Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd. Grażyna Bułka w rozmowie z Tomaszem Kowalskim - Tomasz Kowalski,Grażyna Bułka - ebook

Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd. Grażyna Bułka w rozmowie z Tomaszem Kowalskim ebook

Tomasz Kowalski, Grażyna Bułka

0,0
54,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Z familoka na deski teatru – Grażyna Bułka w szczerym wywiadzie o swoim życiu, aktorstwie i Śląsku Świętkowa w Cholonku, tytułowa Hanka w monodramieMianujom mie Hanka, aktorka znana z licznych spektakli w Teatrze Śląskim, Teatrze Korez i Teatrze Polskim w Bielsku-Białej oraz wielu charakterystycznych ról na wielkim i małym ekranie – Grażyny Bułki nie trzeba przedstawiać miłośnikom teatru i filmu. W poruszającym, szczerym wywiadzie rozmawia z Tomaszem Kowalskim nie tylko o swoich najsłynniejszych rolach i przełomowych momentach w karierze, ale też o dawnym i nowym Śląsku, o języku, poezji, tożsamości i macierzyństwie. O wyzwaniach na scenie i poza nią, a także o tym, co najbardziej intymne i osobiste. O drodze, jaką trzeba pokonać z Lipin w Świętochłowicach na deski teatru i przed kamerę – o blaskach i cieniach bycia stąd.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 229

Rok wydania: 2026

Data ważności licencji: 5/20/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Moją siłą jest właśnie to, że jestem stąd

Grażyna Bułka w rozmowie z Tomaszem Kowalskim

Copyright © 2026 by Grażyna Bułka i Tomasz Kowalski

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Kinga KosmalskaZdjęcie na okładce: © Karolina Wiśniowska

Redakcja: Krystyna Podhajska

Korekta: Aleksandra Płotka, Julia Zając, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68543-48-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2026

TOMASZ KOWALSKI: Za chwilę wyruszymy w długą podróż przez twoje życie. Takie wędrówki zaczyna się zazwyczaj od miejsca narodzin, od rodzinnego domu, tego mikrokosmosu, który często zostaje w nas do końca podróży i rozgrzewa nasze sentymentalne serca, kiedy na dworze mróz. Dla ciebie tym miejscem są Lipiny, dzisiaj dzielnica Świętochłowic, kiedyś osobna gmina.

Zanim jednak porozmawiamy o twoim dzieciństwie, chciałbym cię zapytać o pewne zjawisko, które mnie nieco irytuje. Mówię o poszukiwaniu inspiracji do snucia opowieści o Górnym Śląsku jedynie w pejzażach dzisiejszych Lipin, Bobrka, Szopienic i wielu podobnych miejsc, które – to smutne – przegrały z tym, co nazywamy zmianami ustrojowymi, kulturowymi, cywilizacyjnymi. Zamknięte kopalnie i huta, ostrupiałe, walące się familoki, bezrobotni handlujący zebranym złomem, umorusane dzieci bawiące się wśród zardzewiałych wraków samochodów, wszechobecne alkohol i przestępczość. Zgadzam się, że należy o tym mówić, zgadzam się również, że z punktu widzenia artystycznego ma to wiele walorów i jest dobrym materiałem na przykład dla artysty fotografa. Skutek jest jednak taki, że w świat idzie tylko jeden przekaz: obraz naszej małej ojczyzny pełen smutku, beznadziei, żalu.

GRAŻYNA BUŁKA: Oczywiście masz rację. Myślę podobnie i mnie też to irytuje. Odnoszę czasem wrażenie, że ludzie, którzy pokazują takie pejzaże, mają dobre intencje – w nieco przewrotny sposób, nawet trochę na przekór wszystkim, starają się odrdzewić obraz upadłego Górnego Śląska, Lipin pełnych biedy, beznadziei, tego całego chacharstwa, ale ostatecznie niestety znowu pokazują te najgorsze rzeczy. A ja Lipiny pamiętam zupełnie inaczej. Może to kwestia idealizowania dzieciństwa, szczególnie jeśli było ciepłe, dobre i pełne miłości.

Urodziłam się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku i mieszkałam tam do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego. Z dzisiejszej perspektywy uważam, że to było miejsce – o dziwo – pełne kultury. Vis-à-vis familoka, gdzie się urodziłam i gdzie mieszkaliśmy, znajdował się prężnie działający Dom Kultury „Grota”, dzisiaj Centrum Kultury Śląskiej w Świętochłowicach Filia Lipiny przy ulicy Chorzowskiej. Zresztą doskonale pamiętam, że całe moje młode życie było zamknięte w trójkącie, który tworzyły: gruba, czyli kopalnia, Matylda, gdzie pracował mój tata i gdzie moja ciocia prowadziła kantynę, Kościół Parafii pod wezwaniem Świętego Augustyna i dom kultury.

Nadal mam przed oczami ten widok… Zamknęli kopalnię, a mój tata stoi na chodniku i patrzy w dół ulicy, która tam wiodła, stoi i płacze. Jako dziecko nie potrafiłam zrozumieć, po jakiemu on tak płacze. I on mi wtedy powiedział: „Dziołcha, to jest całe moje życie, ja tam zacząłem robić, jak miałem czternaście lat”. Dla niego ta sytuacja była prawdziwym dramatem, czuł się tak, jakby mu urwano ręce i został kaleką. Nie potrafił się odnaleźć w kopalni Śląsk, do której go przenieśli. Na szczęście niewiele mu brakowało do emerytury.

Mówisz ciekawe rzeczy. Słyszałem kiedyś, chyba mówił to Arkadiusz Gola, nasz znakomity fotograf zakochany w Śląsku, że kopalnię, grubę, górnicy i ich rodziny traktowali jak matkę. To nie było miejsce pracy, do którego przychodzi się jak za karę. To była świętość, w której obronie nawet oddawano życie. Kiedy się tę niezwykłą relację zrozumie, zrozumie się też, co stało za tragedią w kopalni Wujek w Katowicach w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku. To był nie tylko sprzeciw społeczno-polityczny, to była obrona matki.

Gruba nas karmiła, gruba nas wychowywała, myśmy wszyscy byli związani z grubą. Był tam lekarz, była kantyna, organizowano wczasy, organizowano imprezy okolicznościowe w domu kultury. Górnictwo wspierało sport. Wrócę do mojego magicznego trójkąta – życie moje i moich Lipiniorzy toczyło się między grubą, kościołem i domem kultury. Dlatego mnie Lipiny kojarzą się właśnie z tym. Oczywiście jak w każdym mieście istniały rejony, w które się nie zapuszczano, ale generalnie żyłam w świecie zupełnie innym niż ten pokazywany nam teraz – wynik zamknięcia najpierw kopalni Matylda, potem Huty Silesia, która przecież truła nas niemiłosiernie. Ja widzę zupełnie inne Lipiny. Myśmy mieli na jednej ulicy – Chorzowskiej – wszystko. Był komisariat milicji, był rzeźnik, była apteka, były ciuchy, był sztof, była fiszhala…

…czyli sklep z materiałami i sklep rybny.

Tak. Przeszłam dwieście metrów i mogłam kupić wszystko. Czy idealizuję dzieciństwo? Chyba jednak nie. Bo żyłam w tych czasach, kiedy tam było naprawdę fajnie. Wszyscy się znali, wszyscy mieli – w sensie finansowym – raczej podobnie, nikt nikomu niczego nie zawiścił.

Jako sześćdziesięcioparoletnia kobieta wiem, bo wreszcie jednoznacznie to do mnie dotarło: nie chcę nikogo prosić o zaakceptowanie tego, że jestem Ślązaczką. Ja już tego nie potrzebuję.

Natomiast oficjalne uznanie, że istnieje język śląski, jest dla mnie ważne, bo pozwoliłoby uzyskać dotacje na uczenie dzieci i młodych ludzi tego języka. Jeżeli z jakichś powodów oficjalne uznanie nie nastąpi, to przecież – na litość Boską – ślonsko godka nie zniknie!

Ktoś uważa, że nie jestem Ślązaczką? Mam to w rzyci, bo to nie znaczy, że mnie nie ma. Przeszłam już te wszystkie etapy – tego tłumaczenia się, tej ciągłej potrzeby docenienia, uznania. Nie potrzebuję tego. I to nie jest kwestia dumy. Mnie, jak to się u nas mówi, loto, za kogo mnie uzna ktoś z Lublina, Poznania, Warszawy albo czy się nade mną polituje. Ja jestem stąd i taka zostanę do śmierci. Byłam Ślązaczką dwadzieścia, trzydzieści, pięćdziesiąt lat temu i wtedy ocena mojej śląskości przez innych mnie obchodziła, a czasem bolała. Teraz dalej jestem Ślązaczką, ale bez jakichkolwiek kompleksów. Musiałam do tego dojrzeć. I nie interesuje mnie również pokazywanie tego Śląska umęczonego, tej naszej lokalnej martyrologii, jakie to my były boroki, jak to się wszyscy na nas uwzięli. Nie. My, jak inni, bywaliśmy różni: dobrzy, źli, bywaliśmy też oprawcami…

Mieliśmy też pecha.

Otóż to. W każdej nacji są ludzie fajni i niefajni. Byli, są i będą. Chyba najbardziej irytuje mnie to, w jaki sposób nas się pokazuje – strasznie stereotypowo, przez pryzmat biedy, familoków, bezrobocia, chacharstwa. A przecież kiedy ktoś przejedzie się przez ten nasz hajmat, zobaczy tyle pięknych miejsc, zrewitalizowanych budynków poprzemysłowych, nowoczesnych, przyjaznych ludziom, tyle miejsc z bogatą historią, z gotową opowieścią o złotej erze tej ziemi i obietnicą dobrej przyszłości. Spotka mnóstwo mądrych, inteligentnych osób żyjących tu z dziada pradziada albo przyjezdnych, bo dla mnie nie ma żadnego znaczenia, skąd kto przyjechał, jeśli się poczuł Ślązakiem. Jeśli poczuł, że to jego miejsce, że chce tu żyć i coś dobrego dla Śląska robić, mogę mu tylko powiedzieć: „Rób, synek, bo Ślązacy to fajna nacja, a Śląsk to atrakcyjne miejsce”.

Powtarzam, a to wynika z moich własnych doświadczeń, że „nowi Ślązacy” są często silniej zaangażowani w kultywowanie tradycji tego regionu i często lepiej obeznani z jego historią niż pnioki, czyli rdzenni mieszkańcy.

Mój zawód sprawia, że sporo jeżdżę po Śląsku. Zauważyłam – co jest straszne – że świadomość historyczna Ślązaków jest często bardzo, bardzo słaba, niezależnie od ich wykształcenia. Nie wiem, czy wynika to z ignorancji, niedouczenia czy z nieprzywiązywania wagi do pewnych spraw. Nawet ja o wielu faktach historycznych związanych ze Śląskiem, szczególnie tych niejednoznacznie ocenianych, dowiaduję się dopiero teraz. Na przykład kiedyś szanowałam Wojciecha Korfantego, uważałam go za wielką osobowość. Teraz dotarło do mnie, że to nie był naiwny Ślązak, który uwierzył w coś, co go przerosło, albo lepiej powiedzieć: który dał się w coś wciągnąć. On był zwierzęciem politycznym z ogromnymi osobistymi ambicjami, z parciem na stanowiska, z ogromnym apetytem na pieniądze. No i poniósł straszne konsekwencje walki prowadzonej z sanacją, ale do spiżu mocno mu brakowało.

A tak przy okazji… Popatrzmy, w jak niewielkiej odległości stoją w Katowicach Pomnik Korfantego i Pomnik Piłsudskiego. To chyba najgłośniejszy chichot historii.

Konkludując: pokazujmy Śląsk, piękną odrębność tego regionu, wartości mu przypisane, stanowiące powód do dumy.

Oczywiście. Prosty przykład: orkiestry górnicze. One były i są charakterystyczne tylko dla tego regionu. Pozostają siłą. Trzeba je pielęgnować, dopieszczać, zapewnić im finansowanie. Przecież grają w nich nie wykształceni muzycy, ale często samoucy, niebywale utalentowani ludzie. Mój tata wprawdzie nigdy nie należał do orkiestry, mimo to sam nauczył się grać na cyi, czyli akordeonie. Doszedł do takiej perfekcji, że grał na weselach, na różnych imprezach. Orkiestry górnicze to rodzaj wspólnoty.

A wspólnota jest tym, co mnie na Śląsku najbardziej wzrusza. Sąsiadki nieraz się ze sobą wadziły, ale jeśli komuś by się jakaś krzywda działa, to tam jeden za drugim stawał. Jak jakiś bajtel był głodny, bo jego mama musiała kajś iść, to mu druga dawała sznite z cukrem albo kompotu. I chyba mi tego najbardziej brakuje w dzisiejszych czasach i na współczesnym Śląsku niestety też.

Jest jednak coś takiego w nas, Ślązakach, że poczucie wspólnoty i inności mamy w genach. To paradoksalnie najwyraźniej widać poza Śląskiem. Ja tak mam, że kiedy przyjadę na przykład do Warszawy i spotkam się chociażby z naszą wspaniałą aktorką Aleksandrą Popławską, dziołchą z Zabrza, to wystarczy pięć minut i już godamy.

Dla mnie ta wspólnota jeszcze dlatego ma znaczenie, że ja jestem stadna, ja potrzebuję ludzi, ja bez ludzi nie potrafię żyć. I wierzę w to, że ludzie są po to, by się wspierać i sobie pomagać. Od ludzi wiele dostałam i pomocy, i wsparcia. Ludzie są dla mnie ważni.

Dobry zawód sobie wybrałaś.

Tak. I to jest jeden z czynników, które mnie skłoniły do wybrania tego zawodu. Między innymi dlatego długie lata miałam opór przed zabraniem się za monodram. Bo ja na scenie potrzebuję drugiego człowieka. Ale też dość szybko się nauczyłam, że w graniu na scenie jest coś takiego jak dialog z widzem i że to wielka siła. Nawet jak jest ciemno, jak jest na widowni cisza, to czuję i wiem, że prowadzę dialog z publicznością. A publiczność jest różna. Co innego w Teatrze Korez, gdzie ten kontakt jest na wyciągnięcie ręki, gdzie można rozkochać w sobie publiczność, a co innego było w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, gdzie widz przychodził sprawdzić, czy aktor da radę.

A wracając do naszego Śląska… Nie wyobrażam sobie życia gdzieś indziej i wiem, że będę tu mieszkać zawsze, do samego końca.

Przy okazji wspomnianych przez ciebie orkiestr górniczych przypomniał mi się film produkcji angielskiej z tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku pod tytułem Orkiestra. Opowiadał on o perypetiach członków górniczej orkiestry z miasteczka Grimley w hrabstwie South Yorkshire, którzy stanęli w obliczu zamknięcia kopalni. Mówię o tym dlatego, że trudno nie zauważyć pewnej wspólnoty tradycji, kultury, mentalności mieszkańców miast wyrosłych na węglu kamiennym: od północnej Anglii i północnej Francji, przez Belgię, po zagłębia Ruhry i Saary w Niemczech. Widać jak na dłoni, że praca w kopalni tworzy pewien rodzaj człowieka. I że pewne zachowania ludzkie są w tych regionach niebywale, zadziwiająco wręcz podobne.

Bo my jesteśmy z jednego pnia, z pracy i z węgla. Dlatego nie mogę się wypierać tego, że mam korzenie niemieckie. Nie mogę ani nie chcę i guzik mnie obchodzi, czy się to komuś podoba czy nie. Taka jest nasza tutejsza historia, taka jest geneza powstania ludu śląskiego.

Skoro mowa o genezie. Czy pamiętasz dużo rzeczy z dzieciństwa? Rodziców na pewno, a dziadków?

Pamiętam mnóstwo rzeczy z dzieciństwa, wszystko dobre i wszystko związane z Lipinami. Moja mama Renata nazywała się z domu Klimas i mieszkała w Świętochłowicach – po naszemu w Świonach. Moja oma Maria, po niemiecku Marie, czyli mama mojej mamy, urodziła się w miejscowości Ratiborhammer, dzisiejszej Kuźni Raciborskiej, i była Niemką, a dziadek Polakiem. Zresztą w czasie wojny musiał na ubraniu nosić naszywkę z literą „P”. Byli bardzo biedni, to wiem. Do dzisiaj mam takie przejmujące zdjęcie mamy, która w tysiąc dziewięćset trzydziestym dziewiątym roku idzie do szkoły boso.

Jak to się stało, że moja mama poznała mojego ojca – Leona Kałużę? Tego nie wiem. Tata, rocznik tysiąc dziewięćset trzydziesty, pochodził z Lipin. Mama, rocznik tysiąc dziewięćset trzydziesty drugi, przeprowadziła się do Lipin – wtedy jeszcze osobnej gminy – i wyszła za ojca w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym drugim roku. Dwa lata później urodził się mój brat Henryk. Poród był niezwykle trudny, bo brat ważył sześć kilogramów, taki upasiony byk. (śmiech) Mama zawsze wspominała, że to był największy okaz w Europie w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku. Mówię o tym, bo mama miała z tego powodu zakaz zachodzenia w ciążę przez kilka lat, tak ją to sponiewierało. I co? Po czterech latach znowu była w ciąży. W szóstym miesiącu urodziła moją siostrę Baśkę, która niestety po kilku dniach zmarła. Stąd mam ogromny sentyment do tego imienia i może stąd między innymi czuję tak ogromną więź z aktorką Baśką Lubos. Traktuję ją jak siostrę. Trudno to wyjaśnić słowami, ale to jakaś magia. Moi rodzice chcieli mieć tylko dwójkę dzieci. Łatwo wobec tego pomyśleć, że moja siostra dała mi życie, bo przyszłam na świat cztery lata później. Dlatego całe dzieciństwo opiekowałam się jej grobem, nosiłam znicze, układałam kwiaty, które robiłam z papieru. I może dlatego do dziś mam takie poczucie, że ta moja Baśka cały czas żyje we mnie i opiekuje się mną. Ja w to wierzę!

Renata Kałuża, późniejsza mama Grażyny, w drodze do szkoły, 1940 rok*

Tak na pewno jest.

No i przez to, że Heniek był ode mnie starszy osiem lat, czułam się trochę jak jedynaczka.

Rzeczywiście, spora różnica.

I może dlatego od zawsze wolałam towarzystwo starszych chłopaków. Z rówieśnikami nie miałam wspólnych tematów. Obracałam się w towarzystwie kumpli i koleżanek mojego brata. Moim pierwszym chłopakiem był synek również osiem lat starszy ode mnie. Do dzisiaj utrzymujemy kontakt, chociaż on mieszka w Niemczech. Później także wolałam towarzystwo mężczyzn, nie kobiet. Wydaje mi się, że mam w sobie coś z chłopa. Dam ci przykład. Kiedy mój tata pracował na kopalni Matylda…

Grażynka obchodzi pierwsze urodziny

Był górnikiem dołowym?

Dołowym, potem obsługiwał szyby, jakiś czas był sygnalistą.

Bałaś się o ojca?

Nie. Ale nie dlatego, że mnie nie obchodził jego los. Po prostu o tym nie myślałam. To było naturalne, że pracuje, gdzie pracuje, bo taka była kolej rzeczy w miejscu, w którym żyliśmy. Tata nie był chłopem lubiącym po robocie smykać się po szynkach. Ale zdarzało się, że jego młodszy brat Max, który też już nie żyje – on był taki pieron – co jakiś czas wyciągał go albo na piwo, albo na wódeczkę, zwłaszcza że mieliśmy dwie knajpy, dwa szynki, czyli Karlika i Karolinkę. I kiedy moja mama chciała, żeby tata wrócił doma, wysyłała po niego mojego brata albo mnie. Heńkowi nic z tego nie wychodziło, wracał sam. Ja zawsze wracałam z ojcem. Pamiętam do dziś, jak taka mała wchodziłam do knajpy i mówiłam do taty, że ma wracać do domu. Wtedy on tylko patrzył na mnie, mówił: „Ja, kociku, z tobą ida”, i szlus.

Grażynka z tatą (po prawej) na terenie kopalni Matylda

Piękne.

No nie? Albo – co się teraz pewnie wyda dziwne, może nawet niedopuszczalne – jeśli tata chciał wypić kwarytka, to ja z nim siedziałam w kuchni, a on durś do mnie rozprowioł o grubie, o muzyce. To było takie fajne i naturalne, że z rozrzewnieniem wspominam to do dzisiaj.

Kiedy się zapisał do PZPR – musiał, nie miał wyjścia – to się tak tego wstydził, że mi padoł: „Bier mi ta legitka i kajś schowoj do szufladki, niech ja na to nie patrza”. Było to o tyle dziwne, że Leopold, jego ojciec, brał udział w powstaniach śląskich. Pamiętam, że pierwszego maja, jak my chodzili na pochód, to opa zawsze oblecony w mundur i z mnóstwem orderów na piersi.

Pierwszy z lewej wujek Max i tata Leon, lata pięćdziesiąte

Miałam z ojcem bardzo dobry kontakt i ogromnie mi go dzisiaj brakuje, chociaż od jego śmierci minęło tyle czasu.

To znaczy?

Tata umarł w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym ósmym roku, dokładnie czternastego kwietnia. W lutym tego samego roku urodził się mój młodszy syn, Piotruś. Teraz widzę ten paradoks: tu oma z Niemiec, z drugiej strony opa – powstaniec śląski. Kiedy byłam mała, to wszystko wydawało się tak naturalne. Jako dorosła czasem rozmyślam, kim ja tak naprawdę jestem.

Ślązaczką.

Nie inaczej. Mam takie piękne zdjęcie: oma Maria i opa Leopold stoją, tacy szykowni, na Lipinach. Zawsze jak do parku przyjeżdżały karasole, oma dawała mi jakieś klepoki na karasol albo keciok, z którego najczęściej wymiotowałam na wszystkich na dole. Mówiła mi: „Ino niy godej nic opie”. A zaraz opa mnie łapał w antryju i padoł: „Mosz tu pieniądze na karasol, ino nie mów omie”. To było tak wzruszające, tak piękne.

Najlepiej jednak pamiętam mamę mojej mamy, omę Marie, chociaż miałam jakieś pięć lat, kiedy ona zmarła. To był bardzo dobry, ciepły człowiek. Wiesz, to dziwne, ale ja pamiętam skrawki obrazów, które kojarzą mi się z daną osobą. Na przykład łóżko w jej domu. Wielka izba, tam łóżko, ale jak pościelone. Oma brała kij od szczotki, kładła kapy na pierzyny i tym kijem je prostowała, żeby były gładkie jak stół. Na środku sadzała potem wielką lalkę, tako puppa w wielkiej kiecy.

Oma mówiła po polsku?

Nie. Godała tylko po śląsku i po niemiecku. Zresztą pierwszym językiem, którym się posługiwałam, był śląski.

Uporządkujmy to teraz. Zacznijmy od rodziców. Mama?

Renata. Renata z domu Klimas. Urodziła się w Świętochłowicach.

Ojciec?

Leon Kałuża. Urodził się, z tego, co wiem, na Lipinach i mieszkał tam całe życie.

Rodzice twojej mamy.

Moja babcia, Marie Klimas z domu Jakubinek, urodziła się – jak wspominałam – w Ratiborhammer.

Czyli na terenie ówczesnych Niemiec.

Tak, była Niemką. Jej rodzina miała w Kochłowicach gospodarstwo. Po ślubie z dziadkiem zamieszkali w Świętochłowicach. Mama mi często opowiadała, że kiedy jeździli do Kochłowic do dziadków, a właściwie lepiej powiedzieć, że szli na nogach z tych swoich Świonów, to zawsze dostali trochę kartofli, jakichś jabłek, które sami sobie musieli zbierać w sadzie.

Natomiast mój dziadek, Jan Klimas, urodził się prawdopodobnie w Strzelcach Opolskich, które wtedy też były niemieckie i nazywały się Groß Strehlitz, jednak on utożsamiał się mocno z Polską i Polakami, działał nawet w organizacjach patriotycznych, które funkcjonowały wtedy w Strzelcach Opolskich. Stąd po wybuchu II wojny światowej to „P”, które musiał nosić na ubraniach. Zresztą przez całą wojnę dziadek nie mógł znaleźć pracy z uwagi na poglądy.

Pewnie cierpieli biedę.

To był dramat. Babcia, żeby coś zarobić, chodziła po masarzach i prała im te zakrwawione masarskie fartuchy. Rodzice babci zmarli w Kuźni Raciborskiej. Wtedy jej „kochane” siostry wykorzystały to, że ona wykludziła się z Kochłowic, i oszwabiły ją na spadku. Nie zostawiły jej praktycznie nic.

Czym się zajmował twój dziadek Jan?

Robił w hucie, z przerwą w czasie wojny, bo jak mówiłam, miał od Niemców zakaz pracy.

Teraz rodzice twojego taty.

Nie mam pojęcia, gdzie się urodzili, bo o tym nigdy… Nie miałam z kim omówić tego tematu, dowiedzieć się. Dziadek Leopold Kałuża zmarł w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym roku. Miałam wtedy kilka lat, ale go pamiętam. Babcię też. Babcia nie pracowała.

Jak miała na imię?

Maria. Oboje mieszkali na Lipinach. Dziadek, jak wspomniałam, był powstańcem śląskim. Kiedyś mi się wydawało, że to taka duma: mieć powstańca w rodzinie.

Dziadek Leopold Kałuża w mundurze powstańczym

A teraz?

Nie jestem do końca przekonana, czy walka o polskość Górnego Śląska nam się sprawdziła i czy my, Ślązacy, w ostatecznym rozrachunku tak dobrze na tym wyszliśmy. Zresztą sam Korfanty przed śmiercią (podobno został otruty) powiedział, że zaufał i że to była najgorsza rzecz, jaką zrobił.

Czy dziadek Leopold szczycił się tym, że był powstańcem? Okazywał to?

Oczywiście. Miał mundur, w którym zawsze na pierwszego maja popierdzielał.

Gdzie pracował?

Nie wiem, czy robił na grubie czy w hucie. Nie mam pojęcia, nie pamiętam tego kompletnie.

Jeżeli patrzeć całościowo, to ty jesteś kuta Ślązaczka, taka w stu procentach.

Jestem mieszanką krwi polskiej i niemieckiej.

Czyli jesteś tymi Niemcami ze Śląska i tymi Polakami ze Śląska. Mówiąc wprost: tymi Ślązakami. Jesteś taka reichs Ślązaczka.

Racja. Tym bardziej że do siódmego czy do ósmego roku życia, kiedy się szło do pierwszej klasy, nie wiedziałam, że oprócz śląskiego istnieje jakiś inny język. Godałam ino po śląsku.

Bo wychowywałaś się w rodzinie echt śląskiej. Czy to było widać u ciebie w domu, w domach dziadków? Pierwsze wyobrażenie o domu śląskim to byfyj, to makatki wiszące na ścianie, to omy w kiecach, jaklach. To był taki śląski dom jak dom scenicznej Hanki?

Nie, ja tego tak nie pamiętam. Urodziłam się w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim roku. W latach siedemdziesiątych mało ludzi chodziło obleconych po chłopsku. Do kościoła może, nie pamiętam. Moi dziadkowie ze strony taty byli niezwykle eleganccy, i to w stylu mieszczańskim. Zdziwiłbyś się, jakie to było inne od naszych dzisiejszych wyobrażeń o dawnym Śląsku. Mam nawet takie zdjęcie, właśnie z Lipin. Dziadek w meloniku i pięknym garniturze, babcia w kapeluszu i bardzo eleganckiej sukni, a w tle widać po prostu ulicę Chorzowską na Lipinach.

Patrzę teraz na to zdjęcie i nie mogę uwierzyć. Nie pamiętam, żeby u nich kiedyś była bieda. Czyli pewnie ten dziadek miał już robotę na kopalni i wystarczało im na godne życie.

Natomiast u niemieckiej babci – Marie – była bieda. Okropna bieda. Babcia urodziła chyba trzynaścioro dzieci, a zostało sześcioro, cztery dziewczynki, w tym moja mama, i dwóch chłopaków. Ośmioosobowa rodzina. Bywało, że nie mieli co jeść, naprawdę. Jeżeli był kawałek jakiejś kiełbasy, to przede wszystkim dla dziadka, reszta dostawała po kąsku. Placki ziemniaczane robiono z oszkrabin, z obierek, które się myło, mieliło, a potem dodawano do nich cebulę, mąkę i jajko. Babcia zarabiała parę groszy na praniu, do tego mieli jakieś bony żywnościowe. Dziadek wykorzystywał swoją niezwykłą sprawność manualną. Miał na przykład starą maszynę i szybko nauczył się szyć. Mama mi opowiadała, że ze starych prześcieradeł szył dziewczynom staniki – jak od bieliźniarki. Staniki, majtki, halki… W razie potrzeby potrafił wyskrobać konika z drewna dla mojego brata. Starał się ulżyć swojej spracowanej żonie, jak mógł. Był dobrym człowiekiem. Mimo biedy panowała u nich zawsze bardzo ciepła atmosfera, dlatego było mi bliżej do tej rodziny niemieckiej.

Ze strony mamy.

Pamiętam tę atmosferę i myślę, że charakter moja mama odziedziczyła po nich, a ja po mamie. Moja mama całe życie wszystkim pomagała i ja robię tak samo.

Dziadek Leopold w meloniku, po prawej babcia Maria, Lipiny, lata trzydzieste

Jak się poznali twoi rodzice?

Niedawno zadzwoniłam z tym pytaniem do żony brata mojego taty, cioci Rii. Ona jest intelektualnie całkiem sprawna, chociaż grubo po osiemdziesiątce. Trochę pogadałyśmy. Ja mówię: „Ciociu, tylko ty jeszcze możesz powiedzieć, gdzie się mama z tatą poznali”. Ciocia na to: „Dziołszka, twoja mama to była przystojna kobieta. Ona miała takie powodzenie, że to się w głowie nie mieści, to naprawdę był kawał pięknej kobiety. A że twój tata grał na akordeonie po weselach, to najpewniej tam ją musiał wyhaczyć”. (śmiech) I to całkiem możliwe, że ojciec zagiął na mamę parol na jakiejś zabawie.

Jak wyglądały relacje tych dwóch rodzin? Z jednej strony babcia Niemka, z drugiej – dziadek powstaniec śląski. Z punktu widzenia polskiej historii to próba godzenia wody z ogniem.

Nie mieliśmy z tym żadnego problemu. Na urodzinach, na wspólnych imprezach zawsze śpiewaliśmy. Mój tata uwielbiał rodzinę mamy.

I teściową lubił.

Teściową bardzo lubił. Pamiętam tę moją omę, taką boroczkę. Udręczona, zniszczona trudnym życiem, ciężką pracą i biedą. Widzę ją zgarbioną, z powykrzywianymi palcami u rąk.

Życie jej nie pieściło.

Oj, nie pieściło. Dwóch jej synów, braci mojej mamy, wcielono do Wehrmachtu. Jeden z nich, Jorg, aż do czterdziestego piątego roku walczył za Adolfa. W Berlinie dostał odłamkiem szrapnela, stracił ręce i nogi. Zmarł w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku. Nigdy nie dał rodzinie znać, że żyje. Nie chciał się pokazać matce ani bliskim w takim stanie i pewnie nie chciał im przysparzać dodatkowych problemów. Wolał, żeby myśleli, że zginął. Dopiero chyba w latach siedemdziesiątych przez Czerwony Krzyż ustalono, co się stało z Jorgiem.

Pierwszy z lewej wujek Jorg w mundurze Wehrmachtu

Przy okazji powiem ci o czymś związanym z ujkiem Jorgiem. Oddział Wehrmachtu maszerował na front i akurat przechodził przez Świętochłowice. Jeden z żołnierzy rzucił wtedy jakąś kartkę. Podniosła ją sąsiadka babci, a ona po piśmie poznała, że to od jej syna.

Co tam było napisane?

„Muter, jo żyja, niy mortw się o mnie. Ostańcie z Bogiem”. Oczywiście po niemiecku.

Gerard, drugi syn babci, znalazł się w Afrika Korps i przy nadarzającej się okazji pitnął przez Egipt do Andersa.

Jako sześciolatka chodziłam do omy Marie z mamą. Ona miała w sobie tyle ciepła… Pamiętam, że było u niej ciepło, ale ciepło nie fizycznie, tylko emocjonalnie. Ta oma była taka przytulaśna, przy niej miałam poczucie bezpieczeństwa. Zawsze panował tam porządek, a ona była taka cicha, spokojna.

Wujek Gerard u Andersa w Egipcie

To klasyczny obraz śląskiej kobiety i śląskiego domu – porządek i czystość. Czy z twojego taty też był taki porządniś?

Taki pedant, że drugiego takiego w całym swoim życiu nie poznałam. Wychodził z domu zawsze elegancko ubrany, buty miał wyglansowane jak lustro. Do dzisiaj pamiętam, w jaki sposób pucował swoje szczewiki: rozgrzewał pastę do butów na blasze, potem wcierał ją szmatką w skórę, czekał, aż przeschną, i dalej polerował. W głowie mam ten obrazek.

Cały rytuał.

A jakże. Tata zawsze chodził w kapeluszu. Jak się ubierał, to najpierw kapelusz, a na końcu skarpetki.

Jak kowboj.

Coś niesamowitego. On był zawsze ogolony, pachnący, taki czysty. On – górnik. Pamiętam, że opierdzielał swojego młodszego brata, Maxa, o kreski na powiekach od miału węglowego. „Coś ty się, kurde, domyć nie umiał!” – krzyczał.

Tata zawsze chodził w wyprasowanej koszuli. W życiu we flanelowej koszuli nie poszedłby na mszę do kościoła ani w niedzielę na spacer. Myśmy często chodzili na spacery. Tata miał karę, taki drewniany wózek. Wsadzał mnie do niego i wiózł do Wojewódzkiego Parku Kultury i Wypoczynku w Chorzowie. Osiem kilometrów pieszo! Często zabierał mnie też do zoo, które lubił. Ja nie znosiłam widoku tych biednych zwierzaków w klatkach i tego smrodu. Zresztą podobnie było z cyrkiem. Tata kochał cyrk, a ja niestety nie, ale też z nim chodziłam, bo chyba podświadomie czułam, że on jest wtedy szczęśliwy.

Czy ten szyk sprawiał, że twój tata był wyjątkowy na tej ulicy i w tej dzielnicy? Może tam po prostu tak było?

Tak było. Ja takie Lipiny pamiętam.

Ale to też chyba trochę sznyt, który został z dawnych czasów.

Oczywiście. Myślę, że nawet sprzed I wojny światowej. Przecież to były Prusy. Robotnik nie kojarzył się wtedy z lumpem.

Kiedy to się schacharzyło?

Schacharzyło się, kiedy zamknęli hutę i kiedy zamknęli Matyldę, bo ludzie stracili robotę.

Porozmawiajmy o więziach międzyludzkich. My zostaliśmy tak wychowani tu na Śląsku, że więzi między ludźmi są dla nas czymś naturalnym. Bywały różne, nie zawsze dobre, ale generalnie były. Ludzie się znali, znali swoje mieszkania, znali swoje rodziny, choroby, problemy. Jedni sobie pomagali, inni nie, ale społeczność istniała. Czy też masz odczucie, że dzisiaj strasznie się pozamykaliśmy w swoich skorupkach? Mamy internet i to nam w zupełności wystarczy, a ludzie nie są nam do niczego potrzebni?

Jeżeli tak jest, ja na pewno tak nie czuję. Może lepiej powiedzieć, że ja nie chcę tak czuć, ja nie chcę tak żyć. Oczywiście, to, co mówisz, jest w pewnym stopniu prawdą. Taki jest obraz społeczeństwa i życia we współczesnym świecie. Im większa aglomeracja, im większe skupisko ludzi, tym większa anonimowość.

Mieszkałam w familoku, plac