Mistrz Piorunów - Pierdomenico Baccalario - ebook

Mistrz Piorunów ebook

Baccalario Pierdomenico

0,0
15,92 zł

lub
Opis

Anita, Rick i Jason wyruszają w tajemnicy na poszukiwanie Kraju, który umiera. Tymczasem w Kilmore Cove Julia musi szybko odnaleźć egzemplarz książki Morice`a Moreau, żeby móc porozumieć się z przyjaciółmi i przyjść im z pomocą. Anita, Rick i Jason rzeczywiście znaleźli się w tarapatach. Podpalacze i ich szef, Malariusz Wojnicz, chcą zniszczyć miasteczko zwane Krajem, który umiera, posługując się swoją najgroźniejszą bronią, ogniem.

Dzieci ścigają się z czasem, żeby ocalić miasteczko i jego ostatnią mieszkankę oraz odkryć ostatecznie tajemnicę Wrót Czasu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 173




Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. Szkatułki przygody

2. Gorąca czekolada

3. Ucieczka z Londynu

4. Cudowne lekarstwo

Kuchnia w Willi Argo

5. We Francji

6. W Arsenale

Arsenał

7. Biblioteka

8. Gospoda ze świeczkami

Auberge de la Paix

9. Sezon małp

10. Dziwna przewodniczka

11. Wandal

Gabinet Wojnicza

12. Granica wody

13. Nieprzyjemne spotkanie

Dom Kalipso

14. Granica

15. Częstotliwość zero

Pokój w latarni morskiej

16. W domu Kalipso

17. Skok w przepaść

18. Ucieczka z Wenecji

Dom Bazgrołów

19. Walizka Wojnicza

20. Tajemna brama

21. Plaża

22. Wspinaczka

23. Et in Arcadia ego

24. Państwo Bloom

25. Rozżarzone węgle

26. Klucz z krukiem

Drzwi z kółkami

27. Mistrz piorunów

Wydawnictwo Olesiejuk poleca

Ulysses Moore

Agencja duchów (1)

Agencja duchów (2)

Seria Century (1)

Seria Century (2)

Ulysses Moore

Mistrz piorunów

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Il maestro di fulminiAutor: Pierdomenico BaccalarioProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoGrafika: Gioia GiunchiTłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja: Małgorzata Kapuścińska, Barbara Ciecierska

© 2010 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 – 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o.

International Rights © Atlantyca S.p.A. – via Leopardi 8, 20123 Milano, Italia [email protected] www.battelloavapore.it

ISBN 978-83-274-0163-2

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 [email protected] wydawnictwo-olesiejuk.pl

Dystrybucja: olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Wszystkie nazwy, postacie i znaki zawarte w tej książce, zastrzeżone przez Edizioni Piemme S.p.A., są udzielone na wyłączną licencję firmie Atlantyca S.p.A. w wersji oryginalnej. Ich tłumaczenia i/lub adaptacje są własnością firmy Atlantyca S.p.A. Wszystkie prawa zastrzeżone

Rozdział 1

SZKATUŁKI PRZYGODY

Kamieniczka była wysoka i wąska, w oknach paliły się światła, a furtka z kutego żelaza od ulicy była uchylona. Chmury kryły gwiazdy, nadając niezwykle groźny wygląd stromemu dachowi i owalnym oknom w mansardzie. Ulica, przy której stał dom, była wybrukowana i zapchana zwartym ciągiem zaparkowanych samochodów. Nieco dalej stał mały protestancki kościółek, potem ulica zbiegała w dół, aż do Tamizy.

Woda w rzece miała kolor asfaltu.

Z błyskiem świateł nadjechała taksówka i zatrzymała się dokładnie przed furtką.

Ktoś uchylił lewe drzwiczki taksówki.

– To na pewno ten adres?

Drzwiczki rozwarły się nieco szerzej i pasażer wyjrzał, rozglądając się dokoła. W tej samej chwili, jakby odpowiadając na wezwanie, jakaś postać wynurzyła się z cienia parkanu i podeszła bliżej.

– Witam pana, doktorze Wojnicz – odezwał się mężczyzna cienkim głosem.

Dłoń opartą na drzwiczkach zdobił okazały złoty pierścień.

– Proszę na mnie poczekać – polecił taksówkarzowi doktor Wojnicz.

Zaczekał, aż witający go otworzy mu szeroko drzwiczki, i wysiadł z taksówki.

Człowiek, który go powitał, zrobił pół kroku do tyłu. Wyciągnął rękę, ale natychmiast ją cofnął, przypomniawszy sobie, że doktor Wojnicz nigdy nikomu ręki nie podawał. Zaczekał, aż Podpalacz włoży na głowę melonik i oprze parasol o ziemię.

– Okropne miejsce – stwierdził doktor Wojnicz, rozglądając się dokoła.

– Naprawdę tak pan uważa? To jedna z willowych dzielnic bardziej…

Parasol podskoczył nagle do góry.

– Phi! Mieszczańska architektura pełna zbytecznych zawijasów! Ozdóbki nie chronią przed deszczem ani przed chłodem. Wejdźmy do środka, żeby obejrzeć to bezużyteczne znalezisko…

Postać z mroku poprowadziła mężczyznę przez otwartą furtkę.

– Chodzi o dzieła pana Farrinora… – szepnął witający, pokazując doktorowi Wojniczowi wizytówkę, na której widniało nazwisko:

Hopper Farrinor

– Szkatułki Przygody. –

– To znaczy?

– Powiedziałbym, że są interesujące.

I znowu nerwowe machnięcie parasolem.

– Interesujące. To jak wypowiedzenie wojny.

– Sam pan to oceni osobiście, doktorze Wojnicz.

Minąwszy furtkę, mężczyźni przeszli obok latarenki, która oświetlała ogród. Była w kształcie człowieczka w czarnym garniturze, z eleganckim ciemnym krawatem i w meloniku, takim samym jak melonik Malariusza Wojnicza.

– Pan Farrinor oczekuje nas w salonie. Przygotował herbatę…

– Nie pijam herbaty. Tylko napar z rabarbaru.

Dwaj mężczyźni weszli do domu, już nic nie mówiąc. Minęli elegancki hol z pustym wieszakiem i skierowali się do salonu, gdzie pan Farrinor, siedzący dotąd na kanapie, zerwał się natychmiast na równe nogi.

– Pan doktor Wojnicz! – wykrzyknął głosem zdradzającym wzruszenie. – Nigdy nie sądziłem, że będę miał zaszczyt…

Malariusz Wojnicz zdjął melonik i oparł parasol o stoliczek, rozglądając się wokół.

– Niech pan sobie oszczędzi frazesów na powitanie, panie Farrinor. Obaj znamy dobrze powody, dla których tu przyszedłem.

Pan Farrinor był bardzo chudym młodym człowiekiem.

– Oczywiście. Największy krytyk literacki na świecie nie wyrusza w drogę, by usłyszeć komplementy.

– No właśnie. A zatem, gdzie są pańskie dzieła?

– Na stole przed panem – odparł pan Farrinor. – Nazwałem je Szkatułkami Przygody.

Malariusz Wojnicz szturchnął swego towarzysza i złośliwie zachichotał:

– Skromny ten nasz pan Farrinor, czyż nie?

Nie czekając na odpowiedź, zbliżył się do stołu i spojrzał na dziwne przedmioty rozłożone przed sobą. Wyglądały jak książki o rozmaitych wymiarach, tyle że zamiast z papieru były w całości wykonane z drewna. Obrócił w rękach egzemplarz Latającej podróży rodziny Ventosa, podziwiając delikatną fakturę. Drewniana książka otworzyła się z cichym stuknięciem, ukazując wewnątrz zapisane stronice i ilustracje podobne do starych pocztówek.

– Rozumie pan, doktorze Wojnicz… od papieru do drewna… i od drewna do papieru… coś w rodzaju wędrówki w głąb czasu, do miejsca, gdzie skupia się wyobraźnia. Drewno dla przypomnienia pierwotnej materii pisarskiej, podstawy sztuki opowiadania. Drewno dla ochrony wyobraźni i…

– …i drewno do rozpalenia wielkiego ognia – zakończył cierpko Malariusz Wojnicz.

Pan Farrinor leciutko drgnął.

– Ach, zapewne, to jasne: drewno do rozpalenia ognia, bez wątpienia, żeby ogrzać serce…

Malariusz Wojnicz zamachał niecierpliwie rękoma.

– Daj pan spokój z tymi wszystkimi bezsensownymi teoriami artystów! Kiedy mówię o ogniu, panie Farrinor, to mówię o ogniu, który spala, który niszczy, co niepotrzebne i pozostawia po sobie piękną górę popiołu! – Spojrzał groźnie na drewniane książki leżące na stole.

– Nie podobają się panu moje Szkatułki Przygody…

– Wprost przeciwnie, panie Farrinor. Uważam je za niezwykle… oryginalne. – Zabębnił palcami po okładce innej książki zatytułowanej Podróżujące miasto. Wziął ją do ręki i otworzył: wewnątrz znajdowały się zapisane strony, kompas i cyrkiel.

– Zwrócił pan uwagę na skrzypienie okładki? – spytał półgłosem pan Farrinor. – Dodałem je, żeby nadać pewnej tajemniczości. No, a kompas przyda się oczywiście tym czytelnikom, którzy zechcą się udać na poszukiwanie „podróżującego miasta”.

Malariusz Wojnicz zamknął gwałtownie okładkę książki z głuchym trzaskiem.

– Dość! – wykrzyknął. – Czy to są jedyne istniejące egzemplarze?

– Tak. Wszystkie są wykonane ręcznie.

– Doskonale. – Doktor Wojnicz zaczął krążyć po salonie, przyglądając się każdemu szczegółowi. – Wydaje mi się, że lubi pan podróżować, panie Farrinor?

– O tak, panie…

Trzeci mężczyzna w salonie znacząco zakaszlał.

– Chciałem powiedzieć: doktorze Wojnicz. Kiedy mogę, doktorze Wojnicz. Kiedy tylko mogę.

Malariusz Wojnicz przystanął przed maską afrykańską zawieszoną nad płonącym kominkiem.

– Dogońska – zauważył pan Farrinor.

– Jak pan mówi?

– Maska, którą pan widzi, to rytualna maska afrykańska Dogonów. To lud mieszkający w Afryce Środkowej, który…

Malariusz Wojnicz obrócił się.

– Pan sobie kpi ze mnie, panie Farrinor? Ja nie podróżuję. Nienawidzę podróży. Podróż to niewygoda, podróż to sytuacje nieprzewidziane. Stracony czas. A ja nie mam czasu do stracenia. Zwłaszcza teraz, kiedy muszę kontrolować takich jak pan. Jest jednak coś, co mnie dziwi, jeśli mam być szczery. Pan sobie tego wszystkiego nie wymyślił. W środku tych drewnianych szkatułek są nie tylko… słowa, lecz także przedmioty. Konkretne przedmioty. Pan igra z rzeczywistością.

– Tak właśnie, doktorze Wojnicz! – wykrzyknął pan Farrinor. – Nie mógłbym tego lepiej wyrazić! Ja igram z rzeczywistością. Moją ideą jest przekształcenie opowieści o przygodzie w…

– Pańska idea! Pańska idea! Pan to nazywa ideą? – zapytał wściekły Malariusz Wojnicz. – Ile ma pan lat, panie Farrinor?

– Skończę dwadzieścia dwa w przyszłym tygodniu.

– No właśnie! I doprawdy sądzi pan, że można mieć jakąś ideę w wieku dwudziestu dwóch lat? Że można… pisać i rzeźbić, i igrać z rzeczywistością… w wieku dwudziestu dwóch lat?

– Ja…

Parasol Malariusza Wojnicza uniósł się, tnąc powietrze, i znalazł się tuż przed nosem pana Farrinora. – Czy wie pan, mój młody przyjacielu, że nie igra się z rzeczywistością?

Parasol opadł. Surowy krytyk sztuki obrócił się na pięcie i złapał za swój melonik, wychodząc szybko z salonu.

– Proszę za mną, panie Farrinor.

– Dokąd chce pan iść?

– Rusz się pan! – zagrzmiał krytyk, wychodząc w wilgotną noc londyńską.

Zatrzymał się jednak na moment i obrócił ku trzeciemu mężczyźnie, który odprowadził go na zewnątrz.

– Przekonywający i straszliwy marzyciel. Wciągnij go na listę Osobistości Niebezpiecznych i zniszcz wszystkie oryginały – powiedział cicho.

Mężczyzna skwapliwie przytaknął.

– To znaczy gazem?

Niebo nad miastem zagrzmiało.

Malariusz Wojnicz spojrzał na chmury poprzecinane błękitnymi błyskami.

– Nie. Lepiej niech to będzie stare, zdrowe uderzenie pioruna.

– Już jestem! – zawołał młody autor, dołączając do nich.

Malariusz Wojnicz poprowadził go do taksówki, która czekała na nich przed domem. Usiedli z tyłu, plecami do ulicy pełnej eleganckich willi.

– Do licha! – zawołał pan Farrinor zaledwie ruszyli. – Zapomniałem kluczy! – Potem zachichotał. – Kiedy się śpieszę, zdarza się, że zostawiam je w domu.

– Pan mieszka sam, panie Farrinor?

– Tak, a dlaczego pan pyta?

– Och, tak tylko, przez ciekawość.

– À propos ciekawości… może mi pan zdradzić, dokąd jedziemy w środku nocy?

– Zna pan Wiliama Turnera, panie Farrinor?

– Malarza?

– Tak. Sądzę, że zna pan wobec tego również jego wielki obraz Pożar parlamentu?

– Widziałem go dziesiątki razy.

– A potrafi mi pan powiedzieć, dlaczego ten pożar wybuchł, panie Farrinor?

– Nie, zupełnie nie.

– Ponieważ ktoś miał jakąś ideę – odparł Malariusz Wojnicz, krzyżując dziwacznie dłonie na rączce parasola.

Rozdział 2

GORĄCA CZEKOLADA

Taksówka mknęła szybko, gdy tymczasem noc wolno przechodziła w dzień. Rick Banner trzymał nos przyklejony do szyby.

Czuł się jak czerwona rybka przyzwyczajona do pływania w maleńkim akwarium, a niespodziewanie wrzucona do morza.

Morzem w tym wypadku był Londyn, stolica. I wielki dworzec kolejowy. Sznur taksówek czekających na parkingu jak sfora żelaznych zwierząt, ze światłami podobnymi do wielkich oczu. A poza tym wszystkie te ulice i domy, ruch, drapacze chmur, które wystrzelały znienacka jak dziwaczne pomyłki ze szkła i betonu. Oświetlone szyldy nad lokalami.

Osoby podążające w ciemności. Tamiza. Słynna wieża zegarowa.

– O rany – jęknął Rick, opadając na oparcie siedzenia. – Nie sądziłem, że Londyn jest taki wielki.

Nawet wnętrze taksówki go męczyło: na szybie oddzielającej od szofera były przyczepione numery telefonów, plan miasta, regulamin stowarzyszenia taksówkarzy, karta praw klienta i nawet reklama najlepszej hinduskiej restauracji w stolicy. Natłok informacji.

– Nie robi na tobie wrażenia takie wielkie miasto? – wybuchnął w końcu.

Jason, siedzący obok niego, pokręcił głową.

– Nie. Tu wyrosłem.

– I nie tęsknisz za Londynem?

– Trochę, tak… ale nie zamieniłbym Kilmore Cove na Londyn.

– Mówisz serio?

– Chyba tak – odparł Jason i nagle zamilkł.

Młody Covenant odczuwał coś dziwnego. To nie był smutek. Było to coś pośredniego między melancholią z powodu utraty czegoś i dumą, że się należy do czegoś lepszego, do maleńkiego i zarazem nieskończonego świata Kilmore Cove. Nagle powietrze przeszył daleki ryk syren. Pożar, gdzieś w mieście wybuchł pożar.

Rick popatrzył na zegarek.

– Ile się jedzie na lotnisko?

– Ze dwadzieścia minut.

– W porządku – odparł. – Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego, będziemy przed czasem.

– Taa… – mruknał Jason, nasłuchując ryku syreny.

Dwa wozy strażackie zbliżały się do nich z tyłu w błysku migocących, niebieskich i czerwonych, świateł. Taksówkarz zwolnił i zjechał na bok, by umożliwić im przejazd, potem powrócił na swój pas, podczas gdy pulsujące światła ginęły wśród ulic miasta.

– Nieciekawa sprawa – powiedział Rick, myśląc, podobnie jak Jason, o Klubie Podpalaczy.

– Może to tylko jakiś kot na drzewie?

– Albo jakaś staruszka, która zatrzasnęła drzwi od zewnątrz.

Roześmiali się, choć żaden z nich nie miał chęci do śmiechu. Obaj tkwili z nosami przyklejonymi do szyby, wypatrując płomieni czy smugi dymu. Ale nic nie zobaczyli.

Kiedy dotarli na lotnisko Heathrow, padał drobny deszczyk.

– Mogę zapłacić złotą monetą? – zapytał Jason kierowcę, grzebiąc w plecaku, do którego Nestor zapakował ich wyposażenie Podróżników w Wyobraźni.

Mężczyzna odpowiedział w narzeczu hindusko-angielskim. Jason zdecydował, że to nie jest dobry moment do żartów. Wygrzebał z portfela jakieś marne funty, które mu pozostały, i zapłacił za kurs.

– Rachunek poproszę – zwrócił się jeszcze do kierowcy, zanim wysiadł przed wejściem do hali lotów międzynarodowych.

Rick stał przed nim z głową zadartą do góry.

– Masz zamiar tu moknąć czy możemy wejść? – spytał go Jason.

Rick zmrużył oczy od deszczu.

– To samoloty odlatują nawet i w deszcz?

Jason się roześmiał.

– Kurczę, Rick, a co to za deszcz? Jasne, że odlatują.

Rick wydawał się uspokojony. Poprawił sobie plecak na ramionach i poszedł za Jasonem przez szklane drzwi, które bezszelestnie otwarły się na fotokomórkę. Kiedy już wszedł do wielkiej hali portu lotniczego, przystanął i ścisnął przyjaciela za ramię.

– Zanim coś powiem czy zrobię, lepiej, żebyś wiedział, że ja nigdy w życiu nie leciałem samolotem.

– Och, ja też nie!

– I nie masz stracha?

– Nie.

– Szczęściarz z ciebie. Dla mnie to szaleństwo.

– Większe niż egipska Kraina Puntu? Czy ogrody księdza Gianniego?

– E, może nie, ale wszystkie tamte miejsca… to było trochę jak we śnie, prawda? Jakbyśmy zasnęli na pokładzie Metis, żeby się zbudzić… trochę potem. Nie wydawały się takie… realne. A żeby przybyć tu, nie przechodziliśmy przez Wrota Czasu. I… nie mamy ze sobą żadnego zeszytu Ulyssesa Moore’a, który by nam wskazał drogę.

– Wsiedliśmy tylko do lokomotywy z 1974 roku, która całą noc jechała przez Anglię.

– A potem do najzwyklejszej taksówki.

– I dojechaliśmy tu.

Rozejrzeli się dokoła.

– A teraz? – spytał Rick, puszczając w końcu ramię Jasona.

– Nie martw się, wiem dokąd iść. Musimy znaleźć nasz lot na tablicy odlotów, tej tam, widzisz?

– A jaki jest nasz lot?

– Londyn – Tuluza.

Rick przeszukał wszystkie loty wypisane na tablicy odlotów. Po chwili znalazł właściwy. – Check-in 15. Co to znaczy?

– Że musimy podejść z naszymi dokumentami i bagażem do panienki, która urzęduje w okienku numer 15, żeby zaklepać nasz lot.

– Dlaczego? A moglibyśmy nie polecieć?

– Co się z tobą dzieje, Rick? Nigdy nie słyszałem, żebyś zadawał tyle pytań.

Doszli do niewielkiej kolejki, która ustawiła się przed okienkiem numer 15. Chłopcy wyciągnęli paszporty z plecaków.

– Pokaż, jak wyszedłeś na zdjęciu – poprosił Jason.

Rick popatrzył na dokument.

– Nie ma o czym mówić! Nestor zrobił mi okropne zdjęcie.

– Do licha, rzeczywiście – potwierdził Jason, zerkając na fotografię.

– Jeśli jest coś, czego nie rozumiem, to dlaczego muszę mieć kawałek papieru, na którym jest napisane, że ja to ja.

Jason ziewnął.

– Wstrzymaj się z tymi pytaniami, Rick. To doprawdy za trudne pytanie jak na czwartą rano.

– Piątą.

– Jest jak jest. Coś ci powiem: zaklepiemy sobie lot i potem poczekamy na Anitę przy wielkiej filiżance gorącej czekolady i pysznym ciachu. Co ty na to?

– Wydaje mi się, że to świetny pomysł.

– Miejmy nadzieję, że przyjmą złote monety – mruknął wesoło Jason.

Rozdział 3

UCIECZKA Z LONDYNU

„Okłamuję swoich rodziców” – pomyślała Anita Bloom, kiedy wraz z ojcem podjeżdżała pod halę odlotów Heathrow. Przez gęstą ścianę deszczu ledwie widziała światła jadących przed nimi samochodów.

– I nie ma jeszcze piątej rano! – burczał ojciec, drapiąc się po nieogolonym policzku i opadając na oparcie siedzenia. – Wyobraź sobie tylko, jaki tu będzie korek za dwie godziny. – Pokręcił głową. – Jeśli to ma być cywilizacja, to znaczy, że to już koniec świata.

Anita nie odpowiedziała. Wiedziała, że jej ojciec lubił mówić do siebie, idąc za własnymi myślami.

Jej się też to niekiedy zdarzało. Ale nie tego ranka. Gdyby przemówiła, mogłaby powiedzieć masę głupstw.

Była zmęczona i przerażona.

Zmęczona, bo nie spała całą noc. Czuwała z wpatrzonymi w ciemność oczami, leżąc na łóżku w londyńskim mieszkaniu, usiłując oddalić złe myśli. Często zdarzało się jej nie móc zasnąć, gdy wiedziała, że ma do dyspozycji za mało czasu. Kiedy w końcu udało się jej zamknąć oczy, właściwie trzeba było już wstawać.

Była przerażona, ponieważ perspektywa podróży, w którą się udawała bez wiedzy rodziców, pozbawiała ją dosłownie tchu. Zamiast wracać do Wenecji, jak sądzili rodzice, Anita szykowała się do wejścia na pokład samolotu do Tuluzy we Francji.

A tam…

Szur-szur poruszały się wycieraczki po mokrej szybie.

– Jesteśmy prawie na miejscu – oznajmił ojciec. – Chociaż bylibyśmy pewnie prędzej pieszo.

Ktoś włączył klakson.

– Korek i deszcz. Typowy londyński poranek. Wiesz, nie mogę się wprost doczekać, kiedy mi już załatwią to przeniesienie do Wenecji.

– W Wenecji też pada – powiedziała Anita.

– Ale chociaż nie ma korków – uśmiechnął się ojciec.

Zirytowany korkiem wślizgnął się między dwa samochody tak gwałtownie, że Anita aż podskoczyła, a kierowca za nimi się rozzłościł.

Ojciec opuścił szybę, żeby wyciągnąć rękę na znak przeprosin, potem znowu ruszył żółwim tempem.

Żółty kierunkowskaz pulsował, a stojące samochody wyglądały jak stado zwierząt pędzonych na rzeź. Anita przechyliła się, żeby ucałować ojca, wzięła mały bagaż, z którym parę dni temu przyleciała do Londynu, i położyła go sobie na kolanach. Spojrzała przez szybę na mokry chodnik zalany kałużami i pomyślała, że właściwie wcale jej nie żal, że stąd wyjeżdża.

Zadała sobie pytanie, czy w Kilmore Cove też pada i czy chłopcom udało się szczęśliwie dotrzeć do Londynu. Gdyby miała ich nie spotkać na lotnisku, wsiadłaby do samolotu do Wenecji, jak gdyby nigdy nic. Jakby te dwa popołudnia w Kornwalii, w miasteczku, którego nie ma na mapie, były jedynie czymś w rodzaju snu.

Jakby nie miała ze sobą dziennika podróży Morice’a Moreau, ilustratora z minionego stulecia, w którego weneckim domu lubiła przesiadywać i odrabiać lekcje. Tymczasem miała ten dziennik, który jej lekko ciążył, w wewnętrznej kieszeni płaszcza. Była to mała i lekka książeczka, około dwudziestu kartek, z czego ostatnie cztery całkiem puste.

Nestor wyjaśnił jej, że była to książka przewodnik, jak dotrzeć do Kraju, który umiera. Była to też książka, z której kart pewna kobieta poprosiła Anitę o ratunek.

Ratunek… ale przed czym?

Anita poczuła mrowienie w palcach na wspomnienie strony, na której oparła po raz pierwszy rękę, na tej rameczce narysowanej na szesnastej stronie, i posłyszała w sobie głos tej kobiety bez imienia.

– Szczęśliwej drogi – powiedział ojciec, wyrywając ją nagle z rozmyślań.

Szur-szur, poruszały się wycieraczki po szybie.

– Dziękuję, tato. A ty nie spóźnij się do pracy.

Ojciec roześmiał się.

– Mam trzy pełne godziny, żeby wrócić do centrum. Nawet korki mi nie przeszkodzą. Pozdrów mamę, jak tylko ją spotkasz. I zaraz zadzwoń, dobrze?

Anita nacisnęła klamkę, kuląc się cała w środku.

– Posłuchaj, tato…

– Słucham?

Tak wiele „nie” przelatywało jej przez głowę, migały jak pulsujące światła. Nie mogła opowiedzieć ojcu, co miała zamiar zrobić. Nie mogła go poinformować o ścieżce za dębem z haczykami w Kilmore Cove. Nie mogła mu wyjaśnić w ciągu kilku minut, że rozmawiała z postaciami z książki i że kulawy ogrodnik obarczył ją zadaniem dotarcia do nieistniejącego kraju ukrytego wśród gór w Pirenejach.

Nie mogła mu przecież wyznać, że była Podróżniczką w Wyobraźni. Podróżniczką, która naprawdę docierała do miejsc, które inni uważali za wyobrażone.

„Wiesz, tato” – powiedziałaby mu – „potrzebne są dwie rzeczy, żeby dotrzeć do miejsca wyobraźni: przedmiot pochodzący z tego miejsca i przewodnik”.

– Anito? – odezwał się ojciec.

Spojrzała na niego. Przedmiot i przewodnik. Ścisnęła zeszyt w kieszeni płaszcza.

– Tato?

– O co chodzi? Ale mów szybko, bo możesz się spóźnić na samolot.

– Jeśli przypadkiem…

– Jeśli… co przypadkiem?

– Nic. Nieważne. Usłyszymy się niedługo.

Wysiadła, zatrzasnęła drzwiczki i pobiegła w stronę hali odlotów, obficie rozpryskując wokół kałuże

– Rozumiesz chyba, dlaczego symbolem tego miasta jest parasol, a nie palma daktylowa? – zapytał, pięć samochodów dalej, pewien blondyn swojego kędzierzawego brata, który siedział obok niego.

Gęsty drobny deszcz bębnił w dach luksusowego astona martina DB7 z 1994 roku, limuzyny braci Nożyców. Uderzał, stukając jak maszyna do pisania.

Kędzierzawy pokręcił głową i powiedział:

– Na szczęście. Byłoby nam trudno ruszyć w drogę z palmą daktylową.

Brat spojrzał na niego bardzo zdziwiony. Białe światło z hali odlotów międzynarodowych oświetlało mokry chodnik.

– To był żart?

– Cóż, chyba tak – odparł kędzierzawy, przechylając się na tylne siedzenie, żeby zabrać parasol. – Chcesz, żebym wziął i twój?

– Wiesz, że nienawidzę tego parasola. To przestarzały model.

– Jak sobie życzysz. A zatem moknij. Dziewczyna właśnie wchodzi.

– Nie jest powiedziane, że muszę zmoknąć. Tu nie wolno parkować i któryś z nas musi zostać przy kierownicy.

– A dlaczego to ja mam moknąć?

– Ponieważ ja siedzę przy kierownicy, mój drogi. Teraz biegnij za tą dziewczyną, zanim ci umknie.

Uniesiona przez ludzką falę, Anita ścisnęła komórkę, jakby to było koło ratunkowe. Przejrzała szybko otrzymane wiadomości i wysłała do swego przyjaciela Tommiego w Wenecji wiadomość, co ma zamiar zrobić.

Nie wracam do Wenecji. Jedziemy do Francji, do Tuluzy, w poszukiwaniu Kraju, który umiera. Kryj mnie przed mamą.

Chciałaby napisać też do Jasona i Ricka: Gdzie jesteście? Ale wiedziała, że żaden z chłopców nie ma komórki.

Odszukała swój check-in na lot do Tuluzy. Na szczęście wymieniono już jej bilet i wszystko było w porządku.

Check-in 15.

Dotarła do niego z bijącym szaleńczo sercem. Miała wrażenie, że wszyscy na nią patrzą. „Oto dziewczynka, która uciekła z domu” – mówił jej głos w środku głowy.

– Gdzie jesteście? – powtórzyła Anita, ściskając komórkę. Bała się.

Był to strach, którego nie umiała się pozbyć. Obawa, że zostanie nakryta i że rodzice ją skrzyczą (wiedziała, że to jest nieuniknione i wliczyła to w koszty). Ale czuła też groźniejszy strach, który zrozumiała, kiedy poprzedniego wieczoru poprosiła, żeby ojciec ją podwiózł na Frognal Lane pod numer 23 i kiedy obok bramy wejściowej zobaczyła tabliczkę Klubu Podpalaczy.

Podpalacze.

Grupa osób, o których właściwie nic nie wiedziała, poza tym, że spotykali się oni w londyńskim domu rodziny Moore’ów. W tej samej sali, która swego czasu gościła Klub Podróżników w Wyobraźni. Anita wiedziała, że to jeden z nich, w Wenecji, próbował ukraść jej i Tommiemu wskazówki, jak dotrzeć do Kilmore Cove. I że drugi, siedzący na stosie, mówił do nich ze strony w zeszycie.

„Kim jesteś?” – spytał wtedy Jasona.

A wtedy Nestor gwałtownie zamknął książkę.

Ogrodnik z Kilmore Cove wyjaśnił, że Podpalacze palą wszystko, co im się nie podoba. A teraz, z pewnością, nie podoba się im Kilmore Cove.

Ani zeszyt podróżny, który trzymała w kieszeni.

Kiedy tak stała w kolejce do stanowiska numer 15, jej twarz nagle się rozjaśniła. Zobaczyła wysokiego chłopca o potarganych włosach, który chyba sprzeczał się z panienką z okienka. Potem usłyszała, o co chodzi i ogarnął ją śmiech.

– Nie mam piętnastu funtów! – wykrzykiwał chłopiec.

To był Jason, strasznie rozzłoszczony. Obok niego stał Rick, z twarzą czerwoną jak jego włosy. Kolejka za nimi wydłużała się i pasażerowie zniecierpliwieni zaczęli szemrać.

– W czym problem? – spytała Anita kogoś, kto stał przed nią.

– Chyba plecak tego chłopca waży za dużo, ponaddwukrotnie przekracza normę. A on nie ma zamiaru płacić za nadwagę.

Anita uśmiechnęła się.

– Przepuścicie mnie? To mój kolega i mogę za niego zapłacić.

– Oczywiście. Im szybciej się sprawę załatwi, tym prędzej wszyscy polecimy.

Anita doszła do Jasona i Ricka stojących przed okienkiem. Mimo wczesnej pory oczy Jasona były szeroko otwarte i bystre. Rick stał za nim i uśmiechał się pełen zażenowania.

– Nie wyobrażasz sobie, co się stało…

– Wiem o wszystkim! – odparła dziewczynka. – Chodzi o piętnaście funtów, tak? Czy mogę zapłacić kartą?

– Anita! – zaprotestował Jason. – Ależ to złodziejstwo!

Dziewczynka podała hostessie kartę kredytową.

– Mieliście dobrą podróż?

– Tak – uśmiechnął się Rick. – A ty?

– Niezłą. A poza tym… mam nowiny.

– To znaczy?

– Znalazłam siedzibę złych.

– Ooo – odpowiedział Jason.

Załatwili spokojnie wszelkie formalności, oddali bagaże, które odjechały na taśmie, a potem rozdzielili między siebie karty pokładowe.

– Mamy miejsca koło siebie – oznajmiła Anita, sprawdzając bilety.

– Ja chcę siedzieć jak najdalej od okna – powiedział Rick.

– A ja chcę gorącej czekolady – odparował Jason. – I dowiedzieć się, co odkryła Anita.

Kędzierzawy wybiegł z hali odlotów i wsiadł do astona martina. Wyjaśnił pokrótce bratu, co tam w środku widział.

– Co oni wiozą w tym plecaku według ciebie? Sztabki złota?

– Nie wiem.

– Cokolwiek to jest, odlatują. I nie wracają do Wenecji.

– Co proponujesz?

– Zaparkujemy samochód w bezpiecznym miejscu.

– I co?

– Zadzwonimy do szefa.

– O tej godzinie możemy go zbudzić!

Kędzierzawy spojrzał na zegarek.

– Słyszałeś, żeby on kiedykolwiek spał? Jemu wystarczą trzy godziny w nocy.

– A jak się wstrzelimy akurat w te trzy godziny, kiedy śpi?

Bracia Nożyce posiedzieli chwilę w milczeniu w deszczu bębniącym o dach samochodu.

– Tuluza – mruknął po chwili blondyn, jakby chodziło o tytuł filmu.

– Ziemia heretyków i odkrywców, u stóp Pirenejów.

– Pytanie brzmi: co ta trójka dzieciaków ma zamiar robić w Tuluzie?

– Z jednym plecakiem z nadwagą.

Nie mieli najmniejszego pojęcia. Początkowo ich zadanie było proste: mieli pojechać do Kornwalii, śledzić Anitę Bloom, dowiedzieć się czegoś o tym nudnym miasteczku o nazwie Kilmore Cove i zreferować wszystko szefowi. Nie było mowy o jakichś innych podróżach. Na dodatek zagranicznych.

– Nigdy nie byliśmy w Pirenejach.

– Wiesz, co to za rozrywka? Góry, kozy, odór gnoju. Wolałbym tysiąc razy kawę na plaży w Biarritz albo lokal z tańczącą Murzynką w Nicei.

– Tak, ale oni lecą do Tuluzy, więc co robimy?

– Wypada nam ruszyć za nimi. Wsiądziemy w ten sam samolot, odkryjemy, jakie mają zamiary, i sporządzimy raport.

Blondyn włączył silnik i ruszył wolno na poszukiwanie parkingu.

Kędzierzawy zachichotał.

– I a nuż wywołamy niechcący jakiś piękny pożar.

– I wtedy wrócimy do domu…

– …cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem – przytaknął kędzierzawy.

Rozdział 4

CUDOWNE LEKARSTWO

Julia wierciła się na łóżku. Nie mogła spać i w dodatku bolała ją głowa.

W sypialni panował półmrok, a zegar na komodzie wskazywał piątą pięć.

Ciekawe, czy samolot do Tuluzy już wystartował?

Umęczona wstała z łóżka. Wszystkiemu była winna ta gorączka, która nie chciała jej opuścić. Dlatego nie mogła z nimi wyjechać. Podeszła do okna i rozsunęła zasłony. Niebo miało kolor żółtawy. Morze było wielką płaszczyzną z lekkimi falami. Nie było śladu wiatru. Kolejny napad kaszlu sprawił, że poczuła się tak, jakby w głowie wybuchł jej miliard iskier.

Julia zatoczyła się do tyłu i padła na łóżko, niemile odczuwając kontakt z rozgrzaną pościelą. Brakowało jej powietrza. Kiedy myślała, pękała jej głowa, pociła się. Ale nie mogła nie myśleć.

Ciągle o tym samym: że oni udali się w niebezpieczną podróż, a ona nie miała żadnego sposobu, żeby się z nimi porozumieć. Musiała tu tkwić bezczynnie i leczyć tę wstrętną gorączkę.

Dusiła się w pościeli. Przekręciła się – głowa tam, gdzie były nogi – i z krańca łóżka spoglądała na podłogę. Leżały tam dziesiątki książek i pism, które Jason i mama podrzucili jej w nadziei, że to jej pomoże zapełnić czas. Ale Julia nigdy nie przepadała za lekturą i książki leżały rozrzucone w nieładzie z zakładkami na piątej, szóstej, najdalej na dwudziestej stronie, kiedy już dokonała prawdziwego wysiłku czytelniczego.

Julia była osobą aktywną. Nie lubiła tkwić zamknięta w pokoju i zagłębiać się w lekturze. A teraz chciała wyjść!

I nagle uznała, że ma tego dosyć. Tym bardziej że przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

Wstała i podeszła do starej wybrzuszonej szafy w drugim końcu pokoju. Przekręciła zamek z osiemnastego wieku i spróbowała uchylić drzwi szafy tak, żeby nie zaskrzypiały.

Zdusiła w gardle kolejny atak kaszlu i wybrała strój sportowy. Parę dżinsów, czarną bawełnianą bluzeczkę, nie za gruby sweter. Wzięła parę skarpet w biało-czerwone paseczki, swoje ulubione pantofle baleriny i trzymając to wszystko w ręce, wyszła z sypialni.

Przebiegła korytarz na drugim piętrze po ciemku, poruszając się na paluszkach. Weszła do marmurowej łazienki, postawiła czerwone pantofelki na stopniu biegnącym dokoła wanny i otworzyła szafkę z lekarstwami.

Uważając, żeby zachowywać się cichutko, zaczęła przeglądać dziwne opakowania o niejasnych nazwach w poszukiwaniu czegoś, co by jej pozwoliło pozbyć się raz na zawsze gorączki. Rodzice bowiem byli nieustępliwi i dotąd kurowali ją tylko za pomocą środków naturalnych.

W końcu odnalazła zielone opakowanie z aspiryną. Wiedziała, że nie należy jej zażywać na pusty żołądek; otworzyła więc pudełko, wyjęła z niego dwie okrągłe tabletki, wsunęła je do kieszeni, odstawiła pudełko na miejsce, zamknęła szafkę, podniosła pantofle i wyszła z łazienki.

Wiszące nad schodami portrety przodków Ulyssesa Moore’a spoglądały na nią w milczeniu.

Julia wolno zeszła po schodach, czując w palcach stóp chłód przenikający przez skarpety. Od kamiennych stopni zawsze ciągnęło chłodem.

Jakiś lekki przeciąg ciągnął od wieżyczki aż do drzwi pokoju na parterze, tego pokoju o ceglanym sklepieniu i kamiennych ścianach. Zeszła na sam dół i skierowała się do kuchni, przechodząc przez pokoje, w których pośród mroku cichutko oddychały liczne przedmioty nagromadzone w Willi Argo.

Kuchnia była opustoszała i cicha. Julia otworzyła drzwiczki lodówki, sprawdziła pobieżnie jej zawartość, wyciągnęła opakowanie z szynką i otworzyła kredens w poszukiwaniu kawałka chleba. Postawiła na ogniu czajnik i zaczęła jeść, nie czekając, aż się zagotuje woda.

W sąsiednim pokoju podniósł się z fotela mężczyzna.

Julia nie przestała jeść. Znieruchomiała na swoim stołku z poduszką w czerwono-białą kratkę i ograniczyła się tylko do rzucenia okiem.

W drzwiach pojawił się Nestor, kulejąc.

– Nie powinno cię tu być – odezwała się Julia, połykając szynkę, którą jej aktualny zmysł smaku odbierał jak masę z polistyrenu. – Jak moi by się zorientowali…

Nestor przeciągnął ręką po białych włosach.

– Nie zorientują się. Słyszę was, jak schodzicie po schodach. I mam dosyć czasu, żeby zniknąć.

– Ale to nie jest zbyt uprzejmie – ciągnęła Julia. – Ostatecznie teraz dom należy do nich.

Na to stary ogrodnik wskazał fotel w jadalni obok kuchni. Miękki i okrągły, o szerokich poręczach, obity kwiecistą tkaniną z Devonshire. Bardzo wygodny.

– Na tym fotelu spędziłem większą część swojego życia, Julio.

Czajnik zaczął gwizdać.

– To wynieś go sobie do swojego domku. Nie sądzę, żeby mama miała coś przeciwko temu.

– Na tym fotelu, w tym pokoju spędziłem większą część swojego życia. Nie możesz tego tak łatwo odmienić.

Julia się roześmiała.

– A ty nie znosisz odmiany, prawda?

Roześmiała się, ponieważ przypomniała sobie, jak to było na początku, zaraz potem, jak się sprowadzili do Willi Argo, kiedy jej mama próbowała oswoić się z tym domem, przestawiając meble po swojemu. Jakiś obraz przewiesiła na inne miejsce, nad schodami zamieniła wielkie lustro na mniejsze, ustawiła jakiś nowoczesny, ale wygodny, niewielki fotelik. Ale nic z tych zmian nie trwało długo. Meble przestawiane za dnia, nocą powracały na swoje stare miejsce, jakby same z siebie. Nowe meble dziwnie się łamały. Wazony spadały na ziemię. Architekt wnętrz, który miał za zadanie pomóc rodzicom w urządzeniu domu, po kilku nieudanych próbach unowocześnienia zrezygnował i powrócił do znacznie mniej opornej stolicy. I wszystko pozostało po staremu.

„Duchy” – stwierdził ojciec Julii. „W tym domu są duchy. To dlatego tak niewiele kosztował”.

Tymczasem sprawcą niezmienności Willi Argo był ogrodnik, jej dawny właściciel, który co noc wchodził do swego starego domu i jak dobry gospodarz cierpiący na bezsenność spędzał tu parę godzin w spokoju i pod sztandarami minionego czasu.

Prawdziwy strażnik marzeń, w gruncie rzeczy.

– Herbaty?

– A może i tak.

Bez pytania go o to Julia wybrała dla Nestora jedyną nadtłuczoną filiżankę. To była ta, której używał od dziecka, jego własna.

– Nie chce ci się spać? – spytała dziewczynka.

– Starzy śpią mało – odparł Nestor. – Za dużo myśli kołacze się po głowie… i kłopotów.

– Myślisz o ich podróży?

– Tak. To mi się wcale nie podoba. Zwłaszcza że nie możemy wiedzieć, co się z nimi dzieje.

– Co do tego, to się mylisz – odpowiedziała Julia z chytrą minką. – Przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

– Pomysł?

– Właśnie. Zeszyt Morice’a Moreau to jest taka specjalna książka okno, prawda? Bardzo specjalna książka, poprzez którą można się… komunikować.

– No tak – odparł Nestor.

– A ty mówiłeś, że w bibliotece Willi Argo był jej jeden egzemplarz?

– Tak, ale już go nie znajduję – westchnął Nestor. – Nawet jeśli domyślam się, co ci chodzi po głowie.

– Gdybyśmy znaleźli zeszyt, moglibyśmy „rozmawiać” z chłopcami i z Anitą, kiedy oni otworzą swój egzemplarz.

Nestor przytaknął.

– Dobry pomysł.

Julia uśmiechnęła się mimo bólu głowy.

Nestor spojrzał na zegarek.

– Wkrótce muszę iść do centrali telefonicznej, żeby odpowiedzieć, kiedy twoi rodzice zadzwonią do szkoły z pytaniami na temat tej wycieczki szkolnej, takiej… nieprzewidzianej.

Dla usprawiedliwienia nieobecności Jasona i Ricka w szkole postanowili wymyślić, że szkoła nagle zorganizowała wycieczkę do Londynu.

– Pójdę z tobą – powiedziała Julia.

– Nawet o tym nie myśl. Zostaniesz w domu i zaczekasz, aż ci ustąpi gorączka.

Julia zamachała mu aspiryną przed nosem.

– Ani mi się śni. Ruszam na poszukiwanie zeszytu.

– Nie uważam tego za dobry pomysł – odpowiedział Nestor, patrząc na aspirynę i popijając swoją herbatę. – Lekarstwa nie usuwają choroby, tylko trochę łagodzą objawy.

– Masz jakiś lepszy pomysł?

Nestor rozważał jej pytanie.

– Może i mam. Ale nie jestem pewien, czy powód jest wystarczający…

– Nie jest wystarczający? Nestorze! Ja nie chcę tak czekać. Sprawy się toczą, oni są nie wiadomo gdzie. Zniknął zeszyt z twojej biblioteki. być może jedyny sposób, żeby dowiedzieć się, co robią! Są Podpalacze! A tymczasem ja… tkwię tutaj z założonymi rękami. Nie odpowiada mi to, szczerze mówiąc.

Nestor się uśmiechnął.

– Niezły charakterek.

– To ty o tym jeszcze nie wiedziałeś?

– Zgoda. Wiedziałem doskonale – zachichotał Nestor.

Julia rzuciła mu krzywe spojrzenie.

– I dlatego was właśnie wybrałem, moje dziecko.

Kiedy wyszli z kuchni, słońce już się wspięło ponad płaską linię horyzontu i migotało pod całunem chmur. Wielki jesion rzucał cień na dach Willi Argo, a trawa w parku była wilgotna. Julia poszła za Nestorem do jego domku.

Na stole ciągle jeszcze leżały stosy ksiąg, które studiowali poprzedniego dnia: Słownik języków zapomnianych,Podręcznik miejscowości wyimaginowanych, Katalog rozumowany książek nieistniejących i oczywiście Inwentarz alfabetyczny przedmiotów niemożliwych.

Stary ogrodnik nie zwracał na nie uwagi i zaczął otwierać i zamykać malutkie szafki wiszące nad kuchnią.

– U licha, gdzie ja je schowałem…

Julia usiadła, ziewając.

– Kiedy tu była Anita, przedwczoraj… – burczała oskarżycielskim tonem – nic mi nie wspominałeś, że masz dla mnie jakieś lekarstwo.

– Doprawdy? – odpowiedział z roztargnieniem Nes-tor, przesuwając jakieś słoiki. – O, jest tu. – Trzymał w ręku słoiczek po marmoladzie ze zmienioną etykietką, na której widniało starannie napisane słowo Crisopea, pismem, które Julia w lot rozpoznała. To było pismo Penelopy.

– To mieszanka mojej żony według starego sekretnego przepisu… – Nestor odkręcił przykrywkę i wsypał do filiżanki kilka pełnych łyżeczek suszonych ziółek o okropnym zapachu. – Zaufaj jej, a będziesz czuła się jak nowo narodzona.

Julia wykrzywiła twarz w grymasie.

– Jesteś pewien?

– To specyfik na wszystkie choroby – uśmiechnął się Nestor. Zalał to gorącą wodą i zaczął mieszać. – A z odrobiną cukru nie jest złe.

Julia zatkała sobie nos i łyknęła paskudną miksturę.

– Wypij wszystko.

– Na pewno?

– Jeżeli naprawdę chcesz być zdrowa.

– Miły jesteś. Oczywiście, że chcę.

Julia wypiła wszystko bez dalszych pytań. Crisopea przypominała jaja na twardo z piaskiem i miała posmak goryczy.

– FUJ! – zakrztusiła się. – Ależ to paskudne!

– Nie mogę ci nie przyznać racji.

Nestor spojrzał znowu na zegarek.

– Dobrze. Teraz już muszę lecieć. Mam kawałek drogi do centralki telefonicznej.

Julia nalała sobie dwukrotnie szklankę wody z kranu.

– Matko jedyna, ale mam ohydny smak w ustach.

– Do czasu. Jeśli chcesz naprawdę wyzdrowieć, wyzdrowiejesz.

Julia powtórzyła to zdanie po Nestorze, z odcieniem ironii. Potem, gdy Nestor stał już w drzwiach, spytała poważnie:

– Czy pamiętasz gdzie leżał ten zeszyt, kiedy go po raz ostatni widziałeś?

– Na półce z książkami podróżniczymi – uśmiechnął się. – Tam, gdzie przedtem stały też moje notatniki.

– Te, które nam podrzucałeś od czasu do czasu do pokoju w wieżyczce?

– Te, które Leonard i Kalipso postanowili wraz ze skrzynią przekazać jakiemuś nieznanemu typowi, który je opublikował. – odpowiedział Nestor i pokuśtykał do ogrodu.

Drzwi same się za nim zamknęły. Julia pozostała jeszcze czas jakiś w jego domku, potem wstała i wyszła na świeże powietrze poranka.

Czas. Nie mieć wątpliwości. Jeśli chcesz naprawdę wyzdrowieć, wyzdrowiejesz.

Położyła sobie dłoń na czole. Mewa sfrunęła z urwiska jak biały przecinek.

Julia spojrzała na żwirowaną alejkę biegnącą przez park i przeszła przez wielką bramę z kutego żelaza. Nestor zaparkował swój motor z przyczepą na głównej drodze i teraz go zapalał.

Kiedy zobaczyła wydobywające się kłęby dymu, nagle zdała sobie sprawę, że ból głowy ustąpił. Dotknęła palcami gardła.

Także gardło już jej nie bolało.

Nie mogąc w to uwierzyć, Julia zaczęła macać się po całym ciele, jakby dla sprawdzenia, czy wszystko ma na swoim miejscu. Zamiast bolących kości, jak to było w ostatnich dniach, poczuła zdrowe mięśnie i wielki przypływ energii.

– Do licha – pomyślała na głos. – Czuję się lepiej.

Rozdział 5

WE FRANCJI

Mimo obaw i lęku Ricka samolot ATR 500 Air France, obsługujący linię Londyn – Tuluza, wylądował punktualnie.

Kiedy samolot wpadał w chmury, kierując się na południe i podchodząc do lądowania, Anita to chwytała za rękę Jasona, to Ricka i wreszcie ścisnęła je obie.

Może nieco mocniej rękę Jasona.

Kiedy ostatecznie samolot dotknął płyty lotniska w Tuluzie, podskakując raz, a potem jeszcze dwukrotnie, hamując wszystkimi klapami podniesionymi do góry, i kiedy ucichło dudnienie opon podwozia mknących po asfalcie, dziewczynka odchyliła głowę na oparcie fotela i uśmiechnęła się.

– Dolecieliśmy – powiedziała.

Rick dopiero wtedy otworzył oczy.

Dokoła nich pasażerowie odpinali pasy bezpieczeństwa. Głos z głośnika powtarzał po francusku zbędne instrukcje. Odzywały się dźwięki pierwszych włączanych na nowo komórek.

– Ruszmy się – popędził ich Jason, który poderwał się jako pierwszy.

Samolot był do połowy pusty. Dzieci prześlizgnęły się między pasażerami wyjmującymi swoje walizeczki ze schowków i dotarły do stewardessy, która stała przy wyjściu. Szybkie pożegnanie i zeszły po schodkach, a następnie wsiadły do podstawionego autobusiku.

Powietrze było gorące i wilgotne, wprost parne.

Następni pasażerowie dołączali do nich pojedynczo ze swoimi bagażami na kółkach i z komórkami przyciśniętymi do piersi. Pewna elegancka pani energicznie gestykulowała, rozmawiając z przyjaciółką o pogodzie. Jakiś biznesman spoglądał uważnie w swój telefon, jednocześnie poprawiając sobie krawat. Pewien pan wpatrywał się w swoje buty, zupełnie jakby usiłował przypomnieć sobie powód, dla którego je włożył. Na drugim końcu autobusiku dwa typy ubrane na czarno z parasolami w ręku, jeden blondyn a drugi kędzierzawy, zaczęły czytać miejscową gazetę.

I właśnie ta gazeta zwróciła uwagę Ricka. Chłopiec o rudych włosach obrócił się powoli plecami do innych pasażerów i spojrzał najpierw na Jasona, a potem na Anitę.

– Słuchajcie… czy widzicie tych dwóch z gazetą?

Anita zerknęła ponad jego ramieniem.

– Trzymają ją do góry nogami – zauważyła. – Więc wcale jej nie czytają.

– Tak właśnie sobie pomyślałem.

Autobusik szarpnął i ruszył. Anita, Rick i Jason złapali za uchwyt ściśnięci koło siebie. Blondyn i kędzierzawy odłożyli gazetę.

– Patrzą na nas – powiedziała Jasonowi na ucho Anita.

– Nie wbijajmy sobie do głowy dziwacznych pomysłów – westchnął chłopiec.

– Mówię ci, że patrzą. Ten kędzierzawy wpatruje się we mnie.

– Może jesteś w jego typie.

– Głupek – zaśmiała się Anita.

Autobusik zarzucił i skręcił, kierując się w stronę niskiego budynku dworca lotniczego. Przez całą drogę dwa typy ubrane na czarno nawet nie drgnęły. Dzieci też się nie ruszały.

Zostali podwiezieni pod samo wejście. Po kontroli paszportów wszyscy udali się po odbiór bagaży, kierując się wskazówkami na odpowiednich tablicach. Jason, Anita i Rick szli szybko, próbując zwiększyć jak tylko się da dystans między sobą a dwoma typami ubranymi na czarno. Anita trzymała rękę w kieszeni dla pewności, że zeszyt Morice’a Moreau jeszcze tam jest. Doszli do czarnych taśm, na których miały nadjechać bagaże i stanęli z boku, czekając.

– Udajemy, jak gdyby nigdy nic, czy dajemy im poznać, że wiemy o nich? – spytał Rick.

– Niby jak to sobie wyobrażasz? Że podejdziemy i zapytamy ich, czy są Podpalaczami? – odpowiedział złośliwie Jason.

– Ale gdzie oni są?

Po tamtych dwóch nie było nawet śladu.

– Wyszli. Już ich nie ma.

– Może nie mieli bagażu?

– Może to był fałszywy alarm? Może byli po prostu zbyt śpiący, żeby naprawdę czytać gazetę?

Błysnęła czerwona lampka, dał się słyszeć cichy zgrzyt i czarna taśma ruszyła. Bagaże wyskakiwały z głuchym uderzeniem z czeluści w głębi i krążyły przed pasażerami. Pierwszy nadjechał plecak Jasona, brzęczący jak stare żelastwo. Potem przyszła kolej na plecak Ricka i na torbę na kółkach Anity. Zanim odeszli, wszyscy troje rozejrzeli się jeszcze dokoła.

– Znikli – zauważyła Anita.

Ale była w błędzie.

Ujrzeli ich ponownie przy wyjściu z budynku, jak stali przy kiosku z gazetami oparci o swoje parasole.

Dzieci spojrzały po sobie przejęte.

– Według mnie, ci dwaj czekają na nas… – szepnął Rick.

– To każemy im trochę poczekać – odparł Jason. Podciągając sobie plecak na plecach, wyciągnął z kieszeni dżinsów notes, w którym zanotował etapy podróży. Wziął długopis i skreślił pierwszy punkt: „Londyn – Tuluza”.

Komórka Anity zadźwięczała swoją melodyjkę.

– Wyślę wiadomość do Tommiego – powiedziała dziewczyna. – Dokąd teraz idziemy?

Następnym etapem było miasteczko M*. Żeby do niego dojechać, należało wsiąść w autobus jadący w stronę Pirenejów. Dlatego musieli dotrzeć na dworzec autobusowy, a tam…

– Musimy się rozdzielić – powiedział Rick.

– Słusznie – Jason podniósł wzrok znad notesu. – Mam pewien pomysł – oznajmił z chytrym uśmieszkiem.

– Szkoła w St. Ives, dzień dobry – odpowiedział Nestor na telefon w centralce znanej pod nazwą „domu o tysiącu wezwań”. – Dzień dobry, pani Covenant, słucham uprzejmie. Jest jakiś problem? Ach, oczywiście, niespodziewana wycieczka syna!

Siedząc przed ramieniem mechanicznym, które łączyło rozmowy z Kilmore Cove, Nestor bębnił ołówkiem w mosiężne plakietki z nazwiskami rodzin w miasteczku.

– Wiemy, że nie zostaliście państwo w porę uprzedzeni, przepraszamy, ale… czasami tak się może zdarzyć – powiedział mamie Jasona, udając pełne zrozumienie. – Jak długo dzieci będą w podróży? Dwa dni. Są z nimi wszyscy nauczyciele, więc proszę się o nic nie martwić. Trochę się rozerwą, nie to, co my… wiecznie zapracowani, nieprawdaż?

Uśmiechnął się, spoglądając przez okno. Las dokoła centralki był doprawdy gęsty.

– Ma pani słuszność, pani Covenant. Doprawdy. Dla dzieci to okazja. Jakby pani miała jakieś wątpliwości, proszę się nie wahać i dzwonić do nas. Nie sądzę, żeby Jason znalazł na to czas. Wycieczka jest specjalnie tak pomyślana, żeby nie zostawić dzieciom ani minuty wolnej. Wiem, wiem. Znamy go. Ale sądzimy, że uda się nam go zmęczyć. Dziękuję! Wzajemnie. Miłego dnia.

Nestor skończył rozmowę, odstawił maleńkie pudełeczko, dzięki któremu odmienił swój głos, wyjął wtyczkę z czarnego telefonu przed sobą i podłączył ją do gniazdka numeru szkoły w St. Ives.

Potrząsnął głową ze zdenerwowania. Nie lubił takich sytuacji, kiedy musiał uciekać się do podstępu. Z zasady był takim sposobom przeciwny, ale tym razem było to z pewnością lepsze niż próba wyjaśnienia obojgu państwu Covenant, że ich syn wyjechał w Pireneje z niejasną misją ratunkową.

Ramię mechaniczne, które łączyło rozmowy z Kilmore Cove, ponownie uaktywniło się z brzękiem. Nestor sprawdził, skąd pochodził kolejny telefon.

– Z tej też ranny ptaszek … – mruknął. Tym razem telefon pochodził z domu Bannera i też wywoływał numer szkoły w St. Ives.

Nestor chwycił szybko wtyczkę i znowu podłączył ją do swego aparatu.

– Szkoła w St. Ives, dzień dobry. Ach, to pani, pani Banner, dzień dobry. Jak się pani miewa? O co chodzi? Wycieczka? A tak, dzieci właśnie wyjechały. To będzie wielka rozrywka. I również bardzo pożyteczne. Zobaczy pani, że syn będzie zachwycony. O nie. Nie wróci wieczorem. Jutro. Wie pani, jak to jest, trzeba im dać czas… na zrobienie tego, co muszą zrobić!

– Taksówka! – zawołała Anita po wyjściu z budynku lotniska. Dziewczyna rozejrzała się na wszystkie strony, zobaczyła kolejkę czekających i podeszła, by zająć w niej swoje miejsce.

Dwa typy ubrane na czarno szturchnęły się łokciami. Kiedy Anita znalazła się już na przodzie kolejki, kędzierzawy oderwał się gwałtownie od kiosku i zbliżył się do niej. Wyminął bezceremonialnie innych czekających i wepchnął się na siłę do taksówki, która podjechała tuż za taksówką Anity.

– Jedź za nią! – rozkazał kierowcy, wskazując wóz, który ruszył przed nimi.

Blondyn tymczasem pozostał przy kiosku z gazetami, nieco podenerwowany. Nie miał czasu na przeczytanie najważniejszych wiadomości, kiedy przy wyjściu z lotniska pojawił się już Rick z plecakiem na plecach, z tymi swoimi rudymi włosami lśniącymi w słońcu.

– Taksówka – zawołał, po czym też stanął w kolejce.

„A trzeci?” – zadał sobie pytanie blondyn. Dlaczego nie było tego trzeciego? Musiał szybko zdecydować, co robić. Jechać za rudowłosym czy poczekać na jego przyjaciela?

W kolejce do taksówki stało pięć osób. Cztery. Dwie. Blondyn złożył gazetę i stanął w kolejce.

Zobaczył, jak Rick wsiada do taksówki trzy osoby przed nim, spróbował usłyszeć, jaki adres podał kierowcy, ale nie zrozumiał ani słowa. I zrobił to samo, co jego kolega: wepchnął się na siłę bez kolejki, wsiadł w nadjeżdżającą taksówkę tuż za Rickiem i rozkazał kierowcy jechać za nim.

Jason, jeszcze w budynku lotniska, uśmiechnął się. Teraz wyszedł sobie najspokojniej w świecie i wziął trzecią taksówkę.

– Na dworzec autobusowy, proszę – powiedział kierowcy.

Spojrzał na zegarek. Rick i Anita mieli pięćdziesiąt minut, żeby zmylić ścigających i dołączyć do niego przy autobusie odjeżdżającym do M.

Albo gdyby nie zdołali ich zgubić, puścić go w podróż samego.

Już na dworcu autobusowym Jason wybrał sobie spokojne miejsce: w jednym z barów pod gołym niebem, na małym placyku. Zamówił swój ulubiony napój, orszadę, i rozglądał się dokoła, wypatrując blondyna i kędzierzawego, których na szczęście nigdzie nie było widać. Próbując sobie wyobrazić, gdzie też mogliby być, otworzył, a po chwili zamknął, swój plecak, wyciągając to, czego z pewnością ci dwaj mężczyźni szukali: notatnik podróżny Morice’a Moreau, który powierzyła mu Anita. Według tego, co odkryli, książeczka ta zawierała wskazówki, jak dotrzeć do Arkadii, Kraju, który umiera. Ale, prawdę powiedziawszy, wskazówki były raczej mgliste. Morice narysował górę z płonącym zamkiem na szczycie i dwie malutkie postacie, które się od niego oddalają. Narysował też mężczyznę, który wychodzi z domu, przeglądając się w lustrze, tego samego mężczyznę, jak spaceruje nad brzegiem strumyka, a potem jeszcze chodzi po gęstym lesie. W końcu narysował go przed murami tego Kraju, który umiera. Dalej była stronica, ledwie naszkicowana, z kilkoma rozrzuconymi literami i szkic jakiegoś zwierzęcia podobnego do jeżozwierza. Ostatnie cztery strony były puste.

Całkowicie puste.

Jason przekartkował wszystkie dwadzieścia stron, zatrzymując się na tych, na których znajdowały się małe czarne ramki.

Wszystkie były puste, znaczyło to, że żaden inny czytelnik w tym momencie nie zaglądał do tej książeczki. Wrócił raz jeszcze do rysunków w poszukiwaniu jakiejś inspiracji. Jednak, choć badał je uważnie, nie zauważył niczego szczególnego. Ale że był przyzwyczajony do tropienia śladów całkiem niejasnych, za bardzo się nie przejął. Przejął się natomiast, gdy zeszyt prawie wyślizgnął mu się z rąk i sam otworzył na stronicy z płonącym zamkiem.

W czarnej rameczce, obok zamku, pojawiła się jakaś postać. Mężczyzna na stosie poduszek.

Jason poczuł, jak gwałtownie zabiło mu serce, zbliżył rękę do rysunku bez dotykania go i przypomniał sobie, że kiedy ten sam mężczyzna ukazał mu się w Kilmore Cove, on ujawnił mu nieopatrznie swoje nazwisko. Nestor wyrwał mu wtedy zeszyt z rąk, ale za późno, Jason zdążył nieznajomemu ujawnić również miejscowość, w której mieszka.

Niebezpieczeństwo – ostrzegł go głos gdzieś z głębi mózgu.

Ale inna część mózgu, czy też instynkt, przeważyła. Jason oparł dłoń na rysunku.

– KIM JESTEŚ? – zapytał mocny głos w jego własnej głowie.

– A kim ty jesteś? – odparował chłopiec.

– KIM JESTEŚ?

Głos mężczyzny brzmiał przeraźliwie złowieszczo, ale to uparte pytanie jakoś rozśmieszyło Jasona.

– Jestem nieprzewidziany.

– Nieprzewidziany? A cóż to znaczy?

– Jestem kimś, kogo nie możesz śledzić. Nie możesz przewidzieć ani nie możesz kontrolować.

– Powiedz mi, jak się nazywasz.

– Jestem Podróżnikiem w Wyobraźni.

– NIE!

– A właśnie, że tak.

– Nie istnieją już Podróżnicy w Wyobraźni! Zlikwidowaliśmy ich mapy i spaliliśmy ich dzienniki! A zatem ta rozmowa jest niemożliwa. Ty nie istniejesz!

– A właśnie, że istnieję i to jeszcze jak. Wiesz, na czym polega problem, głupi rysunku? – zapytał Jason. – Że być może to ty nie istniejesz!

– Ale ja jestem tu z ciała i kości, i z płomienia! I was znajdę! Znajdę książkę i znajdę was! I was spalę!

– Nie tym razem – krzyknął Jason. – Kimkolwiek jesteś, tym razem to my znajdziemy ciebie!

Zamknął gwałtownie zeszyt i schował go do plecaka. Klienci baru spoglądali na niego zdumieni. Zwrócił na siebie uwagę.

Zapłacił za napój i poszedł wolnym krokiem w stronę autobusu do M.

Odnalazł swój autobus, jakiś stary gruchot, i rozejrzał się po placu w poszukiwaniu przyjaciół.

Nie było ich. Wszedł na stopień i kupił u kierowcy trzy bilety. Trzy wąskie kwitki z białego papieru z błękitnymi numerami.

Nakazał sobie nie myśleć o rozmowie, jaką odbył przed chwilą. Nie powiedziałby o niej nikomu.

W głębi dworca zauważył jakieś poruszenie i dostrzegł wśród pasażerów Ricka. Przyjaciel biegł pędem, a plecak podskakiwał mu rytmicznie. Jason podniósł dłoń i pomachał w jego kierunku.

– O mały włos! – wysapał chłopiec o rudych włosach, kiedy dobiegł do przyjaciela.

– I jak poszło?

– Poszło tak, że wpadłem w jakiś zaułek i zacząłem biec.

– A on biegł za tobą?

– Chyba nie. – Rick puścił oko. – Byłem o wiele szybszy od niego, na szczęście.

Potem zerknął na autobus, który był pusty w połowie. – A Anita?

– Jeszcze nie przyszła.

Rick przeczesał dłońmi czuprynę.

– To dzielna dziewczyna. Będzie tu za chwilę.

– Autobus już odjeżdża.

Zaczekali kilka minut, a kiedy zauważyli, że kierowca chce ruszać, uprosili go, żeby jeszcze chwilkę poczekał.

Mężczyzna prychnął, odczekał jeszcze ze dwie minuty i zaczął zamykać drzwi.

– Poczekajcie! – usłyszeli krzyk z głębi placu.

Wychylili się i zobaczyli jak Anita błyskawicznie wyskakuje z dorożki dla turystów. Biegiem dopadła autobusu zdyszana.

– Nawet sobie nie wyobrażacie, jak trafiłam do tej dorożki! – zawołała cała szczęśliwa.

– Zupełnie nie – roześmiał się Jason i podał jej rękę.

– A gdzie twoja torba na kółkach?

– Musiałam ją poświęcić.

Anita z impetem wskoczyła do autobusu na moment przed tym, jak kierowca zamknął drzwi. I wpadła wprost w ramiona Jasona, nieco onieśmielona. Popatrzyli chwilę na siebie, po czym Jason puścił ją i poprowadził na swoje miejsce.

– Wszystko, co miałaś w torbie, i samą torbę można odkupić – powiedział, spoglądając na nią spod rozwichrzonej czupryny. – Najważniejsze, że ty dotarłaś.

* Nota od red.: Drogi Czytelniku, dla uniknięcia wszelkiego niebezpieczeństwa postanowiliśmy nie ujawniać nazwy tej miejscowości.