpaną kamizelkę. Część materiału zużył do zabandażowania dłoni, a resztą owiązał stopę.

Idźcie sobie — powiedział do utraconych części ciała. Jesteście tylko duchami. Odejdźcie.

Trochę pomogło. Niewiele, ale trochę. Były duchami, owszem, lecz bardzo żywotnymi.

Zjadł suszone mięso. Jego podniebieniu niezbyt się to podobało, a żołądkowi jeszcze mniej, rewolwerowiec jednak uparł się. Kiedy napełnił brzuch, poczuł się trochę lepiej. Zostało mu jednakże niewiele mięsa. Z tym też będą trudności.

A przecież miał sprawy do załatwienia.

Chwiejnie stanął na nogi i rozejrzał się wokół. Ptaki krążyły i nurkowały, lecz świat zdawał się należeć tylko do niego i do nich. Szkaradzieństwa zniknęły. Może polowały nocą, a może podczas przypływu. W tym momencie nie stanowiło to żadnej różnicy.

Morze było ogromne i spotykało się z horyzontem w zasnutym błękitną mgiełką punkcie, którego nie dało się określić. Na dłuższą chwilę rewolwerowiec zapomniał o bólu, kontemplując ten widok. Nigdy nie widział tyle wody. Oczywiście czytał bajki o morzu, a nauczyciele — przynajmniej niektórzy — zapewniali go, że ono istnieje. Mimo to widok tak rozległej, tak zdumiewającej powierzchni wody po latach przebywania na pustynnym lądzie był trudny do zaakceptowania… a nawet trudny do ogarnięcia.

Spoglądał przez długi czas w zachwycie, nakazując sobie patrzeć, z podziwu zapominając o bólu.

Był jednak ranek i musiał jeszcze załatwić kilka spraw.

Wymacał żuchwę w tylnej kieszeni spodni, ostrożnie przesuwając po niej nasadą prawej dłoni, nie chcąc dotknąć jej kikutami palców, aby nieustanny szloch dłoni nie zmienił się w krzyk.

Była tam.

W porządku.

Następna sprawa.

Niezdarnie odpiął pasy z rewolwerami i położył je na rozgrzanej słońcem skale. Wziął do rąk rewolwery, odchylił bębenki i wyjął bezużyteczne naboje. Wyrzucił je. Zwabiony błyskiem ptak rzucił się na jeden z nich, chwycił go dziobem, po czym upuścił i odleciał.

Teraz powinien zająć się samymi rewolwerami, powinien zrobić to wcześniej, ponieważ jednak na tym czy jakimkolwiek innym świecie wszelka broń palna bez amunicji nadaje się najwyżej na pałkę, rewolwerowiec położył pasy z nabojami na podołku i powoli przesunął lewą dłonią po skórze.

Od klamry i sprzączki aż do miejsca, gdzie skrzyżowane pasy schodziły na biodra, wszystkie naboje były wilgotne. Ostrożnie wyjął te z suchej części pasów. Jego prawa dłoń uparcie próbowała się tym zająć, wciąż zapominając o swoim kalectwie… mimo bólu. Raz po raz musiał z powrotem opuszczać ją na kolano, jakby była psem zbyt głupim lub krnąbrnym, by słuchać pana. Oszołomiony rewolwerowiec raz czy dwa o mało jej nie uderzył.

Widzę, że będą poważne kłopoty — kolejny raz przemknęło mu przez myśl.

Usypał z tych naboi, być może jeszcze dobrych, przygnębiająco mały stosik. Dwadzieścia. Niemal na pewno część z nich nie wypali. Nie mógł polegać na żadnym. Wyjął pozostałe i ułożył z nich drugi stosik. Trzydzieści siedem.

Cóż, i tak nie miałeś ich za wiele — pomyślał, chociaż zdawał sobie sprawę z różnicy między pięćdziesięcioma siedmioma dobrymi pociskami a dwudziestoma. Lub dziesięcioma. Czy pięcioma. Albo jednym. A może żadnym.

Z tych niepewnych naboi ułożył drugi stos.

Wciąż miał swoją torbę. To dobrze. Położył ją sobie na kolanach, a potem przystąpił do rozkładania rewolwerów i rozpoczął rytuał czyszczenia. Zanim skończył, minęły dwie godziny i ból stał się tak okropny, że kręciło mu się w głowie i z trudem zbierał myśli. Chciał spać. Nigdy w życiu niczego bardziej nie pragnął. Na służbie jednak żaden powód nie usprawiedliwia zaniedbania obowiązków.

— Cort — powiedział głosem, którego sam nie rozpoznał, i uśmiechnął się ponuro.

Powoli, powolutku, złożył rewolwery i załadował je nabojami, które uznał za suche. Kiedy skończył, wziął ten przeznaczony dla lewej ręki, odciągnął kurek… a potem stopniowo przywrócił go do pierwotnej pozycji. Chciał wiedzieć, owszem. Chciałby się przekonać, czy po naciśnięciu spustu usłyszy zadowalający huk, czy też tylko rozczarowujący suchy trzask. Trzask jednakże niczego by nie zmienił, a huk wystrzału tylko zmniejszyłby liczbę z dwudziestu do dziewiętnastu… lub dziewięciu… albo do trzech… lub nie pozostałoby nic.

Oddarł kolejny kawałek koszuli, położył na nim pozostałe naboje — te, które zamokły — po czym lewą ręką zawiązał węzełek, pomagając sobie zębami. Schował zawiniątko do torby.

Śpij — domagało się ciało. Śpij, musisz teraz spać, jeszcze przed zmrokiem, nic innego ci nie pozostało, jesteś wykończony…

Z trudem wstał i rozejrzał się po pustej plaży. Miała kolor długo niepranej bielizny i była usłana bezbarwnymi muszelkami. Tu i ówdzie z gruboziarnistego piasku wystawały wielkie głazy pokryte solidną skorupą guana, którego starsze warstwy były żółte jak niemyte zęby, a świeższe białe niczym kreda.

Linię przypływu znaczył wysychający morszczyn. Roland dostrzegł leżące tuż za nią resztki swojego buta i bukłaki na wodę. Pomyślał, że to prawie cud, iż wysokie fale nie wciągnęły ich do morza. Idąc powoli, bardzo utykając, rewolwerowiec podszedł do nich. Wziął jeden, podniósł na wysokość ucha i potrząsnął. Drugi był pusty. W tym pozostała jeszcze odrobina wody. Mało kto potrafiłby je rozróżnić, lecz rewolwerowiec znał je tak dobrze, jak matka swoje dzieci-bliźnięta. Podróżował z tymi bukłakami przez długi, długi czas. W środku plusnęła woda. To dobrze — dar losu. Zarówno ten stwór, który go zaatakował, jak i każdy z jego pobratymców mógł przeciąć bukłak jednym kłapnięciem dzioba lub cięciem szczypiec, tymczasem kraby i przypływ oszczędziły oba. Napastnika nigdzie nie było widać, mimo że zakończyli pojedynek spory kawałek od wody. Być może szczątki porwali inni drapieżcy, a może jego pobratymcy wyprawili mu morski pogrzeb, tak jak podobno chowały swoich zmarłych olbrzymie stworzenia, o których opowiadano bajki.

Oparł bukłak na lewym łokciu, napił się i poczuł, że wracają mu siły. Oczywiście prawy but był zniszczony… choć błysnęła mu iskierka nadziei. Sama podeszwa okazała się cała — trochę zadrapana, ale cała, więc może udałoby się wyciąć z niej sandał, który wytrzymałby przynajmniej do czasu, aż…

Nagle ogarnęła go słabość. Walczył z nią, lecz kolana się pod nim ugięły i ciężko usiadł na ziemi, przygryzając sobie język.

Nie zemdlejesz — pomyślał ponuro. Nie tutaj, gdzie następny stwór może pojawić się wieczorem i dokończyć robotę.

Tak więc wstał i przymocował sobie pusty bukłak do pasa, ale przeszedł zaledwie dwadzieścia kroków w kierunku miejsca, gdzie zostawił broń oraz torbę, gdy znowu upadł, prawie tracąc przytomność. Leżał tak przez chwilę, z policzkiem przyciśniętym do piasku, a ostra krawędź muszli wbiła mu się w szczękę tak mocno, że prawie kaleczyła go do krwi. Zdołał napić się wody z bukłaka, po czym doczołgał się do miejsca, gdzie się poprzednio ocknął. Dwadzieścia jardów w górę zbocza rosło drzewo Jozuego — karłowate, ale rzucające trochę cienia.

Rolandowi ta odległość wydawała się dwudziestoma milami.

Mozolnie zataszczył resztki swojego dobytku w tę niewielką kałużę cienia. Położył się tam z głową w trawie, powoli pogrążając się w tym, co mogło być snem, omdleniem lub śmiercią. Spojrzał w niebo i spróbował określić czas. Południe jeszcze nie minęło, ale było tuż-tuż, o czym świadczyły plamy cienia, w którym spoczywał. Leżał jeszcze chwilę, zgiąwszy prawą rękę i przyglądając się jej z bliska, szukając symptomu świadczącego o zakażeniu lub powolnym działaniu jakiejś silnej trucizny.

Dłoń wciąż była ciemnoczerwona. Zły znak.

Będę bił konia lewą ręką — pomyślał. Zawsze to coś.

Potem zapadł w ciemność i spał przez następne szesnaście godzin, a szum Morza Zachodniego nieustannie wdzierał mu się do uszu.

3

Kiedy się obudził, morze kryło się w mroku, lecz niebo na wschodzie leciutko jaśniało. Nadchodził ranek. Rewolwerowiec usiadł i o mało nie poddał się falom mdłości.

Pochylił głowę i czekał.

Nudności minęły, a on spojrzał na swoją dłoń. Oczywiście rana była zakażona — świadczyło o tym zaczerwienienie i opuchlizna obejmująca całą dłoń aż do nadgarstka. Tam się kończyła, ale już dostrzegł niewyraźne zarysy czerwonych linii, które w końcu dotrą do serca i zabiją go. Był spocony z gorączki.

Potrzebne mi lekarstwo — pomyślał. Tyle że tu nie ma żadnych lekarstw.

Czyżby dotarł tak daleko tylko po to, żeby umrzeć? Na pewno nie. A gdyby nawet mimo swej determinacji miał zginąć, to zginie w drodze do Wieży.

Jakże jesteś niezwykły, rewolwerowcze! — zachichotał w jego głowie człowiek w czerni. Jaki niepokonany! Jakże romantyczny z tą swoją idiotyczną obsesją!

— Pieprzę cię — wyrzęził i napił się. Wody też nie zostało mu dużo. Miał przed sobą całe morze i co mu z tego; woda, wszędzie woda, ale ani kropelki do picia. Nic nie szkodzi.

Założył pasy z amunicją i zapiął je — ta czynność trwała tak długo, że zanim skończył, pierwsze słabe promienie świtu rozjaśniły niebo, zapowiadając dzień — a potem spróbował wstać. Wcale nie był pewien, czy mu się uda.

Lewą ręką przytrzymując się drzewa Jozuego, prawą podniósł prawie pusty bukłak i przerzucił go przez ramię. Potem torbę. Kiedy się wyprostował, znów poczuł się słabo i pochylił głowę, cierpliwie czekając.

Doszedł do siebie.

Idąc chwiejnym, niepewnym krokiem człowieka w ostatnim stadium upojenia alkoholowego, rewolwerowiec z powrotem zszedł na plażę. Stanął, spoglądając na ciemny jak wino z jeżyn ocean, a potem wyjął z torby resztę suszonego mięsa. Zjadł połowę i tym razem zarówno podniebienie, jak i żołądek znacznie chętniej przyjęły posiłek. Odwrócił się i zjadł resztę, obserwując słońce wychodzące zza gór, w których zginął Jake. W pierwszej chwili wydawało się, że utknęło między kłami nagich szczytów, ale zaraz uniosło się ponad nie.

Roland wystawił twarz ku słońcu, zamknął oczy i uśmiechnął się. Skończył mu się zapas suszonego mięsa.

Pomyślał: Bardzo dobrze. Jestem teraz człowiekiem bez żywności, bez dwóch palców u ręki i jednego palucha u nogi. Jestem rewolwerowcem mającym naboje, które mogą nie wypalić, i zakażoną ranę po ugryzieniu potwora, natomiast nie mam żadnych lekarstw. Wody wystarczy mi w najlepszym razie na jeden dzień, a jeśli zbiorę wszystkie siły, może uda mi się przejść kilkanaście mil. Krótko mówiąc, jestem na krawędzi.

W którą stronę powinien pójść? Przyszedł ze wschodu, a na zachód nie mógł ruszyć, nie mając sił świętego lub zbawcy. Tak więc pozostawała północ i południe.

Północ.

Taką odpowiedź podsuwało mu serce. Nie pozostawiało żadnej wątpliwości.

Na północ.

Rewolwerowiec ruszył.

4

Szedł przez trzy godziny. Dwa razy upadł i za drugim razem nie wierzył, że jeszcze zdoła się podnieść. Wtedy nadciągnęła fala, dostatecznie blisko, by przypomniał sobie o broni i stanął na drżących jak galareta nogach, zanim zdał sobie z tego sprawę.

Sądził, że przez te trzy godziny udało mu się przejść mniej więcej cztery mile. Teraz słońce zaczynało grzać, ale nie tak mocno, żeby spowodować łupanie w głowie i sprawić, że po twarzy spływał mu pot, tak samo jak wiejący znad morza wietrzyk nie był dostatecznie silny, aby wywołać nagłe ataki dreszczy, pod wpływem których dostawał gęsiej skórki i szczękał zębami.

Gorączka, rewolwerowcze — zachichotał człowiek w czerni. To, co zostało w ranie, roznieciło pożar.

Czerwone linie infekcji były teraz lepiej widoczne: przesunęły się od prawego przegubu do połowy przedramienia.

Przeszedł jeszcze ponad milę i wypił resztę wody. Przywiązał bukłak do pasa, obok pierwszego. Krajobraz był monotonny i ponury. Morze po prawej, góry po lewej, a szary i usiany muszelkami piach pod podeszwami sfatygowanych butów. Nadciągające i cofające się fale. Wypatrywał koszmarnych homarów, ale nie dostrzegł żadnego. Maszerował znikąd donikąd, człowiek z innego czasu, który najwidoczniej dotarł do kresu nicości.

Tuż przed południem znowu upadł i wiedział, że nie uda mu się wstać. A więc to tutaj. To już koniec… po tym wszystkim.

Zdołał utrzymać się na czworakach i uniósł głowę… jak zamroczony bokser. Nieco dalej, może o milę lub trzy (trudno mu było ocenić odległość na tym bezkresnym pasie piachu i w gorączce, od której oczy wychodziły mu z orbit), zobaczył coś nowego. Coś stało na plaży.

Co to takiego?

(trzy)

Nieważne.

(to liczba twojego przeznaczenia)

Rewolwerowiec jeszcze raz zdołał podnieść się z ziemi. Wyrzęził coś, jakieś błaganie, które usłyszały tylko krążące na niebie morskie ptaki (z jaką przyjemnością wydziobałyby mi oczy — pomyślał — z jaką przyjemnością połknęłyby takie smakowite kąski!), i poszedł dalej, zataczając się jeszcze bardziej i zostawiając za sobą przedziwnie kręty, a czasem zapętlony ślad.

Nie odrywał wzroku od tego, co stało na plaży. Kiedy włosy opadły mu na oczy, odgarnął kosmyk na bok. Wydawało się, że wcale nie zbliża się do tego czegoś. Słońce osiągnęło swój najwyższy punkt na nieboskłonie i pozostawało w nim o wiele za długo. Roland wyobraził sobie, że znów jest na pustyni, gdzieś w pobliżu chaty ostatniego osadnika,

(fasola, fasola, muzyczny przysmak, im więcej żresz, tym częściej prykasz)

i ujrzał zajazd, gdzie chłopak

(twój Izaak)

oczekiwał na jego przybycie.

Kolana ugięły się pod nim, wyprostowały, ugięły i znów wyprostowały. Gdy włosy ponownie opadły mu na oczy, nie fatygował się ich odgarnianiem — już nie miał na to siły. Patrząc na ten obiekt, który teraz stanowił wąski cień na tle gór, rewolwerowiec szedł dalej.

Rozpoznał go mimo gorączki.

Były to drzwi.

Niecałe czterysta jardów od nich kolana znowu ugięły się pod Rolandem i tym razem nie zdołał ich wyprostować. Upadł, uderzając prawą ręką o ziarnisty piach i muszle, a kikuty palców zawyły, gdy pękły świeże strupy. Znowu zaczęły krwawić.

Zaczął się czołgać. Pełznął, mając w uszach nieustanny szum nadciągających i wycofujących się fal Morza Zachodniego. Podpierał się łokciami i kolanami, pozostawiając wgłębienia w piasku, tuż za linią przypływu, zaznaczoną przez schnące pasma brudnozielonego morszczynu. Podejrzewał, że wiatr wciąż wieje — na pewno, gdyż dreszcze wstrząsały całym jego ciałem — lecz jedyne podmuchy, jakie słyszał, dobywały się z jego udręczonych płuc.

Drzwi były już bliżej.

Bliżej.

W końcu, około trzeciej po południu tego okropnego dnia, gdy cień po lewej zaczął się wydłużać, rewolwerowiec dotarł do nich. Przykucnął i spojrzał na nie znużonym wzrokiem.

Miały ponad sześć stóp wysokości i wyglądały na zrobione z twardego tekowego drewna, chociaż najbliższe z takich drzew rosło co najmniej siedemset mil stąd. Klamka wydawała się złota i ozdobiona filigranowym wzorem, który rozpoznał dopiero po chwili: uśmiechnięty pysk pawiana.

W gałce, nad nią i pod nią nie było dziurki od klucza.

Drzwi miały zawiasy, lecz nieprzymocowane do niczego — a przynajmniej tak mi się zdaje, pomyślał rewolwerowiec. To zagadka, naprawdę cudowna zagadka, tylko jakie to ma znaczenie? Umierasz. Zbliżasz się do rozwiązania swojej własnej tajemnicy — jedynej, jaka naprawdę ma znaczenie dla każdego mężczyzny i każdej kobiety.

Mimo wszystko wydawało się, że ma to jakieś znaczenie.

Te drzwi. Znajdujące się w miejscu, gdzie nie powinno ich być. Po prostu stały sobie na szarym piasku, dwadzieścia stóp nad linią wody, sprawiając wrażenie odwiecznych jak morze i rzucając skośny, skierowany na wschód cień w chylącym się już ku zachodowi słońcu.

Mniej więcej na dwóch trzecich ich wysokości widniało słowo napisane czarnymi literami w języku Wysokiej Mowy:

WIĘZIEŃ

Opętał go demon. A imię tego demona brzmi HEROINA.

Rewolwerowiec usłyszał głuchy, przeciągły dźwięk. Z początku pomyślał, że to wiatr lub odgłos zrodzony w jego rozgorączkowanej głowie, lecz z każdą chwilą nabierał pewności, że to dźwięk silników… dochodzący zza tych drzwi.

Otwórz je. Nie są zamknięte. Wiesz, że nie są zamknięte.

Zamiast tego niezdarnie podniósł się z ziemi, podszedł do drzwi i zajrzał za nie.

Za nimi nie było niczego. Tylko ciemnoszary piach, ciągnący się jak okiem sięgnąć. Tylko fale, muszle, linia przypływu oraz jego własne ślady — wgłębienia pozostawione przez buty i łokcie. Spojrzał jeszcze raz i szerzej otworzył oczy. Tutaj nie było drzwi, a jedynie ich cień.

Zaczął wyciągać prawą rękę — och, ona tak wolno przyzwyczajała się do nowej roli, jaką miała teraz odgrywać w jego życiu — po czym opuścił ją i podniósł lewą. Pomacał na oślep, szukając twardej powierzchni.

Jeśli ją wymacam, zastukam w powietrze — pomyślał. To będzie interesujące zajęcie przed śmiercią!

Jego dłoń napotkała tylko powietrze, chociaż wyciągnął ją daleko poza miejsce, gdzie powinny być te drzwi — nawet niewidzialne.

Nie było w co pukać.

I warkot silników — jeśli naprawdę był to ten dźwięk — też ucichł. Teraz Roland słyszał jedynie wiatr, fale i cichy szum w swojej głowie. Powoli przeszedł z powrotem na drugą stronę nieistniejących drzwi, myśląc, że od początku były halucynacją i…

Stanął jak wryty.

Zaledwie przed chwilą patrzył na zachód, na nieciekawy widok szarego, pofalowanego morza, gdy nagle w polu widzenia pojawiły się drzwi. Zobaczył ich zamek, wyglądający również na złoty, ze sterczącą zasuwą, przypominającą krzepki metalowy jęzor. Roland odrobinę odwrócił głowę na północ i drzwi znikły. Odwrócił ją z powrotem i znów tam były. Nie pojawiły się — po prostu tam były.

Obszedł je i stanął twarzą do nich, chwiejąc się.

Mógłby obejść je i stanąć od strony morza, ale był przekonany, że wszystko się powtórzy, tyle że tym razem on upadnie i nie wstanie.

Ciekawe, czy mógłbym przejść przez nie od strony nicości?

Och, miał wiele powodów do rozmyślań, lecz prawda była prosta: oto na bezludnej plaży znajdowały się drzwi i miał tylko dwie możliwości: otworzyć je lub pozostawić zamknięte.

Rewolwerowiec z wisielczym humorem pomyślał, że może nie umrze tak szybko, jak się spodziewał. Czy w przeciwnym razie bałby się aż tak bardzo?

Wyciągnął lewą rękę i dotknął klamki. Nie zaskoczył go ani śmiertelny chłód metalu, ani ognisty żar cienkich, wyrytych tam runów. Obrócił klamkę. Kiedy pociągnął za nią, drzwi się otworzyły. Była to ostatnia rzecz, jakiej mógł się spodziewać. Spojrzał, zamarł, wydał pierwszy krzyk przerażenia w swoim dorosłym życiu i zatrzasnął drzwi. Nie było niczego, o co mogłyby trzasnąć, a mimo to zatrzasnęły się z hukiem, aż morskie ptaki z wrzaskiem zerwały się z głazów, na których przysiadły, aby go obserwować.

5

Zobaczył ziemię widzianą z jakiejś niewiarygodnej wysokości — chyba bardzo wielu mil. Ujrzał przesuwające się po niej cienie chmur przepływających niczym sny. Widział to, co mógłby widzieć orzeł, gdyby zdołał wzbić się trzykrotnie wyżej niż najsilniejszy przedstawiciel jego gatunku.

Przejście przez te drzwi oznaczało długi, wielominutowy upadek, zakończony uderzeniem, które wbije ciało głęboko w ziemię.

Nie, widziałeś coś więcej.

Zastanawiał się nad tym, siedząc ogłupiały na piasku przed zamkniętymi drzwiami i trzymając na podołku zranioną rękę. Zakażenie wkrótce dotrze do serca, nie było co do tego wątpliwości.

W myślach usłyszał głos Corta.

Posłuchajcie mnie, robaki. Słuchajcie, jakby od tego zależało wasze życie, gdyż tak kiedyś może być. Nigdy nie widzi się wszystkiego, co można dostrzec. Jednym z powodów, dla których przysłali was do mnie, jest to, żebym pokazał wam wszystko, czego nie zauważacie — czego nie dostrzegacie, kiedy się boicie, walczycie, uciekacie lub pieprzycie się. Żaden człowiek nie widzi wszystkiego, na co patrzy, lecz zanim zostaniecie rewolwerowcami — a przynajmniej ci, którzy nie zginą — zobaczycie jednym rzutem oka więcej niż niektórzy ludzie przez całe życie. A część tego, czego nie zauważycie od razu, dostrzeżecie później oczami pamięci — jeśli pożyjecie dostatecznie długo, żeby sobie przypomnieć. Bo różnica między dostrzeganiem a przeoczeniem może być różnicą między życiem a śmiercią.

Widział ziemię z tej ogromnej wysokości (w jakiś sposób bardziej niepokojącą i zniekształconą niż wizja młodości, którą ujrzał tuż przed zakończeniem swego starcia z człowiekiem w czerni, gdyż to, co zobaczył przez te drzwi, wcale nie było wizją). Z trudem zdołał się skupić na tyle, by zauważyć, że ziemia, na którą patrzył, nie była pustynią ani morzem, lecz jakimś niewiarygodnie zielonym miejscem, usianym taflami wody, które nasuwały myśl o bagnach, ale…

Z trudem zdołałeś się skupić, przedrzeźniał go jadowity głos Corta. Widziałeś więcej!

Tak.

Zobaczył biel.

Białe krawędzie.

Brawo, Rolandzie! — wykrzyknął Cort w jego myślach i Roland prawie poczuł klepnięcie twardej, pokrytej odciskami dłoni. Skrzywił się.

Spoglądał przez okno.

Rewolwerowiec z trudem wstał, wyciągnął rękę, poczuł w dłoni chłód i gorące linie cienkich rytów. Ponownie otworzył drzwi.

6

Widok, którego oczekiwał — ten obraz ziemi widzianej z jakiejś potwornej, niewyobrażalnej wysokości — znikł. Roland spoglądał na słowa, których nie rozumiał. A przecież był tego bliski. Wyglądały jak powykręcane Wielkie Znaki…

Nad słowami znajdował się obrazek jakiegoś pojazdu, nie konnego, lecz poruszanego siłą silnika; podobno było ich mnóstwo, zanim ten świat poszedł naprzód. Nagle rewolwerowiec przypomniał sobie to, co mówił mu zahipnotyzowany Jake w zajeździe.

Ten pojazd ze stojącą obok roześmianą kobietą w futrzanej etoli mógł być właśnie tym, który przejechał Jake’a w tamtym obcym świecie.

To jest tamten świat — pomyślał rewolwerowiec.

Nagle widok…

Nie zmienił się, lecz przesunął. Rewolwerowiec zachwiał się, walcząc z zawrotem głowy i mdłościami. Słowa i obraz opadły niżej i ujrzał przejście z dwoma rzędami foteli po obu stronach. Niektóre były puste, lecz na większości siedzieli ludzie ubrani w dziwne stroje. Zapewne były to garnitury, ale jeszcze nigdy takich nie widział. Ozdoby, jakie nosili na szyjach, mogły być szarfami lub krawatami, lecz takich też nigdy przedtem nie widział. A ponadto, o ile mógł stwierdzić, żaden z nich nie był uzbrojony. Rewolwerowiec nie dostrzegł ani jednego sztyletu, ani miecza, nie mówiąc o rewolwerze. Cóż to za ufne stado owiec? Niektórzy czytali z arkuszy papieru, pokrytych drobnymi literami — przerywanymi tu i ówdzie przez obrazki — podczas gdy inni pisali coś po nich piórami, które widział po raz pierwszy w życiu. Te pióra jednak nie miały dla niego znaczenia. W przeciwieństwie do papieru. Żył w świecie, w którym papier był równie cenny jak złoto. Jeszcze nigdy nie widział tyle papieru. Od czasu do czasu jeden z siedzących tam mężczyzn wydzierał kartkę z żółtego notatnika, który trzymał na kolanach, i miął ją w kulę, chociaż zapisał zaledwie połowę jednej strony, a druga pozostała pusta. Nawet w swoim kiepskim stanie rewolwerowiec poczuł dreszcz zgrozy i oburzenia na widok tak potwornego marnotrawstwa.

Dalej znajdowała się ukośna biała ściana z rzędem okien. Niektóre z nich były zasłonięte dziwnymi zasłonkami, przez inne było widać błękitne niebo. Nagle w drzwiach pojawiła się kobieta ubrana w strój wyglądający jak uniform, który wzbudził jeszcze większe zdumienie Rolanda. Ten mundurek był jasnoczerwony i w jego skład wchodziły spodnie. Rewolwerowiec dostrzegł miejsce, w którym nogi kobiety przechodziły w krocze. Czegoś takiego również jeszcze nigdy nie widział u nierozebranej kobiety.

Podeszła tak blisko drzwi, że wydawało mu się, że zaraz przez nie przejdzie. Gwałtownie się cofnął, ale na szczęście nie upadł. Spojrzała na niego z wystudiowaną troską osoby, która ma służyć, a jednocześnie jest panią swego losu. To nie interesowało rewolwerowca. Natomiast zaciekawiło go, że wyraz jej twarzy wcale się nie zmienił. Nie tego należało oczekiwać po kobiecie — a właściwie po każdym, kto ujrzał brudnego, chwiejącego się, wyczerpanego mężczyznę z rewolwerami na biodrach, z prawą dłonią owiniętą zakrwawioną szmatą, w dżinsach wyglądających tak, jakby ktoś skrócił je piłą.

— Chciałby pan…? — spytała kobieta w czerwieni.

Powiedziała coś więcej, ale rewolwerowiec tego nie zrozumiał. Jedzenie lub picie, pomyślał. Ten czerwony materiał nie był bawełną. Jedwab? Trochę podobny do jedwabiu, ale…

— Dżin — usłyszał głos i zrozumiał go.

Nagle zrozumiał znacznie więcej.

Nie widział drzwi.

To były oczy.

Chociaż wydawało się to szaleństwem, dostrzegał część powozu, który sunął po niebie. Spoglądał czyimiś oczami.

Czyimi?

Przecież dobrze wiedział. Patrzył oczami więźnia.

Rozdział 2EDDIE DEAN

1

Jak gdyby potwierdzając tę myśl, jakkolwiek szaloną, wszystko, co rewolwerowiec widział przez te niby-drzwi, nagle się uniosło i przechyliło na bok. Widok się zmienił (znów ten zawrót głowy, jakby stał nieruchomo na ruchomej platformie, którą niewidzialne ręce poruszają na wszystkie strony) i przejście zaczęło przepływać poza krawędzie drzwi. Ujrzał miejsce, w którym stało kilka kobiet odzianych w takie same czerwone uniformy. Było tam mnóstwo stalowych rzeczy, i mimo bólu oraz zmęczenia zapragnął, by obraz znieruchomiał, pozwalając mu przyjrzeć się tym przedmiotom — najwyraźniej jakimś urządzeniom. Jedno z nich wyglądało jak piekarnik. Pierwsza umundurowana kobieta właśnie napełniała szklaneczkę dżinem, którego zażądał głos. Nalewała go z bardzo małej buteleczki. Szklanej. Naczynie, do którego go wlewała, wyglądało również jak szklane, ale rewolwerowiec zauważył, że nie było ze szkła.

Widok za drzwiami przesunął się, zanim Roland zdążył zobaczyć coś więcej. Po kolejnym z tych opętańczych przechyłów ujrzał metalowe drzwi. Miały owalny kształt i podświetlony znak na środku. WOLNA — głosił napis.

Obraz przesunął się nieco w dół. Dłoń pojawiła się z prawej strony drzwi, przez które spoglądał rewolwerowiec, i chwyciła klamkę tych, na które patrzył. Zobaczył mankiet niebieskiej koszuli, lekko podciągnięty i odsłaniający czarne włoski. Długie palce. Na jednym z nich pierścień ozdobiony kamieniem, który mógł być rubinem, krwawnikiem albo bezwartościowym szkiełkiem. Rewolwerowiec podejrzewał, że w grę wchodzi ta ostatnia możliwość: klejnot był zbyt duży i zbyt wulgarny, aby mógł być prawdziwy.

Metalowe drzwi otworzyły się i zobaczył najdziwniejszą wygódkę, jaką kiedykolwiek widział. Była cała z metalu.

Krawędzie metalowych drzwi znalazły się poza krawędziami drzwi na plaży. Rewolwerowiec usłyszał, jak się otwierają i zamykają. Oszczędzono mu następnego chwiejnego obrotu, więc doszedł do wniosku, że człowiek, którego oczami patrzył, sięgnął za siebie, żeby zamknąć zatrzask.

Potem widok znów się obrócił — niecałkowicie, ale o pół obrotu — i zobaczył lustro, a w nim twarz, którą już kiedyś widział… na karcie tarota. Te same czarne oczy i strzecha ciemnych włosów. Twarz spokojna, lecz blada, a w oczach — którymi teraz widział ich odbicie — Roland ujrzał przerażenie gnębionej przez pawiana istoty z karty tarota.

Mężczyzna dygotał.

On też jest chory.

Potem przypomniał sobie Norta, trawożera z Tull.

Pomyślał o Wyroczni.

Opętał go demon.

Rewolwerowiec nagle pomyślał, że może jednak wie, czym jest HEROINA: czymś w rodzaju diabelskiego ziela.

Trochę denerwujące, prawda?

Bez namysłu, ze zdecydowaniem, które czyniło go ostatnim z nich, a przynajmniej pozwoliło maszerować dalej i dalej długo po tym, jak Cuthbert i inni zginęli albo zrezygnowali, popełnili samobójstwo, zostali zdradzeni lub po prostu odrzucili ideę Wieży, rewolwerowiec przeszedł przez drzwi z tym samym prostodusznym i obojętnym zdecydowaniem, które przeprowadziło go przez pustynię oraz wiodło przez wszystkie poprzednie lata, śladem człowieka w czerni.

2

Eddie zamówił dżin z tonikiem. Przejście przez nowojorską odprawę celną, będąc na cyku, mogło nie być najlepszym pomysłem, wiedział przecież, że jeśli zacznie, to nie potrafi przestać, ale musiał coś łyknąć.

Jeżeli trzeba zjechać, a nie możesz znaleźć windy — powiedział mu kiedyś Henry — musisz to zrobić w jakiś inny sposób. Nawet na miotle.

Kiedy już zamówił i stewardesa odeszła, poczuł, że zbiera mu się na wymioty. Nie czuł się tak, żeby na pewno miał zwymiotować, ale lepiej być przezornym. Przejście przez komorę celną z jednofuntową paczką kokainy pod każdą pachą i oddechem cuchnącym dżinem to ryzyko, lecz przejście przez komorę celną z wymiocinami zasychającymi na spodniach to katastrofa. Lepiej się zabezpieczyć. Te nudności pewnie miną, jak zwykle, lepiej jednak dmuchać na zimne.

Problem polegał na tym, że próbował odstawić. Próbował, ale nie odstawił. Kolejne prorocze słowa wielkiego mędrca i wybitnego ćpuna… Henry’ego Deana.

Siedzieli na balkonie apartamentu w Regency Tower, jeszcze nie podrzemując, ale powoli zapadając w drzemkę, grzejąc twarze w słońcu i przyjemnie odlatując… W tamtych dobrych czasach, kiedy Eddie dopiero zaczynał wąchać, a Henry jeszcze nie dawał sobie w żyłę.

Wszyscy mówią, że odstawią — stwierdził Henry — ale zanim to zrobisz, najpierw musisz spróbować odstawić.

Eddie, zaćpany po uszy, zarechotał jak szaleniec, ponieważ doskonale wiedział, o czym mówił Henry. A jednak Henry nawet się nie uśmiechnął.

Pod pewnymi względami próba odstawienia jest gorsza niż odstawienie — rzekł. Kiedy zupełnie odstawisz, to przynajmniej wiesz, że będziesz rzygał, wiesz, że będziesz dygotał, wiesz, że będziesz się pocił, aż wyda ci się, że toniesz we własnym pocie. Natomiast próba odstawienia to przekleństwo oczekiwania.

Eddie pamiętał, że zapytał Henry’ego o to, jak nazwać narkomanów (którymi oni nigdy się nie staną, co obaj stanowczo twierdzili w tych ginących w mroku niepamięci dniach przed szesnastoma miesiącami) dających sobie złoty strzał.

Ci po prostu idą w odstawkę — odparł bez wahania Henry i zrobił zdziwioną minę, jak ktoś, kto powiedział coś zabawniejszego, niż zamierzał, i spojrzeli po sobie, a potem obaj ryknęli śmiechem i uściskali się. Idą w odstawkę, bardzo śmieszne, ale teraz już nie.

Eddie poszedł przejściem na dziób. Mijając kuchnię, sprawdził napis — WOLNA — i otworzył drzwi.

Hej, Henry, wielki mędrcze i wybitny bracie ćpunie, skoro już zeszliśmy na ten temat, czy chcesz usłyszeć moją definicję wpadki? To wtedy, kiedy celnik na lotnisku Kennedy’ego uzna, że wyglądasz podejrzanie… albo trafisz akurat na dzień, gdy zamiast urzędnika mają tam te psy z nosami godnymi doktoratu, a one wszystkie zaczną szczekać i sikać na podłogę i to właśnie ciebie usiłują dopaść, szarpiąc się w kolczatkach, a kiedy celnicy przetrząsną ci cały bagaż, zabierają cię do pokoiku obok i pytają, czy zechciałbyś zdjąć koszulę, ty zaś mówisz: pewnie, że mam coś przeciwko temu, bo przeziębiłem się trochę na Bahamach, a klimatyzacja tutaj jest włączona na pełną moc i boję się, że mogę dostać zapalenia płuc, a oni na to: ach tak, czy zawsze pan się tak poci przy klimatyzatorze włączonym na pełną moc, panie Dean, ach tak, dobrze, do diabła z uprzejmościami, zrób pan to zaraz, a ty to robisz, i wtedy mówią, byś lepiej zdjął też podkoszulek, bo wyglądasz, jakbyś miał jakieś problemy ze zdrowiem, koleś, te wybrzuszenia pod twoimi pachami przypominają guzy nowotworowe albo coś w tym rodzaju, a tobie już nie chce się mówić, tak jak rozgrywający nawet nie próbuje gonić za piłką, kiedy zostaje uderzona w pewien sposób, a jedynie odwraca się i patrzy, jak ona leci, bo stało się i trudno, więc zdejmujesz podkoszulek i, hej, patrzcie no, masz szczęście, dzieciaku, to nie nowotwór, chyba że mówimy o narośli na zdrowym ciele społeczeństwa… ha, ha, ha, to raczej wygląda na dwa woreczki przyklejone taśmą izolacyjną, a przy okazji, synu, nie przejmuj się tym zapachem… to tylko ty. Wpadłeś jak śliwka w kompot.

Sięgnął za plecy i pociągnął zasuwkę. Światła nad głową pojaśniały. Warkot silników przeszedł w cichy pomruk. Odwrócił się do lustra, chcąc zobaczyć, jak kiepsko wygląda, i nagle doznał strasznego, nieodpartego uczucia, że jest obserwowany.

Hej, daj spokój, skończ z tym — pomyślał niespokojnie. Podobno jesteś najnormalniejszym facetem pod słońcem. To dlatego cię wysłali. Dlatego…

A jednak wydało mu się, że z lustra patrzą nie jego własne oczy… nie orzechowe, a może prawie zielone oczy Eddiego Deana, oczy, które złamały tyle serc i rozkładały przed nim tyle nóg przez kilka ostatnich lat jego dwudziestojednoletniego życia… nie jego oczy, ale jakiejś obcej osoby. Nie jakiekolwiek orzechowe, lecz niebieskie niczym wyblakłe lewisy. Chłodne, uważne, niespodziewanie skupione. Oczy snajpera.

Ujrzał w nich odbicie — bardzo wyraźne — mewy nurkującej w załamującą się falę i porywającej coś z wody.

Zdążył pomyśleć „na miłość boską, co to za gówno?”, zanim uzmysłowił sobie, że mu nie przejdzie i jednak zaraz zwymiotuje. W następnym ułamku sekundy, przez jaki wciąż spoglądał w lustro, te niebieskie oczy zniknęły… lecz zanim się to stało, nagle doznał wrażenia, że stał się podwójną osobą — został opętany, tak jak ta dziewczynka w Egzorcyście.

Wyraźnie czuł czyjś umysł w swojej jaźni i słyszał myśl, która nie była jego myślą, lecz bardziej przypominała głos z radia:

Przeszedłem. Jestem w podniebnym powozie.

I jeszcze coś, czego Eddie nie słyszał. Był zbyt zajęty, starając się jak najciszej wymiotować do umywalki. Kiedy skończył, zanim otarł usta, wydarzyło się coś, co jeszcze nigdy mu się nie przytrafiło. Przez jedną przerażającą chwilę nie było nic… a jedynie pustka. Jakby ktoś starannie i całkowicie wymazał jakiś wiersz gazetowej kolumny.

Co to jest? — pomyślał bezradnie Eddie. Do diabła, co to za gówno?

Potem znów musiał zwymiotować, i może dobrze, bo cokolwiek można sądzić o wymiotowaniu, ma ono przynajmniej jedną zaletę: dopóki to robisz, nie myślisz o niczym innym.

3

Przeszedłem. Jestem w podniebnym powozie — pomyślał rewolwerowiec. A w chwilę później: On widzi mnie w lustrze!

Roland wycofał się — nie odszedł, ale wycofał się, jak dziecko umykające w najdalszy kąt bardzo długiego pokoju. Znajdował się we wnętrzu podniebnego powozu, a także w człowieku, który nie był nim — rewolwerowcem. We wnętrzu więźnia. W pierwszej chwili, kiedy znalazł się bliżej przodu (bo tylko tak potrafił to opisać), prawie stał się tym mężczyzną. Czuł jego złe samopoczucie, jakikolwiek był tego powód, a także wyczuwał, że ten człowiek zaraz zwymiotuje. Roland zrozumiał, że w razie potrzeby może zapanować nad tym ciałem. Odczuwałby jego ból, byłby dręczony przez tę demoniczną małpę, która gnębiła nieznajomego, ale w razie potrzeby mógł to zrobić.

Albo zostać tutaj, niezauważony.

Kiedy więźniowi przeszły mdłości, rewolwerowiec skoczył w przód — tym razem jak najdalej. Niezbyt pojmował tę niezwykłą sytuację, a działanie bez zrozumienia sytuacji oznacza pakowanie się w najgorsze tarapaty, ale musiał poznać odpowiedzi na dwa pytania… i chciał je poznać tak rozpaczliwie, że ta potrzeba przezwyciężyła obawę przed ewentualnymi konsekwencjami takiego postępowania.

Czy te drzwi, którymi przedostał się tutaj z własnego świata, wciąż tam były?

A jeśli tak, to czy jego cielesna powłoka wciąż leżała tam… nieprzytomna, porzucona, może umierająca lub już martwa, gdy jego świadomość przestała bezwiednie kierować pracą płuc, serca i nerwów? Jeżeli nawet jego ciało żyło jeszcze, nie wytrzyma dłużej niż do nadejścia nocy. Wtedy homarokoszmary przyjdą zadawać swe pytania i szukać pożywienia.

Obejrzał się za siebie, szybko odwróciwszy głowę, która przez moment była jego głową.

Drzwi były tam, za jego plecami. Stały otworem, ukazując jego własny świat, mając zawiasy zamocowane do stalowej framugi dziwacznej wygódki. I tak, leżał tam on, Roland, ostatni krzyżowiec, spoczywając na boku, przyciskając do brzucha owiązaną prawą dłoń.

Oddycham — pomyślał. Muszę tam wrócić i podnieść się. Tylko najpierw muszę coś zrobić. Muszę…

Uwolnił umysł więźnia i wycofał się, obserwując, sprawdzając, czy tamten wie o jego obecności, czy nie.

4

Kiedy przestał wymiotować, Eddie pozostał pochylony nad umywalką i nie otworzył oczu.

Na chwilę urwał mi się film. Nie wiem dlaczego. Czy obejrzałem się?

Po omacku odnalazł kran i puścił zimną wodę. Wciąż nie otwierając oczu, obmył sobie policzki i czoło.

Ponieważ nie mógł już dłużej zwlekać, ponownie spojrzał w lustro.

Popatrzyły na niego jego własne oczy.

Nie słyszał w głowie żadnych obcych głosów.

Nie miał wrażenia, że jest obserwowany.

To tylko chwilowa utrata świadomości, Eddie — powiedział mu wielki mędrzec i wybitny ćpun. Coś takiego często się zdarza tym, którzy są na głodzie.

Eddie spojrzał na zegarek. Półtorej godziny do Nowego Jorku. Samolot miał wylądować o 4.05 czasu wschodnioamerykańskiego, lecz tak naprawdę będzie to samo południe. Czas rozgrywki.

Wrócił na swoje miejsce. Jego drink stał na tacy. Upił dwa łyki i stewardesa podeszła do niego, by zapytać, czy może służyć mu czymś jeszcze. Otworzył usta, żeby zaprzeczyć… i wtedy znowu na chwilę urwał mu się film.

5

— Chciałbym coś zjeść, jeśli można — powiedział rewolwerowiec ustami Eddiego Deana.

— Podamy gorące przekąski w…

— Naprawdę umieram z głodu — powiedział absolutnie szczerze rewolwerowiec. — Cokolwiek, nawet pajdę…

— Pajdę? — zmarszczyła brwi umundurowana kobieta i rewolwerowiec pospiesznie zajrzał do umysłu więźnia. Kanapka… — to słowo było tak odległym pojęciem, jak szum morza w muszli.

— Nawet kanapkę — poprawił się.

Umundurowana kobieta spojrzała na niego niepewnie.

— Cóż… mam trochę konserwy rybnej z tuńczyka…

— Byłoby świetnie — rzekł, chociaż nigdy nie słyszał o takiej rybie. Żebracy nie mają wyboru.

— Jest pan trochę blady — powiedziała umundurowana. — Myślałam, że to choroba lokomocyjna.

— To z głodu.

Obdarzyła go profesjonalnym uśmiechem.

— Zobaczę, co uda mi się zwędzić.

Będzie ją wędzić? — pomyślał oszołomiony rewolwerowiec. W jego świecie to słowo miało tylko taki sens. Nieważne, dostanie jedzenie. Nie miał pojęcia, jak zdoła je przenieść z powrotem przez drzwi do ciała, które tak bardzo go potrzebowało, ale nie wszystko naraz, nie wszystko naraz.

Wędzić — pomyślał, a Eddie Dean pokręcił głową, jakby z niedowierzaniem.

Wtedy rewolwerowiec znowu się wycofał.

6

Nerwy — zapewnił go wielki mędrzec i wybitny ćpun. To tylko nerwy. Wszystko to rezultat odstawienia, braciszku.

Jeśli jednak były to nerwy, to dlaczego czuł tę ogarniającą go senność — przedziwną, gdyż powinien odczuwać swędzenie, mrowienie, chęć wiercenia się i drapania, poprzedzającą dreszcze. A jeżeli nie były to objawy głodu, opisywane przez Henry’ego jako „odstawienie”, pozostawał jeszcze fakt, że właśnie usiłował przemycić na terytorium Stanów Zjednoczonych dwa funty kokainy, co było przestępstwem podlegającym karze co najmniej dziesięciu lat więzienia federalnego, i nieoczekiwanie chwilami tracił świadomość.

I to uczucie senności.

Ponownie upił łyk dżinu i zamknął oczy.

Dlaczego straciłeś przytomność?

Nie straciłem, inaczej pobiegłaby po sprzęt reanimacyjny, jaki mają w kabinie.

No, to powiedzmy, że urwał ci się film. Tak czy inaczej, jest kiepsko. Nigdy przedtem nie traciłeś w ten sposób świadomości. Przysypiałeś, owszem, ale nigdy nie urywał ci się film.

Coś dziwnego stało się też z jego prawą ręką. Zdawała się lekko pulsować, jakby tłukł w nią młotkiem. Poruszył palcami, nie otwierając oczu. Żadnego bólu. Ani pulsowania. Żadnych niebieskich oczu snajpera. Co do tych chwilowych amnezji, to jedynie objawy głodu, połączone z tym, co wielki mędrzec i wybitny et cetera niewątpliwie nazwałby przemytniczym bluesem.

Mimo to zaraz zasnę — pomyślał. I co ty na to?

Twarz Henry’ego unosiła się przed nim jak zerwany z uwięzi balon.

Nie martw się — mówił Henry. Nic ci nie będzie, braciszku. Dolecisz do Nassau, zameldujesz się w Aquinas, a tam w piątek wieczorem przyjdzie pewien człowiek. Jeden z tych porządnych facetów. On ci pomoże, zostawi ci dość towaru, żebyś przetrwał weekend. W niedzielę wieczorem przyniesie kokę, a ty dasz mu klucz do skrytki w przechowalni bagażu. W poniedziałek rano wykonasz wszystko zgodnie z planem, tak jak powiedział Balazar. Ten facet zrobi swoje — wie, jak to ma być załatwione. W poniedziałek w południe odlecisz, a z taką uczciwą twarzą jak twoja przemkniesz przez cło niczym wietrzyk i zanim zajdzie słońce, będziemy jedli stek u Sparksa. To będzie niczym wietrzyk, braciszku, tylko chłodny wiaterek.

Tymczasem ten wietrzyk okazał się dość gorący.

Problem z nim i Henrym polegał na tym, że byli jak Charlie Brown i Lucy. Różnicą było wyłącznie to, że Henry od czasu do czasu podawał mu piłkę, tak żeby Eddie mógł ją kopnąć — niezbyt często, ale czasem. Eddie nawet doszedł do wniosku — podczas jednego ze swych heroinowych odlotów — że powinien napisać list do Charlesa Schultza. Szanowny Panie Schultz — napisałby. Popełnia pan błąd, każąc Lucy w ostatniej chwili strzelić bramkę. Od czasu do czasu powinna dać pograć Charliemu. Nie tak, żeby mógł to przewidzieć, rozumie pan. Niech czasem da mu kopnąć trzy, nawet cztery razy pod rząd, potem nic przez miesiąc, później raz, znów nic przez trzy lub cztery dni, a potem… no, wie pan, o co chodzi. To naprawdę podrajcowałoby chłopaka, czyż nie?

Eddie wiedział, że to naprawdę podrajcowałoby chłopaka.

Wiedział to z doświadczenia.

Jeden z tych porządnych facetów — powiedział Henry, ale gość, który się pojawił, miał chorobliwie żółtą cerę, angielski akcent, cienki wąsik, który wyglądał jak z czarnego kryminału z lat czterdziestych, oraz pożółkłe zęby, pochylone do wewnątrz, niczym szczęki bardzo starego potrzasku na zwierzynę.

— Ma pan klucz, señor? — zapytał, tylko że akcent ekskluzywnej angielskiej szkoły sprawił, że zabrzmiało to jak wyrażenie, jakim określało się ostatni rok spędzony w liceum.

— Klucz jest w bezpiecznym miejscu — odparł Eddie — jeśli to ma pan na myśli.

— Zatem niech mi go pan da.

— Nie tak miało być. Miałem dostać od pana coś, co pozwoli mi przetrwać weekend. W niedzielę wieczorem ma mi pan coś przynieść. Wtedy dam panu klucz. W poniedziałek pojedzie pan do miasta i wykorzysta klucz, żeby załatwić coś innego. Nie wiem co, bo to nie mój interes.

Nagle w dłoni żółtoskórego pojawił się mały i płaski, połyskujący stalą automatyczny pistolet.

— Dlaczego po prostu mi go pan nie da, señor? To oszczędzi nam czasu i trudu, a panu uratuje życie.

Ćpun czy nie, Eddie Dean nie dawał się łatwo zastraszyć. Henry wiedział o tym, a co ważniejsze, Balazar także. Dlatego go wysłali. Większość myślała, że pojechał, ponieważ wsiąkł po same uszy. On o tym wiedział, Henry wiedział i Balazar też. Lecz tylko on i Henry wiedzieli, że pojechałby nawet wtedy, gdyby był czysty jak kryształ. Dla Henry’ego. Balazar nie był aż taki domyślny, ale pieprzyć Balazara.

— Dlaczego tego nie odłożysz, ty mały śmieciu? — zapytał Eddie. — A może chcesz, żeby Balazar przysłał tu kogoś, kto zardzewiałym nożem wydłubie ci oczy?

Żółtoskóry uśmiechnął się. Pistolet znikł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a na jego miejscu pojawiła się mała koperta. Wręczył ją Eddiemu.

— To był tylko taki żarcik, no, wie pan.

— Skoro tak twierdzisz.

— Zobaczymy się w niedzielę wieczorem.

Odwrócił się do drzwi.

— Myślę, że powinieneś zaczekać.

Żółtoskóry obejrzał się, unosząc brwi.

— Przypuszcza pan, że nie odejdę, jeśli zechcę?

— Myślę, że jeśli pójdziesz, a to okaże się strasznym gównem, to jutro mnie tu nie będzie. A wtedy ty wpadniesz w gówno.

Żółtoskóry zawrócił z nadąsaną miną. Usiadł w jedynym fotelu, jaki znajdował się w pokoju, a Eddie otworzył kopertę i wysypał niewielką ilość brązowego proszku. Towar wyglądał paskudnie. Eddie spojrzał na żółtoskórego.

— Wiem, jak to wygląda… jak gówno, ale taka jego uroda — rzekł żółtoskóry. — Jest w porządku.

Eddie wydarł kartkę z leżącego na biurku notesu i oddzielił nią od kupki odrobinę brązowego proszku. Roztarł go w palcach, a potem dotknął podniebienia. W następnej chwili splunął do kosza na śmieci.

— Chcesz umrzeć? O to ci chodzi? Jesteś samobójcą?

— Nie mam nic innego.

Żółtoskóry nadąsał się jeszcze bardziej.

— Mam na jutro zarezerwowane miejsce w samolocie — powiedział Eddie. Skłamał, ale nie wierzył, by żółtoskóry był w stanie to sprawdzić. — Linia TWA. Zrobiłem to na własną rękę, w razie gdyby kontakt okazał się takim popaprańcem jak ty. Mnie nie zależy. Tak nawet będzie lepiej. Nie nadaję się do takiej roboty.

Żółtoskóry siedział i przetrawiał te słowa. Eddie siedział i starał się nie ruszać. Miał ochotę coś robić: chciał się wiercić i kręcić, podskakiwać i podrygiwać, iskać się i drapać i w ogóle wyjść z siebie. Czuł, że jego oczy same usiłują przesunąć się w kierunku kupki brązowego proszku, chociaż dobrze wiedział, że to trucizna. Ostatnio brał o dziesiątej rano. Od tego czasu minęło tyleż godzin. Gdyby jednak spróbował tych rzeczy, sytuacja by się zmieniła. Żółtoskóry robił coś więcej niż tylko przetrawiał jego słowa: usiłował rozgryźć Eddiego.

— Może uda mi się coś znaleźć — powiedział w końcu.

— No, to na co czekasz? — odparł Eddie. — Tylko przyjdź do jedenastej. Potem zgaszę światło i powieszę na klamce wywieszkę „Nie przeszkadzać”, a jeśli usłyszę pukanie do drzwi, zadzwonię do recepcji, że ktoś mnie niepokoi i proszę o przysłanie faceta z ochrony.

— Jesteś pierdoła — stwierdził żółtoskóry ze swoim nienagannym brytyjskim akcentem.

— Nie — odparł Eddie. — Myślałeś, że spotkasz pierdołę. Ja nie dam się wydymać. Albo będziesz tu przed jedenastą, z czymś co nada się do czegoś… to nie musi być wspaniały towar, wystarczy, żeby był dobry… albo będziesz martwym śmieciem.

7

Żółtoskóry wrócił wcześniej niż o jedenastej; pojawił się o dziewiątej trzydzieści. Eddie podejrzewał, że drugą kopertę z towarem miał przez cały czas w samochodzie.

Tym razem proszku było trochę więcej. Nie był biały, lecz koloru starej kości słoniowej, co rodziło pewne nadzieje.

Eddie skosztował. Smak w porządku. Nawet lepiej niż w porządku. Całkiem niezły towar. Zwinął banknot w rurkę i wciągnął porcję do nosa.

— No, to do niedzieli — rzekł raźnie żółtoskóry, wstając z fotela.

— Zaczekaj — powiedział Eddie takim tonem, jakby to on miał broń. W pewnym sensie tak było. Tą bronią był Balazar. Enrico Balazar — gruba ryba w cudownym świecie nowojorskich handlarzy narkotyków.

— Zaczekaj? — Żółtoskóry odwrócił się i spojrzał na Eddiego, jakby sądził, że ten oszalał. — Na co?

— Hm, tylko dla twojego własnego dobra — oświadczył Eddie. — Jeśli ciężko się rozchoruję po tym, co mi dałeś, to nici z interesu. Jeśli umrę, to oczywiście też nic z tego. Pomyślałem sobie, że jeżeli będzie mi tylko trochę niedobrze, to może dam ci jeszcze jedną szansę. No, wiesz, tak jak w tej bajce, w której jakiś dzieciak pociera lampę i spełniają mu się trzy życzenia.

— Nie będziesz chory. To chińska porcelana.

— Jeśli to jest chińska porcelana — prychnął Eddie — to ja jestem Dwight Gooden.

— Kto?

— Nieważne.

Żółtoskóry usiadł. Eddie zajął miejsce przy biurku w hotelowym pokoju, mając przed sobą kupkę białego proszku (już dawno spuścił z wodą tamtą lipną herę czy cokolwiek to było). W telewizji Braves dostawali cięgi od Metsów, co pokazywała WTBS przez wielki talerz anteny satelitarnej na dachu hotelu Aquinas. Eddie poczuł, że ogarnia go spokój, który zdaje się napływać z głębi jego umysłu… Tylko że z tego, co czytał w medycznych czasopismach, dobrze wiedział, iż to uczucie wypływa z wiązki nerwów u podstawy kręgosłupa, na którą działa heroina, powodując ich nienaturalne pogrubienie.

Chcesz się szybko wyleczyć, Henry? — zapytał kiedyś. — Złam sobie kręgosłup. Przestaniesz ruszać nogami i fiutem, ale od razu odechce ci się igły.

Henry nie uznał tego za dobry żart.