Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Przenajświętsza Rzeczpospolita ebook

Jacek Piekara  

3.93333333333333 (15)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 465 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Przenajświętsza Rzeczpospolita - Jacek Piekara

W atmosferze nieustającej orgii alkoholowo-narkotyczno-seksualnej wszyscy próbują wyszarpać dla siebie chociaż odrobinę władzy...

"Przenajświętszą" zrujnowały rządy skorumpowanych polityków. To kraj totalnie zdegenerowany, pogrążony w strugach kwaśnych deszczy, z fanatyzmem religijnym, handlem żywym towarem i Śląskiem zamienionym w obóz koncentracyjny.

Pod uschniętymi lasami Suwalszczyzny, geologowie odkrywają ogromne pokłady ropy naftowej. Rozpoczyna się Wielka Gra, w której nie będzie litości dla pokonanych. Co ugrają politycy, dostojnicy kościoła czy agenci wywiadu, a co sprostytuowany pisarz, zesłany poeta czy drobny urzędnik marzący o wielkiej karierze?

Wyobraźcie sobie sojusz osobników pokroju Rydzyka, Millera i Michnika oraz to, co z takiego sojuszu wyewoluowałoby za lat -dzieści.

Jacek Piekara

Opinie o ebooku Przenajświętsza Rzeczpospolita - Jacek Piekara

Fragment ebooka Przenajświętsza Rzeczpospolita - Jacek Piekara

Poniższa powieść jest fikcją literacką, ażadne zprzedstawianych postaci isytuacji nie odnoszą się do postaci isytuacji rzeczywistych. Prezentowane przez Autora poglądy nie są też poglądami Wydawnictwa oraz jego pracowników.

Rozdział pierwszy

Poeta Atlas Symbol jadł parówki. Wypluwał z obrzydzeniem kawałeczki chrząstek i kości, które zgrzytały między zębami, zakąszał ostrą musztardą. Dobra, niemiecka, pomyślał, obficie smarując leżące na talerzu kiełbaski. Posiłek przerwał mu głośny sygnał telefonu. „Oda do radości” rozbrzmiała w całym domu tak donośnie i wesoło, że aż we wnętrzu zrobiło się jakoś bardziej europejsko i cywilizowanie, a nie pszennie, buraczanie i słowiańsko. Atlas Symbol chwycił słuchawkę w dwa palce, starając się nie zostawiać na plastiku tłustych śladów. Zdumiał się, że telefon w ogóle działa, bo linia była zepsuta przez ostatnie kilka tygodni. Cóż, miła niespodzianka!

– Hę? – zagadał, przełykając ostatni kęs.

Ze słuchawki zajazgotał nagląco ostry, natarczywy głos.

– Nie mam czasu – warknął.

Później jednak słuchał uważniej, troskliwie zezując na ropny pryszcz, który zalągł się w kąciku warg. Lewą dłonią starał się go wydusić.

– Dobra. – Huknął słuchawką w aparat, aż w środku coś poskarżyło się jękliwie.

Wszedł do łazienki i spojrzał w lustro pokryte pajęczą siecią pęknięć. Napiął bicepsy, zrobił groźną minę.

– Nooo. – Zadowolony z siebie okręcił się na pięcie.

Był pewien, że mimo czterdziestki wygląda niczym młody bóg. Ani grama tłuszczu, żadnych obrzydliwych fałd spływających z brzucha, twarde jak stal mięśnie, czarno-srebrne, gęste futro na piersiach i ramionach.

– Ech, ech, ech – zachwycił się sobą.

Nabrał z wiadra rudej wody i ochlapał twarz, parskając na liszaje tynku, kiedy poczuł kwaśny, żelazisty smak w ustach. Potem ściągnął przybrudzone gatki, naznaczone żółtą smugą niczym obfitym smarknięciem, i dość dokładnie opłukał kutasa.

– Pilot gotów – zadecydował, podciągając majtki stanowczym ruchem.

Założył jedyne spodnie od garnituru, z tłustą plamą na siedzeniu, nieco za małą flanelową koszulę i szaro-brązową kurteczkę z wyliniałym sztucznym misiem. Atlas Symbol żywił bowiem zaprogramowaną pogardę dla stroju i akcentował niechlujnym ubiorem swój bunt wobec rzeczywistości. Zatrzasnął wzmocnione żelazem drzwi i elektronicznym kluczem uruchomił system zamków oraz zasuw. Dziarsko zbiegł po schodach, przeskakując po trzy i cztery stopnie. Codzienna gra ze strachem, próba zręczności. Kto wie, może kiedyś zwali się w czteropiętrową studnię o betonowym dnie? Na razie było to jednak niezwykle ekscytujące.

Na podwórku dwaj dziesięcioletni chłopcy leniwie i bez specjalnego zaangażowania kopali trzeciego, który leżał spokojnie, nie starając się nawet zasłonić, i tylko jęczał, kiedy buty łomotały po klatce żeber. Szczególnie się zasmarkał, gdy szpic trafił go wprost w kość ogonową.

– Ja wam dam, gnoje! – krzyknął poeta.

Chłopcy bez strachu, ale i bez złości zwrócili w jego stronę obojętne twarze.

– Spier-da-laj. – Wrócili do kopania.

Łup, łup i jęk, łup, łup i jęk. Atlas Symbol wzruszył ramionami i odszedł rakiem. On swoje zrobił. Zareagował żarliwym protestem na niesprawiedliwość oraz przemoc, która niczym czerw toczyła tkankę społeczeństwa. Wyraził swe oburzenie i zaakcentował niezgodę. Taka w końcu była jego misja jako inteligenta. Człowieka wykształconego oraz wrażliwego, intelektualisty wychowanego w duchu społecznej solidarności. No i wystarczy. Zresztą niech się pozabijają, kurwa, zatelepała w nim nagła złość. Im mniej tych gówniarzy, tym mniej potem morderców, złodziei i gwałcicieli. Wziął gazetę od snującego się po ulicy gazeciarza i idąc, kartkował ją szybko. Park naprzeciwko straszył uschłymi drzewami, na przerdzewiałym szkielecie ławki siedzieli dwaj czerwononosi obywatele i ładowali jagodziankę.

Tradycja nie ginie, z obrzydzeniem pomyślał poeta Atlas Symbol i sięgnął po papierosy. Pierwszy rozpadł się w palcach, z drugiego udało się uratować połówkę. Zaciągnął się głęboko. Uwielbiał to poranne uderzenie w płuca, pierwsze sztachnięcie, kołujące w głowie i nastrajające euforycznie. Zakaszlał, potem splunął gęstą flegmą w dziurę kanału odpływowego. Kurwy, kratkę ukradli, przemknęło mu przez myśl.

Kierował się w stronę Puławskiej, ale nagle umknął w bramę. Środkiem ulicy sunęła czarna falanga. Sztandary. Jak zwykle orzeł, Matka Boska, krzyże, biel i czerwień, biel i żółć. Okrzyki z tysiąca gardeł. Okute kije w dłoniach. Dum, dum – huczały podkute buty. Trach – rozbite szyby krzyczały jak pęknięte serca. Bóg, Honor, Ojczyzna! – ryk pod niebo. Czarne skórzane kurtki ze srebrnymi ćwiekami, wysokie sznurowane buty o krawędziach okutych żelazem, grube rękawice naszpikowane ostrzonymi guzami. Skowyt policyjnych syren, z daleka zahuczał śmigłowiec brzmiący niczym przetrącona ważka. Atlas Symbol zniknął w labiryntach podwórek. Serce waliło mu jak u spłoszonego ptaka. Poczuł się niczym konspirator czekający swego czasu, wódz wkrótce zwycięskiej rebelii.

– Ja wam dam. – Unikał poetyckich gestów w rodzaju grożenia pięścią niebu, chociaż bardzo go kusiło.

Pomyślał o sobie niczym o spokojnym kolosie, skale, o którą bezskutecznie rozbijają się fale oceanu. A skała trwa nienaruszona, godna i górująca nad żywiołem. Zaczęło w nim rosnąć poczucie siły. Gdyby mógł, uniósłby świat niczym ten mitologiczny bohater, jakże mu tam było...? Ech, skleroza nie boli, Bogu dzięki.

– Guza, kurwysynu, szukasz? – dobiegł go rechot z wnęki.

– Spierdalać, gnoje! – zaryczał niczym spiżowa trąba poeta Atlas Symbol, po czym zobaczył tylko pędzący błysk i myśli zgasły.

* * *

– Pierdol mnie, pierdol mnie! – kobieta krzyczała głosem jak zdarta płyta, a kardynał Anastazy Pastuch pierdolił, acz niechętnie.

Za każdym razem prawie do szaleństwa doprowadzało go poczucie winy, ale masochistyczna rozkosz doznawania poczucia winy też doprowadzała do szaleństwa. Z kolei sam orgazm i wytrysk lepkiej białej cieczy wydawał mu się czymś co najmniej niestosownym. Chwila zapomnienia, oszołomienia i otumanienia nie przystoi przecież dostojnikowi Kościoła i politykowi. Kardynał Anastazy Pastuch wierzył w potęgę ludzkiego rozumu (pojmowanego jako zbiorowa mądrość społeczności), a wszelkie doznania burzące tę wiarę napawały go niepokojem. Jakże to? – zapytywał sam siebie. Można się tak zatracić w zwierzęcym pożądaniu, w chęci jedynie tłoczenia, wyjmowania, cmoktania i miętoszenia, czego jedynym celem jest rzygnięcie białego lepiszcza? Jakże to, pocieranie o siebie dwóch naskórków może doprowadzić człowieka do szaleństwa oraz ekstazy? Niezbadane są drogi ewolucji, westchnął w myślach kardynał Anastazy Pastuch, tłocząc, cmoktając i miętosząc, gdyż jako człowiek światły nie wierzył w Boga, ale w ewolucję i w to, że wszyscy wzięliśmy się z protoplazmy, z jakiejś szaroburej kałuży skoncentrowanego białka.

– Pierdol mnie, pierdol mnie – głos kobiety sięgnął wyższych rejestrów.

Kardynał Anastazy Pastuch nie znosił wulgarności i słów obrażających moralność publiczną. Jednak rozkosz słuchania zabronionych słów była prawie tak samo silna, jak obrzydzenie tym wywołane. Kardynał Anastazy Pastuch nienawidził spoconych ciał, spazmatycznie drgających kończyn, orgiastycznych jęków, zlepionych w kosmyki włosów i perlącej się kroplami kobiecości.

– Pierdol mnie, pierdol mnie, pierdol mnie – płyta się zacięła, a kardynał Anastazy Pastuch poczuł, jak potworne imadło ściska jego męskość.

Zajęczał z bólu i rozkoszy, gardząc sobą za to, że nie potrafi kontrolować fizjologicznych odruchów. Zacisnął białe, upierścienione palce na sutkach kobiety.

– Oooooo – zawył, ładując w nią seriami.

Potem wyrwał się z lepkich objęć i wybiegł z pokoju przez otwarte drzwi, a krople spermy pryskały na uda i podłogę.

– Do diabła, Antek, było bosko – doszedł jego uszu wdzięczny jęk.

Gdybym wierzył, mógłbym się choć pomodlić, rozpaczliwie pomyślał kardynał. Cóż to za ironia: niewierzący prymas Przenajświętszej Rzeczpospolitej. Zresztą kto w dzisiejszych czasach tak naprawdę wierzył w Boga? Któż mógł poważnie traktować Biblię, a zapiski ewangelistów uważać za coś więcej niż zbiór wyssanych z palca opowieści, przypowieści czy anegdot? Kto tak naprawdę sądził, iż Chrystus rzeczywiście istniał, a nie był jedynie zmyślonym symbolem pewnych nadziei oraz marzeń?

Kardynał otrząsnął się i nieśmiało rzucił okiem w głąb pokoju. Różowa, zachęcająco otwarta muszla zdawała się wypełniać całe wnętrze. Dziewczyna leżała z bezwstydnie rozłożonymi nogami i głaskała się po brzuchu długimi palcami o złotych paznokciach.

– Gdyby Ojciec Święty to widział – zajęczał Anastazy Pastuch i skrył twarz w dłoniach.

Chwycił go szloch, kiedy pomyślał o słabości człowieka, ale jego członek wbrew zamiarom właściciela znów wyprężył się do szturmu.

– Chodźże do mnie! – z pokoju dobiegł rozkazujący głos, gdyż dziewczyna nie lubiła kończyć po pierwszym razie.

– Precz, szatanie! – wrzasnął kardynał i zamknął się w łazience.

Mydłem i ciepłą wodą zaczął omywać swą męskość z białego kleju. Mimowolnie zachwycił się kształtem i wielkością naprężonej purpurowej główki.

– Antek... – dziewczyna zaczęła kusić go spod samej łazienki.

Kardynał powiódł palcem od nasady do samego czubka członka. Delikatnie przesunął dłonią po jądrach.

– A-na-sta-zy, mój koteczku – usłyszał ciepły, nasycony pożądaniem głos.

I w końcu, skuszony oraz zepchnięty na złą drogę, kardynał Anastazy Pastuch ze spuszczonymi pokornie oczami i naprężonym do granic możliwości członkiem wyszedł z łazienki. Gdyby wierzył, mógłby powiedzieć, że pokonał go szatan kusiciel. Ale kardynał wierzył w ewolucję i Freuda. Bolał więc tylko nad niezgłębionymi otchłaniami swego id.

* * *

Teraz! Teraz! Teraz, słodki Jezusie, nikt mi, kurwa, nie podskoczy, pomyślał Amalryk Dymała, rozglądając się po biurze z dumną miną szybko wzbogaconego fornala. Po biurze, które od dzisiaj było jego biurem! Prześlizgnął się wzrokiem po skórzanych fotelach, obrotowym krześle z czarną, miękką poduchą, olbrzymim biurku z mnóstwem szuflad i stojącym na blacie komputerem.

To moje! – wrzasnął w środku radosny głos i Amalryk Dymała wykonał ekstatyczny piruet. Potem opadł na fotel i utonął w jego błogiej miękkości. Nadszedł wreszcie ten dzień. Za wszystkie wyrzeczenia, za przypochlebcze skamlenie, za robienie z siebie dzień po dniu kurwy. Nadszedł wreszcie czas spijania miodu, czas odcinania kuponów od gromadzonych przez całe życie oszczędności.

Jestem kimś, wreszcie kimś, pomyślał i choć zdawał sobie sprawę, że jest zaledwie jednym z tysięcy trybików we wszechogarniającej machinie, to przecież wiedział także, że dla przeciętnego zjadacza chleba trybik ten jest TRYBEM, a on sam – Amalryk Dymała – osobą godną najwyższego szacunku. Ale trzeba być ostrożnym. O tym Amalryk Dymała również doskonale pamiętał. Wystarczy jedno potknięcie, nieprzychylne słówko wypowiedziane gdzie nie trzeba przez księdza proboszcza, a kariera zakończy się tak nagle, jak się zaczęła. Tym razem na zawsze i bez powrotu. Kościół, Święty Opiekun Przenajświętszej Rzeczpospolitej, nigdy nie wybaczał. Czasem, może nawet najczęściej, nie zauważał. Lecz gdy już chciał zauważyć, nie wybaczał.

Amalryk Dymała doskonale zdawał sobie sprawę, co stało się z jego poprzednikiem. Słyszał o orgiach i pijaństwach, o korupcyjnych aferach. To jednak jeszcze nie byłoby nic strasznego. Kościół zwykle tolerował swobodę obyczajów swych funkcjonariuszy, jednak wymagał w zamian absolutnej i bezwzględnej wierności. Tymczasem poprzednik Amalryka Dymały uznał, że poradzi sobie bez parasola ochronnego kurii. Więc kuria ten parasol zdjęła. Poprzednik Amalryka Dymały siedział teraz na Śląsku, w czarnej strefie obozów reedukacyjnych. Tam ciężką pracą starał się udowodnić swą przydatność dla społeczeństwa. Starał się, o ile oczywiście jeszcze żył, gdyż w Strefie Śmierci ludzie z reguły nie żyli zbyt długo.

Amalryk Dymała nie zamierzał kończyć na Śląsku, jego ambicje sięgały daleko, może nawet kiedyś, kiedyś, kiedyś do Sejmu bądź Senatu, wiecznych żłobów dla zgłodniałych owieczek Przenajświętszej Rzeczpospolitej. A Amalryk Dymała był głodny, potwornie głodny. Jego głód stał się ogromny aż do bólu. Mógłby wessać w siebie całą Polskę, ba – cały świat, a jeszcze byłoby mu mało. Na razie jednak miał to, co miał. Osiedle Stegny – jedno z ogromnych blokowisk Warszawy, prawie dwieście tysięcy ludzi. Obok pamiętających epokę wczesnego Gierka, rozsypujących się punktowców z „wielkiej płyty” stały tam całe wioski domków zbudowanych z dykty, puszek i plastiku. Nocami wśród tych posępnych rumowisk włóczyły się stada wypasionych szczurów, tak zażartych i odważnych, że w stadzie rzucały się nawet na ludzi. Niejednego już pijaczka znaleziono tam z twarzą wygryzioną ostrymi kłami.

Teoretycznie Amalryk Dymała był tylko jednym z doradców burmistrza z ramienia Kościoła. Praktycznie oznaczało to, że uzyskał rząd dwustu tysięcy dusz. Wiedział, że niektórzy będą go nienawidzić. Wiedział, że takich jak on nazywają psichujkami, księżojebami, zgnilcami bądź najłagodniej – czarniakami (w odróżnieniu od czarnych, którą to nazwą określało się księży, a nie ich cywilnych pomocników). Ale wiedział również, że będzie mu podlegać osiedlowa policja, że będzie mógł urządzać kontrole moralności, których wyniki decydują przecież o losie obywateli. Bo każdy był w coś zamieszany. Nawet jeśli nie w pornografię lub posiadanie zakazanych książek czy, nie daj Boże, aborcję albo narkotyki, to na pewno wszędzie da się znaleźć środki antykoncepcyjne. Zawsze można udowodnić przestępstwo cudzołóstwa, zawsze można sprawdzić listy obecności na mszach świętych, a jeśli nie, to każdy przecież podpadnie pod artykuł dotyczący „szkalowania autorytetów moralnych” bądź „umyślnego rozpowszechniania wieści godzących w porządek prawny”. W najgorszym razie zostawało oskarżenie o operacje czarnorynkowe, a ciężko byłoby znaleźć w Warszawie, w całej Polsce! kogoś, kto nie korzystał z dobrodziejstw czarnego rynku. Dajcie mi człowieka, ja już znajdę paragraf! – te słowa musiał wypowiedzieć jakiś mądry człowiek.

Życie Amalryka Dymały zmieniło się niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do niedawna tłoczył się z żoną i czworgiem dzieci w jednopokojowym mieszkaniu. Jasne, że miał wysoką pensję i dostęp do specjalnych sklepów. Ale teraz zamieszkał na Sadybie, w stusześćdziesięciometrowym bliźniaku skonfiskowanym pewnemu obywatelowi. Obywatel ów po pijanemu napluł na medalik z Matką Boską i powiedział, że królową, która tak umiejętnie opiekuje się swoim narodem, tenże naród powinien w podziękowaniu wyjebać w kosmos. Na bluźniercę doniósł życzliwy sąsiad i dlatego Amalryk Dymała mógł zamieszkać w komfortowych warunkach, dzieląc dom tylko z rodziną kościelnego doradcy na Sadybę i Wilanów. Bliźniak był w pełni chroniony, pracowały w nim oczyszczacze wody oraz powietrza. Ba – w ogóle była woda, Boże mój! Zawsze i gorąca, kiedy się tylko chciało!

Od strony drzwi dobiegło lekkie pukanie.

– Tak? – Amalryk Dymała przyjął oficjalny ton.

Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła starsza kobieta w szaroburym, źle skrojonym żakiecie. Sekretarka. Trzeba wymienić, pomyślał z niesmakiem Amalryk Dymała. Znaczy się w ramach reorganizacji przenieść na inne odpowiedzialne stanowisko. Bo jak tu pracować, kiedy takie próchno siedzi za drzwiami? Sekretarka musi być ładna, młoda i elegancka. No i mieć czym oddychać.

– Tak? – powtórzył, tym razem już niecierpliwie, stukając kciukami w blat stołu.

– Czy coś podać? – spytała nieśmiało, a oczy wbiła w czubki znoszonych butów.

Kawy, napiłbym się kawy, przemknęło przez głowę Amalrykowi Dymale. Takiej prawdziwej, z czarnych ziaren, a nie tej naszej, z żyta. Albo prawdziwej herbaty, nie z rumianku czy mięty. Ale nie, nie wolno tak od razu. Jeszcze pomyślą, że zamierzam pójść w ślady poprzedniego pełnomocnika.

– Szklankę wrzątku i naszą ekspresówkę – powiedział, a żeby nie wydać się sztucznie skromny, dodał: – I kostkę cukru.

– Zaraz będzie, bracie. – Starsza pani wyszła, cichutko zamykając drzwi.

Amalryk Dymała doskonale wiedział, co należy do jego obowiązków. Miał się kontaktować z lokalną społecznością i dbać o jej rozwój moralny, rewidować wspólnie z proboszczem spisy wyborców. Krótko mówiąc, głównie przyjmować donosy oraz skargi. Kurewstwo ludzi jest niezmierzone, pomyślał i przypomniało mu się, jak po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę Kościoła. Przymknął oczy.

To było straszne. Ten pierwszy raz. Pałki, podkute buty walące w żebra, twarz przyjaciela przypominająca krwawą maskę, ta kobieta ściągnięta ze stołu i płód, który wypadł z niej jak worek. O Boże, Boże mój! Doniósł, tak, doniósł. Ale przerywanie życia jest skurwysyństwem, nie wolno zabijać. Kto mógł przewidzieć, że kobieta umrze? Kto mógł przewidzieć, że niezręczny cios pałki rozłupie kość w głowie przyjaciela i wbije ostrą drzazgę w mózg? Jakoś do dzisiaj nie mógł wyrzucić z pamięci tych gasnących oczu, które patrzyły na niego bez gniewu lub nienawiści. Po prostu z żalem oraz niezrozumieniem.

Ale potem była msza święta i proboszcz publicznie błogosławiący go za godną naśladowania postawę moralną. A później jeszcze propozycja nowej pracy i zmiana cuchnącej, małej klitki z kuchnią, łazienką i kiblem na trzy rodziny. Zmiana na jednopokojowe, własne mieszkanie, które wydawało mu się szczytem luksusu. Wtedy, rzecz jasna. Nic – było, minęło. Jest to, co jest. A będzie? Będzie dzielnica, potem miasto, a potem albo praca w kurii, albo Sejm, albo ministerstwo. Będą wyjazdy za granicę, portfel pełen dolarów albo jenów (nie wolno niby mieć, ale wiadomo, jak z tym jest), własny dom, stałe wejście do Strefy. Będzie po prostu raj. I dzieciaki wreszcie pożyją. Nie to, co ja – chłopak z ulicy, pomyślał. Wódka, narkotyki, tanie dziwki. Dobrze, że się w porę opamiętałem, bo moje kości gniłyby teraz gdzieś na Śląsku. Wyszedłem na ludzi. Tak, słodki Jezusie, po prostu wyszedłem na ludzi.

Usiadł na obrotowym krześle i okręcił się w kółko, raz w jedną, raz w drugą stronę. Potem wstał i znowu usiadł. Wsadził do stacji pierwszy z brzegu dysk (niestety, prowincjonalne biura nie nadążały za rozwojem techniki, cały czas było tu jak za króla Ćwieczka), na chybił trafił wystukał numer, jaki przyszedł mu do głowy. Na ekranie pojawiły się imię oraz nazwisko. Liliana Maier. Cóż to za imię: Liliana? Czy była w ogóle taka święta? A nazwisko? Czy aby nie żydowskie?

Potarł koniuszek nosa palcem i czytał dalej. Wiek, miejsce zamieszkania, szkoła, opinie nauczycieli, praca, raporty przełożonych, grafik obecności na mszach, udział w pracach społecznych i uroczystościach religijnych, opinia księdza proboszcza, krótkie sprawozdania najbliższych sąsiadów, męża oraz trojga dzieci. Amalryk Dymała na początku przelatywał wzrokiem bezmyślnie po zielonych literkach, potem cofnął się i wczytał uważnie od początku do końca. Oto młodziutka, zaledwie przecież dwudziestoparoletnia matka Polka, czynna aktywistka, zawsze obecna na nabożeństwach z wyjątkiem jednego, cztery i pół roku temu, ale jest zwolnienie od zakładowego lekarza, od ósmego roku życia biorąca udział w pielgrzymkach do Częstochowy. W pracy miała doskonałą opinię, działaczka zakładowego zarządu Ligi Młodych Polek, kandydatka na członkinię w Lidze Rodzin Katolickich i członkini Zgromadzenia Samarytanek. No, no... Ale i warunki mieszkaniowe doskonałe: własne dwupokojowe mieszkanie.

Trzeba się będzie nią zainteresować. Może jakieś niespodziewane odwiedziny? Może namówić księdza proboszcza, aby w czasie mszy publicznie pobłogosławił tak gorliwą owieczkę? Ale wpierw trzeba sprawdzić, rzecz jasna, chociaż wszystkie te dane nie mogą kłamać. Poza tym Amalryk Dymała nie chciał przyznać przed samym sobą, ale spodobała mu się ta dziewczyna. Na zdjęciu widać zielone oczy o kształcie migdałów, rude, opadające na ramiona włosy, jasną cerę z leciutkimi piegami. I pomimo skromnej, sięgającej szyi sukienki trudno nie dostrzec wspaniałego biustu, na którym opinała się materia.

Amalryk Dymała usłyszał trzask otwieranych, a potem zamykanych drzwi. Zerknął na zegarek, z cyferblatu łagodnie uśmiechał się Jezus. Dokładnie za trzy dziewiąta. Na pewno przyszli dwaj jego zastępcy. Trzeba ich wezwać, powiedzieć parę słów, przywitać się, nakreślić obowiązki. Oni obaj też są nowi. Zastępcy poprzednika Amalryka Dymały razem ze swoim szefem wylądowali na Śląsku. A może nie wzywać? Lepiej pójść samemu, nie wywyższać się, stworzyć od razu, od początku, atmosferę wzajemnego zaufania oraz zrozumienia.

Podniósł się z krzesła, wyłączył komputer i podszedł do drzwi. Delikatnie nacisnął klamkę. Przeszedł przez sekretariat, nie zwracając uwagi na służbiście wstającą starszą panią, i wszedł do gabinetu zastępców. Obaj siedzieli już na miejscach, ale Dymała obrzucił ich niezadowolonym spojrzeniem. Bowiem białe koszule nie były należycie zapięte pod szyją, czarne marynarki zwisały jak szmaty, niedbale przerzucone przez poręcze krzeseł. Jeden z mężczyzn oparł but na wysuniętej do połowy szufladzie. No i obaj palili papierosy. Pod sufit unosiły się kłęby dymu, jednak nie czuć było charakterystycznego smrodu. Amalryk Dymała momentalnie skoncentrował wzrok na leżących kolorowych paczkach. A więc to tak, pomyślał.

– Dzień dobry – przywitał się pierwszy z zastępców, wstając z miejsca.

– Co to jest? – Amalryk Dymała wyciągniętym palcem wskazał pudełko papierosów.

– Marlboro – rzekł wyjaśniającym tonem drugi, młody, czarnowłosy, z baczkami, i nawet nie zdjął stopy z szuflady. – Zapali pan?

– Nie – uciął ostro Amalryk Dymała. – I wy też nie będziecie palić! Chorzy nie mogą spełniać swego obowiązku wobec Kościoła. Działanie na szkodę własnego organizmu jest działaniem przeciw społeczeństwu! I zapiąć się pod szyją – dodał, starając się, aby jego głos wyrażał należyte obrzydzenie. – I marynarki mi założyć, ale już!

Władza jest wspaniała. Twarze zastępców spochmurniały, lecz oni sami już zerwali się z miejsc i nie śmiąc nawet mruknąć, zgasili papierosy, zapięli guziki i założyli marynarki. Amalryk Dymała przez chwilę przyglądał im się surowym, taksującym wzrokiem. Stali przed nim wyprostowani, bladzi, a ich wzrok nerwowo biegał gdzieś po ścianach. Nie ma to jak od początku wyraźnie zaznaczyć, kto ma prawo do mówienia, a kto obowiązek słuchania.

– No! – powiedział Amalryk Dymała. – Dzień dobry – dodał i wyszedł.

Postarał się, by drzwi trzasnęły. Nie za głośno, ale tak właśnie ostrzegawczo. Cholera, zapomniał im powiedzieć, że palenie zagranicznych papierosów jest przejawem sabotażu gospodarczego. W końcu skąd mogą je mieć, jak nie z czarnego rynku? No nic, jeszcze zdąży. To przecież dopiero pierwszy dzień.

* * *

Poseł Lepki miał śniadą cerę, błyszczące czarne włosy i za szybki wytrysk. Podobał się kobietom, ale zawodził na całej linii. Kiedy po wszystkim wyciągał sflaczałego kutasa, witało go zwykle zdumienie.

– Już? – pytano, a potem było poklepywanie i „no, no, nie martw się, to się zdarza, zaraz zaczniemy od nowa”.

Zacząć od nowa nie było jednak sposobu, gdyż kutas posła Lepkiego nijak nie chciał się poddać rozgrzanym seksem myślom i smętnie zwisał do połowy masztu. Na nic były poklepywania, cmoktania i lizania, na nic wpychanie na siłę do rozognionej muszli. Kutas posła Lepkiego giął się, wypadał i marniał. Wyglądał jak pomarszczony, uschnięty kiełek. Wyraźnie był ekspresowym pociągiem, przeznaczonym do tego, by najwyżej raz w ciągu dnia dojechać do stacji. Poseł Lepki wściekał się, choć wiedział, że pomstowanie na własnego kutasa jest nieco żenujące. Próżno posyłał go do psychoanalityków i seksuologów, próżno faszerował teksańskimi i japońskimi lekami o tajemniczo brzmiących nazwach, próżno wklepywał pochodzące z Chin maści i nacierał olejkami. Kutas ostentacyjnie lekceważył wszelkie zabiegi posła Lepkiego, a jego zachowanie nigdy nie odbiegało od uświęconej tradycją, acz kompromitującej normy. No, może nigdy to przesada.

Jedyną kobietą, z którą poseł Lepki potrafił wykonać więcej niż trzy, cztery ruchy frykcyjne, była Sonia. Poseł Lepki uwielbiał wchodzić w nią od tyłu, gdy jej ogromne pośladki drgały w rytm uderzeń niczym dwa rozwścieczone tłuste zwierzątka. Lewą dłoń trzymał zwykle na biodrze Soni, a prawą leniwie gmerał w jej cyckach. Sonia potwierdzała i uwiarygodniała jego aspiracje do bycia macho. Potem, kiedy było już po wszystkim, poseł Lepki leżał wygodnie rozwalony na łóżku, archetypiczny obraz pana i władcy. Papieros tlił się w jego ustach, a Sonia szła do łazienki, kołysząc cyckami, które falowały niczym zawieszone w powietrzu balony stratosferyczne.

Poseł Lepki właśnie myślał o Soni, czując, jak kutas w jego spodniach twardnieje i próbuje wyrwać się na światło dzienne. W słodkich marzeniach przeszkodził mu nagły hałas. Usłyszał hurgot odsuwanego krzesła i głos sekretarki, która witała kogoś z wielką atencją. Do środka wpadł senator Kardupell. Kardupell z tych Kardupellów, jak zaznaczał z przebiegłym uśmieszkiem przy każdej prezentacji. Poseł Lepki wstał szybko z miejsca i ścisnęli się misiaczkiem, czego – nawiasem mówiąc – poseł Lepki nie znosił, gdyż senator Kardupell miał niemiły zwyczaj unikania szczoteczki i pasty do zębów. „Jestem leniuszek” – mówił z rozbrajającym uśmiechem, kiedy był w towarzystwie samych swoich. A czasami sentencjonalnie stwierdzał, iż jest po prostu człowiekiem starej daty.

– Kopę lat, Arnoldzie. – Senator Kardupell niechcący poślinił ucho przyjaciela. – Op, pardon! – Odskoczył z rumieńcem na tłuściutkich policzkach.

– ...erbatę? – zająknął się poseł Lepki, przecierając małżowinę.

– Nie mam czasu. – Senator Kardupell zerknął na przegub. – Przedwyborcze spotkania, mój miły. Dzisiaj szkoła, nie, kurwa, dwie szkoły, a potem do Łodzi. Wiesz, te pierdolone prządki znowu chcą strajkować. – Uniósł ostrzegawczo w górę grubiutki jak serdelek palec.

Błysk złotego sygnetu smagnął posła Lepkiego po oczach.

– Teraz? – zdumiał się poseł Lepki.

– Właśnie teraz – zagrzmiał senator Kardupell. – Kiedy zjednoczony szlachetnym entuzjazmem naród powziął historyczną misję. Op, pardon – zreflektował się. – Co ja pierdolę, kurwa mać. Przyzwyczajenie, w mordę... Człowiek przemówi raz czy drugi w Senacie i później te pierdoły same wchodzą mu na usta. Wiesz, jak jest, Arnoldzie...

Poseł Lepki wzruszył niechętnie ramionami.

– Jesteś fałszywy do szpiku kości – powiedział, usiłując wywołać w sobie obrzydzenie.

– No. Bo ty, kurwa, inny jesteś – warknął senator Kardupell. – Kto to ostatnio powiedział: „Rzeczpospolita potrzebuje waszych gorących serc i wiary w lepsze jutro. Musimy znaleźć w sobie zdolność do poświęceń, zejść do zwykłych ludzi i z troską przyjrzeć się ich codziennemu życiu”?

– Ażeś zapamiętał. – Poseł Lepki wiedział, że się czerwieni.

– Coś żeś tam jeszcze popierdolił o zakładaniu sandałów misjonarza, tak? – Senator roześmiał się głośno. – Kto ci takie chujstwa pisze, Arnoldzie? Weź wyjeb tego asystenta.

– Asystentkę – mruknął Lepki.

– Jeden chuj – zaśmiał się senator Kardupell. – Aha, po co ja tutaj...? No tak, wpadnij dziś na kolację. Będą fajne laleczki. Popierdolim trochę.

– Gdzie? – spytał bez zachwytu poseł Lepki, bo pierdolenie kojarzyło mu się raczej z pasmem porażek niż z przyjemnościami.

– W Trójkącie! – klepnął go po ramieniu senator Kardupell. – Zapraszają nas do Maxima.

Poseł Lepki oblizał wargi.

– Nieźle – rzucił. – Ale... No, nie wiem...

– Teksańscy inwestorzy. – Senator Kardupell spojrzał na niego uważnym wzrokiem. – O, tyle szmalcu mają. – Pokazał harmonię dłońmi.

– Srać na Teksas – mruknął poseł Lepki. – Niech no tylko zaczniemy z Suwałkami, a wszystkich ich o, tak. – Zwarł pięść, aż pobielały chrząstki.

– Ano w Bogu nadzieja – westchnął z emfazą senator Kardupell i podniósł błękitne oczęta do nieba. – Tynk ci odpada – zauważył już trzeźwym tonem. – Dobra, muszę spierdalać. Bądź o siódmej, OK? Przepustkę masz?

– Pewnie – powiedział poseł Lepki urażonym tonem. – Co ja jestem, myślisz?

– Dobra, dobra, do wieczora.

Poseł Lepki odprowadził senatora wzrokiem i opadł na fotel. Pogrzebał niedopałkiem w pełnej popielniczce. Wieczór w Maximie. Nieźle. Pijaństwo i dymańsko jak w banku. A może się uda tych Teksańców trochę przetrzepać? – myśli posła Lepkiego pomknęły ku fascynującej wizji nowej luksusowej willi, najlepiej w jakimś miłym i ciepłym kraju.

Ciekawe zresztą, czego chcą? – poseł Lepki z lekkim zaniepokojeniem pomyślał nad tym, co mógłby sprzedać. Hmmm. Jakiś projekt ustawy? Poprawka? Drobne przegłosowanie przecinka zamiast kropki, które oznaczać będzie kilka milionów dolarów w czyjejś kieszeni, zastąpienie słówka „i” słówkiem „lub”? A może zaczyna się wielka gra o Suwałki? Jeśli tak, to życie wielu ludzi może zmienić się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. No, zobaczymy. Ziewnął głęboko i nadusił przycisk interkomu.

– Marylko, idę do domu – oznajmił.

– Do widzenia, panie pośle – usłyszał z głośnika uprzejmy głos sekretarki.

Pomyślał o jej głębokich dekoltach i krótkich sukienkach, zastanawiając się, dlaczego właściwie jeszcze jej nie przeleciał. Może dlatego, że musiałby ją potem wywalić z roboty, a była naprawdę miłą dziewczyną i dobrą pracownicą. „Ha! A więc kołaczą we mnie jeszcze jakieś resztki przyzwoitości!” – mruknął do samego siebie.

* * *

Konrad Piotr uważał się przede wszystkim za pisarza. Budził się co rano ze skowytem kaca i mówił do siebie: „Jestem pisarzem, kurwa, przecież jestem pisarzem”. Szybko wypijał śniadanie i tłukł jak obłąkany w grzechotkę maszyny. „Bzdury, bzdury” – mruczał, mnąc wielkie kule białego papieru, rozdziewiczonego teraz naciekami słów. „Bzdury, bzdury. Mój Boże, nieuchronność dziejów, konieczność historii, poszukiwanie archetypów, eschatologiczne dążenia. Boże, Boże, co te słowa znaczą? Czemu nie chcą pokornie złożyć się w zręczne zdania? Jezusie, jak topornie, ciężko idzie, lecz na Bożą chwałę ta młócka przecież. Zresztą, pierdolę Bożą chwałę” – jęczał pisarz Konrad Piotr, a krople krwi z jego zmasakrowanych palców pruły powietrze i rozbryzgiwały się na kartkach niczym ślady po rozgniecionych muchach.

Tak przynajmniej pisarz Konrad Piotr wyobrażał sobie swoje twórcze męki. W rzeczywistości bowiem zasiadał na wygodnym krześle przed konsolą i powoli, głębokim, wyważonym głosem dyktował słowa, które następnie komputerowy program bezbłędnie zapisywał na ekranie. Jednak niezależnie od tego fakt pozostawał faktem: pisarz Konrad Piotr cierpiał męki twórcze, a zdania, które ukazywały się na śnieżnobiałym ekranie, wydawały mu się toporne i pozbawione głębszego sensu.

Pisarz Konrad Piotr – pierwsze pióro Przenajświętszej Rzeczpospolitej, moralista i filozof, dziennikarz i publicysta, pisarz i scenarzysta, producent telewizyjnych i sieciowych programów, ozdoba księgarskich witryn, osobisty przyjaciel Prezydenta Tysiąclecia i Wielkiego Prymasa. Tak wyglądało to od strony oficjalnej.

Wyróżnienia, nagrody, artykuły w prasie, prace magisterskie i doktorskie na jego temat. Ale jednocześnie sam wiedział, że w rzeczywistości jest tylko mdłym autorzyną, powierzchownym filozofem, średnio sprawnym dziennikarsko rzemiechą, poszukującym taniej popularności producentem. Człowiekiem nienawidzącym tego, co robi, głęboko gardzącym Kościołem, prezydentem, prymasem i samą Przenajświętszą Rzeczpospolitą, łącznie z jej obywatelami i jej historią. Nienawidził własnego kraju za to, że niegdyś Polska była o krok od wielkości, a wybrała podłość. Jedynie szmal był prawdziwy. W świecie abstrakcji i podwójnych den tylko on był wartością konkretną. A pisarz Konrad Piotr kochał szmal. Kochał szmal nie dla samego szmalu, lecz dla jego możliwości. Szmal pozwalał kupować ludzi, powalał ich na kolana, wysuwał im jęzory ku nadstawionej dupie. Uganiali się za szmalem, modlili do szmalu, wzywali szmalu.

I pisarz Konrad Piotr był nie tylko Wielkim Pośrednikiem i dawcą Łaski Bożej, ale też uosobieniem Sukcesu. Człowiekiem, któremu się powiodło. Symbolem. Przykładem. Za to też go nienawidzono i kochano. Ale bardziej kochano, gdyż przy całym swym zaangażowaniu w poparcie systemu potrafił sprawiać wrażenie, że stoi poza systemem, a nawet systemowi temu heroicznie się opiera. Niewątpliwie ta umiejętność była jedną z niewielu, a może jedyną, jaką udało mu się posiąść w mistrzowskim stopniu. Bowiem pisarz Konrad Piotr umiał przekonać większość ludzi, że nie pracuje DLA systemu, ale POMIMO systemu.

Wstał od biurka i zatoczył się do łazienki. Siódma, siódma, siódma – zakołatało mu w głowie. Jacyś Amerykanie, Kardupell, Szybkospust. Boże mój, jak można kogoś przezwać Szybkospustem? Pisarz Konrad Piotr poczuł strach w gardle i żołądku. A gdybym tak ja? A gdyby tak mnie? Co za wstyd, Jezusie. Kto tam jeszcze? Chuj zresztą, nieważne. Pamięć do nazwisk, wydarzeń i dat parowała wraz z cumulusami alkoholu. Żarłoczne drobinki C2H5OH pożerały kuleczki szarych komórek, smakowały je niczym radziecki kawior. Tfu, kurwa mać. Rosyjski kawior przecież. Co za przyzwyczajenie...

A przecież już tyle lat minęło, tyle już lat, od kiedy wielki Związek Sowiecki pierdolnął z hukiem niczym mocno zabełtany szampan i rozlał się pienistą, bąbelkującą strugą w małe kałuże. Ile krwi, Jezusie – pisarz Konrad Piotr aż się wzdrygnął – ile cierpienia i ile śmierci. Czeczenia zamieniona bronią chemiczną w toksyczne ugory, wyludniona i martwa Jakucja, spalona Gruzja, zniszczona Armenia, Kazachstan przemieniony w pustynię, Kamczatka, która stała się atomowym poligonem. Ach, pierdolić wszystkich. Rosja to teraz tylko krąg ziemi wokół Moskwy i Leningradu (dawniej Petersburga), rządzony przez udzielnych watażków, mafiosów, generałów lokalnych dywizji. Nikt nie ma wpływu na ich decyzje, żyją z przemytu, niewolniczej pracy, handlu narkotykami... Ach, Boże mój, gdybym miał choć krzynę talentu, pomyślał pisarz Konrad Piotr, jakże chciałbym oddać ducha tych czasów. A ja co? Miętoszę słowa i obrazy, starając się wycisnąć z nich esencję, buduję zdania jak cepy. Jezusie, dlaczego wypowiadane przeze mnie słowa nie brzmią, dlaczego dźwięczą chrypliwie niczym pęknięty dzwon? Kurwa, kurwa, kurwa, Jezusie.

Pisarz Konrad Piotr, pogrążony w ponurych myślach, wszedł do wanny pełnej pachnącej szmaragdowej wody. Przecież nie boję się śmierci, przemknęło mu przez myśl szybko, kiedy zerknął na ostre nożyczki leżące na łazienkowej półce. A jednak może się boję? – dodał zaraz, bo zemdliło go od samej myśli. Rozłożył się wygodnie i włączył hydromasaż. Puścił w letnią wodę strugę moczu, czując, że odzyskuje spokój. Zrobiło mu się ciepło między udami i zasnął z głową na krawędzi wanny.

* * *

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Copyright © by Jacek Piekara Copyright © by Fabryka Słów sp. z o.o., Lublin 2011

Wydanie I

ISBN 978-83-7574-462-0

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydaniaEryk Górski, Robert Łakuta

Grafika na okładce Andrzej Łaski

Projekt okładkiSzymon Wójciak

Redakcja Karolina Wiśniewska

KorektaMaria Brzyska Magdalena Byrska

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtowe Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.plwww.facebook.com/fabryka