Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Autobiografia Stanisławskiego – słynnego twórcy, który zmienił teatr na zawsze – to jedna z najbardziej pasjonujących i niezwykłych książek o teatrze. Czytelnicy znajdą w niej liczne zabawne i zaskakujące historie, opisy spektakli i procesu ich powstawania, portrety takich legendarnych pisarzy jak Czechow, Gorki czy Tołstoj, oraz refleksje na temat teatru i życia w ogóle, które pomogą im lepiej poznać tego wielkiego człowieka. [azbooka.ru]
Nawet osoby niezwiązane z teatrem uznają tę książkę za interesującą, ponieważ jest to dzieło samodzielne, autobiografia fascynującej osobowości, napisana przyjemnym językiem i z dużą dawką dobrego humoru. Polecam, znakomita lektura. [nm, litres.ru]
Ze stron książki wyłania się człowiek skromny, szczery i inspirujący, a jego podejście do sztuki jest piękne i odświeżające: widzi on środowisko artystyczne jako wspólnotę ludzi, którzy pracują dla dobra sztuki, a nie po to, by się wyeksponować. [Dasha, goodreads.com]
Autor rewelacyjnie kreśli opis Rosji przełomu XIX i XX wieku, światowych gigantów różnych dziedzin sztuki, oraz swojej drogi artystycznej. Poza tym jest to po prostu świetna książka, bardzo dobrze napisana, niezwykle ciekawa i urokliwa. [Dominik Gąsowski, lubimyczytac.pl]
Wspomnienia Stanisławskiego charakteryzują się imponującą dynamiką. Czytelnik widzi, jak autor nieustannie ewoluuje, zmienia się i rozwija swoje poglądy społeczne i artystyczne. Jego twórczy rozwój jako artysty i człowieka znajduje odzwierciedlenie w tytułach rozdziałów: artystyczne dzieciństwo ustępuje miejsca artystycznej młodości, artystyczna młodość przechodzi w artystyczną dojrzałość. Śledząc twórcze życie Stanisławskiego w latach dojrzałych, uświadamiamy sobie, że nigdy nie stałoby się ono artystyczną starością – Konstanty doskonale wiedział, że artysta nie może się zestarzeć, ponieważ, jak to ujął, im dłużej artysta żyje, tym bardziej „doświadczony i silniejszy” staje się w tej dziedzinie. [books.yandex.ru]
NOTA O AUTORZE. Konstanty Stanisławski (1863-1938) był wybitnym rosyjskim aktorem, reżyserem teatralnym i pedagogiem, a zarazem jednym z najważniejszych reformatorów sztuki scenicznej. Stworzył unikalną metodę pracy aktora (tzw. „system Stanisławskiego”) opartą na świadomej, artystycznej transformacji w odgrywaną postać, zapewniając tym samym psychologiczną autentyczność spektaklu. „Moje życie w sztuce” to pierwszy, autobiograficzny tom jego czteroczęściowego dzieła, którego kolejne trzy tomy do dziś są czytane, analizowane i stosowane przez aktorów, reżyserów i kulturoznawców na całym świecie.
TŁUMACZENIA. Książka została przetłumaczona m.in. na: angielski, francuski, włoski, niemiecki, arabski, estoński, fiński, islandzki, litewski, perski, słoweński, hiszpański, turecki i japoński oraz polski.
INFORMACJA OD WYDAWCY. Książka ta jest dostępna w formie e-booka i audiobooka. W jej oryginalnym tekście znajdują się dość liczne, a czasem obszerne, przypisy, które w audiobooku – w celu zapewnienia płynności narracji – albo zostały pominięte, albo skrócone i wkomponowane w tekst – bez szkody dla jego zrozumienia. Pełna, zawierająca wszystkie oryginalne przypisy wersja jest dostępna w formie e-booka. E-book zawiera też słownik nazwisk, który w audiobooku został całkowicie pominięty.
Nota: przytoczone powyżej opinie są cytowane we fragmentach i zostały poddane redakcji.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 753
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Konstanty Stanisławski
MOJE ŻYCIE W SZTUCE
Wydawnictwo Estymator
www.estymator.net.pl
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-68790-44-3
Tłumaczenie: Zofia Petersowa
Tytuł oryginalny: Мояжизньвискусстве
Tekst: PIW, Warszawa (1954)
Na okładce: Konstanty Stanisławski około roku 1900
E-book zgodny z Europejskim Aktem Dostępności EAA
SPIS TREŚCI
DZIECIŃSTWO ARTYSTYCZNE
Upór
Cyrk
Teatr lalek
Opera włoska
Figle
Nauka
Teatr Mały
Debiut
Aktorstwo w życiu
Muzyka
Szkoła dramatyczna
MŁODZIEŃCZOŚĆ ARTYSTYCZNA
Kółko Aleksjejewskie (Operetka)
Konkurent
Interregnum (Balet – Kariera operowa – Amatorstwo)
MŁODOŚĆ ARTYSTYCZNA
Moskiewskie Towarzystwo Sztuki i Literatury
Pierwszy sezon (Operacja)
Szczęśliwy traf (Grzegorz Dyndała)
Opanowanie (Gorzka dola)
Dwa kroki wstecz (Kamienny gość – Intryga i miłość)
Gdy grasz złego – szukaj w nim dobroci (Samowolni)
Role charakterystyczne (Panna bez posagu – Rubel)
Nowe zdumienie (Nie żyj tak, jak by ci się chciało – Tajemnica kobiety)
Meiningeńczycy
Doświadczenia rzemieślnicze
Pierwsza reżyserska praca w dramacie (Płody edukacji)
Powodzenie we własnych oczach (Wieś Stiepanczykowo)
Znajomość z Lwem Tołstojem
Powodzenie u publiczności (Urieł Akosta)
Zapał do pracy reżyserskiej (Polski Żyd)
Doświadczenia z zawodowymi aktorami
Otello
Zamek w Turynie
Dzwon zatopiony
Znamienne spotkanie
Przed otwarciem Moskiewskiego Teatru Artystycznego
Początek pierwszego sezonu teatralnego
Historyczno-obyczajowy kierunek teatru
Rodzaj fantastyczny
W stronę symbolizmu i impresjonizmu
Kierunek intuicji i uczucia (Czajka)
Przyjazd Czechowa (Wujaszek Wania)
Wyjazd na Krym
Trzy siostry
Pierwsza podróż do Petersburga
Gościnne występy na prowincji
Morozow i budowa teatru
Kierunek społeczno-polityczny (Wróg ludu)
Maksym Gorki (Mieszczanie)
Na dnie
Zamiast intuicji i uczucia – kierunek obyczajowy (Potęga ciemnoty)
Zamiast intuicji i uczucia – kierunek historyczno-obyczajowy (Juliusz Cezar)
Wiśniowy sad
Studio na Powarskiej
Pierwszy wyjazd za granicę
DOJRZAŁOŚĆ ARTYSTYCZNA
Odkrycie dawno znanych prawd
Dramat życia
Ilja Sac i Leopold Sulerzycki
Czarny aksamit
Życie człowieka
Wizyta u Maeterlincka
Miesiąc na wsi
Duncan i Craig
Próby wprowadzenia „systemu” w życie
Pierwsze studio Teatru Artystycznego
Wieczorynki i „Nietoperz”
Aktor musi umieć mówić (Wieczór puszkinowski)
Rewolucja
Katastrofa
Kain
Studio operowe Teatru Wielkiego
Wyjazd i powrót
Podsumowanie i przyszłość
PRZEDMOWA DO PIERWSZEGO WYDANIA
PRZEDMOWA DO DRUGIEGO WYDANIA
SŁOWNIK NAZWISK
DZIECIŃSTWO ARTYSTYCZNE
Upór
Urodziłem się w Moskwie w roku 1863 – na przełomie dwóch epok. Pamiętam jeszcze resztki czasów pańszczyźnianych, świece łojowe, lampy karselskie, tarantasy, dormezy, sztafety, strzelby skałkowe i małe armatki podobne do zabawek.[Karselska lampa – specjalny typ lampy olejnej wynaleziony w r. 1800 przez Francuza Carcela.Tarantas – obszerny powóz podróżny, którego kryte pudło osadzone było na drągach zamiast na resorach.Dormez albo dormeza (od fr. dormir – spać) – staroświecki powóz podróżny przystosowany do spania.Sztafeta – specjalnie wysłany posłaniec konny lub wiadomość przesłana przez takiego posłańca.]W moich oczach powstawały w Rosji linie kolejowe z pociągami pośpiesznymi i statki parowe, pojawiały się reflektory elektryczne, samochody, samoloty, dreadnoughty, łodzie podwodne, telefony zwykłe i bez drutu, telegraf iskrowy, dwunastocalowe działa.[Dreadnought – wojenny okręt liniowy, silnie opancerzony, zaopatrzony w najcięższą artylerię.]Tak więc od łojówki – do reflektora elektrycznego, od tarantasu – do samolotu, od żaglówki – do łodzi podwodnej, od sztafety – do telegrafu iskrowego, od skałkówki – do grubej Berty i od prawa pańszczyźnianego – do bolszewizmu i komunizmu. Naprawdę, było to życie urozmaicone, zmieniające się nieraz od podstaw.
Ojciec mój, Sjergiej Władimirowicz Aleksjejew, czystej krwi Rosjanin, urodzony w Moskwie, był fabrykantem i przemysłowcem. Matka moja, Jelizawieta Wasiliewna Aleksjejewa, z ojca Rosjanina i matki Francuzki, była córką znanej w swoim czasie artystki paryskiej Varley, która przyjechała na gościnne występy do Petersburga. Varley wyszła za mąż za bogatego właściciela kamieniołomów w Finlandii, Wasilija Abramowicza Jakowlewa, który ufundował aleksandrowską kolumnę na dawnym Placu Dworcowym. Varley wkrótce rozeszła się z mężem, pozostawiając dwie córki: moją matkę i ciotkę. Jakowlew ożenił się po raz drugi z panią B., z matki Turczynki i ojca Greka, i powierzył jej wychowanie swoich córek. Dom ich był prowadzony na stopie arystokratycznej. Wpłynęły na to zapewne dworskie nawyki odziedziczone przez drugą żonę Jakowlewa po matce Turczynce, która była ongiś jedną z żon sułtana. Stary B. wykradł ją z haremu i ukrył w skrzyni, którą nadał na bagaż jako zwykłą przesyłkę. Po wypłynięciu statku na pełne morze skrzynię otworzono i niewolnicę haremu wypuszczono na wolność. Zarówno Jakowlewa jak i jej siostra, która wyszła za mąż za mego wuja, lubiły życie światowe: wydawały wystawne bale i obiady.
W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych naszego stulecia w Moskwie i Petersburgu bawiono się hucznie. W ciągu sezonu bale odbywały się codziennie i młodzi ludzie bywali nieraz w dwóch lub trzech domach jednego wieczoru. Pamiętam te bale. Zaproszeni goście przyjeżdżali omal że nie kuligiem, z własną służbą, siedzącą w paradnej liberii na koźle lub stojącą na tylnych stopniach powozów. Przed domem, na ulicy, rozpalano ogniska i rozstawiano poczęstunek dla stangretów. W suterenach przygotowywano wieczerzę dla przybyłych lokajów. Piękne były stroje i kwiaty. Damy obwieszały brylantami dekolty, a amatorzy szacowania cudzych bogactw oceniali ich wartość. Panie, które ukazały się skromniej ubrane, wśród otaczającego je przepychu czuły się nieszczęśliwe i jakby wstydziły się swego ubóstwa. Bogate zaś nosiły się dumnie i uważały się za królowe balu. Tańce kotylionowe z najwymyślniejszymi figurami, z kosztownymi podarkami i nagrodami dla tańczących, trwały po pięć godzin bez przerwy. Najczęściej bale kończyły się nad ranem następnego dnia i młodzi ludzie, przebrawszy się, wprost z balu udawali się do pracy, do biur i urzędów.
Rodzice moi nie lubili życia światowego i bywali na przyjęciach tylko w wyjątkowych wypadkach. Byli domatorami. Matka spędzała życie w pokoju dziecinnym, całkowicie poświęciwszy się wychowaniu dzieci, których miała dziesięcioro.
Ojciec mój do dnia swego ślubu sypiał we wspólnym łożu z moim dziadkiem znanym ze swego patriarchalnego trybu życia opartego na dawnych obyczajach, przejętych od pradziadka, jarosławskiego chłopa ogrodnika. Po ślubie ojciec przeniósł się do swego małżeńskiego łoża, w którym sypiał do końca życia. W nim też umarł.
Rodzice moi kochali się wzajemnie, zarówno w młodości, jak i na starość. Kochali również swe dzieci i dbali o jak najbliższe z nimi współżycie. Z okresu najwcześniejszego dzieciństwa najlepiej pamiętam moje własne chrzciny, odtworzone oczywiście w wyobraźni na podstawie opowiadań niani. Inne żywe wspomnienie z odległej przeszłości wiąże się z moim pierwszym występem na scenie. Było to na letnisku w majątku Lubimowka, odległym o trzydzieści wiorst od Moskwy, przy stacji Tarasowka, na linii kolei jarosławskiej. Przedstawienie odbywało się w niewielkiej oficynie stojącej na podwórzu dworskim. Pod sklepieniem na wpół rozwalonego domku urządzono malutką scenkę z kurtyną zrobioną z koców. Wystawiono zgodnie ze zwyczajem żywe obrazy pt. Cztery pory roku. Ja, mając wówczas trzy czy cztery lata, uosabiałem zimę. Jak zwykle przy tego rodzaju przedstawieniach, ustawiono pośrodku sceny niewielką choinkę, obsypaną płatami waty. Ubrany w szubkę, w czapce futrzanej na głowie, z przyczepioną długą brodą i wąsami, które wciąż podjeżdżały mi do góry, siedziałem na ziemi, nie bardzo wiedząc, w którą stronę powinienem patrzeć i co mam robić. Prawdopodobnie już wówczas doznawałem owego uczucia skrępowania, które powstaje podczas bezmyślnej bezczynności na scenie, a którego jeszcze i dziś na deskach scenicznych najwięcej się boję. Po oklaskach, które bardzo mi się podobały, ustawiono mnie na bis w innej pozie. Zapalono świecę ukrytą w ułożonym przede mną chruście, wyobrażającym ognisko, a do ręki dano mi patyczek, który miałem niby to wsuwać do ognia.
– Rozumiesz? – tłumaczono mi. – Tylko na niby, nie naprawdę.
Przy tym jak najsurowiej zabroniono mi zbliżyć patyk do świecy. Wszystko to wydawało mi się pozbawione sensu. „Dlaczego na niby, jeżeli mogę patyk naprawdę rzucić do ogniska?”
Nie zdążono jeszcze rozsunąć kurtyny na bis, gdy z wielkim przejęciem i zaciekawieniem wyciągnąłem rękę z patykiem do świecy. Wydawało mi się, że była to zupełnie naturalna i logiczna czynność, która miała sens. Jeszcze naturalniejsze było to, że wata zapłonęła i wybuchł pożar. Powstało ogólne zamieszanie, rozległy się krzyki. Porwano mnie na ręce i zaniesiono przez dziedziniec do domu, a ja gorzko płakałem.
Od tego wieczoru żyją we mnie do dziś dwa uczucia: z jednej strony radość, jaką daje powodzenie oraz sensowne przebywanie i działanie na scenie, z drugiej – ból doznanej porażki, krępujące poczucie bezczynności i bezmyślnego trwania na oczach gromady widzów.
A więc pierwszy mój występ skończył się niepowodzeniem, a spowodował je mój upór, który niekiedy, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie, dochodził do wielkiego napięcia. Ten wrodzony upór miał zarówno zły, jak i dobry wpływ na moje życie artystyczne. Dlatego właśnie o nim wspominam. Kosztował mnie wiele walk. Zachowałem o nich żywe wspomnienie.
Kiedyś we wczesnym dzieciństwie zbytkowałem podczas śniadania i ojciec zwrócił mi uwagę. Odpowiedziałem mu bez złości, lecz niegrzecznie, nie zastanawiając się nad tym, co mówię. Ojciec wyśmiał mnie. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, zmieszałem się i rozgniewałem sam na siebie. Aby ukryć zawstydzenie i dowieść, że nie boję się ojca, odpowiedziałem bezsensowną pogróżką. Sam nie wiem, jak mi się to wyrwało:
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę!
– Jakież to niemądre! – powiedział ojciec. – Jakżeż możesz mnie nie puścić?
Gdy zrozumiałem, że mówię głupstwa, bardziej jeszcze rozgniewałem się na siebie, straciłem humor i sam nie wiem, jak znów powtórzyłem z uporem:
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę!
Ojciec wzruszył ramionami i milczał. Wydało mi się to obraźliwe. Nie chcą ze mną rozmawiać! W takim razie im gorzej, tym lepiej!
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! – uporczywie i niemal bezczelnie powtarzałem te same słowa w różny sposób i na różne tony.
Ojciec kazał mi zamilknąć i właśnie dlatego powtórzyłem wyraźnie:
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę!
Ojciec dalej czytał gazetę, lecz jego wewnętrzne rozdrażnienie nie uszło mej uwagi.
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! – powtarzałem natrętnie i z tępym uporem nie będąc już w możności przeciwstawić się złej sile, która mnie ponosiła. Gdy poczułem, że nie potrafię jej opanować, zacząłem się jej bać.
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! – powiedziałem znów po chwili, wbrew woli i już nie panując nad sobą.
Ojciec począł mi grozić, a ja coraz głośniej i uporczywiej, jak gdyby siłą rozpędu, powtarzałem to samo niemądre zdanie. Ojciec stuknął palcem w stół, a ja powtórzyłem jego gest razem z uprzykrzonym zdaniem. Ojciec wstał, ja również, ale powtarzać mego refrenu nie przestałem. Ojciec zaczął niemal krzyczeć (co mu się nigdy nie zdarzało), ja uczyniłem to samo drżącym głosem. Ojciec pohamował się i przemówił łagodnie. Pamiętam, że mnie to bardzo wzruszyło i chciałem już ustąpić, lecz mimo woli powtórzyłem swoje zdanie również łagodnym tonem, przez co nabrało odcienia szyderstwa. Ojciec uprzedził, że postawi mnie do kąta. Naśladując jego ton, powtórzyłem swój frazes.
– Nie dostaniesz obiadu – powiedział nieco surowiej ojciec.
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę! – już z rozpaczą mówiłem tonem ojca.
– Kostia, pomyśl, co ty robisz! – krzyknął ojciec rzucając gazetę na stół.
Poczułem przypływ jakiegoś złego uczucia, pod którego działaniem rzuciłem serwetkę i wrzasnąłem na całe gardło:
– A ja cię do cioci Wiery nie puszczę!
„Przynajmniej prędzej się to skończy” – pomyślałem.
Ojciec uniósł się, wargi mu zadrżały, lecz natychmiast opanował się i szybko wyszedł z pokoju rzuciwszy okropne słowa:
– Nie jesteś moim synem.
Skoro tylko zostałem sam jako zwycięzca, całe szaleństwo natychmiast mnie opuściło.
– Tatusiu, przebacz, już nie będę! – wołałem zalewając się łzami. Lecz ojciec był daleko i nie słyszał mojej skruchy.
Pamiętam jak dziś wszystkie duchowe odmiany mego ówczesnego dziecięcego uniesienia i przy tych wspomnieniach znów czuję ściskający ból serca.
Innym razem w podobnym wybuchu uporu zostałem zwyciężony. Pewnego dnia przy obiedzie zacząłem chełpić się mówiąc, że nie będę się bał wyprowadzić z ojcowskiej stajni Karego, bardzo narowistego konia.
– O, to świetnie – zażartował ojciec. – Po obiedzie ubierzemy cię w szubkę, walonki i pokażesz nam swoją nieustraszoność.
– A właśnie ubiorę się i wyprowadzę! – upierałem się.
Bracia i siostry rozpoczęli ze mną sprzeczkę i twierdzili, że jestem tchórzem. Na dowód przytaczali kompromitujące mnie fakty. W miarę jak nieprzyjemnie demaskowany odczuwałem zażenowanie, z tym większym uporem powtarzałem:
– A właśnie… że się nie boję. I – wyprowadzę!
Upór mój znów zaszedł tak daleko, że trzeba było dać mi nauczkę. Po obiedzie przyniesiono szubkę, boty, baszłyk i rękawiczki; ubrano mnie, wyprowadzono na podwórze i pozostawiono samego, niby to czekając na moje pojawienie się z Karym przed frontowym wejściem. Ze wszystkich stron otaczała mnie głęboka ciemność.[Baszłyk – wełniane nakrycie głowy w postaci kapiszona spadającego aż na plecy; pochodzenia tureckiego.]Wydawała mi się jeszcze głębsza w zestawieniu ze światłem dużych okien salonu na piętrze, skąd, zdaje się, obserwowano mnie. Znieruchomiałem, mocno przygryzłem rękę przez rękawiczkę, ażeby wysiłek i ból odwróciły moją uwagę od wszystkiego, co mnie otaczało. Niedaleko ode mnie zaskrzypiały czyjeś kroki, zgrzytnęła klamka, stuknęły drzwi. Najpewniej stangret poszedł do stajni, do tego Karego, którego obiecałem wyprowadzić. Wyobraziłem sobie olbrzymiego karego konia, bijącego kopytami ziemię, stającego dęba, gotowego rzucić się naprzód i porwać mnie ze sobą jak zeschły wiór. Oczywiście, gdybym sobie wyobraził taki widok wcześniej, podczas obiadu, nie zacząłbym się przechwalać. Lecz wówczas tak mi się jakoś samo powiedziało, a odwołać tego nie chciałem – było mi wstyd. Dlatego się uparłem. Filozofowałem zaś w ciemnościach raczej dlatego, aby się rozerwać, nie rozglądać i nie myśleć o otaczającym mnie mroku.
„Będę stał długo, tak długo, aż zaczną niepokoić się i sami przyjdą mnie szukać” – zdecydowałem.
Ktoś krzyknął żałośnie, zacząłem wsłuchiwać się w dochodzące mnie odgłosy. Ileż ich było! A jeden straszniejszy od drugiego. Ktoś się skrada. Blisko. Pies? Szczur? Zrobiłem kilka kroków w kierunku wnęki, która była przede mną w ścianie. W tejże chwili coś bardzo głośno huknęło. Co to? Znów? I jeszcze raz? I tak blisko?… Pewnie Kary wali kopytami w drzwi stajni albo powóz przejechał wyboistą ulicą. A cóż to za syk?… I gwizd?… Zdawało się, że wszystkie straszliwe odgłosy, które mogłem sobie wyobrazić, nagle ożyły i szalały wokół mnie.
– Ach! – krzyknąłem i odskoczyłem w najdalszy kąt wnęki. Coś schwyciło mnie za nogę. Był to pies podwórzowy, Roska, najlepszy mój przyjaciel. Teraz jesteśmy we dwóch. Nie jest już tak strasznie. Wziąłem go na ręce – zaczął mi lizać twarz brudnym językiem. Ciężka, niewygodna, ciasno przewiązana baszłykiem szuba nie pozwalała mi uchronić twarzy od psich pieszczot. Odsunąłem pysk psa; Roska ułożyła się w moich ramionach do snu, ogrzała się i ucichła. Ktoś szybko wychodził z bramy. Czy to po mnie? I serce zabiło mi mocniej. Nie, przeszli do izby dla stangretów.
„Pewno im teraz wstyd. Wyrzucili mnie, małego, w taki ziąb z domu… Tak, jak to bywa w bajce… Nie zapomnę im tego.”
Z domu dochodziły przytłumione dźwięki fortepianu.
„To brat gra?! Jak gdyby nigdy nic. Grają! A o mnie zapomnieli! Jak długo mam więc stać tutaj, żeby sobie wreszcie o mnie przypomnieli?” Ogarnął mnie strach i zapragnąłem czym prędzej znaleźć się w salonie, w cieple, przy fortepianie.
„Dureń ze mnie, dureń! Też wymyśliłem! Wyprowadzić Karego! Bałwan jestem” – wymyślałem sobie i złościłem się zrozumiawszy cały bezsens sytuacji, z której – zdawało się – nie było wyjścia.
Brama zgrzytnęła, zatętniły kopyta koni, zaskrzypiały koła po śniegu. Ktoś podjechał pod ganek. Trzasnęły drzwi frontowe, kareta wolno wjechała w podwórze i zaczęła zawracać.
„Cioteczne siostry – przypomniałem sobie. – Spodziewano się ich tego wieczora. Teraz za nic nie wrócę do domu. Przyznać się przy nich do swego tchórzostwa!”
Przyjezdny stangret zapukał w okno, nasi stangreci wyszli, rozpoczęła się głośna rozmowa, potem otworzono szopę i wprowadzono konie.
„Pójdę do nich i poproszę, żeby mi dali Karego. Oni mi go nie dadzą – wtedy wrócę do domu i powiem, że nie dali; będzie to prawda i zręczne wyjście z sytuacji.”
Myśl ta ożywiła mnie. Puściłem Roskę i zamierzałem pójść do stajni.
„Żeby tylko przejść przez to wielkie, ciemne podwórze!” – Zrobiłem krok naprzód i zatrzymałem się, gdyż właśnie wjechała w podwórze dorożka i bałem się, żeby po ciemku nie wpaść pod konia. W tej chwili zdarzył się wypadek, sam nie wiem jaki, gdyż w ciemnościach trudno było się zorientować. Prawdopodobnie konie, postawione z karetą w szopie i uwiązane, najpierw zaczęły rżeć, potem stukać kopytami i wreszcie wierzgać. Koń dorożkarski, jak mi się zdawało, też szalał. Ktoś, zdaje się, nie mógł dać sobie rady z zaprzęgiem na podwórzu. Wybiegli stangreci i krzyczeli: „Prr, stój, trzymaj, nie puszczaj…”
Co było dalej – nie pamiętam. Stałem przy wejściu frontowym i dzwoniłem. Natychmiast wyszedł portier i wpuścił mnie. Prawdopodobnie przez cały czas był w pogotowiu i czekał na mnie. W drzwiach przedpokoju mignęła mi postać ojca, a z góry obserwowała mnie guwernantka. Nie rozbierając się usiadłem na krześle. Moje przyjście do domu było nieoczekiwane dla mnie samego i nie mogłem się jeszcze zdecydować, co mam uczynić: trwać nadal w uporze i zapewniać, że niby przyszedłem po to tylko, aby się ogrzać i znów pójść do Karego, czy przyznać się po prostu do tchórzostwa i poddać się. Byłem tak z siebie niezadowolony z powodu okazanej przed chwilą słabości charakteru, że straciłem wiarę w rolę śmiałka i bohatera. Poza tym nie miałem już przed kim odgrywać komedii, gdyż wszyscy jak gdyby o mnie zapomnieli.
„Tym lepiej, zapomnę i ja. Rozbiorę się, trochę poczekam i pójdę do salonu.”
Tak też uczyniłem. Nikt nie zapytał mnie o Karego – prawdopodobnie tak się umówili.
Cyrk
Jeszcze głębiej wryły mi się w duszę wspomnienia związane z późniejszymi wrażeniami dziecięcymi. Dotyczą one dziedziny artystycznych potrzeb i przeżyć. Wystarczy, że wskrzeszę w pamięci okoliczności minionego dzieciństwa i znów, jakby odmłodzony, doznaję znanych mi uczuć.
Oto przeddzień i ranek dnia świątecznego: przed nami dzień swobody. Z rana można pospać dłużej, a potem – dzień pełen wielu radości; są one niezbędne dla podtrzymania energii w nadchodzącym długim szeregu dni szkolnych i nudnych wieczorów. Natura pożąda świątecznego wesela, każdy, kto w tym przeszkadza, budzi w nas złość i nieprzyjemne uczucia; kto te prawa uznaje, spotyka się z tkliwą wdzięcznością.
Przy śniadaniu dowiadujemy się od rodziców, że trzeba dzisiaj złożyć wizytę ciotce (nudnej jak wszystkie ciotki) lub co gorsza, że po śniadaniu przyjdą do nas goście – nielubiani przez nas bracia i siostry cioteczne. Drętwiejemy z wrażenia i jesteśmy zmieszani. Z takim wysiłkiem dociągnęliśmy do wolnego dnia, a odebrano go nam i stworzono nudny dzień powszedni! Jak dotrwać do następnego święta?
Skoro dzień dzisiejszy jest stracony, jedyną nadzieją jest dla nas wieczór. Kto wie, może ojciec, który najlepiej rozumie potrzeby dzieci, już zatroszczył się o lożę do cyrku lub chociażby na balet, albo – w najgorszym razie – na operę. No, niechby chociaż na dramat… Biletami do cyrku rozporządzał administrator domu. Zaczyna się wywiad – gdzie on może być. Wyjechał? Dokąd? W prawo czy w lewo? Czy stangreci otrzymali rozkaz oszczędzania bitiugów (typ cięższego konia zaprzęgowego)? Jeżeli otrzymali, to dobry znak. Oznaczałoby to, że będzie potrzebna duża, czteroosobowa kareta, którą dzieci jeżdżą do teatru. Jeżeli zaś konie były zajęte w ciągu dnia, to znaczy, że nie będzie ani cyrku, ani teatru.
Lecz administrator powrócił, wszedł do gabinetu, wyjął coś z portfela i oddał ojcu. Ale co to jest? Pilnujemy. Jak tylko ojciec wyjdzie z gabinetu – my zaraz do biurka. Lecz nie znajdujemy nic prócz nudnych, urzędowych papierów. Markotniejemy. A jeśli zauważymy żółty lub czerwony papierek – bilet do cyrku – wtedy serce bije tak mocno, że słychać jego uderzenia i wszystko dokoła promienieje. Wówczas i ciotka, i cioteczny brat nie wydają się już tak nudni. Przeciwnie, jesteśmy uprzejmi dla gości, aby wieczorem, podczas obiadu, ojciec mógł powiedzieć:
– Dzisiaj chłopcy tak ładnie przyjmowali gości, tacy byli grzeczni dla ciotki, że można sprawić im niewielką (a może nawet i wielką!) przyjemność. Jak myślicie, jaką?
Czerwoni ze wzruszenia, z kęskami jedzenia, które utkwiły w gardle, czekamy, co będzie dalej.
Ojciec sięga w milczeniu do bocznej kieszeni, szuka tam czegoś spokojnie i powoli i… nie znajduje. Dłużej nie możemy już czekać, wstajemy od stołu, podbiegamy do ojca, otaczamy go, a guwernantka strofuje nas surowo:
– Enfants, écoutez donc ce qu’on vous dit. On ne ąuitte pas sa place pendant le diner [Dzieci, słuchajcie, co się do was mówi. Nie wstaje się od stołu podczas obiadu (fr.).]
Tymczasem ojciec sięga do drugiej kieszeni, wyciąga portmonetkę, zwolna wywraca kieszenie – ale nic nie znajduje.
– Zgubiłem – mówi grając bardzo naturalnie swoją rolę.
Krew ucieka nam nagle z policzków aż do pięt. Już nas prowadzą i sadzają na miejsca. Ale my nie odrywamy oczu od ojca. Spoglądamy na braci i kolegów, sprawdzamy nasze wrażenia: czy to żart, czy prawda? Lecz ojciec wyciągnął coś z kieszeni kamizelki i mówi uśmiechając się chytrze:
– Jest. Znalazłem! – i wymachuje w powietrzu czerwonym biletem.
Wtedy nikt nie jest w stanie nas utrzymać. Zrywamy się od stołu, tańczymy, tupiemy nogami, wymachujemy serwetkami, obejmujemy ojca, wieszamy mu się na szyi, całujemy czule i przymilamy się.
Od tej chwili zaczynają się nowe troski: oby tylko się nie spóźnić!
Połykamy jedzenie nie gryząc go, nie możemy się doczekać końca obiadu, potem biegniemy do dziecinnego pokoju, zdejmujemy codzienne ubrania i z namaszczeniem wkładamy odświętne kurtki. A potem siedzimy i czekamy z niepokojem, żeby się ojciec nie spóźnił. Lubi bowiem zdrzemnąć się przy kawie w opustoszałym pokoju. Jakby go tu obudzić? Chodzimy, tupiemy nogami, to zrzucimy niby niechcący jakiś przedmiot albo krzykniemy coś w sąsiednim pokoju, jak gdybyśmy nie wiedzieli, że ojciec znajduje się obok. Lecz ojciec ma mocny sen.
– Spóźnimy się! Spóźnimy! – wołamy podbiegając co chwila do wielkiego zegara. – Na uwerturę nie zdążymy, to jasne.
Opuścić uwerturę cyrkową! Czyż to nie zbyt wielka ofiara?
KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI
