Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach - Phil Jackson,Sam Smith - ebook

Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach ebook

Phil Jackson, Sam Smith

0,0
49,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Wielkie nazwiska i legendy, które tworzyły ekscytującą historię NBA!

Sam Smith i Phil Jackson rozprawiają o koszykarskim życiu, osiągnięciach sportowych, geniuszu oraz mrocznych stronach 75 najlepszych ich zdaniem koszykarzy wszech czasów: Russella, Chamberlaina, Abdula-Jabbara, Magica, Birda, Jordana, Olajuwona, Bryanta, LeBrona czy Curry’ego. Autorzy zabierają nas w fascynującą podróż przez świat pełen niewiarygodnie utalentowanych graczy, charyzmatycznych liderów, niestrudzonych wojowników, showmanów, strzelców wyborowych, którzy zmienli oblicze NBA.

Kto nadał Timowi Duncanowi ksywkę „Big Fundamental”? Który koszykarz przypominał Forresta Gumpa? W jaki sposób Larry Bird odebrał pewność siebie Leonowi Woodowi przed konkursem rzutów za trzy punkty? Dlaczego Scottie Pippen był koszykarzem idealnym? Jak to się stało, że Magic Johnson trafił do Los Angeles Lakers, a nie do Chicago Bulls? Czy LeBron James jest lepszy od Michaela Jordana?

Różne punkty widzenia Smitha i Jacksona sprawiają, że Mistrzowie Gry wciągają i zmieniają sposób patrzenia na NBA. Zanurz się w tych pełnych anegdot i ciekawostek opowieściach, by przekonać się, który z tych wielkich koszykarzy zasługuje na miano prawdziwego GOAT-a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 424

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Wstęp Sama Smitha

Wstęp Phila Jacksona

George Mikan

Dolph Schayes

Paul Arizin

Bob Cousy

Wstęp Sama Smitha

John Havlicek opowiadał o swojej krótkiej przygodzie w NFL. W jednej z akcji blokował z pozycji skrzydłowego podczas zagrywki typu sweep i powalił linebackera, umożliwiając Jimowi Brownowi przebiegnięcie 48 jardów, aż do linii drugiego jarda. Legendarny później zawodnik Boston Celtics był przez pewien czas czołowym rozgrywającym futbolu amerykańskiego w swoim stanie i został wybrany w drafcie przez pochodzącą z jego rodzinnych stron drużynę Cleveland Browns. W kolejnej akcji, rozgrywanej już z owego drugiego jarda, John, jako tight end, mierzył się bezpośrednio z „Big Daddym” Lipscombem, jedynym wówczas graczem NFL ważącym ponad 300 funtów, czyli 135 kilogramów. „Big Daddy chwytał rywali, usuwał ich z drogi, a następnie zajął się biegaczem – wspominał Havlicek. – Skończyłem pod stertą ciał, a kask prawie spadł mi z głowy”. W kolejnej akcji Browns zaliczyli podanie na przyłożenie. To był mecz przedsezonowy. I na tym w zasadzie zakończyła się futbolowa kariera Johna. Nie załapał się do drużyny. Browns postanowili zatrzymać jego kumpla, Gary’ego Collinsa. Ten trzykrotnie w zawodowej karierze zdobywał tytuł najlepszego gracza na swojej pozycji, ale zawsze powtarzał, że to Havlicek miał pewniejsze ręce. Jak stwierdził ze śmiechem gracz Celtics, wszystko ułożyło się całkiem nieźle.

Spędzanie średnio ponad 45 minut na mecz na parkiecie przez pięć sezonów z rzędu – to jeden z wyczynów legendarnej kariery, która przyniosła Havlickowi miejsce w Galerii Sław – to i tak nic w porównaniu ze starciami z Big Daddym Lipscombem. Gracz Celtics stwierdził kiedyś, że tak naprawdę człowiek zmęczony jest tylko wtedy, gdy tak właśnie o sobie myśli, a jak niby można się zmęczyć koszykówką? Niczym Forrest Gump, John Havlicek wyruszył ze swojego małego miasteczka w Ohio i dobiegł do świata celebrytów jako członek najwspanialszej drużyny w historii tego sportu. U boku Russella, Cousy’ego i Jonesów mierzył się z Oscarem, Wiltem czy Kareemem. Ten nieco szorstki, obdarzony kwadratową szczęką „chłopak ze wsi” – jak nazywał go czasem kolega z zespołu, Bill Russell – był tym, który przejął pałeczkę w najlepszej koszykarskiej sztafecie w historii, święcącej triumfy na pierwszej zmianie, po czym zdobył z nią dwa kolejne mistrzostwa, a następnie przekazał tę pałeczkę Larry’emu, Kevinowi i Wodzowi.

Pewnego razu pojawił się w gabinecie Reda Auerbacha. Zarabiał wtedy 20 tysięcy dolarów. Zdobywał 20 punktów na mecz jako kolejny wybitny szósty gracz w historii Celtics. Poprosił o podwyżkę do 25 tysięcy. Trener i generalny menedżer w jednym odparł, że prędzej wyskoczy przez okno, niż da mu pięć tysięcy podwyżki. „Przystałem na 21 tysięcy”, powiedział mi John w jednej z rozmów, które odbyliśmy krótko przed jego śmiercią. Stanowiły one inspirację do napisania tej książki.

Historię NBA trzeba opowiadać, pamiętać i przypominać. W dzisiejszych czasach poświęca się jej nieco uwagi, lecz potem często znowu się o niej zapomina – zupełnie jak z tymi starymi domami, które remontuje się na potrzeby programów telewizyjnych.

Kilka lat temu pisałem książkę o grupie zawodników, której przewodzili Bob Cousy, Tom Heinsohn i Oscar Robertson. Pozwali oni NBA i wywalczyli prawo do statusu wolnego agenta, a w konsekwencji otworzyli graczom drogę do zarabiania wielkich pieniędzy, które przyczyniły się do tego, że liga odniosła tak gigantyczny, ogólnoświatowy sukces. W trakcie zbierania materiałów do tamtej książki jakoś nie mogłem dotrzeć do Havlicka. Wielu przyjaciół z kręgu Celtics mówiło mi, że to dość dziwne. To nie w jego stylu. W końcu udało mi się umówić z nim w jego domu na Florydzie. Tamtego dnia, gdy się u niego pojawiłem, przeprosił i oznajmił, że jednak nie porozmawiamy. Nigdy nie doszło do takiej rozmowy w cztery oczy, ale ostatecznie odbyliśmy wiele dyskusji przez telefon, dotyczących tamtych wydarzeń i ogólnie dawnych czasów. Podobnie zresztą miała się sprawa z drugim z 13 wciąż żyjących zawodników z czternastki składającej tamten pozew, którego nie udało mi się spotkać osobiście – Wesem Unseldem. Ustaliliśmy termin i pojechałem na jego farmę na północnym zachodzie Maryland, ale gdy dotarłem na miejsce, właśnie udawał się do szpitala, w którym dopiero co spędził dziewięć tygodni w związku z utrzymywanymi w tajemnicy problemami kardiologicznymi. Z nim także odbyłem szereg rozmów telefonicznych. Zmarł niedługo po Havlicku. Zastanawiam się, czy były to ostatnie wywiady, których obaj udzielili.

Podczas rozmów z Havlickiem nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zmagał się z chorobą Parkinsona. Miał lepsze i gorsze dni. Gdy było z nim gorzej, bo prostu nie chciał się z nikim widzieć. W młodości był być może najsprawniejszym zawodnikiem ligi, maratończykiem, który szalał na skrzydle. Zderzenie ze ścianą w maratonie życia może być trudne, zwłaszcza dla mężczyzn, którzy wcześniej przez lata słynęli ze znakomitej kondycji fizycznej.

Myślałem o tych moich rozmowach z Johnem i Wesem – o tym, że przepadną w odmętach historii. Wiem, często się nam powtarza, że to przecież tylko sport. To jednak często także prawdziwe misterium naszego życia, coś, co inspiruje całe pokolenia. Jak powiedział Martin Luther King junior, jesteśmy tworzeni przez historię.

Gdy NBA postanowiła kontynuować tradycję dodawania co ćwierć wieku kolejnych 25 nazwisk do listy najwspanialszych zawodników w historii, tym razem dobijając do 75 graczy na swoje 75. urodziny, byłem jednym z wielu głosujących. Przejrzałem spis nazwisk i zdałem sobie z czegoś sprawę. Zacząłem oglądać mecze w Madison Square Garden jako dzieciak pod koniec lat 50. Od wczesnych lat 80. pisałem o NBA dla „Chicago Tribune”, a później na potrzeby oficjalnej strony Chicago Bulls. Widziałem w akcji każdego z graczy na tej rocznicowej liście oprócz George’a Mikana. Z nim z kolei przeprowadziłem kilka wywiadów w ostatnich latach jego życia. Poprzez pracę dziennikarską oraz dzięki książkom, które napisałem, miałem okazję poznać i przepytywać większość zawodników z tej listy.

Uznałem, że powinienem opisać swoje doświadczenia w kontaktach z tymi graczami i dodać jeszcze jedną własną pozycję do biblioteki poświęconej historii NBA. Spytałem Phila, który mierzył się jako zawodnik lub trener w zasadzie z każdym z tych zawodników (ponownie z wyjątkiem Mikana), czy chciałby wspólnie ze mną stworzyć coś na wzór koszykarskiej wersji Kolacji z Andrzejem. Tak naprawdę nie sądziłem, że będzie zainteresowany. Ale się zgodził.

Bardziej od samego pisania książek zawsze podobało mi się robienie researchu do nich, rozmowy z zawodnikami, trenerami i innymi osobami związanymi z koszykówką, słuchanie ich opowieści. Teraz mogłem doświadczyć czegoś takiego z Philem. Zimy w Los Angeles spędza w swoim domu w Playa del Rey, skąd ma widok na zachodzące słońce. Każdorazowo zjawisko to przyciąga w tamte okolice ludzi liczących na to, że uda im się dostrzec słynny kalejdoskop świateł, tę mistyczną niebieską lub purpurową poświatę, którą – według Phila – jego dzieci miały okazję zobaczyć. On sam, jak mówi, jeszcze nie miał tej szansy, ale wciąż jej wypatruje. Życie polega na tym, by nie przegapiać takich okazji, gdy już się trafią. Cieszy się widokiem wielkiego Pacyfiku, kobiety uprawiającej każdego dnia jogging w różowych dresach, mew krążących nad łodziami rybackimi w nadziei na przekąskę. Phil gotuje. Takie ma hobby. Uwielbia przyrządzać zupy. Któregoś dnia zeszliśmy do sklepu i wnikliwie przypatrywał się sprzedawanej tam golonce. Robi też pyszną paellę.

Lata spędza na południe od Kalispell w Montanie, nad olbrzymim jeziorem Flathead, gdzie kilkadziesiąt lat temu zbudowali z bratem domek letniskowy, a później postawili znacznie większą konstrukcję. Jego była żona June także ma tam miejsce dla siebie. Latem tłumnie zjeżdża kilkanaścioro ich wnuków. Kolejne tygodnie wypełnia im pływanie w jeziorze, korzystanie z łódek oraz słuchanie życiowych lekcji udzielanych przez Phila. Oj, dziadku!

Zaglądam tam na kilka dni już po tym, jak dzieciaki wróciły do szkoły. Siadamy, żeby wspólnie powspominać. Odwiedziłem go także parę razy w jego domu w LA, żeby uzupełnić niektóre rozmowy. To dla mnie najlepsza część projektu – i dotyczy to także wszystkich dygresji na temat ezoterycznych książek i nieoficjalnych imprez. Przypomniało mi się, jak pisałem swoją pierwszą książkę – Jordan Rules. Redaktor z pewnego wielkiego nowojorskiego wydawnictwa ciągle wysyłał do mnie – debiutanta – uwagi, że książka nie jest wystarczająco linearna. Musisz pisać bardziej linearnie! Sorry, życie i koszykówka po prostu takie nie są.

Phila Jacksona poznałem osobiście na początku lat 80. Wcześniej przez lata oglądałem go jako fan Knicks. Koszykarski bocian, gość, którego trudno było przeoczyć nawet z balkonów starej Madison Square Garden ze względu na jego fizjonomię wieszaka, wymachujący kończynami, gdy wchodził na parkiet z ławki w barwach Knicks w tych magicznych wczesnych latach 70., kiedy drużyna zdobyła dwa tytuły mistrzowskie. Wówczas naszym złotym biletem, przynajmniej z mojej perspektywy, była karta GO – dodatkowa legitymacja dla uczniów nowojorskich szkół publicznych. Dostawaliśmy ją jako rekompensatę za to, że nauka w przepełnionych placówkach odbywała się na trzy zmiany. Bywało, że zaczynaliśmy lekcje o 7.00 i kończyliśmy o 11.00, a innym razem uczyliśmy się od południa do 17.00. W klasach liczących 50 dzieciaków nauczyciele nawet nie trudzili się zapamiętywaniem imion, chyba że cały czas podnosiło się rękę. Jakoś nie przypominam sobie, żebym ja to robił, za to pamiętam, jak pewnego razu po wstawieniu mi kiepskiej oceny z wypracowania nauczyciel angielskiego powiedział, żebym się nie przejmował, bo za sto lat nikt z nas nie będzie już żył i nie będzie to miało najmniejszego znaczenia. To mogła być najistotniejsza lekcja, jaką wyniosłem z systemu publicznej edukacji na Brooklynie.

W każdym razie – już zaczynają się dygresje! – wspomniana karta GO była naszą przepustką do magicznego świata NBA. Pozwalała nabyć bilet na wtorkowe mecze za 75 centów. To były wieczory z dwoma spotkaniami, co miało na celu ściągnięcie ludzi na występy żałosnej ekipy Knicks. Mogliśmy więc oglądać Oscara, Elgina, Westa, Russella czy Chamberlaina. I okej, za każdym razem nasza drużyna dostawała solidnie po dupie, ale cóż to była za wspaniała nauka koszykówki! Zatem 15 centów na metro i kawałek pizzy – nie wiem czemu, ale metro i pizza zawsze kosztowały tyle samo – 10 centów na coś do picia i 75 na bilet. Czasami w trakcie drugiego meczu niewiele już było widać przez dym papierosowy unoszący się zza koszy, z miejsc, gdzie eleganciki zawierały zakłady, ale i tak za jakieś półtora dolara człowiek miał jedzenie i cztery godziny koszykówki NBA.

Moja rodzina tego nie rozumiała.

Moja matka, Betty Pritzker, pochodziła z rodziny mieszkającej na południe od Kijowa w Ukrainie, która w pięciu kolejnych pokoleniach wychowała głównie ortodoksyjnych rabinów. Mogłaby spokojnie wcielić się w rolę Jentł, dziewczyny z opowiadania Isaaca Bashevisa Singera, która mieszka w polskim sztetlu i przebiera się za mężczyznę, żeby w tajemnicy pobierać naukę u rabina. Wiecznie czytała i mówiła nam, żebyśmy sami zadbali o swoją kolację. To była bardzo ortodoksyjna rodzina, ale szybko się od tego odciąłem, gdy nikt nie był w stanie sensownie mi wytłumaczyć, czemu nie powinienem korzystać z elektryczności w sobotę, w szabat, skoro pięć tysięcy lat wcześniej w ogóle nie było elektryczności. Pochodziliśmy z Pritzkerów i choć poradziłem sobie w życiu i nie muszę mieć swojego hotelu Hyatt, zastanawiałem się czasem, czy nie jestem spokrewniony z właścicielami tej sieci. W Nowym Jorku mieszkało wówczas dziewięć milionów ludzi, a my byliśmy jedynymi Pritzkerami w książce telefonicznej.

Gdy żyjesz w tym mieście, masz wrażenie, że to centrum wszechświata, więc w ogóle nie słyszałem wtedy o tamtych Pritzkerach. Nawet nie do końca byliśmy pewni, gdzie jest Chicago. Jednak w 1979 roku, gdy zatrudniono mnie w „Chicago Tribune”, zacząłem czytać o tej ciągle sprzeczającej się ze sobą rodzinie miliarderów. I co się okazało? Ich patriarcha był ortodoksyjnym rabinem spod Kijowa! Zupełnie jak w naszym przypadku. To przecież nie może być zbieg okoliczności. Napisałem więc do Jaya Pritzkera, ówczesnej głowy rodziny, wyrażając swoją ciekawość. Odpisał krótko, że zapewne jestem spokrewniony z Pritzkerami z Baltimore. No i nici z hotelu!

Moja rodzina pochodziła z miejsca zwanego Hołowaniwsk, gdzie po I wojnie światowej dochodziło do pogromów. Żydzi zorganizowali tam bojówki w reakcji na zdarzenia z 1917 roku. To było coś w rodzaju sceny z rynku ze Skrzypka na dachu, tyle że bez tańców. Ten oddział samoobrony został ostatecznie pokonany w 1919 roku. Mama urodziła się tam rok później. W 1925 roku, po kolejnych pogromach, moja rodzina w końcu uciekła. Krewni od strony ojca byli z Litwy. Uciekli do Anglii, gdzie mój pradziadek, Pinkus Amran, zmienił nazwisko na Smith.

Korzenie Phila sięgają drugiej strony barykady amerykańskiej rewolucji. Pochodzi z rodziny lojalistów, którzy otrzymali ziemię w Kanadzie po tym, jak zwycięscy osadnicy wypędzali Brytyjczyków. Ojciec Phila, Charles, był hodowcą bydła i drwalem. Gdy zmarła jego pierwsza żona, podjął naukę w Central Bible College, gdzie poznał Elizabeth Funk pochodzącą z rodziny niemieckich menonitów, którzy zajmowali się uprawą ziemi. Żyli zgodnie z zasadami Zborów Bożych i wierzyli w uzdrowienie poprzez wiarę. To się nawet sprawdziło, gdy Phil w wieku pięciu lat zachorował na polio i wyszedł z tego mimo braku profesjonalnej opieki medycznej. To musiał być znak.

Jako wędrowni kaznodzieje/ewangeliści Jacksonowie ciągle podróżowali z miejsca na miejsce. Gdy Phil był w piątej klasie, mieszkali w Great Falls w Montanie. To wtedy zaczął na poważnie grać w koszykówkę. Jednocześnie był też rozgrywającym w drużynie futbolowej oraz miotaczem w baseballu. W liceum mierzył około 195 centymetrów, ale ważył niespełna 70 kilogramów. Był zdeterminowany, by odnosić sukcesy w baseballu, wówczas wciąż narodowym sporcie numer jeden. W trakcie przerw letnich grał półzawodowo i rozważał różne opcje na przyszłość. Pewnego dnia zaliczył double’a przeciwko obwoźnej drużynie, w której grał Satchel Paige. Oczywiście ten miał wówczas z 60 lat. Koniec końców przeznaczeniem Jacksona była jednak koszykówka.

Ja nigdy aż tak nie urosłem. W piątej klasie byłem trzecim najwyższym dzieciakiem w grupie i zdobywałem wszystkie medale podczas zawodów szkolnych. W siódmej klasie byłem trzecim najniższym. Mimo wszystko też miałem swoje chwile chwały na boisku. Zaliczyłem kluczowe zagranie jako miotacz w meczu półfinałowym o mistrzostwo miasta, rozgrywanym na boisku tuż przy starym stadionie Jankesów. To zaowocowało zaproszeniem od Yankees na próbny trening, gdy chodziłem do drugiej klasy liceum. Uznali, że jeszcze nie jestem gotowy. Mierzyłem 172 centymetry i ważyłem z 55 kilogramów. Powiedzieli mi, żebym dołożył jakieś 13 kilo. Tamtej zimy na każdy posiłek pochłaniałem spaghetti z chlebem, a na wiosnę ważyłem… 55 kilo.

Wciąż jednak marzyłem o kontrakcie z zawodową drużyną sportową. Trochę treningu siłowego i może bym się gdzieś załapał? Przełom nastąpił w trakcie przygotowań do sezonu na Pace University. To była ekipa z Division II. Na drugim roku studiów byłem podstawowym miotaczem, chociaż nasza drużyna notowała wtedy rekordowo słabe wyniki. Na trzecim roku pojawił się Bruce Hildebrandt – 188 centymetrów, 84 kilogramy, rzucający splittery z prędkością 145 kilometrów na godzinę – i trener zapytał mnie, jak tam moje oceny. O tak, synu, czas, abyś skupił się na nauce. Ukończyłem studia biznesowe, ale może mógłbym zająć się pisaniem o sporcie, skoro zarabiałem już na tym trochę kasy podczas studiów?

Zatem po dwóch latach pracy jako audytor w nowojorskim biurze firmy Arthur Young & Co. postanowiłem pójść na podyplomówkę i po raz pierwszy w życiu uczyć się dziennikarstwa. A w dziennikarstwie w latach 70. liczyły się dwa tematy – Watergate i Waszyngton. I tym właśnie się zająłem. Pisałem o wydarzeniach z Kongresu i Białego Domu. Szło mi całkiem nieźle. Pracowałem dla lokalnej agencji prasowej, States News Service, ale jeździłem w te same miejsca i pisałem o tych samych wydarzeniach co grube ryby – porozumieniu z Camp David czy konferencjach prasowych w Białym Domu – choć z lokalnej perspektywy takich miejsc jak New Haven w Connecticut, Brockton w Massachusetts czy Allentown w Pensylwanii. Raz nawet zadałem pytanie prezydentowi Carterowi. Na miejscu byli też James Reston z „Timesa”, Bob Woodward z „Posta”, a także Sam Donaldson i Dan Rather z telewizji. Kiedy zadawali pytania, nagle do mnie dotarło: „Hej, sam miałem o to spytać. Wcale nie wiedzą więcej ode mnie. Tu nie chodzi o to, żeby skończyć Harvard. Trzeba po prostu umieć skorzystać z okazji”. Doszedłem do wniosku, że w sporcie sprawy często mają się podobnie.

Sława nie czyni cię mądrzejszym ani nie daje ci żadnych dodatkowych przywilejów. Ci najwspanialsi zawodnicy bardziej nakręcali się rywalizacją niż uznaniem. To zawsze odróżniało tych największych. Dlatego często widać, że w pomeczowych wywiadach nudzą ich pytania typu: „jak ci się grało?”. Taki Michael Jordan zdecydowanie wolał, gdy wytykano mu błędy. To go nakręcało. Podobnie było z Kobem Bryantem czy Larrym Birdem. Uwielbiali trash talk, czyli tak naprawdę rzucanie sobie wyzwań. Jordan uwielbiał sytuacje, gdy ktoś stawiał przeciwko niemu. Zupełnie jak w przypadku, o którym opowiadałem w dokumencie Ostatni taniec – chodzi o pierwszą rundę play-offów 1989 roku przeciwko znacznie mocniejszym Cleveland Cavaliers (w sezonie zasadniczym zanotowali z Bulls bilans 6-0), która to seria w zasadzie zapoczątkowała marsz Byków ku sportowej nieśmiertelności. Każdy z trzech reporterów z Chicago postawił przed rozpoczęciem serii na Cavs, choć ja i tak wierzyłem w Bulls najbardziej, bo przewidywałem, że dojdzie aż do pięciu spotkań. Jordan mógł zapewnić drużynie wygraną po dogrywce i awans już w meczu numer 4. Przed piątym spotkaniem w Cleveland podszedł do stolika dziennikarskiego, wskazał na moich kolegów, którzy typowali, że Cleveland wygra w trzech lub czterech meczach, a następnie zbliżył się do mnie i powiedział: „Dzisiaj zajmiemy się tobą”. Kto robi coś takiego przed decydującym meczem, kiedy nie jest nawet faworytem? Tak właśnie stajesz się GOAT-em*. Wszyscy wiemy, jak to się skończyło. Jordan uwielbiał mieć ostatnie słowo. Po meczu dopadł mnie w szatni i rzucił: „A nie mówiłem?”.

Ojciec Michaela, James, mawiał, że jego syn jest uzależniony od współzawodnictwa. Musiał grać o jakąś stawkę. Raz zresztą wpadłem przez to w tarapaty, gdy zostałem zaproszony do wspólnej partyjki w golfa z nim i jeszcze dwiema osobami. Idziemy na pierwsze tee. To było w 1987, może 1988 roku, pewnie zarabiałem wtedy w „Chicago Tribune” z 25 tysięcy dolarów. On natomiast właśnie wynegocjował nowy kontrakt, opiewający na olbrzymią wówczas sumę 25 milionów za osiem lat, co wywróciło świat sportu do góry nogami. Jordan chciał grać o 100 dolarów za dołek, a ja dobrze wiedziałem, że z każdym kolejnym stawka będzie rosła. Jako były księgowy potrafiłem liczyć i zastanawiałem się, jak wytłumaczę w domu, że przegrałem kwartalne zarobki, grając w golfa z Michaelem Jordanem. Powiedziałem więc, że wchodzę w ten zakład, ale pod warunkiem, że weźmiemy pod uwagę proporcje naszych zarobków, czyli 3 miliony do 25 tysięcy. Następny raz odezwał się do mnie dopiero w okolicach ósmego dołka.

Takim gościom nie warto było się przypochlebiać, no chyba że ktoś miał ambicje, by zostać ich potakiwaczem. Może i finansowo wychodziło się na tym nieźle, ale czy świadczyło to o prawdziwym szacunku? Dorastanie na Brooklynie, gdzie mottem było „na co się gapisz?”, okazywało się przydatne.

Gdy po raz pierwszy zaczepiłem się w „Chicago Tribune”, w 1979 roku, przydzielono mi zadanie napisania czegoś do niedzielnego magazynu. Miał to być materiał o zespole z Gary w stanie Indiana, występującym w jednej z niższych lig koszykarskich. Grał tam Carl Nicks, najlepszy boiskowy partner Larry’ego Birda z czasów studiów w Indiana State. Drużyna miała akurat mecz wyjazdowy z Albany Patroons, których trenerem był tamten stary, przebiegły bocian z Knicks, Phil Jackson.

Podobnie jak w przypadku ofensywy trójkątów, która unika konkretnych, zaplanowanych rozwiązań i opiera się na odczytywaniu sytuacji i zachowania obrony – to takie koszykarskie tai chi, jak mówi Phil – najlepsze wybory w życiu są często reakcją na okoliczności. Gdy Phil odniósł już wielkie sukcesy, jego dawni koledzy z Knicks często mówili, że nigdy nie spodziewaliby się jego – hipisa – na stanowisku trenera. Nosił brodę, skórzaną kurtkę i kolorowe T-shirty. Ale to tak naprawdę trener, którego doceni każdy inny szkoleniowiec. Fachu uczył się pod okiem Reda Holzmana. W zasadzie był jego jedynym asystentem, gdy jako zawodnik opuścił sezon 1969/70 ze względu na operację pleców. Holzman często zlecał mu poprowadzenie zajęć z materiałami wideo lub szczegółowy skauting. W czasach Bulls Phil wielokrotnie dyskutował ze swoim asystentem, Johnnym Bachem, na temat wiatrakowej ofensywy Horsta Pinholstera oraz pracy Texa Wintera, który był pionierem nowych rozwiązań w koszykówce akademickiej.

Po zakończeniu kariery zawodniczej próbował swoich sił w telewizji u boku Marva Alberta, ale to go nie kręciło. Wrócił do Montany, żeby dokończyć budowę wspomnianego domku letniskowego, następnie zainwestował w siłownię Second Wind. Myślał o jakimś zajęciu na boku, może o trenowaniu ekipy Flathead Valley Community College w Kalispell, gdzie właśnie usiłowano odbudować drużynę koszykówki. Nic jednak z tego nie wyszło. Wyglądało na to, że dla Phila koszykówka była już tylko wspomnieniem.

Jerry Krause, generalny menedżer Bulls, wypatrzył Phila, gdy ten grał w college’u u Billa Fitcha, i pozostał z nim w kontakcie. Często wypytywał go o graczy z CBA. Phil spytał, czy mógłby zająć się wyszukiwaniem lokalnych talentów dla Bulls. Krause odparł, że nie mają akurat wolnego stanowiska w skautingu, ale umówi go ze Stanem Albeckiem na rozmowę w sprawie pracy asystenta trenera. Doskonale wiemy, że nic z tego nie wyszło. Robota w ekipie z Albany grającej w CBA szybko okazała się ślepym zaułkiem i Phil zrezygnował. W 1987 roku w drodze do Montany wpadł na przeddraftowy obóz NBA, pogadał z Krause’em i pojechał dalej. Wciąż myślał o prowadzeniu siłowni, ale miesiąc później odebrał niespodziewany telefon: czy chciałby może dołączyć jako asystent do sztabu Douga Collinsa? Gene Littles przenosił się do Charlotte.

Skoro już poznaliśmy się wcześniej, to gdy pisałem dla „Tribune” coś o koszykówce, do Phila zwracałem się z prośbą o opinię i nakreślenie sytuacji. A potem trafiła się okazja, by pisać na stałe o Bulls. Pomagałem przy relacjach z ich meczów, spędziłem nawet na potrzeby artykułu dzień z ich debiutantem, Michaelem Jordanem. To było zaledwie kilka dni po jego przybyciu do Chicago. Miał rozstawioną deskę do prasowania. Powiedziałem, że to pewnie rekwizyt na potrzeby artykułu. Zaprzeczył. Zapisał się na zajęcia z prowadzenia domu, bo wstydził się swojego wyglądu i wątpił, czy jakakolwiek dziewczyna będzie nim zainteresowana. Rzadki u niego przypadek sporego pudła.

Tak oto podróżowałem teraz z drużyną, w której asystentem trenera był Phil. W tamtych czasach wszystkie ekipy z NBA przemieszczały się rejsowymi samolotami. Bukowały 12 miejsc w pierwszej klasie dla 12 aktywnych graczy. Trenerzy siedzieli z tyłu. Mój trik polegał na tym, że rezerwowałem sobie miejsce przy przejściu, a następnie zamieniałem się z Philem, który nie był w stanie zmieścić swoich długich nóg na środkowym fotelu albo przy oknie. I tak właśnie zaczęła się moja koszykarska edukacja. Gdy podczas kilku lotów miałem okazję siedzieć obok Texa Wintera, zaznajomiłem się z diagramami z jego książki o ofensywnie trójkątów. Słuchałem wojennych opowieści Johnny’ego Bacha, historii z NBA, ale też o tym, jak pracował jako łapacz piłek na treningach Yankees, albo o tym, jak maszerował na Okinawę, a potem na Tokio jako żołnierz marynarki wojennej. Krause miał nosa, jeśli chodzi o młodych trenerów – w końcu Doug Collins też został później członkiem Galerii Sław. To dzięki niemu Bulls wrócili na właściwe tory. Można powiedzieć, że postawił wagonik tam, gdzie trzeba, niczym w starym zestawie kolejki Lionel, ale według Bulls nie był gotów, by poprowadzić ich do samej mety. Phil rozwijał się u boku Reda Holzmana, który w Knicks preferował grę opartą na podaniach i ruchu. Następnie przeszedł przeszkolenie z ofensywy trójkątów u Texa i nagle to właśnie w niej odnalazł trenerskie przeznaczenie. W 1989 roku zastąpił Douga na stanowisku głównego szkoleniowca.

Przed meczami często rozmawialiśmy w jego gabinecie o koszykówce. John Paxson zdradził mi później, że się wściekał, bo przed wyjściem na parkiet wszyscy czekali na kilka słów od Phila, a ten ciągle gadał ze mną. Nie działo się to przed każdym meczem i na pewno nie byłem osobą, do której Phil się zwracał ze swoimi problemami, nadziejami i marzeniami, ale lubiliśmy dyskutować o koszykówce. I wiele lat później, gdy powiedziałem mu, co aktualnie robię i dlaczego, rzucił: „Wpadnij do Montany, to pogadamy”.

Listopad 2024 roku

* Powszechnie używany obecnie skrót wyrażenia greatest of all time, czyli najlepszy w historii. Określenie to początkowo pojawiło się w czasach Muhammada Alego, ale jeszcze szerszą popularność zdobyło w XXI wieku. Samo słowo „goat” oznacza kozę, stąd częste obrazkowe nawiązania do tych zwierząt, gdy używa się tego skrótowca w dyskusjach na temat sportu. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

Wstęp Phila Jacksona

Zaintrygował mnie wybór „75 na 75” – wyłonienie najlepszych graczy NBA w liczącej 75 lat historii ligi. Zostałem zaproszony do udziału głosowaniu, ale odmówiłem. Pamiętam 50-lecie i tych 50 zawodników, których wtedy uhonorowano. Mój trener z Knicks, Red Holzman, mówił wtedy o dwóch obrońcach, z którymi grał w Rochester Royals: Bobbym Wanzerze i Bobbym Daviesie. Jeśli dobrze pamiętam, Wanzer nie załapał się wówczas na tamtą listę i Red to skomentował. Jako ich zmiennik, miał okazję uważnie obserwować ich poczynania. Royals byli mistrzami po okresie dominacji Minneapolis Lakers i przed tym, jak Boston Celtics zaliczyli swoją serię tytułów. Zapewniał mnie, że Davies był lepszy niż Bob Cousy.

W każdym razie mój przyjaciel Sam jak co roku wpadł do LA i w trakcie lunchu zasugerował, żebyśmy porozmawiali/napisali o 75 zawodnikach, którzy zostali wybrani. Sam był jednym z głosujących. Dla mnie podejmowanie decyzji o tym, kto jest „najlepszy”, jest zawsze niezwykle trudne. W każdej koszykarskiej erze mieliśmy znakomitych graczy, którzy się wyróżniali, a w ostatnich 25 latach ten wybór stał się wyjątkowo trudny.

Początkowo, w latach 40. XX wieku, liga składała się z zaledwie kilku zespołów. Część z nich już nie istnieje, jak choćby ekipy z Syracuse, St. Louis czy Rochester/Cincinnati Royals. Gdy w 1967 roku trafiłem do NBA, liczyła ona już 12 zespołów. Przed naszym pierwszym spotkaniem w tamtych rozgrywkach przypomniano kibicom graczy, którzy tworzyli oryginalnych Knicks. Swój pierwszy mecz w Toronto rozegrali 30 lat wcześniej. Pierwsze punkty zdobył Ossie Schectman. Od tamtego czasu liga rozrosła się do 30 drużyn, więc wybór „najwspanialszych” koszykarzy danej ery nie jest tak prosty jak w latach 40. czy 50. Już sama liczba aktywnych graczy niesamowicie utrudnia takie typowanie. Dawniej było ich niespełna 100, obecnie około 450. Dodajmy do tego, że zmienił się sam parkiet, bo trumna miała niegdyś niecałe dwa metry szerokości, potem nieco ponad trzy i pół metra, a teraz niespełna pięć. Nie wspominając już o wprowadzeniu rzutów za 3 punkty. Basket, który początkowo był grą zdominowaną przez wielkoludów, obecnie stał się dyscypliną, w której prym wiodą obrońcy i skrzydłowi grający na obwodzie. Teraz nie ma nawet obowiązku wyboru centra do drużyn występujących podczas Weekendu Gwiazd. Ta pozycja zniknęła co prawda z formularzy do głosowania, ale środkowi nie zostali całkowicie zapomniani.

Przez ostatnich kilka lat odbyliśmy z Samem mnóstwo rozmów – podczas jego wizyt w LA, mailowo, ale także gdy wpadał latem do Montany. Był jednym z wielu ludzi, których poznałem w Nowym Jorku. Jako student korzystał ze zniżek, które umożliwiały oglądanie meczów Knicks za 75 centów. Dodajmy, że w każdym sezonie kilka razy się zdarzało, że mecz Knicks był jednym z dwóch rozgrywanych tego samego dnia w tej samej hali. Nowojorskie dzieciaki mogły zatem obserwować grę zawodników NBA z lat 50. i 60. w szczytowej formie. Sam miał okazję regularnie śledzić mecze w wielu koszykarskich arenach, od starej Madison Square Garden na rogu Czterdziestej Dziewiątej Ulicy i Ósmej Alei po chicagowską United Center. Widział więcej spotkań niż ja. Ja z kolei miałem styczność z zawodnikami z różnych epok – od lat mojej gry, czyli z przedziału 1967–1980, przez tych, których trenowałem, po tych, którzy występowali w lidze, gdy pracowałem jako generalny menedżer.

Jak już wspomniałem, tworzenie rankingu najlepszych graczy ostatnich lat jest dla mnie najtrudniejsze. Znakomita kariera w NBA przypomina nieco maraton. Są tacy, którzy początkowo lśnią, lecz potem ich blask przygasa, często zresztą wcale nie z ich winy. Dwight Howard był prawdziwym dominatorem w strefie podkoszowej w pierwszej dekadzie XXI wieku, lecz w ostatnich dziesięciu latach kariery stał się postacią niemal marginalną, bo z perspektywy wysokich graczy gra w NBA znacznie się zmieniła, podobnie jak przepisy. Obserwując kolejne zmiany, zastanawiamy się, jak może wyglądać lista stu zawodników na stulecie ligi. Mam nadzieję, że NBA wciąż będzie ewoluowała wraz z pojawianiem się coraz sprawniejszych zawodników, a także że sama gra pozostanie najistotniejsza, pieniądze zaś nie staną się głównym czynnikiem wpływającym na oblicze tego sportu.

Listopad 2024 roku

George Mikan

George Mikan był pierwszą gwiazdą ligi. Atletyzmem nie dorównywał wysokim środkowym, poruszał się powoli i dość niezdarnie, ale umniejszanie jego wpływu na ten sport byłoby niczym twierdzenie, że George Washington nie zasłużył na to, by być prezydentem, bo nie powinno się głosować na gościa noszącego perukę. Mikan był Billem Russellem swoich czasów. Zdobył siedem tytułów w trakcie dziewięciu sezonów, choć w trzech różnych ligach, bo był to czas, gdy NBA dopiero powstawała z połączenia National Basketball League ze Środkowego Zachodu oraz Basketball Association of America funkcjonującej na Wschodzie. Gdy Mikan zawitał do Nowego Jorku, na afiszu w Madison Square Garden pojawiła się słynna zapowiedź: „Geo. Mikan kontra Knicks”. To była największa postać tego sportu – dosłownie i w przenośni. Nikt inny w historii tej dyscypliny nie sprowokował tylu zmian przepisów, które miały na celu wyrównanie szans i ograniczenie dominacji jednej osoby. Zakazano zbijania opadającej piłki nad obręczą, poszerzono trumnę z niespełna dwóch metrów do ponad trzech i pół. Zakończony wynikiem 19:18 mecz z 1950 roku, w którym Fort Wayne powstrzymało Mikana, zwyczajnie przetrzymując piłkę, był jedną z głównych przyczyn wprowadzenia 24-sekundowego zegara akcji. Nawet jeśli współcześni fani czy przedstawiciele mediów nie do końca zdają sobie sprawę z wpływu tego gracza na koszykówkę, zawodnicy podkoszowi wciąż go doceniają. Zarówno Bill Russell, jak i Shaquille O’Neal mówili, że Mikan był dla nich inspiracją. George Mikan przypomina postać z piosenki country Big Bad John Jimmy’ego Deana: „Sześć stóp wzrostu [i jeszcze dziesięć cali], ważył 110 kilo (…) / I wszyscy wiedzieli, by nie pyskować Wielkiemu [George’owi]”.

Pojawił się w pewnym sensie znikąd. A konkretnie z Joliet w stanie Illinois, znanego głównie z zakładu karnego. Wysoki dzieciak noszący okulary w grubych oprawkach chciał zostać księdzem. W liceum nie pozwalano mu grać w koszykówkę właśnie ze względu na wspomniane okulary. Poszedł więc do szkoły w chicagowskim North Side, przygotowującej młodych ludzi do seminarium duchownego i oddalonej o dwie godziny drogi od jego domu. Ukończył katolickie liceum w Joliet i zamierzał studiować prawo na DePaul, gdy spotkał nowego coacha, Raya Meyera. Ten był wcześniej asystentem w Notre Dame, kiedy tamtejsza drużyna nie zdecydowała się zrekrutować Mikana. Meyer stał się dla niego kimś w rodzaju Henry’ego Higginsa**. Zapisał go na lekcje tańca, żeby poprawić jego zmysł równowagi, kazał trenować boks i skakać na skakance – wszystko to w celu polepszenia pracy stóp i szybkości. Do tego doszły jeszcze słynne serie Mikana: nieustanne rzucanie layupów na przemian jedną i drugą ręką. Mógł to robić godzinami. Efekty były piorunujące. DePaul z Mikanem w składzie zdominowali rozgrywki koszykarskie, wygrali National Invitational Tournament, on sam zaś dwukrotnie zgarnął tytuł Zawodnika Roku, a w jednym z meczów turnieju finałowego zdobył 53 punkty.

Przeszedł na zawodowstwo w 1946 roku. Chciał zostać blisko domu, dlatego związał się z drużyną Chicago American Gears. Gdy jednak właściciel Gears nie został wybrany na komisarza rozgrywek, postanowił wycofać z nich drużynę i stworzyć trzecią zawodową ligę. Ale ta inicjatywa błyskawicznie upadła. Chicago straciło drużynę, a NBL zorganizowała draft, żeby przydzielić graczy z kończącej działalność ligi do swoich zespołów. Mikan trafił do zupełnie nowej drużyny, Minneapolis Lakers. Niechętnie opuszczał Chicago, ale w końcu podpisał kontrakt i tak oto zrodziła się pierwsza dynastia w historii NBA. W latach 1949–1954, przed wprowadzeniem zegara akcji, Lakers pod wodzą Mikana zdobyli pięć tytułów mistrzowskich w sześciu sezonach. W trakcie trzech pierwszych lat, gdy drużyny rzucały średnio mniej więcej 80 punktów na mecz, sam Mikan notował ich około 28, przewodząc lidze. W 1948 roku po raz ostatni rozegrano w Chicago istniejący od dekady World Professional Basketball Tournament. Dowodzeni przez Mikana Lakers wygrali tę imprezę. W zawodach brały także udział najlepsze czarne drużyny z całego kraju, a Lakers pokonali w nich ekipę New York Rens. Mikan czterokrotnie zdobywał tytuł króla strzelców, raz w NBL i trzy razy w NBA. Wygrał klasyfikację zbiórek w NBA, pięciokrotnie sięgał po mistrzostwo NBA i dwukrotnie triumfował w NBL. Był MVP ligi NBL (NBA wprowadziła tę nagrodę dopiero po zakończeniu przez niego kariery). Ośmiokrotnie wybierano go do drużyn All-NBL lub All-NBA***. Później został komisarzem ligi ABA i wprowadził tam czerwono-biało-niebieskie piłki oraz rzuty za 3 punkty. Wybrano go najwspanialszym koszykarzem pierwszej połowy XX wieku.

PJ: Centrzy to całkiem łagodni goście – choćby Shaq czy Johnny „Red” Kerr, który był niezwykle uprzejmy. Lubił ludzi, dobrze się z nimi dogadywał. Mikan też był bardzo przyjacielski.

Sam: Co ciekawe, biorąc pod uwagę to, jak ewoluował ten sport: w czasach debiutu Mikana sądzono, że koszykówka to gra dla niskich. Wysokich kolesi uważano za niezdary. Basket miał być szybki, więc grać mieli głównie niscy. Ten tok myślenia w pewnym sensie powrócił po 70 latach.

PJ: Słyszałeś tę historię o Celtics? Podobno naśmiewali się z Mikana. Ed Macauley szedł ulicą, wpadał na słup i mówił: „O, wybacz, George”.

Sam: A wpływ Reda Auerbacha na zjawisko trash-talkingu? Nikt nie był w tym lepszy od niego. Już wtedy, kiedy trenował Capitols w Waszyngtonie, zanim w 1950 roku przeniósł się do Celtics.

PJ: Wówczas niezwykle istotne były też kwestie rasowe. Boston znany był z nastrojów rasistowskich. Red swoimi decyzjami w zasadzie postawił się całej społeczności. Powiedział, że ma to gdzieś. Stwierdził, że będzie grać najlepszymi. Willie Naulls był kluczowym graczem tej ekipy. Kiedy Tom Heinsohn odniósł kontuzję, a potem zakończył karierę, Red wstawił do składu Williego i w ten sposób miał piątkę złożoną wyłącznie z czarnych. Potem pojawił się „Satch” Sanders. Heinsohn i Cousy zakończyli kariery niemal jednocześnie, więc w ich miejsce wskoczyli najlepsi zawodnicy, których Red miał do dyspozycji. I na mecze Celtics przychodziło z pięć tysięcy ludzi.

Sam: Wnuk Naismitha przynosił kiedyś na mecze oryginalne, spisane zasady gry, ale potem je sprzedał.

PJ: Jeśli chodzi o Naismitha, to interesujące jest to, że był nauczycielem wuefu i nie spodziewał się, że ktoś będzie chciał oglądać mecze wymyślonej przez niego dyscypliny. To był sport, który miał zachęcać do wspólnej zabawy, opracowany z myślą o dzielnicach zamieszkiwanych przez mniejszości etniczne, obwoźnych drużynach czy meczach między mieszkańcami różnych miejscowości. Trzeba było wymyślić jakieś zasady, żeby gra była uczciwa i wyrównana. Mam pretensję o to, że potem zaprzestano tych zmian. Nie zmieniono choćby wymiarów boiska.

Sam: Nie zrobią tego, choć przecież wymiary koszykarskich parkietów unormowano dopiero w latach 60. Bilety na miejsca przy samym parkiecie kosztują fortunę. Na pewno z nich nie zrezygnują.

PJ: Nie zgodzę się z argumentem o stracie forsy z miejsc przy parkiecie. Przecież byłoby ich jeszcze więcej, więc znalazłoby się więcej ludzi skłonnych zapłacić za nie każdą sumę. Niech boisko ma wymiary 30 na 15 metrów. Wydłużmy je o te około dwa metry. I tak już zwiększyli przestrzeń przy ławce, nie? Współcześni zawodnicy są znacznie więksi i szybsi.

** Postać z dramatu Pigmalion George’a Bernarda Shawa. Profesor, który zakłada się z przyjacielem, pułkownikiem Pickeringiem, że w ciągu sześciu miesięcy zdoła wprowadzić na salony biedną kwiaciarkę Elizę.

*** Terminem „All-NBA” określa się drużyny najlepszych graczy ligi w danym sezonie wybierane przez grupę dziennikarzy. Początkowo wybierano pierwszą i drugą piątkę, od 1988 roku są to przeważnie trzy piątki. Na podobnej zasadzie wybierane są piątki najlepszych specjalistów od defensywy (All-Defense).

Dolph Schayes

Dolph Schayes był pewnie pierwszym sławnym wolnym agentem w NBA, a Knicks zawalili sprawę, bo w wyścigu po tego Nowojorczyka i gwiazdę uczelni NYU dali się przebić ekipie z Syracuse. Nie byli wówczas bogatym zespołem. Ned Irish, który był prezesem klubu w pierwszych latach jego funkcjonowania, podobnie jak większość ludzi w Stanach interesował się głównie koszykówką akademicką. To jemu przypisuje się pomysł rozgrywania dwóch meczów ligi akademickiej z rzędu. Nawet po tym, jak w 1949 roku ligi się połączyły i stworzyły NBA, Irish mówił, że Knicks są dla niego głównie odpisem podatkowym. Mierzący 203 centymetry Schayes był zwolennikiem dwuręcznego rzutu z miejsca nawet wtedy, gdy liga już ewoluowała i padały w niej wyższe wyniki w związku z wprowadzeniem w 1954 roku zegara akcji. Gdy kończył karierę, był drugi na liście najlepszych strzelców w historii NBA i jako pierwszy przekroczył barierę 15 tysięcy punktów i 10 tysięcy zbiórek. Został trenerem 76ers, co było wówczas dość częstą praktyką – czołowi gracze po zejściu z parkietów nierzadko zostawali coachami. Ich zadania ograniczały się często do tego, by rzucić graczom piłkę i obserwować ich zmagania. Schayes miał dyplom z inżynierii lotniczej, więc wiedział trochę więcej od przeciętnego sportowca. Był Żydem z Bronxu w czasach, gdy zawodnicy o żydowskim pochodzeniu często odnosili sukcesy w sporcie. Pierwszym wielkim zespołem koszykarskim XX wieku była ekipa Philadelphia SPHAS. Skrót ten oznaczał South Philadelphia Hebrew Association (Stowarzyszenie Żydów Południowej Filadelfii). Schayes znany był z rzutów ze sporego dystansu, które w obecnej erze warte byłyby 3 punkty. Gdy wprowadzono zegar akcji, przez sześć kolejnych sezonów rzucał średnio ponad 20 punktów na mecz. W Meczu Gwiazd wystąpił 12 razy, tyle samo razy wybierano go do drużyn All-NBA. Raz wygrał klasyfikację zbiórek, a jego średnia z całej kariery wynosi powyżej 12 zbiórek. Trzykrotnie znalazł się w czołowej piątce głosowania na MVP. Bez pauzowania zagrał w 706 kolejnych meczach. Ten wyczyn przebił później jego kolega z ekipy Syracuse, Johnny Kerr, który wystąpił w 844 spotkaniach z rzędu. Schayes trzykrotnie przewodził lidze w skuteczności rzutów wolnych. Dwa razy osiągnął w tym elemencie skuteczność powyżej 90 procent.

PJ: Ulubiony koszykarz Charleya Rosena. Raczej nie umieściłbym go na tej samej półce co Birda, ale był dobrym zawodnikiem. W jednym z sezonów złamał nadgarstek i przez resztę rozgrywek grał w gipsie.

Sam: Założyli mu ten gips, a mimo to nie opuścił ani jednego meczu i do końca sezonu musiał grać lewą ręką. Dzięki temu potem znakomicie panował nad piłką obiema rękami. Zresztą w tamtych czasach nie było to niczym niezwykłym. Często słyszymy, że ówcześni zawodnicy nie byliby w stanie dorównać dzisiejszym pod względem atletyzmu i siły fizycznej. I to prawda. Ale za to żaden uraz nie był im straszny.

PJ: Raz widziałem Dolpha w akcji w telewizji. Zwykle na okrągło pokazywali drużyny Wilta. Raz jeden pokazali Syracuse. Bob Pettit był jednak znacznie lepszym graczem od Schayesa. Boba prędzej umieściłbym na jednej półce z Larrym Birdem. Naprawdę dobry strzelec, który potrafił przedostać się dokładnie tam, dokąd chciał, do tego silny fizycznie.

Sam: Schayes dostał pracę trenera, gdy Alex Hannum odmówił przeniesienia się z drużyną z Syracuse do Filadelfii. Może powstrzymały go zaspy. Alex, jako kolega z drużyny Texa, znał się na trenerce. Został coachem Warriors, gdzie grał Wilt, i dotarli wtedy do finałów. Schayes natomiast w 1966 roku odpadł z play-offów już w pierwszej rozegranej przez siebie serii i jako szkoleniowiec ciągle ścierał się z Wiltem (w czym raczej nie był odosobniony). Więc klub ponownie ściągnął Hannuma i wspólnie z Wiltem w końcu pokonali Celtics. Tamta ekipa Philly z sezonu 1966/67 zapisała się w historii. Wiltowi brakowało jednak stabilizacji na stanowisku trenera, jaka panowała w Bostonie. Co było prawdziwym źródłem problemów? Trenerska karuzela czy może to, że Wilt był zmorą coachów?

PJ: Niedawno ktoś stwierdził, że najtrudniejsze zadanie w NBA to wybór trenera. To według mnie dlatego, że trener to ktoś, kto ma bardzo bliską relację z drużyną, i jeśli jesteś kimś z zewnątrz, to nie wiesz, jak to wygląda. Skąd masz wiedzieć, jak coach radzi sobie z szatnią? Myślę, że każdy szkoleniowiec ma własny sposób budowania relacji z zawodnikami, który spaja ich wszystkich w zgraną grupę. To obecnie absolutna podstawa. Jednym z moich kolegów po fachu był Bill Musselman. Przed meczami puszczał w szatni upiorną, przerażającą muzykę. Bill Fitch powiedział mi kiedyś, że niektórzy są dobrymi ludzi i mają sprawne koszykarskie umysły, ale zwyczajnie nie są dobrym materiałem na głównego coacha. Mnie udało się unikać faworyzowania ulubieńców i zjednoczyć zespół – zwłaszcza takich graczy, którzy przypominali mnie samego z czasów kariery zawodniczej. To zresztą kolejna rzecz warta zauważenia: gwiazdy parkietów często nie zostają dobrymi trenerami.

Sam: To jak z menedżerami w baseballu, którzy często byli rezerwowymi łapaczami. Jak przyjrzymy się tym najlepszym w NBA… mamy Auerbacha, ciebie, Rileya, Popa, Larry’ego Browna czy George’a Karla. Choć trzeba też wymienić Lenny’ego Wilkensa, który jako zawodnik był gwiazdą, ale raczej taką od czarnej roboty.

PJ: To samo Red Holzman dostrzegał we mnie. Kiedyś się zastanawiałem: „Co takiego ten gość we mnie widział, że stałem się przekaźnikiem jego myśli?”. Mawiał: „Phil, przekaż drużynie to, o czym wczoraj z tobą rozmawiałem”. Często ucinaliśmy sobie pogawędki. W samolocie siadał obok mnie i powtarzał: „Gdybyś tylko ważył chociaż z dziesięć kilo więcej, byłbyś świetnym centrem w NBA”. Czasami myślałem sobie: „Gdybym tylko miał zdrowsze plecy, gdybym nie musiał robić operacji kręgosłupa”, i takie tam. Te przerwy spowodowane urazami pozwoliły mi jednak wnikliwiej przyglądać się grze pozostałych drużyn. Siedziałem obok Reda Holzmana na ławce albo w szatni, a on pytał: „A co ty na to, żeby Cazzie Russell krył Mela Countsa?”.

Paul Arizin

Paul Arizin był tak dobry, że trafił do drużyn wszech czasów na 25-, 50- i 75-lecie ligi, ale kim tak właściwie był? Wielu graczy z przeszłości NBA odeszło w niepamięć, zwłaszcza tych sprzed ery nowożytnej, za której start możemy uznać wprowadzenie 24-sekundowego czasu akcji w 1954 roku. „Pitchin’” Paul Arizin, który rozpoczął karierę w 1950 roku, był Dirkiem, Niqiem, KD, Gervinem i Hardenem swoich czasów – zdobywał masę punktów. Skoczny, mierzący 193 centymetry Arizin nie wynalazł rzutu z wyskoku, zresztą wciąż trwa zażarta debata na temat tego, kto odpowiada za ten postęp – wymienia się Kenny’ego Sailorsa z Wyoming grającego w latach 30. XX wieku, Hanka Luisettiego czy poprzednika Arizina, jeśli chodzi o ten sposób gry w NBA, „Jumpin’” Joego Fulksa. W tamtych czasach uwielbiali aliterację. Jako „Szybki” Sam Smith w pełni to popieram. Paul Arizin jest z całą pewnością pionierem, jeśli chodzi o to, na jaki poziom wyniósł ów rzut z wyskoku. Warto też zauważyć, że jego dwa tytuły króla strzelców ligi (w każdym z tych sezonów zdobywał ponad 25 punktów na mecz) przedzieliła dwuletnia służba w piechocie morskiej podczas wojny w Korei. A gdy jego Philadelphia Warriors przenieśli się po sezonie 1961/62 do San Francisco, on zakończył karierę i przyjął lukratywną ofertę pracy w Filadelfii w firmie IBM. Bo i kto chciałby mieszkać w San Francisco? Następnie przez trzy sezony występował w Camden Bullets z Eastern Professional Basketball League, gdzie zdobył tytuł mistrzowski i statuetkę MVP. A wszystko to po tym, jak w każdym ze swoich dziesięciu sezonów w NBA występował w Meczu Gwiazd.

PJ: Oczywiście nie miałem okazji oglądać go na żywo, ale gdy ten gość był jeszcze w college’u, zszokował wszystkich podczas świątecznego turnieju w Madison Square Garden. Zdobył coś koło 30 punktów, a mowa o czasach, gdy drużyny rzucały w meczu przeciętnie 40 czy 50. Wszyscy się dziwili – co to za jeden? Wiele osób mówi, że może i nie był pierwszym, który stosował rzut z wyskoku, ale jako pierwszy naprawdę z niego zasłynął.

Sam: Może i nie miałem zbyt wielu okazji, by oglądać Arizina, ale kilka razy się zdarzyło, gdy na początku lat 60. korzystałem z karty GO i za 75 centów mogłem w Garden zająć niesamowite miejsce na jednym z tych wiszących balkonów. Arizin znany był też z tego, że chorował na astmę – jeśli to faktycznie była astma. Bo w tamtych czasach paliło się w halach na potęgę, więc trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek tam nie sapał przy intensywniejszym bieganiu… Niesamowite, że wówczas nie wykrywano u zawodników żadnych poważnych problemów zdrowotnych. Po prostu grali. Mickey Mantle załatwił sobie kolano w World Series w 1951 roku, a i tak przez kolejną dekadę był najszybszym i najmocniej odbijającym graczem ligi. Przez cały ten okres grał z zerwanym więzadłem krzyżowym przednim. Takie to były czasy. Arizin znany był z rzutu z wyskoku oddawanego z biegu. Tłumaczył to tym, że początkowo – a koszykówkę zaczął uprawiać dopiero na uczelni Villanova, gdzie, zdaje się, w jednym z meczów rzucił coś koło 90 punktów – grywał na parkietach do tańca, które były bardzo śliskie. Zresztą wówczas dość często grano w takich salach. Zaczął więc wyskakiwać i oddawać rzuty w powietrzu, no i jakoś poszło.

PJ: Wiele się dowiedziałem od Texa i Johnny’ego, gdy dołączyłem do Bulls. Ci dwaj sporo widzieli. Tex był jednym z gości, którzy spisali zasady. Zdradził mi pewnego dnia, skąd się wzięły nazwy pozycji, takie jak guard (obrońca) czy forward (skrzydłowy). Czemu obrońca jest obrońcą? Skąd w ogóle mamy taką terminologię? „Bo obrońcy to pierwsi gracze, którzy cię kryją, to ci, którzy atakują piłkę”. Ponieważ w tamtych czasach raczej za dużo nie kozłowano, wysyłało się obrońców, żeby powstrzymywali tych, którzy prowadzili akcję. I stąd taka nazwa. Nie wiem natomiast, skąd się wzięła nazwa forward, bo oni raczej są z tyłu, a nie z przodu, jak sugerowałoby angielskie słowo. Z przodu są dopiero w ataku.

Sam: Czekaj, już wiem! Centrzy dlatego, że są w środku, tak? Wracając do Arizina – był znakomitym strzelcem, jak na tamte czasy zaskakująco atletycznym i płynnie poruszającym się graczem. Gdy jego Warriors sięgali po tytuł mistrzowski w 1956 roku, notował w swojej pierwszej serii play-offów średnio ponad 30 punktów na mecz, grając przeciwko Dolphowi Schayesowi, a potem 27,6 w finałach przeciwko George’owi Yardleyowi, który był pewnie drugą największą po Mikanie megagwiazdą tamtych czasów. I nagle skończył karierę z jedną z najwyższych średnich zdobywanych punktów w ówczesnej historii ligi. Pamiętam, jak John Paxson opowiadał mi, że jego ojciec, który grał w NBA przez dwa sezony po wyborze z trzecim numerem w drafcie i w swoim drugim roku zdobywał średnio blisko 10 punktów na mecz, zakończył karierę na rzecz pracy w branży ubezpieczeniowej, żeby mieć za co utrzymać rodzinę. Można więc powiedzieć, że Arizin naprawdę kochał tę grę, skoro spędził w NBA dziesięć lat, w trakcie których zarabiał mniej niż w IBM, nie mówiąc już o trzech kolejnych latach gry w mniejszej lidze.

Bob Cousy

Bob Cousy nie był największym dominatorem pierwszych lat NBA – ten status należy się George’owi Mikanowi. Nie wygrywał mistrzostw aż do czasu, gdy w lidze pojawił się Bill Russell. Bob Cousy to jednak pierwsza naprawdę wielka gwiazda NBA – i być może nieprzypadkowo, bo bardziej niż którykolwiek inny koszykarz tej ligi grał w stylu Harlem Globetrotters. Ta ekipa nie zawsze robiła za koszykarskich klaunów, choć ze względu na segregację rasową panującą w NBA do 1950 roku jej zawodnicy zmuszeni byli występować jedynie w mało poważnych pokazówkach. Raczkująca liga przetrwała jednak po części także dzięki popisom Globetrotters przed meczami czy w ich przerwach. Przyciągali fanów nie tylko boiskowymi wygłupami, lecz także niesamowitymi umiejętnościami panowania nad piłką, które demonstrowali tacy gracze jak Marques Haynes czy później Curly Neal. A potem pojawił się Bob Cousy, nazywany „Houdinim parkietu” – dzieciak, który z czasem stał się prawdziwym koszykarskim fenomenem. Wcześniej jednak dwukrotnie nie dostał się do drużyny rezerw swojego liceum. W czasach nauki w szkole średniej złamał prawą rękę w wyniku upadku, co mu zresztą pomogło, bo nauczył się grać lewą. I tak zrodził się zawodnik słynny z podawania za plecami i no-look passów oraz kozłowania między nogami, który zainspirował takich graczy jak Pete Maravich, Magic Johnson, Isiah Thomas, Jason Williams, Allen Iverson czy Kyrie Irving. Cousy nie robił jednak tylko wielkiego show. Ten trzynastokrotny uczestnik Meczu Gwiazd był także MVP ligi, dwukrotnym MVP Meczu Gwiazd i ośmiokrotnym królem asyst. Do tego 12 razy wybierano go do drużyn All-NBA. A trzeba pamiętać, że przez pierwszą połowę jego kariery nie istniał zegar akcji wymuszający szybszą ofensywę. Cousy był także aktywistą i społecznikiem. Założył stowarzyszenie zawodników, co po latach zaowocowało wynegocjowaniem statusu wolnego agenta. Odmawiał też zatrzymywania się w miastach, do których wstępu nie mieli czarni koledzy z drużyny.

Ten mierzący 185 centymetrów, lekko sepleniący gracz o długich rękach nie stał się gwiazdą od pierwszych chwil na parkiecie. Celtics początkowo nie wybrali go w drafcie, choć dysponowali jedynką – Red Auerbach stwierdził wówczas, że nie interesują go miejscowe prostaki. Ostatecznie Cousy i tak trafił do Bostonu, wyciągnięty dosłownie z kapelusza, kiedy splajtowała drużyna Chicago Stags. Ci z kolei pozyskali go, gdy nie dogadał się finansowo z ekipą Tri-Cities Blackhawks. Wraz z Billem Russellem, a później K.C. i Samem Jonesami stworzył najwspanialszą sportową dynastię w historii amerykańskiego sportu, a później został trenerem uczelnianej drużyny Boston College oraz zespołu Cincinnati Royals.

PJ: Cousy podobno wzorował swoją grę na Bobie Davisie, prawdziwym prekursorze, znakomitym obrońcy. Podawał za plecami, robił różne rzeczy, które chciano wyeliminować z koszykówki. Był idealny dla Celtics. Sto rzutów na mecz – takie mieli motto. Mówimy o 48 minutach gry, więc dwa rzuty na minutę? Tak właśnie grali. A potem, z sześć czy siedem lat później, Cousy wrócił na parkiet jako grający trener Cincinnati Royals. To raczej nie był dobry pomysł.

Sam: Rozmawiałem o tym z Oscarem. Wszyscy byli strasznie nakręceni jego przyjściem do NBA po tym legendarnym meczu w Nowym Jorku. Prasa spytała Cousy’ego o tego wspaniałego rozgrywającego, a Cousy – uwielbiający zaciekłą rywalizację – stwierdził: „No cóż, uważam, że Jerry West jest lepszy”. Myślę, że Oscar jako playmaker zagrażał trochę Bobowi. Jerry był rzucającym obrońcą, więc to trochę co innego, choć wtedy nie istniał jeszcze tak wyraźny podział na te pozycje. Cincinnati było wiecznie na minusie i pewnie zatrudnili Cousy’ego jako trenera, żeby przyciągnąć kibiców. To klasyczny przykład osoby, która nie jest gotowa na trenowanie zawodowców. Pamiętasz tę słynną wypowiedź Dicka Barnetta, że jak pozwolisz Oscarowi na rzut z trzech i pół metra, to urobi cię tak, że rzuci z trzech, a jak dasz mu możliwość rzutu na trzecim metrze, to rzuci z dwóch i pół, i tak dalej? Cousy chciał, by jego gracze biegali, posyłali piłkę od razu do przodu, oddawali po sto rzutów na mecz, jak sam wiesz kto. A potem trafił się ten słynny mecz z Knicks.

PJ: Nie grałem w tamtym sezonie i mogłem się tylko przyglądać. Mieliśmy na koncie 17 wygranych z rzędu – jeszcze jedna i pobilibyśmy rekord NBA.

Sam: Coach Cousy postanowił sam wejść na parkiet. Oglądałem to w domu, ale ciężko się na to patrzyło, wręcz bolało, bo wszyscy kochaliśmy Cousy’ego, mimo że nie znosiliśmy Celtics. To zupełnie jak z Williem Maysem, gdy przeniósł się do Mets. Najwspanialszy zapolowy w historii, który kompletnie nie radził już sobie na boisku. A tutaj prawdziwy magik koszykówki, który niegdyś czarował kozłem, nie był w stanie poprawnie wprowadzić piłki do gry. Cousy pojawił się na parkiecie na moment w siedmiu spotkaniach Royals i nie zdobywał nawet punktu na mecz, ale jego drużyna wygrała większość z tych starć. Osiemnaste zwycięstwo z rzędu sprawiłoby, że Knicks pobiliby rekord NBA ustanowiony właśnie przez Celtics Cousy’ego. Ten więc postanowił ponownie wystąpić w tym meczu przed własną publicznością. No i skończyło się słynną sytuacją podobną do tej, gdy Isiah stracił piłkę na rzecz Birda. Cousy zawalił dwie akcje, zaliczając w nich straty, a Knicks zgarnęli 18. wygraną z rzędu. A potem przegrali w kolejnym meczu. Ale dzięki, trenerze. Co zatem trzeba mieć w sobie, by być dobrym trenerem, skoro nawet Cousy nie dał rady?

PJ: Trzeba umieć sprzedać pomysł, przekonać graczy do czegoś. Kiedyś napisałem tekst, który zatytułowałem: Coaching transformacyjny i coaching transakcyjny. Trzeba te dwa pojęcia rozgraniczyć. Takimi rzeczami interesowałem się już na studiach. Trafiłem wtedy na dwóch psychologów, którzy krzewili ideę terapii transformacyjnej. Jej celem było zapewnienie bezpiecznej przestrzeni, grupowej aktywności, w której decydujące byłoby zdanie uczestników. Na drugim biegunie mamy coaching transakcyjny w stylu Pata Rileya: „Tylko ja mam prawo głosu. Albo robicie, co wam każę, albo was tu nie ma”. Oba te podejścia działają. Jedno z nich polega trochę na sprzedaży, w czym Riley jest dobry. Jimmy Butler był dla niego idealnym przypadkiem. Taki trochę renegat. Wszyscy wiedzieli, że będzie sprawiał problemy. Nie zagrzał miejsca w jednym klubie, potem w drugim. Postanowił przenieść się do Miami, poddać się dyscyplinie tamtejszego systemu, bo wiedział, że właśnie tego potrzebuje. Coś w nim samym podpowiadało mu: „Jak wejdę w ten system, osiągnę sukces”. Myślę, że moja relacja z Michaelem była tak udana między innymi dlatego, że nigdy nie zapisałem się do jego fanklubu, nie prosiłem go o autograf i tym podobne rzeczy. A przecież każdy go o coś prosił. Ja za to trzymałem go na parkiecie przez 37–40 minut w każdym meczu.

Sam: No tak, sądziliśmy, że twardziel Thibs w Minneapolis będzie dla Jimmy’ego idealny, ale Jimmy zawalił sprawę. Thibs, wbrew powszechnemu stereotypowi, nie jest typem idącym na konfrontację z graczem. W przeciwieństwie do Larry’ego Browna. Oczywiście nawet Riley ostatecznie nie dał sobie z Jimmym rady.

PJ: Już po jego występach w ABA było wiadomo, że Larry będzie dobrym trenerem. Wszyscy też wiedzieli, że to ekscentryk. Rozmawiałem kiedyś z Dougiem Moe, który trenował wówczas Denver. Opowiadał: „Odbieram telefon. Dzwoni Larry, jest 23.30. O co chodzi? Larry żali się, że nie może się dogadać ze swoim obrońcą. Nawija mi pół godziny. W końcu mu przypomniałem: »Larry, macie bilans 7-2, a my 2-7«”. Nigdy nie był zadowolony. Narzekał, że Reggie pudłuje i zawsze musi korzystać z serii zasłon, żeby znaleźć się na czystej pozycji rzutowej. To kolejna z rzeczy, których nauczyłem się o trenowaniu: nie możesz pozbawiać zawodników ich atutów przez swoje nastawienie do nich. Taki Kwame Brown nie potrafił złapać piłki poniżej pasa. No to nie podawajcie mu jej poniżej pasa. Nie wyszukuj słabości u swoich graczy, znajdź ich mocne strony. Tak robił Popovich z tym gościem, któremu kazał cały czas stać w narożniku, Bruce’em Bowenem. To był świetny defensor. Mówiłem na niego Edward Nożycoręki, bo zawsze okładał innych niczym karateka. Popovich znalazł dla niego świetne zastosowanie. Wyznaczył go do tego, co tamten robił najlepiej: „Ścinaj i zajmij miejsce w narożniku”. Tak samo określoną rolę miał dla Roberta Horry’ego. Byli dobrzy, ale nigdy nie zdobyliby tych tytułów z Horrym w składzie, gdyby ten nie trafił paru kluczowych rzutów.

Sam: Jest taka słynna historyjka o Larrym, którą wszyscy uwielbiają. Przez cały sezon w Denver urabiał Carla Scheera, żeby ściągnął George’a McGinnisa. „Sprowadź mi McGinnisa”. Na pierwszym treningu Larry podchodzi do Scheera – George chyba zrobił sobie akurat przerwę na papierosa – i mówi: „Musisz się pozbyć McGinnisa”. Scheer chyba udał się wówczas na dwumiesięczny urlop. A jak mowa o Brusie Bowenie i Spurs – gość jest odpowiedzialny za przepis o zapewnieniu rzucającemu miejsca na lądowanie po rzucie, bo zawsze wsuwał się pod strzelców. Kobe strasznie się na niego wściekał. Ciągle powtarzał, że najtrudniej grało mu się przeciwko Tony’emu Allenowi, żeby odegrać się na Bowenie. Bowen uwielbiał tę rywalizację. Shane Battier to kolejny zawodnik, którego głównym zadaniem było powstrzymywanie Kobego. Robił, co mógł. A Kobe i tak rzucał przeciwko nim wszystkim średnio po 30 punktów.

Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach

Copyright © by Sam Smith and Phil Jackson 2025

Copyright © for the Polish translation by Jakub Michalski 2026

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2026

Redakcja –Piotr Królak

Korekta – Magdalena Gonta-Biernat, Zofia Hetmańska

Opracowanie typograficzne i skład – Tomasz Biernat

Okładka – Paweł Szczepanik / BookOne.pl

Fotografie na I stronie okładki: Larry Bird – Bettmann / Getty Images; Michael Jordan – David Liam Kyle / Getty Images; LeBron James – William Purnell / Getty Images

Fotografia autorów pochodzi z ich własnych zbiorów

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drogi Czytelniku,

niniejsza książka jest owocem pracy m.in. autora, zespołu redakcyjnego i grafików.

Prosimy, abyś uszanował ich zaangażowanie, wysiłek i czas. Nie udostępniaj jej innym, również w postaci e-booka, a cytując fragmenty, nie zmieniaj ich treści. Podawaj źródło ich pochodzenia oraz, w wypadku książek obcych, także nazwisko tłumacza.

Dziękujemy!

Ekipa Wydawnictwa SQN

Wydanie I, Kraków 2026

ISBN: 9788384062180

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Grzegorz Krzymianowski, Natalia Patorska, Katarzyna Kotynia

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Julia Siuda, Zuzanna Pieczyńska

Promocja: Aleksandra Parzyszek, Piotr Stokłosa, Łukasz Szreniawa, Małgorzata Folwarska, Marta Sobczyk-Ziębińska, Natalia Nowak, Martyna Całusińska, Ola Doligalska, Magdalena Ignaciuk-Rakowska

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Małgorzata Pokrywka, Patrycja Talaga

E-commerce I IT: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Marta Tabiś, Marcin Mendelski, Jan Maślanka, Anna Rasiewicz

Administracja: Monika Czekaj, Anna Bosowiec

finanse: Karolina Żak

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl