Moje Tokio - Wojciech Maroszek - ebook

Moje Tokio ebook

Wojciech Maroszek

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Żorach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 387

Rok wydania: 2021

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TERMIN ZWROTU:

Wojciech M,

łoje Toki

Miejska Biblioteka Publiczna w Żorach 44-240 Żory, ul. Rybnicka 6-8 tel. 32 43 43 197, 43 44 584

Redakcja:

Natalia Michalczyk eKorekta24.pl Projekt okładki:

Paulina Kulbat, Arkadiusz Modliński Skład i druk:

Drukarnia Infopakt s. j. :

D. Stańczyk, M. Padewski

M1FJSK A. H1BU0TEKA PUBLICZNA :__W ŻORACH

Nrinw. ^

L...

WD0

Zn. klas.

ł9£.W£ oU,

9&9

Wb-W (W)"to"

6) 2021 Copyright by Wojciech Maroszek

Wydawca: Wojciech Maroszek wydawnictwo.wojciechmaroszek.pl

Nakład: 2000 szt.

ISBN: 978-83-960645-0-9

' ^

x

xiv

xv

xvi

xix

xxv

xl

xli

xlii

xliii

xliv

xlv

xlvi

xlvii

xlviii

xlix

l

li

lii

liv

lv

lvi

lvii

lviii

lix

lx

lxi

lxiv

lxv

lxvi

lxvii

lxviii

lxix

v

xiv

xv

xvi

xix

xxi

xxv

xxx

v

xvi

' ^

Vjv \

Mamie, Siostrze i Żonie

Część 1. Nominacja olimpijska

Przyznaję to chyba pierwszy raz publicznie: nigdy nie grałem w siatkówkę w klubie sportowym. Gdy w 1996 roku posyłano mnie na kurs dla sędziów szczebla centralnego, ówczesny szef Wydziału Sędziowskiego w województwie kazał mi w ankiecie napisać, że jako młodzik występowałem w KS Baildon Katowice. Klubie, który w 1996 roku już nie istniał (parę lat później wyburzono nawet charakterystyczną halę sportową przy ulicy Chorzowskiej). Fakt, że jestem byłym zawodnikiem, miał być mile widziany przez Polski Związek Piłki Siatkowej przy kwalifikacji na kurs. Jednak w czasie szkolenia nikt nie poruszył tego tematu.

Co oczywiście nie oznacza, że nie grałem w ogóle. Z reprezentacją szkoły, w której łapałem się do szóstki jako ostatni-do-ataku przyjmujący, doszliśmy do finału szkolnych mistrzostw województwa. Przegraliśmy tam sromotnie ze szkołą z Jastrzębia-Zdroju,-zespołem składającym się z zawodników KS Jastrzębie-Zdrój, w tym z moim późniejszym przyjacielem, a obecnie sędzią PlusLigi Markiem Budzikiem, który jest moim równolatkiem. Po jednej z zagrywek Marka zostałem zresztą zmieniony.

Z kolei po zakończeniu uprawiania lekkoatletyki zacząłem grać w amatorskiej lidze w Żorach. To oznaczało regularne treningi dwa razy w tygodniu plus mecze. Do tego sam poprawiałem swoją motorykę pod kątem siatkówki. W jednej z pierwszych edycji ligi zajęliśmy z kolegami trzecie miejsce, a fotografię ze mną - jeszcze z bujną fryzurą - nadal można znaleźć na Hali Sportowej MOSiR w Żorach. Poziom oczywiście był amatorski, ale jak na to, że grało wtedy 12 zespołów, wypadliśmy bardzo dobrze.

Jako nastolatek przez kilka lat szukałem swojego miejsca w sporcie. Byłem ponadprzeciętnie sprawny, ale nie potrafiłem znaleźć dyscypliny, do której się najlepiej nadaję. Najbardziej lubiłem koszykówkę, lecz gdy poprosiłem o przyjęcie do Baildonu Katowice (tak, tego klubu, w którym miałem grać w siatkówkę), okazało się, że grupa jest już bardzo zaawansowana, szczególnie siłowo i taktycznie.

W 1990 roku pierwszy raz w życiu zobaczyłem w telewizji zawody w chodzie sportowym. W czasie mistrzostw Europy w Splicie Robert Korzeniowski zajął czwarte miejsce. Spodobały mi się mieszanka techniki z wytrzymałością i nawiązanie do szybkich, długich marszów, które sam uwielbiałem, szczególnie w górach. Gdy jeszcze okazało się, że na miejscu mam klub (środowiskowy AZS Katowice), który prowadzi swoją grupę chodziarzy, postanowiłem spróbować.

Treningi odbywały się na Bańgowie, osiedlu w Siemianowicach Śląskich, przy ośrodku Telewizji Katowice. Z mojego bloku na Osiedlu Tysiąclecia w Katowicach trzeba było przebiec przez park Śląski (wówczas pod nazwą Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku) jakieś dwa i pól kilometra - idealna rozgrzewka.

Technikę chodu załapałem szybko i w pierwszych zawodach uczestniczyłem już po paru tygodniach. A pół roku później niespodziewanie świętowałem brązowy medal Halowych Mistrzostw Polski Juniorów Młodszych, zdobyty w Spale, na dystansie trzech kilometrów.

Niestety potem był długi okres braku rozwoju. Mój trener, nieżyjący już Antoni Kraus, wówczas pewnie 70-latek, był osobą barwną, z mnóstwem opowieści o złotej erze polskiej lekkoatletyki, w której sam uczestniczył. Jednak jako trener szukał raczej nietypowych rekordów (typu rekord Polski 10-latka w chodzie jednogodzinnym) niż spokojnego rozwoju zawodnika. Stąd treningi opierały się na interwałach o dużych in-tensywnościach, bez tak zwanego wychodzenia (odpowiednika wybiegania, czyli spokojnych, długich dystansów).

W grupie byłem najstarszy i wkrótce najszybszy. Było tam kilkanaście fajnych dzieciaków, dla których na obozach byłem kimś w rodzaju starszego brata. Nieraz pocieszałem tęskniących za domem albo pomagałem się zorganizować z praniem, suszeniem czy pakowaniem.

Pamiętam też, jak trener wysłał nas samych zimą szlakiem na któryś ze szczytów w Beskidach i kazał zejść po drugiej stronie masywu. Brnęliśmy w śniegu i mgle przez parę godzin, zanim dotarliśmy do schroniska na szczycie. Po drodze dzieciaki zaczęły mi się kłaść na śniegu z braku sił. Większość była kompletnie nieprzygotowana do wyprawy. Nie dostaliśmy żadnego prowiantu, wszyscy w dresach, butach do biegania, czapkach i rękawiczkach.

Podzieliliśmy między sobą całe nasze jedzenie, a w schronisku z własnego kieszonkowego kupiłem nam ciepłe posiłki. Na szczęście w drodze powrotnej forma i humory były już lepsze. Trener tłumaczył nam potem, że sportowiec musi być twardy i odważny. Stąd takie wyzwania stawiane przed nami.

O tym, jak szalony był mój trener, może świadczyć posyłanie samotnie dwójki nastolatków pociągiem na drugi kraniec Polski na zawody. Jechaliśmy nocnymi połączeniami, czasem konieczne były przesiadki albo oczekiwanie przy dworcu na pierwszy autobus dnia. Prosto z podróży meldowaliśmy się na stadionie lub w biurze zawodów. O noclegu w hotelu nie było mowy.

Zwariowanym wyjazdem była też wyprawa do Norwegii. Pojechaliśmy we troje: trener, Kasia (młodsza ode mnie o rok lub dwa) i ja. Pociągiem do Świnoujścia, potem promem do Ystad. A dalej... autostopem. Każdy uczestnik podróży sam, bo brakowało chętnych do zabrania trójki.

Na pewno to wszystko uczyło nas samodzielności. Ale dzisiaj nie wyobrażam sobie posyłania na takie samotne eskapady 12-15-latków. Byłaby afera jak się patrzy.

W wieku 18 lat zmieniłem klub i zostałem kolegą klubowym Roberta Korzeniowskiego w AZS AWF Katowice. OK, „kolegą" to za dużo powiedziane. Na trasie widziałem się z Robertem parokrotnie, na obozie w Kobylej Górze, gdzie on przygotowywał się do igrzysk olimpijskich w Atlancie. Potem spotkaliśmy się na moich pierwszych mistrzostwach Polski seniorów, kiedy on jako mistrz czekał, aż zawody ukończą wszyscy przeciwnicy, by podziękować im za walkę.

Mój nowy trener, Stanisław Marmur, to złoty człowiek. Całe swoje dorosłe życie poświęcił na treningi młodych wytrzymałościowców. Pasjonat czystej wody. Wychował mistrzów Polski i olimpijczyków. Nadal możecie go spotkać ńa stadionie przy ulicy Mikołowskiej.

Obaj wiedzieliśmy, że mój potencjał nie zagwarantuje mi udziału choćby w mistrzostwach Europy. Ale doszliśmy do rozsądnego porozumienia: z grupą trenowałem raz lub dwa razy w tygodniu na stadionie, a pozostałe treningi odbywałem samodzielnie w parku Śląskim. Ode mnie samego zależało więc, co osiągnę. Zmienił się zupełnie plan treningowy. Pojawiły się długie, spokojne odcinki, praca nad techniką i dłuższe odcinki tak zwanego drugiego zakresu.

W parku wyznaczyłem sobie dwie pętle ze zmierzoną rowerem długością. I spędziłem na nich setki godzin przez kolejne trzy lata. To był czas, gdy w całym parku było może 10 joggerów, dopiero później alejki zapełniły się biegającymi. Wkrótce więc rozpoznawaliśmy się z daleka i pozdrawialiśmy, mijając.

Treningi chodowe są długie, często dwu-, dwuipółgodzinne. Proszę o niekwalifiko-wanie mnie do grupy wariatów, ale takie samotne spędzanie czasu sprawiało mi wtedy dużo frajdy i dawało okazje do różnych przemyśleń.

Efektem treningów były przyzwoite jak na 19-latka czasy: 1:32:35 na 20 kilometrów, 45:02 na 10 kilometrów (na stadionie) i 12:51 na 3 kilometry. Byłem w reprezentacji Polski juniorów w 1993 roku, zostałem mistrzem województwa, akademickim mistrzem Polski i młodzieżowym wicemistrzem Polski. Do szczęścia zabrakło kolejnych medali ju-niorskich. Nie zmienia to faktu, że przygodę z chodem wspominam z dużą przyjemnością.

Tylko część zdjęć, które chciałem pokazać, ma odpowiednią jakość, by je wydrukować. Większość fotografii znajdziecie pod linkami internetowymi, do których prowadzą kody QR.

Trener kadry Krzysztof Kisiel po moim wejściu w wiek seniora zaproponował mi starty na dystansie 50 kilometrów. Musiałbym jednak znacznie zwiększyć obciążenia treningowe. Nie widziałem szans na istotne złamanie czterech godzin na tym dystansie, co pozwalałoby myśleć o występach międzynarodowych. W tym czasie byłem już studentem ekonomii oraz instruktorem i sędzią siatkarskim. Dylemat có do przyszłości zakończył się, gdy na letnim obozie wystąpiły u mnie objawy żółtaczki. W trakcie treningu musiałem zejść z trasy i wyjechałem z obozu do domu (objawy zniknęły jak nożem uciął...).

ii

Ale, ale! Miało być o piłce siatkowej!

Siatkówkę, polubiłem chyba wtedy, gdy moja młodsza o rok Siostra Agnieszka zaczęła ją uprawiać (178 centymetrów wzrostu, leworęczna, zawodniczka Kolejarza Katowice, w kadrze wojewódzkiej). Kibicowałem jej na meczach, potem chodziłem na spotkania seniorek Kolejarza, ale też na Baildon Katowice, który grał w męskiej ekstraklasie.

W zespole Agnieszki przez krótki czas uczyłem się pisać statystyki, aż w końcu zechciałem pozostać przy dyscyplinie na dłużej. Wkrótce zostałem sędzią, a parę miesięcy później - instruktorem siatkarskim. Przez kilka lat rozstrzygało się, która rola będzie dominować.

Wspólnie z moim wuefistą Robertem Serżysko w 1995 roku założyliśmy Uczniowski Klub Sportowy Tysiąclecie przy naszym IX LO. Na wielkim osiedlu, liczącym ponad 20 tysięcy mieszkańców, nie było wtedy żadnego klubu sportowego! Z początku moim zamiarem było rozkręcić zespół organizacyjnie. Rozpoczęliśmy od zorganizowania ogólnomiejskich zawodów w minisiatkówkę, długo przed rozgrywkami ogólnopolskimi znanymi powszechnie jako „kinderki". W czterech turniejach wzięło udział 500 dziewcząt i chłopców. Każdy uczestnik otrzymał pamiątkową koszulkę, co wówczas było zupełną nowością.

Wkrótce utworzyliśmy grupę młodszych młodziczek, której prowadzenie powierzyliśmy Agnieszce Legień, byłej zawodniczce Płomienia Sosnowiec, prywatnie żonie Rafała Legienia (zawodnika ekstraklasowego Płomienia, Legii Warszawa czy Jastrzębskiego Węgla). Po kilku miesiącach Agnieszka ze względu na swoje inne plany musiała się rozstać z klubem i funkcję trenera objąłem ja.

Prowadziłem ekipę przez ponad rok i był to fantastyczny czas. Dziewczyny okazały się bardzo chętne do pracy, na treningach zawsze mieliśmy dużą frekwencję. Z każdym miesiącem podnosiły swój poziom gry, a dwie z nich nawet trafiły na zgrupowania wojewódzkie. Jak na młodego trenera przystało, szukałem rozwiązań nietypowych: graliśmy systemem 3 + 3, z trzema rozgrywającymi, które w części ustawień wspomagały przyjęcie i atak.

Dziewczyny świetnie serwowały i grały blokiem. Na meczach zawsze było mnóstwo emocji i więcej radości z wygranych niż smutku z porażek. Chociaż do najlepszych brakowało nam zarówno umiejętności, jak i warunków fizycznych.

Nagrodą dla dziewczyn na koniec sezonu było rozegranie meczu w Spodku dzień przed Ligą Światową - to tak zwana klinika, w czasie której testuje się pracę wszystkich osób zaangażowanych w prawdziwy mecz. Byli więc sędziowie międzynarodowi, sędziowie liniowi, spiker, muzyka. Wszystko na płycie głównej Spodka, przy pełnym oświetleniu. I chociaż trybuny były puste, to kto by się tym przejmował?

Po pełnym sezonie pojechaliśmy na dwutygodniowy obóz. W pierwszym tygodniu pracowaliśmy niezwykle ciężko i z wielką motywacją. Niestety w połowie zgrupowania w to samo miejsce dotarli młodzi piłkarze któregoś czwartoligowego zespołu, bodajże z Dolnego Śląska. Moje relacje z dziewczynami rozleciały się w parę dni, a uwaga zawodniczek została skierowana w innym kierunku.

Byłem bezradny. Cały mój autorytet wyparował w przeraźliwie krótkim czasie. Brakowało mi doświadczenia pedagogicznego i życiowego (miałem wówczas ze 23 lata). Jednocześnie czułem zazdrość o uwagę swoich zawodniczek.

Po czasie mogę stwierdzić, że nie mam pretensji do dziewczyn - młodość ma swoje prawa. Mnie jednak zabrakło wtedy innych pomysłów niż pilnowanie korytarzy długo w nocy (i ciągłe łapanie zawodniczek na nielegalnym przemieszczaniu się, mówiąc językiem pandemicznych obostrzeń) oraz karanie niesubordynacji ćwiczeniami fizycznymi. W drodze powrotnej z obozu podjąłem chyba najlepszą możliwą decyzję. Rodzicom odbierającym dziewczyny oznajmiłem, że nie będę już trenerem zespołu i spróbujemy znaleźć kogoś na moje miejsce.

Mieliśmy jako klub dużo szczęścia, bo z dziewczynami zgodził się pracować A\o-man Gil (Kolejarz Katowice, BBTS Bielsko-Biała) i swój ostatni sezon jako młodziczki zakończyły one na siódmym miejscu w gronie ponad 50 zespołów.

Pomimo trudnego wtedy rozstania z dziewczynami (przepraszam, dzisiaj już paniami, mamami), utrzymujemy do dzisiaj serdeczny kontakt przez social media.

iii

Moja przygoda z gwizdkiem zaczęła się niewiele wcześniej niż ta trenerska. W tamtych czasach środowisko siatkarskie było znacznie mniejsze niż teraz. A im mniej zespołów, tym mniejsze zapotrzebowanie, na sędziów. Kurs, na który zapisałem się w 1992 roku, był pierwszym od kilku lat w ówczesnym województwie katowickim. A i nas na kursie było niewielu, chyba ośmiu uczestników.

Kurs polegał zasadniczo na organizowanych raz w miesiącu zajęciach teoretycznych. Na pierwszych zajęciach nie mogłem być ze względu na kończący się sezon lekkoatletyczny. Poprosiłem więc swoją Mamę, by na nie pojechała, bo spodziewaliśmy się, iż będą to głównie zajęcia organizacyjne. Tymczasem na starcie prowadzący poprosił o wyciągnięcie kartek i zrobił kartkówkę z pierwszych rozdziałów przepisów gry! Moja biedna Mama poczuła się w obowiązku i ten test wypełniła. Na tyle dobrze, że mogłem dalej uczestniczyć w kursie, już osobiście. Oczywiście długo mi potem ze śmiechem wypominano to przysłane zastępstwo.

Te zajęcia teoretyczne miały zresztą właśnie taki nietypowy rytm - na początku lekcji kartkówka z rozdziałów, które dopiero potem omawiał prowadzący. Cóż, taki był wtedy obyczaj. Kurs ukończyło nas bodajże siedmiu, a w tym trzech obecnych sędziów PlusLigi: Marcin Weiner (także prezes Śląskiego Związku Piłki Siatkowej), Marek Budzik oraz ja.

Z Marcinem zaprzyjaźniliśmy się już na kursie i potem mocno się wspieraliśmy od początku naszej przygody z gwizdkiem. Wówczas wiele spotkań młodzieżowych gwizdał jeden sędzia, my zaś jeździliśmy na nie we dwóch. Na hali zawsze witały nas najpierw zdziwienie, że jest nas dwóch, a potem ulga, że rachunek za sędziowanie wystawia tylko jeden. My korzystaliśmy na tym, że mieliśmy więcej meczów w nogach (a raczej w rękach) i okazję do poćwiczenia sędziowania jako sędzia drugi. Po jakimś czasie tę naszą praktykę wychwycił jednak Wydział Sędziowski i zakazał wspólnego sędziowania, jako niezgodnego z formalną delegacją na zawody.

W meczu siatkówki sędziowie pełnią następujące funkcje:

Sędzia pierwszy - podejmuje ostateczne decyzje, jest szefem komisji sędziowskiej. Stoi na podwyższeniu przy jednym ze słupków, na których zawieszona jest siatka. Jego wzrok powinien się znajdować mniej więcej pół metra nad siatką.

Sędzia drugi - podobnie jak sędzia pierwszy używa gwizdka i ma swój katalog decyzji o błędach w grze, za które odpowiada. Stoi na podłodze, przy drugim słupku.

Sędziowie liniowi-jest ich dwóch lub czterech, ale nie zawsze są wyznaczani. Używają do sygnalizacji chorągiewek i stoją blisko narożników boiska. Oceniają przede wszystkim miejsce upadku piłki i to, czy dotknęła ona bloku.

Sędzia sekretarz - siedzi przy stole za sędzią drugim i wypełnia protokół zawodów. Coraz częściej jest to protokół elektroniczny, wypełniany na komputerze lub tablecie. Wówczas sekretarza nazywamy protokolantem elektronicznym.

Sędzia główny / kwalifikator - nie jest wyznaczany na każde spotkanie. Jego główne zadanie to ocena pracy pozostałych sędziów. Siedzi najczęściej obok sędziego sekretarza.

Sędzia challenge - jako osobna funkcja występuje w rozgrywkach międzynarodowych. Jego zadaniem jest analiza powtórek, gdy zażąda tego zespół niezga-dzający się z decyzją pozostałych sędziów. Pracuje wraz z operatorami systemu challenge na wydzielonym na hali stanowisku.

Sędzia rezerwowy - także występuje tylko w rozgrywkach międzynarodowych. Pomaga pozostałym sędziom w kontroli zachowania uczestników spotkania. I oczywiście gotów jest zastąpić innego sędziego w razie takiej potrzeby. W niektórych zawodach pojawia się jeszcze rezerwowy sędzia liniowy.

Słabo pamiętam swój samodzielny debiut: spotkanie młodzików w Sosnowcu, mój pierwszy mecz po kursie i jedyny w sezonie 1992/1993 (kurs kończył się pod koniec rozgrywek). Oczywiście pięciosetówka, bo jakżeby inaczej? Stawka meczu nie była wysoka i na szczęście trenerki prowadzące ekipy z dużą cierpliwością znosiły moją niezdarność. W każdym razie po tym starciu nadal miałem ochotę sędziować w kolejnych zawodach.

Z początkiem następnego sezonu byłem sędzią drugim w meczu gwizdanym przez Andrzeja Kuchnę, sędziego szczeblowego, wtedy pnącego się już ku męskiej ekstraklasie. Od-gwizdałem jakiś błąd ustawienia. Zespół spojrzał na mnie zdziwiony. Trener poprosił o wyjaśnienie. Powiedziałem, co wiedziałem. Pokręcili głowami, ale graliśmy dalej. Za chwilę ja znowu gwiżdżę i znowu nikt nie rozumie, o co mi chodzi. Andrzej zaprosił mnie do swojego stanowiska. „Oni dobrze stoją, nie gwiżdż więcej. Po meczu ci wszystko wyjaśnię".

Oczywiście okazało się, że źle rozumiałem zasady dotyczące ustawienia zawodników na boisku. Andrzej spokojnie mi wszystko wytłumaczył. Kontrola ustawienia to jeden z trudniejszych aspektów sędziowania siatkówki dla nowych arbitrów. Sam parokrotnie tłumaczyłem młodym sędziom te reguły, chociaż przecież były już omawiane na kursie podstawowym.

Andrzej Kuchna jako pierwszy wróżył mi olimpijską karierę. Dowcip polega na tym, że zrobił to w 2002 roku, gdy dopiero awansowałem do roli sędziego najwyższych rozgrywek w kraju. Niemal 20 lat przed Tokio!

Zaprzyjaźniłem się z Andrzejem i jego bliskimi. Wspólnie z innymi sędziami Plus-Ligi - Markiem Lagierskim, Piotrem Królem i Markiem Budzikiem - stworzyliśmy paczkę spotykającą się towarzysko całymi rodzinami. No i regularnie sędziowaliśmy wspólnie mecze PlusLigi.

Dobrze pamiętam też swój debiut w męskiej ekstraklasie (wówczas nazywającej się „Polska Liga Siatkówki"). Sędzią pierwszym był Andrzej Lemek, a grały Skra Bełchatów i NKS Nysa. Wydawało mi się, że jestem właściwie przygotowany i nawet spokojny przed zawodami. Pierwszą oznaką, że tak nie jest, było to, że próbując przypiąć swój znaczek do koszulki, urwałem agrafkę. Mieliśmy już wychodzić na boisko, a ja w nerwach przyszywałem znaczek (miałem ze sobą taki podróżny zestaw ratunkowy).

Mecz okazał się jednostronny, Skra wygrała planowo 3:0. Andrzej Lemek był już wówczas uznanym arbitrem, więc swoim autorytetem chronił mnie od debiutanckich błędów. Pamiętam, że na początku meczu odgwizdał dotknięcie siatki (co należało do moich obowiązków). „Kurde, nie widziałem tego dotknięcia", pomyślałem przerażony. Chwilę później zobaczyłem dotknięcie siatki, ale trema nie pozwoliła mi gwizdnąć -znowu odgwizdał je Andrzej. Kiedy wreszcie za trzecim razem i zobaczyłem, i odgwiz-dałem błąd, poczułem, że debiutancki stres jest za mną i mogę się zająć sędziowaniem.

Gdy zaczynałem, w województwie były trzy szczeble awansu sędziowskiego: najpierw rozgrywki młodzieżowe, potem seniorskie kobiet i następnie seniorskie mężczyzn. Ponieważ w województwie brakowało sędziów, miałem szansę szybko awansować, jeden szczebel co sezon. W trzecim sezonie sędziowania, po zaledwie kilku meczach seniorów, posłano mnie na kurs sędziów szczebla centralnego (województwo musiało nieco nagiąć zasady, by wysłać tam 22-latka, ale inaczej straciłoby miejsce na kursie). Kandydatem numer 1 był wtedy Marek Budzik, lecz on wybierał się właśnie do Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie i zrezygnował z walki o szczebel centralny.

Nabór na szczebel składał się wówczas z dwóch elementów: sędziowania ćwierćfinału mistrzostw Polski juniorów i testu teoretycznego w Warszawie. Mój turniej odbywał się w Częstochowie, a oceniał nas Jacek Spisak, emerytowany sędzia międzynarodowy, który wkrótce został członkiem Komisji Sędziowskiej FIVB. Zostałem przez niego wysoko oceniony, być może także dzięki konsekwentnemu sędziowaniu - któryś z meczów rozpocząłem od odgwizdania czterech błędów gry w przestrzeni przeciwnika jeden po drugim!

W siatkówce trzeba grać piłką po swojej stronie siatki. Są tylko dwa możliwe wyjątki od tej zasady: gdy biegniesz odzyskać piłkę lecącą za (lub nad) an-tenką oraz gdy blokujesz atak przeciwnika - ale tylko wtedy, kiedy ten już uderzył piłkę. Jeżeli więc po złym przyjęciu zagrywki piłka leci nad siatkę, rozgrywający nie może nawet jednym palcem dotknąć piłki po stronie przeciwnika. Podobnie jeśli zawodnik atakuje, cały kontakt z piłką musi się odbyć po jego stronie siatki. O błędzie decyduje miejsce kontaktu z piłką, a nie sama pozycja piłki.

W erze systemu challenge powtórka analizowana jest klatka po klatce. Jeżeli chociaż na jednej widać kontakt zawodnika z piłką po stronie przeciwnika, popełnia on błąd.

Z tego turnieju pamiętam też wieczorne opowieści pana Jacka dotyczące jego długiej kariery. I wspólne oglądanie turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich w Atlancie. Mecze rozgrywane były jeszcze starym systemem punktowym i trwały nawet po trzy godziny! W Patras Polacy awansowali do turnieju głównego po dramatycznym piątym secie z gospodarzami. Po 16 latach przerwy nasza reprezentacja wróciła na igrzyska!

Na test teoretyczny wszyscy kandydaci zjechali się do Warszawy. Uczyłem się do niego jak szalony. Większość przepisów znałem wtedy na pamięć. Ten test traktowałem jak maturę, jak jeden z najważniejszych w życiu egzaminów - a sprawdzian okazał się dość prosty. I tak oto zostałem sędzią szczebla centralnego.

Przez pierwsze dwa lata sędziowałem rozgrywki II ligi kobiet. Regularnie otrzymywałem sześć nominacji na podwójne mecze (grano mecz w sobotę i rewanż w niedzielę) w całym sezonie. Dzisiaj sędziowie szczeblowi sędziują średnio po przeszło 20 spotkań w sezonie, dwa razy więcej. W 1998 roku awansowałem do grupy „I liga kobiet / II liga mężczyzn", a w 2000 roku trafiłem do nowo utworzonej grupy sędziującej eksttaklasę kobiet (wcześniej łączonej z I ligą mężczyzn). W konsekwencji w całej swojej karierze najmniej meczów przesędziowałem w I lidze mężczyzn, niejako bowiem przeskoczyłem ten poziom rozgrywek.

System lig siatkarskich w Polsce bardzo się zmienił, od kiedy zacząłem sędziować. Najwyższy poziom rozgrywek to ligi zawodowe: Tauron Liga dla kobiet i PlusLiga dla mężczyzn. Ich zwycięzcy otrzymują tytuł mistrza Polski. Szczebel niżej znajdują się I ligi, po jednej dla kobiet i dla mężczyzn. Poniżej, ale nadal jako rozgrywki ogólnopolskie, toczy się walka w II ligach. Są one podzielone na mniejsze grupy, których zwycięzcy spotkają się na jednym turnieju decydującym o awansach do I ligi.

Równolegle do rozgrywek ligowych w każdym roku organizowany jest Puchar Polski. Mogą brać w nim udział wszystkie zespoły od II ligi w górę. To wieloetapowy proces, w którym pary zespołów zestawiane są w wyniku losowania, a drużyna przegrywająca pojedynek odpada z rywalizacji.

Rozgrywki toczą się także niżej, w poszczególnych województwach. Na Śląsku mamy I, II, a czasem i III Ligę Śląską - zależnie od liczby zainteresowanych zespołów.

Obok rozgrywek seniorskich istnieje system zawodów młodzieżowych. Ekipy podzielone są na trzy kategorie wiekowe i najpierw walczą z innymi zespołami w swoich województwach. Najlepsze z nich grają w turniejach ogólnopolskich, kończących się mistrzostwami Polski.

W grudniu 2000 roku niespodziewanie otrzymałem nominację na turniej finałowy Pucharu Polski kobiet. Sędziowałem tam z najbardziej znanymi arbitrami: Grzegorzem Jacyną, Januszem Kołodziejczykiem i Cezarym Matusiakiem. Panowie z dystansem patrzyli na 26-letniego młokosa, czemu się nie dziwię. Na ochotnika do wzięcia mnie na sędziego drugiego w swoim półfinałowym meczu zgłosił się Janusz Kołodziejczyk. Pałac Bydgoszcz pewnie pokonał wówczas Melnox Mielec 3:0, a ja nie narobiłem panu Januszowi żadnych kłopotów. Ta nominacja była wyraźnym sygnałem, że jestem traktowany jako talent sędziowski.

Wreszcie w 2002 roku, w wieku 28 lat, zadebiutowałem w ekstraklasie mężczyzn. Przez kilka lat byłem najmłodszym sędzią na tym poziomie, a historycznie podobno drugim, właśnie za Jackiem Spisakiem, decydującym o mojej obecności na szczeblu centralnym kilka lat wcześniej.

Skąd takie szybkie awanse? Zakładam, że jakość sędziowania miała istotne znaczenie. Na pewno byłem też postrzegany przez szefostwo Śląskiego Związku Piłki Siatkowej jako młoda nadzieja regionu i zawsze wspominany pozytywnie przy dyskusjach o awansach. Wpływ na wejście do ekstraklasy na pewno miała także dobra opinia o mnie Janusza Biesiady, ówczesnego prezesa Polskiego Związku Piłki Siatkowej.

Janusz Biesiada razem z sekretarzem generalnym PZPS Arturem Popko dążyli wówczas do wykreowania nowej grupy sędziów, przygotowanych do pracy w przyszłej lidze zawodowej i do sędziowania najważniejszych zawodów międzynarodowych. Szukali więc nowych twarzy i parli do ich awansowania. Był to element przeprowadzanych przez nich wspólnie wielkich zmian wewiązku, z których bodaj najważniejsza była decyzja o przystąpieniu do grania w Lidze Światowej. I właśnie pierwszy mecz w Polsce \ w ramach Ligi Światowej był momentem, gdy zostałem zauważony.

W dniach 5-6 czerwca 1998 roku w katowickim Spodku Polska podejmowała Brazylię. Nikt za bardzo nie wiedział, jak się .organizuje takie zawody. W wyniku jakichś niedomówień zostałem wysłany dwa dni przed meczem na lotnisko w Pyrzowicach, by odebrać nominowanego na te zawody sędziego koreańskiego. Oczywiście okazało się, że PZPS przygotował jak należało swój samochód i moja wizyta jest niepotrzebna. Jednak tym samym samolotem przyleciała kadra Brazylii i przed terminalem pojawiła się ekipa telewizyjna kręcąca krótkie wywiady z zawodnikami. W pewnym momencie dziennikarka podeszła również do Koreańczyka i poprosiła go o kilka słów, ale że sama nie mówiła po angielsku, zaangażowała do tłumaczenia mnie. Obok nas stał Janusz Biesiada i nie omieszkał zapytać, kim jestem. Najwyraźniej swoim sprawnym tłumaczeniem zrobiłem na nim dobre wrażenie. Tak trafiłem na jego własną listę kandydatów do nowej fali sędziowskiej.

v

A wiecie, że w Spodku miałem przez kilka lat swoją linię jako sędzia z chorągiewką? Pozycja numer 3, czyli na długiej linii po stronie ławek zespołów i sędziego drugiego. Stałem tam na tym pierwszym meczu Ligi Światowej z Brazylią. To było niezwykłe przeżycie! Trybuny pełne żywiołowych fanów (skąd my nagle wiedzieliśmy, jak kibicować? Przecież wcześniej nie było u nas takich rozgrywek!), pierwsze próby z grupowymi śpiewami, hałas taki, że człowiek nic słyszy własnych myśli. Biało-czer-woni kibice z poziomu boiska zlewają się w radosną, różową masę, z której nie sposób wyłowić poszczególnych osób.

Przeżywaliśmy ten mecz niesamowicie. Pamiętam, że kiedy na prezentację pierwszych szóstek na chwilę wyłączono światła, w ciemnościach zdołałem dojrzeć Waldemara Kawkę (dziś asystenta trenera kadry kobiet, ale wcześniej sędziego I-ligowego), liniowego po przekątnej, jak robi przysiady, by spalić choć trochę adrenaliny.

Spodek był dla mojej generacji nieco podupadłą halą, która nijak nie kojarzyła się z wielkim sportem. Żeby było śmieszniej, w czasie tego meczu nad Katowicami przeszła ulewa i przez kopułę u szczytu hali zaczęła kapać woda. W przerwie na środku boiska postawiono wiadro, a potem wyznaczono specjalnego moppersa, by co chwila wbiegał pod siatkę i wycierał ciągle odnawiającą się plamę. Na szczęście obsługa szybko znalazła jakieś płachty folii i rozwiesiła je pod kopułą, aby można było normalnie dokończyć grę.

Oglądając mecz siatkarski, zwróćcie uwagę, -ile osób - obok zawodników i sztabów - zaangażowanych jest w zawody. Sześciu podawaczy piłek, czterech lub więcej moppersów. Sędziowie gwiżdżący, sędziowie liniowi, sekretarz. Spiker, człowiek od tablicy wyników, komisarz. Ludzie od wyposażenia, biegnący, gdy trzeba przy kleić odstającą reklamę albo pas boiska. Ekipa od LED-owych band reklamowych. Kamerzyści, komentatorzy i realizatorzy siedzący gdzieś w wozie transmisyjnym przy hali. Cheerleaderki. Armia ludzi pracuje na to, aby mecz był naprawdę ciekawym widowiskiem sportowym!

Przez kolejne lata Spodek był najczęściej wykorzystywaną halą na rozgrywki reprezentacji Polski, a ja miałem przyjemność wielokrotnie pełnić funkcję sędziego liniowego na pozycji numer 3. Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje turniej kwalifikacyjny do igrzysk olimpijskich w Atenach w 2000 roku. Nie było wówczas systemu challenge. To jedyny znany mi przypadek, gdy oficjel PZPS wszedł do naszej szatni i wprost powiedział, że „tyle" (tu rozstawił ręce na dobre 30 centymetrów) ma wynosić poprawka w naszych decyzjach na korzyść polskiej drużyny.

W meczu z Bułgarią, przegranym przez nas 1:3, doszło do kontrowersyjnej sytuacji. Widziałem, że jeden z bułgarskich zawodników, przebijając piłkę, zahaczył o antenkę. Podniosłem chorągiewkę i zacząłem machać. A tu gwizdka brak, nasi grają, pozostałe chorągiewki w dole. No to wycofałem się ze swojej sygnalizacji. Po przegranej wymianie były pretensje. Ja zachowałem się właściwie, zgodnie ze sztuką. Tymczasem oczekiwano, że bezczelnie podejdę niewzywany do sędziego, by powiedzieć, co widziałem. Gdybym był sędzią pierwszym i liniowy zachowałby się w taki sposób, nie zmieniłbym

własnej decyzji i uznałbym delikwenta za niewiarygodnego drukarza, jak sądzę.

Po wygranej z Holendrami, ówczesnymi mistrzami olimpijskimi, o awansie decydował mecz z Jugosławią, na którym znowu byłem na swoim stanowisku. Reprezentacja przegrywała 1:2 w setach, by w czwartej partii wyjść na prowadzenie 23:17 i niestety tę partię przegrać, a w konsekwencji pożegnać się z marzeniami o występie w Sydney.

Ten wynik - prowadzenie 23:17 - jest do dziś uznawany za niebezpieczny dla naszej reprezentacji. Parę lat później prowadziliśmy w takim stosunku z Serbią w Lidze Światowej i też przegraliśmy. Zdaje się, że taka sytuacja jeszcze gdzieś nam się przydarzyła...

W 2001 roku Spodek miał gościć turniej finałowy Ligi Światowej. Janusz Biesiada zaproponował mi, bym w tym turnieju pełnił funkcję referee managera - osoby zajmującej się obsługą sędziów. Oczywiście zgodziłem się od razu, chociaż postawiono sprawę jasno: to będzie wolontariat.

Dla mnie była to jednak okazja do poznania najlepszych sędziów tamtego czasu - z Jarmo Salonenem, Belą Hoborem i Juanem „Negro" Pereirą na czele. I do współpracy z legendarnym szefem sędziów FIVB doktorem Endre Holvayem. Spędziłem wtedy w Spodku okrągły tydzień, wychodziłem z niego tylko do rodziców na Osiedle Tysiąclecia, by wyprowadzić psa i się przespać. Jednak nie. oddałbym za nic możliwości udziału w tak wielkiej imprezie.

Dzień przed zawodami odbyła się klinika - mecz testowy. Nie pamiętam, by wypadła źle. Ale po godzinie 23 dostałem telefon, że mam natychmiast stawić się w Spodku. Około północy w jednej z sal zorganizowano nerwowe spotkanie. Przedstawiciele FIVB siedzieli w półkolu, my naprzeciwko nich. Na środku pokoju, niczym oskarżona w procesie karnym, siedziała na samotnym krześle dyrektor turnieju z ramienia PZPS Natalia Kostulska. Usłyszeliśmy, że wszystko jest do bani, nic nie jest gotowe i w ogóle prezes Acosta zastanawia się, czy nie przenieść turnieju gdzie indziej. Nasza niedoświadczona grupa była dość przerażona i oczywiście zarzekaliśmy się, że będziemy pracować całą noc, by następnego dnia wszystko grało. Doprawdy nie pamiętam szczegółów, ale chodziło o jakieś niezbyt istotne sprawy (i piszę to z perspektywy osoby znającej wymogi współczesnego widowiska).

Turniej się odbył, a po finale prezes FIVB Ruben Acosta ogłosił, że był to najlepszy turniej finałowy Ligi Światowej ever. Dzisiaj już wiem, że taki był styl pracy FIVB. Na turnieju finałowym Ligi Światowej w 2007 roku, na którym znowu pełniłem funkcję referee managera, także dzień przed pierwszymi meczami odbyła się alarmistyczna odprawa. 1 znowu usłyszeliśmy, że grozi nam katastrofa, bo jesteśmy tak słabo przygotowani. Tak, tak, prezes Acosta tydzień później znowu nazwał nasz turniej najlepszym w historii.

Wracając do 2001 roku: każdy dzień rozpoczynał się od porannej odprawy z sędziami, stanowiącej podsumowanie dnia poprzedniego. Już wcześniej słyszałem, że doktor Holvay jest osobą apodyktyczną. I rzeczywiście nieraz podnosił głos na sędziów. Byłem też świadkiem, jak kazał każdemu po kolei wstawać i deklamować: „Nie pozwolę więcej opóźniać gry przez zawodników, gdy wzywają moppersów". Jak w przedszkolu! Najlepsi sędziowie świata tak upokarzani... Nie wiedziałem, gdzie oczy podziać. Fakt, że wtedy na topie była walka, by volleyball nie stał się moppingballem - Acosta i telewizja skarżyli się, że między wymianami są zbyt długie przerwy na wycieranie podłogi, przez co mecz traci na tempie.

Po odprawie meldowałem się w Spodku (przez trzy dni graliśmy cztery mecze dziennie, zaczynaliśmy o 11, a kończyliśmy nawet około 23), by nadzorować moppersów i podawaczy, sędziów liniowych, sędziów sekretarzy i potrzebne im wyposażenie. Jedną z bolączek były ręczniki, którymi wycierane jest boisko. Przy tylu spotkaniach dziennie, bez klimatyzacji na hali, nie nadążaliśmy z ich suszeniem.

Wieczorem po ostatnim meczu dostawałem od Endre Holvaya nominacje na dzień następny, które musiałem przepisać na komputerze i wydrukować, a później podjeżdżałem do hotelu, gdzie doktor Holvay podpisywał moje wydruki (zawsze znajdowałem go ze szklaneczką whisky w ręce). Następnie odwiedzałem pokoje wszystkich sędziów, by wsunąć im pod drzwiami kartkę z ich nominacjami na dzień następny. Dopiero wówczas byłem wolny i mogłem jechać na Tysiąclecie.

Być może zainteresował Was system informowania sędziów o meczach w dniu następnym... Otóż na turnieju sędzia dowiaduje się, jaki pojedynek będzie sędziował nazajutrz, wieczorem poprzedniego dnia albo wręcz rano w dniu spotkania (o ile zawody rozgrywane są po południu). Chodzi o to, by nie dać możliwości skorumpowania arbitra. Rozważania o drukowaniu meczu na turnieju rangi mistrzowskiej, przy systemie challenge i dziesiątkach kamer telewizyjnych, są jednak obecnie czysto teoretyczne. Obyczaj możliwie późnego dostarczania nominacji pochodzi z przeszłości.

Spróbujcie sobie wyobrazić niecierpliwość, z jaką człowiek kładzie się do łóżka, czekając na szelest kartki wsuwanej pod drzwiami. Może się też zdarzyć tak, że zaśnie i zobaczy ją dopiero rano. Od paru lat system się zmienia i teraz nominacje na dzień następny rozsyłane są komunikatorami albo mailami. W Katowicach szefowie informowali sędziów o nominacjach na wieczornym spotkaniu, ale by dochować tradycji, formularze nadal dostarczałem do pokojów arbitrów.

Turniej finałowy Ligi Światowej w Spodku przyciągał uwagę mediów. Prawdopodobnie było to największe wydarzenie sportowe powierzone Polsce po przemianach 1989 roku. Z sędziami turnieju o ich pracy rozmawiał wtedy dziennikarz „Gazety Wyborczej". Artykuł pod specyficznym tytułem Sędziowie na Liclze Światowej muszą dmuchnąć w alkomat ukazał się w internecie 27 czerwca. Pozwolę sobie go zacytować, bo - jako pisany w tamtym czasie - najlepiej oddaje atmosferę chwili:

„Jest ich ośmiu. Absolutna czołówka światowa. Za pracę dostaną po tysiąc dolarów - pięćset przed i pięćset po turnieju. To sędziowie prowadzący spotkania podczas finału Ligi Światowej.

Pierwsi pojawili się w Katowicach w piątkowy wieczór. Wszyscy przylecieli do Polski samolotami. To konieczne, bo według przepisów FIVB tylko wtedy mogą dostać zwrot kosztów za podróż. Dzięki temu Czech Zdenek Skoda zwiedził lotnisko w Warszawie i w Krakowie. Potem śmiał się, że szybciej dojechałby z Pragi do Katowic samochodem.

Meksykanin Fernando Nava Abarca bardzo tęskni za domem. Nigdzie nie rusza się bez karty telefonicznej. Pierwsze, o co zapytał w hotelu Warszawa, gdzie zostali zakwaterowani sędziowie, to numer kierunkowy do Meksyku.

Zmartwiony chodzi też ostatnio Turek Umit Sokulluoglu. Najpierw dostał na obiad wieprzowinę, której spożywania zabrania mu islam, a potem okazało się, że ma za luźny pasek do sędziowskich spodni, a nie miał mu kto w nim zrobić dodatkowej dziurki.

Bela Hobor z Węgier przyjechał do Katowic z kasetami wideo. Zażyczył sobie, żeby nagrywać mu wszystkie mecze, które prowadzi.

Sędziami opiekuje się 27-letni Wojciech Maroszek z Katowic. Jak sam o sobie mówi, «kandydat na kandydata na sędziego międzynarodowego)). - To bardzo sympatyczni ludzie, a przy tym wspaniali fachowcy - mówi. Maroszek razem z trzema pomocnicami (dwie Asie i Kasia) dba, żeby sędziowie czuli się w Katowicach jak w domu.

Wszyscy spotkali się pierwszy raz w czasie... «kliniki». - «Klinika» to próbny mecz. Takie spotkanie odbywa się przed każdym dużym turniejem siatkarskim. W Spodku sędziowie sprawdzili formę podczas meczu drużyn juniorskich Jastrzębia Boryni - tłumaczy Maroszek.

Życie sędziego podczas turnieju nie należy do najciekawszych. - Z samolotu prosto do hotelu, potem na mecz. Przespać się i znowu do pracy. Jak nie poprosisz, to ci nawet miasta nie pokażą - żartuje Jarno Salonen z Finlandii.

- Dlatego u nas jest inaczej. Wiadomo! Polska gościnność! - tłumaczy Maroszek.

Sędziowie goszczący w Katowicach byli już w Wieliczce, a w czwartek jadą na wycieczkę do Pszczyny.

Najważniejsza jest jednak praca. O tym, jaki mecz będą sędziować, dowiadują się na około 24 godziny przed spotkaniem. O tym, która dwójka poprowadzi spotkanie, decydują Endre Holvay z Węgier i Ahmed Hassan z Egiptu.

-1 powinni to zachować tylko dla siebie - podkreśla Maroszek.

Podczas tegorocznego finału Ligi Światowej nie zastosowano nfitfa/ic nnjbsutziej

lii lA/iw\v»v

radykalnej metody, która uniemożliwia wcześniejsze poznanie nieupoważnionym osobom składu sędziowskiego. - Gdy jest naprawdę nerwowo, to powołanie dla sędziego wsuwa się w nocy pod drzwiami hotelowego pokoju. Ale nas to na pewno nie czeka -śmieje się Maroszek.

Sędzia podczas finału LŚ musi być poza wszelkim podejrzeniem. Każdy rozjemca na 40 minut przed spotkaniem jest badany alkomatem. Sędziować może tylko wtedy, gdy na wyświetlaczu pojawi się 0,0.

Po trzech dniach katowickiej imprezy nie ma żadnych zastrzeżeń do pracy sędziów. Szef rozjemców Holvay na codziennych odprawach nie ma wiele pracy. Na razie najczęściej chwali. Bardzo ciepło wypowiada się o pracy 25 sędziów liniowych z Polski"1.

vi

Tydzień po turnieju w Spodku zadzwonił do mnie Janusz Biesiada i zaoferował mi pracę przy mistrzostwach świata juniorów, które wkrótce rozpoczynały się we Wrocławiu i Opolu. Miała to być forma odpłatnej nagrody za dobrą postawę na finałach Ligi Światowej. Oczywiście przyjąłem zaproszenie, choć nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, do jakiej pracy jadę.

Okazało się, że mając 27 lat, będę członkiem komisji sędziowskiej oceniającej pracę sędziów międzynarodowych, w tym ówczesnego szefa polskich arbitrów Andrzeja Kiszczaka! Nasza komisja liczyła cztery osoby. Pod swoje skrzydła zgodził się wziąć mnie Tom Blue (USA), członek Komisji Sędziowskiej FIVB, najmłodszy ze składu. Dla pozostałych moja obecność była trudna do zaakceptowania. Sytuacja bardzo specyficzna, na szczęście starczyło mi rozsądku, by siedzieć cicho i się uczyć. A było czego, bo w tym turnieju nie brakowało przygód.

Jednego z sędziów rozbolał ząb. Nie był on w stanie ani jeść, ani sędziować. Rzeczywiście opuchlizna była znacząca. Wieczorem zapakowałem go więc do swojego samochodu i pojechaliśmy szukać pomocy. Jak to w Polsce bywa, odsyłano nas od placówki do placówki. Dopiero grubo po północy znaleźliśmy szpital, w którym dentysta zajął się uzębieniem mojego starszego kblegi.

Na turnieju zobaczyłem, co się dzieje, gdy przed spotkaniem puścisz zespołowi zły hymn. Rosja rozgrywała swoje mecze grupowe w Opolu. Przed turniejem sprawdzano wszystkie pliki z hymnami i ten rosyjski (przywrócony hymn z melodią z czasów ZSRR) także się zgadzał. Jednak rosyjska ekipa wygrała grupę i awansowała do fazy finałowej zorganizowanej we wrocławskiej Orbicie. A tam był już inny DJ i nie sprawdzono plików. Nagle przed pierwszym meczem popłynęła melodia Pieśni patriotycznej, która przestała być hymnem Rosji pół roku wcześniej. Rosjanie zaczęli gwałtownie machać rękoma. Wokół boiska biegł zaś ich szef delegacji Jurij Czesnokow, protestując. Potraktowali ten błąd jak prawdziwą obrazę. Złożyli nawet pisemny protest.

A propos Czesnokowa: w wolnym dniu zorganizowano imprezę plenerową. Na niej Tom wymyślił, że napije się z tym Rosjaninem, dawniej wybitnym siatkarzem (członkiem Volleyball Hall of Fame), wódki. To nie był dobry pomysł. Godzinę później ten podobno generał KGB podszedł do mnie i powiedział: „Twój przyjaciel źle się czuje". Fakt, mierzenie się z Rosjaninem w takiej konkurencji jak picie wódki nie jest oznaką rozsądku. Trzeba jednak przyznać Tomowi, że następnego dnia stawił się na zawodach w dobrej formie.

Był jeszcze Songsak Chareopong, zawsze uśmiechnięty Tajlandczyk, obecnie członek Komisji Sędziowskiej FIVB. Wtedy zrobił mnie nieźle w konia. Sędziowie przed każdym meczem w rozgrywkach FIVB przechodzą test na obecność alkoholu w wydychanym powietrzu. Raz Tom Blue wysłał mnie na nadzór nad takim testem. Pan Chareopong wydmuchał 2,4 promila! Patrzę, człowiek stoi normalnie i jeszcze śmieje mi się w twarz. Podpucha. Okazało się, że ma jakąś tajlandzką gumę do żucia, której składnik oddziałuje z alkomatem.

Co do testów na obecność alkoholu, to nie słyszałem, by jakiś wykazał wynik pozytywny i trzeba było odsunąć arbitra od zawodów. Zresztą limit nie wynosi 0,0, jak się niedawno dowiedziałem, ale 0,2 promila. Inna sprawa, że zdarzyło mi się z niedowierzaniem patrzeć, jak same zera wyświetlają się po testach kolegów, którzy kilka godzin wcześniej byli w stanie mocno wskazującym.

W 2002 roku Polska organizowała mistrzostwa Europy kadetów w Cetniewie. W ramach nowej filozofii PZPS do pełnienia funkcji sekretarzy i sędziów liniowych zaproszono ludzi z całego kraju. Pracowaliśmy jako wolontariusze, mając zapewnione campingowy nocleg i wyżywienie. Tam poznałem Słowaka Juraja Mokrego, który na turniej dotarł niemal wprost z kursu sędziów międzynarodowych. Szokowało nas wtedy, że w wieku 24 lat można sędziować turniej finałowy mistrzostw Europy.

W Polsce, Włoszech czy .Rosji, gdzie szczebli awansu jest dużo, a wśród sędziów panuje spora konkurencja, posłanie kogoś tak młodego na kurs jest po prostu niemożliwe. Włosi przez dłuższy czas posyłali jedynie kandydatów na granicy dopuszczalnego limitu 42 lat. Przy czym gwizdanie kończy się w wieku 55 lat. Każdy czytający zda sobie więc sprawę, jak trudno wypromować kogoś przez szczeble międzynarodowe, jeśli cała kariera trwa 13 lat. A o ile łatwiej, gdy mowa o ponad 30 latach obecności w rozgrywkach międzynarodowych.

Juraj, którego - mam nadzieję - mogę nazywać swoim przyjacielem, jest wyjątkowym człowiekiem, inteligentnym (to profesor zwyczajny na Słowacji, tytuł uzyskał też jako jeden z najmłodszych naukowców), spokojnym, niezwykle uprzejmym. Nic dziwnego, że szefostwo słowackiej federacji zrobiło wszystko, by pomóc mu w karierze. Stąd jego obecność w Cetniewie zaraz po kursie dla kandydatów na sędziów międzynarodowych i nominacja na finały mistrzostw Europy kobiet w 2003 roku w Turcji. To w dużej mierze zasługa związku. Ale już to, że w Ankarze w wieku 28 lat jako sędzia pierwszy prowadził finał Turcja - Polska, jest efektem tylko jego własnej pracy, postawy i talentu.

Na nowych polskich sędziów międzynarodowych czekano niemal 10 lat. Poprzedni kurs z udziałem Polaków odbył się w 1995 roku w Bielsku-Białej. Nie mnie oceniać, czy ktoś hamował nominacje, czy nie było dobrych kandydatów. Grunt, że w 2004 roku Polski Związek Piłki Siatkowej podjął się organizacji kursu sędziów międzynarodowych przy okazji Memoriału Huberta Jerzego Wagnera w Olsztynie i posłał tam czterech Polaków: Grzegorza Klehra (zrezygnował z sędziowania parę lat później), Krzysztofa Szmydyńskiego (zamienił gwizdek na krzesło komisarza PlusLigi), Marka Lagierskie-go i mnie.

Marka uważam za najlepszego polskiego sędziego. Także pochodzący ze Śląska, parę lat starszy ode mnie, syn zmarłego świetnego arbitra Jana Lagierskiego, od dzieciaka w siatkówce jako zawodnik, trener i sędzia. Rozpoczął sędziowanie ze cztery lata przede mną i oczywiście to ja go goniłem po szczeblach kariery. Spokojny, bardzo dużo widzący, przyjaźnie nastawiony do otoczenia i dzięki temu wyjątkowo lubiany. Jego sympatyczność wyraża się na przykład w wyłapanych przez kamery telewizyjne sytuacjach, gdy przy zmianie zawodników zwraca się do gracza słowami: „Serdecznie zapraszam!", albo gdy Andrea Anastasi obejmuje go i z uśmiechem nazywa swoim przyjacielem. Zapytacie, dlaczego zatem to nie Marek zaszedł tak daleko, tylko ja. Na pewno miałem więcej szczęścia (jak wtedy na lotnisku w Pyrzowicach), prawdopodobnie byłem bardziej bezczelnie przebojowy, może nieco lepiej komunikuję się po. angielsku.

Turniej w Olsztynie miał niezwykle silną obsadę, z Polską, Rosją i Holandią na czele, a co więcej odbywał się kilka tygodni przed igrzyskami olimpijskimi w Atenach. Było więc poważne granie i dużo kibiców. Tymczasem sędziowie przyjechali raczej z krajów, w których frekwencja 200 osób na trybunach uznawana jest za wyjątkowo wysoką. Nie dziwota, że mieli wielką tremę. Do tego stopnia, że jeden z nich pewnego dnia nie był w stanie wyjść na spotkanie i musiał go zastąpić ktoś inny. Być może w pamięci kibiców jest też mecz Polska - Holandia, w którym nasza słowacka koleżanka Danica Viktorini-Lisa dała jakąś niespotykaną liczbę kartek. Przy czym sytuacje konfliktowe wywołała nie ona, ale sędziujący z nią koledzy - uczestnicy kursu byli także sędziami liniowymi i sekretarzami.

Wykładowcami na kursie byli wspomniany wcześniej doktor Endre Holvay i Siergiej Titow z Petersburga. Doktor Holvay, pomimo bardzo słusznego wieku, nadal z pasją opowiadał o historii siatkówki i zmianach w przepisach gry. Z kolei Siergiej Titow pokazał perfekcyjną znajomość zasad, które mógł niemal w całości wyrecytować. Na szczęście nie oczekiwał tego samego od nas.

Na jednym z wykładów zwróciłem uwagę na nieścisłość w przepisach gry. Otóż gdy piłka po złym przyjęciu zagrywki leci pod siatkę, można ją odzyskać, sięgając na drugą stronę. Jeden przepis mówi. że można odbić piłkę od strony przeciwnika, dopóki piłka nie przeleciała całkowicie pod siatką. Ale jest też przepis, który pozwala sięgać pod siatką na stronę przeciwnika, pod warunkiem że nie wpływa się na jego grę. Można sobie wyobrazić kilka sytuacji, w których te dwa przepisy stają w sprzeczności.

Moja uwaga zrobiła wrażenie na instruktorze Siergieju Titowie, który do dzisiaj ją pamięta. Jest on jedną z osób pasjonujących się teorią przepisów gry, więc taka ciekawostka, na którą sam wcześniej nie zwrócił uwagi, bardzo mu się spodobała.

Doktor Holvay był szefem sędziów FIVB przez 40 lat z górką (1961-2002)! Miał olbrzymi wpływ na kształt przepisów gry i widowiska siatkarskiego. Pamiętajcie, że siatkówka jest dość młodym sportem. Zadebiutowała na igrzyskach olimpijskich dopiero w 1964 roku. Pierwotnie wymyślone reguły były modyfikowane i dopiero z czasem uformowała się taka gra, jaką znamy. Podobnie było z techniką sędziowania. Spójrzcie na przykład na powtórki finału olimpijskiego z Montrealu, gdzie kadra Huberta Jerzego Wagnera zdobyła złoty medal. Widać, że sędziowska sygnalizacja jest mało estetyczna, każdy stosuje po części swoją własną i używa mnóstwa gestów, które dzisiaj uważamy za zbędne.

W wykładach Holvaya szczególnie cenne było tłumaczenie, skąd wywodzi się treść poszczególnych przepisów. I jak ważne jest rozumienie ducha reguł, a nie zawsze ich literalna egzekucja. Wyjątkowo podobał mi się opis tego, jak zmieniała się rola sędziego w czasie. Na początku arbiter był angażowany tylko w niejasnych sytuacjach, trochę jak w sądzie, do którego trafiają jedynie te spory, których strony nie potrafią rozwiązać same. Był jedyną i ostatnią instancją. Stąd sędziowanie we frakach. Pozostałością tamtej ery jest podobno strój sędziego w boksie: koszula i muszka, czyżby jako jedynego dżentelmena na ringu?

Pierwsi sędziowie sportowi w siatkówce to lata 30. XX wieku. Na historycznych zdjęciach widzimy arbitrów siedzących na krzesełkach albo stojących na ziemi przy boisku. Na ziemi, bo grano pod gołym niebem, najczęściej na mączce ceglanej, znanej chociażby z tenisowego Rolanda Garrosa.

Rewolucję przyniosły debiut siatkówki na igrzyskach olimpijskich oraz start rozgrywek pucharowych w Europie. Rozpoczęła się era sportu zawodowego. Od sędziów zaczęto oczekiwać coraz większego zaangażowania i doskonałości. Kluczem do sukcesu było popełnianie jak najmniejszej liczby błędów. Wtedy narodził się system oceniania arbitrów polegający na ujemnym punktowaniu wszelkich uchybień. Zaczynałeś

mecz z oceną 100 punktów i mogłeś tylko je tracić w wyniku błędów.

Siatkówka, podobnie jak wszystkie sporty, przeszła jeszcze jedną zmianę: ze sportu zawodowego w widowisko sportowe. W centrum zdarzeń stanął kibic. Ten siedzący na hali i ten przed telewizorem. A kibic potrzebuje emocji, dobrej zabawy, świetnych jakościowo transmisji. I bohaterów. Pod tym względem rola sędziego także się zmieniła. Jego zadaniem jest zarządzać widowiskiem. Sprawić, że wygra lepszy, ale po emocjonującym meczu.

Keep the bali flying, pozwól piłce latać - brzmi motto z przepisów gry. Przepisy modyfikowane są po to, by czysta gra trwała dłużej. Przy finałach Ligi Światowej i Ligi Narodów analizuje się strukturę czasową meczu. Czy zgadlibyście, jaką część czasu od pierwszego do ostatniego gwizdka sędziego piłka tak naprawdę lata? Ostatnie pomiary wskazują na 17%. Cała reszta to swego rodzaju przestoje: oczekiwanie na kolejną zagrywkę, zmiany zawodników, przerwy dla odpoczynku czy między setami. No i doszedł jeszcze challenge.

Obecnie sędzia ma używać gwizdka najlepiej wtedy, gdy dla wszystkich jest jasne, że został popełniony błąd, a nie gdy tylko on ten błąd widzi. Ma promować dłuższą grę. i dbać o to, by widowisko podobało się kibicom. Doktor Holvay w niezwykle wciągający sposób opowiadał nam na kursie o tych zmianach. Wcześniej w ogóle nie patrzyłem na rolę sędziego z tak szerokiej perspektywy.

Kurs w Olsztynie wszyscy uczestnicy ukończyli z sukcesem. W 2004 roku, w wieku 30 lat, zostałem sędzią międzynarodowym!

Kilka tygodni później na inny kurs pojechali warszawianie Marcin Herbik i Tomasz Janik. A w ciągu paru lat kolejnych siedmioro sędziów. Nagle więc sytuacja demograficzna polskich arbitrów międzynarodowych zmieniła się radykalnie. Jednak problemy mogą się pojawić w przyszłości. Mamy w tej chwili 15 czynnych sędziów, z czego 10 urodzonych w latach 1970-1974. W krótkim czasie powstanie duża luka zarówno w ligach zawodowych, jak i na poziomie FIVB. Aby wprowadzić kogoś do grupy A FIVB, pozwalającej myśleć o igrzyskach olimpijskich, trzeba - realnie patrząc - co najmniej 12 lat. Tymczasem w ostatnich latach FIVB zamroziła organizację nowych, kursów, bo jest zainteresowana zmniejszeniem ogólnej liczby sędziów. Boję się, że po Pawle Burkiewiczu i Agnieszce Michlic, którzy są moimi naturalnymi następcami w grupie A, czeka nas znowu przerwa w nominacjach olimpijskich. Szansa otwiera się przed Magdą Niewiarowską, która dołącza do arbitrów sędziujących rozgrywki światowe FIVB.

Kariera międzynarodowa naszej szóstki polskich debiutantów zaczęła się od falstartu. Niestety po tak długiej przerwie w udziale Polaków w kursie nikt w PZPS nie pamiętał, że trzeba nas jeszcze zarejestrować w CEV. Straciliśmy zatem pierwszy rok, jako że nie zostaliśmy uwzględnieni w rozgrywkach pucharowych. Jest to o tyle ważne, że aby zyskać status sędziego międzynarodowego na stałe, trzeba przedstawić FIVB odpowiednią liczbę protokołów zawodów międzynarodowych z oceną członków Komisji Sędziowskiej CEV lub FIVB i ma się na to zaledwie trzy lata.

CEV - Confederation Europeenne de Volleyball, Europejska Konfederacja Piłki Siatkowej. Organizator europejskich klubowych rozgrywek pucharowych' oraz mistrzostw Europy w różnych kategoriach wiekowych i odmianach siatkówki.

FIVB - Federation Internationale de Volleyball, Międzynarodowa Federacja Piłki Siatkowej. Organizator Siatkarskiej Ligi Narodów, Pucharu Świata, Klubowych Mistrzostw Świata oraz mistrzostw świata w różnych kategoriach wiekowych. Organizuje też światowe rozgrywki w siatkówce plażowej, w szczególności zawody cyklu World Tour.

Swój debiut międzynarodowy zaliczyłem więc dopiero w lipcu 2005 roku na igrzyskach młodzieży w Lignano we Włoszech, gdzie rozegrano turniej juniorek. Skorzystałem na tym, że w finale wystąpiły ekipy z Włoch i Chorwacji, które miały też swoich sędziowskich przedstawicieli (zasadą jest, że nie prowadzi się pojedynków własnej reprezentacji). I tak oto na swojej pierwszej imprezie sędziowałem mecz finałowy - jako sędzia drugi.

Z kolei w listopadzie pojechałem na swoje pierwsze zawody pucharowe, do Lin-zu w Austrii. Był to Puchar CEV kobiet, rozgrywany wówczas jeszcze w formie trzydniowych turniejów. Chciałbym się z Wami podzielić dwoma wspomnieniami stamtąd. Pierwszym jest szokująco zaborcze zachowanie moich kolegów, bodajże z Belgii i Niderlandów. Obaj wkrótce mieli skończyć karierę i chyba takie turnieje traktowali jako okazje do zwiększenia poczucia własnej wartości. Przez cały czas coś im nie pasowało w tym, jak opiekowali się nami gospodarze. A czemu kolacje tylko w hotelu, a czemu piwa nie ma? I jeszcze ten ton wyższości, że kiedy oni przyjeżdżają, to organizacja musi być na dobrym poziomie.

Drugim wspomnieniem jest niski standard organizacji turnieju w porównaniu z żądaniami, jakie już wówczas miała CEV wobec naszych klubów. Sala długo nieodnawia-na, z mało liczną publiką. Sędziami liniowymi były zawodniczki zespołu juniorskiego klubu będącego gospodarzem. To mnie już wtedy bardzo uderzało: że do pracy polskich organizatorów przedstawiciele CEV długo podchodzili bardzo skrupulatnie, często wykraczając w żądaniach ponad literę regulaminów. Ci sami supervisorzy przymykali oko na poważne niedociągnięcia gdzie indziej. Inna sprawa, że polska siatkówka, wracająca na europejskie salony, przyjmowała w tamtym czasie wszystkich gości najlepiej, jak umiała, ponosząc większe koszty, niż to było bezwzględnie wymagane.

Jeszcze jedna rzecz uderzyła mnie w Linzu. W witrynie biblioteki w samym centrum miasta wystawiono Mein Kampf. Hitler był z miastem związany, nazywał je swoim rodzinnym. Ale spodziewałem się, że podobnie jak w Polsce jego książka została wyparta z przestrzeni publicznej.

Rozpoczęło się moje wspinanie po szczeblach międzynarodowych. Nigdy nie odczułem, aby był to jakiś wyścig z innymi polskimi sędziami. Nasi starsi, szczególnie Ryszard Dietrich (sędzia na 10 w Atenach w 2004 roku), Andrzej Kiszczak (po 2004 roku polski numer 1), Piotr Dudek (który na szczyty wchodził za Andrzejem Kiszczakiem) czy Andrzej Lemek, zawsze nas upominali, że niedopuszczalne byłoby krytykowanie innych Polaków, zwłaszcza rówieśników. I że jeśli usłyszą, iż ktoś z nas pozwala sobie na takie komentarze, to o jakimkolwiek wsparciu możemy zapomnieć.

W 2006 roku dwóch z nas pojechało na młodzieżowe mistrzostwa Europy: Marcin Herbik na juniorów do Kazania, a ja na juniorki do Saint-Die-des-Vosges. Nie miałem wrażenia, bym. podbił serca kwalifikatorów. Sam nie byłem szczególnie zadowolony ze swoich tamtejszych występów. Ani turniej Marcina, ani mój nie okazały się dla nas przełomowe.

ix

Wcześniej po raz pierwszy odwiedziłem Rosję. Poleciałem z polską kadrą juniorek na turniej EEVZA do Moskwy. W CEV podzielono kraje na strefy geograficzne, by w ich ramach rozstrzygać turnieje kwalifikacyjne do młodzieżowych mistrzostw Europy. Polska znajduje się w Eastern European Volleyball Zonal Association, będąc położonym najbardziej na zachód państwem tej strefy. Jak łatwo się domyślić, często w tych turniejach meczem decydującym o zwycięstwie jest pojedynek Polska Rosja.

Spędziłem w Moskwie tydzień. Obowiązującym językiem był oczywiście rosyjski - porozumiewali się nim wszyscy pozostali sędziowie. Wszystko, co zapomniałem po liceum (uczyłem się rosyjskiego w szkole w sumie przez osiem lat; z początku był to jeszcze język obowiązkowy), teraz musiałem sobie przypomnieć.

Moi koledzy, którzy - miałem wrażenie - znali się jeszcze z czasów Związku Radzieckiego, kultywowali dawny sposób bycia, koncentrujący się na wieczornych po-gaduchach, oczywiście okraszanych wódką (ale nie w takich ilościach, jak sądzicie). Ja tymczasem bardzo chciałem poznać Moskwę i Rosjan. Uzgodniłem więc z towarzyszami, że ja codziennie sędziuję ostatni mecz dnia, a poza tym mam wolne.

Mój każdy dzień wyglądał tak, że po śniadaniu opuszczałem Łużniki (spaliśmy i graliśmy w kompleksie obiektów olimpijskich) i wsiadałem do metra, by zwiedzać miasto. Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo interesujące były to dla mnie dni. Zwiedziłem, przynajmniej symbolicznie, najważniejsze muzea. Pokręciłem się oczywiście po placu Czerwonym i cerkwiach. Skorzystałem być może ze wszystkich linii moskiewskiego metra. Nie dane mi było zwiedzić Kremla, ale zdaje się, że i dzisiaj o to niełatwo.

Uderzył mnie szczególnie kontrast ubóstwa i bogactwa widocznych na ulicach. Z jednej'strony nigdzie indziej nie widziałem tylu hummerów czy luksusowych samochodów sportowych (których kierowcy zresztą w ogóle nie liczyli się z pieszymi na pasach). Albo butików dla zamożnych czy restauracji i klubów, do których nie sposób się dostać bez specjalnego zaproszenia. A z drugiej strony na ulicach mnóstwo było mocno zużytych radzieckich samochodów. Mijani ludzie byli jacyś smutni - tak samo pamiętam Polaków z lat 80.

W panoramie miasta dominowały socjalistyczne wielkopłytowe blokowiska. Również w zachowaniu Rosjanie byli socjalistyczni. Jeśli ktoś miał jakąś władzę (policjant, paszportowiec czy inny kontroler na lotnisku), to dla zwykłych ludzi musiał być szorstki i apodyktyczny. Od jego dobrej woli zależało, czy załatwisz swoją sprawę. I ludzie grzecznie stali, pozwalali się obsztorcowywać, nie protestowali.

Pamiętam, jak zaszedłem na pocztę i stanąłem w długiej kolejce. Tylko przy jednym stanowisku siedziała pracownica, ale zamiast nas obsługiwać, niespiesznie wypełniała jakieś druki. Na nic groźby, na nic prośby - ona teraz chciała powypisywać swoje papiery, a nie obsługiwać klientelę.