Most powietrzny Hitlera - Łukasz Szwed - ebook

Most powietrzny Hitlera ebook

Łukasz Szwed

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Po nieudanej próbie zdobycia Moskwy w 1941 roku, Hitler postanowił następną ofensywę skierować na południe. W ramach operacji „Fall Blau” do ataku na Stalingrad w sierpniu 1942 roku rzucił główne siły Grupy Armii „B”. Zacięte walki o miasto nad Wołgą trwały kilka miesięcy.

Momentem przełomowym był radziecki manewr oskrzydlający, w wyniku którego 250 tysięcy żołnierzy niemieckich, węgierskich, włoskich i rumuńskich, znalazło się w kotle. Bez dostaw prowiantu, paliwa, amunicji, leków i zimowej odzieży, ich los byłby przesądzony. Dlatego niemieckie dowództwo uznało, że zaopatrzenie dla okrążony wojsk będzie dostarczane drogą powietrzną. Tak rozpoczęła się jedna z największych tego typu operacji podczas II wojny światowej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cja na okładce: GMJ

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18850-1

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wstęp

Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy zaata­ko­wały Zwią­zek Radziecki, nikt nie przy­pusz­czał, że ich postępy będą tak bły­ska­wiczne. Zdez­o­rien­to­wana i źle dowo­dzona Armia Czer­wona ustę­po­wała na wszyst­kich fron­tach zapra­wio­nym w boju i świet­nie zor­ga­ni­zo­wa­nym jed­nost­kom nie­miec­kiego Wehr­machtu.

Dopiero po nie­uda­nej pró­bie zdo­by­cia Moskwy w grud­niu 1941 roku Niemcy stra­cili czę­ściowo ini­cja­tywę stra­te­giczną na fron­cie wschod­nim. Hitler, szu­ka­jąc nowego kie­runku natar­cia, skie­ro­wał swoje siły na połu­dnie, ku Sta­lin­gra­dowi, który był bramą do pól naf­to­wych Kau­kazu. Zdo­by­cie mia­sta ozna­cza­łoby rów­nież prze­ję­cie kon­troli nad Wołgą, będącą głów­nym szla­kiem zaopa­tru­ją­cym Zwią­zek Radziecki w ropę naf­tową, surowce mine­ralne i żyw­ność.

Zaję­cie mia­sta nazwa­nego na cześć Sta­lina było rów­nież waż­nym celem ze wzglę­dów pro­pa­gan­do­wych. Cho­dziło o pod­nie­sie­nie morale żoł­nie­rzy po klę­sce pod Moskwą oraz poka­za­nie nie­miec­kiemu spo­łe­czeń­stwu dużego suk­cesu Wehr­machtu.

W ramach ope­ra­cji Fall Blau do ataku na Sta­lin­grad w sierp­niu 1942 roku Wehr­macht rzu­cił głów­nie siły Grupy Armii „B”, w tym przede wszyst­kim 6. Armię gene­rała Frie­dri­cha Pau­lusa oraz część 4. Armii Pan­cer­nej gene­rała Her­manna Hotha. Wspie­rali ich sojusz­nicy – Włosi i Rumuni – zabez­pie­cza­jący skrzy­dła frontu.

W nie­dzielę 23 sierp­nia siły nie­miec­kie roz­po­częły atak na Sta­lin­grad, poprze­dzony inten­syw­nym bom­bar­do­wa­niem. Dowódz­two radziec­kie, aby nie powo­do­wać paniki, nie poin­for­mo­wało o tym fak­cie miesz­kań­ców, któ­rzy, korzy­sta­jąc z pięk­nej pogody, masowo spę­dzali czas nad rzeką oraz na pik­ni­kach na góru­ją­cym nad mia­stem Kopcu Mamaja. Około godziny 16 na nie­bie poja­wiły się wro­gie samo­loty. Świad­ko­wie tam­tych wyda­rzeń mówili o set­kach nie­miec­kich maszyn, które nagle poja­wiły się nad mia­stem i zaczęły zrzu­cać bomby.

Atak miał na celu zasia­nie paniki i znisz­cze­nie miej­skiej infra­struk­tury. Całe dziel­nice zostały zrów­nane z zie­mią. Niemcy osią­gnęli swój cel, ale nisz­cząc struk­turę miej­ską, stwo­rzyli obroń­com dogodne punkty oporu w ruinach, a zasy­pane gru­zem ulice utrud­niły w przy­szło­ści pro­wa­dze­nie dzia­łań ofen­syw­nych. Trwa­jący 14 godzin atak lot­ni­czy pochło­nął ok. 40 tys. ofiar cywil­nych, a był to tylko przed­smak tego, co Niemcy przy­go­to­wali dla Sta­lin­gradu.

Impet i skala natar­cia dały agre­so­rom prze­wagę i można było odnieść wra­że­nie, że mia­sto nie­ba­wem pad­nie pod napo­rem wro­giej potęgi. Jed­nak walki o Sta­lin­grad trwały jesz­cze kilka mie­sięcy, do momentu, kiedy zasko­czona nagłym radziec­kim manew­rem oskrzy­dla­ją­cym cała nie­miecka 6. Armia wraz z sojusz­ni­kami zna­la­zła się w okrą­że­niu. Jedy­nym ratun­kiem była natychmia­stowa próba prze­bi­cia się i dołą­cze­nia do reszty sił nie­miec­kich, ale to rów­na­łoby się z odstą­pie­niem od zdo­by­cia mia­sta, a na to Hitler nie mógł sobie pozwo­lić. Ponad 250 tysięcy żoł­nie­rzy utknęło w utwo­rzo­nym przez Rosjan kotle.

Bez dostaw pro­wiantu, paliwa, amu­ni­cji, leków i zimo­wej odzieży ich los był prze­są­dzony. Dla­tego nie­miec­kie dowódz­two uznało, że zaopa­trze­nie dla 6. Armii będzie dostar­czane drogą powietrzną. Tak roz­po­częła się jedna z naj­więk­szych tego typu ope­ra­cji pod­czas II wojny świa­to­wej.

Rozdział 1

Listo­pad 1942 roku był zimny, ale za to sło­neczny. Nina, 17-let­nia ochot­niczka, wraz z o dwa lata star­szą sio­strą Oluszką zmie­rzały w kie­runku Sta­lin­gradu, mknąc przez bez­kre­sne rosyj­skie pust­ko­wia pocią­giem peł­nym woj­ska. Nina nie mogła uwie­rzyć, że speł­niło się jej marze­nie. Wresz­cie była żoł­nierką, tak jak ojciec i więk­szość star­szych kole­gów. Wresz­cie mogła udo­wod­nić swoją miłość do ojczy­zny. Roman­tyczna, młoda artystka ślepo wie­rzyła komu­ni­stycz­nej pro­pa­gan­dzie. Nie miała poję­cia, czym jest wojna – tę widziała jedy­nie w kro­ni­kach fil­mo­wych.

Tym­cza­sem sie­działa wci­śnięta w kąt bydlę­cego wagonu, któ­rego sza­rość prze­ci­nały jedy­nie sło­neczne smugi roz­kwi­ta­jące ze szpar pomię­dzy deskami. W świe­tle wesoło figlo­wały dro­binki kurzu, a cały wagon pach­niał słomą, koń­skimi odcho­dami i zapa­chem ludz­kich ciał. Dziew­czyna była obu­rzona, że od tygo­dnia nie było się jak umyć. Kole­dzy śmiali się z niej, że panienka z mia­sta, choć sami cho­dzili głodni, brudni i spra­gnieni. Nie było czasu na głu­poty. Ojczy­zna wzy­wała. Sta­lin­grad pło­nął.

Tak, jak pło­nęły policzki Niny, która ukrad­kiem szki­co­wała por­tret pew­nego uro­dzi­wego kom­so­molca drze­mią­cego pod ścianą naprze­ciwko. Pod­kre­śliła jesz­cze zadarty nos i dłu­gie rzęsy chło­paka i w zamy­śle­niu zamknęła oczy.

Oluszka za to była realistką, stu­dentką mate­ma­tyki. Widziała kaleki wojenne w szpi­talu w swoim mie­ście, gdzie poma­gała pie­lę­gniar­kom zaj­mo­wać się ran­nymi. Zasta­na­wiała się nad kru­cho­ścią ludz­kiego ciała i drżała o sie­bie, ale przede wszyst­kim o sio­strę. Robiła sobie wyrzuty, że zgo­dziła się, aby Nina zgło­siła się do woj­ska, lecz czy mogła się nie zgo­dzić? W sumie to zacią­gnęła się, aby mieć na tamtą oko, choć marna to ochrona prze­ciwko nie­miec­kim czoł­gom. Skry­cie miała nadzieję, że przy­dzielą je gdzieś do sztabu, na zaple­czu.

Bar­dzo bała się kon­fron­ta­cji z wro­giem i podzi­wiała dzie­cięcą odwagę sio­stry. Deli­kat­nie wyjęła z jej ręki szki­cow­nik i w zamy­śle­niu podzi­wiała por­trety towa­rzy­szy broni, dzie­cia­ków, które pod­bie­gały do pociągu z wia­drami wody i mle­kiem pod­czas posto­jów. Tak nie­zwy­kle reali­styczne i szcze­gó­łowe. Miała nadzieję, że po woj­nie Nina zosta­nie wziętą artystką, a ona sama zaj­mie się pracą naukową.

Na pierw­szej stro­nie szki­cow­nika były we dwie, pocią­gnięte mocną kre­ską, trzy­mały się za ręce. Oluszka nawet nie wie­działa, że jest taka ładna. Sio­stra pod­kre­śliła jej duże oczy i wydatne kości policz­kowe. Obie były ładne, nie paso­wały do tej wojny! Wzru­szyła się, przy­tu­liła drobne ciało Niny. „Obro­nię cię” – pomy­ślała.

Kilka godzin póź­niej jakiś wrzesz­czący ofi­cer nie­mal siłą wypchnął je z łodzi desan­to­wej, która przy­wio­zła kolejną grupę woj­ska do Sta­lin­gradu. Coś krzy­cząc, wska­zał ręką kie­ru­nek i kazał biec.

Wołga ma w tym miej­scu kil­ka­set metrów sze­ro­ko­ści – kil­ka­set metrów, które trzeba było poko­nać w małej łodzi moto­ro­wej pod potęż­nym ogniem nie­miec­kiej arty­le­rii. Kilka jed­no­stek eks­plo­do­wało na oczach sióstr, a niebo prze­cze­sy­wały nie­miec­kie samo­loty, pru­jąc seriami do drew­nia­nych łupi­nek peł­nych prze­ra­żo­nych ludzi. Nie­któ­rzy, w panice, pró­bo­wali ska­kać do wody, ale wtedy ofi­cer powa­lał ich strza­łem z rewol­weru.

– Zostać w łodzi, bo kula w łeb! Wszy­scy zostają w łodzi, to roz­kaz! – krzy­czał, siłu­jąc się z kolej­nym prze­ra­żo­nym despe­ra­tem.

Kiedy dobili do brzegu, ich oczom uka­zał się iście apo­ka­lip­tyczny widok. Sta­lin­grad wyglą­dał jak reali­styczna deko­ra­cja filmu o zagła­dzie mia­sta. Niebo zasnu­wała kur­tyna dymu i popiołu. Nina zła­pała sio­strę za rękę. Bie­gły zasy­paną gru­zem ulicą, na któ­rej stały spa­lone wraki samo­cho­dów. Wszę­dzie leżały ciała. Cuch­nęło spa­le­ni­zną, gry­zą­cymi che­mi­ka­liami i śmier­cią, a powie­trze wyda­wało się gęste i gorące. Nie miały jed­nak czasu, aby się temu wszyst­kiemu przy­glą­dać, bo pro­wa­dzący je ofi­cer wrza­skiem wymu­szał utrzy­ma­nie odpo­wied­niego tempa.

Jed­nak mia­sto wciąż żyło i wciąż wal­czyło. Z pod­ziem­nych schro­nów tu i ówdzie wydo­by­wał się dym, a zapach domo­wych skwa­rek kon­tra­sto­wał z prze­ra­ża­jącą sce­ne­rią wokół. W fabryce Kra­snyj Oktjabr na­dal spa­wano czołgi T-34, choć połowa hal leżała w gru­zach. Nowe maszyny wkra­czały do walki pro­sto z linii pro­duk­cyj­nej – cza­sem z nie­do­koń­czo­nymi wie­żami, ale zawsze gotowe do walki.

Wokoło pło­nęły domy i zakłady prze­my­słowe, wyda­wało się, że ruiny też płoną. To robota nie­miec­kich asów lot­nic­twa, dowo­dzo­nych na fron­cie wschod­nim przez gene­rała Wol­frama von Rich­tho­fena, odpo­wie­dzial­nego wcze­śniej za bom­bar­do­wa­nia Guer­niki pod­czas wojny domo­wej w Hisz­pa­nii oraz Wie­lu­nia i War­szawy pod­czas inwa­zji na Pol­skę w 1939 roku. Nie­zwy­kle cenio­nego przez Hitlera stra­tega, pilota i kuzyna słyn­nego Czer­wo­nego Barona, boha­tera I wojny świa­to­wej.

Od pierw­szego dnia walk o Sta­lin­grad nie­miec­kie bom­bowce wra­cały codzien­nie, nio­sąc śmier­cio­no­śny ładu­nek bomb i meto­dycz­nie rów­na­jąc mia­sto z zie­mią. Fabryka trak­to­rów na pół­nocy mia­sta wyrzu­cała w niebo kłęby czar­nego dymu. Arse­nal na połu­dniu pło­nął. Mię­dzy nimi roz­cią­gały się ruiny dziel­nic miesz­kal­nych – szkie­lety kamie­nic, z któ­rych ster­czały pokrę­cone belki i ziały czer­nią mar­twe otwory po oknach.

Dzie­więt­na­sto­let­nia stu­dentka mate­ma­tyki znała dosko­nale rachu­nek praw­do­po­do­bień­stwa. Wie­działa, że ich szanse na prze­trwa­nie w tym mie­ście maleją z każdą godziną. Ale Nina wciąż wie­rzyła w szybki koniec wojny, w zwy­cię­stwo spra­wie­dli­wej sprawy, w to, że jej szkice staną się kie­dyś świa­dec­twem triumfu.

Zewsząd docho­dziły odgłosy walk, sku­mu­lo­wane we wszech­ogar­nia­jącą kano­nadę, prze­pla­taną wystrza­łami kara­bi­nów maszy­no­wych i czoł­gów. Front prze­bie­gał przez sam śro­dek mia­sta. Niemcy zajęli już więk­szość jego powierzchni. Jed­nak każdy metr ziemi kosz­to­wał ich setki żoł­nie­rzy. Rosja­nie bro­nili się w ruinach, które para­dok­sal­nie dosko­nale spraw­dzały się jako punkty oporu.

Ponad sześć­set­ty­sięczne mia­sto zamie­niono w zglisz­cza, w któ­rych trwały wynisz­cza­jące walki, czę­sto wręcz. Dowo­dzący obroną Sta­lin­gradu wie­dzieli, że Niemcy nie lubią walki kon­tak­to­wej – wolą dystans, który pozwala ich bom­bow­com i arty­le­rii bez­piecz­nie nisz­czyć siły prze­ciw­nika. Dla­tego Rosja­nie budo­wali swoje umoc­nie­nia tuż przy nie­miec­kich pozy­cjach. Czę­sto dzie­liło je jedy­nie kil­ka­na­ście metrów – tak, że w rzad­kich momen­tach ciszy można było usły­szeć nawet szepty z oko­pów wroga, trzask zapałki czy szczęk zamka.

Zacię­tość walk o mia­sto była nie­spo­ty­kana w histo­rii tej wojny. Wstrzą­sana wybu­chami bomb zie­mia drżała tak mocno, że żoł­nie­rze prze­wra­cali się w oko­pach, a pył z pokru­szo­nych murów i pło­ną­cych ruin pokry­wał wszystko, spra­wia­jąc wra­że­nie, że mia­sto jest czarne – tak jak czarne były mun­dury obu stron. Czę­sto prze­szka­dzało to we wza­jem­nej iden­ty­fi­ka­cji. Wal­czono w ruinach, bito się o każde pię­tro czy pokój – na bagnety, pię­ści i zaostrzone saperki. Niemcy ochrzcili ten spo­sób pro­wa­dze­nia dzia­łań „wojną szczu­rów”.

Przez cały ten czas woj­ska radziec­kie odpie­rały nie­miec­kie ataki, nie licząc się ze stra­tami. Żoł­nie­rze bez­po­śred­nio z łodzi desan­to­wych szli w bój, czę­sto bez żad­nej broni. Broń zabie­rało się pole­głym, a za chwilę ginęło się samemu. Tych, któ­rzy się zawa­hali, zabi­jały oddziały zapo­rowe NKWD. Po woj­nie usta­lono, że dłu­gość prze­ży­cia czer­wo­no­ar­mi­sty w Sta­lin­gra­dzie wyno­siła śred­nio mniej niż 24 godziny w naj­go­ręt­szych momen­tach.

Niebo co chwilę prze­szy­wał prze­ra­ża­jący dźwięk nur­ku­ją­cych Jun­ker­sów Ju 87 Stuka, które cel­nie zrzu­cały swój ładu­nek, obra­ca­jąc mia­sto w ruinę. Pół­to­nowe bomby z opóź­nio­nym zapal­ni­kiem miały za zada­nie prze­bi­jać dachy i eks­plo­do­wać wewnątrz budyn­ków. Inne, o masie 250 kilo­gra­mów – burzące i odłam­kowe – słu­żyły do bez­po­śred­niego wspar­cia sił naziem­nych.

Każda z maszyn za każ­dym razem mogła prze­nieść nawet tonę uzbro­je­nia, do któ­rego docho­dziły też lek­kie bomby odłam­kowe SD 2, zwane „jaj­kami dia­bła”, sku­tecz­nie nisz­czące pie­chotę prze­ciw­nika. Maszyny ope­ro­wały w try­bie pół­nur­ku­ją­cym, aby oszczę­dzić wła­sne oddziały, z nisz­czącą pre­cy­zją – „niczym bochenki chleba, jeden za dru­gim”, jak to bły­sko­tli­wie okre­ślił nie­miecki as lot­nic­twa Paul-Wer­ner Hoz­zel, dowódca pułku bom­bow­ców nur­ku­ją­cych.

Sztu­kasy miały uła­twione zada­nie, ponie­waż ope­ro­wały z lot­nisk poło­żo­nych nie­da­leko od mia­sta. Dzięki temu mogły wyko­ny­wać nawet kilka lotów bojo­wych dzien­nie. Cała misja trwała około godziny – 45 minut lotu bojo­wego i 15 minut zała­dunku, prze­glądu i tan­ko­wa­nia.

Oluszka bała się, że zaraz pad­nie komenda: do ataku! I każą jej zanu­rzyć się w to morze pło­mieni. Na szczę­ście dostały tylko po misce gorą­cej zupy i przy­działy – Nina do bate­rii dział prze­ciw­lot­ni­czych, a Oluszka do sztabu, bo „umie liczyć”, jak śmiał się ofi­cer roz­dzie­la­jący przy­działy. Pro­te­sto­wała, chciała być u boku sio­stry, za którą czuła się odpo­wie­dzialna, ale nikt jej nie słu­chał. Dowódcy cze­kali tylko na prze­rwę w ostrzale, żeby w miarę bez­piecz­nie prze­do­stać się na sta­no­wi­ska bojowe.

