Młócka. Reportaże o pracy przyszłości - Marek Szymaniak - ebook

Młócka. Reportaże o pracy przyszłości ebook

Marek Szymaniak

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

29 osób interesuje się tą książką

Opis

Młócka to reportaże o rewolucji w świecie pracy. Potężne korporacje obiecują, że dzięki zmianom technologicznym wszyscy będziemy pracować lżej i krócej, a niektórzy z nas – już w wirtualnym metawersum. To jednak tylko połowa tej historii.

Marek Szymaniak rozmawia z ludźmi, których pracę na naszych oczach zmienia technologia. Opisuje, jak menadżera zastępują aplikacje, pracowników w biurach pilnują systemy śledzące, a osiągane przez nich wyniki oceniają algorytmy. Zagląda do wielkich magazynów i na place budowy, gdzie coraz częściej wjeżdżają roboty. Omawia reformy w prawie i edukacji, które ledwo nadążają za technologicznymi nowinkami. Pokazuje pracę dzieci, które czasem nawet jeszcze przed swoimi narodzinami reklamują w mediach społecznościowych różne produkty.

Autor szuka zalążków zmian, by zajrzeć w przyszłość nas wszystkich – do świata, w którym technologiczna młócka bezlitośnie oddzieli wygranych od przegranych, niczym ziarna od plew.

Wielkie przemiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Czy tak będzie i w przypadku obecnej transformacji technologicznej? Czy kolejny raz nie będziemy chcieli dostrzec tych, których życiorysy wykolei postęp? Te pytania towarzyszyły mi w pracy nad „Młócką”. Na szczęście to pytania otwarte, bo przyszłość jeszcze możemy zmienić.

Autor

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 337

Data ważności licencji: 3/18/2033

Oceny
4,0 (2 oceny)
0
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W serii ukazały się ostatnio:

Maciej Czarnecki Dla dobra dziecka. Szwedzki socjal i polscy rodzice

Bartosz Józefiak Wszyscy tak jeżdżą (wyd. 2)

Aleksandra Boćkowska Gdynia. Pierwsza w Polsce

Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce (wyd. 2)

Anna Bikont Nie koniec, nie początek. Powojenne wybory polskich Żydów

John McPhee Plac Zgody. Wieczyście neutralna Szwajcaria

Marta Grzywacz Radość Soboty. Archiwum życia i śmierci

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 5)

Paweł Smoleński Trędowate kobiety czyszczą ryż

Marta Wroniszewska Matka bez wyboru. O kobietach, które opuściły swoje dzieci

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 3)

François-Henri Désérable Kruszenie świata. Podróż do Iranu

Martyna M. Wojtkowska W Nowej Zelandii wschodzi słońce. Wojenna tułaczka polskich dzieci

Katarzyna Kobylarczyk Ciałko. Hiszpania kradnie swoje dzieci (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej (wyd. 3)

Thomas Orchowski Pasterzy jest coraz mniej. Reportaż z Krety

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 3)

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 4)

Agata Komosa-Styczeń Wyspa niechcianych kobiet

Ilona Wiśniewska Hjem. Na północnych wyspach

Nicola Lagioia Ciao amore, ciao. Morderstwo w Rzymie

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie (wyd. 2)

Tomáš Forró Śpiew syren. W głąb wojennej Ukrainy

Will Storr Nadprzyrodzone. Śledztwo w sprawie duchów

Jacek Hołub Wszystko mam bardziej. Życie w spektrum autyzmu(wyd. 2 zmienione)

Remigiusz Ryziński Dziwniejsza historia (wyd. 2 rozszerzone)

Jack El-Hai Norymberga. Naziści oczami psychiatry

Andrzej Dybczak Gugara (wyd. 2 zmienione)

Marta Madejska Ostatni gasi światło. Przypowieści o transformacji

Tobias Buck Ostatni proces. Niemieckie rozliczenia z nazistowską przeszłością

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 3)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan (wyd. 3)

Patricia Evangelista Niektórych trzeba zabić. Rządy terroru na Filipinach

Helen Garner Woda była strasznie zimna. Rodzinna tragedia i proces o zabójstwo

W serii ukaże się m. in.:

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 3)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce: © Westend61 / Getty Images

Copyright © by Marek Szymaniak, 2026

Opieka redakcyjna Tomasz Zając

Redakcja Magdalena Błędowska

Korekta Jadwiga Makowiec / d2d.pl, Przemysław Żbikowski / d2d.pl

Skład Patrycja Pączek

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-296-2

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Wstęp

1 Niewidzialni

2 Portret zawodu w okresie przejściowym

3 Ludzkie odruchy

4 Raj AI

5 Lepszy pracownik

6 Poza pracą

7 Sprzedane dzieciństwo

8 Nikt nie dzwoni

9 Cyfrowe związki

10 Nowy wspaniały świat pracy

Podziękowania

Lista publikacji autora wykorzystanych w książce

Przypisy

Kolofon

Dla Ani, Franka i Witka

Wstęp

Praca platformowa, zarządzanie algorytmiczne, automatyzacja, roboty, sztuczna inteligencja czy wirtualne światy to dla niektórych wizje przyszłości, ale dla wielu z nas – już codzienność. Przyszłość, jak twierdził twórca cyberpunka William Gibson, już tu jest, tylko nierównomiernie rozłożona. Dla jednych postęp technologiczny oznacza szansę, może pracę ułatwiać, przyśpieszać, skracać. Ale innym szanse na dobrą pracę postęp odbiera. Przynosi niepewność, obawy i zagrożenia. Utratę stabilizacji, fundamentalnych praw, sensu tego, co robią; utratę tego, kim są, ukształtowanej tożsamości, a wreszcie utratę samej pracy lub możliwości korzystania z jej owoców.

Postęp ma to do siebie, że często wiemy, co dzięki niemu zyskujemy, ale nie dostrzegamy tego, co wraz z nim tracimy. A wielkie zmiany zwykle łączą się z wielkimi kosztami. Problem w tym, że zazwyczaj ponoszą je najsłabsi. Tak było w przypadku transformacji ustrojowej lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy nasz kraj przeszedł głęboką przemianę, która – patrząc wyłącznie na wskaźniki ekonomiczne – bez wątpienia okazała się sukcesem. Od ludzi, którzy za ten sukces zapłacili, długo odwracaliśmy wzrok. W przypadku transformacji technologicznej może być podobnie: możliwe, że pozwoli ona wjechać gospodarce na tory szybkiego rozwoju. Niektórzy z nas albo nasze dzieci zyskają – ale jakim i czyim kosztem? Życiorysy innych osób mogą się wykoleić na długie lata. Technologiczna zmiana pogłębiająca istniejące nierówności, wyłaniająca wygranych i przegranych, będzie niczym młócka, w której oddziela się ziarna od plew. Jednych poniesie, drugich odrzuci albo przemieli na pył. I może znów przez dekady nie będziemy chcieli tego widzieć.

Na szczęście przyszłość możemy jeszcze zmienić. Ta książka powstała, abyśmy już teraz mogli w tę przyszłość zajrzeć.

Imiona i niektóre szczegóły z życia części bohaterów tej książki zmieniłem na ich prośbę.

1 Niewidzialni

I

Nawóz historii. Tak mówią o takich jak Marta.

Są niezbędni. Do rozwoju. Szybszego wzrostu. Ale zasługi takich jak ona szybko zostają zapomniane. O nawozie nikt nie pamięta, kiedy pojawiają się kiełki.

Marta wszystko to wie, ale myśli o tym tylko czasem. Na pewno nie wtedy, gdy idzie do pracy. Bo jak z taką myślą wstawać przed świtem, wychodzić z ciepłego łóżka. Jak wkładać ciężkie zimowe buty i zapinać suwak puchowej kurtki, a potem zamykać po cichu drzwi, żeby nikogo nie obudzić. Jak patrzeć w lustro w windzie i uśmiechać się do siebie, ignorując nowe zmarszczki i podkrążone oczy. W końcu musi jakoś żyć. Na takie myśli ma więcej siły, gdy wraca do domu.

Wraca właśnie teraz. Jest marzec, piąta nad ranem. Marta skończyła przed chwilą nocną zmianę w magazynie w Ożarowie Mazowieckim. Panuje półmrok. Jest dość ciepło, a ona i tak wkłada czapkę i naciąga kaptur kurtki. Promienie słońca zaraz zaczną rozświetlać horyzont. Niby już nowy dzień, ale stary jeszcze się nie skończył. Nie chce się odczepić od Marty jak nachalny facet w nocnym klubie. Możesz się odwracać, udawać, że go nie ma, a on i tak pójdzie za tobą. Nie odczepi się już ten ból ramion i pleców. Ból stóp i dłoni. Od dźwigania. Od chodzenia. Od ściskania za ciężkich paczek. Ale jest też nadzieja. Że następnym razem będzie lepiej. Że trafi w lepsze miejsce. Lżejsze. Wolniejsze. Milsze. Gdzie będzie Martą, a nie numerem z aplikacji.

Bardzo by tego chciała. Zwolnić. Trochę odpocząć. Przespać jedną całą noc i bezwstydnie obudzić się o dziesiątej. Nawet z lekkim bólem głowy, a może i wyrzutem sumienia, że to za długo. Bo w końcu trzeba zrobić pranie, odkurzyć, ugotować obiad. Chciałaby wypić kawę bez pośpiechu. Wypalić do końca papierosa. Wyjść z psem na spacer i nie ciągnąć go za smycz, bo trzeba wracać. Tylko że ona nie ma psa ani nie pali.

Codzienna niepewność przytłacza. Może nie kliknie na czas. Ktoś ją wyprzedzi. Zwinie sprzed nosa dobrą fuchę. Odbierze jutrzejsze zmęczenie i wypłatę. Wtedy będzie myśleć o tej dzisiejszej. To miłe, że przelew tak szybko wpływa na jej konto. Można zrobić zakupy i w ogóle poczuć się pewniej. Niemiłe jest to, że taka chwila trwa bardzo krótko. Marta zastanawia się czasem, czy jest to jak przyjemny letni deszcz, czy raczej jak splunięcie. Niewielka dniówka musi czasem wystarczyć na wiele długich dni czekania. Odświeżania, klikania, przewijania.

Marta pracuje poprzez aplikację Tikrow. Dziś była magazynierką w sklepie z karmą dla zwierząt. Wczoraj kasjerką w dyskoncie. Przedwczoraj nakładała lody w kawiarni. W ostatnich miesiącach zaliczyła co najmniej kilkanaście różnych prac. Pakowała sprzęt RTV, wykładała towar w drogiej perfumerii, sortowała zamówienia diety pudełkowej. A kim będzie jutro? Nie wiadomo. W końcu Tikrow reklamuje się sloganem: „Każdego dnia możesz być kimś innym”. Choć równie dobrze możesz być nikim.

Marta pamięta jeszcze czasy, kiedy wiedziała, kim jest. Miała wyuczony w technikum zawód. Stałą pracę. Nie za wysokie, ale przewidywalne zarobki. Miała trochę planów. Nowe meble do salonu, remont łazienki, wakacje w Chorwacji. Miała też marzenie – chciała być matką. I została nią. A potem wszystko się posypało. Zdarzył się wypadek. Ktoś stracił panowanie nad pojazdem. W gazecie napisali, że zabiło rozpędzone auto. Kierowca dostał dwa lata więzienia, a jej mąż wieczne odpoczywanie. Córeczka przeżyła cudem, ale i cud ma swoje granice. Dziewczynka oddycha samodzielnie, ale trzeba ją karmić. Marta po wydawanych przez nią dźwiękach czy spojrzeniu potrafi ją zrozumieć. Córka nie mówi, sama nie wstaje z łóżka. O tym, by kiedyś poruszała się na wózku, nikt już nie marzy. Marta wie, że mniej wrażliwi mówią o jej dziecku „roślina” albo „warzywo”. Zostaw na dłużej, a uschnie. Marta robi wszystko, aby choć chwilami kwitła. Bo to jej córeczka, a ten kwiat to jej uśmiech.

Rzuciła etat, żeby móc przy niej być, choć raczej trzeba powiedzieć, że nie mogła go utrzymać. Rehabilitacja, prywatne leczenie, badania wypełniły jej życie i pochłonęły wszystkie oszczędności. Świadczenie pielęgnacyjne? Jest, ale ledwo starcza na czynsz, rachunki za wodę i prąd. A za co kupić jedzenie? Jak zapłacić za wizyty u lekarzy, leki, sprzęt czy ubrania? Trzeba pracować. Jeszcze niedawno było to niemożliwe, musiała omijać system. Oszukiwać państwo i siebie. Robić na czarno. Dzisiaj Marta chwyta się różnych prac, aby podtrzymać wątłą nadzieję, że będzie lepiej. Dać sobie prawo do wiary w lepszą przyszłość. Zapewnić im obu przetrwanie. Córka wymaga niemal ciągłej opieki. Pomaga przy niej babcia. Marta nie chce myśleć, co będzie, kiedy jej samej zabraknie.

Platforma Tikrow powstała w 2017 roku i przebojem wkroczyła na polski rynek pracy pod hasłem „New day. New job” – „Nowy dzień. Nowa praca”. Przedstawia się jako agencja pracy natychmiastowej, choć formalnie jest agencją pracy tymczasowej. Kusi pracodawców tym, że wypełni im luki kadrowe – z dnia na dzień i na konkretny dzień. Z nią „grafik zawsze jest pełny”. Nie ma więc dziur, przestojów, straconych zysków.

W Tikrow pracę można dostać od ręki i bez rekrutacji. W teorii wystarczy do tego kilka kliknięć w aplikacji. Szybko – bo w dwadzieścia cztery godziny – dostajemy też wypłatę. Tikrow zatrudnia na umowach-zleceniach lub o dzieło, odprowadza za pracowników podatki czy składki do ZUS. Dodatkowo ubezpiecza od następstw nieszczęśliwych wypadków. Nie znajdziemy tam jednak zajęcia na stałe, a jedynie oferty „dniówek” czy pracy na kilka godzin. Możemy więc złapać nawet siedem – a może i więcej – fuch w tygodniu. Ale możemy też nie złapać żadnej.

Marta chwali tę elastyczność. Chwalą ją też studenci, którzy chcą dorobić, a nie chcą się wiązać umową na cały etat czy pół, bo kolidowałoby to z nauką lub innymi zajęciami.

Dla Marty wychowywanie chorej córki i zarabianie na życie jest jak sztafeta, tylko że biegnie prawie w pojedynkę. Pałeczkę przejmuje od niej babcia; to ona jest tym „prawie”. Kiedy córka czuje się lepiej, Marta pracuje. Kiedy gorzej, żadna stała praca od ósmej do szesnastej nie wchodzi w grę. Marta próbowała tego zbyt wiele razy. Po kilku zwolnieniach, sytuacjach awaryjnych, nagłej potrzebie wyjścia wcześniej szefowie w końcu zawsze tracili cierpliwość i nie przedłużali umowy albo po prostu ją rozwiązywali.

Praca i zarobkowanie bez większych zobowiązań, kiedy akurat jest możliwość, a do tego decydowanie o zleceniu nawet z dnia na dzień – to było dla Marty wybawienie. Dawało poczucie sprawczości, decydowania o swoim życiu. Kiedy odkryła Tikrow, pomyślała, że znów coś od niej zależy. Może pracować, kiedy chce, gdzie chce, za ile chce. Nikt nagle nie każe jej zostać dłużej. Nie wrzuci nagle zmiany do grafiku.

Jednak dziś Marta już wie, że to wszystko ma swój rewers. Jak na pracę wykonywaną „na cito” stawki są raczej kiepskie. W czerwcu 2025 roku Tikrow oferował przeciętnie 33 złote brutto za godzinę. Czyli przebijał minimalną płacę za godzinę o 2,5 złotego. A przecież pracodawcy mogliby płacić więcej, skoro oszczędzają na rekrutacji czy kosztach zatrudnienia na stałe. Dwa i pół złotego to niewielka premia za to, że pracownik zaspokaja nagłą potrzebę, bo na przykład zastępuje chorą osobę. Zalepia wyrwę w grafiku. Pozwala uniknąć strat.

Marta wie, że gdy pęknie nam rura w łazience i woda zalewa mieszkanie, to hydraulikowi nie oferujemy kilku złotych ponad najniższą stawkę. Płacimy więcej, bo zależy nam na tym, aby ktoś szybko zażegnał kryzys. Tak samo jej zdaniem powinno być z pracownikami z Tikrow. Ktoś zachorował, a oni ratują fabrykę, bo nie trzeba zatrzymywać taśmy produkcyjnej. Nie ma sprawy! Ale powinno im się płacić więcej, skoro gaszą pożar. Taka według niej jest logika rynku. Tej logiki nie podziela rzeczywistość. Marta więc sama już nie wie, kto tu ma rację. Czasem myśli, że może pensje są, jakie są, bo te zastępstwa i gaszenie pożaru tak naprawdę nie dzieją się okazjonalnie, ale są na stałe. Stała jest dziura w grafiku, którą ciągle trzeba łatać. Zmieniają się tylko łaty.

Na pewno przeszkadza jej marnowanie czasu na poszukiwanie ofert. Zamiast spędzać czas z dzieckiem, tkwi z nosem w telefonie, odświeżając aplikację. Bo owszem, w Tikrow można znaleźć nawet dobrą fuchę, z superstawką godzinową, ale trzeba mieć spory refleks. Ogłoszenia pojawiają się na bieżąco. I na bieżąco znikają. Chętnych, którzy chcą dorobić, szczególnie w czasach grupowych zwolnień i rosnących cen, nie brakuje. Jeśli Marta chce znaleźć coś w swojej okolicy, to musi być nieustannie w gotowości, polować na ofertę. A za to nikt nie płaci. Kiedyś w niedzielę bawiła się z córką, w tle grał telewizor. Puszczali akurat Ziemię obiecaną Andrzeja Wajdy o dziewiętnastowiecznej Łodzi. Była tam scena, która zapadła jej w pamięć. Pod bramą fabryki stoi tłum nędzarzy. Ktoś krzyczy: „Chętni do pracy?”, a wygłodniali ludzie rzucają się w spazmach i lamencie, licząc na to, że fabrykant wybierze akurat ich. Łaskawie pozwoli im pracować w tych nieludzkich warunkach. Marta pomyślała, że u niej jest trochę podobnie, ale i trochę inaczej. Podobnie, bo czeka pod bramą fabryki, magazynu czy sklepu, aż ją wezmą. Inaczej, ponieważ to nie pracodawca wybiera, lecz pracownik. W teorii wszystko zależy od niej. W końcu to ona wskazuje ofertę, miejsce, czas, stawkę. Ale jaki ma wybór? Może co najwyżej nie czekać. Nie klikać. Nie odświeżać. Tutaj wszystko jest wirtualne. Brama fabryki to aplikacja. Tłum jest niewidzialny, bo cyfrowy. Niby dobrze, nikt ci nie da z łokcia w brzuch. Ale i tu obowiązuje zasada „kto pierwszy, ten lepszy”. Uczciwe, co? Tyle że taki tłum nie wykrzyczy swojej krzywdy, nie pójdzie po swoje, nie zawalczy wspólnie o lepszy los. Nie wymierzy fabrykantom sprawiedliwości. Jedyne, co może zrobić, to odinstalować aplikację z telefonu. Marta często najeżdża palcem na ekranie na jej ikonkę. Przyciska, a telefon pyta, czy odinstalować. Wtedy rezygnuje. Bez aplikacji byłoby jej trudniej.

Są też inne sprawy, o których Marta nie myśli. Nie zastanawia się, czy firmy korzystające z Tikrow są fair wobec tych, które oferują tradycyjny model zatrudnienia oparty na bezpieczniejszych etatach. Czy nie prowadzi to do sytuacji, w której te pierwsze zyskują przewagę konkurencyjną, choćby w postaci niższych kosztów zatrudnienia pracownika? A te sam Tikrow wylicza na blisko 20 procent. Czy nie jest tak, że firmy zmuszone do rywalizacji z czasem zaczną równać w dół?

Dla Marty zatrudnienie przez aplikację to praca jak każda inna. Dla badaczy cyfrowych gospodarek – niekoniecznie. To praca „platformowa”: cyfrowa platforma, na przykład aplikacja lub strona internetowa, pośredniczy między tymi, którzy pracę oferują, a tymi, którzy mogą ją wykonać. Wbrew nazwie owa „platforma” nie oznacza wspólnego działania. Jest wręcz odwrotnie, i to na wielu poziomach.

Pierwszy problem to rozczłonkowanie takiej pracy. Profesor Renata Włoch z Digital Economy Lab Uniwersytetu Warszawskiego tłumaczy:

– Im łatwiej podzielić naszą pracę na konkretne czynności, wyodrębnić z niej pojedyncze zadania, tym szybciej może ulec ona splatformizowaniu. Kiedy już do tego dojdzie, to nie mamy zawodu, tylko portfolio umiejętności, które możemy sprzedać przez aplikację.

Początkowo chodzi o zajęcia, których wykonywanie nie wymaga specjalistycznego przygotowania – a więc głównie pracę fizyczną: przenoszenie, układanie, dźwiganie czy sprzedawanie czegoś, do kupienia czego nie trzeba specjalnie namawiać. Takie są oferty w Tikrow. Z czasem jednak praca platformowa obejmuje kolejne zawody i branże. Przez aplikacje zlecenia chwytają tłumaczki, graficy, sprzątaczki, programiści czy pielęgniarki.

Wdrożenie się do prostych prac, które wykonuje Marta, trwa niekiedy kilka minut. Albo nawet kilka sekund, bo ktoś tylko pokaże coś palcem. A czasem nie ma wdrożenia wcale. To Marcie mocno przeszkadza. Ona lubi wiedzieć, co ma robić. Nie zna nikogo, kto uważa inaczej. A teraz bywa, że przychodzi do magazynu i jakaś osoba kieruje ją dalej, a następna w jeszcze inne miejsce. Nikt nic nie tłumaczy. Ale oczekują efektu. Jakby jedną śrubkę zastąpili drugą. Tyle że ludzie to nie takie same śrubki. Przez to Marta niektóre rzeczy robi wolniej. Traci czas i potem musi się śpieszyć. Nadganiać. Pędzić. Traci na tym firma i ona sama, bo stracony czas trzeba nadrobić.

– Bez tego mogę dostać gorszą ocenę, a to wpływa na to, czy dadzą mi zlecenia w przyszłości – mówi.

Drugi problem to rozerwanie więzi społecznych. Pracując przez aplikację taką jak Tikrow, codziennie możemy załapać się na fuchę w innym zakładzie pracy. Codziennie spotykamy więc nowych ludzi, ale większości z nich nigdy nie poznamy. Nie zaprzyjaźnimy się z nimi. Nie zaufamy im. Nie zbudujemy żadnej głębszej relacji, bo jak to zrobić w kilka wypełnionych pracą godzin? Nie przywiązujemy się do tych ludzi ani oni do nas. I nie pomoże, że trafimy w to samo miejsce kilka tygodni później.

Marta podaje na to doskonały przykład. Kiedy zaczynała w Tikrow, miała jeszcze dawne nawyki. Gdy pojawiała się w nowym miejscu, przedstawiała się tym, którzy pracowali obok. Zamieniała kilka słów: pogoda, korki na trasie, trudny dojazd. Czasem wymieniała uścisk dłoni. Czasem tylko uśmiech. Przestała to robić po tym, co stało się w jednym z magazynów. Wyciągnęła rękę do mężczyzny obok i powiedziała swoje imię. Ten spojrzał na jej dłoń, ale nie odwzajemnił uścisku. Zamiast tego rzucił z przekąsem: „Cześć, cześć, i tak cię nie zapamiętam. Jutro będzie tu jakaś Monika, a pojutrze Mariola albo Natasza z Ukrainy. Was nie opłaca się zapamiętywać”. Reszta załogi zaczęła się śmiać.

Marta zrozumiała, że chodzi o ludzi z aplikacji. Tych, którzy pojawiają się i zaraz znikają. Tych, do których nie warto się przyzwyczajać, jakby byli kimś, kogo się mija na ulicy w obcym mieście. Tamtą zmianę Marta dokończyła w milczeniu. Nikt jej o nic nie zapytał. Nikt nawet nie wydawał jej więcej poleceń. Robiła swoje, a kiedy wyszła, miała wrażenie, że nikt tego nie zauważył.

Pracownik łapiący fuchy przez aplikację jest oddzielony od innych ludzi już od samego początku – zatrudnienia szuka się przecież cyfrowo. Praca, choć w fizycznej przestrzeni, często odbywa się bez kontaktu z innymi, co zwiększa poczucie alienacji i wyobcowania. Trudno do takiego miejsca się przywiązać, jeszcze trudniej starać się o to, by było lepsze. Brak kontaktu z ludźmi uniemożliwia nie tylko organizowanie się w związkach zawodowych, trudno zgłaszać choćby proste postulaty usprawnienia procesu produkcji. Skoro wiemy, że jutro będziemy pracować gdzie indziej, co nas obchodzi, że coś można robić lepiej? W efekcie jedynym aktem sprzeciwu pracowników zatrudnianych przez platformy jest rezygnacja z ofert danego pracodawcy. Jednak kiedy ofert pojawia się niewiele, i ten sprzeciw jest pozorny.

Trzeci i ostatni problem to rozwarstwienie. Jeśli obok stałych pracowników pojawiają się tymczasowi z agencji pracy czy aplikacji, to zwykle ci pierwsi mają lepsze warunki. Pierwsi widzą, że drudzy zaniżają wymagania stawiane pracodawcom. Obawiają się więc zmian na gorsze. Czują zagrożenie, że stracą stabilizację, możliwość rozwoju, premie finansowe, bonusy. A to już pole do konfliktu. Takiego pracownika z aplikacji lepiej traktować z góry, nie ułatwiać mu pracy, żeby się nie okazało, że jest lepszy i szybszy od nas. Bo tańszy jest na pewno.

Różnice między pracownikami dotyczą też osłon socjalnych. Ci z aplikacji w najlepszym razie, jak w Tikrow, mają umowy-zlecenia. To nie gwarantuje im ani stabilności zatrudnienia, ani prawa do płatnego urlopu czy zwolnienia lekarskiego. W teorii mogą więc pracować codziennie, ale w praktyce nie mają tych samych praw co osoby na umowie o pracę stojące obok przy taśmie. Dzieje się tak, mimo że Tikrow w odpowiedzi na moje pytania deklaruje, iż priorytetem firmy jest „bycie w porządku wobec osób, które podejmują zlecenia”. Marta jednak wolałaby, aby priorytetem Tikrow było na przykład zagwarantowanie jej dnia płatnego urlopu. Czułaby się dobrze traktowana, gdyby mogła wziąć zwolnienie lekarskie, gdy tego potrzebuje. W świecie urządzanym przez Tikrow to jednak zbyt drogi luksus. Za drogi dla pracodawców korzystających z usług aplikacji. Eksperci tej firmy wyliczyli, że w przypadku etatowego pracownika sklepu, zarabiającego średnio 4690 złotych brutto miesięcznie, dwutygodniowy odpoczynek może kosztować pracodawcę nawet 7 tysięcy złotych1. Na tę sumę składają się koszty wynagrodzenia, składek ubezpieczeniowych czy podatków, ale też potencjalnie utracone zyski. Wiadomo: zarabia się więcej, gdy pracownicy urlopu nie mają wcale. Na umowie o pracę to niemożliwe, ba, grozi za to grzywna sięgająca 30 tysięcy złotych. W Tikrow – owszem.

W Tikrow pracodawcy w ogóle mają większe możliwości. Mogą sprawić, że pracownik dostanie bana. Jeśli coś im się nie spodoba, mogą wystawić mu niską ocenę, której nie muszą nawet uzasadniać. A jeśli średnia ocen pracownika spadnie poniżej 3,5 w pięciostopniowej skali, to jego konto zostaje automatycznie zablokowane. Podobnie gdy nie pojawi się na swoim pierwszym zleceniu lub na dwóch zleceniach z rzędu. Tacy pracownicy są usuwani z bazy Tikrow i tracą możliwość korzystania z aplikacji w przyszłości. „W ten sposób dbamy o najwyższą jakość świadczonych usług oraz weryfikujemy zaangażowanie pracowników realizujących dniówki” – informuje mnie biuro prasowe Tikrow.

Pracownicy mogą wystawiać oceny pracodawcom. Też dysponują pięciostopniową skalą i możliwością dodania komentarza. Jednak ich oceny nie są jawne dla innych pracowników, choć mogłoby to uchronić wiele osób przed przyjmowaniem zleceń od firm, które wypadają kiepsko. Oceny widzi jedynie system Tikrow. Dlaczego? Tej dysproporcji w wiedzy firma nie wyjaśnia. Podobnie jak tego, ile musi wynosić średnia ocen pracodawcy, aby został usunięty z bazy. W biurze prasowym słyszę jedynie, że „taka sytuacja nie miała historycznie miejsca”.

Marta boi się, że złamie regulamin i dwukrotnie nie pojawi się w pracy. Nietrudno to sobie wyobrazić: wystarczy, że stan jej córki nagle się pogorszy i na przykład trafi do szpitala. Albo gdy babcia opadnie z sił i nie będzie mogła przejąć opieki.

– Takich scenariuszy są setki, ale wolę o nich nie myśleć. Pracuję w ten sposób, bo to daje mi wolność. Ale i zniewala – mówi Marta.

Dlatego kiedy chwyta kolejne dniówki przez Tikrow, przekonuje sama siebie, że ta praca to wciąż jej wybór. Wmawia sobie, że musi być elastyczna. Dopasować się do rzeczywistości. Dokleić niczym guma do podeszwy buta. Wejść w zagłębienia i rowki. Trzymać się tak długo, jak się da.

A że nie tak znowu dużo w rzeczywistości zależy od niej?

– Czy w życiu nie jest tak, że nawet własne decyzje podejmuje za nas ktoś inny? Człowiek marzy, planuje, walczy. Niby wybiera dla siebie drogi, ale tak naprawdę jest pchany przez siłę, której nie zna.

II

Korzenie pracy platformowej i aplikacji takich jak Tikrow tkwią w idei gospodarki współdzielenia, czyli tak zwanej sharing economy. Ta szlachetna w założeniach koncepcja miała zdemokratyzować i uczłowieczyć kapitalizm po kryzysie ekonomicznym wywołanym krachem w 2007 roku. Pomysł był prosty i obiecywał wiele korzyści. Dawał nadzieję nie tylko na budowanie wspólnoty, ale i bardziej przyjazny klimatowi oraz planecie model gospodarczy. Otóż mieliśmy jako społeczeństwo dzielić się tym, co niewykorzystane.

Łatwo to zrozumieć, zadając proste pytanie o te niewykorzystane dobra. Czy każdy z nas potrzebuje wiertarki? Nie. Potrzebujemy otworu w ścianie. Tak zresztą brzmiał najpopularniejszy przykład tłumaczący to, jak działa sharing economy. Podała go Rachel Botsman, współautorka bestsellerowej książki What’s Mine Is Yours. The Rise of Collaborative Consumption [Co moje, to twoje. Narodziny wspólnej konsumpcji] i popularyzatorka tego modelu gospodarczego. Dlaczego akurat wiertarka? Bo zwykle kupujemy taki sprzęt za niemałą kwotę, a używamy go stosunkowo rzadko. Pojawia się pytanie, czy potrzebujemy mieć wiertarkę na własność. Zdaniem Botsman odpowiedź brzmi: nie, nie potrzebujemy, możemy ją wypożyczyć. I tak jest z wieloma rzeczami. Będzie taniej i bardziej ekologicznie.

Wielu z nas, szczególnie żyjących w dużych miastach, nie musi mieć też samochodu, który kupujemy za krocie, a potem zdarza się, że zdecydowaną większość czasu spędza on na parkingu, i tak generując koszty, choćby ubezpieczenia. Wykorzystał to amerykański Uber, który zaproponował aplikację – jak przekonywał – jedynie łączącą popyt z podażą. A konkretnie pasażera z kierowcą samochodu. W ten sposób Uber otworzył furtkę do tego, aby platformy internetowe stały się nie tylko miejscem wymiany czy wypożyczania dóbr, lecz także pracy. Szybko pojawiły się inne „łączniki” między klientami a dostawcami typowych usług, jak rowerowy i samochodowy dowóz jedzenia zamówionego online, opieka nad dziećmi, sprzątanie, tłumaczenie dokumentów, tworzenie grafik i tak dalej. Jednak nie działo się to bezkosztowo. Gdy praca odbywa się przez platformę (aplikację), nikt nie czuje się pracodawcą. Ani klient, ani platforma. Uber od początku przekonywał, że kierowcy nie są jego pracownikami, lecz użytkownikami aplikacji. Przyglądający się temu procesowi badacze doszli do wniosku, że platformy wytworzyły „hiperelastyczny”2 model stosunków między pracownikiem a pracodawcą.

Zanim na dobre zadomowił się on w Polsce, przez jakiś czas pozostawał niezauważony. Jeszcze przed pojawieniem się u nas Ubera, a miało to miejsce w 2014 roku, kierowcy taksówek pracujący dla korporacji często już prowadzili jednoosobową działalność gospodarczą. Nie dostrzeżono więc, że tak zwana uberyzacja jeszcze bardziej obniża standardy pracy. Taksówkarze protestowali, że kierowcy jeżdżący dla Ubera i innych podobnych firm świadczą takie same usługi co oni, ale nie spełniają wielu formalnych wymogów. Nie posiadają kosztownej licencji. Mają dużo tańsze ubezpieczenie OC. Nie muszą płacić za badania lekarskie i psychotechniczne ani zdawać egzaminu ze znajomości topografii miasta. Wreszcie – nie prowadzą działalności gospodarczej, więc nie mają kasy fiskalnej ani taksometru. To wszystko daje im dużą przewagę konkurencyjną, dzięki której mogą obniżyć ceny. A niższa cena przyciąga klientów. Nie wynika ona jednak z technologicznej innowacyjności, przełomowego rozwiązania, lecz z omijania obowiązującego prawa.

Dzięki niższym cenom i wygodnej aplikacji Ubera usługi taksówkarskie stały się dostępniejsze, mało kto więc taksówkarzom współczuł. Mało kto rozumiał ich protesty, szczególnie że polegały głównie na uciążliwym dla zwykłego Kowalskiego blokowaniu dużych ulic w miastach. Z szarą strefą i omijaniem istniejących wówczas przepisów dotyczących posiadania kasy fiskalnej i licencji próbowali walczyć urzędnicy. Tak było choćby w Krakowie, gdzie pracował Wiesław Szanduła, główny specjalista magistratu, nazywany „łowcą Uberów”3. Szanduła zgadzał się z przedstawicielami Ubera, że firma działa legalnie. Zwracał jednak uwagę, że jej model biznesowy sprawia, iż kierowcy łamią przepisy. Byli zresztą za to karani grzywnami, ale na tyle niskimi, że nadal opłacało im się pracować w ten sposób, szczególnie że Uber deklarował im „pełne wsparcie”4, co oznaczało także pokrywanie ewentualnych kar. Szanduła tłumaczył wtedy, że sprawę rozwiązałoby ich podwyższenie. „Ubera stać, by pokryć kierowcy pięćsetzłotową karę, […] bo zyski z jego pracy ma większe. Pobiera dwadzieścia pięć procent od wypracowanego obrotu. Gdyby kara wynosiła minimum pięć tysięcy złotych, to sytuacja wyglądałaby inaczej”5 – twierdził w 2016 roku. Próbowano przekonać do tego pomysłu Ministerstwo Infrastruktury, ale bezskutecznie.

Wysiłki, by wprowadzić regulacje, trwały i trwały. W tym czasie zawód taksówkarza – czy raczej kierowcy przewożącego pasażerów – mocno się spauperyzował. Artur Wnorowski, wiceszef Związku Zawodowego Taksówkarzy „Taksówkarz Warszawski”, przytaczał kalkulacje, według których ich dochody w ciągu pięciu lat obecności Ubera w Polsce spadły przynajmniej o 40 procent6. Coraz gorsze zarobki i warunki pracy sprawiały, że z jazdy na taksówce rezygnowali Polacy, a z uwagi na niską barierę wejścia niszę w usługach przewozu zaczęli wypełniać pracujący platformowo migranci.

Jak wynika z badań profesor Dominiki Polkowskiej z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie7, kierowcy ci w najlepszym przypadku pracują na umowie-zleceniu, ale i wtedy obejmuje ona tylko część zleceń, reszta wynagrodzenia wypłacana jest pod stołem. Nierzadko się zdarza, że nie mogą liczyć na żadną „normalną” umowę. Zatrudniani są na podstawie umów o… zarządzanie kontem kierowcy lub użyczenie samochodu. W praktyce oznacza to, że przynajmniej częściowo znajdują się w szarej strefie. Normą jest praca kilkanaście godzin na dobę, w bardzo niestandardowych porach – nocą albo w dni świąteczne, czyli wtedy, gdy jest większe zapotrzebowanie na przewozy. Kiedy zleceń jest mniej, kierowca musi być w pracy, czyli w aucie, niemal non stop, a nawet w nim spać. Tylko tak ma szansę na godziwy zarobek. W efekcie staje się zakładnikiem elastyczności, którą Uber przedstawia jako zaletę.

Podobnie jest z dostawcami jedzenia czy zakupów zamówionych online, którzy przez pośredników, czyli tak zwanych partnerów flotowych, pracują dla platform. Dlaczego więc decydują się na taką pracę? Ktoś może powiedzieć: jest tyle ofert, niskie bezrobocie, nie muszą tego robić, skoro to tak kiepskie zajęcie. Instytut Badań Strukturalnych wykazał, że Polaków do pracy platformowej najczęściej zachęcają elastyczność i autonomia. Tylko – albo aż – 28 procent z nich wskazało, że podejmują ją, bo nie mają wyboru. Dużo częściej, bo w 47 procentach przypadków, taką odpowiedź wybrali migranci8, którzy stanowią już niemal połowę wszystkich kurierów w aplikacjach9. Obcokrajowcy nie znają języka, lokalnych realiów, nie wiedzą, gdzie szukać pracy czy informacji. Pozostają im rady i polecenia od ich własnej społeczności. Jeśli jej członkowie pracują na przykład jako kierowcy, to bardzo możliwe, że i nowo przybyli będą tak pracować. Szczególnie widać to wśród migrantów z Nepalu czy Indii. To oni są na samym dole piramidy pracy platformowej. Trafiają do naszego kraju kuszeni marzeniem o życiu na bogatym Zachodzie, ale to marzenie nierzadko przeradza się w koszmar. Pracują nawet po sześćdziesiąt cztery godziny w tygodniu, bez prawa do urlopu, L4 czy ubezpieczenia w razie choroby i wypadku. A im dłużej pracują, tym gorzej zarabiają, bo średni zarobek za godzinę wychodzi niższy, jeśli wliczymy na przykład niepłatne oczekiwanie na zlecenie w okresach, kiedy nie ma dużego popytu.

To jedna z tych cech pracy platformowej, na którą często skarżą się dostawcy jedzenia. Większość aplikacji (wyjątkiem jest Pyszne.pl, które oferuje płacę godzinową) nie płaci im za gotowość do pracy, tylko za zrealizowane dostawy. Nie jest jednak tak, że mogą w tym czasie zająć się czymś innym. Muszą być „dostępni”, by w każdej chwili przyjąć zlecenie, choć nie dostają za to wynagrodzenia. Jeśli odmówią, odbije się to na ich ocenie, a w konsekwencji – na możliwości dalszej pracy dla aplikacji.

Wszystkie te zasady są często niejasne dla migrantów; aby je zrozumieć, nierzadko potrzebują miesięcy. To przypadek Mahita, jednego z kurierów, którego poznałem wiosną 2024 roku.

Mahit urodził się w Indiach. Całe życie spędził na obrzeżach Bengaluru na południu kraju. To ogromna, przekraczająca dziesięć milionów mieszkańców aglomeracja w stanie Karnataka, jednym z najbardziej uprzemysłowionych. Z Mahitem porozumiewam się po angielsku, ale rozmowa nie jest łatwa dla obu stron. On jest wyraźnie wycofany, nieufny, choć umówił nas inny kurier, Hubert, który zna go dłużej i towarzyszy nam w spotkaniu. Mnie zaś niełatwo zrozumieć Mahita z uwagi na jego akcent. Hubert pomaga nam się dogadać.

Mahit urywa myśli w pół zdania, zmienia wątki. Mówi nerwowo, szybko, jakby z jednej strony chciał wyrzucić z siebie żal, frustrację i poczuć ulgę, a z drugiej bał się, że nie przyniesie mu to nic dobrego. A już na pewno w żaden sposób nie poprawi jego sytuacji. W to Mahit nie wierzy. Jest zrezygnowany. Pytam, póki chce odpowiadać. Dowiaduję się, że skończył w Indiach studia, pracował w biurze. Nie musiał wyjeżdżać, ale zrobił to, bo, jak mówi, był zbyt ambitny. Studia w Polsce pozwalały marzyć o życiu w Europie. Kiedy jednak tu trafił, szybko się okazało, że nauka na prywatnej uczelni to fikcja, bo nikt nie sprawdza wiedzy ani nie wymaga obecności. Wielu, w tym Mahit, woli więc w tym czasie pracować, aby zarabiać10. Prawdziwe były za to pieniądze, które trzeba było zapłacić za dostanie się do kraju nad Wisłą i rzekome rozpoczęcie studiów. Musi pracować też po to, by spłacić te długi. Chciał się załapać do jakiegoś biura, ale bez znajomości języka nie miał na to szans. Zaczął więc jak jego rodacy pracować jako kurier dla platform. Początkowo używał roweru, ale wykańczało go to fizycznie.

– Jeździłem codziennie po kilkanaście godzin. Byłem tak zmęczony, że oczy same mi się zamykały. Bałem się, że któregoś razu po prostu zemdleję ze zmęczenia, przewrócę się i wpadnę pod samochód. Kiedy wracałem do domu, padałem na łóżko jak trup – opowiada Mahit.

Jako kurier rowerowy przepracował prawie rok. Schudł kilkanaście kilogramów. Na dowód pokazuje mi w telefonie zdjęcie z czasów, kiedy żył w Indiach. Ma na nim okrągłą twarz, szeroki uśmiech i spory brzuszek. Dziś nie ma po nich śladu. Mahit opowiada o tym roku pracy jak o koszmarze.

– Nie było dnia, żebym nie był po prostu głodny. Zarobki nie są dobre. Jeśli chcesz oszczędzać, jak ja, musisz mniej jeść albo kombinować.

Kombinowanie wygląda tak, że jada się w darmowych jadłodajniach z ludźmi w kryzysie bezdomności. Tyle że tam panuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Jest kolejka, a liczba posiłków ograniczona. Jeśli chętnych pojawiało się więcej, a to częste, to Mahit, jako ten o innym kolorze skóry, był siłą wypychany z ogonka. Kombinowanie wygląda też tak, że błaga się o jedzenie w restauracjach. Nie chodzi o pełnoprawne danie, ale o resztki, które i tak trafiłyby na śmietnik. Zjada się albo te po klientach (w gorszym przypadku), albo te, które zostały w kuchni z gotowania (w lepszym).

– W jednym miejscu bywałem regularnie. Poznałem pracownika kuchni, który zostawiał mi jedzenie pod lokalem. Nie codziennie, ale raz albo dwa razy w tygodniu. Trwało to kilka miesięcy, aż zniknął. Chyba zmienił pracę. Dzięki niemu sporo oszczędziłem. Potem było znowu gorzej. My na tych rowerach wyglądamy nieźle: umięśnieni, kurtka, profesjonalny kolorowy plecak z logo firmy. Ale w środku wielu z nas ledwo się trzyma.

Mahit co chwilę przerywa rozmowę i pyta mnie, co ma zrobić, jak wydostać się z pułapki, w którą wpadł, ale nie umiem mu pomóc. Nawet nie wiem, co mu doradzić. Czuję się bezradny, ale moja bezradność to nic w porównaniu z sytuacją, w której znalazł się on. Hubert go pociesza, zapewnia, że da radę. Mahit nie jest tego taki pewny. Wciąż ma w przeliczeniu na złotówki kilkanaście tysięcy długu, który zaciągnął u rodziny i znajomych, aby wyjechać do Polski na studia. Mimo ciężkiej pracy jedyne, co osiągnął, to zamiana roweru na skuter. Kosztował niecałe trzy tysiące.

– Czasem się psuje, ale to i tak lepsze niż rower. Na skuterze tak mocno nie czuć lodowatego wiatru – opowiada.

Pytam Mahita, dlaczego wciąż pracuje w ten sposób i czy nie chciał się zająć czymś innym.

– Myślisz, że nie próbowałem? Nikt mnie nie chciał, w końcu się poddałem. Spójrz na mnie. Na kolor mojej skóry. Akceptują mnie tylko wtedy, gdy jestem niewidzialny. Mogę próbować się wyrwać, szarpać, ale w końcu i tak ląduję tu. W robocie, gdzie język polski nie jest do niczego potrzebny, a to, jak wyglądam, nie ma znaczenia. Pracując tak, jestem wolny. Dopóki nie chcę odejść, bo wtedy się okazuje, że u nogi mam ciężką kulę.

Mahit mieszka z trzema kolegami w wynajętym dwupokojowym mieszkaniu w warszawskiej dzielnicy Włochy. Wszyscy są kurierami i pracują dla platform takich jak Uber Eats, Wolt czy Glovo. Mieszkanie jest niewielkie, ale im to nie przeszkadza, bo większość czasu i tak spędzają poza nim. Mahit pokazuje mi zdjęcia. Nie widać tego dokładnie, ale mam wrażenie, że mieszkanie znajduje się na niskim parterze. Jest dość ciemne, a okna są niewielkie, wąskie i podejrzanie wysoko przy suficie. Zaczynam rozumieć, skąd okazyjna cena wynajmu. Te myśli zostawiam jednak dla siebie. Pytam Mahita, co robi, gdy wraca do domu. Odpowiada, że dawniej tylko odsypiał, bo był zbyt zmęczony. Teraz miewa nawet siłę na rozrywkę. Jaką? Raczej bierną. Aktywność fizyczna nie wchodzi w grę. Ogląda hinduskie filmy, telewizję na YouTubie, gra na telefonie. Regularnie rozmawia też z rodziną na WhatsAppie. Coraz częściej to oni dzwonią.

– Tęsknią? – dociekam.

– Pytają, jak mi idzie, bo krewni ciągle nagabują ich o moje długi – odpowiada.

Mahit nie wie, kiedy wróci do ojczyzny. Tłumaczy, że jak raz się wyjedzie, to trudno wrócić, bo to ogromny koszt. Unika też odpowiedzi na pytanie, czy obecnie pracuje i przebywa w Polsce legalnie. Prawdopodobnie zarabia na wizie studenckiej. Zbywa jednak prośbę o pokazanie dokumentów, a kiedy do tego wracam, pokazuje mi aplikację. Mówi, że pracuje dla Uber Eats, ale to nieprawda. Aplikacje takie jak Uber Eats, Glovo czy Wolt nikogo bezpośrednio nie zatrudniają. W rzeczywistości Mahit pracuje dla partnera flotowego, czyli jednego z „niezależnych podwykonawców”, na których platformy przerzucają odpowiedzialność za kierowców i dostawców. Odpowiedzialność złudną, jak już wiemy, skoro umów nie ma – albo są, tylko że na wynajęcie roweru. W razie problemów pracownik zostaje na lodzie.

To, że Mahit nie jest żadnym partnerem dla firmy, pod którą został „podpięty”, pokazuje też sposób, w jaki firma ta go traktuje. Mężczyzna często nie rozumie, za co potrącane są mu pieniądze, czemu dostaje ich mniej, niż pokazuje aplikacja. Ba, na początku nie wiedział nawet, dlaczego z jego zarobku została pobrana opłata za termiczny plecak. To ostatnie wytłumaczyli mu współlokatorzy. Bez nich czułby się już kompletnie zagubiony.

– U siebie w kraju byłem kimś. Tutaj jestem nikim. Na początku nie mogłem być nawet sobą, bo przez pierwsze dwa tygodnie, gdy pracowałem, logowałem się na aplikację współlokatora. Oddawałem mu część zarobku. To nielegalne, dlatego teraz jeżdżę na siebie, ale nadal jestem nikim. Jestem niewidzialny. Dla partnera, Ubera, dla aplikacji, nawet dla klientów. Nikt się ze mną nie wita, nie patrzy mi w oczy. Umiem powiedzieć po polsku „dzień dobry, do widzenia”, ale przestałem to robić, bo nikt z klientów mi nie odpowiadał. Dzwonię, otwierają drzwi, biorą paczkę i najczęściej bez słowa je zamykają. Traktują mnie jak powietrze. Przed przyjazdem do Polski czytałem, że Polacy słyną z gościnności, ale jakoś tego nie doświadczam.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Przypisy

1 Niewidzialni

1Ile kosztuje pracodawcę absencja pracownika? Jak zaradzić?, 28.06.2023, tikrow.com, bit.ly/3LB56TU (dostęp: 13.11.2025).

2 P. Mendonça, N. K. Kougiannou, I. Clark, Informalization in Gig Food Delivery in the UK. The Case of Hyper-Flexible and Precarious Work, „Industrial Relations” 2023, vol. 62, iss. 1.

3 A. Maciejowski, Uber „pierze mózgi” przyszłym kierowcom, 27.08.2016, dziennikpolski24.pl, bit.ly/46Sxrfx (dostęp: 3.07.2025).

4 M. Kozłowski, „Będę miał sprawę za Ubera”. Urzędnicy zaczęli zastawiać pułapki na kierowców, 2.08.2016, wiadomości.gazeta.pl, bit.ly/3VQ6CU5 (dostęp: 3.07.2025).

5 Cyt. za: A. Maciejowski, Uber „pierze mózgi” przyszłym kierowcom, dz. cyt.

6 M. E. Romaneczko, „Uber umywa ręce”. O co chodzi protestującym taksówkarzom [rozmowa], 15.04.2019, oko.press, bit.ly/3JxUDIp (dostęp: 13.11.2025).

7 D. Polkowska, Między światem realnym a wirtualnym: obietnice vs. rzeczywistość. Prekarna praca kierowcy Ubera?, „Przegląd Socjologii Jakościowej” 2019, t. 15, nr 4.

8 Z. Kowalik, P. Lewandowski, P. Kaczmarczyk, Różnice w jakości pracy pomiędzy pracownikami platformowymi pochodzącymi z Polski i migrantami, ibs.org.pl, bit.ly/443KVo1 (dostęp: 3.07.2025) (streszczenie raportu Job Quality Gaps Between Migrant and Native Gig Workers. Evidence from Poland, „IBS Working Paper” 2022, no. 9).

9 C. Szczepański, Niemal połowa kierowców i kurierów aplikacji to obcokrajowcy. Większość może zrezygnować ze świadczenia usług, 27.03.2025, xyz.pl, bit.ly/47aqAPF (dostęp: 3.07.2025).

10 Proceder ściągania Hindusów na uczelnie opisywał w reportażu wcieleniowym Piotr Szostak, zob. tenże, Pracowałem na czarno w Uber Eats, extra.wyborcza.pl, bit.ly/4gVtqeN (dostęp: 3.07.2025).

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży:

ul. Dukielska 83C, 38-300 Gorlice

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji:

al. Jana Pawła II 45A lok. 56

01-008 Warszawa

Opracowanie publikacji: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków

tel. +48 12 432 08 50, e-mail: [email protected]

Wołowiec 2026

Wydanie I