Mord - Max Czornyj - ebook + książka
NOWOŚĆ

Mord ebook

Max Czornyj

4,5

72 osoby interesują się tą książką

Opis

KONIEC ŚWIATA JEST JUŻ BLISKO.
BĄDŹ PRZYGOTOWANY.
Takie przesłanie powtarza w swoich mediach Profet, samozwańczy prorok. Z dnia na dzień jego hasła zyskują coraz więcej odbiorców.
Tymczasem na obrzeżach Gdańska dochodzi do włamania do domku kempingowego. W jego trakcie ginie mężczyzna, a kobieta w ciąży zostaje poddana okrutnej torturze i cudem uchodzi z życiem.
Na miejscu przestępstwa śledczy odnajdują starą zabawkę z upiorną wiadomością. Kim jest jej autor i co dokładnie chciał przekazać?
Śledztwo przejmuje komisarz Liza Langer, którą coraz mocniej dręczą demony nawracającej depresji. Z pomocą przychodzi jej Orest Rembert - psycholog policyjny oraz profiler. Jak rozwinie się ich relacja? Czy stworzą zgrany duet, który będzie miał szansę w pojedynku ze śmiertelnie niebezpiecznym szaleńcem?
Wkrótce psychopata obiera na cel kolejną kobietę. Rozpoczyna się potworny wyścig z czasem. Kto będzie zwycięzcą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 243

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (101 ocen)
65
25
7
2
2
Sortuj według:
schumi86

Nie oderwiesz się od lektury

Czornyj jak zawsze potrafi spowodować by włosy na rękach stanęły dęba.
20
koteczka1990

Nie oderwiesz się od lektury

szybko się czyta
00
matwic

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawa pozycja. Dobrze nakreślona. Fajnie rozwija się akcja. Przyznam, że obawiałam się, że autor pójdzie na ilość nie na jakość . Obawy są bezpodstawne. Pozycję polecam z czystym sumieniem.
00
Felunia1981

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze kolejna książka która wciąga i pochłania się ją bardzo szybko.
00
dolny73

Z braku laku…

Jednak tak jest jak autor poszedł w ilość książek a nie jakość. Coraz gorzej...
00

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cioci Urszuli,

wzorowi pracowitości

 

 

 

 

Przypomnij sobie, cośmy widzieli, jedyna,

W ten letni tak piękny poranek:

U zakrętu leżała plugawa padlina

Na ścieżce żwirem zasianej.

 

Z nogami zadartymi lubieżnej kobiety,

Parując i siejąc trucizny,

Niedbała i cyniczna otwarła sekrety

Brzucha pełnego zgnilizny.

 

Słońce prażąc to ścierwo jarzyło się w górze,

Jakby rozłożyć pragnęło

I oddać wielokrotnie potężnej Naturze

Złączone z nią niegdyś dzieło.

 

(…)

 

Błękit oglądał szkielet przepysznej budowy,

Co w kwiat rozkwitał jaskrawy,

Smród zgnilizny tak mocno uderzał do głowy,

Żeś omal nie padła na trawy.

 

Brzęczała na tym zgniłym brzuchu much orkiestra

I z wnętrza larw czarne zastępy

Wypełzały, ściekając z wolna jak ciecz gęsta

Na te rojące się strzępy.

 

(…)

 

Tak! Taka będziesz kiedyś, o wdzięków królowo,

Po sakramentch ostatnich,

Gdy zejdziesz pod ziół żyznych urodę kwietniową,

By gnić wśród kości bratnich.

 

Wtedy czerwiowi, który cię będzie beztrosko

Toczył w mogilnej ciemności,

Powiedz, żem ja zachował formę i treść boską

Mojej zetlałej miłości.

 

Ch. Baudelaire, Padlina,

tłum. M. Jastrun

 

 

 

 

Do przeprowadzenia zabiegu można podejść na kilka sposobów. Wszystkie z nich uzależnione są od stopnia rozwoju płodu, jego deformacji, ułożenia w łonie matki i wielu innych czynników, o których była lub będzie mowa. W tym miejscu wskazać jedynie wypada cztery procedury stosowane przy wykorzystaniu konkretnych narzędzi.

Tire-tête składa się z dwóch szpatułek, których końcówki najeżone są ostrymi wypustkami. To za pomocą tych wypustek chwyta się i unieruchamia główkę dziecka. Następnie używa się szpady – elementu przypominającego działaniem korkociąg, wkręcanego czy też wbijanego w czaszkę płodu, aby ta nie odpadła w chwili wyciągania go z dróg rodnych kobiety.

Okrawaczka jest podobna do gilotynki służącej do obcinania pazurów zwierząt. Kończyny dziecka wkłada się w oczko, pociąga za dźwignię, przez co ostrze dokonuje natychmiastowej amputacji. W ten sposób obcina się rączki oraz nóżki płodu, ułatwiając jego wydobycie na świat.

Ścinaczka van Huevela przypomina niewielką, sztywną szubienicę, której pętlę – będącą w rzeczywistości ostrzem, zaciska się wokół głowy dziecka. Nie czyni się tego jednak tak jak u wisielca, lecz w pozycji pionowej, od łączenia podbródka z szyją po czubek głowy. Po usztywnieniu mocowania za pomocą dwóch łopatek wykonuje się cięcie. Głowa płodu zostaje rozdzielona na dwie połówki, z których jedna – ta stanowiąca część twarzoczaszki – odpada od ciała. Aby ją wydobyć, używa się zakończonego haczykiem nabijaka, który najlepiej wprowadzić w oczodół dziecka. Wymaga to pewnej zręczności od osoby przeprowadzającej zabieg.

Kleszcze Tarniera są podobne do szczypczyków do lodu. Chwyta się nimi główkę płodu, a następnie przy użyciu mechanizmu przekładającego siłę niczym w imadle, miażdży ją. Należy uważać, by efektem zmiażdżenia było jedynie spłaszczenie czaszki, a nie jej całkowite rozpadnięcie się.

 

Fragment instrukcji wykonywania aborcji z podręcznika L. Gugenheima, Lipsk 1891

CDN.

 

 

 

 

1

NOC

 

 

Prowadząc linie ku czubkowi głowy od środka prawego ucha oraz drugą od kącika prawego oka, zakreślamy obszar mózgu, którego znaczenia współczesna nauka nie jest w stanie w pełni docenić. Zdaje się, że bez większych szkód dla osobowości człowieka ten jego fragment można by zwyczajnie wyciąć. Oczywiście może się okazać, że właśnie gdzieś tam tkwią neurony odpowiedzialne za naszą wiarę lub za doświadczenia metafizyczne, które…

Daniel Wilski sięgnął po pilot i przełączył program. Na ekranie telewizora pojawiła się ładna blondwłosa prezenterka z ekscytacją informująca o szczegółach morderstwa przy jednym z mazurskich jezior. Była to trzecia podobna zbrodnia popełniona w okolicy w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Sprawca lub sprawcy zwabiali ofiary wypoczywające na dzikich plażach, krępowali je i po rozebraniu do naga okładali ciężkimi przedmiotami, masakrując ich ciała. Przyczyną śmierci były rozległe uszkodzenia narządów wewnętrznych. Jeden z informatorów dziennikarki przyrównał zwłoki do konserwowej mielonki, którą można kupić w puszce.

– Smacznego! – Arleta Diak z ironicznym uśmieszkiem wzniosła kieliszek.

Siedzieli przy elegancko nakrytym stole, oświetlani przez płomienie sześciu świec umieszczonych w dwóch kandelabrach. W metalowej, podgrzewanej przez kolejne świeczki brytfance bulgotały pulpeciki, w szklanym naczyniu znajdował się długi, sypki ryż, a kryształową salaterkę wypełniała sałatka z awokado, rukolą, kilkoma rodzajami serów oraz orzechów. Pomiędzy naczyniami stała odkorkowana butelka czerwonego wina.

– Przepraszam… – Wilski natychmiast przełączył kanał.

Tym razem na ekranie pojawiło się nagranie w podczerwieni pokazujące stado skradających się wilków.

– To chyba coś przyjemniejszego.

– O ile za chwilę nie pokażą jatki niewinnych jelonków lub owiec.

– Takie jest życie. Albo one, albo oni.

– Nawet na wakacjach nie potrafisz oderwać się od telewizora?

– Nie… Ja tylko…

Wilski łagodnie się uśmiechnął. Był drobnym blondynem z twarzą lekko zaczerwienioną od wypitego wina. Miał na sobie niebieskie jeansy oraz granatową, sztruksową koszulę. Wydawał się o kilka lat młodszy, niż był w rzeczywistości, właściwie mało kto dałby mu więcej niż dwadzieścia lat. Mężczyzna odłożył pilot i przesunął ku swojej dziewczynie brytfankę. Płomienie świeczek zadrżały.

– Masz, czyń honory.

Arleta Diak była wysoką, drobną kobietą, lecz jej pasiasta granatowo-biała sukienka nie mogła ukryć krągłego, ciążowego brzucha. Zresztą co rusz mimochodem go dotykała. Sięgnęła po wodę i nalała jej do swojego kieliszka.

– O, nie, nie. Główne danie nakłada szef kuchni.

– Jesteś pewna? Połowa porcji może znaleźć się na stole. Wiesz, że mam telepawkę rąk.

Wilki najczęściej łączą się w pary na całe życie. Osobniki słabe lub zbyt charakterne odchodzą od watahy, aby założyć własne stado.

Daniel Wilski wziął talerz i wyciągnął dłoń ku chochli tkwiącej w brytfance. W tym samym momencie rozległ się przeciągły dźwięk dzwonka do drzwi. Bim-baam.

Z konsternacją spojrzał na Arletę i zmrużył oczy. Mina dziewczyny jednoznacznie mówiła, że nikogo się nie spodziewała. Była dwudziesta druga, znajdowali się w domku kempingowym na podgdańskim odludziu. Mieli odpocząć od wszystkiego i od wszystkich.

Bim-baaam.

– Cholera… Kto nam zawraca głowę?

– Nie wiedziałam nawet, że ten domek ma taki nowoczesny dzwonek. – Arleta podniosła się od stołu, ale Daniel gestem nakazał jej usiąść.

– Ja otworzę. Nakładanie jest chyba przeznaczone dla ciebie.

Mężczyzna powoli ruszył ku sieni, gdzie znajdowały się drzwi wejściowe. Domek był skromny i położony w niezbyt wytwornym miejscu, ale przynajmniej bardziej przestronny od przenośnej toalety. Od morza dzielił ich ponad kilometr, lecz nie przeszkadzało im to. Cieszyły ich długie, spokojne spacery, oczywiście odbywane w miarę możliwości Arlety.

– Kto tam? – zapytał Daniel, sięgając odruchowo ku zamkowi. W pół ruchu zatrzymał jednak dłoń.

– Policja – odpowiedział mu niski, zmęczony głos. – Chciałbym zadać kilka rutynowych pytań.

 

 

 

 

2

 

 

– Otworzy pan te drzwi? Naprawdę nie mam czasu, czeka na mnie kilkadziesiąt kolejnych rozmów.

– O co chciałby pan zapytać?

Daniel Wilski nerwowo przeciągnął językiem po wargach. Odchrząknął. Wciąż trzymał dłoń na zamku, ale wahał się go przekręcić.

– To rutynowe pytania w związku z serią rozbojów oraz… – Mężczyzna za drzwiami westchnął. – Nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów.

– Jakim cudem miałby pan ich nie zdradzać, jednocześnie chcąc je zgłębiać?

– Co, proszę?

Wilski usłyszał za plecami odgłos kroków. Gwałtownie się odwrócił. Arleta przyglądała mu się z niewielkiego korytarzyka, trzymając w jednej dłoni kieliszek z wodą, a drugą dłoń na wypukłym brzuchu.

„Policja” – odpowiedział niemo na zadane przez nią, równie bezgłośnie, pytanie. Kobieta z zaciekawieniem zmarszczyła czoło. Tymczasem Wilski zacisnął zęby i spuścił głowę. Przeczesał palcami włosy.

– Okej, otwieram. Proszę zaczekać.

Przekręcił zamek, po czym otarł spocone dłonie o spodnie. Uchylił drzwi. Wciąż je jednak blokował nogą, utrzymując szparę nie szerszą niż dziesięć centymetrów. Po chwili pojawiła się w niej legitymacja, a z dworu dobiegło wymowne chrząknięcie.

– Nie jestem przebierańcem. Wykonuję swoje obowiązki i proszę mi wierzyć, nie zajmę więcej niż pięć minut.

– Jasne. Zawsze tak mówicie. Nawet kiedy macie wystawić cholerny mandat za przekroczenie prędkości.

– Wpuści mnie pan czy mam zacząć zadawać pytania, stojąc w progu?

Wilski porozumiewawczo zerknął na Arletę. Kobieta przygładziła sukienkę i zrobiła krok w jego stronę. Była głodna. Właśnie stygła wyborna kolacja, której temperatury nie mogło utrzymać kilka ozdobnych świec.

– Wpuść pana i miejmy to za sobą. O co chodzi?

Daniel otworzył szerzej drzwi, po czym się cofnął. Zrobił gest zapraszający policjanta do środka. Z dworu do domku wpadło świeże powietrze przesiąknięte zapachem pobliskiego lasu sosnowego. Gdzieś w oddali żałośnie zamiauczał kot.

– Dzień dobry… – Mężczyzna, wchodząc, obtupał buty.

Dopiero wtedy Wilski dostrzegł, że jego ciężkie trapery owiązane są folią ściągniętą w kostce grubym sznurkiem.

„Przecież policjanci nie chodzą w takich butach, a podobne zabezpieczenia mogłyby być potrzebne co najwyżej na miejscu zbrodni”.

To była ostatnia myśl, która przeszła mu po głowie. Ułamek sekundy później jego czaszkę roztrzaskała niewielka, doskonale wyważona siekiera. Mózg Wilskiego rozbryzgnął się, oblepiając ściany oraz podłogę. Kilka cząstek przywarło do sukienki Arlety. Najwięcej znalazło się tuż poniżej miejsca, do którego przyciskała swoją delikatną, nieco obrzękniętą dłoń.

– Wiesz, co zamierzam z tobą zrobić? – Pytanie zostało zadane niskim, szorstkim głosem. – Ocalę cię. O nic się nie bój.

Dopiero wtedy Arleta ujrzała upiorną twarz intruza.

 

 

 

 

3

 

 

Liza Langer po raz kolejny przewróciła się z boku na bok. Nie mogła zasnąć. Bezsenność dręczyła ją od wielu miesięcy, od czasu, gdy… Nie. Starała się nigdy nie wyrazić tej myśli. Miała problemy ze snem i już. Miewają je miliony osób i nie było powodu, by w związku z tym dokonywać autoanalizy.

Przez roletę zasłaniającą jedyne okno jej przyczepy kempingowej wpadało żółte światło. Latarnia była ustawiona przy granicy pola kempingowego i świeciła nieprzyjemnie mocno. W przyczepach rozstawionych na terenie mniej więcej sto na sto metrów znajdowało się obecnie zapewne kilkadziesiąt osób, niczym w niewielkim bloku mieszkalnym. Liza była jedną z nielicznych całorocznych mieszkańców ośrodka. Korzystała z udogodnień, jakie zapewniał jej nowoczesny sprzęt, nabyty ze środków pozyskanych ze sprzedaży sporego gdańskiego apartamentu.

Komisarz podniosła się i zerknęła na zegarek. Polpora Aqua, z cyferblatem o kolorze wzburzonego morza, wskazywała za kwadrans północ. Nauczona doświadczeniem, powinna kłaść się spać znacznie później. Od dawna nie udało się jej zasnąć przed trzecią. Mimo to regularnie próbowała, starając się przestawić na normalny tryb funkcjonowania.

– Cholera… – zaklęła, podnosząc się ze składanego łóżka.

Była całkowicie rozbudzona. Pośpiesznie zdjęła satynową, koronkową koszulę nocną i sięgnęła po złożony w kostkę, odłożony na krzesło strój do biegania. Założyła dres oraz bluzę, po czym kilkukrotnie się rozciągnęła. Z niechęcią zerknęła na leżącą na szafce kanapkę z jej ulubionym Crottin de Chavignol. Wraz z konfiturą wiśniową oraz czarną jak węgiel kawą miał stanowić jej śniadanie. Cukier i kofeina dostarczały właściwej dawki energii. Teraz, na noc, mogłaby łyknąć napoczętego przed kilkoma dniami calvadosa, jednak wolała tego uniknąć. Popijała go do snu, zdając sobie sprawę z codziennie zwiększanej porcji. Nie. Tej nocy nie zamierzała sięgać po butelkę.

Przeciągnęła się jeszcze kilka razy, przez chwilę potruchtała w miejscu, a wreszcie pchnęła drzwi i wypadła na chłód nocy. Na bosaka pokonała asfaltową nawierzchnię parkingu, po czym skręciła ku plaży. Biegła coraz szybciej. Była przyzwyczajona do oporu, jaki stawia piasek, i do charakterystycznego poruszania się, jakiego wymaga bieg po nim. Skierowała się ku morzu. Po chwili skręciła w lewo, w stronę, gdzie noc stała się tak gęsta, że trudno było dostrzec horyzont. Pozwalała, by fale obmywały jej stopy i starała się skupić wszystkie myśli na przyjemnym, choć przeszywającym na wskroś chłodzie. Deszczowego psa zostawiła daleko w tyle. Słyszała jego skowyt, ale nie zamierzała się odwrócić. Tej nocy nie mógł wzbudzić jej litości.

Deszczowy pies stanowił abstrakcyjną imaginację jej lęków oraz smutku. Technikę wizualizowania zaproponował terapeuta, do którego chodziła przez krótki czas, lecz z upływem miesięcy wizualizacja stała się niemal namacalna. Deszczowy pies został oswojony, a epizody silnej depresji stały się rzadsze. „Rzadsze” nie oznaczało, że pozbyła się ich całkowicie.

– Zamknij się…

Dobiegający z tyłu skowyt niósł się po okolicy. Zlewał się z chlupotem wody pod jej stopami oraz z coraz cięższym oddechem. Ta przetaczająca się fala dźwięków rozbudziła stado ptaków śpiących w niewielkiej kępie drzew. Kilka z nich, wściekle zawodząc, poderwało się do lotu i skierowało w głąb lądu. Po chwili inne odgłosy zagłuszyły żałosny trzepot ich skrzydeł.

Liza Langer zatrzymała się, po czym oparła dłonie na kolanach. Gdzieś wyczytała, że wzlatujące nocą ptaki to był cholernie zły znak. Choć nie była przesądna, zawróciła w stronę przyczepy.

 

 

 

 

4

 

 

– Jeśli krzykniesz, zabiję cię. Jeśli spróbujesz ucieczki, zabiję cię. Jeśli będziesz nieposłuszna, zabiję cię. Czy wszystko jasne?

Odpowiedzią był stłumiony przez szmaciany knebel szloch.

– Rozumiem, że potrzebujesz rozbudowanego regulaminu. Jeśli nie będziesz odpowiadała na moje pytania, również cię zabiję. Więc wróćmy do sedna, czy wszystko jasne?

Tym razem Arleta Diak skinęła głową. Delikatnie, ledwie zauważalnie, ale jednak na tyle, by szaleniec to dostrzegł.

– Dobrze, bardzo dobrze.

Jednym ruchem wyrwał knebel z jej ust i klęknął tuż obok. Spojrzał prosto w jej oczy. Uśmiechnął się, po czym pogładził ją po włosach.

– Chcę twojego dobra – wyszeptał. – Rozumiesz? Nie musisz się mnie bać.

– Wypuść mnie. Proszę!

– Wypuszczę. Obiecuję.

– Więc…

– Jeszcze nie teraz.

Arleta spojrzała w stronę leżących na podłodze zwłok Daniela i przebiegł ją dreszcz. Wstrzymała spazm głośnego płaczu. Zrobiło się jej niedobrze, a w ustach poczuła posmak żółci.

– Jestem w ciąży… Noszę dziecko, ono jest niczemu niewinne… Proszę…

Oprawca ze zrozumieniem pokiwał głową. Delikatnie pogładził jej policzek.

– Nie maż się, mówiłem, że wszystko będzie dobrze? – Sięgnął po coś za plecy kobiety. – Musisz tylko być grzeczna. Nic więcej.

Odsunął się i delikatnie uniósł w jej stronę szklankę z jakimś płynem. Jego gest przypominał wznoszenie toastu.

– Musisz to wypić – odezwał się stanowczo.

– Ale…

– Nic ci się nie stanie.

– Co to? Boże… Ja nie chcę… Ja…

Kobieta odsunęła się, przebierając dłońmi po podłodze. Nagle natrafiła na coś miękkiego, ciepłego i lepkiego. Odruchowo zerknęła na wnętrze dłoni. Zobaczyła w niej kawałek szarego ociekającego krwią mózgu. Mózgu, który jeszcze niedawno wypełniał czaszkę jej chłopaka. Krzyknęła i chciała się zerwać do ucieczki, lecz sznur pętający jej nogi uniemożliwiał jakiekolwiek ruchy.

– Boże… Proszę!

Oprawca westchnął. Wyprostował się i ze szklanką w dłoni zrobił krok w jej stronę.

– Już ci mówiłem, że jeśli będziesz się darła, zabiję cię – wycedził. – Wolałbym tego jednak uniknąć, dlatego daję ci drugą szansę.

Wyciągnął szklankę w stronę Arlety. Kobieta w tym samym momencie zrobiła się trupio blada i zwymiotowała. Nie zdążyła nawet przysłonić ręką ust. Żółć oraz kawałki niestrawionego jedzenia rozbryzgały się po podłodze.

– Teraz zrobiłaś już sobie miejsce… – Oprawca uśmiechnął się, zupełnie niezrażony tym incydentem. Ponownie klęknął tuż obok kobiety i podał jej szklankę. – Popij, od razu zrobi ci się lepiej.

– Nie chcę… Ja…

Mężczyzna sapnął, po czym znacząco zerknął na leżącą metr dalej siekierę. Zgodnie z katalogiem sklepu, w którym go nabył, był to niewielki topór z drewna hikorowego zabezpieczonego olejem lnianym, reklamowany jako doskonały produkt dla drwali oraz myśliwych. Szwedzki wyrób najlepszej klasy.

– Moja droga… Chyba nie pozostawiasz mi wyboru. Rozumiesz chyba, co się stanie, jeśli nie wypijesz tego lekarstwa.

– Lekarstwa?

Arleta zrobiła gwałtowny ruch ku szklance. Chwyciła ją i przyciągnęła ku sobie. Chciała nią cisnąć w napastnika, lecz błysk jego oczu niemal ją sparaliżował. Zrozumiała, że dopuszczał taką możliwość i nie musiał nawet mówić, jakie czekałyby ją konsekwencje tego zachowania. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– No, śmiało.

Jego palce powędrowały ku trzonkowi toporka. Kobieta zaszlochała, skrzywiła się i jednym haustem wypiła całą zawartość szklanki.

– Grzeczna dziewczynka. Zobaczysz, co się stanie za chwilę. Będziesz naprawdę szczęśliwa. Uwierz mi.

 

 

 

 

5

 

 

KONIEC ŚWIATA JEST JUŻ BLISKO.

BĄDŹ PRZYGOTOWANY.

UWIERZ.

 

Kolejne napisane czerwoną czcionką komunikaty wyświetlały się na ekranie. Profet zerknął w obiektyw ustawionej na biurku kamery i odchrząknął. Za chwilę powinna pojawić się tarcza z odliczaniem. Relacja na żywo zaczynała się dokładnie o północy. Jak zawsze. W tym biznesie liczył się mistycyzm i profesjonalizm. Wszyscy mamy swoje rytuały, a najważniejszym z nich jest śmierć.

 

NIE BÓJ SIĘ WIERZYĆ.

DOSTRZEŻ ZNAKI.

POZWÓL IM PRZEMÓWIĆ.

 

W tym momencie na środku ekranu pojawiła się tarcza podobna do tych wyświetlanych przed projekcjami dawnych filmów. Rozpoczęło się odliczanie od dziesięciu w dół. Jednocześnie w tle przewijały się zdjęcia.

Sal pełnych ludzi podłączonych do respiratorów.

Zakładów pogrzebowych przepełnionych trumnami.

Rozpadających się lodowców.

Zbliżeń na fragmenty rozmaitych galaktyk.

 

JESTEŚMY TYLKO CZĄSTKĄ WSZECHŚWIATA.

MARNYM PYŁEM NIESKOŃCZONOŚCI.

NIKIM WYJĄTKOWYM.

 

W tym momencie zaczęło się finalne odliczanie. 3, 2, 1… Ekran zamigotał, na środku pojawiła się linia nawiązująca do słońca rozbłyskającego za horyzontem, wreszcie ponownie wyświetliło się hasło:

 

KONIEC ŚWIATA JEST JUŻ BLISKO.

 

Linia zadrżała niczym wykres pracy serca, jednocześnie plansza zaczęła się rozjaśniać i pojawiły się najpierw kontury, a potem coraz wyraźniejsza twarz Profeta. Mężczyzna zobaczył własne odbicie. Miał pięćdziesiąt jeden lat, lecz poprzetykana siwymi włosami ciemna broda sprawiała, że wyglądał na starszego. Kąciki smutnych oczu płynnie przechodziły w pajęczynki zmarszczek. Jednak w jego spojrzeniu było coś magnetyzującego, coś, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku. Nakazywało słuchać tego, co zaraz powie, i broń Boże nie uronić z tego choć słowa.

– Dat assali ham im.

To było jego zwyczajowe przywitanie. Jeszcze nie wytłumaczył, z jakiego języka pochodzi ani co tak naprawdę oznacza, lecz po chwili w polu komentarzy zaczęły wyrastać jedna po drugiej odpowiedzi:

Dat im sik.

Dat im sik, mihim.

Kilkukrotnie udzielał im lekcji nowego języka, dzieląc się tylko ogólnymi formułkami, nie wchodząc w zagadnienia dotyczące gramatyki ani tłumaczeń. Po prostu oznajmiał, jak należy się witać, jak odpowiadać na powitanie, jakie pożegnania przewiduje jego „międzygalaktyczny system lingwistyczny” – tak sam o nim mówił, wreszcie wymienił najistotniejsze pojęcia. Samo ich powtarzanie, nawet bez rozumienia, miało zapewnić nawiązanie więzi z wszechrzeczą. „Powrót do łona matki”.

– Bracia i siostry jesteśmy kolejny „sim” bliżej ostatecznej wieczności – odezwał się cichym, łagodnym głosem. – Mam nadzieję, że wraz z każdym oddechem wasz strach stopniowo się rozwiewa. Być może u niektórych zniknął już całkowicie. Czy są wśród nas „illuminati”?

W ciągu kilku sekund pojawiło się ponad czterdzieści komentarzy. Profet przeciągnął milczenie prawie do pół minuty. Liczba komentarzy wzrosła do trzystu dwunastu. Było ich niemal dwukrotnie więcej niż przed kilkoma dniami. Mógł być zadowolony. Jego dzieło miało sens, a to stanowiło na to najlepszy dowód. Sam umacniał się w wierze.

 

 

 

 

6

 

 

Świat zawirował. Światło jedynej palącej się lampki zapulsowało. Przez moment wydawało się intensywne niczym słońce, by zaraz ściemnić się tak, że niemal nie rozjaśniało mroku panującego w pokoju.

Arleta Diak z trudem nabrała powietrza. Wydawało się jej, że to nagle zgęstniało i dosłownie rozsadza jej płuca. Po chwili jednak zrozumiała, że ból nie koncentruje się w jej klatce piersiowej, lecz nieco niżej. Po jej ciele przebiegł zimny dreszcz. Poczuła drętwienie nóg i w tym samym momencie jej serce uderzyło ze zdwojoną siłą. Kątem oka dostrzegła czubek zmasakrowanej głowy Daniela. Nie miała siły choćby próbować uciekać.

– Coś ty mi zrobił…. – wyszeptała drżącym głosem. – Błagam…

Nie wiedziała, czy od momentu, gdy wypiła podany przez oprawcę płyn, minęło kilka minut, czy kilka godzin. Czas biegł rytmem zupełnie odmiennym niż kiedykolwiek indziej.

– Chcę cię ocalić.

Ten człowiek brzmiał jak szaleniec, ale może to ona teraz niczego nie rozumiała? Może mówił zupełnie prosto i oczywiście, lecz ona nie potrafiła wychwycić logiki jego słów? Nie. Nie, to niemożliwe. Przecież ten świr zamordował jej ukochanego. Daniela. On… Wszedł…

Myśli zaczęły się jej rwać i w tej samej chwili poczuła skurcz. Skuliła się, dotykając brzucha. Boże.

– Moje dziecko… – wyszeptała.

– Tak. Jest tam – potwierdził oprawca. – Jeszcze.

Nagle między jej nogami rozlała się wilgoć. Lepka i zimna, a potem gorąca, jakby polewano ją wrzątkiem. Starała się poruszyć, lecz od pasa w dół była niemal całkowicie zdrętwiała. Wytrzeszczyła oczy, usiłując coś powiedzieć. Z jej ust dobył się jednak niezrozumiały bełkot.

– Nie wysilaj się. Bądź spokojna.

– Aleee… O… Ghh…

– Nic nie mów. Pomogę ci.

Oprawca kucnął przy niej i delikatnie podwinął jej sukienkę. Po chwili zrozumiała, że ściąga jej majtki, lecz niemal tego nie czuła. Spazmatyczne ruchy stóp to było wszystko, na co mogła się zdobyć.

– Uwolnij się.

Słowa mężczyzny wryły się jej głęboko w umysł. Miała wrażenie, że odbijają się od ścian czaszki i cichną, by zaraz rozbrzmieć jeszcze głośniej niż przed chwilą. „Uwolnij się!”

– Teraz ty musisz mi pomóc.

Oprawca zniknął jej z oczu. Wiedziała, że nachylił się, niemal kładąc pomiędzy jej nogami, lecz nie mogła nic zrobić. Usiłowała krzyknąć, jednak głos uwiązł jej w gardle.

– Musisz się pozbyć tego przekleństwa. Przyj.

Wraz z tymi słowami wszystko stało się jasne. Arleta zrozumiała, co robi ten mężczyzna i jakie działanie miał wypity przez nią płyn. Nadludzkim wysiłkiem przesunęła się o kilka centymetrów, po czym podciągnęła nogi. Chciała zacisnąć mięśnie, jakby w ten sposób mogła zatrzymać to, co miało się wydarzyć. Jednak już coś działo się z jej brzuchem, a jeszcze bardziej działo się niżej na wysokości jej łona, krzyża oraz pachwin.

Kobieta jęknęła przez zaciśnięte zęby. Oprawca jakby tylko na to czekał, momentalnie pojawił się tuż obok jej twarzy. Podobnie jak wcześniej łagodnie pogładził ją po policzku.

– Tylko w ten sposób możesz pozbyć się śmierci.

– Błagam…

To jedno słowo Arleta wypowiedziała całkowicie wyraźnie, jednak nie była w stanie sprecyzować, o co błaga. Z jej oczu pociekły łzy. Rozpaczliwie pociągnęła nosem i rozprostowała palce. Dziwny skurcz przebiegł niemal całe jej ciało. Poczuła go nawet w wypełniających się od niedawna mlekiem piersiach, w przełyku, a przede wszystkim w sercu.

– To już nie potrwa długo. Będziesz uratowana i wreszcie nic nie będzie ci grozić. Daję ci życie.

Oprawca uśmiechnął się do niej i przeciął powietrze lśniącymi nożyczkami chirurgicznymi.

– Raz, dwa, trzy. To nie będzie bolało.

Wtedy Arleta poczuła kolejny skurcz, tym razem tak mocny, że mimo pozornego bezwładu wierzgnęła nogami. Ogromny ból przeszył jej ciało. Jej nozdrza okleił nieprzyjemny, gorzki zapach. Przez chwilę w jej głowie krążyła myśl, że właśnie powinna usłyszeć płacz dziecka, lecz nic takiego się nie stało. Oprawca ponownie zniknął jej z oczu.

Upłynęło kilka sekund lub nawet godzina. Twarz kobiety była całkowicie mokra od potu, który szczypał ją w oczy i osiadał na jej wargach. W ustach czuła krwisty posmak. Jej policzki były rozpalone, a w uszach słyszała cichy świst.

Wycie wilków?

Skowyt mordowanych jagniąt?

Traciła przytomność, ale resztą świadomości uchwyciła jeszcze sylwetkę wstającego oprawcy. Mężczyzna coś trzymał na rękach. To coś było blade i sine. Przypominało rozkładające się zwłoki dzikiego zwierzęcia.

– Zabiorę go ze sobą, a ty jesteś już wolna – wycedził. – Nie martw się.

– Mój synek… – Chciała to powiedzieć, lecz z jej ust dobył się jedynie cichy, płaczliwy bełkot.

Potem nastała ciemność.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Max Czornyj, 2021

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2021

 

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Dave Wall/Arcangel

 

Redakcja: Marta Akuszewska

Korekta: Monika Ślusarska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-749-6

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.