Miłość w czasach niepokoju - ks. Józef Tischner, Joanna Podsadecka  - ebook

Miłość w czasach niepokoju ebook

ks. Józef Tischner, Joanna Podsadecka

4,7

Opis

Nieznane oblicze ks. Józefa Tischnera

Filozof z Łopusznej o miłości mówił mało. Sam kiedyś wyznał: „Byłem analfabetą, jeśli chodzi o wiarę, analfabetą, jeśli chodzi o miłość, dawałem ludziom tylko nadzieję”. Okazuje się jednak, że to nie do końca prawda.

Ta książka to głęboka i wciągająca opowieść o wielkim uczuciu, w której obok góralskich anegdot pojawiają się rozważania nad myślą największych filozofów. Opowieść o wielkiej tajemnicy spotkania.

Duchowość, piękno i dramat miłości

Kiedy chodzę z tym, kogo kocham, nagle ten świat przybiera inny sens. Jest światem nie tylko dla mnie, ale i dla ciebie. Wtedy drzewo, wierzba płacząca, zaczyna mieć druga stronę. Tę, na którą ty patrzysz. Bo ja patrzę jedynie z jednej strony, a ty patrzysz z drugiej. W ten sposób świat nabiera pełni, nabiera wartości, on dopiero wtedy staje się rzeczywistym światem. 
ks. Józef Tischner

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (3 oceny)
2
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Przedmowa

Ta książka w całości poświęcona jest uczuciu, które nas wszystkich nurtuje. Każdemu z nas miłość kiedyś nie dała spać. Każdy z nas ją jakoś tam przegrał. Każdy za nią tęsknił. Każdy o niej marzył. Płakał przez nią. Zakwitał dzięki niej.

Trafia wPaństwa ręce opowieść omiłości według ks. Józefa Tischnera. Zasadnicza część książki to fragmenty nigdy niepublikowanych wykładów zfilozofii człowieka, które głosił wdwóch semestrach roku akademickiego 1993/1994 dla studentów Papieskiej Akademii Teologicznej wKrakowie. Pracowałam na 40 godzinach nagrań, które wydawnictwo otrzymało od ówczesnego kleryka, dziś jezuity. Nie jesteśmy wstanie ustalić, czy pula nagrań jest kompletna, czy ich autor był na wszystkich wykładach we wspomnianym roku akademickim.

Zajęcia zfilozofii człowieka ks. Tischner prowadził od lat siedemdziesiątych minionego wieku. Filozofię wykładał równolegle także na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz wkrakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Choć nazwiska wyjątkowo istotnych dla niego filozofów wciąż powracają, to jednak wykłady na poszczególnych uczelniach mają inną specyfikę. Łączy je to, że zawsze są wnich obecne aktualne fascynacje filozoficzne iliterackie Księdza Profesora, widać też próby dostosowania wywodu do potrzeb słuchaczy. Autor Myślenia według wartości znany był ztego, że poważnie traktował pytania, wątpliwości oraz problemy, zktórymi mierzyli się studenci. Interesowało go to, nad czym rozmyślają.

W roku akademickim 1993/1994 na PAT ks. Tischner był skupiony na zagadnieniu wolności i różnych form zniewolenia. Analizował je na podstawie nie tylko filozofii Hegla, Kierkegaarda czy Heideggera, ale i wybranych wątków z beletrystyki, która zrobiła na nim wielkie wrażenie – chociażby z Idioty czy Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego. Charakteryzował człowieka zaszczutego przez strach, wymieniał też przejawy lęku przed wolnością. Kiedy indziej rozważał, co sprzyja zakorzenianiu się postawy wspaniałomyślnej. Opowiadał studentom z podziwem o filmie Śmierć jak kromka chleba Kazimierza Kutza. Zachwycał się tym, że reżyserowi udało się ukazać funkcję religii w sytuacjach ekstremalnych ‒ takich jak pacyfikacja kopalni Wujek po wprowadzeniu stanu wojennego. Opuściłam (z żalem) wiele wątków, by wyłuskać dla Państwa to, co ks. Tischner powiedział o miłości, bo kiedy słuchałam kilkudziesięciu godzin wykładów z filozofii człowieka, uderzyło mnie, jak wiele czasu poświęcił temu zagadnieniu. Zresztą sam się temu dziwił, bo nigdy wcześniej nie był w tym temacie tak wylewny. To zaskakujące odkrycie o pokaźnym rozmiarze ‒ o czym świadczy objętość tej książki.

Zwykło się powtarzać, że autor Świata ludzkiej nadziei o miłości mówił mało. Powstawały na ten temat analizy dowodzące, że opowiadał o niej niemal zawsze nie wprost – omawiając to wszystko, co do niej prowadzi, co pomaga ją budować. Stąd tak liczne publikacje i wystąpienia na temat wzajemności, spotkania czy bezinteresowności. Wyznał kiedyś: „Byłem analfabetą, jeśli chodzi o wiarę, analfabetą, jeśli chodzi o miłość, dawałem ludziom tylko nadzieję”1. Od lat nurtowało mnie, dlaczego tak wybrał. Z tej książki się ­Państwo tego dowiedzą.

We wspomnianych wykładach Ksiądz Profesor w dużej mierze czerpie z tekstów mistyków: św. Jana od Krzyża i Mistrza Eckharta. Twierdzi, że prawdziwa literatura miłosna skończyła się w XVII wieku, że potem spłaszczano ten wielki temat, wypaczano go. Zastanawia się, jak to jest, że wraz z rozwojem cywilizacji oraz techniki miłość staje się sprawą coraz mniej rozumianą. Odwołuje się często do mistyków, bo uważa, że to właśnie oni mieli najgłębszą i najprawdziwszą intuicję na temat tego, czym ona jest. W Miłości w czasach niepokoju Tischner uświadamia studentom, jakie pułapki i iluzje towarzyszą uczuciom o wysokiej temperaturze. Wspomina o cierpieniu, które bywa udziałem zakochanych. O sytuacjach, gdy oskarżycielem człowieka jest jego własne serce. O trudnościach, dzięki którym czasem miłość nabiera siły. Wiele uwagi poświęca ciemnym nocom miłości, podczas których waży się los relacji dwojga ludzi. Mówi: „Zakochany to ten, który wybiera. Ale wybiera w nocy, »nocy ciemnej«. To znaczy wybiera wtedy, kiedy ukochany czy ukochana milczy”2.

W czasach kolorowanych w Photoshopie coraz częściej poszukujemy narracji nie o bezproblemowym życiu, a takich, w których odnajdziemy swoje wątpliwości, marzenia, lęki, ale i tropy, jak wychodzić z kryzysów. Ksiądz Profesor starał się rozumieć konteksty ludzkich decyzji i zachowań. Dostrzec uwarunkowania, jakim człowiek był poddany; wzorce, które go kształtowały. Podczas jednego z wykładów, który nie wszedł do tej książki, zauważał: „Filozofia człowieka, którą tutaj rozwijamy, patrzy na człowieka jako na uczestnika jakiegoś dramatu. […] Naszym pytaniem jest to: jak musi być zbudowany ten człowiek, żeby dramat mógł go tworzyć, żeby ten dramat, który przechodzi przez człowieka, mógł tego człowieka od wewnątrz albo budować, albo niszczyć?”. Ksiądz Tischner ‒ wiedząc, że każdy z nas nie tylko tworzy dramat, lecz także jest przez dramat tworzony ‒ nie był chętny do ferowania wyroków. Żywił przekonanie, że człowiek to coś więcej niż suma jego błędów. Naprowadzał, nie nakazywał. Pomagał, a nie sądził. Szukał słów, którymi słuchacze poczują się odbudowani. Zadawał pytania, obok których trudno było przejść obojętnie, jak to pamiętne: „Czy mocowałeś się kiedy, drogi Czytelniku, ze swoją własną miłością? Czy odczułeś bezradność, w jaką wtrąca miłość bezsilna?”3.

W Filozofii dramatu sporo miejsca poświęcił błądzącym w żywiole piękna, w żywiole prawdy i w żywiole dobra. Zauważał, że nie zawsze uwodzi nas to, co jest warte uwagi. Że władza pięknych nad oczarowanymi rodzi niebezpieczeństwa, bo bywają przecież atrapy piękna, zło o pociągających kształtach i kłamstwa podszywające się pod prawdy. Żeby łatwiej było je demaskować, Tischner uczył studentów rozpoznawać ludzi zniewolonych i wolnych, dostrzegać, co ­korumpuje wyobraźnię.

Miłość w czasach niepokoju to książka o spotkaniach, które „wydarzają się” mocniej od innych. O spojrzeniach, od których zależy przyszły los dwojga ludzi. O momentach, gdy nieznajomi nagle wydają się sobie dziwnie nieobcy. O rzeczach, których nie da się wytłumaczyć, a czasem się zdarzają. Tischner będzie przekonywał, że właśnie na tym polega moc przeżycia, które zwiastuje miłość, że nijak się nie da go wytłumaczyć, ono zawsze wymyka się opisowi. Powie studentom, że „miłość poznaje się dopiero w ten sposób, jak się patrzy na siebie i widzi się, co miłość z człowiekiem zrobiła”4.

Bardzo istotnym, powracającym w wykładach z filozofii człowieka motywem jest czucie, które wyprzedza rozumienie. Przeczucie – tajemnicze „coś więcej”. Świat dziś uczy nas nie dowierzać uczuciom, choć to przecież głowa kalkuluje, serce nie. Tischner chętnie powtarza, że jest coś „mądrzejsze od mądrości i rozumniejsze od rozumu”. Docenia wagę intuicji w miłości. Chociaż nie sposób dociec, skąd się bierze jej głębia, życie pokazuje, że intuicja pozwala przekroczyć ograniczenia rozumu. Bywa, że rodzice odradzają, a ci dwoje są przekonani, że zostali stworzeni dla siebie. W jakiś tajemny sposób się rozpoznają. Przeczuwają przyszłość. Wydaje im się, że akurat z tym człowiekiem życie będą przeżywać głębiej. Że otwiera się jakaś tylko im przeznaczona droga. Wchodzą w to ‒ czasem na przekór okolicznościom, mimo wszystko. Decydują się iść za głosem niejasnego podszeptu, który jest na tyle silny, że mu ufają, choć go nie rozumieją. W Jak żyć? ks. Tischner pisał: „Sympatię można wytłumaczyć wartościami sympatycznej osoby. Współczucie można wytłumaczyć nieszczęściem cierpiącego człowieka. Miłości nie można niczym wytłumaczyć. Miłość do osoby, do konkretnej, niepowtarzalnej jednostki ludzkiej jest zawsze tajemniczym »czymś więcej« niż wartości danego człowieka. Dlatego stanowi zawsze jakąś łaskę”5. Boża logika jest logiką paradoksu. Paradoks wkrada się w miłość między ludźmi. Niejednokrotnie przecież urażeni zakochani uciekają przed tym, za czym tęsknią. Zrywają kontakt, ale więź pozostaje. Oddalając się, tęsknią za powrotem.

Ksiądz Tischner nie pomijał w swoich rozważaniach kryzysów zrodzonych ze sprzeczności uczuć. W Filozofii dramatu tłumaczył: „Ucieczka nie wyklucza również jakiejś formy tęsknoty za tym, przed kim uciekamy. Bolesne wspomnienie o innym człowieku budzi w nas nie tylko pragnienie odcięcia, ale również pragnienie innego, lepszego spotkania z nim. Uciekający wymazują obraz, lecz tęsknią za dialogiem; zrywają więzy dialogu, ale tęsknią za obrazem. […] ucieczka […] kryje jakiś paradoks: uciekając, zarazem potwierdzam obecność. Im głośniej mówię o potrzebie odejścia, tym dobitniej stwierdzam, że drugi jest. Wypędzeni wracają – wracają we śnie, w marzeniu, we wspomnieniu. Dlatego możemy powiedzieć, że ucieczki są zarazem otwieraniem horyzontów dla ­powtórnych spotkań”6.

Tischner pomaga zrozumieć, gdzie przebiega granica między tęsknotą, która uświadamia, co jest dla nas wartościowe, znaczące, czego nam brak, a tą, która nas niszczy, nie pozwala oderwać się od tego, co było.

***

„Wzorem ludzkiej mądrości są dla mnie ludzie żyjący w pobliżu Boga i natury – prości, zdecydowani, trochę nieufni, ale też niekłamliwi”7 – wyzna kapelan Związku Podhalan. Przy wielu okazjach obficie będzie cytował swoich kolegów z Łopusznej, którzy sprawy na ogół nazywali po imieniu, dosadnie, nie wypierali się swoich błędów, podczas gdy w inteligenckich środowiskach dało się czasem odczuć, że intelektualiści potrafią samym sobie lepiej kłamać, znaleźć przekonujące tłumaczenia, usprawiedliwienia swoich niewierności. W telewizyjnej audycji podzielił się z Alicją Resich-Modlińską taką obserwacją: „Górale popełniają takie same grzechy jak wszyscy inni. Powiedziałbym: może nawet robią to z większą wprawą. Ale jest tam jeszcze trochę wartości, których gdzie indziej nie ma. Oprócz tych grzechów jest jeszcze jakiś ogromny kawał prawdy o człowieku: o jego losie, o jego dramacie i o tym, że honor to jest ważna rzecz”8. Dodawał, że w górach „kapelusz zdejmuje się przed wiernością, na dobre i złe”9. Góralskie pochodzenie zakorzeniło w Tischnerze przekonanie, że dawanie komuś słowa, niełamanie go, to sprawa honoru. Będzie przypominał w swojej działalności publicznej, że wiarygodność budują te słowa, które znajdują potwierdzenie w rzeczywistości, w postawie, jaką przyjmujemy. Podczas jednego z kazań powie: „Słowo żyje jedną kluczową zasadą: nie zdradzić rzeczy. Zasadą słowa jest wierność”10.

Wiele uwagi ks. Tischner poświęcał przestrzeni dramatycznej, jaka rozpościera się między ludźmi, którzy zdecydowali się być ze sobą na dobre i złe. Powtarzał, że miłość jest wciąż ponawianym wyborem i że nie jest prawdą, iż ślubujemy komuś coś, co od nas nie zależy, a to, co jest w naszej mocy. W Przekonać Pana Boga zauważy: „Wymiarem człowieczeństwa, jak powiada Ricoeur, jest to, że człowiek jest jedyną istotą zdolną dać słowo i dotrzymać go. Inaczej mówiąc, jest w stanie podjąć ryzyko wierności”11. Tischner sprawę miłosnej relacji kobiety i mężczyzny widział tak, że decydując się na nią, jedno drugiemu ofiarowuje świat, a więc poszerza swoje rozumienie rzeczywistości. Okazuje się, że więź z ukochaną osobą potrafi nauczyć tego, czego się nigdy nie potrafiło; stworzyć coś, czego samemu nie było się w stanie. „Zauroczony czarem innego człowieka czuje, że oto otwiera się przed nim perspektywa przeżycia jedynej w swoim rodzaju przygody uczestnictwa w samym źródle sensu bycia”12 ‒ napisze.

Bycie w związku, zaufanie drugiej osobie wiąże się z ryzykiem, że ona nadużyje tego zaufania. Ukochany człowiek potrafi nas uchronić przed zagrożeniem, ale – jeśli chce ‒ potrafi też zadać najboleśniejsze rany, bo zna nasze czułe miejsca. Jednak bez podjęcia ryzyka zaufania, odsłonięcia się przed drugim ze swoimi marzeniami, lękami i słabościami, dzielenia ich z nim ‒ nie zbuduje się intymności. Człowiek może mieć później dojmujące poczucie, że coś ważnego go w życiu ominęło. Ksiądz Tischner zwróci uwagę swoim studentom, że w pewnym momencie istotna staje się kwestia: „czy przeżyłem z tą drugą, wybraną osobą to, co trzeba było przeżyć. Bo ona jest dla mnie wcieleniem mojej sprawy z Panem Bogiem”13. To rozpoznanie swojej „sprawy z Panem Bogiem” jest dla Tischnera kluczowym doświadczeniem, dzięki któremu inaczej czyta się sens swoich zaangażowań.

W 1990 roku podczas ślubu znajomej pary z Podhala autor Miłości niemiłowanej mówił: „Macie przyjąć sakrament. Co to jest sakrament? Jak pamiętacie z katechizmu, jest to znak widzialny niewidzialnej łaski. Od tego czasu będzie wam towarzyszyć niewidzialna łaska. Ta łaska będzie waszą siłą i waszym światłem. Tej łaski na co dzień człowiek nie widzi, nie czuje, ale jak popatrzy z dalsza na sprawę, to zobaczy, że ona w życiu jest, że snuje się w życiu człowieka jak ta pieśń. Gdy przychodzą trudne chwile, to łaska Boża pokazuje, co potrafi. Dlatego jedno chcę wam powiedzieć: kiedy przyjdą na was trudne chwile, bo takie chwile zawsze przychodzą, zadajcie sobie pytanie: Jaka jest wola Boża? Czego Bóg tu i teraz ode mnie chce? Czasem tak jest w małżeństwie, że żona pyta sama siebie: »A czego ten mój mąż ode mnie chce?«. Albo mąż pyta: »Czego ta żona ode mnie chce?«. Jak człowiek tak zapyta, to łaska się odezwie. Łaska mu zaśpiewa. Ten śpiew łaski będzie towarzyszył waszemu życiu”14.

Pamiętajmy, że wypowiadał te słowa ksiądz, który napatrzył się w życiu na sytuacje przekraczające granice ludzkiej logiki. Pewnie dlatego powtarzał, że „miłość chce być czymś więcej niż sprawiedliwością”15 i tak wiele miejsca poświęcił w swojej filozofii zagadnieniu bezinteresowności oraz wspaniałomyślności. Wiedział, że dzięki nim człowiek potrafi przekroczyć samego siebie. Więcej: zainspirować innych do takich serdecznych gestów, które samemu się niespodziewanie otrzymało, może w momencie, gdy wydawało się, że nie ma już na nic nadziei. „Prawdziwe dzieje człowieka są dziejami dojrzewania do wspaniałomyślności. […] Wspaniałomyślność miłości polega na tym, że wybiera i uznaje dobro dlatego tylko, że jest dobrem, bez pytania o korzyści. Dlaczego jesteś prawdomówny? Jestem, bo prawdomówność jest dobrem. Dlaczego jesteś miłosierny? Jestem miłosierny, bo jakieś dobro jest narażone na zgubę”16 – napisze w Księdzu na manowcach.

***

Dowodził, że „zdolność do miłości jest struną, na której każdy człowiek wygrywa swoją religię”17. Wielokrotnie porównywał to, co buzuje w człowieku, to, co dzieje się między zakochanymi, a także między człowiekiem i Bogiem, do muzyki. Muzyki, która potrafi wyrazić wszystko, co słowami niewyrażalne, oddać nastroje, na które brakuje słów. „O miłości można w nieskończoność. Pieśń góralska zna każde jej poruszenie, każde załamanie i każdy wzlot, każdą niepewność i każdą z trudem budzoną nadzieję. Miłość błyszczy tu wszystkimi kolorami dnia i nocy. Jest szczęściem i rozpaczą, tęsknotą i oczekiwaniem, dumą i klęską człowieka. Jest siłą, która »zjadaczy chleba w aniołów przerabia«”18 napisze. W twórczości Tischnera znajdujemy liczne metafory odwołujące się do świata dźwięków – jak chociażby ta, że ludzie są niczym rezonujące ze sobą instrumenty. Jak wiadomo – w uprawianiu muzyki bardzo istotna jest uważność na partnera, wsłuchiwanie się w to, co stara się on wyrazić, i adekwatne reagowanie na to. Ksiądz Profesor zwracał uwagę, że muzyka, zagarniając i obejmując tych, którzy jej słuchają, tworzy wspólnotę zasłuchanych. W 1997 roku w Pieniążkowicach na ślubie Bożeny Iwan i Krzysztofa Kowala dowodził, że jedną z jej funkcji jest budowanie nadziei: „Jest taka stara filozofia, która mówi, że jak człowieka opuszcza nadzieja, to powinien iść między ludzi i razem z ludźmi zaśpiewać, bo nadzieja przenosi się przez śpiew, przeskakuje z duszy do duszy wtedy, gdy ludzie razem śpiewają”19.

W 1993 roku ‒ do muzykującej i zaprzyjaźnionej z nim góralskiej pary, Stanisławy Trebuni i Pawła Staszla, która za chwilę przed Bogiem miała sobie przysiąc miłość ‒ ks. Tisch­ner mówił: „Tak się mi widzi, że przychodzicie tu jakby ze środka muzyki, jakby was tu przed ten poroniński ołtarz wiodła na swoich falach jakaś przedziwna muzyka. Co to takiego muzyka? Muzyka przychodzi do nas poprzez słuch, idzie coraz głębiej i głębiej, wydobywa w naszej duszy rozmaite uczucia, łapie te uczucia, nadaje tym uczuciom harmonię. Jak jest cłek wzburzony, to muzyka uspokoi. Jak cłek zbolały, muzyka podniesie na duchu. Jak cłek stropiony, muzyka pokoze mu, jak mo w zyciu stoć. Tymu tyz wielcy ludzie religijni porównywali łaskę Bożą do muzyki, ze łaska Bozo to jak muzyka. Muzyka wchodzi do nasyk i zaprowadzo w nich boski ład. Ale z muzyką jest tak, ze nie ino ją trza w duse przyjąć, ale trza ją wyrazić. Muzykę wyraża się rozmaicie: poprzez śpiew, przez taniec, przez marsz. Człowiek jest przez to artystą, że może zamienić to, co słyszalne, na to, co widzialne. Te boskie nuty, co mu do duszy wpadajo, zamienio na ruch, na życie w modlitwach. Będzie taka modlitwa, że świadczycie przed światem, że Bóg jest miłością. To świadectwo, że Bóg jest miłością, to jest ta zamiana muzyki w ruch. W tej muzyce […] są rozmaite nuty, wierchowe, rozwodne, drobne. Są nuty, co śpiewają o miłości, są nuty, co śpiewają o śmierci. Ale tak mi się widzi, ze wielkość tej muzyki jest w tym, ze ona zawsze gdzieś w tle mo te dwie sprawy: śmierć i miłość. Miłość i śmierć. Pismo Święte mówi: »Mocno jest miłość, mocniejso jako śmierć«. Jest w tej przysiędze takie słowo, co ile razy jo je słyse, to mnie trochę ciarki przechodzą. Tam się mówi: »A juz cie nie opusce az do śmierci«. To jest dziwne, aby w takim dniu Kościół święty przywoływał takie słowo. »Ze cie nie opusce az do śmierci«. Jo myśle, ze jest w tym słowie godność, ze te dwie ludzkie sprawy: miłość i śmierć razem harmonie łączą. Jest to coś przedziwnego. Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym o tym tak otwarcie przy ślubie godoł, ale se myśle, ze powiym, bo cujecie jako tu jest siła, jako jest głębia, ze z miłością to jest gra. Abo zycie, abo śmierć. Abo tak, abo tak. Potem te słowa: »Nie opuscym az do śmierci«. […] Będziecie świadkami, że Bóg jest miłością. Bądźcie zamknięci w tę Bożą muzykę, w ruch, że jak świat spojrzy na was, to będzie wiedział, że wy jesteście solą tej ziemi, wy jesteście światłością świata”20.

W swoich analizach ks. Tischner odwołuje się zarówno do słynnych myślicieli, jak i ludzi gór, w których życiu prawdy zawarte w księgach się weryfikowały. Wyrażanie głębi człowieczych doświadczeń za pomocą muzycznych metafor odsłania jego przenikliwość w widzeniu naszych dramatów oraz szacunek dla mądrości zapisanej w kulturze ludowej. Dla tych przeżyć, które sztuka uwiecznia. „W kulturze ludowej siłą łączącą jest piękno, które należy wyśpiewać. Kultura podhalańska jest w swym rdzeniu kulturą muzyczną. Muzyka ciągnie za sobą słowo, a słowo opisuje życie i świat. Poetyka muzyczna jest jak wiatr, który stwarza przestrzeń dla sensu”21 – uważał autor Myślenia w żywiole piękna. Jego zdaniem „każde Ja nosi ze sobą partyturę wartości, wedle której gra swoje życie”22. Z tej książki dowiedzą się Państwo, dzięki czemu się rzadziej fałszuje.

***

W opracowaniu tekstu zawartego w Miłości w czasach niepokoju redaktorskie ingerencje starano się ograniczyć do minimum, by zachować charakterystyczny styl wypowiedzi ks. Józefa Tischnera. Niemniej jednak, ze względu na to, że tom ten prezentuje wybrane fragmenty wykładów odnoszące się do zagadnienia miłości, w pewnych miejscach ingerencje były konieczne, by uniknąć językowych niezręczności i ułatwić czytelnikom dotarcie do sedna sprawy. Tytuł książki oraz tytuły rozdziałów pochodzą od redakcji.

Pragnę serdecznie podziękować Marianowi i Łukaszowi Tischnerom ‒ za życzliwą współpracę i wszelkie rady. Kazimierzowi Tischnerowi ‒ za niemal codzienne rozmowy, bez których ta książka miałaby inny charakter. Dziękuję nie tylko za Jego radość życia, ale przede wszystkim za to, że tyle pracy, zaangażowania i serca wkłada w pielęgnowanie spuścizny po bracie, by pamięć o pięknie Tischnerowskiego języka, myślenia oraz o sposobie, w jaki przejawiał się w tym świecie, była wciąż żywa.

Joanna Podsadecka

Wzajemne wybranie

Rozmowa Oblubienicy i Oblubieńca z Pieśni nad Pieśniami jest doskonałym symbolem więzi religijnej. Można powiedzieć, że ta rozmowa (bardzo poetycka) jest rozmową o głupstwach, o jakichś wydarzeniach. Jej wielkość polega na tym, że ci, którzy się miłują, wymieniają pomiędzy sobą nie tyle myśli, ile wzajemne wybrania. Ja wybieram, ja jestem wybierany. Oblubieniec wybiera, Oblubienica jest wybierana. Wszystko jedno wtedy, o czym się mówi. Ważne jest to, że się mówi. Jest coś takiego jak paplanina zakochanych. Gdy ktoś inny jej słucha, to łapie się za głowę. Paplanina nie na tym polega, że się wymienia jakieś genialne myśli zaczerpnięte z Kanta, Schopenhauera i Hegla albo z wyżej stojącego, tylko na tym, że ujawnia się subtelna więź pomiędzy ludźmi. Wiemy doskonale, że tej więzi, jeśli ona się utrwali, nie jest w stanie nic naruszyć. Ani trzęsienie ziemi, ani odkrycie jakiejś wady u jednej lub drugiej strony.

Jeden z moich znajomych spotkał dziewczynę. Okazało się, że jest chora na serce. Dla tej dziewczyny choroba serca była źródłem wielkiej tragedii. On ją pokochał niezależnie od jej choroby. Choroba nie tylko nie przerwała ich związku, ale go umocniła. Siła absurdu tutaj nie była siłą niszczącą, wręcz przeciwnie ‒ siłą budującą. Mam nadzieję, że Państwo to widzą, bo to jest bardzo ważne. U Kierkegaarda [w Bojaźni i drżeniu] na razie ta sytuacja wyglądałaby tak, jakby siłą tego związku był absurd. Będziemy drążyć to, co Kierkegaard nazywa absurdem. Zobaczymy, że ten absurd, przy bliższym wejrzeniu, staje się mniej absurdem, niż się na pozór wydaje. Jak to kiedyś Staff napisał:

Bo coś w szaleństwach jest młodości,

Wśród lotu, wichru, skrzydeł szumu,

Co jest mądrzejsze od mądrości

I rozumniejsze od rozumu23.

Otóż w tym pozornym absurdzie jest coś mądrzejszego od mądrości i rozumniejszego od rozumu.

***

Gdyby wcześniej ktoś nam powiedział, że mamy opuścić dom, ponieważ Oblubieniec albo Oblubienica wez­wie, bylibyśmy wstrząśnięci. Na tym polega stosunek absolutny. On jest indywidualny. W religii, podkreśla Kierkegaard, mamy do czynienia właśnie z tym stosunkiem indywidualnym. Kluczem do etyki jest słowo „obowiązek”. Kluczem do religii jest słowo „powołanie”. Obowiązek znaczy: powinienem. W religii w zasadzie kluczem jest zdanie: „Jeżeli chcesz, to możesz”. Wcale nie: powinieneś. Ale: jeżeli chcesz, to możesz. „Czy powinienem ci przynieść kwiaty na imieniny?”. „Nie, nie powinieneś. Ale jeżeli zechcesz, to możesz”. Ten stosunek jest stosunkiem powołania, wezwania, bardzo indywidualnym.

Powiada Kierkegaard, że relacja religijna tym się odznacza, to powołanie tym się odznacza, że nie płaczemy nad Abrahamem [którego Bóg prosi o ofiarę z syna]. Możemy usłyszeć z ust Abrahama: „Nie płaczcie nade mną, płaczcie sami nad sobą”. To są słowa Chrystusa idącego na Golgotę. Kiedy spotyka ludzi płaczących na Jego widok, powiada: „Nie nade Mną płaczcie, lecz nad sobą”. Te słowa są pełne znaczenia, bo jesteście uwikłani w jakieś ambicje, w jakieś relacje. Te relacje was zniewalają. Prawdziwa nędza jest waszą nędzą, a nie moją nędzą, bo idę na śmierć jako istota wolna, a wy zostajecie na ziemi jako istoty zniewolone. Teraz, proszę Państwa, klucz, jeśli chodzi o etykę. Wchodząc w etykę przed doświadczeniem religijnym, mamy świadomość: jestem etyczny dla siebie, ja ‒ bohater tragiczny ‒ jestem etyczny dla siebie. Król, który ofiaruje córkę, jest etyczny dla siebie. Po doświadczeniu Abrahama etyka wraca, ale przyjmuje inną formę: jestem etyczny dla ciebie. Od momentu, w którym młody człowiek spotkał Chrystusa, a Chrystus powiedział mu: „Chowaj przykazania”, młody człowiek wie, ma być dalej etyczny, ale nie dla siebie, tylko dla ciebie. W ten sposób religia jakby strąca z piedestału to dumne, etyczne „ja” bohatera tragicznego. Bohater tragiczny przestaje się pysznić swym bohaterstwem. Jego etyka staje się etyką dla niego. To znowu trochę jak między Oblubienicą a Oblubieńcem. Ja nie kłamałem wcześniej, a potem tym bardziej nie kłamię, bo byłoby to fatalne, gdyby ta, którą kocham, odkryła we mnie takiego padalca, który kłamie. Z całą pewnością kiedyś odkryje, ale lepiej opóźniać to doświadczenie. Proszę zapamiętać ten klucz: etyka dla siebie i etyka dla ciebie.

Człowiek dziełem dramatu

Można porównać człowieka do melodii. Słyszymy śpiewaną albo graną melodię, prawda? Widzimy, że poprzez tę melodię płynie czas. Nie można pomyśleć melodii bez czasu. Kiedy znika czas, znika melodia. Coś podobnego dzieje się z dramatem. Tak jak nie można melodii pomyśleć bez czasu, tak nie można pomyśleć człowieka bez dramatu, w którym bierze udział. Człowiek zachowuje się jakoś w tym dramacie, dramat określa jego zachowanie. Można powiedzieć: człowiek tworzy dramat. Można także powiedzieć odwrotnie: że dramat tworzy człowieka. Będziemy jeszcze nieraz odwoływać się do tej metafory melodii, która określa naturę osoby jako uczestniczki dramatu.

Na czym polega to uczestnictwo w dramacie? Grecy używali na tę sytuację słowa „naśladowanie”. Człowiek, uczestnicząc w dramacie, naśladuje kogoś, coś. Można powiedzieć, że człowiek nie ma tej świadomości, że idzie przez swój dramat taką drogą, po której nikt nie przeszedł. Człowiek ma świadomość, że idzie ścieżkami, które już ktoś przeszedł. No więc na przykład młody człowiek zawiera małżeństwo, zakłada rodzinę. Wie, że są tysiące rodzin na świecie, że nie idzie po tej swojej linii dramatycznej jako pierwszy. Ktoś postanowi zostać duchownym. Również ma tę świadomość, że nie idzie pierwszy. Kiedy Grek przychodził do teatru i patrzył na przykład na historię Edypa, to odczytywał w tej historii samego siebie. Na tym polegało słynne greckie katharsis, że widz, patrząc na to, co się dzieje na scenie, widział swoje własne fatum. Niekoniecznie takie samo. Ale dostrzegał swoje własne spętanie wolności. Coś podobnego jest w tym uczestnictwie w dramacie. Grecy mówili: „naśladowanie”. Ale dobrze jest wiedzieć, co Grecy rozumieli przez naśladowanie. Oni mówili o naśladowaniu wtedy, kiedy na przykład tancerz zamieniał muzykę w taniec. To było dla nich naśladowanie.

Muzyka gra. Czymże jest muzyka? Przede wszystkim jest jakością słuchową, jest systemem dźwięków. Te dźwięki nie mają nic wspólnego z przestrzenią. Muzyka ma swój rytm. Oto teraz przychodzi artysta i zaczyna przekładać dźwięk na ruch, na przestrzeń. I nagle w tańcu można widzieć muzykę.

Potem, kiedy chrześcijanie mówili o naśladowaniu Chrystusa, to nie mieli na uwadze fotokopiowania Chrystusa, tylko tę twórczą czynność przekładu muzyki w ruch. Chociaż dramat jest jakby wspólny, jest podobny, to przekładów jest tyle, ilu ludzi. Tak samo jak nie ma dwóch takich samych rodzin, nie ma dwóch takich samych powołań. Jest bardzo wiele możliwości przekładu muzyki ‒ tego podstawowego dramatu ‒ na życie, na ruch.

Uczestnictwo w dramacie. Na ogół nie zdajemy sobie sprawy z tego, w czym uczestniczymy. Ale nie można powiedzieć, żebyśmy byli tego zupełnie nieświadomi. Nie zwracamy uwagi na to, w czym uczestniczymy. A jednak poruszamy się, zachowujemy się tak, jak dyktuje nasze uczestnictwo. Tancerz w tańcu nie słucha muzyki, nie wsłuchuje się w nią, ale w istocie rzeczy słyszy muzykę. Może śpiewać, może rozmawiać, tańcząc, ale ma świadomość, że porusza się wedle rytmu dyktowanego przez muzykę. I to jest uczestnic­two. Rozróżniamy jakby dwojaką świadomość w człowieku. Świadomość przedmiotową – to, na co kieruje się moja uwaga. I świadomość podmiotową – to, w czym uczestniczę. Państwo uczestniczą teraz w wykładzie, ale nikt z nas o tym nie myśli, tylko myślimy o problemie, który staje przed nami. Mamy przedmiotową świadomość tej sprawy i mamy świadomość podmiotową. Świadomość, która idzie poprzez uczestnictwo. W tej sferze uczestnictwa dokonuje się przekład pewnych treści, w których uczestniczymy, na czyny, na słowa, na zachowania. To jest możliwe tylko i wyłącznie w obszarze osoby. Tego przekładu dokonuje osoba, uczestnicząc w dramacie.

***

Czasem zdarza się, że między kobietą i mężczyzną pojawi się coś takiego jak przekonanie, że oni są dla siebie. Ale rozchodzą się. Jedna strona ma swoje życie, druga strona ma swoje życie. Jednak to jest nie do wymazania. To trwa w nich do końca życia. Jest nie do przekreślenia. To przeświadczenie, że w gruncie rzeczy są dla siebie. Jakby ich Pan Bóg dla siebie stworzył, a nie są ze sobą. Ci ludzie mają często taką prywatną ideologię, która im się wciąż śni.

Był taki film, pewnie za Waszych szczenięcych lat, Noce i dnie. Bohaterka tego filmu miała przekonanie, że w gruncie rzeczy przynależy do kogoś innego, a ten ktoś do niej przynależy. Miała swoje życie, bardzo dobre, bardzo szczęśliwe, a jednak miała też świadomość, że jest nie do końca uszczęśliwiona, jakby zawsze jej czegoś brakowało. Oczywiście ciosała kołki na głowie swojemu mężowi, mąż nie wiedział dlaczego.

Maria Dąbrowska w powieści Noce i dnie ładnie pokazuje, że istnieje jakaś taka prywatna, osobista ideologia. Składają się na nią bardzo głębokie przeżycia określające człowieka od strony tego, co ma i czego nie ma. Jak pożyjecie dłużej na bożym świecie i przyjrzycie się, jak to życie biegnie, jak ludzi łączy i rozłącza, to zobaczycie, że właściwie wszystkie ludzkie dramaty koncentrują się wokół tej sprawy. Jest takie zdanie w Ewangelii: „Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł?”. Można powiedzieć, że bohaterka Nocy i dni poniosła na duszy szkodę. Ta szkoda na duszy szła przez całe jej życie. Autorka pokazuje jednak, że gdyby Barbara Niechcic wyszła za mąż za swą poprzednią miłość, prawdopodobnie jej życie skończyłoby się kompletną katastrofą. Jest jakby podwójna mądrość w życiu człowieka. Ta mądrość dopełnionego dla siebie i mądrość niedopełnionego dla siebie.

***

Spotkanie „na tak” rodzi sytuację wierności rodziny. Kobieta, mężczyzna i ich spotkanie „na tak”. Ale pojawia się potem następna prawda, że między kobietą a mężczyzną jest tak straszna różnica, że się w pale nie mieści. I oto okazuje się, że raz po raz pojawiają się tutaj różnice „na nie”. Inna wrażliwość na świat, inna hierarchia wartości. W ogóle ten, który miał taki pomysł, żeby łączyć te dwie istoty, mężczyznę z kobietą, to miał szczyt dobrego poczucia humoru. Jest to tyle różnic, że w gruncie rzeczy trzeba z nimi nieustannie walczyć. Bardzo często słyszy się, czyta się, że relacja pomiędzy płciami jest relacją jakiejś walki, jakiegoś napięcia. Trzeba walczyć o coś, nie bardzo wiadomo o co. Jakby odzyskiwać coś, co się nieustannie traci. To, co się traci, powraca. Relacja staje się ­niezwykle dynamiczna.

Siła absurdu

Kierkegaard podejmuje w pewnym momencie próbę komentarza do następujących słów Chrystusa z Ewangelii: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści ojca swego i matki, i żony, i dzieci, i braci, i sióstr, a nadto i duszy swojej, nie może być uczniem moim”24. Te słowa są w jakimś stopniu komentarzem do wydarzenia Abrahama. W pewnym stopniu paralelne do tych słów są słowa św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian (7, 29n): „czas krótki jest, nie zostaje nic innego, aby ci, którzy żony mają, stali się jakoby ich nie mieli, a ci, którzy płaczą, jakoby nie płakali, a którzy się weselą, jakoby się nie weselili, a którzy kupują, jakoby nie posiadali, a którzy używają świata tego, jakoby nie używali. Przemija bowiem postać tego świata”.

O co chodzi w tych wszystkich sformułowaniach? Chodzi o to, że w przeżyciu religijnym dokonuje się głęboka zmiana stosunku człowieka do tego, co dla niego najbliższe. Można zatem powiedzieć, że słowa te są komentarzem do przeżycia Abrahama, ponieważ w wyniku tego przeżycia zmienił się jego stosunek do syna. W tych tekstach chodzi nie tylko o stosunek do syna, ale także do innych wartości, które są wartościami najbliższymi. Idąc w głąb, możemy powiedzieć, że zachodzi przemiana w sposobie przeżywania wolności. To wszystko, co tutaj jest napisane, dotyczy bezpośrednio ludzkiej wolności. Ona jest związana z posiadaniem. Wolność jest zawsze wolnością w ramach jakiegoś posiadania. W ramach tego posiadania to, co ja posiadam, posiada również mnie. Jeśli ja posiadam psa, to w jakimś stopniu pies posiada mnie. Jeżeli mąż ma żonę, to żona ma męża. Jeżeli ojciec ma syna, to syn ma ojca. Matka ma dziecko, dziecko ma matkę. Brat ma siostrę, siostra ma brata. Widzimy, że w sferę wolności wchodzi przeżycie posiadania, a posiadanie jest obustronne.

Dochodzimy do bardzo ważnego momentu. Abraham, który idzie z synem na Górę Ofiary, ma syna. Abraham, który wraca z Góry Ofiary, także ma syna, ale to „mieć” ma już trochę inny sens. Na tę przemianę „mieć”, na tę przemianę w łonie ludzkiej wolności, stara się zwrócić uwagę Kierkegaard. Zajrzyjmy zatem do tekstu Kierkegaarda, który nas w szczególny sposób interesuje. Raz jeszcze wyobraźmy sobie Abrahama, który idzie z synem na Górę Ofiary. Abraham, jak powiada Kierkegaard, przechodzi przez przeżycie rezygnacji. Dla przeżycia religijnego przeżycie rezygnacji jest czymś podstawowym. Będziemy jeszcze mieli okazję obserwować bliżej to przeżycie, kiedy będziemy mówić o św. Janie od Krzyża. On starał się szczegółowo opisać rozmaite etapy rezygnacji. Niemniej trzeba podkreślić, że samo przeżycie rezygnacji nie jest jeszcze istotą przeżycia religijnego. Zresztą poczytajmy Kierkegaarda25: „W nieskończonej rezygnacji jest spokój i wypoczynek. Każdy człowiek, który tego pragnie, który nie poniżył się pogardą dla samego siebie, co jest jeszcze gorsze od pychy, może wypracować w sobie możliwość tego wysiłku, który w swym bólu godzi nas z rzeczywistością. Nieskończona rezygnacja to jest ta koszula, o której opowiada stara baśń ludowa. Nić uwita ze łzami, tkanina bielona łzami, koszula uszyta wśród łez, ale mocniejsza od żelaza i stali. Tylko to nie jest dobre w tej baśni, że ktoś trzeci musi przygotować taką koszulę, a tajemnica życia na tym właśnie polega, że każdy musi uszyć ją sam sobie, i znamienne jest to, że mężczyzna może uszyć sobie taką koszulę sam, równie dobrze jak kobieta. W nieskończonej rezygnacji jest spokój i wypoczynek, i pociecha w cierpieniu, oczywiście jeżeli wysiłek dokonany był normalnie. Jednakże łatwo napisałbym całą księgę, gdybym chciał opisać wszystkie nieporozumienia, nawroty do przeszłości, kłamliwe poruszenia, na które się natknąłem w swojej skromnej przecież praktyce. Mało się wierzy w ducha, a przecież taki wysiłek zależy od ducha. Chodzi o to, aby to nie był jednostronny rezultat, dura necessitas, czyli twarda konieczność. A im bardziej ta necessitas jest obecna, tym więcej budzi wątpliwości normalność wysiłku. Jeżeli się chce jednak myśleć, że zimna, jałowa konieczność musi być obecna w takim wysiłku, tym samym się stwierdza, że nikt nie może przeżyć śmierci, zanim naprawdę nie umrze, co zdaje mi się być grubym materializmem. W naszych czasach mało kto się jednak kłopocze o to, by uczynić czysty wysiłek. […]

Czymże jest edukacja? Myślę, że to droga, którą przechodzi pojedynczy człowiek, aby poznać samego siebie; a kto tej drogi nie dopełni, mało wyciągnie korzyści z faktu, że urodził się w najbardziej oświeconej epoce. Nieskończona rezygnacja jest ostatnim stadium poprzedzającym wiarę; kto nie przeszedł przez ten wysiłek, nie może posiąść wiary; dopiero w nieskończonej rezygnacji staje się dla mnie jasna wieczna wartość mojej istoty i wtedy dopiero może być mowa o ogarnięciu egzystencji świata siłą wiary”.

Ten piękny tekst pokazuje pewną drogę życia człowieka. Drogę, która polega na ogołoceniu. W gruncie rzeczy mądrość życia polega nie na tym, że człowiek staje się coraz bogatszy, ale na tym, że jest zdolny do coraz większej rezygnacji. Można powiedzieć, że podstawowe ludzkie doświadczenie poprzedzające wiarę to doświadczenie rezygnowania. Można także dodać do Kierkegaarda taką uwagę, że jeżeli człowiek sam nie nauczy się tej rezygnacji, to tak czy owak życie go tej rezygnacji nauczy. Bo przyjdzie taki moment, że będzie musiał zrezygnować, czyli uwolnić się od tego, co wydawało się dla niego wartością najbliższą.