Mina na kursie - Zbigniew Damski - ebook

Mina na kursie ebook

Damski Zbigniew

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W 1945 roku porty w Gdyni i Gdańsku zostały niemal całkowicie zniszczone przez wycofujące się wojska niemieckie oraz działania wojenne. Port w Gdyni był zniszczony w ok. 70% (nabrzeża, falochrony, zatopione statki), a Gdańsk ucierpiał w wyniku walk. Wielkim problemem była obecność min na polskich wodach. W książce autor opisuje pierwszy okres odbudowy polskich portów i tworzenia od zera polskiej floty morskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cja na okładce: GMJ

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18017-8

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozdział I

W wąskim prze­smyku mię­dzy pozba­wio­nym szyb budyn­kiem a ślepą, okop­coną ścianą jakiejś hali zwol­nili kroku. Ten wyż­szy, blon­dyn o chło­pię­cej twa­rzy, w nasu­nię­tej nisko na czoło okrą­głej, mary­nar­skiej czapce, trza­snął zam­kiem pepe­szy:

– „War­sza­wiak”, tędy?

– Chyba tędy…

W mar­twej ciszy zaułka nie­przy­jem­nie zazgrzy­tało pod butami szkło. Szli ostroż­nie, spo­glą­da­jąc ku górze w czarne oczo­doły okien, aż nagle otwarła się przed nimi sze­roka, wolna prze­strzeń por­to­wego nabrzeża.

Przy­sta­nęli obaj, jakby zasko­czeni tym wido­kiem. Dopiero po dłuż­szej chwili blon­dyn prze­su­nął czapkę na tył głowy i wykrztu­sił z tłu­mioną rado­ścią:

– O rany! To my już wresz­cie naprawdę nad morzem…

Ale obraz, jaki roz­ta­czał się przed nimi, wcale nie napa­wał otu­chą. Poskrę­cane żela­stwo, które nie tak dawno jesz­cze było stocz­nio­wymi dźwi­gami, walało się na beto­nie pośród roz­ma­itych blach, skrzy­nek po amu­ni­cji i wszel­kiego śmie­cia. Fron­towa ściana dłu­giej, warsz­ta­to­wej hali leżała w gru­zach, odsła­nia­jąc w swym wnę­trzu szczątki poroz­bi­ja­nych maszyn. Z ole­istej wody basenu wysta­wały nad­bu­dówki i komin zato­pio­nego statku, dalej jakieś maszty i strzępy poszar­pa­nych blach, a nad całym tym mar­twym i bez­lud­nym cmen­ta­rzy­skiem wisiała ciężka woń spa­le­ni­zny.

Ten drugi, star­szy, nazy­wany „War­sza­wia­kiem”, trzeźwo oce­nił sytu­ację:

– I z czego ty się cie­szysz, chło­pie? Widzisz? Jedna ruina. Wła­ści­wie to nie bar­dzo wiem, czego my tutaj mamy pil­no­wać…

Rosły blon­dyn nie słu­chał. Jak zahip­no­ty­zo­wany ruszył ku nabrze­żom. Tam­ten przy­trzy­mał go za pas:

– No i dokąd leziesz? Życie ci nie­miłe?

– Puść! Był prze­cież roz­kaz: „Patro­lo­wać rejon stoczni”.

– To idź. Rosja­nie parę dni temu popę­dzili stąd Niem­ców, oczysz­czają mia­sto z resz­tek, jakie pozo­stały, a ten zgrywa choj­raka… A wiesz ty, ile oni tu, w tym rumo­wi­sku, mogli roz­ma­itego świń­stwa zosta­wić? Ja tam na patrol pójdę dopiero, jak się tędy prze­spa­ce­rują sape­rzy…

A widząc waha­nie na twa­rzy chło­paka, dorzu­cił:

– Nie bój się, roz­kaz wyko­namy! Tu się zame­li­nu­jemy, za tym murem. Stąd wszystko widać jak na dłoni.

Punkt był rze­czy­wi­ście dobry. Mieli w zasięgu wzroku spory szmat zruj­no­wa­nych stocz­nio­wych nabrzeży i basenu. Od strony mia­sta, nad któ­rym wisiały bure dymy poża­rów, niósł się jesz­cze od czasu do czasu grze­chot broni maszy­no­wej.

– Sły­szysz? A podobno szkopy sie­dzą jesz­cze twardo na Wester­platte…

Oczy blon­dyna zaiskrzyły się:

– Na Wester­platte? Ty, to może jesz­cze i my zdą­żymy z nimi powo­jo­wać? Tu się wojna z Pol­ską zaczęła i tu by ich Polacy dobili! Żeby tylko tak jesz­cze mieć okręty…

„War­sza­wiak” przy­glą­dał się chło­pa­kowi przez chwilę spod przy­mru­żo­nych powiek, a potem wes­tchnął:

– Oj, Cie­lepa, Cie­lepa… Szcza­wik ty jesz­cze jesteś. Jak w ogóle dosta­łeś się do bata­lionu?

Tam­ten nastro­szył się:

– A na ochot­nika! I sam wiesz, że to wcale nie było łatwe, bo brali tylko spe­cja­li­stów. Ale dopią­łem swego. Wyro­bi­łem sobie chody przez jed­nego ofi­cera, co kwa­te­ro­wał u nas w Lubli­nie, i przy­jęli…

Zamilkł, jakby odbiegł myślami od tam­tych gru­dnio­wych dni 1944 roku i bara­ków na Maj­danku, gdzie for­mo­wał się z wiel­kim tru­dem 1 Samo­dzielny Mor­ski Bata­lion Zapa­sowy. Mor­ski! Nawet nie dla wszyst­kich star­czyło zwy­czaj­nych, zie­lo­nych mun­du­rów, sam bie­gał na pierw­sze zaję­cia we wła­snym, cywil­nym ubra­niu. Nie­wiele lepiej było póź­niej, kiedy prze­nie­śli się do lubel­skich koszar daw­nego 14 pułku pie­choty, cho­ciaż tam roz­po­częło się już szko­le­nie w mor­skich spe­cjal­no­ściach. Co prawda ich kom­pa­nia tech­niczna uczyła się z początku na rysun­kach i szki­cach, cza­sem oglą­dała jakieś urzą­dze­nia w lubel­skiej elek­trowni, fabryce droż­dży czy cegielni, ale zawsze… Zazdro­ścił tro­chę chło­pa­kom z kom­pa­nii pokła­do­wej bar­dziej „mor­skich” zajęć – sema­fora i robót lino­wych, ale wystar­czyło przejść w szyku przez mia­sto z pio­senką „Pod żaglami Zawi­szy”, żeby w cie­płych, peł­nych uzna­nia spoj­rze­niach prze­chod­niów zapo­mnieć o prze­raź­li­wym zim­nie kosza­ro­wych izb i pusta­wym żołądku. Zresztą na pra­wym skrzy­dle cho­dził zawsze pewien bos­man­mat, który jakimś cudem prze­cho­wał przez te wszyst­kie lata wojny mun­dur, i każdy wie­dział już, że to idą mary­na­rze…

– Bo wiesz – tu Cie­lepa uśmiech­nął się do swo­ich myśli – mnie od małego cią­gnęło na morze. Ćwi­czy­łem, bra­cie, żeby nabrać krzepy, a ile ja ksią­żek o morzu prze­czy­ta­łem! I popatrz, speł­niło się…

„War­sza­wiak” mil­czał. Draż­nił go tro­chę ten wyro­stek, który z cie­płego rodzin­nego domu uciekł do swo­ich marzeń, ale jed­no­cze­śnie na swój spo­sób lubił go wła­śnie za ten jego upór i zapał. Znali się jesz­cze z Lublina, nie było lekko, ale chło­pak ni­gdy się nie uskar­żał. Zawsze i wszę­dzie pchał się pierw­szy, podob­nie jak teraz, kiedy gotów był poleźć w to por­towe rumo­wi­sko, byle bli­żej morza…

Tym­cza­sem na pustych nabrze­żach nie działo się nic, zerwał się tylko wiatr, chłodny i rześki. Pod jego wil­got­nym powie­wem ustą­pił nieco swąd spa­le­ni­zny.

– Od morza – stwier­dził ze znaw­stwem Cie­lepa, ale zaraz zmie­nił ton. Zabrzmiała w nim jakaś roz­bra­ja­jąca szcze­rość, kiedy zapy­tał:

– A powiedz mi ty, „War­sza­wiak”, jak to naprawdę jest na tym morzu? Prze­cież ty spec. Pły­wa­łeś…

Tam­ten dopa­lił kunsz­tow­nie zwi­nię­tego skręta i roz­gniótł nie­do­pa­łek obca­sem. Roz­wa­żał coś, bo odpo­wie­dział dopiero po dłuż­szej chwili:

– Nic z tego, chło­pie, nie do mnie po te wia­do­mo­ści. Ja, widzisz, pły­wa­łem, ale po Wiśle. Teraz ci to mogę powie­dzieć. Zaha­czy­łem się w war­szaw­skiej Żeglu­dze Wiśla­nej, bo tam dawali mocne papiery. Takie, kapu­jesz, że Arbe­it­samt nie cią­gnął na roboty do Nie­miec. Ale co ja się naszu­flo­wa­łem tego węgla!

Cie­lepa patrzył na kolegę sze­roko roz­war­tymi oczyma.

– Więc wszystko, co opo­wia­da­łeś o minow­cach w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym roku i ucieczce z jeniec­kiego trans­portu, to lipa?

– A lipa – spo­koj­nie zgo­dził się „War­sza­wiak”. – Nie chcia­łem ucho­dzić w bata­lio­nie za fra­jera, to i mówiło się to i owo. Sam się zresztą zdzi­wi­łem, jak dosta­łem z RKU ten przy­dział do mary­narki. Widocz­nie pisar­czyk zoba­czył w doku­men­tach stem­pel z Żeglugi. Mia­łem mu robić wykład, że się pomy­lił?

Cie­lepa wybuch­nął śmie­chem:

– Ty to masz łeb! A skąd się nagle wzią­łeś w Lubli­nie?

– Rodzinka ma pod Lubli­nem gospo­darkę i tam mnie wol­ność zastała. – Teraz już „War­sza­wiak” roz­luź­nił się, jakby do końca chciał zrzu­cić jakieś cią­żące mu wspo­mnie­nie. – Pró­bo­wa­łem z powro­tem do domu, ale front sta­nął na Wiśle, a w War­sza­wie powsta­nie. I tak zosta­łem. Nie było źle, póki była robota w polu, a póź­niej wujo, pazerny kmiot, zaczął maru­dzić, że to niby dar­mo­zjada żywi. Powie­dzia­łem mu, co o nim myślę, i posze­dłem do armii. Liczy­łem na to, że się prę­dzej do War­szawy dostanę, a tu ta mary­narka…

Zasę­pił się. Powra­ca­jącą falą napły­nęło wspo­mnie­nie zaśnie­żo­nej, luto­wej drogi, którą wle­kli się z Lublina ku War­sza­wie. Psuły się wozy. Kie­rowcy, któ­rzy czę­sto dopiero uczyli się jeź­dzić, potrze­bo­wali aż 36 godzin, żeby dotrzeć na Pragę. Zakwa­te­ro­wali w szkole na Kęp­nej. Po jakimś cza­sie wypro­sił prze­pustkę. Kiedy wędro­wał w zwar­tym tłu­mie „pon­to­nia­kiem” obok sku­tych lodem rumo­wisk mostu Ponia­tow­skiego, nie mógł w morzu ruin zale­ga­ją­cych tam­ten brzeg Wisły roz­po­znać ani jed­nego zna­jo­mego zarysu. Dła­wiła go wście­kłość i żal. Roz­trą­cał obju­czo­nych tobo­łami ludzi, byle prę­dzej…

Ogrom znisz­czeń pora­ził go dopiero wtedy, kiedy wyrwał się z żywego, ludz­kiego potoku i wkro­czył w zaśnie­żoną pusty­nię Powi­śla. Domu nie było. Mizerna, czyn­szowa kamie­nica roz­sy­pała się w nie­po­kaźną stertę gruzu. Zaduch spa­le­ni­zny, taki sam jak tutaj, na tym por­to­wym nabrzeżu, wciąż jesz­cze wisiał w mroź­nym powie­trzu. Wokół nikogo. Dopiero za chwilę na potrza­ska­nej bra­mie zoba­czył kilka kar­tek. Cie­po­ro­wie zawia­da­miali Gienka, że żyją i są we Wło­chach, maglarka z ofi­cyny pro­siła tych, któ­rzy wie­dzą coś o jej córce, żeby dali znać. Dopi­sał na tej kartce ogryz­kiem ołówka: „Mamo, żyję…” i podał numer poczty polo­wej, ale do tej pory nie przy­szedł żaden list.

Wysoko nad por­tem poja­wiły się trzy klu­cze sztur­mow­ców. Leciały na zachód. Dobie­gły potem stam­tąd, stłu­mione odle­gło­ścią, echa wybu­chów i dud­nie­nie arty­le­ryj­skiej palby.

– To pewno w Gdyni – oży­wił się znów Cie­lepa. – Sły­sza­łem, że na Oksy­wiu Niemcy sie­dzą jesz­cze mocno. Jak myślisz, „War­sza­wiak”, może w Gdyni szkopy zosta­wią jakieś okręty?

– A zosta­wią, zosta­wią! Od razu będziesz mógł wleźć na kapi­tań­ski mostek… Cho­ciaż kto wie? Jak otwo­rzą póź­niej jakieś szkoły, to może i zosta­niesz ofi­ce­rem? Tylko wtedy – zaśmiał się – pamię­taj o mnie! A na razie, żebyś o tym, co ci tu mówi­łem, nie puścił pary z gęby…

– No, co ty! – Cie­lepa zape­rzył się, ale zaraz zmiękł. – Bo wiesz, o tej szkole to i ja myśla­łem. Tylko, widzisz, matury nie mam, zale­d­wie dwie klasy gim­na­zjum na taj­nych kom­ple­tach…

„War­sza­wiak” gwizd­nął:

– Toś ty, chło­pie, i tak uczony! A zresztą wiesz prze­cież, że dziś „nie matura, lecz chęć szczera…”

Prze­rwał, bo nagle od strony zabu­do­wań zatu­po­tały szyb­kie kroki. Cie­lepa wytknął zza muru lufę pepe­szy:

– Stój, kto idzie?!

– Swój, swój… Zmiana, chło­paki! Wy z kom­pa­nii tech­nicz­nej, prawda? No to wyry­waj­cie szybko pod sztab bata­lionu, bo podobno wasza kom­pa­nia ma dzi­siaj jesz­cze poje­chać do Gdyni…

Koman­dor porucz­nik Karol Kopiec obrzu­cił pokój uważ­nym spoj­rze­niem i stwier­dził z zado­wo­le­niem, że od rana zmie­niło się tu wiele: nawet szyby w oknach były całe, a w wysza­bro­wa­nym skądś pie­cyku pło­nął ogień. Nie zdej­mu­jąc płasz­cza, siadł za sto­łem i dopiero wtedy poczuł, jak bar­dzo jest zmę­czony.

Od dłuż­szego już czasu żył w cią­głym napię­ciu. Szcze­gól­nie trudne były ostat­nie dni, od 31 marca, kiedy to, w związku z oswo­bo­dze­niem Gdań­ska, przy­szedł roz­kaz, aby mor­ski bata­lion zapa­sowy wyru­szył natych­miast ze swego miej­sca postoju we Wło­cławku na Wybrzeże. Przy­słana w tym celu kolumna samo­cho­dowa oka­zała się zbyt skąpa dla ponad 400 ludzi. Trzeba się było roz­dzie­lić. Pozo­sta­wił sporą grupę, by upo­rząd­ko­wała sprawy gospo­dar­cze, a sam z trzema nie­mal peł­nymi kom­pa­niami ruszył w drogę. Wyje­chali samo­cho­dami ran­kiem 2 kwiet­nia i przez Toruń, Chełmżę, Gru­dziądz i Tczew przy­byli do pło­ną­cego jesz­cze Gdań­ska 3 kwiet­nia 1945 roku o godzi­nie pią­tej rano, czyli znaj­do­wali się tu zale­d­wie kilka godzin.

Koman­dor czuł jesz­cze w kościach tę drogę, ale od rana nie miał ani chwili wytchnie­nia. Wojenny komen­dant Gdań­ska, gene­rał lejt­nant Mikul­ski, któ­remu zamel­do­wał się zaraz po przy­jeź­dzie, zdzi­wił się nieco na widok pol­skich mary­nar­skich mun­du­rów, ale wyzna­czył natych­miast bata­lio­nowi kwa­tery w stoczni z zada­niem ochrony tego obiektu, jak i przy­le­ga­ją­cej doń fabryki wago­nów. Zapo­znał też dowódcę bata­lionu z sytu­acją: w rejo­nie Gdań­ska Niemcy trzy­mali jesz­cze Wester­platte i Ostrów, duże zgru­po­wa­nie tkwiło na wschód od Gdań­ska, wzdłuż Zalewu Wiśla­nego, a i w samym mie­ście trwały wciąż jesz­cze walki z nie­wiel­kimi gru­pami ukry­wa­ją­cych się nie­do­bit­ków; w oko­li­cach Gdyni spore siły wroga zaj­mo­wały Oksy­wie i Hel.

Trzeba więc było natych­miast wysta­wić poste­runki i roze­słać patrole, a także dopro­wa­dzić do stanu uży­wal­no­ści zde­wa­sto­wane budynki stocz­nio­wych biur i kre­ślarni, gdzie kwa­te­ro­wali. Mieli w tym zakre­sie doświad­cze­nie. W krót­kiej, bo zaczy­na­ją­cej się zale­d­wie od listo­pada roku ubie­głego, histo­rii bata­lionu było to już, po Maj­danku, kosza­rach lubel­skich, krót­kim postoju w War­sza­wie i po Wło­cławku, piąte miej­sce postoju. O ich zarad­no­ści naj­le­piej świad­czył ogień wesoło buzu­jący w pie­cyku.

Koman­dor Kopiec wró­cił wła­śnie z obchodu powie­rzo­nych bata­lio­nowi obiek­tów. Znał zresztą świet­nie tę część Stoczni Gdań­skiej, a i cały port, jesz­cze z cza­sów przed­wo­jen­nych, kiedy pierw­sze okręty pol­skiej Mary­narki Wojen­nej, nie mając wła­snych przy­stani, zimo­wały w Wol­nym Mie­ście Gdań­sku i doko­ny­wały tu napraw i remon­tów. Z owego, pobież­nego z koniecz­no­ści, prze­glądu wyniósł dość krze­piące odczu­cia: znisz­cze­nia w por­cie i stoczni nie były tak wiel­kie, jak wyda­wało się to na pierw­szy rzut oka. Niemcy, zasko­czeni widać szyb­kimi postę­pami radziec­kiej ofen­sywy, nie zdą­żyli doko­nać cał­ko­wi­tej dewa­sta­cji w swój meto­dyczny i pla­nowy spo­sób. Nie ule­gało jed­nak wąt­pli­wo­ści, że nie­które obiekty i urzą­dze­nia są na pewno zami­no­wane…

Te jego roz­wa­ża­nia prze­rwało ener­giczne puka­nie i w drzwiach uka­zała się wysoka, tycz­ko­wata postać zastępcy dowódcy bata­lionu do spraw poli­tycz­nych, porucz­nika Hen­ryka Mali­now­skiego. I po nim widać było zmę­cze­nie.

– Mel­duję, oby­wa­telu koman­do­rze, że kwa­tery już przy­go­to­wano. Gorzej z apro­wi­za­cją…

Dowódca poki­wał głową. Nic nowego, tak było od samych lubel­skich począt­ków: zdo­by­wa­nie kwa­ter, mun­du­rów, butów, sprzętu, nawet ludzi, walka o każ­dego spe­cja­li­stę. Wia­domo – wojna, kraj znisz­czony, mary­na­rze zaś albo tra­fili do obo­zów jeniec­kich, albo do Anglii. Bata­lion jed­nak trzeba było stwo­rzyć. Był nawet roz­kaz, żeby wszyst­kich odna­le­zio­nych mary­na­rzy odsy­łać z jed­no­stek linio­wych do bata­lionu, ale… naj­trud­niej było z kadrą. Przyj­mo­wano więc każ­dego, kto tylko miał kie­dy­kol­wiek do czy­nie­nia z morzem. W ten spo­sób tra­fił tu radziecki ofi­cer han­dlo­wej Floty Oce­anu Spo­koj­nego, porucz­nik Robert Mie­tie­lica, i drugi, Polak z pocho­dze­nia, także mary­narz tam­tej floty, major Tade­usz Klim­czak. Póź­niej, w grud­niu, dołą­czył kapi­tan Wła­dy­sław Trzciń­ski i objął funk­cję zastępcy dowódcy do spraw mor­skich, ale ofi­cerów spe­cja­li­stów wciąż było za mało.

Z ofi­ce­rami poli­tyczno-wycho­waw­czymi też było nie lepiej. Mali­now­ski, Polak uro­dzony w Rosji i mary­narz czar­no­mor­ski, był pierw­szy. Zdą­żył poznać bata­lion na wskroś, umiał prze­mó­wić do każ­dego, co wcale nie było łatwe, bo tra­fili tu bar­dzo roz­ma­ici, czę­sto trudni, ludzie. Póź­niej przy­szli inni: pod­po­rucz­nik Sko­rek i obaj bra­cia Doro­szew­scy, ale porucz­nik Mali­now­ski wiódł prym nie tylko z racji sta­no­wi­ska. Teraz przy­szedł z kon­kret­nym pro­ble­mem:

– Trzeba będzie, oby­wa­telu koman­do­rze, poroz­ma­wiać z ludźmi, póki czas. Będziemy stali tu, w Gdań­sku. Trzeba, żeby mary­na­rze umieli odróż­nić, kto z tutej­szych dobry, a kto nie… To jest bar­dzo ważne…

Dowódca mil­czał. Sprawa, którą poru­szył Mali­now­ski, była rze­czy­wi­ście istotna, ale na razie widział mnó­stwo waż­niej­szych. Ten pierw­szy dzień, a wła­ści­wie pierw­sze godziny służby, do któ­rej przy­go­to­wy­wali się z takim tru­dem, dowio­dły, jak nikłe są ich siły w sto­sunku do potrzeb i ogromu zadań, jakie tu przed nimi wyro­sły. Uprzy­tom­nił sobie teraz, że owo poczu­cie pew­no­ści, któ­rego nabrali w spo­koj­nym i przy­ja­znym Wło­cławku, było złudne. To prawda, orga­ni­za­cja bar­dzo się popra­wiła, zdo­łali ludzi ubrać nawet w mary­nar­skie mun­dury, ale na­dal była ich tylko garstka. Zauwa­żył to, kiedy wysta­wili pierw­sze poste­runki i roze­słali patrole. Bata­lion znikł pra­wie, a prze­cież zacią­gnęli jedy­nie służbę war­tow­ni­czą w pierw­szym odzy­ska­nym por­cie… Co by zaś było, gdyby zastali tu jakieś okręty? I co będzie dalej, bo front dotarł już nie­mal do Odry… Choćby Gdy­nia: posłał tam zale­d­wie jedną kom­pa­nię – 56 ludzi – bo skąd miał wziąć wię­cej? I jesz­cze ta poranna roz­mowa z gene­ra­łem Mikul­skim, wojen­nym komen­dan­tem mia­sta. Prze­cież posta­wił mu do dys­po­zy­cji swój bata­lion, gdyby zaist­niała potrzeba szturmu Wester­platte. Jakie mógłby zebrać siły? Dwie kom­pa­nie i to wtedy, gdyby zdjął wszyst­kie poste­runki… O ścią­gnię­ciu z Gdyni wysła­nej tam przed kilku godzi­nami kom­pa­nii tech­nicz­nej nie ma mowy, bo, po pierw­sze, będzie ona tam miała mnó­stwo roboty, a po dru­gie, nie ma z nią jesz­cze nawet łącz­no­ści…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki