Miłość u Tiffany’ego - Karen Swan - ebook

Miłość u Tiffany’ego ebook

Swan Karen

4,4

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Romantyczna, ciepła i dowcipna opowieść o spełnieniu, przyjaźni i miłości

Cassie wyszła za mąż zbyt młodo, poślubiając swojego pierwszego prawdziwego chłopaka. Wierzyła naiwnie, że będą razem aż po grób, tymczasem w dziesiątą rocznicę ślubu odkrywa zdradę męża i w jednej chwili jej małżeństwo się rozpada. Cassie zostaje sama, bez pracy i domu.

Choć czuje się boleśnie zraniona i zagubiona, nie zamierza się poddać i postanawia przejąć kontrolę nad swoim życiem. Najpierw jednak musi się dowiedzieć, gdzie jest jej miejsce i kim chce być.

Z pomocą trzech oddanych przyjaciółek ucieka ze szkockiej prowincji, aby zamieszkać kolejno w trzech najbardziej ekscytujących metropoliach świata – Nowym Jorku, Paryżu i Londynie. Czy odnajdzie swoją drogę pośród wielkomiejskich atrakcji, eleganckich strojów i interesujących mężczyzn?

Czy znajdzie miłość jak prezent u Tiffany’ego?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 652

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (268 ocen)
159
74
26
7
2

Popularność




Prolog

Prolog

Kelly Hartford wyjrzała przez okno taksówki i omiotła wzrokiem okolicę w poszukiwaniu czegokolwiek – jeziora, charakterystycznej budowli lub wyjątkowo wysokiego drzewa – co pomogłoby jej się zorientować, czy zmierzają w dobrym kierunku. Od jej ostatniej wizyty minęło dokładnie dziesięć lat i zdążyła już zapomnieć, jak odludne jest odludzie, gdzie mieszka jej przyjaciółka. Przejechali już niemal pięćdziesiąt kilometrów i poza kilkoma niewielkimi gospodarstwami rozsianymi po wrzosowisku nie widzieli żadnego domu ani nie minęli samochodu. Kelly zastanawiała się, jak Cassie to wytrzymuje.

Oślepił ją promień słońca, więc wygrzebała z torby okulary przeciwsłoneczne. Zapomniała też, że latem dni są tu dłuższe. Był koniec sierpnia i dochodziła już dziewiętnasta, a niebo wciąż jaśniało błękitem. Słońce miało się ułożyć do snu i schować za pagórkami dopiero około dwudziestej trzeciej.

Taksówka dojechała do rozwidlenia i skręciła w lewo, w drogę, która zdawała się nie mieć końca. Kelly rozciągnęła kciuki zgodnie ze wskazówkami swojego fizjoterapeuty i wznowiła ekspresowe pisanie SMS-ów. Jednak gdy samochód zaczął podskakiwać na wybojach, musiała przerwać i przytrzymać się zagłówka.

– Jezus Maria – wymamrotała, gdy nadpobudliwe zawieszenie rzuciło nią jak workiem kartofli. – Wygodniej byłoby tu dojechać na wielbłądzie.

Ponury kierowca milczał, ale Kelly wiedziała, że wyboista boczna droga to właśnie charakterystyczny punkt, którego tak wypatrywała. Na wprost dostrzegła kolumny zwieńczone figurkami orłów oraz przycupniętą na granicy posiadłości stróżówkę, której widok oznaczał kres długiej podróży. Wyruszyła dwadzieścia cztery godziny wcześniej – na lotnisku Heathrow musiała się przesiąść na samolot do Edynburga – i marzyła tylko, by przed imprezą wziąć jeszcze prysznic i uciąć sobie regenerującą drzemkę. Wiedziała, że wybierając późniejszy lot, mogłaby nie zdążyć. Gdyby wyleciała z Newark, wylądowałaby trzy godziny wcześniej i miałaby całe popołudnie na wypoczynek oraz rozmowy z przyjaciółkami, ale prawda była taka, że nigdy nie latała z innego lotniska niż JFK. Bebe dostawała szału, próbując dokończyć kolekcję, a kiedy Kelly oświadczyła, że musi ją opuścić i polecieć do Szkocji na imprezę, wyglądała, jakby miała zawał. Do pokazu zostały im zaledwie dwa tygodnie, więc Kelly zwlekała z wyjazdem do ostatniej minuty i wpadła na lotnisko tuż przed zamknięciem bramki, wyposażona tylko w bagaż podręczny.

Wrzosowisko kończyło się nagle tuż przy bramie. Wjechali w aleję wiodącą między sosnami, których igliwie pokrywało ziemię niczym miękki dywan. Taksówka niespiesznie mijała rzędy wysokich rdzawoczerwonych klonów drżących na wietrze, fioletowe różaneczniki i kobierce purpurowej koniczyny. Nagła eksplozja barw świadczyła o tym, że zbliżają się do potężnej rezydencji. Kiedy samochód mijał dwa ogromne, strzegące podjazdu cisy o rozłożystych gałęziach, pomyślała, że dom jest większy niż w jej wspomnieniach. Był też bardziej… różowy. Wybudowany z wydobywanego w okolicy kamienia, w strugach charakterystycznego dla tego regionu deszczu zazwyczaj wydawał się brązowy, jednak tego wieczoru, muskany promieniami sierpniowego słońca, wyglądał, jakby rumienił się z zachwytu. Wysoki budynek wieńczyło sześć ścian szczytowych, przywodzących na myśl spiczasty kapelusz czarownicy. Do drzwi frontowych wiodły kamienne schody, a okna dzieliły ołowiane szprosy. Pośrodku znajdowało się największe z nich – gigantyczne okno panoramiczne, które biegło wzdłuż centralnej fasady budynku, zalewając hol światłem. Stojąc na antresoli, można było przez nie podziwiać zapierający dech w piersi widok na wzgórza Lammermuir. W pobliżu schodów taksówka zwolniła, a Kelly szybko zwiększyła głośność swojego iPhone’a do maksimum, upewniając się, że przekroczywszy próg tej ogromnej rezydencji, nie przegapi żadnego telefonu. Opuściła ramiona, oddalając je o dobre pięć centymetrów od uszu, i wzięła kilka głębokich oddechów jogicznych. Bebe sobie poradzi. Przecież jutro wieczorem Kelly znów wsiądzie do samolotu, a prosto z lotniska pojedzie do biura i będzie tam już około południa. Niektórzy ludzie robią sobie dłuższą przerwę na wizytę w toalecie.

Z holu na dole odezwało się siedem uderzeń starego stojącego zegara. Niemal w tej samej chwili wystrzelił korek od szampana, którym Suzy napełniła kieliszek każdej z nich.

– Na zdrowie! – powiedziała Cassie z uśmiechem i przysiadła na łóżku, podwijając nogi. Jej oczy błyszczały. – Za nas.

Anouk przechyliła głowę.

– Lepiej, żeby twój mąż tego nie słyszał – droczyła się z nią aksamitnym francuskim akcentem. – Prawdę mówiąc, dziś powinniśmy pić za was.

Cassie radośnie wzruszyła ramionami i westchnęła. Oczywiście Anouk miała rację. Świętowali dziesiątą rocznicę związku w czasach, kiedy większość par nie potrafiła wytrzymać ze sobą dwóch lat. Aby to uczcić, urządzili wielką imprezę, równie huczną jak ich wesele (jeśli nie huczniejszą). Choć Cassie była dumna z tego osiągnięcia, jeszcze bardziej cieszyła się, że nareszcie jest okazja, by zgromadzić wokół siebie najlepsze przyjaciółki, rozsiane po odległych zakątkach świata. Wiedziała, że Suzy, Anouk i Kelly spotykają się dość regularnie. Przecież Londyn, Paryż i Nowy Jork leżały na ich stałej trasie – z wizytą w hrabstwie Scottish Borders było już gorzej. Pierwszy raz od czasu jej ślubu udało im się spotkać w tym gronie, oczywiście gdy już dołączyła do nich Kelly.

Cassie patrzyła, jak z drugiego końca łóżka Suzy delikatnie podnosi jasnobłękitne pudło w czekoladowe kropki.

– Ty i Gil możecie się zadowolić szampanem – powiedziała, szczerząc zęby – ale my mamy to.

W pudle znajdowały się cztery spore babeczki ozdobione bladocytrynowym lukrem i białą różą.

– Magnifique – westchnęła Anouk, nachylając się, by podać jedną z nich Cassie.

– O rany, jakie śliczne! – pisnęła Cassie, oglądając jedną z babeczek pod światło. – Wyglądają jak małe króliczki. „Tradycyjne szkockie ciasto dundee nie umywa się do wymyślnych rarytasów, które uwodzą przechodniów z witryn cukierni w eleganckich dzielnicach Londynu”, pomyślała. – Z marakują? – zapytała, rozsypując wokół siebie okruszki.

Suzy skinęła głową.

– Smakuje ci? We współpracy z jedną z cukierni opracowujemy przepis na wesele, które organizuję. Stworzenie idealnej babeczki zajęło nam wieki. Jedne były zbyt gliniaste, innym brakowało kwaskowatości. Ale ta wydaje się udana, prawda?

Cassie potaknęła, z zachwytem przymykając oczy.

– Czy panna młoda jest grzeczna? – zapytała Anouk, opierając się o poduszki i skubiąc swoją babeczkę drobnymi kęskami.

Suzy przewróciła oczami.

– A znasz taką? Do tej pory nie zmieniła zdania tylko w sprawie pana młodego. Ale dajmy jej czas. Do ślubu jeszcze miesiąc.

Anouk potrząsnęła głową i zachichotała.

– Nie wiem, jak ty sobie z tym wszystkim radzisz. Chłoniesz cały ten stres…

Suzy spojrzała na swój zaokrąglony brzuszek.

– Cóż, mogłabym wchłonąć znacznie więcej. Dlaczego moje panny młode gubią przed ślubem co najmniej sześć kilo, podczas gdy ja tylko przybieram na wadze? Przecież to ja biorę na siebie wszystkie uciążliwe obowiązki. Wykłócam się z kwiaciarzami i z właścicielami domów weselnych, użeram z niesłownymi zespołami, naćpanymi DJ-ami i porywczymi pastorami… Rany, z czym to ja nie musiałam sobie radzić! Słowo daję, że to ja powinnam chudnąć.

Cassie westchnęła. Odkąd się znały – to jest od urodzenia – Suzy usilnie pracowała nad tym, żeby się skurczyć. Jako dwunastolatka mierzyła już sto pięćdziesiąt pięć centymetrów i nawet w okresie gdy była najszczuplejsza, miała sportową sylwetkę. Zawsze uważała, że zajmuje za dużo miejsca, i to nastoletnie przekonanie nigdy jej nie opuściło. Dręczyło ją zwłaszcza teraz, kiedy na co dzień miała do czynienia z chudnącymi w oczach przyszłymi pannami młodymi.

Niezależnie od tego, co o swojej wadze myślała Suzy, zdaniem Cassie przyjaciółka była w lepszej formie niż kiedykolwiek. Nie wyglądała na swoje trzydzieści lat. Miała aksamitną cerę, lekko zaróżowione policzki, duże piwne oczy jak u sarenki i cieniowaną fryzurę, dodającą objętości jej cienkim włosom w odcieniu ciemnoblond.

Anouk stanowiła całkowite przeciwieństwo Suzy. Była ciemna, drobna, świadoma swojej urody. Jej grube kasztanowe włosy zostały szykownie ostrzyżone, tak że tworzyły długi, zmierzwiony bob, który podkreślał jej wyraziste kości policzkowe. Miała zgrabny, prosty nos, a jej wydatne wargi były kusząco uwypuklone lekką wadą zgryzu. W porównaniu z Suzy wyglądała na ponad trzydzieści lat, jednak nie ze względu na zmarszczki. Cassie doskonale wiedziała, że w łazience Anouk można znaleźć więcej kosmetyków niż w niejednej drogerii i że praktyki upiększające stosowane przez jej przyjaciółkę zawstydziłyby nawet Kleopatrę. Anouk miała w sobie po prostu wielkomiejską elegancję, która zazwyczaj cechowała kobiety dziesięć, a nawet dwadzieścia lat starsze.

– Wydaje mi się, że przebywanie w miastach wam szkodzi – zganiła przyjaciółki Cassie. – Widzę, że wszystkie macie obsesję na punkcie swojej wagi. Tu nikt się tym nie przejmuje.

– Dlaczego nie? – spytała Anouk. – Czy jest coś złego w dbaniu o siebie?

– Na tym właśnie polega problem. Wy o siebie nie dbacie. Wy się pozbawiacie przyjemności. Głodzicie się na śmierć, próbując osiągnąć idealną wagę, której nie sposób utrzymać. Powinnyście sobie odpuścić i… wcinać babeczki. – Westchnęła, a następnie wetknęła do ust ostatni kawałeczek biszkoptu.

– To takie niesprawiedliwe – mruknęła Suzy. – Ty jesteś naturalnie szczupła. Pociesza mnie tylko to, że Anouk i Kelly przeżywają katusze, żeby nie przytyć.

– Ja nie przeżywam katuszy – nadąsała się Anouk, obrażona, że ktokolwiek mógłby ją posądzić o coś tak nieeleganckiego.

– Doprawdy? Więc jakim cudem za każdym razem, kiedy cię widzę, jesteś coraz drobniejsza?

– Jestem paryżanką, chérie. – Wzruszyła ramionami, jakby to zdanie wszystko wyjaśniało. – Mam to w DNA.

– Ciągle tylko to DNA i DNA…

– Co włożysz na wieczór? – Anouk zapytała Cassie, wciąż skubiąc babeczkę. – Mam nadzieję, że wydałaś majątek na zniewalającą kreację?

Cassie potrząsnęła głową, wiedząc, jaką wywoła konsternację.

– Muszę was rozczarować. W przyszłym tygodniu rozpoczyna się sezon polowań i nawet nie wyściubiłam nosa z kuchni, żeby wszystko przygotować na czas. To, że mieliśmy w tym roku rekordowe zbiory śliwek, też nie pomogło. Musiałam wszystkie zebrać i nasmażyć powideł.

Zniesmaczona Anouk opuściła rękę z babeczką.

– Nie kupiłaś nowej sukienki z powodu śliwek?

– W tym domu przetwory zawsze stawia się na pierwszym miejscu, prawda? – wymamrotała Suzy, przewracając oczami.

Cassie wzruszyła ramionami.

– Od miesiąca nie opuściłam posiadłości – powiedziała, wstając i podchodząc do szafy. – Poza tym Gilowi zawsze podobała się ta czarna aksamitna sukienka, którą kilka lat temu sprawiłam sobie na sylwestra. Miałam ją na sobie tylko trzy albo cztery razy. – Przyłożyła do siebie suknię. Sięgała jej do kolan. Wycięty w łódkę dekolt odsłaniał ramiona, a pośrodku przyszyta była aksamitna róża. – Poza tym to sukienka projektu Laury Ashley!

– Laury… – powtórzyła Anouk, patrząc z przerażeniem na Suzy.

– Wiem, wiem… Na wieszaku nie wygląda zbyt okazale, ale kiedy ją włożę, zobaczycie, że… – Urwała, kiedy poczuła na sobie sceptyczny wzrok Suzy. – Dobra, zaraz ją włożę i same zobaczycie, że nie jest taka zła. – Zrzuciła szlafrok, a w tej samej chwili drzwi otworzyły się na oścież. Kiedy Kelly ujrzała Cassie w poszarzałym elastycznym staniku i obwisłych majtkach, aż rozdziawiła usta.

– Rany boskie, jest gorzej, niż myślałam.

Cassie pisnęła z radości i rzuciła się uściskać przyjaciółkę. Krzywiąc się, Anouk podniosła aksamitną sukienkę.

– Jest dużo gorzej – powiedziała do Kelly, która zerkała na nią znad ramienia Cassie. Cisnęła sukienkę na łóżko i zapaliła papierosa. Suzy nalała szampana do kieliszka i podeszła do przyjaciółek, czekając, aż Cassie wypuści Kelly z objęć.

– Widzę, że nadal nie przeprosiłaś się z kolorami – rzuciła z dezaprobatą, podając Kelly kieliszek i całując ją z czułością. – I schudłaś. Jesteś za chuda.

– Nie ma czegoś takiego jak „za chuda” – wymruczała Anouk, chowając dłoń z papierosem za plecami, żeby ucałować Kelly w policzek.

– Właśnie – zgodziła się Kelly. Wyznawała tę samą teorię co Anouk. Obie były zatwardziałymi singielkami, które nałogowo zajmowały się uwodzeniem. Były nawet do siebie podobne, z tą różnicą, że lśniące ciemne włosy Kelly były zupełnie proste i dłuższe niż włosy Anouk, jej nos nieco bardziej zadarty, a oczy w kształcie migdałów miały orzechowy odcień.

– Wygląda na to, że zjawiłam się w samą porę – powiedziała Kelly, kładąc dłonie na ramionach Cassie i patrząc na nią z przyganą. – Co ty robisz biednej Anouk?

– Nie rozumiem…

– Ona jest Francuzką, Cass. Nie możesz tak po prostu paradować w bieliźnie. Anouk nie jest na to gotowa.

– Ale… ja… – Zacięła się, spoglądając to na swój koszmarny stanik, to na Anouk, która stała z ręką na biodrze i wznosiła oczy do nieba. – Gilowi jakoś to nie przeszkadza! – wypaliła.

– Kochanie, w tej chwili tajemnicą jest dla mnie, jakim cudem udało wam się dobrnąć do dziesiątej rocznicy ślubu. – Kelly upiła łyk szampana. – Na Manhattanie facet już dawno wyrzuciłby cię z łóżka.

– A w Paryżu odwieźliby cię do czubków – powiedziała Anouk przeciągle.

Cassie spojrzała na Suzy, licząc na wsparcie.

– Przykro mi, słońce. – Przyjaciółka wzruszyła ramionami. – Na mnie nie licz. W Londynie też nie zrobiłabyś furory.

– Jesteście okropne – oburzyła się Cassie, schylając się po leżący na ziemi szlafrok frotté. – Zapomniałam, jakie z was despotki. Nie wiem, jak faceci z wami wytrzymują.

Nienawidziła, gdy tak na nią naskakiwały. Może i mieszkały w różnych krajach i wychowywały się w różnych kulturach, ale Cassie miała wrażenie, że „elegancja” stanowiła międzynarodowy język, który jednoczył jej szykowne, wielkomiejskie przyjaciółki. Na co dzień ich życie wyglądało zupełnie inaczej: Kelly miała firmę zajmującą się PR-em w branży mody z siedzibą na Manhattanie, Suzy była przebojową organizatorką ślubów w Londynie, a paryżanka Anouk rozchwytywaną projektantką biżuterii. Nie sprzedawała jej w butikach, a nowych klientów przyjmowała pod warunkiem polecenia ich co najmniej przez trzech stałych nabywców. A jednak wszystkie trzy wciąż używały takiego samego, cudownego kremu nawilżającego, miały takie same torebki od Balenciagi, prasę czytały z iPada i nosiły identyczne, zmniejszające pupę dżinsy z metką MiH.

– Wyluzuj… Przecież nie jestem ani zaskoczona, ani nawet zawiedziona – powiedziała Kelly, mrugając, po czym otworzyła torbę podróżną i wyjęła z niej pakunek owinięty w bladoróżową bibułę. – Tak się składa, że mam dla ciebie mały prezent.

Cassie ostrożnie wzięła zawiniątko, niepewna tego, co znajdzie w środku. Z papieru wyślizgnęła się grafitowa jedwabna suknia.

– Jaka cudna koszula nocna! – zawołała, muskając materiał dłonią i nagle zapomniała o kąśliwych uwagach przyjaciółek.

Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem.

– Mam ją włożyć dziś w nocy? – zapytała kokieteryjnie, przykładając ją do siebie.

– Oczywiście, że tak – zaśmiała się Kelly. – Ale nie myśl sobie, że będziesz w niej spać. Włożysz ją na przyjęcie. To nie koszula nocna!

– Jak to? – Cassie była przerażona. – Przecież ona jest taka… kusa. – Gil będzie zażenowany, jeśli…

– Wręcz przeciwnie. Gil będzie zachwycony tym, że jego żona wygląda tak ponętnie – zapewniła ją Anouk. – Włóż ją.

Wiedząc, że nie ma tu nic do gadania, Cassie wciągnęła sukienkę przez głowę. Jedwab rozkosznie otulił jej skórę. Dopiero teraz tuż nad biodrami zauważyła koronkowe wstawki w kształcie półksiężyca – drobny, ale niezwykle seksowny szczegół.

– Boska! – westchnęła Suzy.

– Z nowej kolekcji? – Anouk zwróciła się do Kelly, która skinęła głową.

– Projekt Bebe Washington. Za kilka tygodni na wybiegu zaprezentuje ją Gisele.

– Chcę taką! – zamruczała Anouk.

– I dostaniesz. Szykuje się jakaś specjalna okazja? – zapytała Kelly.

– O tak – odparła Anouk, nie wchodząc jednak w szczegóły.

Cassie nie mogła oderwać wzroku od swojego odbicia. Wyglądała tak… inaczej. Właściwie w ogóle nie przypominała siebie. Mimo zapewnień ze strony przyjaciółek nie wiedziała, co powiedziałby na to Gil. Spojrzała na zegar. Dziewiętnasta trzydzieści. Na zewnątrz zaczął już grać dudziarz, który przechadzając się po trawniku, przywoływał gości do posiadłości Lammermuir.

Zastanowiła się, czy Wiz zdoła przybyć nieco wcześniej. Obiecała, że się postara. Wiz powiedziałaby jej szczerze, co o tym wszystkim myśli. Jest w końcu najbliższą przyjaciółką, jaką ma tu, na miejscu, jej towarzyszką, powierniczką i opoką. Wzięła Cassie pod swoje skrzydła, gdy ta pojawiła się w Szkocji jako niespełna dwudziestojednolatka i pierwszy raz znalazła się poza klimatyzowanymi pomieszczeniami w Hongkongu, gdzie dotąd mieszkała. Nie miała wtedy zielonego pojęcia o uprawie ziemi ani polowaniu na kuropatwy.

Spojrzała na przyjaciółki, które siedziały w kręgu na podłodze i przyglądały się stercie butów, które Anouk wysypała ze swoich licznych toreb. O ich przyjaźni postanowiono, zanim się urodziły. Ich ojcowie byli dyrektorami międzynarodowego koncernu kosmetycznego Neroli. Tata Kelly zarządzał oddziałem amerykańskim, którego placówka mieściła się w Nowym Jorku, pod kontrolą ojca Anouk znajdował się oddział europejski – nie licząc Wielkiej Brytanii – z siedzibą w Paryżu. Tata Suzy zarządzał brytyjską gałęzią z Londynu, a ojciec Cassie nadzorował rynek azjatycki z Hongkongu. Matki dziewczynek przyjaźniły się jeszcze przed ich narodzinami. Towarzyszyły mężom w podróżach i gdy oni brali udział w walnych zgromadzeniach lub konferencjach, kobiety spotykały się na kawie i zakupach. Kiedy w tym samym roku urodziły się im córeczki – co z pewnością starannie zaplanowały – oprócz kołysek, grzechotek i niań przekazały im także przyjaźń. Rodzice nawet się nie zdziwili, kiedy w wieku trzynastu lat dziewczynki zażądały, by wysłano je do tej samej szkoły z internatem w Anglii, gdzie wspólnie spędziły pięć cudownych lat. Były sobie bliskie niczym siostry – spały w tym samym pokoju, grały w tej samej drużynie hokeja na trawie i szalały za tymi samymi chłopakami… dopóki Cassie wszystkiego nie zepsuła.

Może słowo „zepsuła” było ostre, ale zawsze miała wrażenie, że wychodząc za Gila w tak młodym wieku, rozbiła ich paczkę. Poznała go na bankiecie w Londynie, gdzie zrobił na niej ogromne wrażenie – nie tylko z powodu niezwykłej pewności siebie i inteligencji, ale przede wszystkim mocnego głosu i delikatnie szkockiego akcentu. Dla tego głosu zrobiłaby wszystko. To on sprawił, że oddała Gilowi dziewictwo, oddaliła się od przyjaciółek i czekała na upragnione dziecko…

Rozległo się pukanie do drzwi.

– Cassie? – O wilku mowa. Na twarzy Cassie odmalowała się panika. Nie mógł jej zobaczyć w takim stanie, ubranej w kusą koszulę nocną narzuconą na spraną bieliznę, bez makijażu.

Dziewczyny musiały pomyśleć to samo, ponieważ w chwili kiedy Gil zajrzał do pokoju, zerwały się z podłogi i otoczyły ją ciasnym wianuszkiem. Mężczyzna obrzucił spojrzeniem pokój, który wyglądał tak, jakby przeszło przez niego tornado. Na podłodze leżało puste pudełko po ciastkach, stały w połowie opróżnione butelki szampana i sterta butów, na łóżku rozłożone były sukienki, a pośrodku tego wszystkiego grupka kobiet, z których dwie miały na sobie identyczne frotowe szlafroki i turbany.

– Wiedziałem, że znajdę was w jednym pokoju. To przecież nie do pomyślenia, że mogłybyście się szykować na przyjęcie we własnych sypialniach – rzucił ironicznie.

Kiedy z ulgą stwierdził, że wszystkie kobiety są ubrane, wszedł do środka. Był już gotowy na przyjęcie. Miał na sobie butelkowozieloną aksamitną marynarkę smokingową i spodnie z tkaniny we wzór klanowego tartanu. Jego ostre rysy, które sprawiały, że niezwykle groźnie wyglądał w tradycyjnym stroju prawnika, złagodniały w oczekiwaniu na wieczorne atrakcje.

– Umieściłeś mnie w Pokoju Wróżek, Gil – oznajmiła Suzy oskarżycielskim tonem, opierając ręce na biodrach. – Dobrze wiem, że ta sypialnia jest nawiedzona. W czasie waszej nocy poślubnej nie tylko wy nie zmrużyliście oka.

Gil zaśmiał się cicho, odczytując aluzję. Tamtego wieczoru dziewczyny zainstalowały w ich sypialni rurę do tańca.

– Szkoda, że Archie nie dał rady przyjechać. Chętnie bym go zobaczył.

– On żałuje dużo bardziej – odparła Suzy w imieniu nieobecnego męża. – Wyścigi wielbłądów w towarzystwie klientów w Abu Zabi nie są jego ulubioną rozrywką. Biedny chłopak jest przerażony. Musiałam mu dać leki uspokajające, które trzymam pod ręką dla moich spanikowanych panien młodych.

Gil zarechotał i spojrzał na Kelly, która od stóp do głów odziana była w czerń i jako jedyna nie wyglądała jak klientka ekskluzywnego spa.

– Jak minął lot, Kelly?

– Standardowo… Rozhisteryzowana supermodelka przede mną, zalany współpasażer śpiący na moim ramieniu i agresywna stewardesa – powiedziała cierpko.

Gil przyjrzał się kobietom zgromadzonym wokół Cassie tak ciasno, że widać było tylko jej blond loki.

– Czemu tak stoicie wokół mojej żony? – zapytał podejrzliwie. – Mam nadzieję, że niczego jej nie zrobiłyście?

– Nie. Po prostu pomagamy jej się wyszykować – odparła Suzy błyskawicznie.

– Wygląda to tak, jakby Cassie była pijana w sztok i nie mogła ustać na nogach.

– Non! – powiedziała Anouk.

– Jeszcze nie możesz jej zobaczyć. To przynosi pecha – wyjaśniła Kelly.

– Pecha przynosi ujrzenie panny młodej w sukni ślubnej – odparł, ściągając brwi – a nie żony przed imprezą rocznicową dziesięć lat później.

– E tam, jak zwał, tak zwał – nie poddawała się Kelly, a Gil wyszczerzył się w uśmiechu.

– Dobra – odpuścił, unosząc ręce w geście kapitulacji. Wspiął się na palce, próbując dojrzeć żonę. – Kochanie, chciałem tylko powiedzieć, że zaczynają się już zjeżdżać goście.

Cassie skinęła głową zza pleców przyjaciółek.

– Daj mi dziesięć minut.

– Mhm – wymruczał znacząco, wycofując się z pokoju. – Chciałbym to zobaczyć. – Zamknął za sobą drzwi, za którymi natychmiast rozległy się pospieszne dźwięki rozpinanych suwaków, trzaskających drzwi szafy i wody odkręcanej pod prysznicem. Gil wiedział, że zajmie to co najmniej pół godziny.

Kiedy Kelly wyszła spod prysznica, Cassie nadal przyglądała się sobie w lustrze.

– W tej kiecce widać mi majtki – syknęła w panice. Wiedziała, że dziewczyny zmuszą ją, by włożyła tę sukienkę, i że Gil nie będzie nią zachwycony. Dziewczyny także o tym wiedziały. W przeciwnym wypadku po co by ją przed nim ukrywały?

– To ich nie wkładaj – dobiegł ją głos Anouk stojącej po przeciwnej stronie pokoju z kredką do oczu.

Cassie spojrzała na nią ze zgrozą.

– Pomyślałam i o tym – powiedziała Kelly, po czym podeszła do torby i rzuciła na łóżko plastikową paczuszkę. – Cieliste.

Cassie podniosła opakowanie.

– Bielizna modelująca? A po co mi to?

Przyjaciółki przewróciły oczami.

– Po to żebyś nie wyglądała jak serdel w śpiworze – odparła Suzy. – Te majtki likwidują wałki tłuszczu i wygładzają figurę tak, żeby sukienka ładnie się układała. Każę je wkładać wszystkim pannom młodym, które mają suknie cięte po skosie.

– Jakie masz buty? – zapytała Kelly takim tonem, jakby już obawiała się odpowiedzi. – Tylko nie mów, że czółenka, proszę…

– Mam śliczne niewysokie kaczuszki, które w poprzednie święta kupiłam na wyprzedaży w L.K. Bennett. – Zapadła głucha cisza. – No co? To moje najlepsze buty.

Anouk westchnęła i podeszła do usypanego pośrodku pokoju stosu. Wybrała złote louboutiny z paseczkiem i dziesięciocentymetrową szpilką.

– Przymierz. Mamy ten sam rozmiar.

– Chyba żartujesz. Przez cały rok nie noszę wyższych butów niż kalosze. Nie możesz ode mnie oczekiwać, że zejdę w nich po schodach. Będę musiała zjechać po poręczy.

– Cóż, mus to mus… – Anouk wzruszyła ramionami.

Cassie westchnęła i wsunęła buty, dzięki czemu urosła do stu osiemdziesięciu centymetrów. Musiała przyznać, że z sukienką, którą miała na sobie, wyglądały zabójczo i były zdecydowanie wygodniejsze, niż sądziła. Ale nie wiedziała, co się stanie, jeśli spróbuje zrobić krok. Nagle coś sobie przypomniała…

– Pamiętacie, że pod koniec przyjęcia odbędą się tradycyjne tańce? Będziemy wirować na parkiecie, więc mam nadzieję, że zabrałyście jakieś rozsądne buty.

– Nie ma czegoś takiego – oznajmiły Anouk i Kelly równocześnie.

– Kochanie, dziś zamierzam wirować tylko od alkoholu – odparła Suzy, próbując naciągnąć na siebie sukienkę i wywołując u wszystkich, łącznie z Cassie, atak śmiechu.

Czterdzieści pięć minut później cztery kobiety zeszły po krętych schodach, trzymając się pod ręce. Nawet Cassie dostrzegła spojrzenia, jakimi je obrzucono. Nikt z jej przyjaciół – a właściwie przyjaciół Gila – nie widział jej w takim stroju. Czuła się wspaniale. Anouk zaplotła z przodu jej miodowe włosy w greckim stylu, tak że reszta ciężkimi falami opadała jej na plecy. Suzy obramowała jej duże niebieskie oczy złotobrązowym cieniem i nałożyła matową pomadkę na jej szerokie wargi, zawsze uniesione w uśmiechu.

Przyjaciółki cofnęły się o krok i podziwiały swoje dzieło. Nie przypominała kobiety, która o drugiej po południu w kwiatowych ogrodniczkach i wygryzionym przez mole wełnianym swetrze męża wkopywała w ogródku trzydzieści krzaków malin. Wiedziała, że wygląda dobrze, ale to, co prezentowało się świetnie na paryskich wybiegach i nowojorskich przyjęciach, nie do końca sprawdzało się na polowaniu w Szkocji. Zarówno Gil, jak i jego przyjaciele byli od niej o dziesięć lat starsi. Czy wyglądała… odpowiednio? Rozejrzała się nerwowo z nadzieją, że zanim jej oczy spotkają się z oczami męża, ujrzy Wiz.

Cassie nie widziała ani jej, ani jego, zauważyła jednak, że wszyscy są zachwyceni jej sukienką. Kiedy zeszły na parter, otoczyła ją grupa wyperfumowanych gości i szybko straciła z oczu przyjaciółki.

– Witajcie… Wspaniale, że przyjechaliście… Dziękuję… Halo, halo! Co u ciebie…? Tak się cieszę, że udało wam się dotrzeć… Naprawdę? Ty też wyglądasz kwitnąco… Pogoda nam się udała, prawda? Dziękujemy za przybycie…

Po pierwszym oszołomieniu, kiedy zarośnięty mężczyzna, którego broda pasowała do futrzanej torebki przy jego kilcie, podał jej kieliszek, rozmowy wróciły na znany jej tor, czyli „tę paskudną elektrownię wiatrową” wybudowaną przez księcia Lussa na sąsiadującej posesji.

Rozejrzała się dyskretnie po pomieszczeniu. Na antresoli grał kwartet smyczkowy. Mężczyźni mieli na sobie tradycyjne spodnie w kratę lub kilty, a niektórzy także tradycyjne torebki sporran zdobione końskim włosiem sięgającym aż krawędzi kiltu. Kobiety wyglądały równie elegancko w długich sukniach i rodzinnych klejnotach. Były naprawdę olśniewające, ale gdy Cassie zauważyła, że zerkają na jej modne, wielkomiejskie przyjaciółki – Anouk w koralowej sukni spływającej kaskadą jedwabnych plis, Suzy w etnicznej kreacji ozdobionej misternymi złotymi paciorkami i Kelly w dopasowanej satynowej sukience – zrozumiała, że tutejsze bywające na przyjęciach wielkie damy zawsze wyglądają tak samo.

„Zupełnie tak jak ten dom”, pomyślała. Były zasklepione, skrępowane tradycją. Hol jak zwykle prezentował się imponująco – nawet bukiet stokrotek w imbryku wyglądałby niezwykle dostojnie w tym okazałym wnętrzu – jednak była pewna, że wyglądał dokładnie tak samo podczas każdego przyjęcia, jakie zorganizowano tu w ciągu ostatnich dwustu lat.

Żyrandole z poroża połyskiwały płomieniem świec, a wokół srogich rodzinnych portretów udrapowano gęste pędy bluszczu. Nieco wyblakłe ceremonialne chorągwie wetknięto w mosiężne uchwyty na ścianie, a potężny kamienny kominek wypełniony był mnóstwem ogrodowych kwiatów i ostem – tego dnia było zbyt ciepło, by rozpalić ogień. Tylko jaskrawoczerwone balony z napisem „Mamy dziesięć lat” przywiązane do balustrady między tralkami świadczyły o tym, że to Cassie jest panią tego domu, a nie jej przerażająca teściowa czy kobiety w złoconych ramach, ponurym wzrokiem lustrujące ze ścian przybyłych gości.

Po drugiej stronie pokoju widziała, że dziewczyny – nierozłączne jak papużki – dorwały Wiz pierwsze. Wiz, znana oficjalnie jako lady Louisa Arbuthnott, była poważaną córką lorda Valentine’a, pierwszego przewodniczącego krajowego sądu apelacyjnego. Była także najbliższą przyjaciółką Cassie i jedną z najlepiej ustosunkowanych kobiet w Edynburgu. Wciąż bywała na tego typu przyjęciach. Elektrownie wiatrowe, przetrzebiona populacja kuropatw, zarastanie szkockich torfowisk – potrafiła zajmująco mówić na każdy temat. Nic jej nie peszyło. Nikt jej nie nudził. Wszyscy ją uwielbiali.

Ubrana była w szykowną oliwkową jedwabną suknię o greckim kroju, a jej szyję zdobił sznur czarnych pereł. Kasztanowate włosy upięła w niski kok tuż nad karkiem. Była jedyną kobietą na przyjęciu, która mogła się równać z przyjaciółkami Cassie w kwestii stylu. Czuła się równie swobodnie w mieście jak na wsi, a także jako starszy partner w firmie McMaster & Mathieson, największej edynburskiej kancelarii prawnej specjalizującej się w rozwodach. W butiku Harvey Nicks miała osobistą stylistkę, która odkładała dla niej najpiękniejsze elementy kolekcji od cenionych projektantów.

Odrzuciła głowę i roześmiała się z czegoś, co powiedziała Kelly. Wszystkie przyjaciółki się uśmiechały, jednak Cassie bez trudu dostrzegła ich mowę ciała i najdrobniejsze gesty. Ścisnęło ją w brzuchu – oczy Anouk lekko się zwęziły, Suzy uśmiechała się nieco zbyt szeroko, a Kelly miała zbyt nisko opuszczoną brodę. Chociaż dziewczyny nigdy się do tego nie przyznały, między nimi wisiało niewypowiedziane napięcie, a może nawet zazdrość o jej przyjaźń z Wiz.

Cassie wiedziała, że za wszelką cenę próbują podtrzymać z nią kontakt. Regularnie rozmawiały przez telefon i wysyłały sobie e-maile. Zmusiły ją też do aktualizowania statusu na Facebooku, jednak po codwutygodniowych wpisach w stylu „Cassie Fraser… pije herbatę, siedzi przed komputerem, nudzi się”, błagały, by dała sobie spokój. Już to, że nigdy wcześniej nie widziała bielizny modelującej i była przekonana, iż sandały gladiatorki ostatni raz były modne w starożytnym Rzymie, świadczyło o tym, w jak innym świecie żyje. Może i przyjaźniły się od lat, ale teraz ich życie wyglądało zupełnie inaczej. Prawda była taka, że obecnie to Wiz znała ją najlepiej. Kiedy cztery lata wcześniej zmarł ukochany ojciec Cassie, Wiz zafundowała jej lot do Hongkongu, żeby przez kilka miesięcy mogła pobyć z matką. Cassie nie pozostawała jej dłużna i kiedy Sholto, mąż Wiz, odszedł od niej, gdy była w piątym miesiącu ciąży i nosiła w brzuchu ich syna Rory’ego, to Cassie chodziła z nią do szkoły rodzenia, trzymała ją za rękę podczas porodu i została zaangażowaną matką chrzestną.

Niemal przez dziesięć lat te dwa osobne nurty przyjaźni płynęły w idealnej harmonii, ponieważ nigdy na siebie nie nachodziły. Tego wieczoru po raz pierwszy spotkały się w takim gronie.

Tłumacząc się obowiązkami gospodyni, próbowała dołączyć do dziewcząt, lecz jej olśniewająca suknia wzbudzała taki entuzjazm, że z grzeczności musiała wysłuchiwać komplementów, przez co droga do przyjaciółek przypominała brnięcie przez błoto. Gdy w końcu udało jej się chwycić Suzy za rękę, Wiz już przy nich nie było.

– Gdzie ona jest? – zapytała zawiedzionym tonem. Rozpaczliwie potrzebowała jej opinii o swojej sukience. Gil wciąż pochłonięty był rozmową w jakiejś grupce poza zasięgiem jej wzroku.

– Powiedziała, że musi zadzwonić do jakiejś Marthy.

Cassie skinęła głową.

– To jej opiekunka do dziecka.

– Aha. Poszła do gabinetu.

– Dzięki. Zaraz wracam – powiedziała, nerwowo wycierając dłonie o uda. Przecisnęła się przez tłum, starając się nie podnosić wzroku. – Przepraszam, telefon… Przepraszam… Zaraz wracam…

Drzwi od gabinetu były uchylone i słyszała przez nie kojący głos Wiz, która mówiła dobranoc Rory’emu.

– Kocham cię, maleństwo – usłyszała. – Bądź dobry dla Marthy, dobrze?

Cassie uśmiechnęła się i zatrzymała przed drzwiami, nie chcąc jej przeszkadzać. Rory miał trzy lata i dopiero zaczął chodzić do przedszkola, jednak lista jego kontaktów była o wiele dłuższa niż lista znajomych Cassie, która często żartowała, że łatwiej byłoby jej umówić się na audiencję u papieża niż na zabawę z Rorym. Jeśli nie był właśnie na fitnessie dla dzieci, można go było znaleźć na jodze, zajęciach z francuskiego, treningu piłki nożnej dla maluchów lub drzemiącego w łóżeczku. Cassie czytała artykuły o tym, że współcześni rodzice często obciążają swoje dzieci zbyt dużą liczbą zajęć, ale nikt nigdy nie wspominał o innym dylemacie współczesnego świata – przejętych swoją rolą rodzicach chrzestnych, którzy za wszelką cenę próbują znaleźć miejsce w życiu chrześniaka.

Oparła się o framugę i przejechała palcami po granatowo-zielonej tapecie w tradycyjną szkocką kratę.

– Pamiętaj, żeby umyć zęby. Martha mówiła, że na deser dostałeś lody…

Cassie odwróciła się w stronę korytarza. Obserwowała kelnerów przechadzających się z tacami pełnymi kieliszków oraz raczących się szampanem gości. Tego wieczoru nikomu nie przyszło do głowy, że mógłby zrobić coś tak niestosownego, jak upicie się.

– Poczekaj, tatuś chce ci powiedzieć dobranoc…

Co? Cassie się wyprostowała, a w uszach słyszała szum własnej krwi. Sholto tu jest? Pokręciła głową. Przecież Wiz nie miała z nim kontaktu, odkąd mąż porzucił ją niemal cztery lata temu. Gil na pewno by go nie zaprosił. Dobrze wiedział, jak oszukana i upokorzona czuła się Wiz po jego odejściu.

– Jak się dziś miewa mój chłopczyk?

Szum w uszach stał się głośniejszy. Poczuła, jak przyspiesza jej tętno.

– Na zamku? Brawo! A teraz zrób to, co każe mamusia, i umyj zęby… Przyjadę za dwa dni, dobrze? Tęsknię za tobą, Rory. Śpij dobrze… – powiedział dobrze znany głos, ten sam, w którym zakochała się dziesięć lat wcześniej.

NOWY JORK

Rozdział 1

Cassie spoglądała na zbliżające się ku niej miasto, wystające z ziemi niczym ogromne rzeźby z odłamków stali i szkła, pośród których słynna rzeka wiła się jak miedziany wąż. Próbowała zrozumieć, dlaczego to miasto wzbudza tyle emocji, ale z wysokości trzech tysięcy metrów okazało się to trudne. Było to jedno z tych miast, o których mówi się, że po prostu trzeba je odwiedzić co najmniej raz w życiu, ona jednak nigdy nie miała najmniejszej ochoty tu przyjeżdżać. Oczywiście nie mogła tego powiedzieć publicznie – równie dobrze mogłaby się przyznać, że wcale nie marzy o tym, by podjąć obiadem Nelsona Mandelę albo że jej ukochanym filmem jest Pretty Woman.

Podjęła jednak decyzję i oto zbliżała się do Nowego Jorku. Ostatnie miejsce, jakie chciała odwiedzić, stało się pierwszym. Ta wizja nie sprawiała jej przyjemności. Nowy Jork miał wszystkie cechy, których najbardziej nienawidziła – był rozkrzyczany, rozjarzony i rozpędzony, a na ulicach kotłowała się rozwrzeszczana masa mieszczuchów. Marzyła o tym, by przynajmniej zdołali odwrócić jej uwagę od własnego życia, które właśnie runęło w gruzach.

Samolot dwukrotnie okrążył Statuę Wolności – wysoką, dumną i zieloną jak miętówka – jak gdyby w ten mało subtelny sposób chciał jej dać coś do zrozumienia: Widzisz? Wolność. Swoboda. Niezależność. Tak właśnie wygląda tutejsze życie. Cassie jednak nie miała zamiaru dać się na to nabrać. W „wolności” nie widziała nic nadzwyczajnego. Była to po prostu dobrze wypromowana wersja słów takich jak „izolacja” i „samotność”. Potrząsnęła głową i dopiła drinka. Zdawała sobie sprawę, że jest pijana i zdołowana. I jedno, i drugie miało minąć – jedno nieco szybciej niż drugie. Zastanawiała się, czy Gil przeżywa to wszystko podobnie i czy jej natychmiastowe opuszczenie posiadłości oraz kraju sprawiło, że zrozumiał, co zrobił, jak wielki popełnił błąd. Jednak w głębi duszy czuła, że prawdopodobnie jedynym uczuciem, jakie mu teraz towarzyszyło, jest ulga. Pod wieloma względami – społecznym, historycznym, rodowym – on i Wiz dużo lepiej do siebie pasowali, a teraz mógł w końcu przestać udawać, że jeździ do pracy, i dołączyć do swojej drugiej rodziny.

Przerwała rozmyślania.

Czy Wiz i Rory byli jego drugą rodziną, czy może pierwszą? Może to ona była tylko dodatkiem? W końcu on i Wiz mieli dziecko. Łączyło ich pokrewieństwo krwi. Ona posiadała jedynie złotą obrączkę i akt małżeństwa. Z drugiej strony ona wyszła za niego pierwsza… Próbowała znaleźć racjonalne argumenty, ale sześć szklanek ginu z tonikiem wypitych podczas lotu znacznie jej to utrudniło. No tak! Zaraz! Przecież przysięgę zapisaną w dokumencie składali sobie przed Bogiem. Miała po swojej stronie Boga… i dziewczyny.

Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. Bóg i dziewczyny. Kto mógł z nimi polemizować? Na pewno nie Gil. Zresztą i tak tego nie zrobił.

Po tym jak Cassie odkryła wstrząsającą prawdę, Gil i Wiz obserwowali, jak Suzy, Kelly i Anouk wkraczają do akcji: zabierają przyjaciółkę na górę, ściągają jej sukienkę przez głowę, pakują walizkę, znajdują paszport, wciągają na nogi stojące przy drzwiach kalosze, upychają ją w samochodzie, a nawet zapinają jej pas. Cassie siedziała osłupiała – zbyt załamana, żeby wziąć się w garść i bronić. Czekała, aż zostanie przeniesiona do następnego życia, niezależnie od tego, gdzie miałoby się ono toczyć. Może tam, w dole? Znów wyjrzała przez okno.

A może w Londynie? Lub Paryżu? Zamknęła oczy i próbowała wyobrazić sobie taką wizję siebie, jaką w samochodzie roztaczały przed nią dziewczyny – elegancką, wielkomiejską, stukającą obcasami o bruk zatłoczonej ulicy handlowej. Miała stać się kobietą, za którą oglądają się mężczyźni. Nie potrafiła sobie tego zwizualizować. Przez ostatnią dekadę jedynymi stworzeniami, jakie oglądały się za nią, kiedy przechodziła, były kurczaki. Jednak gdy tylko dziewczyny znalazły się w bezpiecznej odległości od domu Cassie, w bólach narodził się nowy plan. Przyjaciółki przekrzykiwały się ponad jej milczącą, zapłakaną postacią, próbując ustalić, która z nich wie, co jest dla Cassie najlepsze. Suzy argumentowała, że Londyn znajduje się najbliżej i będzie dla niej najprzyjaźniejszy. Kelly odparła, że Cassie musi się całkowicie oderwać od wszystkiego, co zna, że potrzebuje chrztu bojowego, który pozwoli jej zacząć nowe życie, i właśnie Nowy Jork zapewni jej należyty szok kulturowy. Anouk była przekonana, że przyjaciółce przyda się subtelna elegancja Paryża, zwłaszcza że przecież Cassie biegle posługuje się francuskim.

Kłóciły się przez całą drogę na lotnisko. Argumentacja żadnej z nich nie zwyciężyła, ponieważ prawda była taka, że nikt – nawet Cassie – nie wiedział jak, a tym bardziej gdzie powinna żyć. W końcu doszły do porozumienia. Zgodnie z tym, czego nauczyły je matki, postanowiły, że się podzielą.

Podzielą się Cassie. Miała spędzić cztery miesiące w każdym z miast i mieszkać z każdą z przyjaciółek po kolei – Anouk i Suzy miały pokoje gościnne, a Kelly wysuwane łóżko. Wynajęcie osobnego mieszkania nie wchodziło w rachubę, głównie dlatego że najkrótszy okres wynajmu wynosi sześć miesięcy – czyli zbyt długo – ale również dlatego że nie byłoby jej stać na własne lokum. Cassie nie miała swoich pieniędzy, tylko kartę kredytową, którą dzieliła z Gilem i którą mógł on w każdej chwili zablokować. Chociaż po śmierci ojca odziedziczyła skromną kwotę, przyjaciółki przynajmniej w tej kwestii jednogłośnie orzekły, że nie powinna ruszać tych pieniędzy do czasu, aż zdecyduje się osiąść gdzieś na dobre. Sprawa rozwodowa miała potrwać kilka miesięcy, ale jak zawsze mogła liczyć na dziewczyny. Zarówno Kelly, jak i Suzy prowadziły własne firmy i z łatwością mogły ją na jakiś czas zatrudnić. Anouk także była własną szefową i choć jej zajęcie było zbyt niszowe, żeby zatrudnić kogoś bez specjalistycznych umiejętności, obiecała porozmawiać ze znajomymi i znaleźć dla Cassie jakąś pracę, gdy przyjaciółka odwiedzi ją w Paryżu.

Tak wyglądał plan – miasto, w którym miała przyjaciółkę, łóżko i tymczasową pracę. Dziewczyny postanowiły stworzyć ją na nowo, a każda miała szansę, żeby na nią wpłynąć. Cassie obiecała oddać się w ich ręce i przyrzekła nie protestować, akceptując wszystko, co zaproponują. Po upływie roku powinna już wiedzieć, kim jest i jak chce żyć. Zanim życie znów znajdzie się w jej własnych rękach, miała stać się nową Cassie – pewną siebie, seksowną, światową i pełną determinacji. Początki były trudne i musiała błagać o to, by dano jej choć jeden dzień wytchnienia między starym a nowym życiem. Dziewczyny nawet na chwilę nie chciały zostawić jej samej, jednak Cassie uparła się, że przed rozpoczęciem nowego rozdziału w życiu potrzebuje kilku godzin tylko dla siebie, więc w ponurym lotniskowym hotelu niechętnie zarezerwowały jej pokój z twardym łóżkiem i dobrze zaopatrzonym minibarem. Tego wieczoru Kelly wyleciała do Nowego Jorku, a Anouk i Suzy pojechały pociągiem do Londynu, więc przed północą w dziesiątą rocznicę swojego ślubu Cassie płakała w samotności tam, gdzie nikt nie mógł jej zobaczyć. A kiedy dwanaście godzin później w samolocie łzy nadal jej kapały, pocieszała się, że anonimowość pozwala na bezwstydne publiczne chlipanie.

Samolot szykował się do lądowania. Przez wilgotne rzęsy spojrzała na słynne wieżowce i niebo, które dzieliło się na mniejsze odpryski błękitu. Gdy uświadomiła sobie, co robi, przebiegł ją lodowaty dreszcz paniki, jakby lądowała na Księżycu, a nie na Manhattanie.

Porzuciła męża i dom, swoją przeszłość i przyszłość. Jej życie znajdowało się teraz w wypielęgnowanych dłoniach Kelly. Miała tylko nadzieję, że w przeciwieństwie do niej samej przyjaciółka wie, co z nim zrobić.

Taksówka zatrzymała się z piskiem opon i natychmiast zniknęła, porwana przez żółty strumień samochodów płynący w dół Lexington Avenue. Cassie spojrzała na zmiętą kartkę, którą ściskała w dłoni niczym drogocenny skarb, troszcząc się o nią bardziej niż o paszport. Palcami ubrudzonymi atramentem nieuważnie przetarła zapuchnięte powieki. 119 East 63rd Street, pomiędzy Lex i Park 10022, mieszkanie numer 16. Nic jej to nie mówiło. Potrafiła znaleźć drogę na dwudziestu sześciu hektarach wrzosowiska, ale w siatce prostopadłych ulic Manhattanu czuła się jak w labiryncie.

Stanęła na skrzyżowaniu, rozejrzała się wokół i po lewej stronie dostrzegła tabliczkę z napisem East 53rd Street. Średniej wysokości budynki z jasnego kamienia wydawały jej się brudne, ale Kelly z dumą twierdziła, że dzielnica, w której mieszka – Upper East Side – to najbardziej prestiżowa część Manhattanu. Czy Cassie, która ostatnią dekadę spędziła na mokradłach, mogła z nią dyskutować?

Na wprost dostrzegła butelkowozielone, bordowe i granatowe markizy rozciągające się ponad chodnikiem niczym ramiona. Odźwierni w czapkach i szarych liberiach kręcili się wokół drzwi obrotowych, od czasu do czasu podchodząc do krawędzi chodnika, żeby pomóc starszym gościom hotelu wysiąść z taksówki lub limuzyny. Zauważyła, że miniaturowe pieski nosi się tu jak torebki, zapewne dlatego, by nie musiały mierzyć się z pieszymi, którzy ze wzrokiem utkwionym przed siebie lawirowali w tłumie i wymijali się gwałtownie jak w tańcu.

Wszystkie budynki wydawały się dość okazałe. Ucieszyła się, widząc, że na domu, w którym mieszkała Kelly, zamontowano nową jasnoczerwoną markizę – przynajmniej łatwo będzie trafić. Odźwierny – szczupły, siwowłosy mężczyzna około pięćdziesiątki – przywitał ją tak, jakby to właśnie na nią czekał, chociaż zauważyła, że kiedy zbliżała się do budynku, ledwie dostrzegalnie zmierzył ją wzrokiem. Zdawała sobie sprawę, że wygląda po prostu koszmarnie. Gumiaki wciąż były ubrudzone torfem, a zniszczona różowo-szara kurtka – tak wesoła pośród szkockiego deszczu – teraz wydawała się jaskrawa i nieodpowiednia.

Portier wziął od niej torby i przytrzymał drzwi. Weszła do eleganckiego holu, gdzie ściany wyłożone były drewnianymi panelami, a podłogę zrobiono z piaskowca. Wnętrze aż błyszczało – wypolerowane, czyste i nowe, miało to wszystko, czego jej brakowało. Portier podał jej kopertę, którą Kelly zostawiła dla niej w recepcji. W środku znalazła klucz i liścik.

– Proszę dać znać, jeśli będzie pani potrzebowała pomocy – powiedział z uśmiechem, gdy znalazła się w windzie i przycisnęła guzik z numerem piętra. – Proszę pytać o Billa.

– Dziękuję – wydukała Cassie, a następnie czknęła nieelegancko, czym z pewnością potwierdziła jego obawy, że jest jakąś wieśniaczką.

Błyszczące drzwi windy zamknęły się, zabierając jego uprzejmy uśmiech. Rozłożyła liścik.

Witaj w Nowym Jorku! Rozgość się. Będę koło siódmej.

Całusy. K.

„Świetnie”, pomyślała, składając kartkę i wsuwając ją do kieszeni dżinsów. Drzwi otworzyły się na niewielkim podeście. Była osiemnasta trzydzieści. Miała nadzieję, że zdąży wziąć prysznic i odświeżyć się – rozchmurzyć i wytrzeźwieć – przed powrotem Kelly.

Odszukała numer 116, otworzyła drzwi i… westchnęła. Na dole budynek wydawał się tak imponujący i okazały, ale tu? Schowek pod schodami w jej domu był większy niż całe mieszkanie Kelly! Przestąpiła próg i znalazła się w korytarzu, który był ciasny i kwadratowy, a jego granicę wyznaczała wycieraczka głosząca: „Nie wycieraj się mną”.

– Cała Kelly – wymamrotała pod nosem.

Na prawo znajdowała się łazienka utrzymana w wielkomiejskim stylu – z czarno-białą mozaiką kafli, plastikową zasłoną prysznicową i szklanymi półeczkami uginającymi się pod ciężarem kosmetyków. Za ścianą znajdowała się sypialnia. Cassie zajrzała do środka. Było tu tylko tyle miejsca, żeby obejść dookoła obite białą skórą łóżko, przykryte popielatą pikowaną narzutą i tak wieloma poduszkami, że aż sięgały zagłówka. Niewielki fotel obity biało-szarym materiałem w kratę tonął pod stosem ubrań, głównie czarnych, a niemal cała ściana przekształcona została w regał w całości wypełniony butami. Kiedy jej wzrok padł na niekończące się rzędy obuwia, aż otworzyła usta. Wyglądało tu zupełnie jak w składnicy broni Gila!

Po drugiej stronie korytarza znajdował się salon rozmiarem przypominający sypialnię. Miejsca starczyło tu tylko na sofę i dwa fotele – zauważyła brak telewizora – a mały aneks kuchenny wciśnięty był pomiędzy sypialnię a salon, oddzielając je od siebie niczym parawan. Cassie wpatrywała się w tę żałosną wnękę kuchenną – miała ręczniki o większej powierzchni! Trzeba było przyznać, że pomieszczenie lśniło czystością i był to jedyny komplement, jakim mogła je obdarzyć. Na dwóch błyszczących czarnych szafkach ściennych i jednej podłogowej nie było nawet śladu odciśniętego palca. Nie znalazła tu ani ziarenka cukru, ani rozsypanej mąki, ani nawet okruszka chleba pod tosterem, ponieważ… – spojrzała na metrowy blat – nie było tu tostera.

Owszem, wiedziała, że Kelly nie jest miłośniczką pieczywa. To by tłumaczyło brak tego urządzenia. Jednak myśl o rozpoczęciu dnia bez tradycyjnego tosta z marmoladą sprawiła, że poczuła zbliżający się atak paniki.

Przypomniała sobie nagle, że przez ostatnią dobę dostarczała swojemu żołądkowi tylko płyny, więc pogrzebała w torebce i rozpakowała czekoladową babeczkę, którą dostała w samolocie. Przeżuwając ją nerwowo, zauważyła brak jeszcze jednego urządzenia. Gdzie jest czajnik? Otworzyła wiszącą na ścianie szafkę… i odkryła w niej potężny stos dżinsów. Otworzyła kolejną, przeczuwając, że nie ujrzy w niej filiżanek, i zgodnie z przewidywaniami znalazła w niej bezładną kotłowaninę staników oraz majtek.

Oparła dłoń na biodrze i podejrzliwie przyjrzała się kuchence. Była niewielka, a na płycie znajdował się tylko jeden palnik. To, że znajdzie tu czajnik, wydało jej się mało prawdopodobne.

Kiedy otworzyła piekarnik i ujrzała stosy posegregowanych kolorystycznie kaszmirowych swetrów, usłyszała odgłos klucza w drzwiach.

– No tak… – powiedziała cierpko, zwracając się do Kelly i wskazując dłonią na swoje odkrycie. – Jeśli w ten sposób próbujesz się pozbyć moli, to włóż je raczej do zamrażarki.

Kelly opuściła torby na podłogę i mocno ją uściskała.

– Dotarłaś! Naprawdę tu jesteś!

Cassie skinęła głową. Właściwie sama nie mogła w to uwierzyć.

– Na to wygląda.

– I co o tym myślisz? Podoba ci się? – zapytała, odbierając Cassie na wpół zjedzoną babeczkę. – Żadnych węglowodanów.

Cassie bez słowa patrzyła, jak babeczka ląduje w koszu na śmieci.

– Cóż… bardzo tu… przytulnie.

– Wiem, co myślisz! – zawołała Kelly, kierując się do sypialni i strzepując z dłoni okruszki. Usiadła na łóżku i zdjęła buty, kładąc je ostrożnie na jednej z półek. – Jest małe. Nie przywykłaś do tego. – Uszu Cassie dobiegł odgłos rozpinanego zamka i lądującej na ziemi klamry.

– Hmm, rzeczywiście… nie przywykłam – przyznała Cassie. – Ale jest… urocze.

– Mówisz „urocze”, myślisz „przyciasne” – powiedziała Kelly z szerokim uśmiechem, ponownie zjawiając się w korytarzu w jasnobeżowym kaszmirowym kombinezonie przypominającym dziecięcego pajacyka.

– O Boże! – zawołała Cassie. – Wyglądasz jak jedno z niemowląt Jennifer Lopez!

Kelly dała jej kuksańca, ale także chichotała.

– Zobaczysz, kiedy zrobi się zimno, sama o takim zamarzysz. Tylko poczekaj.

– O tak, ja w śpioszkach. Potrafię to sobie wyobrazić. – Cassie zachichotała jeszcze głośniej. – Potrafię też sobie wyobrazić, jaką minę miałby Gil, gdyby mnie w tym zobaczył.

Kelly rozważała to przez chwilę i wybuchnęła śmiechem, zarażając nim Cassie. W końcu obie, pokładając się ze śmiechu, musiały podeprzeć się o ścianę. Już w szkole potrafiły się rozśmieszyć do tego stopnia, że za karę wielokrotnie zostawały po lekcjach, a ich talent stał się niemal legendarny. Jednak Kelly przestała chichotać, kiedy zdała sobie sprawę, że Cassie nie płacze już ze śmiechu. Otoczyła ją ramieniem i obie osunęły się po ścianie. Cassie oparła głowę na ramieniu Kelly, która głaskała ją po włosach jak wtedy, gdy były młodsze.

Siedziały tak przez dłuższą chwilę.

– Nie taki początek sobie wymarzyłam – powiedziała w końcu Cassie, pociągając nosem. – Miałam nadzieję wytrzymać co najmniej pół godziny, zanim wpadnę w histerię.

– Cóż, przez chwilę tak to będzie wyglądało – odparła Kelly cicho. – Musisz to z siebie jakoś wyrzucić. Jak się czułaś w samolocie?

– To był jakiś koszmar. Wyłam głośniej niż większość dzieci. Wyskoczyłabyś na spadochronie.

– Bardzo możliwe. – Kelly skinęła głową, powoli się podnosząc. – No chodź, zrobimy ci kąpiel. Musisz się zrelaksować. Ty się porządnie wymoczysz, a ja wyskoczę i przyniosę nam coś na kolację.

– Nie chcę się kąpać. Pójdę z tobą.

– Poza tym okropnie śmierdzisz – powiedziała Kelly, wchodząc do łazienki i odkręcając kurki. – No już. Wlałam ci do wanny mojego ulubionego olejku Jo Malone. – Wciągnęła buty UGG i puchowy bezrękawnik. – Później włóż piżamę. Niedługo wrócę.

Drzwi lekko stuknęły, a Cassie weszła do wanny, pozwalając, by otuliła ją woda. Zdała sobie sprawę, że w lotniskowym hotelu nie brała prysznica ani się nie myła. Po wypiciu zawartości minibaru w ubraniu rzuciła się na łóżko, a kiedy zadzwonił telefon z zamówionym uprzednio budzeniem, po prostu wstała, wzięła torbę i wyszła z pokoju, kierując się w stronę hali odlotów. Gdy potarła powiekę, na palcu został jej brązowy cień. Boże, przecież wciąż miała na sobie to, co na przyjęciu – ten sam makijaż, ten sam balsam do ciała, nie wspominając nawet o szoku i przerażeniu z tamtego wieczoru…

Wzięła głęboki wdech i zsunęła się pod powierzchnię pachnącej piany, marząc o oczyszczeniu i pełnej transformacji. Oznaczało to, że zanurza się w czyjś zapach – perfumowany, wyrafinowany, obcy – ale nie przeszkadzało jej to. Tego właśnie chciała. Stać się kimś zupełnie innym.

Kiedy Kelly wróciła, Cassie miała na sobie zieloną flanelową piżamę w kratę, która dawno temu należała do Gila i w której uwielbiała zwinąć się w kłębek przed kominkiem w te długie wieczory w ciągu tygodnia, kiedy on pracował w Edynburgu. Schłodzona butelka sauvignon blanc, którą kupiła w sklepie bezcłowym, stała przed nią na stole, tuż obok dwóch kolorowych szklanek na wodę.

– Nie masz kieliszków do wina – oznajmiła Cassie, kiedy podejrzliwy wzrok Kelly padł na szklanki.

– To dlatego że nie piję wina – odparła przyjaciółka, po czym podniosła butelkę i przeczytała etykietę, jakby były to zalecenia dotyczące prania. – Chociaż dziś zrobię wyjątek. To drogie wino i twój pierwszy wieczór na Manhattanie.

– Dlaczego nie pijesz wina?

– Kalorie, Cass! Zawartość tej butelki ma ich tyle, ile nasza kolacja – powiedziała, unosząc dwie parujące papierowe torebki, nieco wilgotne u dołu. – Równie dobrze mogłybyśmy zjeść podwójną porcję. – Uśmiechnęła się wyrozumiale. – Ale to nie ma aż takiego znaczenia. Rano i tak to wybiegamy.

– Tak?

– Tak. Codziennie będziemy biegać. Central Park, siódma rano.

– Siódma?! Kelly, ja o tej porze nawet jeszcze nie oddycham.

Kelly zachichotała.

– Zawsze byłaś śpiochem. Pamiętasz, jak nie usłyszałaś budzika i musiałaś zdawać egzamin z matmy w piżamie?

Cassie przewróciła oczami. Pamiętała. Nigdy nie była rannym ptaszkiem.

Kelly podeszła do biblioteczki ustawionej po drugiej stronie pokoju i wzięła z niej dwa talerze. Cassie po raz pierwszy zauważyła, że stoi tam kilka miseczek i naczynie pełne sztućców. A więc tu je ukrywała. Szafki kuchenne służyły najwyraźniej jako przedłużenie garderoby i były kompletnie pozbawione swej kulinarnej funkcji.

– Co będziemy jeść? – spytała Cassie, nalewając wino i podając szklankę Kelly, która klęczała na podłodze (nie było tu też ani stołu, ani krzeseł) i wyjmowała kartonowe pudełka z torebek.

– Kuchnię japońską. Próbowałaś jej już, prawda? – zapytała Kelly, podnosząc wzrok.

– Niezupełnie. W moich rękach pałeczki zmieniają się w zabójczą broń.

– W rękach Anouk stają się akcesoriami do włosów – odpowiedziała Kelly. – Widziałaś kiedyś te zabytkowe pałeczki z nefrytu, które kupiła w Christie’s? – westchnęła. – Są prześliczne.

– Ona po prostu nie umiałaby być inna – orzekła Cassie, spoglądając na swoje uda wciśnięte we flanelowe spodnie od piżamy. Anouk by tego nie pochwaliła. Nawet nie chciałaby na to patrzeć. W żyłach ludzi płynęła krew, w jej arteriach zaś szyk. W głębi duszy Cassie zastanawiała się, jak będzie wyglądał jej pobyt u Anouk w Paryżu. Minęło sporo czasu od szkolnych lat, kiedy były nierozłączne, ciągle trzymały się za ręce i trzęsły się ze śmiechu, opowiadając sobie jakieś żarciki. Zastanawiała się, czy Anouk będzie tolerować jej ciągłą potrzebę snu i jedzenia oraz skarpetki wkładane do łóżka. Ze wszystkich przyjaciółek życie Anouk zdawało się najbardziej różnić od życia Cassie.

Kelly natomiast, mimo całej nadpobudliwości i szorstkości, miała wielkie, miękkie serce, które za wszelką cenę próbowała ukryć – ochronić – przed wszystkimi oprócz najbardziej zaufanych przyjaciółek. Nie tylko Cassie tak szybko wyszła za mąż. Niecałe dwa lata po jej ślubie Kelly zakochała się na zabój w maklerze, którego poznała podczas wakacji na Karaibach. Pobrali się cztery tygodnie później, po czym mężczyzna zniknął z jej oszczędnościami, a urząd skarbowy dopominał się o zwrot dwóch milionów dolarów podatku. Nigdy więcej go już nie zobaczyła, a jego kłamstwa – dodatek do nagłego zniknięcia – głęboko Kelly zraniły. Był pierwszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek kochała, i dla niego zrezygnowała z siebie. Chociaż już dawno odbudowała swoje życie i wdawała się w coraz to nowe romanse, żaden z nich nie trwał dłużej niż pół roku.

Coś się w niej zmieniło. Zniknęło zaufanie i dziecinna wiara w Wielką Prawdziwą Miłość. Zmieniała mężczyzn jak rękawiczki, czasem nawet chodziła na dwie, trzy randki dziennie. Otwierając pudełka, oznajmiła też Cassie, że umówiła się na drinka z pewnym facetem – o dwudziestej trzeciej, kiedy Cassie będzie już odsypiać zmianę czasu oraz kaca.

Perspektywa spotkania z niemal obcym mężczyzną na drinka w środku nocy zdawała się Cassie tak egzotyczna, jak niezidentyfikowane rolki z glonów i surowej ryby, które Kelly uważała za kolację. Wiedziała jednak, że powinna to zaakceptować. Na tym polega nowojorskie życie. Musi tylko zmienić nastawienie.

Rozdział 2

Dwanaście godzin i szesnaście minut później wlokła się za Kelly, żałując, że nie jest w Paryżu. Biegały wokół stawu imienia Jacqueline Kennedy Onassis, a Cassie marzyła tylko o powrocie do ciepłego, miękkiego, rozkładanego łóżka i ułożeniu się w bezpiecznej pozycji. Stoper podłączony do opaski mierzącej tętno, którą miała tuż pod stanikiem, pikał i wyświetlał czerwone cyferki, jakby krzyczał do niej, żeby dała sobie spokój, czyli coś, czego Raoul, trener Kelly, nie przyjmował nawet do wiadomości.

Zatrzymała się i posępnie patrzyła, jak pozostała dwójka znowu zaczyna się oddalać.

– Hej! Hej! – wysapała, pochylając się do przodu tak, że głową niemal dotykała kolan. – Biegnijcie dalej! – Pomachała im, próbując złapać oddech.

Kelly odwróciła się do niej i truchtała w miejscu. W srebrno-niebieskim stroju do biegania wyglądała jak wcielenie niewyczerpanej energii.

– Nie wygłupiaj się. Poczekamy. – Uśmiechnęła się, spoglądając na Raoula, który był odpowiedzialny za doprowadzenie do formy najlepszych światowych modelek i geriatryczne podrygi Cassie nie robiły na nim wrażenia.

– Kell, biegasz już od dwudziestu minut, a twoje ciało wygląda tak, jakby nawet nie wiedziało, że się rusza! – wydyszała Cassie, po czym chwiejnym krokiem dopadła najbliższej ławki. Zaczęła pić wodę z zachłannością karmionego butelką cielaka. – Boże, przecież ty za dwa miesiące biegniesz maraton. Jeśli będziesz na mnie czekać, ucierpi na tym twój harmonogram treningów. Ja sobie poradzę, naprawdę. Biegnij dalej.

Kelly nie wyglądała na przekonaną.

– Ale jak trafisz do domu?

– Nie trafię. Po prostu się stąd nie ruszę. Zgarniecie mnie w drodze powrotnej – zasugerowała słabym głosem. – Do tego czasu może odzyskam siły.

– Sama nie wiem…

– Proszę… Po prostu mnie tu zostaw – błagała Cassie, pomagając sobie ręką, żeby wciągnąć nogi na ławkę i przekręcając się tak, by móc położyć się płasko. – Poradzę sobie. Ojej, jak dobrze!

– Ech, pierwszy poranek na Manhattanie, a ty już kimasz na ławce w Central Parku.

– Próbuję się wpasować – odparła Cassie, zamykając oczy i zakrywając twarz ciężkim ramieniem. Mimo wczesnej pory bezchmurne niebo rozświetlone było słońcem, a wrześniowe powietrze rześkie. Niektóre liście zmieniły już kolor, barwiąc baldachimy drzew rozgorączkowaną żółcią.

– Dobrze, wrócę po ciebie. Ani się waż stąd ruszyć. – Głos Kelly zanikł, kiedy podbiegła z powrotem do Raoula.

– Spokojna głowa – wymamrotała Cassie pod nosem. Jej puls wciąż galopował jak koń wyścigowy. Już czuła znajomą ciężkość w mięśniach. Jutro będzie trudno. Wokół rozlegały się odgłosy budzącego się miasta. Warkot silników na skraju parku zlewał się w nieprzerwane fale. Tu i ówdzie handlarze rozstawiali stragany, gdzie sprzedawali bajgle, hot dogi i precle. Zapach smażonej cebuli dotarł aż do Cassie, która pociągnęła nosem i poczuła, jak budzi się w niej głód. Jednak robienie sobie apetytu nie było najlepszym pomysłem. Kelly uznała, że dopóki Cassie mieszka w Nowym Jorku, powinna zrezygnować z węglowodanów i czerwonego mięsa. Dla kobiety, która nigdy nie przestrzegała żadnej diety, a kiedy była głodna, jadła to, co chciała (a i tak rzadko podjadała między posiłkami), idea zakazów i nakazów wydawała się torturą.

Wczorajsze japońskie dania okazały się przepyszne – kiedy Cassie zaprezentowała technikę jedzenia pałeczkami rodem ze szkoły karate, Kelly ze śmiechem znalazła sztućce – ponieważ były to świeże potrawy z najlepszych składników. To samo powiedziałaby o spaghetti aglio e olio, pieczonej wołowinie z Yorkshire, puddingu czy pikantnym sosie chrzanowym. Kupować produkty wysokiej jakości, gotować prosto i jeść z umiarem. To zawsze była jej mantra.

Z drugiej strony, pomyślała, czując, jak jej ciało dogorywa zaledwie po kilku marnych minutach wysiłku, nie stanowiła wzoru piękna. Owszem, była szczupła, ale prawie nie miała mięśni, a te, które miała, były słabe i wiotkie. Omal się nie przewróciła, kiedy Kelly przeszła się po mieszkaniu w samej bieliźnie, prezentując tak ładnie wyrzeźbione mięśnie brzucha, że Cassie mogłaby wykonać na nich estampaż. W zamyśleniu dźgnęła palcem własny brzuch, który bez najmniejszego protestu ugiął się pod naciskiem. Nie był gruby, tylko gąbczasty. Zaniedbany. Niekochany. Niewypracowany.

Z nagłą determinacją zdjęła nogi z ławki, podkładając je biegaczowi (poruszał się zbyt szybko, by można to było nazwać joggingiem). To, co się wydarzyło, wyglądało, jakby włożyła pręt między szprychy. Zrobiło się straszne zamieszanie – biegacz poleciał do przodu, uderzył w śmietnik, a następnie runął na ziemię.

– O Boże!!! – wrzasnęła Cassie, podbiegając do niego. Mężczyzna leżał twarzą w dół i odpychając się lekko od ziemi, jak gdyby robił pompkę, próbował złapać oddech. Pomiędzy łopatkami na jego koszulce widoczny był ślad potu, a jego ciemnoblond włosy były wilgotne. Zauważyła, że krwawią mu kolana.

Cassie przykucnęła.

– O Boże! Tak bardzo, bardzo mi przykro! – trajkotała. – Nie zauważyłam, że ktoś biegnie.

– Bez jaj… – wymamrotał i podciągnął się do siadu. Podniósł koszulkę, a widok torsu obcego mężczyzny sprawił, że Cassie aż wstała. Był opalony i umięśniony i wcale niepodobny do zapadniętej, pozbawionej włosów piersi Gila, która przypominała kurze mięso i była niemal tak samo miękka jak jej własna. Jej wzrok padł na owłosienie mężczyzny, które zaczynało się przy pasku spodni i pokrywało całą klatkę piersiową. Dostrzegła na niej lekko purpurowy siniak – kształtem do złudzenia przypominający nowojorski śmietnik – który powiększał się i różowiał niczym rumieniec nastolatki.

– To moja wina – wyznała, wskazując na jego tors.

– Wiem – odparł mężczyzna. Opuścił koszulkę i po raz pierwszy przeniósł na nią swój chłodny wzrok. – Co to w ogóle… Cassie!

Zdziwiona zrobiła krok w tył.

– Henry!

– Nie wierzę! – ryknął, a z jego głosu zniknęła gburowatość. – Co ty tu robisz? Oczywiście poza tym, że napadasz na nieznajomych.

Cassie zaśmiała się i pomogła mu wstać.

– No cóż… – zaczęła, ale natychmiast umilkła. Pierwszy raz od przyjęcia ktoś ją o to zapytał. Pierwszy raz zapytał ją o to ktoś, kto znał zarówno Gila, jak i ją… Nie była na to gotowa. Pozostałym dziewiętnastu milionom nieznajomych w Nowym Jorku mogłaby powiedzieć, że dopiero się tu przeprowadziła, że dostała nową pracę, że mieszka z przyjaciółką. Ale Henry ją znał. Znał Gila. Był przy tym, jak się poznali. Pocałował ją tamtego wieczoru…

– Ja… ja… – Spojrzała na niego bezradnie. Nie była w stanie pozbyć się paraliżu, który nie pozwalał jej wypowiedzieć właściwych słów.

Henry wpatrywał się w nią z rosnącym niepokojem. Zauważył, że wpadła w panikę.

– Czy Gil tu jest?

Cassie potrząsnęła głową i nie musiała już mówić nic więcej. Z oczu popłynęły jej łzy. Henry przytulił ją tak mocno, że Nowy Jork zniknął, a ona znalazła się w bezpiecznym miejscu. W przeszłości, w której nie było jeszcze Gila.

– Tak mi przykro – usłyszała jego głęboki, dudniący głos w swoim uchu przyciśniętym do jego klatki piersiowej.

– Przepraszam, przepraszam. – Pociągnęła w końcu nosem. – To wciąż bardzo świeża sprawa.

Podniosła głowę, żeby na niego spojrzeć. Kiedy ostatni raz widziała młodszego brata Suzy, miał osiemnaście lat, fatalną fryzurę i był w ostatniej fazie nagłego wzrostu. W ciągu dwóch lat urósł o trzydzieści centymetrów. Teraz, przy wzroście stu dziewięćdziesięciu pięciu centymetrów, nie był już taki drobny. W przeszłości nic nie wróżyło, że kiedyś stanie przed nią tak imponujący mężczyzna – wysportowany, ze zmierzwionymi włosami, kończącymi się tuż powyżej rzęs, i błękitnymi oczami pełnymi żaru i ciekawości. Zawsze miała wrażenie, że Henry widzi więcej od innych ludzi. Gdyby był superbohaterem, miałby rentgen w oczach. Ona byłaby niewidzialna.

– Widziałaś się z Kelly? – zapytał.

– Tak. Co więcej, na kilka miesięcy się u niej zatrzymałam, do czasu, aż… no wiesz, stanę na nogi.

– Jasne… Jest dobrą przyjaciółką.

– To ogromne szczęście, że ją mam… Nie wiem, co bym zrobiła… – Głos się jej załamał i umilkła, mocno przygryzając wargę. Musiała się wziąć w garść. – Przepraszam… Trening tak na mnie działa…

Zaśmiał się.

– A co ty tu robisz? Mieszkasz teraz na Manhattanie? – zapytała. Uznała, że lepiej, by to ona zadawała pytania.

– Nie, nie. Nie jestem mieszczuchem.

– No tak, pamiętam – powiedziała z uśmiechem, czując, że jej myśli wracają do bezpiecznych wspomnień. Wciąż pamiętała jego wspinaczki po drzewach. – Drzewa.

Skinął głową.

– I lód – dorzucił.

– Lód?

– I dżungla.

– Dżungla?

– I góry.

– Góry?

– A czasem i dno morza.

– Jezu! Czym ty się właściwie zajmujesz, Henry?

– Cóż, na to chyba nie ma nazwy, ale mówiąc ogólnie, jestem badaczem wolnym strzelcem. Można mnie nazwać botanicznym łowcą nagród.

– Kim? – Spodziewała się bankiera, księgowego albo kogoś w tym stylu.

– Szukam rzadkich okazów roślin w najmniej dostępnych miejscach na Ziemi, czyli nad Amazonką, pod pokrywą lodową Arktyki, w Andach… Takie tam… – Wzruszył ramionami.

Cassie wpatrywała się w niego.

– Po co?

– Bywa, że robię to dla bogatych kolekcjonerów, ale głównie prowadzę pionierskie badania. Zatrudniają mnie firmy z różnych sektorów… Producenci kosmetyków, rafinerie, fabryki samochodów. Wielu naukowców uważa, że rośliny zawierają substancje, które mogą być zastosowane w różnych celach, nie tylko leczniczych.

– Ale… samochody?

– No tak. Przemysł szuka alternatywnych sposobów zasilania, więc sprawdzają na przykład, czy istnieją algi, z których można zrobić biopaliwo. A teraz, kiedy topi się arktyczna pokrywa lodowa, otwiera się przed nami o wiele więcej możliwości niż tylko szlaki żeglugowe. Odkrywamy nieznane wcześniej rośliny, chronione dotąd przez śnieg i lód, kiedyś dla człowieka zupełnie niedostępne.

– Jak to się w ogóle stało, że zostałeś… no… kimś takim?

Wzruszył lekko ramionami.

– Skończyłem biologię i biologię morską, a potem zrobiłem magisterkę z zoologii.

– Sporo tych „logii”. Więc jak? Zwiedziłeś już pewnie cały świat? Byłeś na szczytach, w głębinach i dookoła globu?

– Właściwie tak. Widziałem większą część Borneo, niż planowałem, kiedy odkryłem nowy gatunek obuwika, i uciekałem przez dżunglę przed bandytami z grupy Abu Sajjafa.

– O Boże! – krzyknęła przerażona. – Nic ci się nie stało? Wyciągnął ręce i spojrzał w dół.

– Jak widać, wszystko się dobrze skończyło.

– Ale założę się, że nie byłeś na biegunie północnym – drażniła się z nim.

– Byłem. Trzy razy. Raz na południowym. Brałem udział w wyprawie, podczas której odkryto oazę antarktyczną McMurdo Dry Valleys. Ma czternaście milionów lat. Możesz w to uwierzyć? – Potrząsnął głową ze zdumieniem.

– Rzeczywiście… Twoja biedna matka!

Henry zachichotał, zaskoczony jej reakcją. Jego matka nie była pierwszą myślą, jaka się pojawiała u większości kobiet, gdy opowiadał o swoich przygodach w najtrudniejszych warunkach na Ziemi. Wizerunek samca alfa wywierał na kobietach piorunujące wrażenie.

– Moja matka?

Cassie współczująco przyłożyła rękę do serca.

– Pewnie nie sypia, zamartwiając się, że rozszarpią cię niedźwiedzie polarne albo zastrzelą piraci…

– Albo że pingwiny będę mną grały w kręgle – zakpił.

– Nie żartuj. To wszystko brzmi tak niebezpiecznie!

– Jest równie niebezpieczne jak przechodzenie przez ulicę w tym mieście – rzucił.

– To nie to samo. Na każdym kroku musisz się zmagać z niebezpieczeństwem. Przecież możesz zachorować, dostać hipotermii albo zabłądzić…

– Korzystamy z GPS-a. Wszystkim zarządza teraz satelita.

– A co, jeśli satelita… no nie wiem… po prostu przestanie działać?

– Na przykład skończą mu się baterie? – Zaśmiał się. – Za dużo się martwisz, Cass. Ale dziękuję za słowa otuchy. Może podczas następnej ekspedycji zabierzemy cię jako maskotkę?

– Znów wyjeżdżasz?

– W przyszłym roku. Właśnie dlatego tu jestem. Próbuję zdobyć sponsora. Zaproponowano mi dołączenie wiosną na dwa miesiące do zespołu badającego bioróżnorodność na terenach arktycznych.

Pokręciła głową przerażona.

– Dlaczego Suzy nigdy mi o tym wszystkim nie wspomniała?

– A dlaczego miałaby to zrobić? Podejrzewam, że nie pojawiam się zbyt często w waszych rozmowach – powiedział, śmiejąc się cicho. – Chociaż pewnie bardzo na tym tracą.

Cassie potrząsnęła głową, próbując zrozumieć, jak wygląda jego świat. Jego horyzonty, przygody i wspomnienia były naprawdę globalne.

– O rany. I pomyśleć, że ja martwiłam się przyjazdem tutaj.

– Pierwszy raz jesteś w Nowym Jorku? – zapytał.

– Pierwszy raz jestem gdziekolwiek. Nie przekroczyłam nawet granicy z Anglią, odkąd Gil i ja się… pobraliśmy.

Zapadła krępująca cisza. Cassie próbowała podtrzymać wrażenie, że jest osobą, u której wszystko w porządku.

Henry uratował ich oboje.

– Cóż, skoro to twój pierwszy raz w tym mieście, mam nadzieję, że ułożyłaś sobie listę – powiedział, kierując rozmowę na inny tor.

– Listę? – powtórzyła, nie rozumiejąc.

– Tak. No wiesz, taką, jaką się układa za każdym razem, jadąc w jakieś nowe miejsce. Listę tego wszystkiego, co zrobisz, i miejsc, które odwiedzisz. Nieco mniej ambitna wersja rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Nie musisz na przykład skakać na bungee z Trump Tower.

Cassie zachichotała.

– Czyli, powiedzmy, wybrać się na herbatkę do hotelu Waldorf? Coś w tym stylu?

– Właśnie tak. Coś, co pomoże ci odkryć twój Nowy Jork. – Założył ręce, czekając, aż przedstawi mu swój plan kulturalnych przygód.

– Hmm… – Cassie zacisnęła usta i zamyśliła się. Myślała i myślała. Zaczęła ją ogarniać lekka panika. – Hmm… Tak, to dość trudne.

I naprawdę było. Nie przyjechała tu na wycieczkę ani w interesach. Była uciekinierką szukającą schronienia. Znalazła się w Nowym Jorku, ponieważ przygarnęła ją przyjaciółka i ze wszystkich opcji to miejsce znajdowało się najdalej od Gila i Wiz. Stworzenie listy i zdobycie wszystkich możliwych informacji dotyczących Wielkiego Jabłka nie należało do jej priorytetów. Przecież – do cholery – była tu dopiero niespełna dobę.

– Spokojnie, rozumiem – zaśmiał się Henry. – Mam pewną propozycję. Stworzę dla ciebie taką listę. Wierz mi, jestem w tym ekspertem. Układam ją przy okazji każdej podróży.

– Naprawdę? – „Oczywiście, że tak”, zganiła się. Był jednym z ostatnich prawdziwych podróżników na świecie i zapewne każdy weekend poza miastem stawał się dla niego prawdziwą odyseją.

– Jasne.

Odwróciła się, kiedy na asfalcie usłyszała odgłos sprężystych kroków.

Kelly i Raoul wracali ze swojej „lekkiej” przebieżki.

– Hej! – Kelly na widok Henry’ego rozjaśniła się w uśmiechu. Po chwili dostrzegła jego krwawiące kolana. – Ojej, co się stało? To robota jakiegoś świra?

– Nie inaczej – zaśmiał się Henry, a Cassie przewróciła oczami.

– Bardzo śmieszne. – Kelly spoglądała to na jedno, to na drugie. Od razu widać było, że Cassie znów płakała. Podeszła do przyjaciółki, wzięła ją pod ramię i ścisnęła znacząco. – Od jak dawna tu jesteś? – zapytała Henry’ego.

– Od kilku dni. W przyszłym tygodniu spotykam się z ludźmi z Breitlinga. Dzięki, że mnie poleciłaś.

Kelly wzruszyła ramionami.

– Hej, od czego są starsze siostry, prawda, Cass?

Co prawda był młodszym bratem Suzy, i to młodszym zaledwie o dwa lata, chociaż gdy byli dziećmi, czuli, że dzielący ich dystans jest nie do przebycia. Ponieważ jednak dorastając, traktowały się jak siostry, Henry był dla nich wszystkich jak młodszy brat.

– Breitling jest jednym z moich klientów – kontynuowała Kelly. – Zaproponowałam im, żeby porozmawiali z Henrym, skoro National Geographic wydał już zgodę na nakręcenie dokumentu. To dla nich dobre ćwiczenie z budowania marki. W końcu ekstremalne warunki stanowią o wyjątkowości ich oferty. A ponieważ chłopak wygląda, jak wygląda… – poklepała Henry’ego po policzku jak zachwycona swoim dzieckiem matka – to czy można go nie kochać? Zobaczę, czy uda mi się dotrzeć na to spotkanie – powiedziała, mrugając do niego.

Cassie uśmiechnęła się i kiwnęła głową. Nieźle. Jeszcze telewizja. Stawał się gwiazdą. Spowijał go blask. Trudno było sobie przypomnieć Henry’ego w roli młodszego brata, którego zmuszały do zabawy w dom – był dzieckiem, a one mamusiami i tatusiami – lub w lekarza, kiedy przeprowadzały na nim udawane operacje. O Boże, przypomniała sobie też, jak płaciły mu pięćdziesiąt pensów, żeby ćwiczyć na nim całowanie (wszystkie oprócz Suzy, której na myśl o całowaniu się z bratem robiło się niedobrze). Ponieważ przerażony chłopiec wzbraniał się przed tym, jak mógł, gdy przyszło do całowania się z rówieśnikami, nie mogły się poszczycić zbyt wyrafinowaną techniką.

Biedak. To cud, że wydawał się tak normalny.

– Cóż, musimy się jeszcze spotkać, zanim wyjedziesz – powiedziała Kelly, zabierając się do rozciągania. – Co powiesz na jutrzejszy wieczór?

– Świetnie.

– Wpiszę nas na listę gości, dobrze?

– Doskonale. – Uśmiechnął się do Cassie. – Spodoba ci się – zapewnił.

– Dobrze – odparła i odwzajemniła uśmiech.

– Lacey przyjechała z tobą? – zapytała Kelly.

– Tak.

– To świetnie. Spotkamy się we czwórkę.

Skinął głową.

– Świetnie.

– Kim jest Lacey? – zapytała Cassie, spoglądając to na Henry’ego, to na Kelly.

– Narzeczoną Henry’ego.

– Ojej! – Spojrzała na niego. – Gratuluję, Henry!

– Dzięki.

– Kiedy ślub?

– Latem przyszłego roku. Po moim powrocie.

– Wspaniale, wspaniale. To wspaniale. – Kiwała głową.

– Cóż, ja już pójdę. Pewnie widziałaś ze swojej ławeczki, że trochę się spieszę – zaśmiał się.

Chciała go trzepnąć w ramię, ale zrobił unik i odbiegł ze śmiechem.