12,99 zł
W 1945 roku porty w Gdyni i Gdańsku zostały niemal całkowicie zniszczone przez wycofujące się wojska niemieckie oraz działania wojenne. Port w Gdyni był zniszczony w ok. 70% (nabrzeża, falochrony, zatopione statki), a Gdańsk ucierpiał w wyniku walk. Wielkim problemem była obecność min na polskich wodach. W książce autor opisuje pierwszy okres odbudowy polskich portów i tworzenia od zera polskiej floty morskiej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Ilustracja na okładce: GMJ
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18017-8
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
W wąskim przesmyku między pozbawionym szyb budynkiem a ślepą, okopconą ścianą jakiejś hali zwolnili kroku. Ten wyższy, blondyn o chłopięcej twarzy, w nasuniętej nisko na czoło okrągłej, marynarskiej czapce, trzasnął zamkiem pepeszy:
– „Warszawiak”, tędy?
– Chyba tędy…
W martwej ciszy zaułka nieprzyjemnie zazgrzytało pod butami szkło. Szli ostrożnie, spoglądając ku górze w czarne oczodoły okien, aż nagle otwarła się przed nimi szeroka, wolna przestrzeń portowego nabrzeża.
Przystanęli obaj, jakby zaskoczeni tym widokiem. Dopiero po dłuższej chwili blondyn przesunął czapkę na tył głowy i wykrztusił z tłumioną radością:
– O rany! To my już wreszcie naprawdę nad morzem…
Ale obraz, jaki roztaczał się przed nimi, wcale nie napawał otuchą. Poskręcane żelastwo, które nie tak dawno jeszcze było stoczniowymi dźwigami, walało się na betonie pośród rozmaitych blach, skrzynek po amunicji i wszelkiego śmiecia. Frontowa ściana długiej, warsztatowej hali leżała w gruzach, odsłaniając w swym wnętrzu szczątki porozbijanych maszyn. Z oleistej wody basenu wystawały nadbudówki i komin zatopionego statku, dalej jakieś maszty i strzępy poszarpanych blach, a nad całym tym martwym i bezludnym cmentarzyskiem wisiała ciężka woń spalenizny.
Ten drugi, starszy, nazywany „Warszawiakiem”, trzeźwo ocenił sytuację:
– I z czego ty się cieszysz, chłopie? Widzisz? Jedna ruina. Właściwie to nie bardzo wiem, czego my tutaj mamy pilnować…
Rosły blondyn nie słuchał. Jak zahipnotyzowany ruszył ku nabrzeżom. Tamten przytrzymał go za pas:
– No i dokąd leziesz? Życie ci niemiłe?
– Puść! Był przecież rozkaz: „Patrolować rejon stoczni”.
– To idź. Rosjanie parę dni temu popędzili stąd Niemców, oczyszczają miasto z resztek, jakie pozostały, a ten zgrywa chojraka… A wiesz ty, ile oni tu, w tym rumowisku, mogli rozmaitego świństwa zostawić? Ja tam na patrol pójdę dopiero, jak się tędy przespacerują saperzy…
A widząc wahanie na twarzy chłopaka, dorzucił:
– Nie bój się, rozkaz wykonamy! Tu się zamelinujemy, za tym murem. Stąd wszystko widać jak na dłoni.
Punkt był rzeczywiście dobry. Mieli w zasięgu wzroku spory szmat zrujnowanych stoczniowych nabrzeży i basenu. Od strony miasta, nad którym wisiały bure dymy pożarów, niósł się jeszcze od czasu do czasu grzechot broni maszynowej.
– Słyszysz? A podobno szkopy siedzą jeszcze twardo na Westerplatte…
Oczy blondyna zaiskrzyły się:
– Na Westerplatte? Ty, to może jeszcze i my zdążymy z nimi powojować? Tu się wojna z Polską zaczęła i tu by ich Polacy dobili! Żeby tylko tak jeszcze mieć okręty…
„Warszawiak” przyglądał się chłopakowi przez chwilę spod przymrużonych powiek, a potem westchnął:
– Oj, Cielepa, Cielepa… Szczawik ty jeszcze jesteś. Jak w ogóle dostałeś się do batalionu?
Tamten nastroszył się:
– A na ochotnika! I sam wiesz, że to wcale nie było łatwe, bo brali tylko specjalistów. Ale dopiąłem swego. Wyrobiłem sobie chody przez jednego oficera, co kwaterował u nas w Lublinie, i przyjęli…
Zamilkł, jakby odbiegł myślami od tamtych grudniowych dni 1944 roku i baraków na Majdanku, gdzie formował się z wielkim trudem 1 Samodzielny Morski Batalion Zapasowy. Morski! Nawet nie dla wszystkich starczyło zwyczajnych, zielonych mundurów, sam biegał na pierwsze zajęcia we własnym, cywilnym ubraniu. Niewiele lepiej było później, kiedy przenieśli się do lubelskich koszar dawnego 14 pułku piechoty, chociaż tam rozpoczęło się już szkolenie w morskich specjalnościach. Co prawda ich kompania techniczna uczyła się z początku na rysunkach i szkicach, czasem oglądała jakieś urządzenia w lubelskiej elektrowni, fabryce drożdży czy cegielni, ale zawsze… Zazdrościł trochę chłopakom z kompanii pokładowej bardziej „morskich” zajęć – semafora i robót linowych, ale wystarczyło przejść w szyku przez miasto z piosenką „Pod żaglami Zawiszy”, żeby w ciepłych, pełnych uznania spojrzeniach przechodniów zapomnieć o przeraźliwym zimnie koszarowych izb i pustawym żołądku. Zresztą na prawym skrzydle chodził zawsze pewien bosmanmat, który jakimś cudem przechował przez te wszystkie lata wojny mundur, i każdy wiedział już, że to idą marynarze…
– Bo wiesz – tu Cielepa uśmiechnął się do swoich myśli – mnie od małego ciągnęło na morze. Ćwiczyłem, bracie, żeby nabrać krzepy, a ile ja książek o morzu przeczytałem! I popatrz, spełniło się…
„Warszawiak” milczał. Drażnił go trochę ten wyrostek, który z ciepłego rodzinnego domu uciekł do swoich marzeń, ale jednocześnie na swój sposób lubił go właśnie za ten jego upór i zapał. Znali się jeszcze z Lublina, nie było lekko, ale chłopak nigdy się nie uskarżał. Zawsze i wszędzie pchał się pierwszy, podobnie jak teraz, kiedy gotów był poleźć w to portowe rumowisko, byle bliżej morza…
Tymczasem na pustych nabrzeżach nie działo się nic, zerwał się tylko wiatr, chłodny i rześki. Pod jego wilgotnym powiewem ustąpił nieco swąd spalenizny.
– Od morza – stwierdził ze znawstwem Cielepa, ale zaraz zmienił ton. Zabrzmiała w nim jakaś rozbrajająca szczerość, kiedy zapytał:
– A powiedz mi ty, „Warszawiak”, jak to naprawdę jest na tym morzu? Przecież ty spec. Pływałeś…
Tamten dopalił kunsztownie zwiniętego skręta i rozgniótł niedopałek obcasem. Rozważał coś, bo odpowiedział dopiero po dłuższej chwili:
– Nic z tego, chłopie, nie do mnie po te wiadomości. Ja, widzisz, pływałem, ale po Wiśle. Teraz ci to mogę powiedzieć. Zahaczyłem się w warszawskiej Żegludze Wiślanej, bo tam dawali mocne papiery. Takie, kapujesz, że Arbeitsamt nie ciągnął na roboty do Niemiec. Ale co ja się naszuflowałem tego węgla!
Cielepa patrzył na kolegę szeroko rozwartymi oczyma.
– Więc wszystko, co opowiadałeś o minowcach w trzydziestym dziewiątym roku i ucieczce z jenieckiego transportu, to lipa?
– A lipa – spokojnie zgodził się „Warszawiak”. – Nie chciałem uchodzić w batalionie za frajera, to i mówiło się to i owo. Sam się zresztą zdziwiłem, jak dostałem z RKU ten przydział do marynarki. Widocznie pisarczyk zobaczył w dokumentach stempel z Żeglugi. Miałem mu robić wykład, że się pomylił?
Cielepa wybuchnął śmiechem:
– Ty to masz łeb! A skąd się nagle wziąłeś w Lublinie?
– Rodzinka ma pod Lublinem gospodarkę i tam mnie wolność zastała. – Teraz już „Warszawiak” rozluźnił się, jakby do końca chciał zrzucić jakieś ciążące mu wspomnienie. – Próbowałem z powrotem do domu, ale front stanął na Wiśle, a w Warszawie powstanie. I tak zostałem. Nie było źle, póki była robota w polu, a później wujo, pazerny kmiot, zaczął marudzić, że to niby darmozjada żywi. Powiedziałem mu, co o nim myślę, i poszedłem do armii. Liczyłem na to, że się prędzej do Warszawy dostanę, a tu ta marynarka…
Zasępił się. Powracającą falą napłynęło wspomnienie zaśnieżonej, lutowej drogi, którą wlekli się z Lublina ku Warszawie. Psuły się wozy. Kierowcy, którzy często dopiero uczyli się jeździć, potrzebowali aż 36 godzin, żeby dotrzeć na Pragę. Zakwaterowali w szkole na Kępnej. Po jakimś czasie wyprosił przepustkę. Kiedy wędrował w zwartym tłumie „pontoniakiem” obok skutych lodem rumowisk mostu Poniatowskiego, nie mógł w morzu ruin zalegających tamten brzeg Wisły rozpoznać ani jednego znajomego zarysu. Dławiła go wściekłość i żal. Roztrącał objuczonych tobołami ludzi, byle prędzej…
Ogrom zniszczeń poraził go dopiero wtedy, kiedy wyrwał się z żywego, ludzkiego potoku i wkroczył w zaśnieżoną pustynię Powiśla. Domu nie było. Mizerna, czynszowa kamienica rozsypała się w niepokaźną stertę gruzu. Zaduch spalenizny, taki sam jak tutaj, na tym portowym nabrzeżu, wciąż jeszcze wisiał w mroźnym powietrzu. Wokół nikogo. Dopiero za chwilę na potrzaskanej bramie zobaczył kilka kartek. Cieporowie zawiadamiali Gienka, że żyją i są we Włochach, maglarka z oficyny prosiła tych, którzy wiedzą coś o jej córce, żeby dali znać. Dopisał na tej kartce ogryzkiem ołówka: „Mamo, żyję…” i podał numer poczty polowej, ale do tej pory nie przyszedł żaden list.
Wysoko nad portem pojawiły się trzy klucze szturmowców. Leciały na zachód. Dobiegły potem stamtąd, stłumione odległością, echa wybuchów i dudnienie artyleryjskiej palby.
– To pewno w Gdyni – ożywił się znów Cielepa. – Słyszałem, że na Oksywiu Niemcy siedzą jeszcze mocno. Jak myślisz, „Warszawiak”, może w Gdyni szkopy zostawią jakieś okręty?
– A zostawią, zostawią! Od razu będziesz mógł wleźć na kapitański mostek… Chociaż kto wie? Jak otworzą później jakieś szkoły, to może i zostaniesz oficerem? Tylko wtedy – zaśmiał się – pamiętaj o mnie! A na razie, żebyś o tym, co ci tu mówiłem, nie puścił pary z gęby…
– No, co ty! – Cielepa zaperzył się, ale zaraz zmiękł. – Bo wiesz, o tej szkole to i ja myślałem. Tylko, widzisz, matury nie mam, zaledwie dwie klasy gimnazjum na tajnych kompletach…
„Warszawiak” gwizdnął:
– Toś ty, chłopie, i tak uczony! A zresztą wiesz przecież, że dziś „nie matura, lecz chęć szczera…”
Przerwał, bo nagle od strony zabudowań zatupotały szybkie kroki. Cielepa wytknął zza muru lufę pepeszy:
– Stój, kto idzie?!
– Swój, swój… Zmiana, chłopaki! Wy z kompanii technicznej, prawda? No to wyrywajcie szybko pod sztab batalionu, bo podobno wasza kompania ma dzisiaj jeszcze pojechać do Gdyni…
Komandor porucznik Karol Kopiec obrzucił pokój uważnym spojrzeniem i stwierdził z zadowoleniem, że od rana zmieniło się tu wiele: nawet szyby w oknach były całe, a w wyszabrowanym skądś piecyku płonął ogień. Nie zdejmując płaszcza, siadł za stołem i dopiero wtedy poczuł, jak bardzo jest zmęczony.
Od dłuższego już czasu żył w ciągłym napięciu. Szczególnie trudne były ostatnie dni, od 31 marca, kiedy to, w związku z oswobodzeniem Gdańska, przyszedł rozkaz, aby morski batalion zapasowy wyruszył natychmiast ze swego miejsca postoju we Włocławku na Wybrzeże. Przysłana w tym celu kolumna samochodowa okazała się zbyt skąpa dla ponad 400 ludzi. Trzeba się było rozdzielić. Pozostawił sporą grupę, by uporządkowała sprawy gospodarcze, a sam z trzema niemal pełnymi kompaniami ruszył w drogę. Wyjechali samochodami rankiem 2 kwietnia i przez Toruń, Chełmżę, Grudziądz i Tczew przybyli do płonącego jeszcze Gdańska 3 kwietnia 1945 roku o godzinie piątej rano, czyli znajdowali się tu zaledwie kilka godzin.
Komandor czuł jeszcze w kościach tę drogę, ale od rana nie miał ani chwili wytchnienia. Wojenny komendant Gdańska, generał lejtnant Mikulski, któremu zameldował się zaraz po przyjeździe, zdziwił się nieco na widok polskich marynarskich mundurów, ale wyznaczył natychmiast batalionowi kwatery w stoczni z zadaniem ochrony tego obiektu, jak i przylegającej doń fabryki wagonów. Zapoznał też dowódcę batalionu z sytuacją: w rejonie Gdańska Niemcy trzymali jeszcze Westerplatte i Ostrów, duże zgrupowanie tkwiło na wschód od Gdańska, wzdłuż Zalewu Wiślanego, a i w samym mieście trwały wciąż jeszcze walki z niewielkimi grupami ukrywających się niedobitków; w okolicach Gdyni spore siły wroga zajmowały Oksywie i Hel.
Trzeba więc było natychmiast wystawić posterunki i rozesłać patrole, a także doprowadzić do stanu używalności zdewastowane budynki stoczniowych biur i kreślarni, gdzie kwaterowali. Mieli w tym zakresie doświadczenie. W krótkiej, bo zaczynającej się zaledwie od listopada roku ubiegłego, historii batalionu było to już, po Majdanku, koszarach lubelskich, krótkim postoju w Warszawie i po Włocławku, piąte miejsce postoju. O ich zaradności najlepiej świadczył ogień wesoło buzujący w piecyku.
Komandor Kopiec wrócił właśnie z obchodu powierzonych batalionowi obiektów. Znał zresztą świetnie tę część Stoczni Gdańskiej, a i cały port, jeszcze z czasów przedwojennych, kiedy pierwsze okręty polskiej Marynarki Wojennej, nie mając własnych przystani, zimowały w Wolnym Mieście Gdańsku i dokonywały tu napraw i remontów. Z owego, pobieżnego z konieczności, przeglądu wyniósł dość krzepiące odczucia: zniszczenia w porcie i stoczni nie były tak wielkie, jak wydawało się to na pierwszy rzut oka. Niemcy, zaskoczeni widać szybkimi postępami radzieckiej ofensywy, nie zdążyli dokonać całkowitej dewastacji w swój metodyczny i planowy sposób. Nie ulegało jednak wątpliwości, że niektóre obiekty i urządzenia są na pewno zaminowane…
Te jego rozważania przerwało energiczne pukanie i w drzwiach ukazała się wysoka, tyczkowata postać zastępcy dowódcy batalionu do spraw politycznych, porucznika Henryka Malinowskiego. I po nim widać było zmęczenie.
– Melduję, obywatelu komandorze, że kwatery już przygotowano. Gorzej z aprowizacją…
Dowódca pokiwał głową. Nic nowego, tak było od samych lubelskich początków: zdobywanie kwater, mundurów, butów, sprzętu, nawet ludzi, walka o każdego specjalistę. Wiadomo – wojna, kraj zniszczony, marynarze zaś albo trafili do obozów jenieckich, albo do Anglii. Batalion jednak trzeba było stworzyć. Był nawet rozkaz, żeby wszystkich odnalezionych marynarzy odsyłać z jednostek liniowych do batalionu, ale… najtrudniej było z kadrą. Przyjmowano więc każdego, kto tylko miał kiedykolwiek do czynienia z morzem. W ten sposób trafił tu radziecki oficer handlowej Floty Oceanu Spokojnego, porucznik Robert Mietielica, i drugi, Polak z pochodzenia, także marynarz tamtej floty, major Tadeusz Klimczak. Później, w grudniu, dołączył kapitan Władysław Trzciński i objął funkcję zastępcy dowódcy do spraw morskich, ale oficerów specjalistów wciąż było za mało.
Z oficerami polityczno-wychowawczymi też było nie lepiej. Malinowski, Polak urodzony w Rosji i marynarz czarnomorski, był pierwszy. Zdążył poznać batalion na wskroś, umiał przemówić do każdego, co wcale nie było łatwe, bo trafili tu bardzo rozmaici, często trudni, ludzie. Później przyszli inni: podporucznik Skorek i obaj bracia Doroszewscy, ale porucznik Malinowski wiódł prym nie tylko z racji stanowiska. Teraz przyszedł z konkretnym problemem:
– Trzeba będzie, obywatelu komandorze, porozmawiać z ludźmi, póki czas. Będziemy stali tu, w Gdańsku. Trzeba, żeby marynarze umieli odróżnić, kto z tutejszych dobry, a kto nie… To jest bardzo ważne…
Dowódca milczał. Sprawa, którą poruszył Malinowski, była rzeczywiście istotna, ale na razie widział mnóstwo ważniejszych. Ten pierwszy dzień, a właściwie pierwsze godziny służby, do której przygotowywali się z takim trudem, dowiodły, jak nikłe są ich siły w stosunku do potrzeb i ogromu zadań, jakie tu przed nimi wyrosły. Uprzytomnił sobie teraz, że owo poczucie pewności, którego nabrali w spokojnym i przyjaznym Włocławku, było złudne. To prawda, organizacja bardzo się poprawiła, zdołali ludzi ubrać nawet w marynarskie mundury, ale nadal była ich tylko garstka. Zauważył to, kiedy wystawili pierwsze posterunki i rozesłali patrole. Batalion znikł prawie, a przecież zaciągnęli jedynie służbę wartowniczą w pierwszym odzyskanym porcie… Co by zaś było, gdyby zastali tu jakieś okręty? I co będzie dalej, bo front dotarł już niemal do Odry… Choćby Gdynia: posłał tam zaledwie jedną kompanię – 56 ludzi – bo skąd miał wziąć więcej? I jeszcze ta poranna rozmowa z generałem Mikulskim, wojennym komendantem miasta. Przecież postawił mu do dyspozycji swój batalion, gdyby zaistniała potrzeba szturmu Westerplatte. Jakie mógłby zebrać siły? Dwie kompanie i to wtedy, gdyby zdjął wszystkie posterunki… O ściągnięciu z Gdyni wysłanej tam przed kilku godzinami kompanii technicznej nie ma mowy, bo, po pierwsze, będzie ona tam miała mnóstwo roboty, a po drugie, nie ma z nią jeszcze nawet łączności…
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
