Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Romantyczna i pełna emocji opowieść o łyżwiarce rozdartej między uczuciami a rozsądkiem!
Adriana Russo marzy o zwycięstwie w tańcu na lodzie podczas mistrzostw świata juniorów. Tymczasem z powodu rozrzutności ojca należące do Russo lodowisko chyli się ku upadkowi. Aby je ratować, rodzina gości drużynę przygotowującą się do zawodów, a to sprawia, że Adriana codziennie spotyka Freddiego – chłopaka, z którym trenowała i który jest jej pierwszą miłością, a od dwóch lat ją ignoruje.
Gdy finanse ponownie się załamują, obecny partner łyżwiarski Adriany, Brayden, proponuje, by udawali parę, co powinno przysporzyć im fanów i kupić przychylność sponsorów. Utrzymanie pozorów okazuje się trudne, zwłaszcza że w grę wchodzą gorące uczucia. Zbliżające się zawody zmuszają Adrianę do wyboru między przeszłością a przyszłością oraz między lojalnością wobec rodziny a własnym sercem. Jak się to wszystko zakończy? Czy Adrianę czeka szczęśliwe lądowanie?
Przeczytaj, jeśli lubisz:
Jennifer Iacopelli pisze o ambitnych dziewczynach z wielkimi marzeniami i chłopakach, którzy je za to kochają. Jest autorką powieści: Miłość na lodzie, Game, Set, Match oraz Break the Fall, a także współredaktorką antologii Out of Our League. Jej książki wydano w kilkunastu językach, a Miłość na lodzie została zekranizowana przez Netflix. Mieszka w Nowym Jorku i zaprasza do śledzenia swoich mediów społecznościowych (@jennifercarolyn) oraz odwiedzania strony: jenniferiacopelli.com.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 365
Data ważności licencji: 2/14/2030
Tytuł oryginałuFinding Her Edge
Projekt okładkiWOJCIECH BRYDA
Ilustracja na okładce© 2025 BY POLARTS
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaAGNIESZKA ZYGMUNT-BISEK
KorektaBOGUSŁAWA OTFINOWSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – Radosław Fiedosichin
Copyright © 2022, Jennifer Iacopelli All rights reserved
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
ISBN 978-83-271-7086-6
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Mojej rodzinie,która w niczym nie przypomina rodziny z tej książki
Para sunie po lodzie, ściskając się kurczowo za ręce. Ich łyżwy rysują powierzchnię w idealnej synchronizacji.
Albo przynajmniej próbują.
– Okej! – krzyczę głosem zachrypłym po długim dniu prowadzenia lekcji. Pomimo bólu w nogach okrążam parę na własnych łyżwach, wykonując gładki, naturalny ślizg, który, miejmy nadzieję, będą kiedyś w stanie powtórzyć. – Trzymajcie się mocno, ale nie kurczowo. Nie ciągnij jej za sobą, Jackson. Pamiętaj, że jest od ciebie mniejsza. Musisz dostosować swój krok do jej kroku. – Dwójka ośmiolatków, których trenuję, przyzwyczaja się do trzymania za ręce i wspólnej jazdy, jednej z fundamentalnych zasad tańca na lodzie.
Mój głos odbija się echem od krokwi dachowych lodowiska Kellynch w Wielkim Bostonie, miejscu, w którym spędzam więcej czasu niż we własnym domu. To praktycznie mój dom. Razem z siostrami jeździłyśmy na łyżwach, zanim zaczęłyśmy sięgać wzrokiem ponad bandami otaczającymi obiekt, bo tak to już jest, gdy nosisz nazwisko Russo.
– Nie będzie cię już za sobą ciągnął, więc musisz trzymać się blisko, Sadie – przypominam, gdy dziewczynka przestaje szarpać ręką i zostaje w tyle.
W końcu się zrównują – jej krótsze nogi wyciągają się odrobinę bardziej, jego dłuższe robią krótsze pociągnięcia, a z mojego punktu widzenia wyglądają idealnie.
– O to chodzi! – Uśmiechają się do mnie promiennie, wciąż trzymając się za ręce. – Świetna robota.
Sadie ledwie sięga mi do bioder; obrzuca tęsknym spojrzeniem moje nogi.
– Chciałabym być taka wysoka jak ty, Adriano. Nie musiałabym tak wyciągać nóg.
– Jesteś idealna taka, jaka jesteś. Pamiętajcie, żeby wieczorem zrobić rozciąganie, zwłaszcza stóp i kostek, żeby były silne i w dobrym stanie, kiedy zobaczymy się następnym razem.
– Ech, minie tyle czasu – jęczy Jackson, gdy schodzimy z lodu.
– Nie aż tyle – odpowiadam, z kliknięciem nakładając na płozy ochraniacze, kiedy tylko przekraczam bramkę. – Byle do mistrzostw.
– To tak długo – stwierdza Sadie, prawdopodobnie dlatego, że gdy masz osiem lat, dwa miesiące wydają się całą wiecznością.
Szczerze mówiąc, gdy masz szesnaście lat, też wydaje ci się to wiecznością, bo za dwa miesiące skończą się mistrzostwa świata juniorów, największe zawody mojego życia. Nie mogę się ich doczekać. Razem z partnerem tanecznym zakwalifikowaliśmy się na nie drugi rok z rzędu, lecz w tym roku mamy wielkie szanse na zdobycie złota. Więc za dwa miesiące albo będę mistrzynią świata... albo nie.
Za to teraz jestem trenerką. W ciągu ostatnich kilku lat podejmowałam się prowadzenia coraz większej liczby lekcji, żeby ze swojej strony zadbać, by wszystko było, jak trzeba.
Macham mamom Sadie i Jacksona, gdy zbliżamy się do nich w strefie poza lodowiskiem. Siedzą w miejscu dla rodziców, sąsiadującym z lobby. Banery pokrywają ściany, przywołując sukcesy klubu łyżwiarskiego osiągnięte przez te pięćdziesiąt lat od jego założenia.
– O, Adriana! – woła mama Sadie, podbiegając do mnie tempem znacznie szybszym od tego, które jej córka prezentuje na lodzie. – Tak się cieszę, że mogłam cię zobaczyć, zanim wyszłaś!
– Och – odpowiadam, uśmiechając się lekko.
– Przekaż, proszę, Elisie, że życzę jej powodzenia. Wszyscy będziemy ją oglądać!
Nie pozwalam, by mój uśmiech zbladł; wręcz przeciwnie, uśmiecham się szerzej.
– Oczywiście, przekażę.
– Musisz być z niej taka dumna. Twoja starsza siostra jedzie na olimpiadę, cóż za osiągnięcie. Twój ojciec musi być zachwycony!
– Owszem. – Zaciskam usta i utrzymuję szeroki uśmiech. Nie zdarzyło się to po raz pierwszy ani po raz ostatni. Oczywiście igrzyska olimpijskie przebijają mistrzostwa świata juniorów. Elisa jest indywidualną łyżwiarką, a one zwykle osiągają szczyt kariery znacznie wcześniej od tancerek na lodzie. Za cztery lata, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to ja udam się na swoje pierwsze igrzyska.
– Cóż, nie chcemy cię zatrzymywać – mówi mama Sadie, szybko obrzucając wzrokiem lobby, prawdopodobnie by się upewnić, że nie umknie jej obecność Elisy czy taty. Jackson i jego mama już wyszli.
– Świetnie się dziś spisałaś, Sadie. Zobaczymy się po moim powrocie.
Zamykam za nimi drzwi na lodowisko. To ostatnia lekcja, którą będziemy mieć w najbliższym czasie. To smutne, lecz konieczne. Gaszę światła w lobby, a potem obracam wiszącą na drzwiach plakietkę z napisem: „Otwarte. Zapraszamy” na drugą stronę, głoszącą: „Zamknięte. Przepraszamy”.
Kiedy tata i Elisa będą na olimpiadzie w Pekinie, my będziemy gościć sportowców i ich trenerów podczas przygotowań do mistrzostw świata juniorów. Tata zawsze potrafił oczarować innych, zwłaszcza tych, którzy rozumieją spuściznę naszej rodziny. Przez wiele lat odbywały się tu obozy, a zanim mama zmarła, prowadziła letnie obozy treningowe słynące z przygotowywania sportowców do wejścia na nowy szczebel. Pokusa, by trenować na naszym legendarnym lodowisku, była zbyt wielka, by się jej oprzeć.
Opłaty, które tata wynegocjował z każdym trenerem, wynoszą prawie dwa razy tyle, co nasza zwyczajowa stawka za lekcje jazdy, imprezy urodzinowe czy rozgrywki ligi hokejowej. Mimo że tego nie znoszę, że nie cierpię zawodzić naszych uczniów i wszystkich tych, którzy przez lata wspierali Kellynch, nie ma opcji, żebyśmy mogli sobie pozwolić na odrzucenie takich pieniędzy. Bo pomimo sławy i renomy naszej rodziny mamy brzydki zwyczaj wydawania dużo więcej, niż zarabiamy. Dużo, dużo więcej.
Kellynch założyli moi pradziadkowie, zanim jeszcze mój tata pierwszy raz włożył łyżwy na nogi. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat stało się najbardziej prestiżowym klubem łyżwiarskim w kraju. Zdobyliśmy więcej mistrzostw świata i medali olimpijskich (z których większość należy do moich rodziców) niż niektóre kraje, a ośrodek jest supernowoczesny. Tata nie akceptuje niczego poniżej tego poziomu.
Niemożliwa byłaby dla niego praca w miejscu, które nie spełniałoby jego oczekiwań; oczekiwań kogoś, kto był złotym medalistą igrzysk olimpijskich, patriarchą najsłynniejszej rodziny łyżwiarzy figurowych. I wszystko byłoby w porządku, gdyby tylko równie niemożliwymi nie były dla Waltera Russo: jazda czymś, co nie spełniałoby oczekiwań złotego medalisty igrzysk olimpijskich, lub życie w domu, który nie spełniałby oczekiwań złotego medalisty igrzysk olimpijskich w łyżwiarstwie figurowym oraz jego rodziny.
Żadna liczba wynajmów lodowiska czy lekcji jazdy na łyżwach nie odrobi takiego rodzaju wydatków, a im bliżej jest do roku, w którym Elisa wystąpi na igrzyskach, tym gorzej wygląda sytuacja. Jazda figurowa to drogi sport, niezależnie od poziomu, za to olimpiada to zupełnie inna sprawa. Oznacza trenerów, choreografów i konsultantów do spraw ubioru i charakteryzacji, nie wspominając o firmie reklamowej, którą tata zatrudnił, by wykorzystać sytuację w pełni. Wszystko to składa się na diabelnie dużą sumę pieniędzy, którą nie dysponujemy. Nieważne, ile pieniędzy wniesiemy do budżetu, i tak zaraz są wydawane.
Firma ma ogromne długi, więc potrzebowaliśmy kreatywnych rozwiązań. Nawet ja muszę przyznać, że zezwolenie na inwazję łyżwiarzy z juniorskiego szczebla oraz ich trenerów było jednym z lepszych pomysłów, na które wpadł tata.
Nasz dom znajduje się na ziemi, która jest własnością Kellynch, zaledwie rzut beretem od lodowiska, lecz stał tam na długo przed jego zbudowaniem. Na początku był to domek, do którego wprowadzili się moi pradziadkowie, gdy zebrali już wystarczająco dużo pieniędzy po przyjeździe z Włoch. Z każdym pokoleniem dom powiększał się o kolejne sypialnie, łazienki, ogromny basen na tyłach, siłownię w piwnicy i pokój rozrywek na najwyższym piętrze. Jest nawet taras na dachu, z którego można dostrzec całą wioskę Kellynch na tle rzeki Charles, a za nią, w oddali – imponującą panoramę Bostonu.
Pierwotna część domu została zbudowana w tradycyjnym stylu, ma ściany z cegieł i ciemne okiennice zasłaniające okna, za to reszta domu to miszmasz stylów i trendów. Jest ultranowoczesny w części dziadków, którą wyremontowali oni w latach dziewięćdziesiątych, a po drugiej stronie należącej do moich rodziców, odnowionej przed narodzinami moich sióstr i moimi – szykownie rustykalny. Trochę dziwnie wygląda z zewnątrz, ale i tak go uwielbiam.
Za to zdecydowanie nie znoszę tego, że gdy tylko przechodzę przez drzwi wejściowe, uderza we mnie fala hałasu mogąca równać się z tą generowaną przez największe tłumy, przed którymi występowałam. W holu kręci się co najmniej kilkanaście osób, z czego dwie trzymają nad głowami puszyste szare mikrofony na pałąkach, a dwie kolejne mają oparte na ramionach kamery skierowane pod różnym kątem w mojego tatę.
Wynajęcie lodowiska to jedno. Ten cyrk, nieważne, jak bardzo opłacalny, to zupełnie inna sprawa. Ekipy telewizyjne są z nami już od miesięcy poprzedzających igrzyska. Kiedy Tamara Jackson, przewodnicząca Federacji Olimpijskiej Stanów Zjednoczonych, wystosowała do taty propozycję stworzenia reality show o nim i Elisie, nie zawahał się. Honorarium było odpowiednie, choć nie na tyle wystarczające, by wyciągnąć nas z długów. Jednak sama ilość publicznego rozgłosu była zbyt wielka, by zarówno mój tata, jak i siostra mogli odrzucić tę ofertę. Oni żyją dla rozgłosu.
Przez to nasze życie jest zupełnie szalone. Zawsze ktoś patrzy, co sprawia, że tata i siostra są jeszcze bardziej świadomi tego, co noszą i jak wyglądają z perspektywy kamer. Jestem przekonana, że w ciągu ostatnich sześciu miesięcy żadne z nich nie włożyło jakiegoś stroju dwa razy.
Lawiruję między krzątającymi się członkami ekipy gastronomicznej, która przestawia nasze meble, rozstawia stoły, krzesła i ustawia bar w odległym krańcu pomieszczenia, gdzie zwykle stoi nasz stół jadalny. Przygotowują się na wieczór, na imprezę pożegnalną Elisy. Połączenie ekip organizatorskiej i telewizyjnej sprawia, że panuje tu totalny chaos. Tata zarządza organizacją, przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze nad kominkiem.
– Jak myślisz, który profil? – pyta. Blond włosy ma gładko zaczesane; ociera delikatnie czoło jedwabną chusteczką. Dopiero po chwili orientuję się, że mówi do mnie. Zamyślona przekrzywiam głowę, gdy on obraca swoją, bym mogła ocenić jego profile.
– Prawy – odpowiadam, wskazując dłonią bok jego twarzy, po czym przechodzę obok grupki osób i rzucam się w stronę schodów.
Tata kiwa głową, a potem mruga na mój widok – jestem w przepoconych ubraniach do jazdy, a włosy mam związane wysoko w niedbały kok.
– Adriana, co ty masz na sobie? Będziesz na dzisiejszej imprezie, prawda?
– Oczywiście, właśnie skończyłam ostatnią lekcję.
– Tańca? – doprecyzowuje, przybierając ton, który z pewnością uważa za neutralny. Jednak z tatą nic nigdy nie jest neutralne, nie, gdy chodzi o rzeczy związane z prawdziwą jazdą figurową, do której taniec na lodzie zdecydowanie nie należy. Zawsze tak jest.
– Tak. W każdym razie zamierzałam uciąć sobie drzemkę, wykąpać się i uszykować – mówię, bo nie mam ochoty przerabiać na nowo starej jak świat kłótni. Jestem zbyt wykończona.
– Gdzie jest Adriana? Potrzebuję jej! – Głos Elisy unosi się nad hałasem, a potem ona sama przepycha się przez tłum.
Elisa jest moim absolutnym przeciwieństwem. Mimo że jest ode mnie rok starsza, z moim metrem siedemdziesiąt przewyższam ją o dobre piętnaście centymetrów. Jej miodowe włosy spływają falami na ramiona, ostro kontrastując z moimi ciemnymi lokami. Jedyne, co mamy wspólnego, to orzechowy kolor oczu – dokładnie takie same miała mama.
