Miłość i inne nieszczęścia. Tom 4 - Agata Przybyłek - ebook

11 osób właśnie czyta

Opis

Bestsellerowa seria komediowa Agaty Przybyłek to zwariowane i pełne humoru powieści, w których roi się od rodzinnych nieporozumień. Cztery siostry, różne niczym cztery żywioły oraz wtrącająca się w ich życie mamusia - przekonajcie się same, do czego te kobiety są zdolne!

 

Małgosia jest szczęśliwą żoną, matką i właścicielką plantacji lawendy. Jej mąż, Wojtek, niespodziewanie ulega wypadkowi i trafia do szpitala. Małgosia musi zająć się jego warsztatem samochodowym, lecz nie ma o tym bladego pojęcia. W dodatku przypadkiem odkrywa pewien mroczny sekret…

 

Wiadomość o wypadku Wojtka cieszy mamę Małgosi, która nigdy nie przepadała za zięciem. Postanawia wykorzystać jego nieobecność w domu i przedstawia córce pewnego bardzo przystojnego młodego policjanta... Wymyśla zwariowany plan, ale czy uda jej się go zrealizować? Po co w ogóle swatać mężatkę? I czy można zmusić kogoś do miłości?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agata Przybyłek, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Sylwia Smoluch

Redakcja: Kinga Gąska

Korekta: Kamila Markowska / panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Fotografia na okładce: shutterstock.com / Anastassiya_s

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-49-3

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

[email protected]

www.czwartastrona.pl

Dedykuję tę książkę mojemu rodzeństwu.

Nie ma nic piękniejszego od wsparcia,

które otrzymujemy od naszych najbliższych.

ROZDZIAŁ 1

Sabina nie znosiła nudy. Chociaż leżała na leżaku w ogródku i sączyła czerwone wino, to miała wrażenie, że zaraz zwariuje. Ostatnio w jej życiu nic się nie działo i ten fakt doprowadzał ją niemal do szału. Spędzała samotnie wszystkie przedpołudnia i wcale nie była z tego powodu szczęśliwa. Początkowo oczywiście cieszyła się z ciszy i spokoju, które ostatnio zapanowały w jej domu, ale szybko uświadomiła sobie, że na dłuższą metę taki brak zajęć jest potwornie męczący.

Wiatr rozwiewał jej włosy i falbankę od stroju kąpielowego, w którym się opalała. Ostatnie dni, jak na złość, były gorące, wręcz upalne. Termometr już od wczesnych godzin wskazywał niezmiennie ponad trzydzieści stopni i było stanowczo za ciepło na chodzenie na siłownię oraz uprawianie sportu, nad czym Sabina bardzo ubolewała.

W domu cisza, w życiach jej córek spokój – poszłaby się chociaż rozerwać i poćwiczyła ze sztangą, a tak?

Z braku lepszego zajęcia kolejne przedpołudnie leżała i wystawiała ciało ku słońcu, choć jej opalenizna już i tak była imponująca. Co prawda jako zwolenniczka prowadzenia zdrowego trybu życia Sabina uważała, że promienie UV są szkodliwe, ale brak rozrywek oraz chęć przypominania karnacją atrakcyjnej Hiszpanki wygrały z jej obawami. Wyciągała się na leżaku, skutecznie zwalczając myśl, że przesadna ekspozycja na słońce może być niebezpieczna, i korzystała z uroków pierwszych dni lata.

Mimo wszystko nie mogła za bardzo narzekać. Ostatnie miesiące w jej życiu należały do bardzo intensywnych i teraz z trudem odnajdywała się w nietypowej stagnacji. Snuła się po pustym domu ze spuszczonym nosem i zaglądała w znajome kąty, które, niestety, były tak czyste, że z pewnością zdałyby test białej rękawiczki. To też ją wkurzało. Gdyby w domu panował bałagan, to mogłaby chociaż posprzątać, a tak? Pozostawało jej jedynie się nudzić. Ot, jej smutny los.

Sabina westchnęła głośno i poprawiła duże ciemne okulary, które chroniły jej oczy przed słońcem. Potem omiotła wzrokiem idealnie przycięty trawnik. Naprawdę denerwowała ją ta bezczynność i brak towarzystwa. W chwilach największej rozpaczy przeklinała w myślach wszystko i wszystkich. Kto to słyszał, żeby matka czterech córek, młoda babcia, oraz względnie szczęśliwa mężatka nie miała się nawet do kogo odezwać?

– Paskudna samotność – szepnęła sama do siebie poirytowana i upiła łyk wina. Kolejne przedpołudnie mogła jedynie wpatrywać się w drzewa na horyzoncie i rozmyślać.

Na szczęście przynajmniej miała o czym. Życia jej córek, chociaż ostatnio spokojne, nadal były ciekawe. Podobnie jak jej związek ze Stefanem. Pomimo że rok temu ich małżeństwo przeszło poważny kryzys i omal się nie rozstali, jej mąż poważnie potraktował wypowiedziane niegdyś słowa przysięgi i jednak nie odszedł. Wybaczył żonie przelotne romanse i inne grzeszki (których, obiektywnie, dość sporo się nazbierało), a Sabina, choć nie czuła się winna, od tamtej pory robiła wszystko, by pokazać mu, że jest najważniejszym mężczyzną w jej życiu. Popołudniami gotowała jeszcze smaczniejsze obiady niż wcześniej i często odwiedzała sklep z luksusową bielizną, aby wieczorami skutecznie podnosić temperaturę w ich związku.

– Chyba muszę pomyśleć o karcie stałego klienta specjalnie dla pani – młoda ekspedientka zażartowała podczas kolejnych zakupów, gdy pakowała dla Sabiny frywolny koronkowy komplet. – Nie wiem, co na to szefowa, ale odwiedza nas pani tak często, że należą się pani zniżki.

Sabina posłała jej uśmiech. Nie miałaby nic przeciwko rabatowi, choć Stefan przez wszystkie lata ich małżeństwa ani razu nie zrobił jej wyrzutów z powodu nadwyrężania domowego budżetu. Sabina uwielbiała zakupy i chodziła na nie z rozkoszą.

Cóż mogła poradzić na to, że tak wielu produktom nie mogła się oprzeć? Kiedy widziała przepiękną sukienkę w panterkę albo szpilki z cekinami, to czuła wręcz magnetyczne przyciąganie i miała wrażenie, że nie przeżyje, jeśli ich nie przymierzy. A ponieważ w większości tych rzeczy wyglądała w swoim mniemaniu świetnie, często nawet się nie obejrzała, a już stała przy kasie.

– Zapraszamy ponownie! Do zobaczenia! – mówiły do niej na odchodne sprzedawczynie, a ona nie miała serca sprawiać im przykrości i rzeczywiście wracała. W końcu trzeba być uprzejmym dla ludzi, prawda? Sabina nie była źle wychowana…

Ta jej przesadna kochliwość przejawiała się również w innych sferach, nie tylko pod postacią miłości do zakupów. Sabina kochała sport, zdrową żywność a do tego… mężczyzn. Oczywiście najbardziej Stefana, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości i upewniła się w tym przekonaniu, gdy omal nie odszedł, ale do innych, obcych, też często szybciej biło jej serce. W dodatku, choć może i by chciała, to nic nie umiała na to poradzić. Jej głowa jakby samoistnie odwracała się w kierunku przystojnych panów w najróżniejszym wieku, a usta mimowolnie wyginały się w uśmiech. Podobnie jak na zakupach często nawet nie zauważała, kiedy i jak wdawała się z nimi w niewinne flirciki, które nierzadko kończyły się zaproszeniem na kawę, kolację lub do hotelu i prośbą o numer telefonu.

Sabina znowu westchnęła, wspominając tego typu sytuacje, i upiła kolejny łyk wina. Szkoda, że ostatnio nie nawiązywała już nowych relacji z przedstawicielami płci przeciwnej. Po powrocie męża do domu po separacji obiecała mu jednak, że z tym skończy i jak na razie udawało jej się dotrzymać słowa. Pod czujnym okiem Stefana wykasowała nawet swoje konto na ulubionym portalu randkowym lovestory.pl, przez co w ogóle czuła się jak ascetka.

– Niewinne rozmowy też nie wchodzą w grę? – patrzyła na męża wzrokiem dziecka, któremu ktoś zabrał cukierka, ale Stefan był nieugięty.

– Nie obraź się, kochanie, za to, co powiem, ale znam cię już tyle lat i wiem, że można o tobie wiele powiedzieć, lecz na pewno nie to, że jesteś niewinna.

Sabina zatrzepotała rzęsami. Przez chwilę nie wiedziała, co powinna myśleć o tym stwierdzeniu, ale w końcu wzięła je za komplement. Usunęła swój profil na portalu, a potem przytuliła się do męża i by jakoś zrekompensować sobie nieprzyjemne emocje, które nią zawładnęły, pociągnęła go do sypialni.

Niemniej, zwłaszcza w chwilach takich jak ta, bardzo brakowało jej pisania z mężczyznami na lovestory.pl. Podczas tych flircików i dyskusji czuła, że żyje. Jej poczucie własnej wartości rosło w zatrważającym tempie, a z twarzy nie schodził uśmiech. Bez tego czasami czuła się wręcz jak narkoman na odwyku. Niekiedy z trudem zwalczała świerzbienie palców, by wziąć do ręki smartfona i w tajemnicy przed mężem założyć nowe konto w ulubionej aplikacji. W końcu nie musiałby się o tym wiedzieć, prawda? A ona nie musiałaby się od razu z nikim spotykać, skoro tak bardzo tego nie chciał… Mogłaby po prostu niezobowiązująco z kimś pogawędzić. O życiu, dzieciach, gotowaniu, sporcie, albo na inne luźne tematy. Tak dla zwalczenia nudy. Stefan chyba raczej nie byłby zły, że poznaje nowych ludzi, z którymi może dzielić swoje pasje. W końcu sam powtarzał, że najważniejsze to mieć wokół siebie osoby, przy których można się rozwijać, a nie stoi się w miejscu…

Myśląc o tym, Sabina znowu spojrzała na swój telefon. Spróbować czy nie? Założyć to konto czy odpuścić? Złamać obietnicę czy jednak dotrzymać słowa?

Przez chwilę toczyła ze sobą prawdziwą wewnętrzną walkę. Ależ to było trudne! Gdyby tylko Stefan wiedział, jak ona się dla niego poświęca!

Z tego wszystkiego aż opróżniła kieliszek i sięgnęła po butelkę, by go ponownie napełnić. W tym czasie wiatr uniósł jej falbankę od stroju kąpielowego i rozwiał jej włosy.

– Życie bywa czasami naprawdę okrutne – szepnęła do siebie, poprawiając fryzurę. Podobnie jak mężczyźni. Ileż to się musi kobieta namęczyć, by utrzymać przy sobie męża. O losie…

Żeby nie sfrustrować się jeszcze bardziej, zaczęła myśleć o córkach. Na szczęście był to ciekawy temat, o którym mogła rozmyślać bez końca. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy sporo zmieniło się w życiach jej pociech, ale na szczęście były to zmiany na dobre. Ten fakt napawał Sabinę entuzjazmem, choć trochę brakowało jej dawnych emocji, gdy dziewczyny szukały prawdziwej miłości.

Najstarsza Nina wiodła teraz stabilne, choć zwariowane życie u boku Jacka i pod czujnym okiem jego nadopiekuńczej mamusi, przez co Sabina nie musiała już martwić się o nią jak kiedyś. Zaglądała do matki raz na tydzień lub dwa tygodnie i ewidentnie była szczęśliwa. Patrycja przeprowadziła się do Borysa, gdzie pomagała mu w prowadzeniu „Słonecznej Przystani” i nadal malowała kobiety na przeróżne okazje, a Eliza poszła po rozum do głowy i po pierwotnym odrzuceniu Mikołaja teraz co drugi wolny weekend spędzała w Warszawie u boku swojego sławnego mężczyzny. (Nie żeby Sabina cieszyła się na myśl o możliwości wygrzewania się w jego blasku i czerpaniu satysfakcji z widoku córki na okładkach gazet albo min sąsiadek, gdy zupełnie przypadkiem im je pokazywała. Absolutnie!).

Mimo nudy żona Stefana była naprawdę szczęśliwa, że jej córki znalazły w końcu wspaniałych mężczyzn i szczęście. Gdy myślała o tym, jak im się układa, nie potrafiła zwalczyć uśmiechu. Była dumna, że mimo trudności wychowała tak cudowne i pełne życia kobiety. Naprawdę dobrze sprawdziła się w roli matki.

Niestety ten uśmiech znikał za każdym razem, gdy myślała o czwartej córce – Małgosi. Była młodsza od Niny, a starsza od bliźniaczek i od kilku lat mieszkała w leżących nieopodal Leszczynkach wraz ze swoimi dziećmi i mężem. Sabina poczęła ją podczas jednego ze zlotów fanek fitness, gdy wylądowała w łóżku z niejakim Piotrkiem, którego nigdy więcej nie widziała. A potem w trudzie wychowywała Małgosię z nadzieją, że z córki wyrośnie silna, zaradna kobieta.

Ale tak się nie stało, przynajmniej nie w stu procentach. Małgosia może i świetnie radziła sobie w sprawach zawodowych, od wielu lat prowadziła dobrze prosperującą plantację lawendy pod lasem, ale była stanowczo za dobra i zbyt łatwowierna. Zdaniem Sabiny miała zanadto miękkie serce, co swego czasu wykorzystał kilka lat starszy od niej Wojtek, aktualnie jej mąż i ojciec jej córek. Zawrócił Małgośce w głowie, gdy ta była jeszcze nastolatką i chodziła do liceum, a potem ni z gruszki, ni z pietruszki oświadczył jej się i wyrwał spod matczynych skrzydeł.

Sabina nigdy nie przepadała za Wojtkiem i nazywała go niedojdą, pasożytem czy miągwą. Może i ładnie mu z oczu patrzyło, w końcu Małgosia z jakiegoś powodu się zakochała, ale Sabina nie znosiła jego charakteru. Ona sama na pewno wybrałaby córce lepszego męża. Wojtkowi daleko było zarówno do księcia z bajki, jak i męskiego rycerza. Może i miał szerokie ramiona, ale był za miękki i za mało stanowczy. Wystarczyło szepnąć mu jedno słówko, a on już zmieniał zdanie zamiast bronić swoich poglądów i jeszcze przepraszał, że śmiał pomyśleć inaczej. Sabina uwielbiała określać go słowem „łatwosterowalny”. W dodatku nie należał do osób zaradnych. Chociaż od lat prowadził zakład naprawy samochodów, to nie najlepiej mu się wiodło i Sabina wiedziała, że to jej córka jest głównym żywicielem rodziny, a Wojtek się tylko dokłada.

To wkurzało ją chyba nawet bardziej niż ten jego uległy charakter i brak stanowczości. Bo co to za mężczyzna, który żyje na garnuszku żony i zgadza się, żeby kobieta zarabiała więcej? Oferma i tyle. Sabina była w tych kwestiach raczej konserwatywna. Twierdziła, że chłop powinien być chłopem (cokolwiek to znaczy), a kobieta jest stworzona po to, by dodawać uroku jego życiu i pięknieć zamiast urabiać się po łokcie. Szkoda tylko, że przez kilkanaście lat nie umiała przetłumaczyć tego Małgosi i otworzyć jej oczu na pewne istotne kwestie. Ależ ta miłość zaślepia…

Sabina znowu napiła się wina. Wszystkie jej pozostałe córki poszły do przodu i odnalazły w końcu szczęście, a Małgosia tkwiła w tej swojej niedoli nawet nieświadoma własnego fatalnego położenia.

Z powodu tej gorzkiej refleksji Sabinę zabolało matczyne serce. I to nawet mimo tego, że dbała o nie i ćwiczyła prawie codziennie!

Skrzywiła się, ale zamiast znowu popaść w przygnębienie, ten impuls ożywił ją i aż usiadła na leżaku. Nagle wstąpiła w nią nowa energia i zapał. Uświadomiła sobie, że skoro pomogła trzem córkom znaleźć wspaniałych mężczyzn (pośrednio czy bezpośrednio, jeden pies), to przecież Małgośce też może, nic nie stało na przeszkodzie. W końcu w jej matczynym obowiązku było zatroszczyć się o córkę i sprowadzić na właściwą drogę z manowców, czyż nie? Nawet jeśli ta córka była dorosła i twierdziła, że ma udane życie.

– O tak… – odpowiedziała sama sobie z rozkoszą, po czym uśmiechnęła się szeroko i ponownie zbliżyła kieliszek do ust. Lato to idealny czas na zmiany i pomoc potrzebującym, a ona przy okazji trochę się rozerwie. W końcu zwalczy tę nudę, a dodatkowo może nie będzie tyle rozmyślać o mężczyznach, których mogłaby poznać, gdyby nie zakaz Stefana. Chociaż…

Zaraz, zaraz. Właściwie, skoro zamierza szukać kandydata na męża dla córki, to przecież będzie musiała nawiązać kilka damsko-męskich znajomości, by kogoś wybrać, prawda?

Na samą myśl o tym uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Czy mogło być lepiej? Upiecze kilka pieczeni na jednym ogniu! W dodatku w końcu pozbędzie się tego paskudnego Wojtka. Czekała na ten moment od lat!

ROZDZIAŁ 2

Od ukończenia ostatniej klasy liceum Małgosia nigdy nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek będzie biegła tak szybko jak dziś. A już na pewno, że właśnie tego czerwcowego popołudnia zaliczy sprint przez swoje podwórko, w dodatku w klapkach i przybrudzonej sukience. (Jak dobrze, że po drodze nie napotkała żadnej przeszkody i nie musiała skakać, bo mogłoby się to skończyć tragicznie!).

Odkąd tylko pamiętała, zawsze była na bakier z wuefem i unikała aktywności fizycznej. W czasach szkolnych prawie codziennie rano prosiła matkę o zwolnienie z tych zajęć, na co Sabina niemal nigdy nie chciała się zgodzić. Czasami nawet gdy Małgosia była przeziębiona, chora lub cierpiała na kobiece dolegliwości, matka patrzyła na nią ze złowrogą miną i powtarzała stanowczo swoją ulubioną odpowiedź na jej prośby:

– Nie ma takiej opcji, moja panno. Pakuj strój sportowy do plecaka i szoruj do szkoły. Bez gadania! Nie zamierzam mieć córki z nadwagą! Co powiedzą moje koleżanki z siłowni?

Ten ostry ton głosu Sabiny, podobnie jak stadion, na który wuefistka z liceum zabierała dziewczęta na biegi, śnił się Małgosi do dziś i bynajmniej nie były to przyjemne sny, ale przerażające koszmary, po których budziła się zlana potem.

– Wszystko dobrze, kochanie? – pytał ją Wojtek, gdy wystraszona siadała na łóżku, próbując uspokoić bicie serca i oddech.

– Tak, tak. – Zerkała na niego niespokojnie, nie zamierzając mu wyznać, co jej śniło, z obawy, że ją wyśmieje. Bać się ćwiczeń, wielkie mi halo, powiedziałby jeszcze. Przecież aktywność fizyczna nie boli!

Małgosia ewidentnie miała jednak traumę związaną z wuefem. Prawie wzdrygała się na wspomnienie skoków przez skrzynię, w którą tak wiele razy uderzyła kolanem, że aż nie mogła zliczyć, czy gry w koszykówkę, gdy co kilka minut obrywała łokciem od jakiejś z koleżanek. Albo gdy piłka w jakiś dziwny sposób zamiast zatrzymywać się w jej wyciągniętych rękach, trafiała ją w twarz. Lub te momenty, kiedy po grze w piłkę nożną tak bolały ją kostki, w które kopały ją inne dziewczęta, że aż z trudem chodziła. Jak w ogóle można lubić wuef? I czerpać przyjemność z ćwiczeń?

Małgosia pożegnała się z aktywnością fizyczną wraz z ukończeniem ostatniej klasy liceum i nigdy nie zamierzała zostać fanką sportu, nad czym szczególnie ubolewała jej matka, wielka miłośniczka fitnessu i chodzenia na siłownię. Początkowo często truła Małgosi z tego powodu głowę i straszyła ją miażdżycą albo zawałem, ale na szczęście (albo i nie, to zależy od interpretacji) odpuściła, gdy Małgosia opowiedziała jej, co usłyszała od lekarza, do którego poszła kiedyś z bolącym biodrem. Doktor powiedział jej wtedy, że chwilowo powinna ograniczyć aktywność fizyczną i nie przeciążać stawów, które i tak nie działały najlepiej z powodu kilku, no dobrze, kilkunastu nadprogramowych kilogramów, których nabawiła się na przestrzeni lat.

– Lekarz mi zabronił, mamo. – Wykorzystywała ten argument, gdy Sabina kolejny raz proponowała jej wspólny wyjazd na basen. – Nawet gdybym chciała, to nie mogę. – Mrugała niewinnie. – I to nawet nie dlatego, że nie chcę, po prostu powinnam przestrzegać zaleceń lekarskich, prawda? W końcu to specjalista. Chcesz, żebym czuła się jeszcze gorzej niż teraz?

Sabina oczywiście nie chciała pogarszać stanu zdrowia córki, którą coraz częściej, mimo młodego wieku, bolały biodro i kręgosłup. Choć była zdania, że dolegliwości Małgosi ustałyby, gdyby po prostu zaczęła więcej się ruszać, nie zamierzała dyskutować z lekarzem i nie poruszała tej kwestii przez najbliższe miesiące. Małgosia zyskała więc spokój na długi czas, przynajmniej w tej kwestii. A po paru miesiącach jej „chwilowo nie mogę ćwiczyć”, szybko przeszło w „nigdy nie będę” i na dobre zapomniała o sporcie. No, może z wyjątkiem rozciągania, bo czasami po całym dniu pracy na plantacji lawendy, którą prowadziła, tak bolał ją kręgosłup, że wieczorami włączała sobie w internecie filmiki z przykładowymi ćwiczeniami i powtarzała je, wyginając się na dywanie.

– Coś ci się stało, mamusiu? – zapytała ją sześcioletnia córka, Emilka, gdy zdecydowała się zrobić to po raz pierwszy i zaadaptowała do ćwiczeń sypialnię. – Coś spadło? Pomóc ci szukać?

– A może źle się czujesz? – zmartwiła się starsza Klara, która również szła korytarzem. – Przynieść ci szklankę wody?

– Nie, wszystko w porządku. – Małgosia na chwilę przestała wyginać plecy w koci grzbiet i spojrzała na córki. – Po prostu ćwiczę.

– Ćwiczysz? Jesteś chora?

– Nie. – Małgosia z trudem zwalczyła napływający na usta uśmiech. Na ich miejscu pewnie też byłaby w szoku. Ona i ćwiczenia, dobre sobie! Niezły dowcip! – A wyglądam, jakby mi coś dolegało?

– Po prostu twoje zachowanie jest… nietypowe. – Wybrnęła Klara.

– Rozumiem. – Kobieta skinęła głową, nadal z trudem kryjąc rozbawienie. – Potrzebujecie czegoś? – spytała jednak, nie chcąc dać po sobie poznać, o czym myśli.

– Tak tylko przechodziłyśmy… – Dziewczynka ciągle patrzyła na nią zaniepokojona. – Może powinnyśmy zawołać tatę?

– Nie trzeba, naprawdę wszystko w porządku. Ale gdybyście były głodne, to w szafce w kuchni postawiłam talerz z waszymi ulubionymi babeczkami. Dopiero kilka minut temu wyjęłam je z piekarnika. Powinny być jeszcze ciepłe. – Wiedziała, że w ten sposób pozbędzie się córek i tak też się stało. Dziewczynki posłały sobie porozumiewawcze spojrzenia i już ich nie było. Kiedy pobiegły do kuchni, Małgosia zamknęła drzwi, a potem wróciła do swoich wygłupów, jak nazywała w myślach ćwiczenia rozciągające. Ułożyła dłonie płasko na dywanie, po czym znowu zrobiła koci grzbiet. Chyba przez tę traumę związaną z wuefem nie chciała przed samą sobą przyznać, że były całkiem przyjemne i do tego relaksujące. Rozciągając plecy albo wykonując krążenia głową, niemal fizycznie czuła, jak z jej mięśni znika napięcie, a jej myśli wyciszają się i ogarnia ją spokój.

To lepsze niż medytacja, której próbowałam podczas kółka filozoficznego w szkole średniej, pomyślała, wyrównując oddech. W dodatku plecy mniej ją bolały. Nie sądziła, że dwadzieścia minut dziennie może przynieść tyle cudownych efektów.

Dzisiejszy szaleńczy bieg przez ogródek nijak miał się jednak do przyjemnych, towarzyszących rozciąganiu emocji. Gdy Małgosia stawiała nogę za nogą na trawniku, uważając przy tym, żeby nie zgubić klapków, jej serce biło jak szalone, ciśnienie skoczyło chyba do dwustu, a do tego ogarnęła ją prawdziwa panika. Brązowe włosy wymknęły się z luźnej kitki, na zaokrąglone policzki wypłynęły rumieńce, a panującą w okolicy ciszę mąciło jej nierównomierne dyszenie.

– Cholera! – zaklęła cicho, gdy jej nogi zaplątały się w kawałek sznurka zostawionego na trawie przez dziewczynki, i omal nie upadła. Byłoby szybciej, gdybym jednak słuchała czasem matki i przespacerowała się gdzieś dalej niż z kuchni na podwórko, dodała w myślach. I nie miała nadwagi! Ograniczę sernik! I tę pyszną szarlotkę!

Rozemocjonowana w końcu dobiegła do samochodu i drżącą dłonią otworzyła drzwi, a potem włożyła do stacyjki kluczyk, który w pośpiechu zabrała z szafki, wybiegając z domu. Szarpnęła za pas, wcisnęła pedał sprzęgła, przekręciła kluczyk i silnik zawył. Małgosia wrzuciła jedynkę, dodała gazu i niewiele myśląc, pojechała do przodu, omal nie zahaczając o otwartą bramę.

– Panie Boże, błagam, żebym tylko nikogo nie zabiła, prowadząc w takich nerwach. – Na ułamek sekundy zerknęła w niebo, które nijak nie współgrało z jej wewnętrznym stanem, bo było bezchmurne, błękitne i optymistyczne. – Proszę, żebym bezpiecznie dojechała do celu – szeptała, prowadząc samochód po wyboistej ścieżce. – W końcu jeden wypadek na dzisiaj wystarczy.

ROZDZIAŁ 3

Po kolejnych minutach rozmyślania na słońcu Sabina stwierdziła, że ma dość opalania i czas zacząć działać. Jej skóra satysfakcjonująco zbrązowiała na ramionach, dekolcie i udach, a do tego opróżniła już całą butelkę wina. Właściwie nawet nie zauważyła kiedy. Mimo wszystko nadal chciało jej się pić, a ponieważ Stefan był jeszcze w pracy, w domu nie było nikogo, kto mógłby przynieść jej szklankę wody. Lub własnoręcznie robionej lemoniady, którą trzymała w lodówce. Musiała samodzielnie pofatygować się do kuchni. I na co jej przyszło rodzenie czwórki córek, skoro teraz i tak mogła liczyć tylko na siebie?

Myśląc o tym, usiadła na leżaku, poprawiła górę kostiumu kąpielowego i wyciągnęła przed siebie nogi. Jej paznokcie zdobił piękny pedicure w czerwonym kolorze wykonany kilka dni temu przez zaprzyjaźnioną manikiurzystkę. Sabina uśmiechnęła się, patrząc na swoje zadbane stopy i strzepnęła z uda komara. Robactwo ciągnęło do niej jak ćmy do światła. Podobnie jak ci wszyscy mężczyźni, z którymi nie mogła się niestety umawiać.

Komar odleciał, a Sabina przeciągnęła się i omiotła wzrokiem zielony ogród. Lubiła to miejsce. Chociaż kochała miejski szum i życie w pędzie, od wielu lat sądziła, że zamieszkanie tutaj za namową Stefana było najlepszą decyzją, jaką mogła podjąć. I to nie tylko dlatego, że mąż kupił bardzo wystawny dom, którego zazdrościły jej koleżanki. Panująca tu cisza sprzyjała wymyślaniu genialnych pomysłów, w czym Sabina z roku na rok stawała się coraz lepsza. Zwłaszcza gdy dotyczyły one uszczęśliwiania jej córek. Dokładnie tak jak teraz, gdy ważyły się losy Małgosi.

Sabina na poważnie przejęła się sytuacją córki i postanowiła jak najszybciej przejść do obmyślania konkretnego planu, jak w końcu uszczęśliwić swoją pociechę. Małgośka mogła wmawiać jej, że nie ma na co narzekać, ale Sabina wiedziała swoje. Jak każda matka posiadała wrodzony radar, który natychmiast informował, gdy coś złego działo się jej dziecku. Gdy myślała o Małgosi, w jej głowie nie tylko świeciła się czerwona lampka (choć wielkością przypominała spory reflektor), ale również wyła głośna syrena.

Chociaż może to ta przejeżdżająca akurat w oddali karetka?

Nieważne. Sabina wsunęła stopy w różowe klapki z puszkiem, które stały obok leżaka, i wstała zmotywowana do działania nową energią. Z Małgosią było źle, musiała działać. I to szybko. Nie ma na co czekać!

Energicznie chwyciła butelkę po winie oraz kieliszek, a potem ruszyła do domu. W jej głowie zarysował się już schemat działania i zamierzała go spisać, by nie zapomnieć żadnego szczegółu. Pełna zapału i zadowolona z postanowień niemal przebiegła przez podwórko, po czym wpadła do domu jak strzała. Wyrzuciła butelkę po winie, wstawiła kieliszek do zlewu i odnalazła w torebce nieduży notesik oraz długopis. Przygotowana usiadła przy stole i aż uśmiechnęła się podekscytowana. Uwielbiała adrenalinę. A jeśli dołożyć do tego fakt, że w końcu pozbędzie się nielubianego zięcia, mogłaby przejść do działania choćby zaraz.

No, może jednak nie, bo musiała jeszcze ugotować obiad dla Stefana, który niebawem miał wrócić z pracy. Ach, te obowiązki…

Plan, który przyszedł Sabinie do głowy, nie był zbyt skomplikowany, ale nie chciała popełnić żadnego błędu, więc zamiast od razu go spisać, przez chwilę zastanawiała się, od czego zacząć misję o kryptonimie: uszczęśliwianie Małgosi. Prawdę mówiąc, miała kilka pomysłów, aż nie wiedziała, który jest lepszy. Zapatrzyła się na zieleń za oknem i zaczęła układać sobie w głowie schemat działania. Krok po kroku analizowała kolejne pomysły i odrzucała te, które zdawały się gorsze. Rytmicznie stukała długopisem o blat, a trybiki w jej głowie pracowały na najwyższych obrotach. Tym razem cieszył ją fakt, że ma dorosłe dzieci i w domu panuje cisza. Nie lubiła, gdy ktoś przeszkadzał jej w intensywnym myśleniu, a w przeszłości niemal co pięć minut słyszała głośne: mamoooo!, i to w sytuacjach, gdy najbardziej tego nie chciała. Niekiedy aż musiała ukrywać się przed córkami w łazience, by poszukać w gazetach przepisów na zdrowe dania albo kiedy chciała w spokoju porozmawiać z koleżanką. Z czasem jednak nawet to nie pomagało, bo dziewczęta wyśledziły jej skrytkę i potrafiły przez kilkanaście minut stać pod drzwiami, płacząc i dopominając się o uwagę.

– Niech ktoś zabierze te wyjce – miała ochotę niekiedy krzyknąć, ale zawsze po kilku głębokich oddechach wychodziła z uśmiechem do zapłakanych, zasmarkanych dzieci i obiecywała sobie w duchu, że następnym razem ukryje się w łazience sąsiadów. Jakże cieszyła się teraz, że te chwile odeszły!

Po kilkunastu minutach intensywnego myślenia w końcu doszła do wniosku, że jest gotowa spisać swój plan działania. Na górze strony zapisała swoje dwa główne cele.

– Uwolnić Małgosię od Wojtka i znaleźć jej nowego, lepszego męża – wymruczała pod nosem, notując, ale po chwili wykreśliła słowo „męża” i zamieniła je na „partnera”. W końcu była nowoczesną kobietą, prawda? Trzeba iść z duchem czasu, a z unieważnieniem małżeństwa, bo Małgosia wzięła ślub kościelny i należała do osób raczej konserwatywnych, mógłby być problem.

Kolejne linijki w notatniku zapełnił opis poszczególnych działań, które Sabina zamierzała podjąć, by uwolnić córkę z małżeńskiej niewoli. Było ich tyle, że od pisania aż rozbolała ją ręka, ale dodawała sobie sił, powtarzając, że przecież macierzyństwo wymaga poświęceń. Po kilku minutach odłożyła długopis i w skupieniu przeczytała listę. Większość podpunktów zdawała się dość łatwa w realizacji.

– Skłócić Małgosię z Wojtkiem, obrzydzić go jej, ewentualnie skrzywdzić, gdy zajdzie taka konieczność… – Sunęła wzrokiem po kartce.

To da się zrobić, pomyślała. Gorzej będzie przekonać córkę do ponownego znalezienia miłości i zaufania nowemu mężczyźnie. Małgośka była uparta i Sabina znała ją na tyle, by wiedzieć, że pomimo upływu lat nadal jest zakochana w Wojtku.

Ale z drugiej strony, w końcu musiała mieć choćby ułamek genu kochliwości po matce. Może to nie będzie więc aż takie trudne?

Tak naprawdę problematyczny wydawał się Sabinie tylko jeden podpunkt z listy, mianowicie znalezienie Małgosi partnera. Co prawda była specjalistką od poznawania mężczyzn i bardzo to lubiła, ale nie sądziła, by to spodobało się Stefanowi, który co jakiś czas przypominał jej o swoim zakazie.

– Wierność i zaufanie to podstawa udanego małżeństwa – powtarzał jak mantrę, a Sabina wolała nie wychylać się ze swoimi nowoczesnymi poglądami i od niechcenia kiwała głową, po czym podsuwała mężowi obiadek.

Znalezienie kandydata na nowego partnera Małgosi stanowiło więc w tych warunkach nie lada wyzwanie. Zwłaszcza że takiego mężczyznę trzeba przecież wcześniej przetestować, by nie okazał się później niedojdą pokroju Wojtka, łajdakiem czy oszustem. Sabina nie chciała wepchnąć córki w ramiona jakiegoś zbira albo maminsynka i wolałaby najpierw sama przekonać się, z kim ma do czynienia. Porozmawiać, poznać, poobserwować…

Myśląc o tym, tak się rozmarzyła, że zaczęła już nawet wyobrażać sobie, jak siedzi z nim w restauracji w centrum i popija drinka z palemką. Jego ciemne włosy rozwiewa delikatny wiatr, opalenizna kontrastuje z bielą koszuli, w którą jest ubrany, a pełne usta unoszą się w zawadiackim uśmiechu. Czule patrzą sobie w oczy, rozmawiają o hobby, wspólnych doświadczeniach, zdrowym trybie życia i niskokalorycznym jedzeniu, a później on odwozi ją do domu i proponuje kolejne spotkanie cudownym, niskim głosem.

Sabina aż westchnęła, wracając do rzeczywistości. Dlaczego ten Stefan tak się na nią uwziął? Miała wrażenie, że zaraz uschnie z braku męskiej atencji niczym długo niepodlewany kwiat. W dodatku przesadzony nagle z urodzajnej ziemi na pustynię.

Niezadowolona wywróciła oczami i zapatrzyła się na wazon, który stał na szafce pod ścianą. Cóż, będzie musiała jakoś obejść ten zakaz męża, nie widziała innego wyjścia. Nie mogła dłużej pozostawać obojętna na krzywdę dziecka, a Małgośka nie mogła dłużej tkwić w nieszczęśliwym małżeństwie. Trzeba to w końcu skończyć i to raz na zawsze. Skoro trzy córki Sabiny były szczęśliwe, to czwarta też powinna. Jako matka była gotowa zrobić dla swojej pociechy wszystko, nawet złamać zakaz męża. Chociaż może zanim to zrobi, to powinna z nim najpierw porozmawiać i wyjaśnić, co zamierza? Ostatnio dobitnie przekonała się, że tajemnice nie najlepiej wpływają na klimat związku, a zresztą w końcu każda z nich i tak wychodzi na jaw, w dodatku w najmniej odpowiednim momencie. Poza tym Stefan też kochał swoje córki. Może ją zrozumie i udzieli maleńkiej dyspensy? W końcu nie zamierzała szukać mężczyzny dla siebie. Przyświecał jej wyższy cel!

Pełna nadziei zamknęła swój notes i podniosła się z krzesła. Miała dzisiaj tyle energii, że najchętniej zabrałaby się za realizację swojego planu już teraz, gdyby nie fakt, że musiała jeszcze przygotować obiad. Stefan miał dziś wyjątkowo wrócić do domu wcześniej, co bardzo ją cieszyło. I to nie tylko dlatego, że oznaczało to koniec jej samotności, doskwierającej ciszy i pustki. Pragnęła jak najprędzej porozmawiać z nim o Małgosi.

Dla zabicia czasu poszła do kuchni i powyjmowała z szafek produkty potrzebne do przygotowania obiadu. Zamierzała przyrządzić dziś wegetariańskie burgery z pysznymi kotletami z brokułów w środku oraz kompozycją świeżych warzyw, które rano kupiła na ryneczku. Ostatnio nie mogła wyzbyć się wrażenia, że trochę się ze Stefanem postarzeli i specjalnie wynajdowała na swoich ulubionych stronach internetowych z przepisami pomysły na „młodzieżowe” jedzenie, żeby poczuć się lepiej. Hamburgery nieodzownie kojarzyły jej się z młodością i witalnością. Wyjęła z szafki nóż oraz deskę do krojenia, a potem z zapałem zaczęła przygotowania.

ROZDZIAŁ 4

Jadąc do szpitala, Małgosia pierwszy raz w życiu tak znacznie przekroczyła dozwoloną prędkość. Zwykle była odpowiedzialnym kierowcą i przestrzegała przepisów ruchu drogowego, ale dziś nawet nie zauważyła, gdy wskazówka na liczniku pokazała ponad sto czterdzieści kilometrów na godzinę, a momentami nawet i więcej. Pewnie gdyby była tego świadoma, to natychmiast by zwolniła, choćby z obawy przed utratą prawa jazdy, ale z powodu stresu ta myśl nawet nie przeszła jej przez głowę. Chwilowo liczył się tylko Wojtek, a w uszach wciąż słyszała słowa dzwoniącej ze szpitala pielęgniarki, która poinformowała ją chłodnym tonem, że jej mąż miał wypadek i jest właśnie operowany.

– Ale jaki wypadek? I jaka operacja? – z trudem wydukała do słuchawki przerażona, lecz kobieta nie chciała powiedzieć jej nic więcej.

– Proszę przyjechać do szpitala, dowie się pani wszystkiego na miejscu – rzuciła tylko poirytowanym tonem. – Nie mogę udzielać takich informacji przez telefon.

Małgosia nie zamierzała się kłócić. W szoku opuściła dłoń z telefonem, a potem zagubionym wzrokiem rozejrzała się po pokoju.

Wojtek. Wypadek. Szpital. Operacja. – Powtarzała w myślach jak szalona. No pięknie!

– Klara! – zawołała doniosłym głosem starszą córkę, jednocześnie rozglądając się po kuchni w poszukiwaniu torebki.

– Nie mogę teraz przyjść mamo, jestem zajęta! – dobiegło z sąsiedniego pokoju.

Małgosia odetchnęła głęboko, lecz zanim powtórnie zawołała jej imię, uświadomiła sobie, że to może to i lepiej. Dziewczynki nie powinny widzieć jej w takim stanie, nie chciała ich straszyć. Wytłumaczy im wszystko, gdy wróci.

– Wychodzę na jakiś czas – zawołała więc tylko, z trudem panując nad emocjami w głosie. – Poproszę Marylkę, żeby się wami zajęła. – Odruchowo pomyślała o swojej najbardziej zaufanej pracownicy. – Bądźcie grzeczne!

– Będziemy, mamusiu! – odkrzyknęły jej córki, których najwidoczniej nie wzruszyła ta informacja. Dość często zostawały z Marylką i były do tego przyzwyczajone.

Małgosia chwyciła więc torebkę i kluczyki do samochodu z szafki, po czym, niewiele myśląc, wybiegła na podwórko.

– Stało się coś? – Omal nie wpadła na wspomnianą Marylkę, która niosła właśnie skrzynkę z bukiecikami lawendy.

Kobieta popatrzyła na nią przerażona.

– Wojtek, on… – wypowiedziała, z trudem łapiąc powietrze. – Wojtek miał wypadek.

– O Boże! – Marylka upuściła skrzynkę i przyłożyła dłonie do ust.

– Muszę jechać do szpitala.

– W jakim jest stanie?

– Nie wiem, nic nie wiem. – Małgosia gorączkowo rozglądała się po podwórku. – Pielęgniarka powiedziała mi tylko, że ma właśnie operację.

Jej pracownica jeszcze bardziej pobladła.

– Nie wierzę…

– Przypilnujesz dziewczynek? – poprosiła Małgosia. – I czy możesz dopilnować zamknięcia sklepiku z pamiątkami i kawiarenki, gdy już odjadą turyści?

– Oczywiście, że tak, wszystkim się zajmę. A ty jedź już, nie stój tak. Czekam na wieści! – zapewniła Marylka i właśnie wtedy Małgosia puściła się pędem przez podwórko.

Teraz natomiast w nerwach krążyła po szpitalnym parkingu, szukając choćby jednego wolnego miejsca. Jak na złość, cały plac był ciasno zastawiony samochodami, pomiędzy którymi nie dałoby się wbić nawet szpilki.

– A niech to! – irytowała się, choć na co dzień uchodziła za oazę spokoju. Czy los nie mógłby dzisiaj choć trochę jej sprzyjać? Dość miała problemów. Czy ten wypadek nie wystarczał?

Po kilku minutach wypatrzyła w końcu wolne miejsce. W dodatku pod daszkiem i nieopodal wejścia. Mimo zdenerwowania poczuła coś w rodzaju ulgi i aż mocniej wcisnęła pedał gazu. Choć nie była najlepszym kierowcą, to bez trudu zaparkowała idealnie między białymi liniami, a potem w pośpiechu wyjęła kluczyki ze stacyjki. Nerwowo chwyciła leżącą na siedzeniu pasażera torebkę i już po chwili znów biegła, tym razem w stronę szpitalnego budynku.

– Dzień dobry! – zdyszana dopadła do recepcji. – Szukam męża. – Popatrzyła na młodą recepcjonistkę z niezbyt przychylnym wyrazem twarzy.

– Nie pani jedna. – Dziewczyna uniosła na nią wzrok i poprawiła kołnierzyk od zielonego fartuszka.

– Został niedawno przywieziony z wypadku. – Małgosia zignorowała jej dziwny komentarz. – Podobno ma właśnie operację.

– Nazwisko? – spytała niespiesznie recepcjonistka.

– Turek, Wojciech Turek.

– Zaraz to sprawdzę, proszę chwilę poczekać. – Kobieta przeniosła wzrok na ekran stojącego przed nią komputera i zaczęła coś pisać na klawiaturze.

Chociaż Małgosia była osobą raczej cierpliwą, to mimowolnie zaczęła bębnić palcami o drewniany blat i z nerwów przygryzła dolną wargę.

– Czy może pani przestać? – skarciła ją recepcjonistka. – Nie mogę się skupić.

– Ach tak, przepraszam. – Zabrała ręce z kontuaru i na wszelki wypadek trochę się cofnęła. Chociaż od jej przybycia tutaj minęła dosłownie minuta, odnosiła wrażenie, że czas w dziwny sposób się rozciąga, a kolejne sekundy należą do najdłuższych w jej życiu. Chyba nie czuła czegoś takiego nawet gdy Wojtek wiózł ją na porodówkę, kiedy zaczęła rodzić, i utknęli w korku. Do tej pory myślała, że tamten dzień był najbardziej stresującym w jej życiu, ale dzisiejszy bił go na głowę.

Zniecierpliwiona popatrzyła na recepcjonistkę, która nadal siedziała z nosem utkwionym w monitorze i powolnie wciskała kolejne przyciski na klawiaturze. Na Boga… Czy ta kobieta nie mogła pracować szybciej?

Z trudem powstrzymując nieuprzejmy komentarz, rozejrzała się dookoła. Na ławkach pod ścianami siedzieli pacjenci, którzy czekali na wizytę u lekarza albo na swoich bliskich. Uwagę Małgosi szczególnie przyciągnęła młoda dziewczyna, która również nerwowo przygryzała wargę i w napięciu wpatrywała się w białe drzwi nieopodal. Żona Wojtka natychmiast zapałała do niej sympatią. Poczuła coś na kształt ulgi, gdy uświadomiła sobie, że chociaż jedna osoba w tym pomieszczeniu rozumie, co ona teraz czuje.

Nie patrzyła jednak na dziewczynę zbyt długo, bo recepcjonistka odnalazła w końcu w systemie dane jej męża.

– Pani mąż rzeczywiście ma teraz operację – powiedziała łaskawie.

Małgosia westchnęła głośno, choć wiedziała to wcześniej.

– Gdzie go znajdę?

– Na trzecim piętrze – odparła dziewczyna, nieco bardziej przyjaznym tonem. – Proszę wjechać windą, a potem kierować się w prawo. Nie będzie pani mogła wejść na salę operacyjną, ale znajduje się tam poczekalnia dla rodzin pacjentów. Powinna ją pani odnaleźć bez problemu.

Pewnie gdyby Małgosia nie była tak zestresowana, to pomyślałaby, że z Wojtkiem naprawdę musi być źle, skoro recepcjonistka stała się nagle milsza, ale w tym stanie nawet nie przeszło jej to przez głowę. Podziękowała tylko, a potem odwróciła się gwałtownie i ruszyła ku windzie. Na szczęście nie musiała na nią zbyt długo czekać i już po chwili jechała na trzecie piętro, gdzie ważyły się losy Wojtka. Zdenerwowana wybiegła na korytarz i skręciła w prawo, omal nie przewracając przy tym młodego lekarza, na którego wpadła.

– Przepraszam bardzo – wydusiła ze ściśniętym gardłem, gdy biedak próbował odzyskać równowagę, mocno trzymając ją za rękę, którą złapał, by uchronić się przed upadkiem. – Nie zauważyłam pana, to nie było specjalnie.

– Spokojnie. – Lekarz uśmiechnął się lekko i wygładził fartuch. – Może pani mi wierzyć lub nie, ale takie… spotkania są tutaj na porządku dziennym.

– Naprawdę?

– Niestety. Sugerowałem kiedyś nawet dyrekcji, że warto by było wyłożyć w tym miejscu podłogę materacem i obić nim ściany, bo kilkoro z pracowników nieźle obiło tu sobie już kość ogonową, gdy ktoś z rodziny pacjentów wybiegał z windy w kierunku poczekalni.

Małgosi zrobiło się głupio.

– Jeszcze raz najmocniej pana przepraszam.

– Nie szkodzi. Rozumiem, że jest pani spokrewniona z naszym pacjentem?

– Chodzi panu o Wojciecha Turka?

– Dokładnie. To nieduży szpital, nie przeprowadzamy zbyt wielu operacji.

– Co z nim? – spytała ze ściśniętym żołądkiem.

– Spokojnie. – Lekarz popatrzył na nią kojąco. – Stan pani męża jest ciężki, ale stabilny. Wyjdzie z tego.

Na dźwięk tych słów Małgosi zakręciło się w głowie.

– Ciężki? – szepnęła, a młody mężczyzna, widząc, co się z nią dzieje, złapał ją pod rękę i poprowadził w stronę krzesła.

– Może poproszę pielęgniarkę, żeby przyniosła dla pani coś na uspokojenie? Wyraźnie pani pobladła.

– Nie trzeba. – Kobieta uniosła rękę do skroni i cała zadrżała.

– Proszę głęboko odetchnąć. – Polecił lekarz. – Pani mąż z tego wyjdzie.

– Co właściwie się stało? – Zerknęła mu w oczy.

– Może najpierw się przedstawię. Julian Szczerbowski, jestem neurochirurgiem.

– Neurochirurgiem. O Boże… – Od razu wyobraziła sobie najgorsze, to znaczy Wojtka, który leżał gdzieś na asfalcie z roztrzaskaną głową, cały we krwi. Ponownie omal nie zasłabła. Momentalnie zalała ją fala gorąca i poczuła mdłości.

– Byłem obecny podczas części operacji pani męża, ale na szczęście nie musiałem otwierać czaszki. Przepraszam – zreflektował się, widząc jej reakcję. – To rzeczywiście nie brzmi najlepiej.

Małgosia nerwowo przełknęła ślinę.

– Operacja nadal trwa, prawda? Dlaczego pan już wyszedł z sali?

Teraz to Julian Szczerbowski głęboko odetchnął.

– To może zacznę od początku… – mruknął pod nosem, czując, że swoimi wypowiedziami wcale nie uspokaja żony pacjenta, a wręcz przeciwnie. – Pani mąż został przywieziony do nas kilkadziesiąt minut temu. Został poszkodowany w wypadku samochodowym. Nie znam szczegółów tego zdarzenia, ale wiem, że podczas gwałtownego skrętu uderzył w drzewo.

– W drzewo? Nie, to niemożliwe. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. – Wojtek jest mechanikiem i kierowcą. Zawodowym – podkreśliła celowo. – Zna się na samochodach, nie mógł wjechać w drzewo. Każdy, ale nie on… Zawsze jeździ ostrożnie.

– Przykro mi, takie są fakty.

– Nie, to się nie dzieje naprawdę…

– Na drodze nie wszystko zależy od nas.

– Tak, ma pan rację, po prostu…

– Proszę się nie denerwować, wiem, że pewne rzeczy trudno przyjąć. Wszystkim nam wydaje się, że statystyki nas nie dotyczą. Że wypadki przydarzają się jakimś obcym ludziom, a nas to nigdy nie spotka. Może to niedobry moment na takie wyznania, ale kilka dni temu byłem na pogrzebie dobrego przyjaciela. Przykra sprawa, może pani o tym słyszała. Był ratownikiem medycznym, a zmarł w nocy na zawał. Karetka nie zdążyła przyjechać na czas, co za ironia losu, prawda? Uratował tylu ludzi, w porę docierając na miejsce, podczas gdy sam zmarł, bo pomoc nie dotarła na czas.

Wzdłuż kręgosłupa Małgosi przebiegł zimny dreszcz.

– Ale Wojtek nie umrze, prawda?

– Jak już powiedziałem, jego stan jest ciężki, ale stabilny.

– Co mu jest? – Spojrzała lekarzowi w oczy.

– Pani mąż ma złamaną nogę oraz krwiaka podpajęczynówkowego, który powstał podczas uderzenia głową o kierownicę. Mój kolega właśnie kończy operować mu nogę, a ja doglądałem stanu pani męża z obawy, że krwiak może pęknąć i dojdzie do wylewu krwi do mózgu.

– Słyszałam, że od tego można nawet umrzeć.

– Na szczęście do tego nie doszło. Mimo wszystko musimy nieustannie monitorować stan pani męża, bo, kolokwialnie mówiąc, z krwiakami nigdy nic nie wiadomo.

– Ale rokowania są dobre?

– Proszę być dobrej myśli. – Lekarz uścisnął jej rękę. – Będziemy robić wszystko, co w naszej mocy.

– Dziękuję. – Małgosia skinęła głową i zapatrzyła się w niebieskie linoleum na podłodze. Wojtek, wypadek, drzewo, możliwy wylew krwi do mózgu… To wszystko nadal nie mieściło jej się w głowie. Czuła się trochę jak bohaterka marnego filmu, która tylko odgrywa jakąś rolę. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę.

– Może jednak przyniosę pani coś na uspokojenie? – znowu zmartwił się lekarz. – Nie wygląda pani najlepiej.

Małgosia nie odpowiedziała. Tępo wpatrywała się w błękit i próbowała odnaleźć się w nowej sytuacji. Świat wirował dookoła jej głowy i miała natłok myśli. Nie, to nie mogło dziać się naprawdę…

Julian Szczerbowski patrzył na nią przez chwilę, aż w końcu sam zadecydował, że przyniesie jej tabletkę. Odszedł na chwilę, po czym wrócił z lekarstwem oraz plastikowym kubeczkiem wody.

– Niech pani to weźmie – zalecił, podając obie te rzeczy Małgosi. – Powinno szybko pomóc. Poczuje się pani lepiej.

Tak też zrobiła. Sprawnie zażyła tabletkę, a potem oparła głowę o ścianę.

– Ile jeszcze potrwa operacja?

– Niedługo. Lekarze powinni już kończyć.

– Będę mogła zobaczyć męża?

– Oczywiście. Ma pani prawo przebywać na sali pooperacyjnej.

– To dobrze. – Odetchnęła głęboko i na moment przymknęła oczy. Po kilku minutach tabletka rzeczywiście zaczęła przynosić jej ulgę, ale, niestety, pogorszyła koncentrację uwagi. W pierwszej chwili nie wzruszyły jej bowiem nawet słowa młodej pielęgniarki, która przyszła na oddział zbulwersowana, szukając, jak to mało poetycko określiła, jakiegoś idioty.

– Kto parkuje na miejscu dla karetek?! – mówiła uniesionym głosem do Juliana Szczerbowskiego. – Niech ja go tylko dorwę! Policja już jedzie, osobiście dzwoniłam na komisariat. To jak nic skończy się mandatem. I to wysokim!

Małgosia patrzyła na nią mało przytomnym wzrokiem i powoli kiwała głową.

– Oczywiście, takich ludzi należy karać – powiedziała nawet.

Dopiero gdy dziewczyna już się wykrzyczała i skończyła monolog, zrozumiała słowa kobiety. Mimo działania tabletki uspokajającej dotarło do niej, że najprawdopodobniej to właśnie o nią chodziło pielęgniarce. W końcu to byłoby zbyt piękne, gdyby tuż przy drzwiach wejściowych do szpitala znajdowało się miejsce parkingowe dla przeciętnego Kowalskiego. I to pod daszkiem.

ROZDZIAŁ 5

– Proszę od razu przeparkować samochód – powiedział stanowczo policjant, który kilka minut temu wręczył Małgosi mandat oraz poinformował o punktach karnych. – I żeby to było ostatni raz, bo gdy się znowu spotkamy, to nie będę taki pobłażliwy. – Schował kajecik do kieszeni, a potem popatrzył na nią surowo. – Przepisy nie są od tego, żeby je łamać, droga pani. A zwłaszcza w takim miejscu. Ktoś mógł zginąć z powodu pani braku rozsądku! Mam nadzieję, że jest pani tego świadoma!

Bliska płaczu Małgosia spuściła wzrok.

– Przepraszam najmocniej… – wydusiła, omal nie paląc się ze wstydu. Chciała wytłumaczyć, że to z powodu nerwów i strachu o stan zdrowia męża, ale czuła, że wyjaśnienia na nic by się zdały, bo trafiła na służbistę.

– Niestety, ale pani przeprosiny nie zwróciłyby nikomu życia – burknął policjant. – Słowa nie mają aż takiej mocy sprawczej, jak się pani wydaje.

– Ja…

– Och, proszę już nic nie mówić, tylko odjechać. I tym razem zostawić samochód w odpowiednim miejscu – nakazał stanowczo, po czym odwrócił się na pięcie i zostawił ją samą.

Małgosia pociągnęła nosem i otarła łzy, które pociekły po jej policzkach. Mimo tabletki na uspokojenie była w naprawdę kiepskiej kondycji. Prawdę mówiąc, miała ochotę usiąść na chodniku, ukryć twarz w dłoniach i głośno się rozpłakać. Nie dość, że Wojtek leżał na stole operacyjnym z bombą zegarową w głowie, to jeszcze teraz to. Czy ten dzisiejszy ciąg nieszczęść kiedy się skończy?

Mimo wszystko zmobilizowała się do działania i przestawiła samochód. Na szczęście tym razem nie musiała zbyt dług jeździć po parkingu, bo gdy tylko wsiadła za kierownicę, to jakiś kierowca zwolnił miejsce nieopodal. Czując ulgę, natychmiast je zajęła i już po chwili znowu szła do szpitala. Usiadła w poczekalni i z duszą na ramieniu utkwiła wzrok w dużych, białych drzwiach z napisem: blok operacyjny.

Po pomieszczeniu rozchodziło się głośne cykanie zegara, ale czas jakby stał w miejscu. Małgosia z uporem wpatrywała się w drzwi i błagała w myślach, by stan Wojtka się nie pogorszył. Słyszała w przeszłości sporo informacji o krwiakach i wiedziała, że ich pęknięcie może przynieść poważne konsekwencje. Nigdy jednak nie sądziła, że będzie tak martwić się o Wojtka. Jej mąż wydawał się niezniszczalny.

Po upływie kilkunastu minut, choć zdawało jej się, że minęła cała wieczność, pomyślała, że mogłaby poinformować o nieszczęściu swoją rodzinę. Utrzymywała dobry kontakt z siostrami i matką i aż skarciła się w duchu, że wcześniej na to nie wpadła. Tak samo jak na śmierć zapomniała wybrać numer Marylki, która też pewnie odchodziła od zmysłów, pilnując jej córek. Jednak jest prawdą, że w stresie umysł człowieka pracuje zupełnie inaczej. I że w pamięci powstają wtedy wielkie czarne dziury.

Drżącą ręką wyjęła z torebki telefon i sprawnie odblokowała ekran. Chociaż nie lubiła obarczać bliskich swoimi problemami i o wielu z nich nie mówiła matce czy siostrom, potrzeba wsparcia wygrała, więc wybrała numer Niny, z którą była najbliżej. Dzieliła je najmniejsza różnica wieku i dość często ze sobą rozmawiały.

– Słucham? – Nina odebrała dość szybko.