Wschód - Andrzej Stasiuk - ebook
Opis

Najnowsza książka Andrzeja Stasiuka to niezwykły zapis podróży na Wschód – podróży we wspomnienia do obrazów z dzieciństwa spędzanego u dziadków na Podlasiu i podróży tam, skąd wyszły oddziały Czyngis-chana, tam, gdzie historia jest jak geologia i tektonika: nieunikniona, nieprzewidywalna, miażdżąca, tam, gdzie lucyferycznym blaskiem świeci nowa potęga – do Rosji, Chin i Mongolii. To próba uchwycenia cienia Wschodu, który na nas pada. Opowieść o tęsknocie, pragnieniu i strachu. I o tym, jak umyka przestrzeń, a powraca pamięć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 299

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Strona tytułowa

Andrzej Stasiuk

Wschód

Strona redakcyjna

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografia na okładce © by Martine Franck / Magnum Photos / FORUM

Copyright © by Andrzej Stasiuk, 2014

Redakcja Magdalena Budzińska

Korekta Magdalena Mrożek / d2d.pl, Małgorzata Poździk / d2d.pl

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-7536-860-4

Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38­-307 Sękowa, tel. +48 18 351 00 70

e­-mail: [email protected]

Wołowiec 2014 Wydanie I

Dedykacja

Dla A.

Rozdział 1

Minionego lata Dżery kupił wyposażenie sklepu z pegeeru. Wszystko: lady, półki, jakieś gablotki i starodawną wagę z szalkami i wskazówką wędrującą za szkiełkiem. Ładowaliśmy ten komunistyczny zabytek na klepisko stuletniej łemkowskiej chałupy. Lady i półki trzeba było przeciąć. Tak były wielkie. Przez pięćdziesiąt lat stały w jednym miejscu i nikt ich nie ruszał. W osiemdziesiątym trzecim w rusińską Wielkanoc zobaczyłem je po raz pierwszy, po raz pierwszy stanąłem w kolejce i potem stawałem już do końca, cały czas w tym znajomym zapachu. Co to było? Słodycze, cynamon, marmolada, cukier waniliowy, wędzonka, wietrzejące butelki po piwie, papierosowy dym, ciała ludzi stojących w kolejce? Wszystko razem. Towar przyjeżdżał we wtorki i w piątki. Trzeba było przyjść znacznie wcześniej i stanąć, żeby cokolwiek dostać. Ekonomia niedoboru. Sklep należał do pegeeru i właściwie obsługiwał tylko jego pracowników. Sprzedawcą był szef gospodarstwa. Większość pegeerowców nie używała na co dzień gotówki. Szef miał gruby zeszyt, w którym zapisywał imienne listy zakupów i potem odliczał przy wypłacie. Niektórzy chyba w ogóle nie oglądali pieniędzy. Po prostu pracowali i dostawali za to jedzenie, mydło, piwo. Było coś feudalnego w kolejce potulnych kobiet. Stały w milczeniu albo coś cicho mówiły. Dwie, trzy, cztery godziny. Czasu było wtedy pod dostatkiem. Towar przywoził beżowy żuk. Widać go było z dwóch kilometrów. Pojawiał się obok dawnej cerkwi i ciąg­nąc za sobą tuman kurzu, zaczynał zjeżdżać w dół, znikał na dwie minuty i potem pojawiał się na ostatniej półkilometrowej prostej.

Tkwiłem na końcu babskiego ogonka i czułem się jak przybłęda w tym kolektywistycznym i zarazem patriarchalnym świecie. Szef stał za ladą w granatowym kitlu i białym kaszkiecie. Wskazywał palcem to na tą, to na tamtą klientkę i przywoływał. Kolejka nie miała żadnego znaczenia. Kupowały te wskazane. Nigdy nie udało mi się rozwikłać zasady tych wyborów. Może szef nagradzał najlepsze pracownice? Może te, które miały najdalej do domu? A może po prostu okazywał swoją absolutną władzę, którą w istocie nad tym ludem sprawował? Byli jego własnością. Nie mieli dokąd pójść. Tycowa miała dziewiątkę dzieci. Po chleb przychodziła z workiem, w cajgowych spodniach i bluzie, prosto od owiec albo koni. Wynosiła ten wór przez próg zgarbiona, jakby niosła ziemniaki. Czworaki stały na wzniesieniu, miała pod górę z tym tobołem. Ludzie mówili, że dodatku rodzinnego bierze więcej niż pensji. Żwirowa droga biegła środkiem osady i prócz żuka przejeżdżał nią jeszcze co jakiś czas leśniczy swoim UAZ-em, ciężarówki z drewnem i patrole straży granicznej. Nikt nie miał samochodu. Autobus zatrzymywał się sześć kilometrów dalej. Naprawdę nie było dokąd odejść z dziewiątką dzieci. Zresztą nikt nie czekał. Stałem na końcu babskiego ogonka i czułem się jak przybłęda.

Ale skądś to wszystko znałem. Te chustki na głowach, przyciszone rozmowy i oczekiwanie. Ten czas, który trzeba było przeczekać wśród obcych. Z siedemdziesiątego trzeciego, siedemdziesiątego czwartego, z innego sklepu. Tamten był murowany i stał w środku normalnej wsi. Wchodziło się po kilku stopniach do jasnego wnętrza, bo okna zajmowały całą ścianę. Też trzeba było przyjść wcześniej i czekać. Czas. Niezwyk­łe ilości czasu w prezencie. Czasu niczyjego. Wypełnionego zapachami, kształtami i dźwiękami. Na przykład dzwonieniem pustych butelek w drucianym koszu na dwadzieścia pięć sztuk. Albo ten moment, gdy furgonetka już się zatrzymała, ale w powietrzu wisi jeszcze kurz, woń benzyny, a facet w brudnym białym kitlu otwiera tylne drwi i z wnętrza wydobywa się zapach świeżego chleba. Siedemdziesiąty drugi, siedemdziesiąty trzeci – wszystkie furgonetki miały wtedy benzynowe silniki i ten zapach niskooktanowego paliwa, zapach swobody, tajemnicy i pożądania, mieszał się z zapachami słodyczy, cynamonu, oranżady i papierosów. Wtedy tam też stałem wśród starych kobiet. Przysiadały na parapecie tego długiego okna. Jak opatulone ptaki. Poćwierkując i pogdakując. Sklepowa dołączała do nich zza lady. Nasłuchiwałem, nic nie rozumiejąc. Mówiły strzępkami starych, dobrze sobie znanych zdań. Mówiły o starych, znanych na wylot zdarzeniach, które powtarzały się od stu lat. Życie, śmierć, ludzie, pogoda, praca. Mówiły ze śpiewnym akcentem. Domyślałem się, zamiast rozumieć. Wystarczały same dźwięki. Nie znałem bohaterów. Byłem nieśmiałym chłopcem z miasta i chciałem być niewidzialny. Przynajmniej do czasu, gdy nadjedzie furgonetka. Nigdy nie pytałem o kolejkę, więc chociaż po mnie przychodziło jeszcze wiele osób, to i tak stawałem na końcu. Chyba że kobiety się zlitowały i poznawszy, „czyj jestem”, wpuściły mnie gdzieś w środek albo wypchnęły naprzód. Brałem tylko chleb. Tylko po chleb mnie wysyłano, ponieważ miałem dwanaście lat i byłem nierozgarniętym chłopcem z miasta.

Sklep stał blisko skrzyżowania. W lewo jechało się do powiatu, w prawo do kościoła i potem droga urywała się zaraz na wysokim brzegu rzeki. Między sklepem a kościołem było centrum wsi. Na samym skrzyżowaniu stała remiza. Cała z surowych, zbrązowiałych ze starości desek. W niej robiono zabawy. Świeciła się wtedy jak lampion. Przez szpary wydobywał się blask. Wóz strażacki wyprowadzano na zewnątrz, żeby zrobić miejsce do tańca. Tak. Wtedy opuszczała mnie nieśmiałość, bo można było ukryć się w mroku. Przyczaić na krawędzi kręgu światła i patrzeć. Zielony półmrok lata i krzyki w ciemności. Bili się do krwi, bili do upadłego. O wszystkim dowiadywałem się następnego dnia z rozmów kobiet. Ciotka i babka wiedziały kto, kogo i jakie rany. Miłość i przemoc. Mrok był gorący jak wnętrze stajni. Wszystko o kilkadziesiąt kroków od kościoła. Nie mogłem oderwać wzroku od tych, co przepadali w ciemnościach.

No i teraz ładowaliśmy sklepowe lady i szafy na klepisko stuletniej łemkowskiej chaty, cudem przeżyłej we wsi, z której zniknęły wszystkie domy. Przepadło, rozpadło się, poszło z dymem, sześćdziesiąt cztery chałupy. Długie na piętnaście metrów, przysadziste, pod stromymi i wysokimi dachami, które miały zmieścić siano na całą zimę dla bydła i owiec. Jak odwrócone kadłuby statków z ciągnącymi się wzdłuż burt jasnymi liniami glinianej zaprawy spajającej jodłowe bale nasączone czarnym petrolem. Z sześćdziesięciu czterech przetrwała jedna i teraz upychaliśmy do jej wnętrza komunistyczne resztki. Chociaż żeby było sprawiedliwie, powinniśmy je spalić i popiół rozsypać na cztery wiatry nad Beskidem Niskim. Tak powinniśmy zrobić. Tak samo jak zrobiono z sześćdziesięcioma czterema chałupami i tymi wszystkimi resztkami dawnej Rusi od Bugu i Sanu po Szlachtową i potok Grajcarek. Ale nie. Ładowaliśmy. Drewno i sklejka były tłuste od dotyku rąk i rzeczy, nasiąknięte zapachami i ciężkie. Życie w nie weszło i zastygło. Warstwy życia: łemkowszczyzna, komunizm i teraz my, spoceni od tego ciężaru.

Wszystkie wiejskie sklepy tamtego czasu pachniały podobnie. W sześćdziesiątym ósmym, dziewiątym do sklepu w całkiem innej wsi też wchodziło się po schodkach. Był wieczór, razem z zapachem z wąskiego wnętrza wydobywało się światło. Złociste i pomieszane z wonią wanilii i oranżady. Nic więcej nie pamiętam: po stromych schodkach w lewo, cias­ne pomieszczenie i koniec. Tylko zapach i światło. Przed sklepem murawa i resztki ceglanych słupów, pozostałość zabudowań dawnego folwarku. To się unosiło w powietrzu, w rozmowach: folwark, dwór, dworskie, na dworskim… Była w tym i obcość, i coś groźnego. Samo słowo „dwór” było dudniące, niskie i głuche. Prawie jak „grób”. Wieś żyła wspomnieniem pańszczyzny, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Ten „dwór” był jak wieża strażnicza, pograniczny fort wystawiony na postrach. Ludzie wciąż chodzili pracować „na dworskie”, chociaż władza ludowa podarowała im te jałowe spłachetki na własność w czterdziestym piątym czy szóstym. Przez wieś prowadziła piaszczysta droga. Nie pamiętam, by kiedykolwiek przejechał nią samochód. Kury zostawiały po sobie wygrzane dołki. Gdzieniegdzie można było znaleźć wyschnięte na wiór krowie gówna. Ale samochody nie przejeżdżały. Po prostu ich nie było w sześćdziesiątym ósmym. Komunikacja docierała tylko pod sklep i zawracała. To były ciężarówki Star albo Lub­lin z brezentowymi budami. O świcie zabierały robotników do warszawskich fabryk, a po południu ich odwoziły. Ruszały z ulicy Wileńskiej. Siedziało się na deskach przerzuconych w poprzek paki. Wchodziło po drabince ze stalowych prętów. To chyba nic nie kosztowało. Trzydzieści kilometrów. Trzeba się było kurczowo trzymać, żeby nie zlecieć. Wokół siedzieli sami mężczyźni. Kiedy oglądam stare kroniki, rozpoznaję ich. Kaszkiety, rozpięte pod szyją koszule, bure, kanciaste garnitury. Filmy są czarno-białe, więc i pamięć staje się monochromatyczna. Twarze lśnią od szarego potu i dym z papierosów też jest szary. Czasami, mimo że byłem dzieckiem, pozwalali mi usiąść przy tylnej burcie. Patrzyłem, jak miasto oddala się i maleje. Jechaliśmy chyba Świerczewskiego, potem Generalską. Drewnica, Marki, Pustelnik, Struga. Miasto zanikało. Zamieniało się w miasteczko. Parterowiało. Przypadało do ziemi, żeby w końcu zamienić się w wieś ciągnącą się aż po krawędź mapy. Tak sobie to wyobrażałem: na wschód od Warszawy leżały już tylko wsie albo miasta, będące jedynie zwielokrotnionymi wsiami. Domy miały jedno albo dwa piętra, ale były to raczej wiejskie chałupy ustawione jedna na drugiej. Nie przypominały kamienic. Były z drewna. Pomalowane na brązowo. Jak podłoga w domu dziadków, jak podłoga w domu wujostwa. Drewno, farba olejna i lekki skrzyp. Zawsze wchodziło się do czegoś starego i przesiąkniętego zapachem. Pachniała ciemność i pachniał półmrok, i dopiero gdy zapaliło się światło, zapach jakby zamierał, bo zjawiały się kształty. Ale te wnętrza nigdy nie oddzielały od reszty świata tak jak domy w prawdziwych miastach.

W osiemdziesiątym szóstym zamieszkałem w drewnianym domu na odludziu. Nocą ciemność po prostu wchodziła do środka. Przenikała nie tylko przez szyby, ale przez stare, suche drewno belek, przez wypełnione mchem i gliną spoiny. I razem z ciemnością te wszystkie dźwięki, których wcześniej nie znałem. Leżałem w mroku i nasłuchiwałem. Czułem lęk, ale od lęku silniejsza była ciekawość, więc wsłuchiwałem się aż po wczesny świt. Myszy, popielice na strychu, owady w drewnie, skrzypienie konstrukcji pod uderzeniami wiatru albo ciepła. Nocne ptaki, zwierzęta w lesie, woda w rzece i w końcu własna wyobraźnia. Wokół nie było nikogo. Za to cmentarzy miałem pod dostatkiem. Co najmniej pięć w zasięgu niedługiego spaceru. Myślałem o duchach, o duchach ludzi, duchach domów, duchach zwierząt, duchach żołnierzy. To wszystko wirowało wokół domu, ocierało się o ściany. Byłem w okolicy jedynym człowiekiem, więc wszystkie przychodziły do mnie. Tak sobie wyobrażałem. Dlatego czasami nie mogłem zasnąć aż po świt. Słońce wstawało znad ciemnego zbocza. Wspinało się wyżej i świeciło na tę wyludnioną krainę. Na groby i przydrożne krzyże. Na podmurówki domów układane z płaskich kamieni na glinianej zaprawie. Na szkielety cerkiewnych kopuł. Na resztki. Jakby krajobraz któregoś dnia po prostu strząsnął z siebie to wszystko z absolutną, monumentalną obojętnością natury. Oczywiście było inaczej. Były krzyki, bieganina, wywlekanie z chałup, przekleństwa, bicie. Żołnierze w mundurach, ale tak naprawdę to wyekwipowana polowo bezpieka, bo to były wojska Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego podległe Ministerstwu Spraw Wewnętrznych. Czyli żadna przyroda, tylko polityka, nienawiść klasowa, nienawiść narodowościowa i błogosławieństwo kremlowskiego ludojada. Od samego początku nawiedzała mnie wizja niekończącego się węża furmanek wywożącego naród na stację kolejową w Zagórzanach. Dom za domem, rodzina za rodziną, wieś za wsią. Na furkach jechał dobytek (kilka godzin na spakowanie), małe dzieci i starcy. Reszta szła, prowadząc bydło. W obejściach zostały kury, psy i koty. Wsie latem czterdziestego siódmego musiały wyglądać dziwnie: skrzypiały na wietrze drzwi, na podłogach leżały porzucone sprzęty, otwarte szuflady, rozsypane zboże, puch w powietrzu. Panowała cisza i z żadnego komina nie unosił się dym. Ciekawi mnie, czy najpierw nadeszły z lasu lisy, by bez przeszkód plądrować kurniki, czy też rabusie z polskich wsi i miasteczek. Tak więc ten wąż furmanek nie dawał mi spokoju, aż do chwili gdy w dziewięćdziesiątym drugim albo trzecim przeczytałem Płatonowa: „Na słowa aktywisty kułacy zgięli się i zaczęli ciągnąć tratwę prosto ku rzecznej dolinie. Żaczew popełznął w ślad za kułactwem, by zapewnić mu należyte spłynięcie z prądem ku morzu i jeszcze bardziej ugruntować w sobie pewność, że socjalizm będzie, że Nastia dostanie go w panieńskim posagu i że on, Żaczew, wkrótce zniknie jako zaniechany przesąd. Zlikwidowawszy kułaków w siną dal, Żaczew nie zaznał spokoju; nie wiedzieć czemu zrobiło mu się nawet ciężej. Długo patrzył na tratwę spływającą systematycznie po delikatnej, płynnej rzece i na wieczorny wiatr, muskający ciemną, martwą wodę, która przelewała się wśród wyziębłych pól ku odległej otchłani. W sercu zrobiło mu się tęsknie i smutno. Socjalizm nie potrzebuje wszak warstwy smutnych pokrak; więc i jego zlikwidują kiedyś w siną dal…”.

No ale jednak miało to coś wspólnego z naturą, z tektoniką, bo to był dreszcz, który przebiegł od Kamczatki po Łabę. Jak coś ma dziesięć tysięcy kilometrów długości, to nie do końca jest procesem historycznym. Tutejszy wstrząs, który zmiótł domy i ludzi, był jedynie dalekim echem tamtej tektoniki, ale ślady kataklizmu oglądałem każdego dnia i każdej nocy nasłuchiwałem duchów. Wydawało mi się, że to jest naturalne i że tak będzie zawsze. Pegeer trwał w swoim półśnie, pomrukiwał, drapał się przez sen tam, gdzie go swędziało, jak wielkie, bure bydlę. Wokół rozciągała się zielona pustynia. Las schodził w doliny. Młode jesiony rozsadzały resztki fundamentów. Studnie zarastały trawą i zamieniały się w głębokie i zimne pułapki. Stare drogi zabierała woda, a przyczółki dawnych mostów coraz bardziej przypominały urwiska wybrane nurtem rzek. Wczesną wiosną, zanim wyrosła trawa, można było dostrzec wejścia do sklepionych kamiennych piwnic i wyraźne zarysy chałupisk. Można było wyjść na cały dzień i nie spotkać nikogo, tylko groby i pozostałości.

Którejś październikowej nocy w osiemdziesiątym siódmym albo ósmym zjadłem trzydzieści halucyno­gennych grzybów i poszedłem na Górną Radocynę aż pod czechosłowacką granicę. Po godzinie wieś wstała z martwych. W oknach domów paliły się światła: złoty, miękki blask. Z otwartych wrót obór ciągnął zapach siana i zwierząt. Brzęczały wiadra przy studni, nawoływały się ludzkie głosy, szczekały psy, ktoś mnie minął i poczułem jego ciepło. Chociaż była noc, widziałem drewno ścian wytrawione pogodą, sztachety płotów i wydawało mi się nawet, że widzę biel mleka przelewanego po wieczornym udoju, widziałem, jak spływa miękką strugą z naczynia do naczynia. Nawet jeśli czegoś nie mogłem dostrzec, to i tak wiedziałem, że tam jest, że tkwi w ciemnościach, takie samo od wieków, powtarzane z ojca na syna, każdy gest, rzecz, dobre i złe, na swoim miejscu. Tamtej księżycowej październikowej nocy szedłem w górę doliny, w stronę karpackiego wododziału, i wieś żyła wokół swoim starym, niezmiennym życiem, a ja byłem jak duch. Nikt mnie nie dostrzegał, chociaż stawałem tu i tam, i może tylko psy mnie wyczuwały, szarpiąc swoje łańcuchy ze zdwojoną siłą.

Często nocą przechodziłem wskroś pegeeru. Nigdy jednak nie miałem wizji ani nie czułem potrzeby, by coś sobie wyobrażać. Wszystko wydawało się wówczas oczywiste. Kolektywne pożarło indywidualne. Pożarło i teraz postękując, leżało w mroku i trawiło. Pożarło cerkwie, domy, zostawiło trochę kamieni. Te wielkie stodoły i stajnie, które mijałem w ciemnościach, zrobiono ze świątyń i chat. Tam gdzie wyładowaliśmy kontuary i półki, leżały już belki, które Dżery kupił od upadłego kołchozu parę lat wcześniej. Na niektórych wycięte były daty, trójramienne krzyże i symbole solarne. No i teraz leżały w stuletniej chałupie ocalone przed historią, najpierw przed nadejściem komunizmu, potem przed nadejściem kapitalizmu. W każdym razie nie miałem wizji minionego, gdy nocą przechodziłem przez kołchoz. Wszystko było wyraźne jak teraźniejszość. Przyszli na nagą ziemię, na niczyje i wybudowali swoje, które zaraz potem okazało się niczyje jeszcze bardziej. W osiemdziesiątym trzecim, w osiemdziesiątym czwartym byli dla mnie egzotycznym plemieniem, nowym, znanym jedynie z opowieści ludem. Godzinami siedziałem pod sklepem i popijałem piwo Marcowe z browaru w Grybowie. Patrzyłem na nich i słuchałem. Krzątali się pomiędzy stajniami, owczarniami, piętrowym magazynem z czerwonej cegły w śląskim guście, kuźnią, domami i sklepem niczym po wielkim obejściu rodzinnego domu. Naprawdę tak to wyglądało. Faceci w drelichach przysiadali na ławce, popijali marcowe i rozmawiali o maszynach, o hektarach do skoszenia, o zdarzeniach z przeszłości, w których wszyscy mieli wspólny udział i które ich łączyły niemal tak, jak łączy pokrewieństwo. Po prostu byli nową rodziną. Plemieniem na kolektywistycznej wyspie. Byli wcieleniem komunizmu, ba, byli samym komunizmem. Zebrani w jednym miejscu o jednym czasie zostali wyznaczeni do eksperymentu.

Którejś zimowej nocy szedłem wśród ciemnych stajni i stodół. Był mróz, wiał wiatr ze wschodu. Na pochyłym placu przy drodze stały cztery traktory. Ich silniki pracowały na wolnych obrotach. Pyr-pyr, pyr-pyr, pyr-pyr… Miały zbyt słabe akumulatory, by rano zapalić na tym mrozie, więc po prostu w ogóle ich nie gasili. Minąłem magazyn z czerwonej cegły, wielką stodołę złożoną ze starych chat, zacząłem wspinać się na przełęcz i już wiedziałem, że ten eksperyment jest większy niż całe to gadanie o równości, sprawiedliwym podziale dóbr, o tym, że każdemu według potrzeb, że odebrać bogatym i dać biednym, i żeby grabić zagrabione. Tu chodziło o coś więcej, ponieważ chodziło o kompletne unieważnienie materii, o jej przezwyciężenie – żeby już nigdy nie odzyskała znaczenia i żeby raz na zawsze mieć z nią spokój. Dlatego ta próba była większa niż historia i bardzo bliska geologii.

W dwa tysiące szóstym pierwszy raz pojechałem do Rosji, ponieważ chciałem zobaczyć kraj, w którego cieniu upłynęły mi dzieciństwo i młodość. Chciałem również zobaczyć duchową ojczyznę mojego pegeeru. Wysiadłem na lotnisku w Irkucku po trzynastu godzinach podróży. Lot z Moskwy miał trwać pięć godzin, ale z niewiadomych powodów zamiast w Irkucku wylądowaliśmy o poranku w Bracku i kazali nam wychodzić. Szary deszcz padał na szary beton. Podjechał lotniskowy autobus: oszklona kabina z siedzeniami na podwoziu ziła. W oddali stał ciemnozielony las. Cement, stara blacha i wojskowa zieleń mokrych drzew w świetle świtu. Od pierwszych chwil tam, w Bracku, poczułem, że dostałem to, czego oczekiwałem, choć nie podejrzewałem nawet, że to istnieje. Pas startowy lśnił jak martwa ryba. Potem, gdy wyszedłem przed szklany budynek terminalu, zobaczyłem, że nic wokół nie ma. Znaczy się była jakaś szeroka szosa, jakieś budynki, plac z zaparkowanymi autami, ale niezbyt to wszystko istniało. Ludzie przyjeżdżali autobusami, wysiadali z samochodów, przybywali gdzieś z głębi, z wnętrza tej niewidzialnej reszty. Miasto leżało nad wielkim zbiornikiem wodnym. Angarę przegrodzono zaporą i woda zalała tajgę. Widzę to teraz na mapie, bo wtedy nie ruszyłem się na krok z lotniska. Prostokąt papieru jest zielony, a gdzieś mniej więcej pośrodku ten zalew. Jak kleks jasnobłękitnego atramentu. Wyżej, w górze mapy, nie ma już właściwie nic poza zielenią. Czarne okruszki oznaczają otdielnyje strojenija, pojedyncze budynki. Sto kilometrów i dom, pięćdziesiąt i następny, i tak przez dwa tysiące aż do wybrzeża Oceanu Lodowatego. Ale tam, na lotnisku, nie miałem o tym jeszcze pojęcia. Przyglądałem się Rosjanom i spacerowałem. Musieli mnie rozpoznawać na pierwszy rzut oka. Tak jak ja bez trudu wyławiałem z tłumu paru zachodnich turystów z naszego samo­lotu. Przemierzali nerwowo halę i próbowali się dowiedzieć, dlaczego wylądowaliśmy tutaj, a nie w Irkucku. Rosjanie rozsiedli się na ławkach i po prostu czekali. Ja spacerowałem, ponieważ nie mogłem oderwać oczu od Bracka, od betonu, od Rosjan. Od brudnego szkła hali, od jakichś drewnianych szafek, zielonych drzwi z dykty i posadzek z lastryko. Pokonałem sześć tysięcy kilometrów i trzydzieści parę lat. Lotnisko w Bracku było jak dworzec Warszawa Stadion, z którego odjeżdżały autobusy w stronę Węgrowa, Sokołowa i Siemiatycz. I ludzie też byli podobni. Ale jednocześnie czułem, że spaceruję po krawędzi zamieszkanych ziem, że dalej jest już tylko geografia. W ciasnym kiosku lali wrzątek do plastikowych kubków i wrzucali torebki herbaty. Nie dało się tego utrzymać, nie było gdzie postawić. Przy trzech stolikach w ciemnym rogu drzemali ludzie.

Jest połowa grudnia i nareszcie pada śnieg. W zimie wszystko cichnie. Minione staje się wyraźne. Zapach węglowego dymu i odgłos blaszanych łopat w ciszy poranka czterdzieści lat temu na Pradze. Wtedy też robiło się cicho, gdy spadał śnieg. I ten metaliczny dźwięk na chodnikach. Albo głuchy hurgot szufli ze sklejki. Nie było wtedy plastikowego, kolorowego sprzętu. Zielonych, czerwonych, niebieskich i żółtych łopat okutych aluminium. Tylko bura od wilgoci sklejka i poczerniały metal. Monochromatyczna materia. Białe, geometryczne płaszczyzny dachów i szary dym w nieruchomym powietrzu, wędrujący prosto do nieba. Wychodziłem do szkoły o wpół do ósmej i nie miałem pojęcia, że na świecie jest komunizm. Szło się ścieżką przez akacjowy zagajnik. Potem trzeba było wspiąć się na nasyp kolejowy i pokonać tory. Nie wiedziałem nawet, że jest socjalizm. W domu nie mówiło się o takich rzeczach, ponieważ to, w czym wszyscy braliśmy udział, było po prostu życiem i niczym więcej.

Moja matka zobaczyła Rosjan w czterdziestym czwartym. Byli marynarzami. Cumowali swoje kanonierki w rozlewiskach Bugu. Rzeka często zmieniała bieg. Zielona woda stała w martwych odnogach, a potem cofała się i zostawały bagna. Kanonierki, kutry i pontony cumowały zapewne w głównym nurcie niedaleko dworskich zabudowań. Marynarze mieli pasiaste koszulki. Tak jak ci z Aurory, Potiomkina i Kronsztadu. Ale nie przynieśli rewolucyjnego wrzenia. Dziadek prowadził z nimi handel. Zanosił wódkę albo samogon i przynosił wojskowe konserwy i cukier. W lesie poniewierały się niemieckie trupy. Ludzie pogardzali Rosjanami. Może akurat nie marynarzami, ale wynędzniałą piechotą, która gotowała kury razem z pierzem. Dziesiątki razy słyszałem tę samą opowieść: kury z pierzem, na rękach po trzy zegarki, karabiny na sznurkach. Tak wspominała nadejście rewolucji moja matka. Tak wspominali wszyscy. W miastach i we wsiach. W mowie i w piśmie. Te kury z pierzem, sznurki i zegarki. Pragnienie tych kur i zegarków nadciągało gdzieś z głębi Eurazji, z otchłani tundry i stepów. To nie był żaden Marks naprawiający świat, tylko jakiś skundlony Temudżyn w pogoni za drobiem i czasomierzami. We wsiach z szarego drewna, w chałupach pod strzechami, wśród zagonów piachu czaił się strach przed dzikim, niepoliczonym i zachłannym, które nadciągnie, zagrabi i puści z dymem te piachy, strzechy i drewniaki niewiele lepsze od mongolskich jurt. Ale to nie mogło przyjść z miast, spomiędzy murowanych domów, sklepów, kościołów, tylko gdzieś z końca przestrzeni, z miejsc, w których ludzie zaczynają porastać sierścią i nocami wyją do czerwonego księżyca. To musiało wyruszyć gdzieś stamtąd i najpierw kłusowało przez swoje stepy na czterech łapach, by dopiero potem, w miarę jak przybliżały się nasze cywilizowane siedziby, stopniowo się prostować i w końcu stanąć na dwóch nogach, żeby mieć dwie wolne ręce do łapania kur i zakładania zegarków. Wieczorami we wsiach skręcali knoty lamp i nasłuchiwali dudnienia artylerii na wschodzie. Ziemia drżała tak, jakby nadciągały wszystkie konie Azji i wszystkie jej wielbłądy. W końcu więc gasili światła i przykładali ucho do podłogi. Mądrzejsi kopali w ziemi schowki na kury i zegarki. Niektórzy myśleli, czyby nie odejść z Niemcami. Ale odgłos ze wschodu podobny był do pomruku Janowej bestii i wszyscy wiedzieli, że Niemiec w tych swoich lśniących cholewach, które wszyscy tak podziwiali, na całej ziemi nie znajdzie schronienia.

Ale potem, gdy już byłem na świecie, nigdy nie słyszałem, by w domu rozmawiało się o komunizmie albo o Rosjanach. Panowała geopolityczna cisza. Nie było o czym dyskutować. I matka, i ojciec opuścili swoje wsie w ramach wielkiej wędrówki wyklętych ludów. Zostali wywiedzeni z domu niewoli. Z krainy piachu, głodu i gnoju. Z terytorium wzgardy. Ze wschodu na zachód. Matka trzydzieści kilometrów, ojciec sto dwadzieścia. Ponieważ życie było gdzie indziej. Ze wschodu na zachód. Z chamskiej wsi do pańskiego miasta. Żeby zapomnieć o niewolniczym dziedzictwie i żeby nosić buty. Na zachód, do stolicy, którą patriotyczny zryw zamienił w szkielet i trzeba go było od nowa wypełnić ludzkim mięsem. Powstańcy, Hitler i komunizm pozwoliły im zdobyć metropolię. Nie doszli jednak do centrum. Zatrzymali się na przedmieściach tak jak większość plebejskiej konkwisty. Ale o tym się nie mówiło. Nic dodać, nic ująć. Sprawiedliwość dziejowego szabru.

Budzę się rano i słyszę stukot ptasich dziobów. Wisząca na werandzie słonina zamarzła na kość. Bogatki, modre i mniszki próbują uszczknąć skamieniały tłuszcz. Powietrze jest zeszklone i nieruchome. Drewniana konstrukcja domu przenosi najcichsze dźwięki. Szarobłękitne światło poranka wypełnia pokój. To jest ten sam blask co w dzieciństwie, gdy była niedziela albo ferie i zostawało się dłużej w łóżku, sam na sam z wyobrażeniami na temat wszystkich przyszłych światów. W łóżku było sennie i ciepło, ale wystarczyło wysunąć dłoń, by poczuć jasny, błękitny chłód.

Parę dni temu zakopałem się w zaspach nad pegeerem. W tym miejscu droga wspina się zakosami i potem przez kilometr biegnie płaskim odcinkiem przez przełęcz. Z nagich łąk wiatr zgania śnieg i białe jęzory zasp zamykają przejazd. Trzeba się cofać, brać rozpęd i wbijać coraz dalej w sypkie, zdradliwe pola w nadziei, że za którymś razem uda się przedostać na drugą stronę. Ale mnie się nie udało. Auto zawis­ło na podwoziu i bezradnie obracało kołami. Nie miałem ze sobą łopaty, łańcuchów, nic. Było minus dwadzieścia i wiało. Ze wszystkich stron niosło oślepiające, kąśliwe tumany. Zima dopiero się zaczynała.

Dwadzieścia lat temu co tydzień wędrowałem tędy z plecakiem do sklepu, by stanąć w tej dziwnej, ni to feudalnej, ni to społecznie sprawiedliwej kolejce. W grudniu, w styczniu wracałem o zmierzchu. Zatrzymywałem się na przełęczy i patrzyłem w dół. W stajniach zapalały się światła i zaczynał wieczorny obrządek. Dym z kominów wspinał się pionowo. Niebo na zachodzie płonęło jak złote lustro. Osada unosiła się niczym arka wśród bezmiarów mroku. Słychać było szczekanie psów. Z uchylonych drzwi stajni snuła się para. Owce leżały w półmroku i przeżuwały. Ludzie pachnieli tak samo jak zwierzęta i tak samo rodzili potomstwo. Po sto pięćdziesiąt złotych na dziecko. W domach obok stajni, w tym samym zapachu. Zaraz za ścianą zaczynała się ciemność i ciąg­nęła kilometrami. Ale tutaj było ciepło i pachniało gnojem i sianem jak w Betlejem. Ponieważ mieli się rodzić niczym nowi bogowie i zaludniać ziemię aż po najdalsze krańce.

Stawałem na przełęczy, zrzucałem plecak, patrzyłem i czułem kołysanie ciemnych wód. Oni tam karmili i poili bydlęta, potem siebie i układali się do wczes­nego snu, spokojni, że uczyniono z nimi przymierze, gdy wchodzili do korabia z synami swymi, żonami i żonami synów. Tak było w 1986 roku. W sklepie zawsze była słonina, pasztetowa, ­marmolada w pięcio­kilowych puszkach, makaron, ryż, cukier, herbata, a w dniach dostawy jeszcze chleb i marcowe. Nigdy niczego nikomu nie brakowało. Tak mieli obiecane. Tycowa wynosiła na plecach worek bochenków. Przechodziła przez drogę, wspinała się na wzniesienie i wchodziła do domu. Kroiła kromki, smarowała, stawiała talerz i wołała dzieci. Wychodziły z głębi chałupy, z półmroku i otaczały stół. Pod nagimi ścianami stało kilka sprzętów. W rogu żelazna kuchnia. Płonął w niej ogień i było ciepło.

Z Ułan Ude do Czyty było pięćset pięćdziesiąt siedem kilometrów. Jechaliśmy w dzień elektrycznym bez przedziałów. Siedem albo osiem godzin. Co jakiś czas stawaliśmy w miejscach, gdzie bezkresna zielona powłoka pękała na chwilę i wyrastały spod niej ziemiste zabudowania. Nagie drewno, eternit, płoty. Albo coś w rodzaju miasteczka. To przypominało trochę wschodnią Polskę, dalekie Podlasie, ale rozcieńczone tym bezkresem. Stamtąd przychodzili ludzie i wsiadali. Byli dziwnie ubrani. Zwłaszcza chłopaki. Pstrokato i od Sasa do Lasa. Na tle swoich stron wyglądali jak egzotyczne ptaki. Ale to był pewnie lumpeks albo tania chińszczyzna. Wszystko jakieś niedobrane, niedopasowane, jakby znalezione. Z napisami, naszywkami i hasłami wszechświatowego wirtualu. Wsiadali, stawali w przejściu między wagonami, bo zaraz mieli wysiadać. Za pięćdziesiąt, za sto kilo­metrów. Znałem ich twarze. Zapamiętałem z radzieckich filmów widzianych w dzieciństwie. Wcale się nie zmienili. Tyle że teraz byli kolorowi, a wtedy czarno-biali. Wtedy w kanciastych marynarkach i kaszkietach, a teraz niczym aniołowie postnowoczesnej ikonosfery. Szli przez opłotki i kartofliska, pod niebem Syberii w dresiarskich szarawarach i kapotach ostemplowanych emblematami globalnej wspólnoty. Przez piachy po kostki w kitajskich reebokach. Stare drewno, piach i potem od razu ten postświat podróbek. Nic pomiędzy. Może pomiędzy rzeczywiście nic nie było? Ziała pustka po komunizmie, próżnia i dlatego ta chińszczyzna, ten śmietnik, ten cud nowego egalitaryzmu puchł i rozprężał się, nie napotykając żadnego oporu. Sam miałem w kieszeni okulary słoneczne firmy Okey. Kupiłem je w Irkucku od Chińczyka za sto rubli, czyli trochę więcej niż dziesięć złotych. Nie mogłem oderwać oczu od tych chłopców w przejściu. Wyglądali tak, jakby ubierali się po ciemku. Żółte z ­fioletowym. Różowe z niebieskim. Za duże. Cudze.

Wyruszyli z Bałkanów, żeby zasiedlić tutejsze doliny. Zanim zbudowali swoje cerkwie i wsie, pokonali tysiące kilometrów. Często wyobrażałem sobie tę wędrówkę. Szli gdzieś z Gór Dynarskich, pokonywali dolinę Dunaju i wkraczali w Karpaty. Mieszanina krwi dackiej, iliryjskiej i trackiej wypędzona w góry przez nadciągających z północy Słowian. Gnali swoje owce, barany i bydło w poszukiwaniu pastwisk. Szli tam, gdzie była trawa. W skórach cuchnący tak jak ich bydlęta i niestrzyżeni, porozumiewali się łaciną pełną wspomnień po swoich starych obumarłych językach. „Pochodzili z barbarzyńskich mętów, z odpadków wielkich Inwazji, z hord, co rozpłaszczyły się wzdłuż Karpat i Dunaju, aby się skulić, zapaść w drzemkę, z masy dezerterów włóczących się po rubieżach Imperium, motłochu, który łacińskości liznął tyle co brudu za paznokciem”, jak chciał ich potomek Émile Cioran. Ale lubiłem sobie ich wyobrażać, jak wędrują w głąb kontynentu. Coraz dalej od ciepłych wiatrów znad Śródziemnomorza. Tysiąc lat powolnej wędrówki. Morlachowie, Arumuni, Kucowołosi. Zapomniane albo wymarłe plemiona. Z upływem wieków odchodzące w niepamięć lub w coraz wyższe góry w ucieczce przed Słowianami, Tatarami albo Turkami. Dawni Rzymianie w szałasach, w kierpcach, w deszczowe dni uwalani owczym gnojem, gdy musieli pod gołym niebem doić swoje stada. Wiecznie niewyspani, bo w Karpatach wilków i niedźwiedzi było wtedy więcej niż ludzi, więc musieli palić ognie i czuwać. Tysiąc lat, zanim dotarli tutaj, już bez pamięci drogi, którą przybyli. Bez pamięci Rzymu, Ilirii i Dacji. Ściśnięci w dolinach płot w płot, chałupa przy chałupie, w cieniu drewnianych cerkwi przypominających kształtem murowane kościoły katolików. Po drodze zruszczyli się i nasiąkli słowiańszczyzną, wiedli na pokuszenie mijane ludy, które wypuszczały się z nimi na wędrówkę. Karpaty były wtedy niemal bezludne. W nocy było ciemno, a w dzień pusto. Mleko, ser, czasami mięso i jakieś podpłomyki. Wyobrażam sobie to wszystko, żeby nie zaginęło. Doliny po wysiedlonych wsiach zarasta las. Kamienne resztki pochłania ziemia. Po prostu znikają w jej wnętrzu, a ona przyrasta jak żywe ciało. Wystarczyło sześćdziesiąt lat i prawie nie ma śladów. Łuny na niebie, zgliszcza, swąd spalenizny. Zaprzęgi i ludzie ciągną bez końca na północ, do stacji kolejowych i obozowisk pod gołym niebem. „Nie mogliśmy zabrać ani psów, ani kotów, ani kur. Jeszcze dziś widzę psa przywiązanego do budy i słyszę jego wycie”. Wojsko pilnuje, by ludzki wąż pełzł w stronę przeznaczenia. Na fotografiach, które zostawił po sobie Jan Gerhard, żołnierze mają peemy, pepesze, zwykle kabeki. W tle wstają płomienie. Jest gorąco, więc chłopcy podwinęli rękawy i porozpinali mundury. W kwietniu czterdziestego siódmego zaczął się ostatni etap wędrówki podjętej tysiąc lat temu na Bałkanach.

Pierwszy raz przyjechałem tutaj wiosną osiemdziesiątego trzeciego. Wysiadłem z jasielskiego autobusu w dawnej wsi Rozstajne, z której została tylko nazwa i murowana kapliczka przy moście. Było ciepło. Obok kapliczki kwitły żonkile. Autobus odjechał. Zrobiło się zupełnie cicho. Ruszyłem wzdłuż Wisłoki. Na starej drodze leżał jeszcze gdzieniegdzie asfalt. Nic tutaj nie było, ale pejzaż wydawał się w jakiś sposób uporządkowany. Dno doliny było rozległe i płaskie, a droga prowadziła prosto jak strzelił. Ta geometryczność po dwóch kilometrach raptem się urwała, przepadły resztki asfaltu, a droga zaczęła meandrować zgodnie z pierwotnym ukształtowaniem terenu. Ale po prawej na trawiastym wzgórzu widać było regularną, prostokątną siatkę dawnych miedz. Przy drodze stało kilka kamiennych krzyży. Nieco dalej święta rodzinna. Kilkuletni Jezus miał obłupaną twarz. Kamienisty trakt prowadził w głąb minionego. Pomiędzy ledwo widoczne znaki opuszczenia. Potem nauczyłem się je rozpoznawać: prostokątne chałupiska, zarysy podmurówek, kopulaste sklepienia piwnic, zdradliwe zapad­liska w miejscach, gdzie kiedyś były studnie, kępy zdziczałych śliw i jabłoni. Na początku smakowałem tę poetykę wyludnienia na sposób sentymentalny. To były po prostu ruiny, wspomnienie, wynik działania obojętnego czasu albo losu. Dopiero z upływem lat dotarło do mnie, że w tych spustoszonych dolinach, w Radocynie, w Lipnej, w Regietowie, działała tektonika, której epicentrum znajdowało się zupełnie gdzie indziej.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.