– Tu jestem – odpowiadam, wychodząc zza jednego z krzepkich kamerzystów, który obraca sprzętem na boki, by ująć nas obie okiem kamery.
Siostra chwyta mnie za nadgarstek i ciągnie w stronę schodów. Nawet na moich długich nogach muszę przyspieszyć kroku, by za nią nadążyć.
– Musisz ogarnąć moje bagaże. Nie wiem, dlaczego oczekuje się ode mnie, że dam radę spakować się na olimpiadę i jeszcze uszykować się na dzisiejszą imprezę. Serio, nie ma opcji, żebym zapamiętała wszystko, co jest potrzebne. Ta lista, którą nam przysłali, jest przytłaczająca – mówi, gdy przechodzimy do jej sypialni. Ściąga listę z komody i ciska w moją stronę, a potem zatrzaskuje drzwi przed nosem kamerzysty, który próbował za nami pójść. Widocznie Elisa nie chce, żeby to nagrywano.
Patrzę na listę i rozglądam się po jej sypialni. Panuje tu totalny bajzel. Ubrania są wszędzie – rozrzucone na podłodze, łóżku i meblach. Wszystkie szuflady komody są opróżnione, a wieszaki w szafie świecą pustkami.
– Hm, to ile już spakowałaś? – pytam, choć sama mogę sobie odpowiedzieć. Dwie puste walizki leżą pośrodku łóżka. Nic. Nie spakowała nic.
– Wszystko wyciągnęłam – odpowiada, opadając na szezlong w rogu pokoju.
Wzdycham i spoglądam na listę. Nie ma tu niestworzonych rzeczy. To harmonogram planów treningowych przed igrzyskami i ważnych wydarzeń, na które też będą potrzebować ładnych ubrań. Mama zwykła pomagać nam spakować się na zawody, ale potem zachorowała i zmarła, więc zaczęłyśmy robić to we dwie. Choć w przypadku Elisy kończy się tak, że to ja ją pakuję, a ona nadzoruje.
Odkładam listę na skrawek wolnej przestrzeni na łóżku.
– Dobra, pomogę ci, ale właśnie siedzisz na stercie legginsów.
Elisa chichocze, sięga pod spód, wyciąga kulę ciemnego materiału i rzuca ją do mnie. Jeszcze zanim ją złapię, ona już wyciąga telefon i pisze na ekranie.
– Brayden coś mówił? – pyta, nie podnosząc wzroku, podczas gdy ja rozplątuję legginsy, zwijam je w rulon i układam w rogu walizki.
– O czym? – pytam, marszcząc nos. Brayden Elliot to mój partner taneczny. Ma osiemnaście lat, a dwa lata temu, gdy zaczęliśmy razem jeździć, coś łączyło go z Elisą.
I nie skończyło się to dobrze.
Nie żeby jakakolwiek relacja łącząca Braydena z jakąkolwiek dziewczyną zakończyła się dobrze. Nie znam szczegółów i bardzo dziękuję, nigdy, przenigdy nie chcę ich poznać. Mimo to wiem, że to on zakończył ich związek. To on zawsze jest tym, który kończy relacje. A jednak moja siostra, która pewnie mogłaby mieć każdego chłopaka, jakiego by chciała, wydaje się nie tracić nadziei, że może kiedyś Brayden zmieni zdanie.
Osobiście tego nie rozumiem. Brayden to świetny partner, fajny gość i jest niezaprzeczalnie przystojny, ale gdy dodadzą do słowników termin „podrywacz”, jego zdjęcie pojawi się zaraz obok.
– Pytał o mnie?
– Nie widziałam go od porannego treningu. – To właściwie żadna odpowiedź, ale mam nadzieję, że Elisa tego nie zauważy. Nie chcę powiedzieć jej, że Brayden o nią nie pytał, bo nie jest już nią zainteresowany. – Nie powinnaś się nim martwić. Jedziesz na olimpiadę.