Walki w mie­ście prze­cią­gały się, pochła­nia­jąc ogromne ilo­ści amu­ni­cji i innego zaopa­trze­nia. Obie strony pono­siły duże straty, jed­nak moż­li­wość rychłego zwy­cię­stwa powo­do­wała, że Niemcy gotowi byli na każde poświę­ce­nie. Na ich triumf cze­kał sam Führer. Szybko jed­nak oka­zało się, że pro­wa­dze­nie wojny na tak dale­kich fron­tach wymaga per­fek­cyj­nie zor­ga­ni­zo­wa­nej machiny logi­stycz­nej, a z tym bywało róż­nie. Kolejne natar­cia zała­my­wały się z powodu bra­ków w zaopa­trze­niu oraz dużych strat w ludziach i sprzę­cie. Już w dru­giej poło­wie listo­pada woj­ska nie­miec­kie stra­ciły wiele ze swo­jego impetu.

Tym­cza­sem w Niem­czech szef nazi­stow­skiej pro­pa­gandy, Józef Goeb­bels, już w dru­giej poło­wie listo­pada ogło­sił, że nie­miecki Wehr­macht nie­mal zajął mia­sto Sta­lina – miej­sce o klu­czo­wym zna­cze­niu stra­te­gicz­nym. Rze­czy­wi­stość była jed­nak zupeł­nie inna. Niemcy ugrzęźli w oblę­żo­nym Sta­lin­gra­dzie, a tym­cza­sem Rosja­nie zebrali setki czoł­gów i tysiące dobrze przy­go­to­wa­nych ludzi, aby wypro­wa­dzić potężne natar­cia i okrą­żyć niczego nie spo­dzie­wa­ją­cych się prze­ciw­ni­ków.

Nie­miec­kie dowódz­two nie chciało wie­rzyć w raporty zwiadu lot­ni­czego, że Rosja­nie kon­cen­trują jed­nostki na pół­nocy i połu­dniu od mia­sta. Ruchy prze­ciw­nika sygna­li­zo­wali też Rumuni zabez­pie­cza­jący flanki. Pau­lus jed­nak upar­cie igno­ro­wał te infor­ma­cje. Dla niego Armia Czer­wona była po pro­stu zbie­ra­niną obe­rwań­ców i despe­ra­tów, któ­rych jego kara­biny kła­dły set­kami, zanim ci zdo­łali choćby wystrze­lić.

– Kon­cen­tra­cja? Może po pro­stu budują sza­łas? – śmiał się w swoim szta­bie dowódca 6. Armii.

Jesz­cze przed świ­tem 19 listo­pada 1942 roku ode­zwały się radziec­kie działa na pół­nocy. Kano­nada z tysięcy luf brzmiała jak wibru­jący dźwięk mon­stru­al­nej burzy, która zawi­sła w miej­scu i roz­ła­do­wy­wała sku­mu­lo­waną ener­gię.

To ponad 3,5 tys. dział i moź­dzie­rzy roz­po­częło ostrzał pozy­cji rumuń­skich. Roz­po­częła się radziecka ope­ra­cja „Uran”, mająca na celu wzię­cie w klesz­cze 6. Armii nie­miec­kiej i odcię­cie jej od dostaw zaopa­trze­nia.

Na pozy­cje rumuń­skie ruszyły tysiące żoł­nie­rzy i setki czoł­gów, któ­rych obrona nie była w sta­nie zatrzy­mać. Sza­cuje się, że już pierw­szego dnia do nie­woli radziec­kiej dostało się około 27 tys. Rumu­nów. Przy jeń­cach znaj­do­wano zra­bo­wane miej­sco­wej lud­no­ści przed­mioty codzien­nego użytku, łącz­nie z dam­ską gar­de­robą i wszyst­kim, co dało się ukraść. Żoł­nie­rze swoje łupy skry­wali w ple­ca­kach i pod kurt­kami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki