35,90 zł
Barbara Gancarczyk, z domu Piotrowska, rodowita Warszawianka, miała 16 lat, gdy wybuchła II wojna światowa. W czasie Powstania Warszawskiego jako sanitariuszka Batalionu AK „Wigry” ratowała rannych podczas walk na Starym Mieście. Z płonącej Katedry św. Jana Chrzciciela wyniosła także zabytkową figurę Chrystusa. Po upadku dzielnicy została z własnej woli z ciężko rannymi kolegami, których nie można było ewakuować kanałami do Śródmieścia. Wywieziona przez Niemców do obozu pracy, uciekła z niego i po wielu perypetiach w lutym 1945 roku wróciła do Warszawy. Po wojnie pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy i po ukończeniu Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej wykonywała zawód architektki. Od 1927 roku do dziś (!) mieszka na Saskiej Kępie w Warszawie. Za swą dzielną postawę została odznaczona w trakcie Powstania Krzyżem Walecznych oraz po wojnie m.in. Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Jej wspomnienia ukazują niezwykłą odwagę, patriotyzm i poświęcenie sanitariuszek, które w skrajnie trudnych warunkach walczyły o życie rannych, mierząc się z brakiem leków, opatrunków, żywności i wody oraz nieustannym zagrożeniem niemieckiego ostrzału.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Redaktor prowadzący: Bogusław Kubisz Korekta: Marzena Kłos Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / Panczakiewicz Art. Design Redakcja techniczna: Plus 2 Witold Kuśmierczyk
Copyright © for this edition and translation by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026 Copyright © Wojciech Gancarczyk i Jacek Gancarson, 2026
Ilustracje pochodzą z archiwum rodziny Gancarczyków
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-19103-7
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Zapraszamy do zapoznania się z wojennymi wspomnieniami Barbary Gancarczyk (z domu Piotrowskiej) ur. 18.04.1923 r. w Warszawie, sanitariuszki Armii Krajowej ps. „Pająk”, „Konarzewska”, 2. pluton kompanii szturmowej, harcerski batalion AK „Wigry”.
Rodowita Warszawianka, w momencie wybuchu wojny miała 16 lat. Jej życiorys jest podobny do wielu rówieśników: tajne nauczanie, działalność konspiracyjna, udział w Powstaniu Warszawskim, niewola. Jako sanitariuszka harcerskiego batalionu Armii Krajowej „Wigry” uczestniczyła w walkach na Starym Mieście. Po upadku Starówki została z własnej woli z ciężko rannymi żołnierzami pozostawionymi przez wycofujące się kanałami oddziały powstańcze.
Wywieziona przez Niemców do obozu pracy, uciekła z niego i po wielu perypetiach w lutym 1945 r. wróciła do Warszawy. Po wojnie uczestniczyła w identyfikacjach i grzebaniu ofiar Powstania Warszawskiego, pracowała w Biurze Odbudowy Stolicy i ukończyła studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Do emerytury pracowała jako architekt.
Ma dwóch synów. Od 1927 r. mieszka na Saskiej Kępie w Warszawie.
Za wyjątkowe bohaterstwo i odwagę została odznaczona w trakcie Powstania Krzyżem Walecznych oraz po wojnie m.in. Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Jacek Gancarson, Wojciech Gancarczyk,Maciej Janaszek-Seydlitz
I
Dzieciństwo
Urodziłam się 18 kwietnia 1923 r. w Warszawie. Dwa i pół roku później urodziła się moja młodsza siostra Elżbieta. Ojciec, Czesław Piotrowski, był urzędnikiem. Matka, Cecylia z Wójcików, zajmowała się domem i wychowaniem dzieci.
Ojciec przed wojną miał parę posad, ale ostatnie kilka lat pracował jako urzędnik w Banku Rolnym. Byliśmy średnio zamożną rodziną. Nie żyliśmy w specjalnie luksusowych warunkach, samochodu się wtedy nie miało. Mieszkaliśmy w domu rodzinnym wybudowanym przez mojego dziadka Antoniego Piotrowskiego, który był notariuszem.
Był to dom 6-mieszkaniowy, dla pięciorga dzieci i dziadków. Położony był na ul. Elsterskiej, pod numerem 8, na Saskiej Kępie. Wprowadziliśmy się tam w 1928 r. Dziadek już niestety wtedy nie żył. Nie doczekał tego domu. Mieszkaliśmy tam do września 1939 r.
Swoje dzieciństwo wspominam jako bardzo szczęśliwe i radosne. Była ogromna swoboda. Pod bokiem był Park Paderewskiego, gdzie chodziło się na spacery. Dookoła domu było pełno zieleni, dużo dzieci i młodzieży. W naszym domu mieszkali moi cioteczni bracia i siostry. W sąsiedztwie było wiele koleżanek i kolegów.
Najpierw chodziłam do prywatnego przedszkola, z rytmiką i innymi zajęciami. Potem przez kilka pierwszych lat uczyłam się w domu, na kompletach. Była to grupa 5–6 dzieci. Uczył się ze mną mój cioteczny brat oraz bliźniaczki „Trojtlerki”. Jedna z nich, Lila Treutler, była potem znana – w czasie Powstania wzięła ślub, który został sfilmowany. Był to chyba jedyny powstańczy ślub utrwalony na taśmie filmowej.
Tak było do 3 klasy. Komplety odbywały się w różnych domach prywatnych. Zajęcia prowadziła zawodowa nauczycielka. Potem przyjęto mnie do Szkoły Powszechnej Sióstr Nazaretanek, która mieściła się przy ul. Czerniakowskiej.
II
Wybuch wojny
Latem 1939 r. jak zwykle byliśmy na letnisku. Na jesieni miałam rozpocząć naukę w Liceum imienia Marii Konopnickiej. Miałam wtedy 16 lat. Na letnisku panował nastrój niespokojnego wyczekiwania.
Codziennie słuchaliśmy uważnie radia. Spodziewaliśmy się wybuchu wojny, choć mieliśmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. W naszym domu na Elsterskiej mieszkał włoski dziennikarz, pan de Andreis. Zapewniał, że wojny na pewno nie będzie.
Ojciec był oficerem rezerwy, spodziewaliśmy się, że w każdej chwili będzie powołany do wojska. Pierwszego września dowiedziałyśmy się na letnisku w Emowie z radia, że wojna wybuchła. Ojciec był wtedy w Warszawie. Mama postanowiła wrócić do Warszawy. Nie chciała, aby ojciec był sam. Zdecydowała się na to mimo wieści o bombardowaniach i realnym zagrożeniu. Spakowałyśmy manatki na chłopski wóz. Pamiętam, że gospodarz, który nas zawsze woził, nie za bardzo chciał ryzykować jazdę do Warszawy. Jednak w końcu zdecydował się, pewnie za większą opłatą. Do domu dojechaliśmy 4 września.
W naszej okolicy były już bombardowania. Mieszkaliśmy blisko Ronda Waszyngtona. Aleją Waszyngtona wycofywały się na wschód polskie oddziały wojskowe i przemieszczała się ludność cywilna. Tłumy ludności cywilnej z tobołami, kobiety z dziećmi, wózkami. Wszyscy szli Aleją Waszyngtona przez Most Poniatowskiego i dalej w kierunku Grochowa. Uchodźcy często zatrzymywali się w naszym domu. Oczywiście zawsze był dla nich jakiś posiłek, coś gorącego. Dziwiliśmy się, po co właściwie tam idą, na niepewne. Zwłaszcza matki z małymi dziećmi. Namawialiśmy ich nawet, aby zostali u nas. Ludzie nie chcieli jednak zostać, uciekali dalej. Zbliżał się front. Niemcy podeszli od południa do ul. Paryskiej już 9 września.
Były bombardowania Waszyngtona i Mostu Poniatowskiego, bo był tu tłum ludzi i wojsko. Bomby spadły między innymi na garaż naszych sąsiadów po przeciwległej stronie ulicy. Wtedy, 7 lub 8 września, ojciec postanowił wyprowadzić rodzinę dalej od ronda. Porozumiał się ze swoim znajomym, panem Moykowskim, który miał dom na ul. Irlandzkiej. Wzięliśmy trochę odzieży, pościel, naczynia kuchenne itp.
W dniu 10 września poszliśmy z ojcem na Elsterską zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Rozpoczął się nalot. Ja zawróciłam. Ojciec, weteran wojny 1920 r., poszedł sam. Chciał przeczekać nalot, paląc papierosa we wnęce na klatce schodowej przy wejściu do domu. Gdy uderzyła bomba, połowa domu runęła, ale podest klatki schodowej nad nim nie zawalił się i zatrzymał gruz. Został ogłuszony, przysypany do pasa, ale ocalał. Zostaliśmy na długie lata wojny właściwie bez niczego: bez dachu nad głową, sprzętów, odzieży, książek itd.
Mieszkańcy dzielnicy zaczęli uciekać przez Most Poniatowskiego do Śródmieścia. My również około 15 września wyruszyliśmy za Wisłę. Most był ostrzeliwany, było w nim mnóstwo dziur. W czasie przeprawy do Śródmieścia zginęło tam wiele osób, między innymi Halina Szmolcówna, słynna tancerka, żona dyrygenta Grzegorza Fitelberga.
Resztę oblężenia spędziliśmy w Śródmieściu. Ojciec nie dostał powołania do wojska, widocznie nie zdążono, ale w czasie oblężenia brał udział w przenoszeniu amunicji. Początkowo przebywaliśmy w Prudentialu na Placu Napoleona. Ojciec kiedyś przez pewien czas tam pracował, a jego znajomy, pan Moykowski, był dyrektorem. Wydawało się nam, że tam będzie bardzo bezpiecznie. Były tam wspaniałe kilkukondygnacyjne schrony. Ale budynek ten był bardzo bombardowany. Wybuchł pożar, a do schronu, w którym byliśmy, zaczęła przeciekać woda. Strażacy poradzili, aby się stamtąd wynieść – nie wiadomo, co będzie dalej, a nuż strop się zawali.
W tej sytuacji przenieśliśmy się do Banku Rolnego, gdzie ojciec ostatnio pracował. Bank mieścił się na ul. Nowogrodzkiej, naprzeciwko Romy. Tam przebywaliśmy w skarbcu. Skarbiec miał wyjątkowo mocne stropy i ściany, a więc było to bezpieczne miejsce. Jednak było bardzo ciasno, ludzie siedzieli jeden na drugim. Spało się na krzesłach, na podłodze. Budynek został stosunkowo mało zniszczony w czasie działań wojennych. Przesiedzieliśmy tam do końca oblężenia.
Gdy skończyło się oblężenie Warszawy, wróciliśmy na Saską Kępę do pustego jednopokojowego mieszkanka. Było to jakieś trzy dni po kapitulacji, w pierwszych dniach października 1939 r. Mimo że nasza rodzina straciła wszystko, mimo że zostaliśmy nędzarzami, nikt się tym nie przejmował. Najważniejsze było, że nikt z naszej rodziny nie zginął, wszyscy ocaleli w czasie bombardowań.
III
Okupacja
Nasze bytowanie w czasie okupacji nie było łatwe. Ojciec chwytał się różnych prac. Pracował jako administrator budynków, prowadził meldunki. Wykonywał inne dorywcze prace. Jako szesnastoletnia dziewczyna starałam się pomóc rodzicom. Udzielałam korepetycji, wykonywałam kreślenia, robiłam na drutach. Pamiętam, że moje wyroby dziewiarskie odstawiałam do sklepu na Mokotowskiej. Wełnę uzyskiwałam ze sprutych swetrów.
Niemcy pozamykali szkoły ogólnokształcące i wyższe. Pozostawiono tylko szkoły zawodowe. Dla dziewcząt były to np. szkoły gospodarstwa domowego, krawieckie, handlowe. Dla chłopców szkoły budowlane, rzemieślnicze itp. Oficjalnie istniały tylko takie szkoły. Przedwojenni nauczyciele nie dali za wygraną i zaczęli organizować tajne nauczanie. W szkołach, których budynki ocalały, prowadzono zajęcia na poziomie szkół średnich pod przykrywką szkół zawodowych.
Tak było w budynku szkoły Sióstr Nazaretanek, gdzie oficjalnie mieściła się szkoła krawiecka. Siostry zakupiły maszyny do szycia. Uczennice chodziły na praktykę krawiectwa do warszawskiego getta. Szyto mundury dla Niemców. Moja o 2 lata młodsza siostra zdała w tej szkole tzw. małą maturę. Dopiero po wojnie dowiedziała się, że niektóre jej szkolne koleżanki były chronionymi przez siostry w tajemnicy Żydówkami. W ten sposób uratowały się one przed niemieckim szaleńczym polowaniem na Żydów.
Budynek Liceum imienia Marii Konopnickiej, do którego zdałam latem 1939 r., mieszczący się przy ulicy Barbary, został zniszczony. W tej sytuacji nauka była organizowana na tajnych kompletach. Tworzone były komplety po pięć dziewcząt. Nauka odbywała się codziennie w prywatnych mieszkaniach. Miejsca były zmieniane, ze względów konspiracyjnych. Biedni nasi nauczyciele, którzy mieli po ileś kompletów dziennie, biegali z jednego końca Warszawy na drugi, żeby zdążyć. Nigdy się nie spóźniali, zawsze można było na nich liczyć. Były wszystkie przedmioty, które były przed wojną: język polski, francuski, matematyka, fizyka. Nawet ksiądz przychodził na religię.
Odczuwałyśmy brak podręczników, choć niektóre z nas zachowały podręczniki przedwojenne. Poza tym korzystałyśmy z notatek robionych na lekcjach, a przede wszystkim z bezpośrednich wykładów nauczycieli. Zadawane były zadania domowe, rozwiązywałyśmy zadania matematyczne. Na moim komplecie miałam świetną matematyczkę, panią Straszyńską, dzięki której nie miałam trudności z egzaminem na studia wyższe. Za komplety się nie płaciło. Wydaje mi się, że nauczyciele otrzymywali wynagrodzenie z Departamentu Oświaty i Kultury Państwa Podziemnego. Wynagrodzenia te były raczej bardzo skromne.
Maturę zdawałam konspiracyjnie w 1941 r. w szkole, która oficjalnie istniała jako zawodowa. Mieściła się ona na ul. Bagatela. Tam w dzień maturalny zgromadzono nas w sali, ze dwadzieścia dziewcząt.
Pamiętam, jak podano nam tematy maturalne. Z polskiego miałam temat: „Warszawa w oczach Bolesława Prusa”. Drugi pisemny egzamin maturalny, z matematyki, był w tym samym budynku. Potem były egzaminy ustne z polskiego, historii i matematyki.
Nauka konspiracyjna nie chroniła młodzieży przed ulicznymi łapankami do przymusowej pracy. Nie miałyśmy z tytułu tej nauki żadnych legitymacji. Dziewczęta, które były jednocześnie w szkole zawodowej albo pracowały, miały legitymacje, czuły się wtedy pewniej. Każda z nas miała w związku z tym różne zajęcia poza nauką. Ja w trakcie nauki w liceum pracowałam w biurze informacyjnym PCK, które mieściło się w obecnym Teatrze Ateneum przy ul. Czerwonego Krzyża. Ta praca dawała mi legitymację i w pewnym sensie chroniła. Do biura PCK chodziłam po południu na dwie godziny. Mieszkałam na Saskiej Kępie, biuro mieściło się za Wisłą, nie miałam więc daleko do domu. Miałam „dobrą” legitymację „pecekowską”.
Po zrobieniu matury, we wrześniu 1941 r. zapisałam się na Kursy Rysunku Technicznego Jagodzińskiego, oficjalnie działającej szkoły technicznej. Była to jednocześnie jedna ze szkół „przykrywek”, realizujących tajne nauczanie na poziomie wyższym – tajnej politechniki. Był tam wydział budowlany, mechaniczny i chyba też elektryczny. Dostałam się na wydział budowlany. Szkoła mieściła się na ul. Śniadeckich, w dawnym budynku szkolnym.
Jednym z głównych organizatorów tajnej Politechniki był przedwojenny dziekan wydziału architektury, światowej sławy specjalista w dziedzinie konstrukcji stalowych, profesor Stefan Bryła. Był to człowiek dużej odwagi i poświęcenia, szalenie oddany młodzieży. W zachowaniu swym był dosyć oschły (potrafił człowieka czasami zbesztać, zawsze zresztą zasłużenie), jednak bardzo dbał, żeby młodzież się uczyła. Zawsze nam powtarzał: „Uczcie się, nie zaniedbujcie nauki. To, co teraz zrobicie, wszystko wam będzie po wojnie zaliczone”. Zajęcia odbywały się w godzinach popołudniowych, a wykładowcami byli profesorowie Politechniki Warszawskiej. Poziom był więc wysoki.
Niemcy nie mieli świadomości, jakiego typu zajęcia są realizowane w tej szkole. Część wykładów była prowadzona właśnie w oficjalnej szkole na tak zwanych kursach rysunku technicznego, natomiast część przedmiotów była prowadzona na kompletach.
Wykłady z matematyki prowadził, ze swoimi asystentami, profesor Witold Pogorzelski, profesor Politechniki Warszawskiej, znany matematyk. Geometrię wykreślną wykładał Edward Otto, który tytuł profesorski otrzymał na Politechnice po wojnie. Konstrukcje żelbetowe i stalowe wykładał nam profesor Stefan Bryła. Budownictwo prowadził profesor Trzciński, też przedwojenny profesor. Rysunek odręczny pierwszego stopnia – profesor Kamiński z Wydziału Architektury, projektowanie – przedwojenny profesor Aleksander Bojemski. Historię architektury średniowiecznej i starożytnej wykładał wspaniały profesor Wydziału Architektury Marian Lalewicz, historię architektury polskiej profesor Jan Zachwatowicz i jego asystenci, historię architektury nowożytnej profesor Lech Niemojewski.
Ci wykładowcy zapewniali wysoki poziom nauki. Wykłady odbywały się w gmachu architektury na Koszykowej, z tym że część gmachu od frontu, gdzie wchodziło się od strony Koszykowej, była zajęta przez szkołę budowlaną. Korzystający z tajnych kompletów byli natomiast wpuszczani od tyłu Wydziału Architektury. Wchodziło się tam od podwórka z ul. Lwowskiej.
Przy drzwiach czatował zawsze poczciwy przedwojenny woźny, pan Wiraszko. Wpuszczał nas cichcem do pomieszczeń Zakładu Architektury Polskiej od strony podwórza. Tam odbywały się ilustrowane przeźroczami wykłady, m.in. z historii sztuki i historii architektury. Oczywiście wykonywaliśmy tam też różne dodatkowe ćwiczenia rysunkowe.
Zajęcia były również prowadzone na mieście, w mieszkaniach studentów, a nawet profesorów. Podobnie było w przypadku egzaminów. Pamiętam, że mój egzamin z historii architektury starożytnej i średniowiecznej odbył się w mieszkaniu profesora Mariana Lalewicza. Zdawała nas czwórka: ja, dwie koleżanki i kolega. Ponieważ przedmiot był szalenie ciekawy i pięknie prowadzony, przygotowywaliśmy się solidnie. Po egzaminie profesor powiedział: „Wiedzcie, że przed wojną tak dobrze przygotowanych studentów nie miałem”. Wszystkim nam postawił piątki.
Egzamin z technik żelbetonowych zdawałam w mieszkaniu prywatnym profesora Bryły, który mieszkał przy ul. Noakowskiego 10. Wyniki egzaminów, które zdawaliśmy oficjalnie w Szkole Jagodzińskiego, były notowane w naszych pseudoindeksach. To były po prostu trzystronicowe kartoniki, gdzie wpisywano stopnie z poszczególnych przedmiotów. Stopnie z egzaminów zdawanych na kompletach były umieszczane na kartkach, a następnie rejestrowane i archiwizowane przez zaufanego kolegę.
Jak wspomniałam, wstąpiłam na wydział we wrześniu 1941 r. W ostatnim roku nauki, na wiosnę 1944 r., młodzież była bardzo mocno zaangażowana w różne dodatkowe prace, przede wszystkim w konspirację. W związku z tym były przerwy w studiach. Ostatni egzamin zdawałam, dokładnie już nie pamiętam, chyba w 1943 r.
Mile wspominam chwile względnej swobody w trakcie dwutygodniowych wakacyjnych prywatnych praktyk inwentaryzacji obiektów kultury wiejskiej latem 1942 r. w rejonie Kampinosu pod Warszawą. Realizowaliśmy zadania w piątkę: ja, Wanda Manczarska, Stasia Witkowska, Zbyszek Smidowicz i Andrzej Sikorski. Można było w pełni korzystać z uroków wiejskiego lata. Zrobiliśmy nawet sobie przedstawienie teatralne na podstawie naprędce napisanego scenariusza „Grand Hiszpański”. Była to tragedia, która kończyła się „wymiataniem trupów”. Andrzej zginął w marcu 1943 r. przy próbie ucieczki podczas aresztowania w trakcie prowadzenia zdekonspirowanego szkolenia wojskowego.
W Warszawie cały czas istniało poczucie dużego zagrożenia. Przede wszystkim od samego początku panował terror. Były aresztowania i rozstrzeliwania w Palmirach już w 1940 r. Były łapanki z domów, Niemcy otaczali całe dzielnice. U nas na Saskiej Kępie też był taki dzień, niedziela, gdy otaczali całe kompleksy ulic, chodzili po mieszkaniach i wyłapywali Bogu ducha winnych ludzi. Potem niektórzy trafiali na rozstrzelanie, niektórzy do obozów koncentracyjnych, inni do obozów pracy. Zdarzyło mi się dwukrotnie w sytuacji kontroli dokumentów, że udało mi się ominąć kontrolujących żandarmów. Teraz mogę przypuszczać, że byłam tak pewna siebie, bo posiadałam dowód pracy w PCK i w ten sposób żandarmi mnie nie zaczepiali.
Mieszkałam na Saskiej Kępie, więc przejeżdżałam codziennie przez Most Poniatowskiego. Często było tak, że Niemcy zatrzymywali tramwaj na moście; nie można było uciec, najwyżej do Wisły. Wtedy nie daj Boże, jak coś znaleźli, podejrzaną paczkę, bo różne rzeczy się przewoziło, czy gazetki lub nieraz broń. Wtedy wszyscy automatycznie szli do więzienia, na rozstrzelanie. Zarządzono godzinę policyjną, w zimie to była chyba ósma czy siódma. Jak przychodziłam do domu parę minut po tej godzinie, to mama już drżała, czy się coś nie stało.
Życie towarzyskie było z konieczności bardzo ograniczone. Głównie odbywało się w kręgu rodzinnym i koleżanek ze szkoły, w domu lub w izolowanych miejscach. I tak poprzez mojego ciotecznego brata – Jędrusia Urbańskiego poznałam jego kolegów z Liceum imienia Mikołaja Reja – Andrzeja Kuszla, Staszka Kłopotowskiego i jego siostrę Hannę Kłopotowską. Spotykaliśmy się w weekendy – w zimie najczęściej u państwa Kłopotowskich na Powiślu, a w lecie w parkach albo na wycieczkach za miasto.
Od lata 1941 r. Andrzej i Staszek pracowali jako praktykanci w gospodarstwach rybnych Kuszlów. Praca ta zabezpieczała przed łapankami i wywózkami na roboty. Jednak bezpiecznie nie było. Sytuację okupacji na tamtejszych wiejskich terenach dobrze odzwierciedla list Andrzeja do mnie:
Samoklęski, 11/10.42
Kochana Basiu!
List Twój otrzymałem, bardzom się nim ucieszył i zmartwił jednocześnie. Natomiast mogę Cię poinformować, że u nas mamy przyjemności zupełnie podobnej kategorii. Bo i łapanki na roboty, i aresztowania za różne przestępstwa natury gospodarczej, i napady dywersyjnych band, i tropienie takowych przez władze – i szukanie winnych pomocy bandytom wśród chłopów, i rozstrzeliwanie żydów, i palenie całych wiosek przez bolszewików, i niszczenie takowych czerwonym kurem przez władze, które znalazły w nich konfidentów kominternu, i awantury o kontyngent, i zsyłanie chłopów na Majdanek pod Lublinem za niecałkowite takowego odstawienie itp.
Ojciec Andrzeja Kuszla został zastrzelony w Przytocznie podczas napadu aprowizacyjnego Żydów zbiegłych z transportów śmierci, gdyż zerwał się sprzed lufy na krzyk córki wydającej prowiant ze spiżarni.
Andrzej poszedł do partyzantki; został ranny w walce wiosną 1944 r. Tak się złożyło, że mąż naszej domowej dostawczyni żywności wiejskiej w latach 50. przenosił go w bezpieczne miejsce po zranieniu. Niestety Andrzej zmarł. Siostra Andrzeja, Basia, była sanitariuszką w batalionie „Gustaw”. Odnalazła mnie po wojnie. Ich majątek upaństwowiono. Brata z matką i siostrami wysiedlono do Warszawy.
Na wiosnę 1944 r. spacerowaliśmy pewnego dnia ze Stanisławem ul. Piękną. Po odprowadzeniu mnie do mojej cioci, która pracowała w sklepie odzieżowym na Mokotowskiej, został on aresztowany na ulicy.
Zgodził się współpracować, więc go wypuścili, ale ponieważ się nie wywiązywał, zaaresztowali go ponownie i wysłali do Oświęcimia. Szedł potem w Marszu Śmierci z podobozu Oświęcimia Wesoła. Razem z 400 ocalałymi z marszu został załadowany na statek-więzienie, następnie omyłkowo zbombardowany przez Anglików 2 maja 1945 r. Staszek nie przeżył.
IV
Konspiracja
Pierwszy kontakt z konspiracją nawiązałam pod koniec 1941 r. Wiem, że byli w nią także zaangażowani ojciec i młodsza siostra. Siostrę wciągnął do organizacji doktor, który mieszkał w naszym domu. Przechodziła przeszkolenie sanitarne. Dla bezpieczeństwa nie poruszano tego tematu w domu.
Nie wiedzieliśmy, gdzie kto jest zaangażowany. Jak wspomniałam wcześniej, w 1941 r. zaczęłam studia na tajnym Wydziale Architektury. Wykładał tam profesor Stefan Bryła. Był on współorganizatorem tajnej Politechniki, ale przede wszystkim szefem Departamentu Robót Publicznych i Odbudowy w Delegaturze Rządu Polskiego na Uchodźstwie. Był to szczebel ministerialny.
Profesor potrzebował łączniczek. Naszym kolegą z Wydziału Architektury był Zbyszek Smidowicz, którego ojciec był zaprzyjaźniony z profesorem. Profesor Bryła znał doskonale Zbyszka, który już wtedy był w konspiracji. Zbyszek zarekomendował profesorowi mnie i moje dwie koleżanki: Wandę Manczarską i Stasię Witkowską. Zostałyśmy zaakceptowane. Złożyłyśmy przysięgę i na przełomie 1941 r. i 1942 r. podjęłyśmy służbę jako łączniczki.
Na mieście były punkty, gdzie otrzymywało się korespondencję. To były zwykle informacje czy zawiadomienia o spotkaniach. Nie wiem, co to dokładnie było, bo nigdy nie zaglądałam do zupełnie malutkich karteczek pisanych na bibułkach. To były niewielkie karteczki, które można było stosunkowo łatwo schować. Przypuszczam, że to były informacje, które docierały poprzez Delegaturę nawet z Londynu, trudno mi powiedzieć.
Punkty kontaktowe były w różnych miejscach i często się zmieniały. Były to mieszkania prywatne, ale i sklepy. Dostawałam korespondencję od profesora, przynosiłam również korespondencję dla niego. Profesor Bryła zakazywał nam noszenia jakichkolwiek gazetek. Powiedział, że absolutnie nie wolno nas narażać na noszenie paczek.
Profesor mieszkał na Noakowskiego 10. To było duże, kilkupokojowe mieszkanie. Z korytarza się wchodziło na prawo do gabinetu profesora. Gabinet był cały zastawiony regałami sięgającymi do sufitu. To było wysokie mieszkanie. W regałach były teczki papierowe, różne szpargały. Widziałam, jak profesor korespondencję, którą ode mnie dostawał, chował między szpargały. Zawsze się zastanawiałam, jak on to w razie czego znajdzie. Okazało się, że jak profesora aresztowano w 1943 r., nic u niego nie znaleziono.
Byłyśmy łączniczkami profesora do końca. Na dwa tygodnie przed aresztowaniem zakazał nam do siebie przychodzić. To nie było pierwsze jego aresztowanie. Wcześniej był aresztowany w 1941 r. lub 1942 r. Został wtedy zwolniony za duże pieniądze i dalej prowadził wykłady.
W czasie wykonywania służby łączniczki często spotykałam się z innymi profesorami Politechniki. Bywałam u profesora Zachwatowicza, Hempla, chodziłam na Saską Kępę do profesora Poniża.
Profesor Stefan Bryła został rozstrzelany 3 XII 1943 r. na ul. Puławskiej w remizie tramwajowej. Jest tam umieszczona tablica pamiątkowa. Na dzień lub dwa przed jego śmiercią spotkałam w tramwaju jednego z panów profesorów. Gdy wysiedliśmy, powiedział mi: „– Wie pani, profesor będzie zwolniony, dano za niego duży okup”. Mimo to umieszczono go na liście do rozstrzelania.
Po śmierci profesora wykonywałyśmy służbę łączniczek dla jego zastępcy, którego nazwiska nie pamiętam. Departament pracował w dalszym ciągu. Pamiętam, że wtedy chodziłam do kogoś innego, kto miał swój punkt na ulicy Koszykowej, blisko Wydziału Architektury.
W ogóle nazwisk i miejsc spotkań staraliśmy się wtedy nie pamiętać. Wbrew wszelkim zasadom konspiracji, bo nie wolno nam było ze względów bezpieczeństwa należeć do dwóch organizacji, koniecznie chciałam się dostać do organizacji wojskowej, harcerskiej. Udało mi się to. Na początku 1942 r. dostałam się do zorganizowanego już wtedy harcerskiego batalionu „Wigry”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