– Tak, staram się też nie myśleć o tym, że odpowiedzialność za spuściznę całej naszej rodziny spoczywa teraz na moich barkach, dzięki. Więc... czy Brayden o mnie pytał?
Aha, czyli zauważyła. I owszem, ma rację. No dobra, czas na odwrócenie uwagi.
– Nic nie mówił – odpowiadam. – Za to mama Sadie Mortenson kazała życzyć ci powodzenia.
Taa, to pewnie nie bardzo pomogło.
Elisa pociąga nosem i wraca do scrollowania na telefonie.
– Nie potwierdził, czy pojawi się dzisiaj wieczorem. Wspominał na treningu o imprezie?
– Powiedział, że postara się wpaść.
Nie mówię o tym, że Brayden wspomniał, że postara się wpaść po randce z dziewczyną, z którą aktualnie coś go łączy. Nie ma mowy, żebym powiedziała o tym Elisie, jeśli chcę uniknąć gradu pytań.
– Dużo trenowaliśmy. Może dzisiaj wpadnie.
– Należą mi się od niego chociaż życzenia powodzenia. – Wzdycha ciężko, a potem zmienia temat, bo ewidentnie nie chce o tym myśleć. – Nie żałujesz, że wybrałaś taniec na lodzie? Nie dostaniesz kolejnej szansy co najmniej przez następne cztery lata.
To często przywoływany temat, który zawsze sprowadza się do jednej zasadniczej kwestii.
– Wiesz, że jestem za wysoka na wszystkie dyscypliny oprócz tańca na lodzie – odpowiadam przygnębiona, podobnie jak za każdym razem w ciągu ostatnich dziesięciu lat, gdy ktoś podejmuje ten temat.
Elisa rzuca mi krótkie spojrzenie znad telefonu.
– Nieważne. Jeśli dzisiaj nie przyjdzie, przekaż mu, że...
Cokolwiek mam przekazać Braydenowi, zostaje zagłuszone przez dźwięk otwieranych na oścież drzwi sypialni. Nasza młodsza siostra Maria wpada do środka, zatrzaskując drzwi za sobą z taką siłą, że trzęsą się ściany.
– Charlie jest najgorszy, mam go dosyć – jęczy, maszerując do Elisy i opadając na puste miejsce obok niej na szezlongu. Maria jest ode mnie zaledwie dwa lata młodsza, ale czasem odczuwam tę różnicę wieku jak dwadzieścia lat. Charlie to Charles Monroe Junior, jej partner łyżwiarski.
Maria jeździ na łyżwach w parze, co według taty jest prawie równie akceptowalne, co występy indywidualne. Moje siostry odziedziczyły po tacie blond włosy, a po mamie drobną sylwetkę i przeświadczenie, że taniec na lodzie w zasadzie nie należy do łyżwiarstwa figurowego. Widocznie prawdziwym sportem można tylko nazwać dyscyplinę, w której miotasz swoim ciałem w powietrzu i kręcisz się jak bączek. W przeciwieństwie do taty akceptują dyscyplinę, którą wybrałam, ponieważ dzięki temu bardzo dogodnie nie jesteśmy dla siebie bezpośrednimi przeciwniczkami. Mama uwielbiała to, że nigdy nie musiała martwić się, komu kibicować; wiedziała, że jeśli jej dziewczyny dadzą z siebie wszystko, wrócimy do domu z trzema złotymi medalami.
– Co tym razem? – pyta Elisa, gdy Maria zwija się w kulkę przy jej boku. Mimo to odnajduje nad jej głową moje spojrzenie i dramatycznie przewraca oczami. Elisa zwykle nie ma cierpliwości do dramatów naszej najmłodszej siostry, ale widocznie teraz służą jej jako właściwy rozpraszacz.
– Po prostu sobie stoi, taki przystojny i miły... dlaczego musi być gejem?
– Wiem, to trudne – odpowiada Elisa, ściskając ramiona naszej siostrzyczki. – Ale może to i lepiej. Mieszanie partnerstwa w sporcie z uczuciami może być niebezpieczne. To tak naprawdę nigdy się nie udaje. Prawda, Adriano?
Zamieram. Żołądek mi się zaciska, a powietrze drażni moją skórę. Elisa patrzy na mnie, czeka, aż się zgodzę i zapewnię Marię, że lepiej jest nie umawiać się ze swoim partnerem łyżwiarskim, bo to właściwie jest dobra rada. Nie ma w jej głosie szyderstwa. Ona nie mówi o nim. Pewnie nawet nie pamięta, jak się w nim podkochiwałam, zanim wyjechał, zanim zmusiłam go do wyjazdu. W zasadzie, znając Elisę, pewnie nawet nie pamięta jego samego.
Chodzi o Freddiego O’Connella, mojego byłego partnera, dawnego najlepszego przyjaciela i moją pierwszą miłość.
Dwa lata temu wystrzeliłam i osiągnęłam obecny wzrost, do którego on ledwie dorastał, co oznaczało, że nie było gwarancji, iż urośnie na tyle, byśmy razem mogli odnosić sukcesy. Więc musiałam podjąć decyzję.
Odejście od Freddiego i wybór Braydena Elliota na nowego partnera było najtrudniejszą decyzją w moim życiu.
Teraz Freddie jeździ z moją dobrą koleżanką, Riley Monroe; wspólnie odnoszą sukcesy. Do tego stopnia, że także udadzą się na mistrzostwa świata juniorów, zaraz po treningu w Kellynch, który ma zacząć się jutro.
Odpycham od siebie tę myśl, jak robiłam to od chwili, gdy tata powiedział nam o ustaleniach z zespołem odpowiedzialnym za organizację mistrzostw, ignorując fakt, że Freddie niedługo się tu pojawi, że będzie na tym samym lodowisku, co ja. Świat tańca na lodzie jest mały. Nie mogę całkowicie unikać Freddiego, ale nie jesteśmy już przyjaciółmi. Mogę na palcach jednej ręki policzyć słowa, które wymieniliśmy od dnia ostatniego wspólnego treningu w Kellynch.
Ostatnim razem widziałam go na mistrzostwach kraju, gdzie razem z Braydenem pobiliśmy jego i Riley w walce o złoto. Zrobił to, co powinno się zrobić, czyli uścisnął moją dłoń i wymamrotał gratulacje, zanim weszłam na podium, żeby odebrać medal. Nawet nie spojrzał mi w oczy. Nie żebym go winiła.
– Co myślisz? – Głos Marii wciął się w moje przemyślenia. Minęło tylko kilka sekund. Mrugam, by odgonić wspomnienia i skupiam się na niej.
Podnoszę sukienkę z łóżka Elisy – czerwoną cekinową mini, która z całą pewnością należy do mnie. Składam ją w równy kwadracik, wkładam do walizki starszej siostry i odwracam się do młodszej.
– Zasługujesz na kogoś, kto chce być z tobą równie mocno, jak ty z nim.
Maria mruga raz, potem drugi, a wtedy jej twarz wykrzywia się i łzy gromadzą się w kącikach jej oczu. Jej policzki przybierają czerwony kolor.
– Ale ja nie mogę nic na to poradzić. Kocham go. – Zeskakuje z szezlonga i zaczyna krążyć po pokoju.
Elisa wstaje i mija mnie z gracją olimpijskiej łyżwiarki figurowej, którą przecież jest. Sięga do walizki po sukienkę, którą do niej włożyłam.
– Proszę – mówi, trzymając ją przed Marią. – Włóż ją dziś na imprezę. Ja założę coś białego, a sukienka, którą załatwiłam Adrianie, jest niebieska. Będziemy idealnie wyglądać na zdjęciach. Ułożę ci włosy, zrobię makijaż i znajdziemy kogoś, kto doceni, jaka jesteś niesamowicie piękna.
Maria wyciąga Elisę z pokoju i prowadzi do swojej sypialni naprzeciwko, zostawiając mnie z dwiema na wpół pustymi walizkami. Przesuwam wzrokiem po rozrzuconych wszędzie rzeczach, które mają się w nich znaleźć przed jutrzejszym porankiem. Wzdycham i zabieram się do pracy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
