Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową ebook

Jurij Andruchowicz   Andrzej Stasiuk  

4 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 168 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową - Jurij Andruchowicz, Andrzej Stasiuk

Esej „Środkowowschodnie rewizje” Jurija Andruchowycza przełożyła Lidia Stefanowska.

Czym jest dzisiaj Europa Środkowa? Czy istnieje czy też jest tylko mitem? O swojej Europie opowiadają dwaj autorzy: ukraiński i polski.

Książka ukazała się w Niemczech, w Chorwacji, we Francji, na Ukrainie i Węgrzech, w Rumunii i Hiszpanii.

"Andruchowycz i Stasiuk są u siebie — w swojej Galicji, w Stanisławowie i Wołowcu, w swojej Mitteleuropie. I, jak przystało na mężczyzn czterdziestoletnich, już nie pięknych, choć może jeszcze nie do końca szpetnych, znajdują tu piękno: nieefektowne, trudne, dojrzałe. Prawdziwe

K.M., „Rzeczpospolita”

"Są to teksty w swoim gatunku znakomite. Odkąd razem z Oświeceniem przeminęły poematy, wykładające w eleganckich dwuwierszach sekrety budowy wszechświata albo sztuki sadzenia grochu, esej pozostał jedynym gatunkiem, który sytuuje się na pograniczu nauki i poezji, z pierwszej czerpiąc erudycję, od drugiej zaś zapożyczając odwagę nieoczekiwanych zestawień. Szkice o Mojej Europie spełniają ten warunek z naddatkiem; co więcej, jak przystało na dobre eseje, można z nich ’wycinać’ zdania godne podniesienia do rangi aforyzmu, jak choćby: ’Jeśli miałbym wymyślić dla Europy Środkowej jakiś herb, to w jednym z jego pól umieściłbym półmrok, a w innym — pustkę’. Jeśli Dwa eseje powstały ’na zamówienie’ — tym lepiej; marzyłbym sobie, by ich autorzy podjęli się opracowywania kolejnych tematów, widząc już oczyma duszy biblioteczkę traktującą o tlenie, nowych środkach przekazu czy reformie oświaty. Nie byłyby to z pewnością próby w manierze Bouvarda i Pécucheta. Liczyłbym raczej na widoczny w omawianych esejach rozmach polihistorów: następców jońskich filozofów natury, renesansowych myślicieli, angielskich poetów metafizycznych, których talent pozwala na rozważanie struktury materii, poznawanie Kabały, doradzanie Księciu i smakowanie trunków."

Wojciech Stanisławski, „Latarnik”

Opinie o ebooku Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową - Jurij Andruchowicz, Andrzej Stasiuk

Fragment ebooka Moja Europa. Dwa eseje o Europie zwanej Środkową - Jurij Andruchowicz, Andrzej Stasiuk

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel./fax +48 18 353 58 93

e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70

e – mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

e – mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl, iza@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: Beata Motyl, MTM Firma

ul. Zwrotnicza 6, 01-219 Warszawa

tel./fax +48 22 632 83 74

e – mail: mtm -motyl@wp.pl

Skład: D2D.PL

ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e-mail: info@d2d.pl

Tytuł oryginału ukraińskiego CENTRAL'NO-SCHIDNA REWIZIJA

Fotografia na okładce © JOSEF KOUDELKA / MAGNUM / EK PICTURES

Projekt okładki i stron tytułowych AGNIESZKA PASIERSKA

Fotografia Jurija Andruchowycza © by RITA GALLI-JOST

Fotografia Andrzeja Stasiuka © by KAMIL GUBAŁA

Książka ukazała się dzięki pomocy finansowej OSI-Zug Foundation, OSI Center for Publishing Development i Fundacji im. Stefana Batorego w ramach »Central European University East Translates East Project«

Copyright © for the essay ŚRODKOWOWSCHODNIE REWIZJE by JURIJ ANDRUCHOWYCZ, 2000

Copyright © for the essay DZIENNIK OKRĘTOWY by ANDRZEJ STASIUK, 2000

Copyright © for the Polish translation of the essay ŚRODKOWOWSCHODNIE REWIZJE by LIDIA STEFANOWSKA, 2000

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO CZARNE, 2000

Redakcja FILIP MODRZEJEWSKI

Korekta MAŁGORZATA PASZ / DESIGN PLUS

MAŁGORZATA POŹDZIK/DESIGN PLUS

Projekt typograficzny i skład ROBERT OLEŚ / DESIGN PLUS

ISBN 978-83-7536-388-3

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

JURIJ ANDRUCHOWYCZ

ŚRODKOWOWSCHODNIE REWIZJE

Przełożyła Lidia Stefanowska

JURIJ ANDRUCHOWYCZ (1960) urodził się i mieszka w Stanisławowie na Ukrainie. Prozaik, eseista, poeta i tłumacz. Opublikował m.in. książki poetyckie Nebo iptoszczi (1985), Seredmistia (1989), Ekzotyczni ptachy i rosłyny (1991), powieści Rekreaciji (1992,1997), Moskowiada. Roman żachiw (1993, 1997), Perwerzija (1996, 1997). Ostatnio wydał tom esejów Dezorientacija na miscewosti (1999). W 1985 roku wraz z Wiktorem Neborakiem i Ołeksandrem Irwańcem założył grupę poetycką BuBaBu. W Polsce ukazały się jego Rekreacje (1994, 1996), Moscoviada. Powieść grozy (2000) i zbiór esejów Erz-herz-perc (1996).

Człowiek umiera,

ale jego szkielet żyje wiecznie.

Gabriel, lat 4

Klepsydra

Od dzieciństwa pociągają mnie ruiny, mógłbym powtórzyć za Danilo Kiśem. Od dzieciństwa pociągają mnie ruiny, ów szczególny ślad, osobliwy osad minionego istnienia. Nie chcę tego wyjaśniać jakimiś nazbyt wybujałymi skłonnościami metafizycznymi czy romantycznymi. Możliwe, że przyczyną jest jedynie zapach, a nie żaden Geist. Stęchła wilgoć, nieodłączna, rozedrgana fizjologia. Stare ściany, zmurszałe belki, na wpół zetlałe rzeczy oddychają na swój własny, sobie tylko właściwy sposób – a może jestem toksykomanem?

Bogu dzięki, krajobraz mojej części świata jest dostatecznie wyposażony w tego typu obiekty. Pochylone stare domy, całe kwartały w pułapkach śródmieść, zapuszczone, obdarte, przesiąknięte zapachem grzyba i uryny zakamarki podwórzy, usłane wiecznymi jesiennymi liśćmi klatki schodowe – bywa, że wciąż żyją w nich jacyś pijacy, całe pijackie komuny ze swym realnym wewnętrznym komunizmem. Zdarza się też, że są stamtąd przeganiani, legalna już burżuazja pośpiesznie skupuje nieruchomości, przejmuje terytoria, walka klasowa trwa, pierwotna akumulacja kapitału także, anachroniczne – według Marksa – życie przybiera nowe, postmodernistyczne formy Lecz ruiny pozostają ruinami.

Wychowywałem się w świecie owych miasteczkowych podwórek i domów, tak modnych sto lat temu mansard i werand. Tak, dosłownie sto lat – chodzi bowiem o niegdysiejszy fin de siècle, o przełom wieków, na prowincji z reguły odbierany nie tak demonicznie jak na przykład w Wiedniu, ale mimo wszystko. Przeważająca część tego świata już w chwili moich narodzin leżała w gruzach, stąd nie mogę pamiętać całości, wciąż jednak pamiętam owych dziwnych, przeważnie przygarbionych starych mężczyzn i kobiety, którzy przeklinali w dialekcie galicyjskim, jeszcze z czasów gimnazjalnych pamiętali łacińskie przysłowia, a w czasach Chruszczowa i The Beatles ubierali się tak, jakby szli witać erzherzoga Franciszka Ferdynanda. (Jak im się udało ocalić te ubrania – oto pytanie! Pomimo tych wszystkich czystek, rewizji, zsyłek, nacjonalizacji. Czyżby nie rozbierali się przez te wszystkie dziesięciolecia? Czyżby przez cały ten czas spali ubrani w oczekiwaniu na nocne aresztowania?).

Pamiętam ich starczy zapach. Nic szczególnego – po prostu zapach starego ciała. Z biegiem lat w człowieku gromadzą się zmęczenie, choroby, przykrości, stąd właśnie bierze się ów specyficzny zapach – symptom rozkładu.

Ich inność przejawiała się we wszystkim – już w latach mojego dzieciństwa zdawali się istotami z innej planety. Zamęczały ich sklerozy, migreny, manie. Niechybnie zdradzał ich słaby rosyjski. Albo całkowity brak orientacji w codziennych stosunkach społecznych, w całym tym stawaniu na głowie.

Chyba jednak naprawdę stanowili jakieś tajne stowarzyszenie, jakiś ezoteryczny cesarsko-królewski klub imienia Brunona Schulza, aczkolwiek cała ta ich konspiracja była nazbyt oczywista, tak otwarcie i bezradnie wyłaziła na zewnątrz, że wydawała się czymś skończenie niefunkcjonalnym, podobnie jak wspomniana znajomość łacińskich przysłów. Jako dziecko lubiłem się im przyglądać, ich ptasiej mimice. Albo przedrzeźniać sposób mówienia, wszystkie te błędy fonetyczne, potknięcia intonacyjne, osobliwości leksykalne. Trochę ich nie lubiłem, zapewne wyczuwając wewnętrzną przewagę śmierci w ich organizmach – to było to, co odpychało. Później zaczęli pojawiać się w moich koszmarach – z workami i laskami, i ze swoim starczym zapachem.

Chyba jednak zbytnio zachwyciłem się tymi cieniami. W rzeczywistości moja miłość do ruin nie ogranicza się do strefy starych śródmieść.

Poezja konkretu

Pewnego deszczowego lata dawno, dawno temu wędrowałem z przyjaciółmi po zarośniętym winoroślą pogórzu w poszukiwaniu starych, zrujnowanych zamków. Byliśmy studentami, i dlatego oczekiwaliśmy, że świat da nam wszystko: wrażenia, przyjaźń, seks, wino, muzykę. A ponieważ nie mieliśmy przy sobie (i w ogóle też) zbyt wiele pieniędzy, wszystko to – wino, muzykę – po prostu dawaliśmy sobie nawzajem. Mogliśmy jedynie domyślać się, że dziesięć lat wcześniej czegoś podobnego spróbowała młodzież na Zachodzie i że to chyba skończyło się – czy nie kolejnymi? – rozczarowaniami oraz chorobami.

Lecz Zachód – czymże był dla nas wówczas Zachód? Od czasu do czasu wysyłał nam jakieś sygnały dźwiękowe w postaci muzycznej kontrabandy. W innych formach praktycznie nie istniał, stanowił raczej dowcipny wymysł naszych manichejskich ideologów, coś w rodzaju the dark side of the moon, antyświata, świata na opak z wieczornego teleeteru.

W związku z powyższym pozostawało nam wędrować w poszukiwaniu zamków po naszej stronie granicy. Chodziło bodaj o fragment, bodaj aluzję ewokującą jakąś dal, jakby włosko-francusko-niemiecką. Zresztą nie – nawet nie o to nam chodziło, ale raczej o zwiastun pełni istnienia. Że składa się ono z części widzialnej i niewidzialnej i że ta druga jest fundamentalna i rozstrzygająca. Trochę później przeczytałem u Rilkego o „pszczołach niewidocznego”, zbierających „niewidoczny miód”; przyjmijmy zatem, że owego deszczowego lata byliśmy takimi właśnie zbieraczami miodu.

Wydawało się nam, że ruiny, i to właśnie ruiny zamków, skrywają w sobie wspomnianą „dal”, wiadomość o pełni. Ruiny zamków były fragmentami jakiegoś dawno minionego pełnego świata. Wśród nich znajdował się nawet jeden zamek templariuszy, zamek Rycerzy Świątyni, najbardziej na wschód Europy wysunięty ogród różany trubadurów. U miejscowych chłopów zaopatrywaliśmy się w tanie wino domowej roboty (nie wiedzieć czemu bywało albo tylko czerwone, albo tylko białe); potem rozpijaliśmy je w zarośniętych łopianem i liliami ruinach, gdzie zapach wszechobecnych zamkowych ekskrementów mieszał się z tysiącami innych zapachów lata (pełny spis roślin patrz: przewodniki botaniczne sprzed stu lat, ale nie późniejsze). Podobnie wino – działało najlepiej wtedy, gdy było zmieszane: czerwone z białym. Deszcze ustawały tak samo nagle, jak się pojawiały. Zamawialiśmy sobie letnie widowiska: latanie jaskółek, pojawienie się sfory mokrych psów albo na przykład tęczy – i rzeczywiście, wszystko to otrzymywaliśmy, łącznie z tęczą. Obserwowaliśmy owe widowiska z otworów strzelniczych oraz okien, z murów obronnych, bram i rowów – bo kiedy ma się dwadzieścia lat, to takie spontaniczne żarty zwykle się udają.

Tak, rzeczywiście, te nasze wędrówki, noclegi, rozklekotane autobusy, przedgórskie wsie z obcymi dialektami (tak naprawdę to my byliśmy obcy i natychmiast demaskowani), to było coś bardzo ulotnego, zdecydowanie między komiksem a księgą naiwnej mądrości).

I wino ruin.

Tak, z pewnością przeważał komiks. Albo nawet coś z serialu dla młodzieży, pierwsze pocałunki. Ale to ja to przeżyłem, ja tam byłem. I było mi tam dobrze. Tak dobrze, że nawet w tej chwili chce mi się tam pozostać, utknąć na trzeciej stronie, w obrębie drugiego fragmentu – i nigdzie nie iść, niczego więcej nie dopisywać, zatrzymać rzekę. Przecież mógłbym pozostać, korci mnie, by tak zastygnąć tam, w starym oknie pod jaskółkami i tęczą. (Jeśli kiedyś ktoś publicznie obwieścił „śmierć autora”, to mamy tu pewnie do czynienia z jedną z jej odmian: eutanazją tekstu).

Ale co by się stało z moim dalszym, przyszłym (przeszłym?) życiem po dwudziestce, ze wszystkimi wierszami, książkami, uczynkami? Ze wszystkimi tymi wiosnami, nadziejami, przestępstwami i przepaściami? Cóż miałoby ono ze sobą począć, to życie?

Glosariusz

Odpowiedź na powyższe pytanie można, jak sądzę, sobie darować.

Odpowiedź na powyższe pytanie można, jak sądzę, sobie darować.

Ja natomiast powracam do ruin. Będzie to coś w rodzaju rejestru lub nieco poszerzonego katalogu wszystkich ruin tego świata. „Wszystkich” – tu, ma się rozumieć, przeceniłem swoje możliwości, może więc inaczej: tych, o których pamiętam.

Jako pierwsze, nie wiedzieć czemu, przypominają mi się ruiny przemysłowe: porzucone fabryki, śmieci i stare żelastwo, zwały szyn i rur, nieruchome wagoniki, zasypane kopalnie i tunele, radiacja, rdza, zatrzymane mechanizmy, potłuczona cegła, spalone szkielety konstrukcji budowlanych, bezsensowne taśmy montażowe. Cała ta krajobrazowa katastrofa, rewers produkcyjnego idiotyzmu.

Ma się rozumieć, także ruiny dawnych cywilizacji – jakieś miasta w dżunglach, świątynie opanowane przez małpy, studnie, w których rezydują gady.

A dalej ruiny dróg. Kiedyś w górach szedłem taką właśnie drogą, tylko kamienie i trawa, trawa i kamienie, wiedziałem jednak, że pięćdziesiąt lat wcześniej była to droga, którą w dorożkach i kabrioletach jeździli do mineralnych wód panie i panowie, podniecone dzieci nie przestawały histerycznie paplać, a służące, z po brzegi wypełnionymi jadłem koszykami w rękach, ledwie za nimi nadążały.

A dalej, co oczywiste, ruiny mostów, owe dawne zapory, nazywane nie wiadomo dlaczego bykami (pewnie przez upór) – zuchwałe arcydzieła sztuki inżynierskiej, które i tak się ostały, tkwiąc pośrodku ciemnego nurtu wód rzecznych.

Do tej kategorii pewnie można odnieść także akwedukty, a ściśle mówiąc – ich ruiny.

Bywają też ruiny samych rzek – woda, która już nie płynie. W dostatecznie i bez tego fantasmagorycznym Lwowie znajduje się rzeka, która przeszła w miejską kanalizację. Czterysta lat temu kursowały po niej żaglowce z Bałtyku, z Gdańska, Lubeki, a żmijopodobne sargassowo-atlantyckie węgorze łapało się prawie gołymi rękami. Dziś ta rzeka płynie jedynie rurami kanalizacyjnymi, pod brukiem i asfaltem. Notabene, słyszałem, że węgorze mogą żyć nawet w rurach kanalizacyjnych. Pod asfaltem też istnieje życie – głosili niemieccy maksymaliści 68 roku.

Oprócz tego bywają też ruiny mórz, przeważnie jakieś pustynie, ale co nam do nich?

Ruiny lasów, jezior, gór, kamieni.

Potem ruiny okrętów – te, które leżą na dnie („Titanic”, oczywiście, że „Titanic”, ale nie tylko on – całe floty, eskadry!), a także te wyrzucone na brzeg, zaś między nimi hiszpański galeon odnaleziony przez Buendia Marqueza pośrodku selwasu, w odległości czterech dni marszu od morskiego brzegu. Szczątki statków kosmicznych chyba też należy zaliczyć do nich, podobnie jak okruchy meteorytów.

Mamy też ruiny cmentarzy, głównie tych, które wiążą się z ludobójstwem, czystkami, deportacjami. Bo można, oczywiście, zamieszkać w cudzym domu i zawładnąć cudzą garderobą, naczyniami, pościelą czy, dajmy na to, złotymi zębami, ale kto by tam doglądał cudzych umarłych. A zwłaszcza ich grobów. Widziałem takie ruiny: żydowskie, ormiańskie, łemkowskie. Aby odczytać wyryte na płytach nazwiska, trzeba było palcami zdzierać mech. Mniej więcej orientuję się, gdzie w moim mieście znajdowało się getto.

Andrzej Stasiuk pokazał mi dziwną drogę: kamienista leśna droga – las rozciągał się po prawej i po lewej stronie, las i tylko las, tymczasem była to droga przez łemkowską wieś, noszącą wymowną nazwę Czarne.

Tak więc powinny być również ruiny języków, słów, pism – owej ruchomej pamięci.

W tym miejscu wolę się jednak zatrzymać. Przywołując języki i słowa, chyba przekraczam granice tego, co dozwolone, z konkretu wpadam w świat chwiejnych abstrakcji, co wydaje się wielce niepożądane, no bo wtedy pozwala mówić o ruinach dusz, uczuć, szlachetności-porządności-wierności, o cnotach, tęsknotach, ruinach miłości i ruinach nienawiści, ruinach wiary, ruinach nadziei.

A to zmuszałoby mnie do moralizowania (do czego właściwie już się zabrałem), wyłamywania otwartych drzwi i okien, wywoływania nerwowego przeciągu w owych korytarzach między przeszłością i przyszłością.

Zamiast tego wolałbym nieco uważniej przyjrzeć się przedmiotom i rzeczom, wszystkiemu temu, co namacalne. Tak czasem odzywa się we mnie dziecięce marzenie o archeologii: piszę rymowane wyliczanki o złomowiskach oraz zrujnowanych domach, o zagraconych średniowiecznych – przepraszam, środkowoeuropejskich – piwnicach i strychach. Znacznie bardziej niż jakieś sentencje moralne przemawiają do mnie szczątki minionego życia codziennego: sztuczne kwiaty, wazony, choinkowe aniołki czy owieczki, wytarte monety, wszelka dekadencka biżuteria, rozsypujące się ze starości podwiązki, grające szkatułki, ptasie gniazda. Interesują mnie stare akwaria, skamieniałe ryby, zapuszczone wanny i zlewy, gwizdki, piszczałki, gipsowe jelenie. Rzecz jasna, wzruszają mnie butelki, rozmaite butelki o najprzeróżniejszych erotycznych kształtach i zaokrągleniach, butelki płci męskiej i żeńskiej, w różnych kolorach, o różnej pojemności, zwłaszcza te, z których do dziś nie wywietrzał zapach – nie zapach, lecz duch! – nieskończenie dawno wypitych win lub wódek. Szczególną sympatią darzę atlasy geograficzne, które do dziś dają fałszywe świadectwo o brzegu Ziemi, o żółwiach i wielorybach, o morzu w miejscu dzisiejszych Karpat, o drzemiących karpackich wulkanach, a także o wszelkich zapomnianych lokalnych tworach w rodzaju Bohemii, Galicji czy Cislitawi. Po nich nie mogę nie wspomnieć o rozkładach jazdy pociągów sprzed stu lat; oczywiście, spóźniłem się na wszystkie możliwe połączenia, niemniej informacja, że między Lwowem i Wenecją kursowały dwa pociągi – pierwszy przejeżdżał przez Wiedeń i Innsbruck, drugi przez Budapeszt i Belgrad – jest i dziś dla mnie ważna.

Zachwycają mnie również stosy starych papierów, zwoje skarg oraz sprawozdań, stare czasopisma z reklamami klaksonów samochodowych oraz damskich gorsetów, pożółkłe gazety i księgi, których stronice przerzuca się na wspak, tablice uliczne z napisami w jednym z języków imperium, portrety cesarza Franciszka Józefa, Szewczenki, Hruszewskiego, Zygmunta Freuda, wszelkie inne portrety i grawiury, płyty gramofonowe, z których nie popłynie już głos Caruso ani żadnego późniejszego tenora o włoskim nazwisku Pavarotti, zachwycają mnie bilety do teatru lub cyrku na ostatecznie i dawno pogrążone w niebycie spektakle, pocztówki z kolonii, modnych kurortów albo z linii frontu, karty do gry w kanastę, brydża czy pokera, karty Tarota, opatrzone faksymilowanymi autografami fotosy kupidynów kina niemego, tudzież słynnych seryjnych morderców.

Pył i rozpad, rozpad i pył – pod ich wpływem moja alergia boleśnie daje o sobie znać. A mimo to wciąż zanurzam się w te chaszcze, jakby mogło być tam coś oprócz chaosu.

Tak, wszystko to rozpad i pył. Ale czy nie mam prawa, w ślad za wieloma adeptami filozofii optymizmu, tradycyjnie zwanej dialektyką, czy nie mam prawa wierzyć, że każdy rozpad jest w gruncie rzeczy aktem nowego tworzenia? Albo przynajmniej czymś, co nie daje temu światu zastygnąć? Rozpad to przeistoczenie przeszłości w przyszłość, powiedziałby ktoś bardziej niż ja gustujący w aforyzmach.