12,99 zł
Po nieudanej próbie zdobycia Moskwy w 1941 roku, Hitler postanowił następną ofensywę skierować na południe. W ramach operacji „Fall Blau” do ataku na Stalingrad w sierpniu 1942 roku rzucił główne siły Grupy Armii „B”. Zacięte walki o miasto nad Wołgą trwały kilka miesięcy.
Momentem przełomowym był radziecki manewr oskrzydlający, w wyniku którego 250 tysięcy żołnierzy niemieckich, węgierskich, włoskich i rumuńskich, znalazło się w kotle. Bez dostaw prowiantu, paliwa, amunicji, leków i zimowej odzieży, ich los byłby przesądzony. Dlatego niemieckie dowództwo uznało, że zaopatrzenie dla okrążony wojsk będzie dostarczane drogą powietrzną. Tak rozpoczęła się jedna z największych tego typu operacji podczas II wojny światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Ilustracja na okładce: GMJ
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18850-1
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Gdy w czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Radziecki, nikt nie przypuszczał, że ich postępy będą tak błyskawiczne. Zdezorientowana i źle dowodzona Armia Czerwona ustępowała na wszystkich frontach zaprawionym w boju i świetnie zorganizowanym jednostkom niemieckiego Wehrmachtu.
Dopiero po nieudanej próbie zdobycia Moskwy w grudniu 1941 roku Niemcy stracili częściowo inicjatywę strategiczną na froncie wschodnim. Hitler, szukając nowego kierunku natarcia, skierował swoje siły na południe, ku Stalingradowi, który był bramą do pól naftowych Kaukazu. Zdobycie miasta oznaczałoby również przejęcie kontroli nad Wołgą, będącą głównym szlakiem zaopatrującym Związek Radziecki w ropę naftową, surowce mineralne i żywność.
Zajęcie miasta nazwanego na cześć Stalina było również ważnym celem ze względów propagandowych. Chodziło o podniesienie morale żołnierzy po klęsce pod Moskwą oraz pokazanie niemieckiemu społeczeństwu dużego sukcesu Wehrmachtu.
W ramach operacji Fall Blau do ataku na Stalingrad w sierpniu 1942 roku Wehrmacht rzucił głównie siły Grupy Armii „B”, w tym przede wszystkim 6. Armię generała Friedricha Paulusa oraz część 4. Armii Pancernej generała Hermanna Hotha. Wspierali ich sojusznicy – Włosi i Rumuni – zabezpieczający skrzydła frontu.
W niedzielę 23 sierpnia siły niemieckie rozpoczęły atak na Stalingrad, poprzedzony intensywnym bombardowaniem. Dowództwo radzieckie, aby nie powodować paniki, nie poinformowało o tym fakcie mieszkańców, którzy, korzystając z pięknej pogody, masowo spędzali czas nad rzeką oraz na piknikach na górującym nad miastem Kopcu Mamaja. Około godziny 16 na niebie pojawiły się wrogie samoloty. Świadkowie tamtych wydarzeń mówili o setkach niemieckich maszyn, które nagle pojawiły się nad miastem i zaczęły zrzucać bomby.
Atak miał na celu zasianie paniki i zniszczenie miejskiej infrastruktury. Całe dzielnice zostały zrównane z ziemią. Niemcy osiągnęli swój cel, ale niszcząc strukturę miejską, stworzyli obrońcom dogodne punkty oporu w ruinach, a zasypane gruzem ulice utrudniły w przyszłości prowadzenie działań ofensywnych. Trwający 14 godzin atak lotniczy pochłonął ok. 40 tys. ofiar cywilnych, a był to tylko przedsmak tego, co Niemcy przygotowali dla Stalingradu.
Impet i skala natarcia dały agresorom przewagę i można było odnieść wrażenie, że miasto niebawem padnie pod naporem wrogiej potęgi. Jednak walki o Stalingrad trwały jeszcze kilka miesięcy, do momentu, kiedy zaskoczona nagłym radzieckim manewrem oskrzydlającym cała niemiecka 6. Armia wraz z sojusznikami znalazła się w okrążeniu. Jedynym ratunkiem była natychmiastowa próba przebicia się i dołączenia do reszty sił niemieckich, ale to równałoby się z odstąpieniem od zdobycia miasta, a na to Hitler nie mógł sobie pozwolić. Ponad 250 tysięcy żołnierzy utknęło w utworzonym przez Rosjan kotle.
Bez dostaw prowiantu, paliwa, amunicji, leków i zimowej odzieży ich los był przesądzony. Dlatego niemieckie dowództwo uznało, że zaopatrzenie dla 6. Armii będzie dostarczane drogą powietrzną. Tak rozpoczęła się jedna z największych tego typu operacji podczas II wojny światowej.
Listopad 1942 roku był zimny, ale za to słoneczny. Nina, 17-letnia ochotniczka, wraz z o dwa lata starszą siostrą Oluszką zmierzały w kierunku Stalingradu, mknąc przez bezkresne rosyjskie pustkowia pociągiem pełnym wojska. Nina nie mogła uwierzyć, że spełniło się jej marzenie. Wreszcie była żołnierką, tak jak ojciec i większość starszych kolegów. Wreszcie mogła udowodnić swoją miłość do ojczyzny. Romantyczna, młoda artystka ślepo wierzyła komunistycznej propagandzie. Nie miała pojęcia, czym jest wojna – tę widziała jedynie w kronikach filmowych.
Tymczasem siedziała wciśnięta w kąt bydlęcego wagonu, którego szarość przecinały jedynie słoneczne smugi rozkwitające ze szpar pomiędzy deskami. W świetle wesoło figlowały drobinki kurzu, a cały wagon pachniał słomą, końskimi odchodami i zapachem ludzkich ciał. Dziewczyna była oburzona, że od tygodnia nie było się jak umyć. Koledzy śmiali się z niej, że panienka z miasta, choć sami chodzili głodni, brudni i spragnieni. Nie było czasu na głupoty. Ojczyzna wzywała. Stalingrad płonął.
Tak, jak płonęły policzki Niny, która ukradkiem szkicowała portret pewnego urodziwego komsomolca drzemiącego pod ścianą naprzeciwko. Podkreśliła jeszcze zadarty nos i długie rzęsy chłopaka i w zamyśleniu zamknęła oczy.
Oluszka za to była realistką, studentką matematyki. Widziała kaleki wojenne w szpitalu w swoim mieście, gdzie pomagała pielęgniarkom zajmować się rannymi. Zastanawiała się nad kruchością ludzkiego ciała i drżała o siebie, ale przede wszystkim o siostrę. Robiła sobie wyrzuty, że zgodziła się, aby Nina zgłosiła się do wojska, lecz czy mogła się nie zgodzić? W sumie to zaciągnęła się, aby mieć na tamtą oko, choć marna to ochrona przeciwko niemieckim czołgom. Skrycie miała nadzieję, że przydzielą je gdzieś do sztabu, na zapleczu.
Bardzo bała się konfrontacji z wrogiem i podziwiała dziecięcą odwagę siostry. Delikatnie wyjęła z jej ręki szkicownik i w zamyśleniu podziwiała portrety towarzyszy broni, dzieciaków, które podbiegały do pociągu z wiadrami wody i mlekiem podczas postojów. Tak niezwykle realistyczne i szczegółowe. Miała nadzieję, że po wojnie Nina zostanie wziętą artystką, a ona sama zajmie się pracą naukową.
Na pierwszej stronie szkicownika były we dwie, pociągnięte mocną kreską, trzymały się za ręce. Oluszka nawet nie wiedziała, że jest taka ładna. Siostra podkreśliła jej duże oczy i wydatne kości policzkowe. Obie były ładne, nie pasowały do tej wojny! Wzruszyła się, przytuliła drobne ciało Niny. „Obronię cię” – pomyślała.
Kilka godzin później jakiś wrzeszczący oficer niemal siłą wypchnął je z łodzi desantowej, która przywiozła kolejną grupę wojska do Stalingradu. Coś krzycząc, wskazał ręką kierunek i kazał biec.
Wołga ma w tym miejscu kilkaset metrów szerokości – kilkaset metrów, które trzeba było pokonać w małej łodzi motorowej pod potężnym ogniem niemieckiej artylerii. Kilka jednostek eksplodowało na oczach sióstr, a niebo przeczesywały niemieckie samoloty, prując seriami do drewnianych łupinek pełnych przerażonych ludzi. Niektórzy, w panice, próbowali skakać do wody, ale wtedy oficer powalał ich strzałem z rewolweru.
– Zostać w łodzi, bo kula w łeb! Wszyscy zostają w łodzi, to rozkaz! – krzyczał, siłując się z kolejnym przerażonym desperatem.
Kiedy dobili do brzegu, ich oczom ukazał się iście apokaliptyczny widok. Stalingrad wyglądał jak realistyczna dekoracja filmu o zagładzie miasta. Niebo zasnuwała kurtyna dymu i popiołu. Nina złapała siostrę za rękę. Biegły zasypaną gruzem ulicą, na której stały spalone wraki samochodów. Wszędzie leżały ciała. Cuchnęło spalenizną, gryzącymi chemikaliami i śmiercią, a powietrze wydawało się gęste i gorące. Nie miały jednak czasu, aby się temu wszystkiemu przyglądać, bo prowadzący je oficer wrzaskiem wymuszał utrzymanie odpowiedniego tempa.
Jednak miasto wciąż żyło i wciąż walczyło. Z podziemnych schronów tu i ówdzie wydobywał się dym, a zapach domowych skwarek kontrastował z przerażającą scenerią wokół. W fabryce Krasnyj Oktjabr nadal spawano czołgi T-34, choć połowa hal leżała w gruzach. Nowe maszyny wkraczały do walki prosto z linii produkcyjnej – czasem z niedokończonymi wieżami, ale zawsze gotowe do walki.
Wokoło płonęły domy i zakłady przemysłowe, wydawało się, że ruiny też płoną. To robota niemieckich asów lotnictwa, dowodzonych na froncie wschodnim przez generała Wolframa von Richthofena, odpowiedzialnego wcześniej za bombardowania Guerniki podczas wojny domowej w Hiszpanii oraz Wielunia i Warszawy podczas inwazji na Polskę w 1939 roku. Niezwykle cenionego przez Hitlera stratega, pilota i kuzyna słynnego Czerwonego Barona, bohatera I wojny światowej.
Od pierwszego dnia walk o Stalingrad niemieckie bombowce wracały codziennie, niosąc śmiercionośny ładunek bomb i metodycznie równając miasto z ziemią. Fabryka traktorów na północy miasta wyrzucała w niebo kłęby czarnego dymu. Arsenal na południu płonął. Między nimi rozciągały się ruiny dzielnic mieszkalnych – szkielety kamienic, z których sterczały pokręcone belki i ziały czernią martwe otwory po oknach.
Dziewiętnastoletnia studentka matematyki znała doskonale rachunek prawdopodobieństwa. Wiedziała, że ich szanse na przetrwanie w tym mieście maleją z każdą godziną. Ale Nina wciąż wierzyła w szybki koniec wojny, w zwycięstwo sprawiedliwej sprawy, w to, że jej szkice staną się kiedyś świadectwem triumfu.
Zewsząd dochodziły odgłosy walk, skumulowane we wszechogarniającą kanonadę, przeplataną wystrzałami karabinów maszynowych i czołgów. Front przebiegał przez sam środek miasta. Niemcy zajęli już większość jego powierzchni. Jednak każdy metr ziemi kosztował ich setki żołnierzy. Rosjanie bronili się w ruinach, które paradoksalnie doskonale sprawdzały się jako punkty oporu.
Ponad sześćsettysięczne miasto zamieniono w zgliszcza, w których trwały wyniszczające walki, często wręcz. Dowodzący obroną Stalingradu wiedzieli, że Niemcy nie lubią walki kontaktowej – wolą dystans, który pozwala ich bombowcom i artylerii bezpiecznie niszczyć siły przeciwnika. Dlatego Rosjanie budowali swoje umocnienia tuż przy niemieckich pozycjach. Często dzieliło je jedynie kilkanaście metrów – tak, że w rzadkich momentach ciszy można było usłyszeć nawet szepty z okopów wroga, trzask zapałki czy szczęk zamka.
Zaciętość walk o miasto była niespotykana w historii tej wojny. Wstrząsana wybuchami bomb ziemia drżała tak mocno, że żołnierze przewracali się w okopach, a pył z pokruszonych murów i płonących ruin pokrywał wszystko, sprawiając wrażenie, że miasto jest czarne – tak jak czarne były mundury obu stron. Często przeszkadzało to we wzajemnej identyfikacji. Walczono w ruinach, bito się o każde piętro czy pokój – na bagnety, pięści i zaostrzone saperki. Niemcy ochrzcili ten sposób prowadzenia działań „wojną szczurów”.
Przez cały ten czas wojska radzieckie odpierały niemieckie ataki, nie licząc się ze stratami. Żołnierze bezpośrednio z łodzi desantowych szli w bój, często bez żadnej broni. Broń zabierało się poległym, a za chwilę ginęło się samemu. Tych, którzy się zawahali, zabijały oddziały zaporowe NKWD. Po wojnie ustalono, że długość przeżycia czerwonoarmisty w Stalingradzie wynosiła średnio mniej niż 24 godziny w najgorętszych momentach.
Niebo co chwilę przeszywał przerażający dźwięk nurkujących Junkersów Ju 87 Stuka, które celnie zrzucały swój ładunek, obracając miasto w ruinę. Półtonowe bomby z opóźnionym zapalnikiem miały za zadanie przebijać dachy i eksplodować wewnątrz budynków. Inne, o masie 250 kilogramów – burzące i odłamkowe – służyły do bezpośredniego wsparcia sił naziemnych.
Każda z maszyn za każdym razem mogła przenieść nawet tonę uzbrojenia, do którego dochodziły też lekkie bomby odłamkowe SD 2, zwane „jajkami diabła”, skutecznie niszczące piechotę przeciwnika. Maszyny operowały w trybie półnurkującym, aby oszczędzić własne oddziały, z niszczącą precyzją – „niczym bochenki chleba, jeden za drugim”, jak to błyskotliwie określił niemiecki as lotnictwa Paul-Werner Hozzel, dowódca pułku bombowców nurkujących.
Sztukasy miały ułatwione zadanie, ponieważ operowały z lotnisk położonych niedaleko od miasta. Dzięki temu mogły wykonywać nawet kilka lotów bojowych dziennie. Cała misja trwała około godziny – 45 minut lotu bojowego i 15 minut załadunku, przeglądu i tankowania.
Oluszka bała się, że zaraz padnie komenda: do ataku! I każą jej zanurzyć się w to morze płomieni. Na szczęście dostały tylko po misce gorącej zupy i przydziały – Nina do baterii dział przeciwlotniczych, a Oluszka do sztabu, bo „umie liczyć”, jak śmiał się oficer rozdzielający przydziały. Protestowała, chciała być u boku siostry, za którą czuła się odpowiedzialna, ale nikt jej nie słuchał. Dowódcy czekali tylko na przerwę w ostrzale, żeby w miarę bezpiecznie przedostać się na stanowiska bojowe.
Walki w mieście przeciągały się, pochłaniając ogromne ilości amunicji i innego zaopatrzenia. Obie strony ponosiły duże straty, jednak możliwość rychłego zwycięstwa powodowała, że Niemcy gotowi byli na każde poświęcenie. Na ich triumf czekał sam Führer. Szybko jednak okazało się, że prowadzenie wojny na tak dalekich frontach wymaga perfekcyjnie zorganizowanej machiny logistycznej, a z tym bywało różnie. Kolejne natarcia załamywały się z powodu braków w zaopatrzeniu oraz dużych strat w ludziach i sprzęcie. Już w drugiej połowie listopada wojska niemieckie straciły wiele ze swojego impetu.
Tymczasem w Niemczech szef nazistowskiej propagandy, Józef Goebbels, już w drugiej połowie listopada ogłosił, że niemiecki Wehrmacht niemal zajął miasto Stalina – miejsce o kluczowym znaczeniu strategicznym. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna. Niemcy ugrzęźli w oblężonym Stalingradzie, a tymczasem Rosjanie zebrali setki czołgów i tysiące dobrze przygotowanych ludzi, aby wyprowadzić potężne natarcia i okrążyć niczego nie spodziewających się przeciwników.
Niemieckie dowództwo nie chciało wierzyć w raporty zwiadu lotniczego, że Rosjanie koncentrują jednostki na północy i południu od miasta. Ruchy przeciwnika sygnalizowali też Rumuni zabezpieczający flanki. Paulus jednak uparcie ignorował te informacje. Dla niego Armia Czerwona była po prostu zbieraniną oberwańców i desperatów, których jego karabiny kładły setkami, zanim ci zdołali choćby wystrzelić.
– Koncentracja? Może po prostu budują szałas? – śmiał się w swoim sztabie dowódca 6. Armii.
Jeszcze przed świtem 19 listopada 1942 roku odezwały się radzieckie działa na północy. Kanonada z tysięcy luf brzmiała jak wibrujący dźwięk monstrualnej burzy, która zawisła w miejscu i rozładowywała skumulowaną energię.
To ponad 3,5 tys. dział i moździerzy rozpoczęło ostrzał pozycji rumuńskich. Rozpoczęła się radziecka operacja „Uran”, mająca na celu wzięcie w kleszcze 6. Armii niemieckiej i odcięcie jej od dostaw zaopatrzenia.
Na pozycje rumuńskie ruszyły tysiące żołnierzy i setki czołgów, których obrona nie była w stanie zatrzymać. Szacuje się, że już pierwszego dnia do niewoli radzieckiej dostało się około 27 tys. Rumunów. Przy jeńcach znajdowano zrabowane miejscowej ludności przedmioty codziennego użytku, łącznie z damską garderobą i wszystkim, co dało się ukraść. Żołnierze swoje łupy skrywali w plecakach i pod kurtkami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
