Miłosc ci wszystko wyPaczy - Katarzyna Majgier - ebook

Miłosc ci wszystko wyPaczy ebook

Katarzyna Majgier

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Książnica Stargardzka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 309

Rok wydania: 2009

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

Miłość

ci wszystko

wyPaczy

 

KatarzynaMajgier

 

 

Projekt okładki

Monika Kanios

 

Redakcja

Danuta Sadkowska

 

Korekta

Joanna Pietrasik

 

© Copyright by Katarzyna Majgier

 

ISBN 978-83-61535-88-8

 

Wydanie I, Łódź 2009

 

Wydawnictwo AKAPIT PRESS sp. z o. o.

tel./fax: (042) 680-93-70

Księgarnia internetowa: www.akapit-press.com.pl

e-mail: [email protected]

 

Druk i oprawa: Drukarnia Na Księżym Młynie

Środa, 1 marca

 

Podobno jestem nad wiek rozwinięta umysłowo i mam zęby mądrości, ale jak przyjdzie co do czego, to jestem taka głupia, że coś strasznego!

Jutro kończę czternaście lat i mama niespodziewanie zapytała, co chcę dostać na urodziny.

To było coś nowego. Zwykle dostaję na urodziny to, co rodzice uznają za stosowne, czyli ubrania, przybory szkolne i słodycze na pocieszenie. Tym razem mogłam sobie wybrać prezent. Powinnam była wykorzystać okazję, ale tak mnie to zaskoczyło, że powiedziałam mamie, że wszystko mi jedno, co dostanę, bo niczego szczególnego nie potrzebuję.

To oczywiście bzdura! Wcale mi nie jest wszystko jedno i potrzebuję bardzo wielu rzeczy: na przykład dodatkowej pamięci do komputera, pendrive’a, tabletu i empetrójki. Czasem myślę, że przydałaby mi się komórka, ale wiem, że to wszystko jest drogie, i nie ma co przesadzać. Z tańszych i łatwiej dostępnych rzeczy chciałabym dostać gruby zeszyt do pisania pamiętnika i coś do układania włosów, żeby nie wyglądały jak rabarbar po eksplozji (wiem, że rabarbar nie wybucha, ale gdyby wybuchał, wyglądałby po tym tak jak moje włosy). Mogłabym też dostać nowy plecak albo nowe buty. A jeśli chodzi o słodycze, to widziałam takie ciekawe czekoladki, ale kosztowały 16 złotych — dosyć dużo. Ale naprawdę były intrygujące...

Tyle, co do moich życzeń, którymi mogę się wypchać, bo nie wspomniałam o nich mamie. Co więcej, kiedy mama mi zaproponowała, żebyśmy razem poszły do centrum handlowego kupić mi na urodziny coś do ubrania, powiedziałam jej, że nie mogę, bo muszę się uczyć! Nudna matematyczka zapowiedziała klasówkę, fascynującą zapewne jak flaki z olejem, a Maryna zadała nam jakąś syntezę epok, a ja nawet nie sprawdziłam, co to w ogóle jest...

No i jak normalnie nie mam daru przekonywania, tak tym razem mi wyszło. Mama zgodziła się ze mną, że rzeczywiście nie ma sensu, żebym poszła z nią. Sama mi coś wybierze...

Kiedy już była o tym całkowicie przekonana, dotarło do mnie, co zrobiłam. Miałam ochotę walnąć głową w stół z rozpaczy, ale to wzbudziłoby szereg pytań ze strony rodziny, a co ja im będę opowiadała, że dobija mnie własna głupota? Zamiast tego opiszę to sobie w pamiętniku, ku przestrodze, na przyszłość...

 

Chciałabym to jakoś odkręcić, ale nie wiem jak...

W dodatku nie mam pojęcia, jak się na jutro nauczę tego wszystkiego, a szkoda byłoby dostać na urodziny jedynki. Pojęcia nie mam, co to jest ta synteza epok.

Otworzyłam zeszyt i książkę, usiłując to zrozumieć, ale mam w głowie pustkę, przynajmniej jeśli chodzi o tę sprawę. W mojej opustoszałej głowie kołaczą się za to inne myśli — nieszczególnie związane ze szkołą. W sobotę moje kumpelki przychodzą do mnie na urodziny, nawet Nika przyjedzie, a ja nie mam pojęcia, jak urządzić imprezę w moim pokoju. Jeszcze rok temu nie przejmowałabym się tym, ale w ciągu ostatnich miesięcy zaczęłam bywać na urodzinach, którym nic, co mogę zorganizować, nie tylko nie dorówna, ale nawet do pięt nie sięgnie.

 

A jakby mi było mało tego wszystkiego, to chyba się zakochałam i strasznie mnie to rozprasza.

Później

 

Chyba mam dziś szczęśliwy dzień. Plamy na słońcu, konfiguracja gwiazd albo zwyczajny zbieg okoliczności sprawia, że wywieram wpływ na moją mamę.

Najpierw ją przekonałam, że można mi dać na urodziny byle co, a potem, że koniecznie muszę się z dziewczynami pouczyć do syntezy epok.

— Do czego? — spytała zdumiona mama.

Ona też nie wiedziała, co to takiego!

Pocieszyło mnie to.

Od razu poszłam do Blondi, ona najlepiej z moich koleżanek zna się na imprezach i miłości, choć o tym drugim nie planowałam z nią rozmawiać. Żeby jednak nie było, że kłamałam własnej matce, na początek zapytałam ją o syntezę epok. Blondi też nie miała pojęcia, o co chodzi.

- Ale dobrze, że mi przypomniałaś, bo kompletnie mi to z głowy wyleciało - przyznała. - Odkąd się zakochałam, nie chce mi się słuchać Maryny.

- A wcześniej ci się chciało? — zdziwiłam się, bo lekcje z Maryną są nieciekawe i myślałam, że nikomu nie chce się jej słuchać.

Blondi roześmiała się, a ja pomyślałam, że może właśnie w tym jest sęk!

Ciągle się słyszy o tym, że ludzie opuszczają się w nauce, kiedy się zakochają. Dotychczas się nad tym nie zastanawiałam, a teraz — proszę! Dwa dni minęły i już dziura w mózgu na wylot!

Muszę tylko oswoić się z tą sytuacją i nauczyć się radzić sobie z nią na tyle, żeby nie za bardzo było widać, że coś ze mną nie gra.

Ale — uwaga! Blondi nie wie, że się zakochałam. Nikt tego nie wie, poza mną, bo jeszcze nikomu nie powiedziałam.

Na razie sama się z tym oswajam.

 

Co prawda w ciągu tych dwóch dób miałam wiele okazji, żeby zwierzyć się dziewczynom, ale nie mam pojęcia jak. Wczoraj przez cały dzień się z tym męczyłam, aż uznałam, że powiem im w dniu moich urodzin. Czyli jutro.

Im bliżej do jutra, tym bardziej się tego boję.

Dlatego zastanawiam się, czy nie przełożyć tej rozmowy na sobotę, na oficjalne obchody moich urodzin. Zyskam trochę czasu na myślenie i nerwowe obgryzanie paznokci. Akurat zdążę je sobie ogryźć do łokci...

 

Razem z Blondi poszłyśmy do Pauli spytać, czy wie, o co chodziło z syntezą epok.

— No pewnie! — odparła spokojnie. — To jakieś tabelki!

— Tyle, to wiemy! — odparłyśmy zgodnie.

Wszystko, co robimy na polskim z Maryną, to jakieś tabelki.

— Nie wiemy, jakie tabelki — wyjaśniłyśmy Pauli.

Wyciągnęłyśmy zeszyty, żeby dojść do ładu z tabelkami i syntezą epok, ale przypomniało nam się, że jest jeszcze Liliana, która pewnie też nie wie, o co chodzi, więc udamy się do niej. We czwórkę wymyślimy więcej niż w trójkę, a nawet jeśli nie, to będzie nam raźniej. No i jest jeszcze pewne prawdopodobieństwo, że Liliana przez przypadek wie, o co chodzi.

Niestety, nie wiedziała.

Rozłożyłyśmy wszystkie nasze notatki z polskiego na jej łóżku i usiłowałyśmy je uporządkować. Teoretycznie wszystko już było uporządkowane, podzielone na tabelki, poukładane w przegródkach jak śrubki i trybiki w szufladzie schludnego mechanika, tylko nie wiedziałyśmy, co mamy z tego złożyć.

Przysięgam, że próbowałyśmy, ale po około godzinie we wszystkich mięśniach mózgu miałyśmy takie zakwasy, że musiałyśmy odpocząć.

— To co? Idziemy do mnie na durny film? — zaproponowała Blondi. — Mama musi dziś zostać po godzinach, więc możemy szaleć.

- Jeszcze matma - przypomniała jej grobowym głosem Paula.

— Rzeczywiście - westchnęła Blondi. - Odkąd pani Kopara przestała nas uczyć, kompletnie się nie przejmuję matematyką.

— Ja też — zgodziła się Paula.

— Brak tej adrenaliny — przyznałam.

Liliana siedziała z obojętną miną.

— To co? Uczymy się czy pogadamy o czymś nie związanym ze szkołą? — spytała w końcu.

Blondi rozbłysła wewnętrznym blaskiem, którym świeci jak neonówka, odkąd spotkała Wiktora.

— Mówiłam wam, że Wiktor...? — zaczęła.

— Mówiłaś — przerwałyśmy jej równocześnie.

W ostatnich dniach Wiktor został wielokrotnie odmieniony przez wszelkie przypadki. Wiedziałyśmy o nim wszystko to, co Blondi, czyli więcej niż on sam o sobie.

Wiktor zaczynał nam wychodzić bokami.

— No to wyobraźcie sobie, że wczoraj Wiktor... — ciągnęła niezrażona Blondi.

 

Czwartek, 2 marca

Moje urodziny

 

5:20 rano

 

Obudziłam się i nie mogę spać. Mam co prawda urodziny, ale chyba wyrosłam z budzenia się w swoje urodziny z wesołym uśmiechem na ustach i radością, że dostanę prezent.

Dziś w prezencie poza standardowymi ubraniami, słodyczami i być może dezodorantem, mogę dostać trochę ocen niedostatecznych, bo wczorajsze próby wspólnej nauki zakończyły się porażką.

Ale nie dlatego nie mogę spać. Jedynki to nieistotny detal w porównaniu z tym, że dzisiaj muszę powiedzieć dziewczynom, że się zakochałam. To mnie przeraża. Jeszcze się waham, czy jednak tego nie odłożyć, nie poczekać, czy mi nie przejdzie samo z siebie?

Lepiej, żebym to zrobiła w urodziny niż tak mimochodem, jak zapewne i tak im powiem wcześniej czy później... Albo niż same zauważą, co będzie jeszcze gorsze, bo wtedy mogę pomyśleć, że wszyscy już to wiedzą z nim włącznie, a ja nie zamierzam się obnosić ze swoimi uczuciami, przynajmniej dopóki są one jednostronne.

Wydaje mi się, że będąc zakochaną bez wzajemności (jestem realistką), nie powinnam tego okazywać. Ze wszystkich książek z wątkami miłosnymi jasno wynika, że coś takiego uważane jest za śmieszne i żenujące. Powodzenie mają kobiety, które nie okazują uczuć. Takie jakby nieprzystępne. Zimne księżniczki, dumne i wyniosłe. Postanowiłam więc, że będę się na taką zgrywać.

W moim przypadku to chyba jedyny sposób, żeby jakoś zwracać uwagę, bo pięknością niestety nie jestem. Nie mam też wrodzonego wdzięku, niewymuszonej elegancji i innych cech kobiet, za którymi wszyscy szaleją.

Niemniej jednak może się zdarzyć, że dziewczyny się dowiedzą. Znają mnie najlepiej, więc zauważą, że coś ze mną jest nie tak. Wtedy mogą mi mieć za złe, że im się nie zwierzam.

 

Dlatego muszę im powiedzieć. Im wcześniej, tym lepiej!

...a im później, tym bardziej się wykończę nerwowo.

 

6:30

 

Nadal nie śpię.

Waham się.

Nie wiem, czy warto mówić dziewczynom już teraz, bo zakochałam się trzy dni temu i w ogóle... Znam go od trzech dni („znam” — to znaczy wiem, jak się nazywa i jak wygląda). Nie wiem, czy to nie za krótko?

Bo może to nie jest miłość, tylko krótkotrwała fascynacja? Która, jak sama nazwa wskazuje, trwa krótko? Nie wiem, ile dokładnie, ale może kilka dni, a potem mi przejdzie? A jeśli tak, to po co robić zamieszanie?

Wczoraj słyszałam, jak w telewizji mówili, że krótkotrwała fascynacja to reakcja na pierwsze wrażenie. Człowiek widzi kogoś, kto mu się podoba, i myśli, że się zakochał, ale niedługo potem mu przechodzi. Prawdziwa miłość to coś, co powstaje powoli i długo trwa...

Niby wiem, że w telewizji często opowiadają głupoty, ale czasem zdarzy im się powiedzieć coś mądrego i trudno jest to rozróżnić. Gdyby ode mnie zależało, byłyby kanały z głupotami i jeden mądry (podobno ludzie nie lubią oglądać w telewizji mądrych rzeczy, więc jeden wystarczy). Wtedy każdy miałby to, czego szuka, i wiedział, czym się przejmować, a czym nie warto.

Zakochałam się od pierwszego wejrzenia i szczerze mówiąc, nie wiem, na czym polega powolne zakochiwanie się. Pojęcia nie mam, jak się to wszystko skończy, ale na razie nie wydaje mi się, żebym miała się odkochać w ciągu kilku najbliższych dni... Zwłaszcza że od początku tego semestru (czyli od poniedziałku) chodzę do szkoły z prawdziwą przyjemnością. Nawet jeśli mogę dostać jedynki z syntezy epok i nudnej matematyki.

W szkole codziennie mam parę godzin na oglądanie go i obserwowanie, a czasem nawet słyszę jego głos. Od chwili kiedy pojawił się w naszej klasie, chodzenie do szkoły nabrało nowego sensu. Wcześniej robiłam to z poczucia obowiązku i trochę dla rozrywki. Od czasu do czasu, kiedy bardzo mi się nie chciało tam iść, tłumaczyłam sobie, że robię to dla mojej przyszłości. Nie sądziłam jednak, że w szkole może być tak przyjemnie...

 

Po południu

 

Wszystko do bani!

Nie było go w szkole!

Musiał się rozchorować akurat w moje urodziny?!

Liczyłam na to, że dziewczyny wspomną o nich w jego obecności i poczuje się zobowiązany złożyć mi życzenia.

Wtedy mnie zauważy. Odezwie się do mnie. Będzie mi życzyć czegoś interesującego.

Ja mu podziękuję — jakoś dowcipnie i ciekawie.

On odkryje, jaka jestem fajna... No, w każdym razie trochę się do mnie przekona i może tak powoli rozpocznie się ten proces powstawania prawdziwej miłości, o którym mówili w telewizji.

A za dziesięć lat nie będziemy pamiętać, jak to się zaczęło...

 

Nic z tego.

On nawet nie przyszedł do szkoły i to mi zepsuło cały dzień.

 

Na dodatek nie było kiedy pogadać z dziewczynami. Nawet życzenia złożyły mi na szybko i byle jak. Najpierw wszyscy usiłowali się zorientować, o co chodzi z syntezą epok, potem był polski, na którym okazało się, że nikt tego nie wie, i Maryna tak się na nas zdenerwowała, że przez całą przerwę siedzieliśmy z nią w sali i kopiowali do zeszytu nowe tabelki. Które były syntezą epok, jak się okazało.

Nic z tego nie rozumiem, ale pociesza mnie to, że cała reszta klasy też nic nie rozumie.

 

Po powrocie do domu dostałam niebieską bluzę z kapturem i słodycze. Nie skakałam z radości, bo wcale mi nie było wesoło, więc mama zapytała, o co mi chodzi i czy mi się bluza nie podoba. Powiedziałam, że jest w porządku, choć sama nie wiem - bluza jak bluza. Jakoś zupełnie mnie to nie interesuje.

Gorzej, że od razu zabrałam się do czekolady i zamiast ją kulturalnie połamać i poczęstować całą rodzinę, jak uczyła nas mama, wrąbałam połowę wprost z papierka, zanim ktokolwiek się zorientował. Kiedy mama to zauważyła, popatrzyła na mnie zbulwersowana: - Co ty wyprawiasz? - spytała. - No wiesz, nie spodziewałam się po tobie czegoś takiego!

Końcówkę wypowiedziała takim tonem, że do teraz mi wstyd. Jakbym co najmniej zatruła miejskie wodociągi.

Szybko połamałam resztę czekolady i podsunęłam mamie, Julce i Jojowi, ale złe wrażenie pozostało. Wylazło ze mnie chamstwo i tyle...

 

Tak w ogóle to dostałam dwie czekolady.

Ta druga jest jeszcze w lodówce...

Mam nadzieję...

 

Wieczorem

 

Moje kumpelki są niesamowite!

 

Czaiłam się, aż mama wyjdzie z kuchni i będę mogła zrobić zamach na czekoladę, która pozostała w lodówce. Z nudów uzupełniałam tabelki Maryny (zadanie nadobowiązkowe). Nagle zadzwoniła Blondi i powiedziała: — Do wszystkich stacji naziemnych. Powtarzam: do wszystkich stacji naziemnych. Ogłaszam alarm. To nie są ćwiczenia...

— Zwariowałaś? — spytałam, a ona dalej:

— Plan A: Bierzesz zeszyt do polskiego i idziesz do mnie uzupełniać tabelki. Jak ci mama nie pozwoli, to plan B: bierzesz kosz i idziesz na śmietnik. Tylko wcześniej wpadnij po mnie na górę!

 

Śmietnik!

Oto idealne miejsce na urodzinową imprezę!

W szkole Maryna często każę nam rozszyfrowywać, co oznaczają różne rzeczy w książkach: jakieś połamane krzaki albo spróchniałe pnie. Zwykle nie są one zwykłym drewnem, tylko symbolizują czyjś smutny los.

Myślę, że śmietnik symbolizuje nasz smutny los. Jesteśmy tak pozbawione możliwości, że musimy się podstępem wymykać na śmietnik, żeby świętować urodziny i rozmawiać o miłości. Bardzo romantyczne zapachy tam się unoszą — w sam raz pasujące do takich tematów.

 

— Mamo, muszę iść do dziewczyn, mamy dokończyć syntezę epok.

— Co to jest ta wasza synteza epok? — zainteresowała się mama.

— Takie tabelki — wyjaśniłam. — Mamy je uzupełniać... — dodałam, ale w tym samym czasie ulubiona prezenterka mojej mamy zapytała jednego z gości swojego programu:

— To ile w sumie miałeś żon, Lucjanie?

I mama przestała zwracać na mnie uwagę, bo musiała usłyszeć, ile Lucjan miał żon. Okazało się, że warto było, bo miał ich pięć. Jednak nie wiem, czy równocześnie, czy po kolei, bo korzystając z nieuwagi mamy, uznałam jej milczenie za zgodę i wyszłam z pokoju.

Wzięłam zeszyt do polskiego i udałam się do Blondi. Dla niepoznaki zabrałam jeszcze jedną z naukowych książek o literaturze, którą dał mi tata, gdy dowiedział się o moich zajęciach dla zdolnych dzieci.

Jakby co, to bardzo pilnie się uczę.

Robię to dla mojej przyszłości!

 

Zanim jeszcze zdążyłam zapukać, drzwi otworzyły się, a ze środka rozległ się śpiew „Happy Birthday”. W tle zobaczyłam miski z chrupkami, żelkami i czekoladą.

— Ale przecież przełożyłam urodziny na sobotę — przypomniałam im nieśmiało.

— Ale one mówią, że u ciebie będzie drętwo... — zaczęła Liliana i od razu urwała. Widocznie Blondi albo Paula kopnęła ją w kostkę.

Inna sprawa, że miała rację. U mnie naprawdę jest drętwo, bo cała rodzina jest zawsze w domu i musimy się zachowywać kulturalnie. Co innego, kiedy jesteśmy same u Blondi.

— Jakby mama mi nie pozwoliła przyjść, to wzięłybyście to wszystko na śmietnik? — spytałam, patrząc ze wzruszeniem na chrupki, ciastka, czekoladę i żelowe misie.

— A czemu nie? — Blondi tylko wzruszyła ramionami.

— Przecież już nieraz jadłyśmy wśród tych uroczych woni — przypomniała nam Paula.

Życzyła mi więcej swobody i dużo dobrej muzyki, a Liliana — spełnienia marzeń i „żebym zawsze miała wokół tyle przyjaźni”. To mi uświadomiło, jakie mam szczęście, że je znam!

Blondi powiedziała krótko:

— Żebyś się w końcu zakochała!

Paula i Liliana się roześmiały, a ja poczułam, że zaraz mi twarz wybuchnie.

— Coś taka czerwona? — zainteresowała się Paula.

— Z wrażenia — bąknęłam dziwnym głosem.

— Może już się zakochała? — zastanowiła się Liliana, która, jak się okazuje, nigdy nie była zakochana, bo druh Sławek jednak nie był tym jedynym.

Doszła do takiego wniosku w zeszły weekend, a wczoraj spotkała druha Sławka i utwierdziła się w tym przekonaniu.

Wszystkie patrzyły na mnie badawczo... Więc co miałam zrobić?

— Całkiem możliwe — przyznałam, po czym wzięłam sobie ze stolika całą torebkę misiów żelowych.

Jak człowiek ma urodziny, a przy tym ogłasza, że się zakochał, to chyba ma prawo do żelków, prawda?

- W kim?! — dopytywały się dziewczyny.

Nie wiedziałam, jak im to powiedzieć.

Gdybym dysponowała jakąś romantyczną historią, byłoby inaczej, ale tego się nie da nazwać historią. O romantyzmie nie wspominając.

 

W poniedziałek, zaraz po feriach, wcale mi się nie chciało iść do szkoły tak, jak zwykle po feriach. Przytłaczała mnie myśl o Marynie, nudnej matematyce, niezręcznej sytuacji na informatyce i na wuefie, przed którym z kilku różnorodnych powodów wstydzę się przebierać.

Z trudem zwlokłem się z łóżka, a kiedy weszłam do łazienki i zobaczyłam w lustrze, co mam na głowie i jaki pryszcz mi wyrósł na nosie w ciągu zaledwie jednej nocy, wszystkiego mi się odechciało. Wreszcie mama nie wytrzymała i powiedziała mi, że od rana ruszam się jak mucha w smole i jest już prawie ósma, a ja jeszcze jestem „w proszku” i zaraz pierwszego dnia po feriach się spóźnię.

To mnie obudziło.

- Ósma?! - powtórzyłam i w ekspresowym tempie wciągnęłam ubranie, zabrałam plecak i pognałam do szkoły. Trochę mnie zdziwiło, że dziewczyny po mnie nie przyszły, ale kiedy jest mało czasu, nie zaglądamy po siebie, a przecież im też pewnie trudno było wcześnie wstać i wybrać się do szkoły po dwutygodniowej przerwie. Zwłaszcza że one w czasie ferii sypiają do południa.

Po drodze widziałam kilka postaci zmierzających do szkoły, ale nie było ich tyle, co zwykle. Pomyślałam więc, że pewnie się spóźniam, bo wszyscy już są w szkole. Wbiegłam na drugie piętro i skierowałam się do sali, w której mamy polski z Maryną.

Tam go zobaczyłam.

 

Wyglądał jak taki trochę buntownik, trochę rycerz — w każdym razie na pewno nie zwyczajny chłopak, z tych, których każdego dnia mija się w szkole czy na ulicy... Miał w sobie coś.

Od razu załapałam, o co chodzi z tą miłością od pierwszego wejrzenia.

 

Popatrzył na mnie i uśmiechnął się do mnie.

Nie jakoś tak kpiąco-drwiąco czy coś. On się tak do mnie uśmiechnął. Jakby... ucieszył się, że mnie widzi?

Nigdy żaden chłopak się tak do mnie nie uśmiechnął...

 

Miał niebieskie oczy z ciemnymi, długimi rzęsami i rozwichrzone, kręcone włosy.

 

Teraz myślę, że to była okazja, żeby się do niego odezwać, przyciągnąć uwagę. Wtedy byłabym pierwszą osobą w klasie, którą poznał, i być może to ja wyjaśniałabym mu, kto czego uczy, jakie są poszczególne osoby z klasy, itp? On zaprzyjaźniłby się ze mną, stopniowo byśmy się poznawali, a na koniec zostali parą i żyli długo i szczęśliwie...

Niestety, nic takiego nie zrobiłam. Nie tylko dlatego, że jestem zbyt nieśmiała i nie mam pojęcia, jak „dać się zauważyć”.

Zanim zdążyłam się zastanowić, kto to jest i co robi przed tą salą, wyszła z niej Maryna z jakąś elegancką damą, a on wszedł z nimi do środka. Poza nimi nikogo tam nie było — wiem, bo zajrzałam.

Zaskoczyło mnie to, bo teoretycznie moja klasa miała tam lekcje, na szczęście zobaczyłam nadchodzącą Anię Nosek, a chwilę później przyszli Maks i Piotrek. Maks miał zegarek: była za dziesięć ósma...

Mama jak zwykle przesadziła, ale chyba po raz pierwszy w życiu byłam jej za to wdzięczna.

 

— Zakochałaś się w tym nowym Jaśku? — spytała zdumiona Liliana, która poprzedni semestr też zaczynała jako „nowa”.

— W Jaśku... — skrzywiła się Paula. — Bez sensu imię. Jak poduszka.

— Czepiasz się! — mruknęłam. — Jak dla mnie mógłby mieć na imię Nabuchodonozor. Kto wie, może nawet zaczęłoby mi się to podobać?

— Przecież ty go w ogóle nie znasz — zauważyła Paula. — Jak można się zakochać w kimś, kogo się nie zna?

- Zwyczajnie - odparła Blondi. - Ja tak ciągle robię. To znaczy robiłam... — poprawiła. — Teraz mam Wiktora.

— Na jakiej podstawie można się zakochać w kimś zupełnie obcym? — drążyła Paula.

- A po co ci jakieś podstawy? — odparła Blondi. — Miłość to metafizyka! Tego się nie da wyjaśnić. To się dzieje i już. Tak zwana chemia!

— Chemia czy fizyka? Bo się pogubiłam...

— To może być tylko krótkotrwała fascynacja — przerwałam im. — Podobno prawdziwa miłość powstaje powoli.

— Powoli? — oburzyła się Blondi. — Nieprawda! Ja i Wiktor zakochaliśmy się od pierwszego wejrzenia.

— To... — nie byłam pewna, czy powinnam o tym wspominać. — To też może być krótkotrwała fascynacja.

Nie spodobała jej się ta sugestia. Zmarszczyła brwi i stwierdziła, że nic nie wiem o ich miłości.

— To prawda — zgodziłam się szybko. — Nic nie wiem nawet o swojej - dodałam smutno.

— Bo za bardzo o tym myślisz — wyjaśniła mi Blondi. — To nie ma sensu. Miłość nie wymaga myślenia. Nie ma z nim nic wspólnego. Tak między nami mówiąc, to myślenie może wszystko bez sensu komplikować.

Nie dyskutowałyśmy z nią, bo Blondi zna się na tym najlepiej.

Ma spośród nas największe doświadczenie z chłopakami.

Bo w ogóle ma jakieś doświadczenie — chodziła już z kilkoma.

A reszta z nas nigdy z nikim nie chodziła.

 

Piątek, 3 marca

 

Dziś znowu go nie było w szkole. Obserwuję swoje uczucia — czy mi nie przechodzi, bo jest takie przysłowie „co z oczu, to z serca”. Na razie się nie sprawdza. Bez przerwy o nim myślę.

Co gorsza, w kółko o tym piszę, jak jakaś dziumdzia.

Niedługo ten pamiętnik będzie wyglądał jak taki różowy w serduszka zeszycik, zamykany na kłódkę. Z lalką Barbie albo Hello Kitty na okładce.

Wtedy będę musiała go spalić...

 

Jutro przesunięte obchody moich urodzin. Przyjeżdża Nika. Żeby nie było, że powiedziałam o Janku (wolę tę wersję imienia niż głupiego Jasia i Jaśka poduszkę) Pauli, Blondi i Lilianie, a Nice nie — napisałam do niej maila, że możliwe, że się zakochałam, ale jeszcze sprawdzam, czy to nie jest tylko krótkotrwała fascynacja.

Nie przesadzałam ze zwierzeniami, na wypadek, gdyby ktoś przeglądał pocztę Niki. Skupiłam się raczej na swoich wątpliwościach niż na samym Janku.

Nika odpisała, że nie wie, o co mi chodzi z tą fascynacją, ale się o mnie niepokoi. Bo jak to: sama nie wiem, czy się zakochałam, czy nie? Jej się to w głowie nie mieści, bo co jak co, ale kiedy człowiek się zakocha, to na pewno wie.

Dodała jeszcze, że ze wszystkich znanych jej osób tylko ja mogłam coś takiego napisać, bo nikt inny nie potrafi tak sobie komplikować życia myśleniem. I że na pewno przyjedzie jutro i pogadamy spokojnie.

 

Sobota, 4 marca

 

Dziewczyny mają rację: u mnie jest drętwo.

Co prawda zamknęłyśmy się w pokoju i rozmawiałyśmy niemal szeptem, ale wiedziałam, że i tak wszystko słychać w całym mieszkaniu. Julka i Jojo co chwilę po coś przychodzili, rodzice też zaglądali raz po raz. W tych warunkach nie dało się normalnie pogadać o ważnych sprawach. Musiałyśmy wymyślić szyfr.

To był pomysł Blondi, kiedy konspiracyjnym szeptem powiedziałam im, że lepiej, żebyśmy nie rozmawiały o chłopakach, miłości i krótkotrwałych fascynacjach, bo moja rodzina wszystko słyszy.

— A co oni myślą, że jesteś dzieckiem? — oburzyła się Paula.

— Właśnie tak myślą.

— Nie mów, że tego nie zauważyłaś - powiedziała Pauli Blondi.

— To może uświadom im, że masz już czternaście lat! — Paula próbowała mnie podburzać.

Omal jej nie zakneblowałam, bo ani myślała szeptać.

— Jeszcze nie zwariowałam — oświadczyłam cicho co prawda, ale stanowczo. — Jak odkryją, że dorastam, mogą mnie jeszcze bardziej kontrolować.

— I jeszcze więcej od ciebie wymagać — dodała współczująco Liliana. — Wyglądają na takich, co wymagają i strasznie pilnują. Oczywiście nie chciałam cię urazić... — przeprosiła szybko.

Właściwie miała rację.

Mama ciągle straszy mnie mrożącymi krew w żyłach opowieściami z krypty o nastoletnich matkach i handlarzach żywym towarem, którzy nic, tylko się na mnie czają. Zakłada, że jestem dla nich łatwym łupem, bo polezę wszędzie, gdzie mi każą.

Mój tato na szczęście uważa mnie za dziecko, ale czasem miewa fazy wychowywania mnie i wtedy wpada na podobne pomysły.

— Nie umiesz sobie wychować rodziców — powiedziała Paula znów nieco za głośno.

— Na ten temat też nie rozmawiajmy — wyszeptałam.

— To podaj listę zakazanych tematów! — zażądała Paula.

— No więc... — Zastanowiłam się. — Chłopaki, uczucia, rodzice...

— Mam pomysł! — Blondi uśmiechała się łobuzersko. - Rozmawiajmy szyfrem. Wiecie, zamiast „miłość” mówmy... coś nudnego, żeby nikomu nie chciało się tego słuchać. Co jest nudne? — zastanowiła się.

— Matematyka! — odpowiedziałyśmy zgodnie.

- Dobrze! Więc mówmy zamiast „miłość” - „matematyka”.

— To może brzmieć dziwnie — zauważyłam. - „Nie wiem, czy to matematyka, czy nie matematyka”? Może to krótkotrwała fascynacja matematyką?

Drzwi otworzyły się i zajrzał mój tato. Akurat mówiłam o fascynacji matematyką, więc dziwnie na mnie spojrzał.

- Dzwoniła mama waszej koleżanki Niki... - zaczął.

- Nie przyjedzie? - zaniepokoiłyśmy się.

- Przyjedzie, ale się spóźni...

- Już się spóźnia... - zauważyła Paula.

— Ale będzie! — weszłam jej w słowo.

— Jak myślicie, czy ona mnie polubi? — Liliana skubała dywan.

— Spoko, dogadacie się — pocieszyłam ją, choć też się obawiałam, co będzie, jak Nika i Liliana się spotkają.

Liliana zajęła miejsce Niki — w jej dawnym pokoju, w szkole i nawet w naszym „śmietnikowym klubie”. Każda jest z innej bajki i niepokoiłam się, czy przypadną sobie do gustu, i w ogóle, co będzie, jak się poznają na moich urodzinach.

- A wracając do szyfru — odezwała się Blondi. - Może lepiej mów, że to klasówka z matematyki. Ze się zastanawiasz, czy wypadła pozytywnie, czy dostaniesz jedynkę?

— Lepiej, żeby moi rodzice nie myśleli, że mogę dostać jedynkę z matematyki — zaoponowałam.

- Jedynkę z matematyki? - spytała mama, wchodząc do pokoju. - Z czego ta jedynka? Przecież wiesz, że jak czegoś nie rozumiesz, to możesz przyjść do mnie i ci wytłumaczę!

— Ona nie dostanie jedynki — włączyła się szybko Liliana. - Tylko... wczuwa się w moją sytuację, bo... to ja mogę dostać tę jedynkę.

Myślałam, że ją uściskam!

Mama popatrzyła zaskoczona na Lilianę, która wyglądała jak niewinny aniołek z wielkimi oczami i jasnymi lokami, podświetlonymi moją lampką.

— Ty też, jak czegoś nie rozumiesz z matematyki, możesz przyjść i mnie zapytać — zaproponowała jej.

— Dziękuję pani! — odparła Liliana.

- A ty, Aniu, radzisz sobie z matematyką? — upewniła się mama.

— Ona jest geniuszem — odezwała się Blondi. — Miała szóstkę u pani Kopary. I miała brać udział w olimpiadzie matematycznej.

— Właśnie! Olimpiada matematyczna! — ucieszyła się Blondi. - Ciekawe, czy Ania przejdzie do następnego etapu?

Zbaraniałam.

Owszem, miałam brać udział w olimpiadzie matematycznej, ale „za pani Kopary”. Nudna matematyczka w ogóle nic nie wspominała o żadnej olimpiadzie.

Ale kiedy Blondi tak powiedziała, zastanowiłam się, czy aby na pewno. Może coś mi umknęło?

— No, ciekawe! — podłapała Paula dziwnie ubawiona. — Może w poniedziałek zobaczysz... wyniki?

Blondi zachichotała.

— Nie wiedziałam, że bierzesz udział w olimpiadzie — mama była zaskoczona.

— Ja też nie wiedziałam — szepnęłam, gdy wyszła.

Paula i Blondi pokładały się ze śmiechu. Liliana, podobnie jak ja, nie rozumiała, o co im chodzi.

— No wiesz, „olimpiada matematyczna” — tłumaczyła Blondi. — Przejdziesz do dalszego etapu czy to tylko „krótkotrwała fascynacja”?

— Aha! — załapałyśmy z Lilianą.

— Blondi ostro się uczy matematyki — odezwała się Paula.

Parsknęłyśmy śmiechem.

— Blondi, ty kujonie!

Rechotałyśmy jak opętane.

— Dzień bez matematyki jest dniem straconym - oświadczyła Blondi. — Myślę o niej od samego ranka. Ostatnio prawie wszystkie popołudnia zajmuję się głównie matematyką.

— W końcu was nie spytałam, czy chcecie coś do picia — powiedziała moja mama, wchodząc. — Jeśli masz problemy z matematyką, to też możesz przyjść — zwróciła się do Blondi.

- Dziękuję, ale ja nigdy nie mam z tym żadnych problemów - odparła Blondi, a my omal się nie podusiłyśmy, tak nas to rozbawiło.

— A ja sobie kompletnie nie radzę — westchnęła smutno Paula, kiedy za mamą zamknęły się drzwi. — Kompletna ze mnie noga z matematyki.

- Po prostu jeszcze nie trafiłaś na odpowiednie zadanie — pocieszyła ją Liliana. — Tak jak ja.

— Ale wszystkie zadania... — zaczęła Paula. — „Wszystkie zadania się do ciebie lepią” głupio brzmi — zauważyła.

— Liliana ma talent do matematyki, ale na razie jej ona nie bawi — stwierdziłam.

Weszła mama z kompotem.

— Jakbyście chciały więcej, to jest jeszcze — powiedziała. — A nauka nie musi być zabawna — zwróciła się do Liliany. — To obowiązek. Czasem trzeba zacisnąć zęby i robić zadania bez względu na to, czy ci się one podobają, czy nie.

Liliana przytaknęła, a gdy mama wyszła, prawie popłakałyśmy się ze śmiechu.

- Czekam na takie naprawdę fajne zadanie. Jedno - podkreśliła Liliana.

— Bez sensu — odezwała się Paula. — Tylko jedno zadanie w całym życiu?

— Każdy by tak chciał — westchnęłam. — A co sądzicie o... moim zadaniu?

- Fajne z niego ciacho - przyznała Blondi.

— Mów szyfrem! - przypomniała jej Paula. - Nie możesz mówić tak o zadaniach matematycznych. Kto normalny nazywa zadania matematyczne „ciachami”?

Drzwi do pokoju znowu się otworzyły. Tym razem była to Julka, która patrzyła na nas jak na wariatki.

— Twoje zadanie fajnie wygląda — wyjaśniła Blondi, po czym zawahała się - ale wydaje mi się takie trochę... podchwytliwe.

— Podchwytliwe? — powtórzyłam. — W jakim sensie?

— Bo ja wiem... — zastanowiła się. — Coś mi w nim nie gra.

— Wydaje się, że to może być trudne zadanie — wtrąciła Liliana. - Wiele osób chciałoby je rozwiązać - dodała, a Paula i Blondi przytaknęły.

— No to mnie pocieszyłyście — westchnęłam.

— Tak bywa z zadaniami — przyznała Blondi. — Im ciekawsze, tym więcej chętnych. Ale spoko... nie ma takiego... zadania, którego nie dałoby się rozwiązać.

— Aniu, Nika — powiedział tato, wchodząc do pokoju.

Popędziłam do korytarza przywitać Nikę i jej mamę, która pogadała przez chwilkę z moją mamą.

Nika z zachwytem rozglądała się po naszym mieszkaniu, a kiedy otworzyła drzwi pokoju, szepnęła:

— Nie mogę uwierzyć, że znowu tu jestem!

To się nazywa sentyment. Dziewczyna, która ma pokój wielkości małego boiska, zachwyca się moją klitką, którą dzielę z młodszą siostrą.

Z wrażenia zupełnie zapomniałam o Lilianie, która teraz mieszka w dawnym pokoju Niki. Na szczęście Liliana sama wstała i przywitała się z Niką.

— Bardzo dużo o tobie słyszałam — powiedziała.

— Ja o tobie też — Nika wlepiła wzrok w Lilianę.

Lilianę to trochę speszyło, dopóki Nika nie wyznała:

— Sorry, ale nie mogę się powstrzymać. Ta kiecka jest po prostu boska!

— To fakt — przyznała Blondi. — Jak ją pierwszy raz zobaczyłam, to też nie mogłam oderwać wzroku.

— Gdzie to kupiłaś? — chciała wiedzieć Nika.

— Nigdzie. Mama mi uszyła — odparła Liliana.

— Naprawdę? Jaką masz zdolną mamę! — Nika wpatrywała się w sukienkę Liliany jak zahipnotyzowana.

— Ona wszystkie ubrania ma genialne — dodała Blondi. — Niby zupełnie nie w moim stylu, ale w każdej chwili bym go zmieniła, gdybym mogła adoptować jej szafę.

- Jak chcesz, to ci pokażę - zaproponowała Liliana, widząc minę Niki, która interesuje się modą, odkąd chodzi do nowej szkoły.

Nika nagle się przebudziła.

— Mieszkasz tam, gdzie dawniej ja? — upewniła się.

— Aha, nawet w twoim pokoju. Może chcesz go zobaczyć?

— Jasne! — ucieszyła się Nika.

Wtajemniczyłyśmy Nikę w „matematyczny szyfr”.

Na początku wydawało jej się to głupie, ale kiedy usłyszała co lepsze cytaty z wcześniejszej dyskusji, miała ubaw po pachy i rozmawiałyśmy o matematyce przez cały wieczór. Moi rodzice i rodzeństwo raz po raz wchodzili i wychodzili, patrząc na nas z coraz większym zdumieniem, a my przekrzykiwałyśmy się, opowiadając o zadaniach matematycznych, klasówkach i olimpiadach. Oraz o tym, czy naprawdę są sposoby na rozwiązanie każdego zadania i ile wzorów trzeba poznać, żeby stać się naprawdę dobrym matematykiem, który poradzi sobie z każdym zadaniem.

Tak nas to wciągnęło, że zupełnie zapomniałyśmy, że Nika chciała zobaczyć swój dawny pokój i ubrania Liliany.

Kiedy dziewczyny wyszły, tato powiedział:

— Myślałem, że wy już jesteście nastolatkami i nawet jak chodzicie się uczyć, to rozmawiacie o chłopakach, a widzę, że ciągle jesteście dziećmi. Nic, tylko matematyka...

- Twoje koleżanki naprawdę się przejmują tą matematyką — dodała mama. — Jutro pokażesz mi zeszyty i się pouczymy. Najwyższy czas przysiąść fałdy i popracować. Zwłaszcza jeśli bierzesz udział w olimpiadzie...

— Jeszcze nie wiem, czy biorę — próbowałam się ratować. — Może się nie zakwalifikowałam.

— No to czemu nic nie mówiłaś? — westchnęła mama. — Pouczyłabym się z tobą i zakwalifikowałabyś się! Trzeba odpowiednio wcześnie myśleć o takich rzeczach. Kiedy ty się nauczysz jakiejś odpowiedzialności?

Wolę sobie nie wyobrażać, co by było, gdybyśmy rozmawiały bez szyfru...

 

Niedziela, 5 marca

 

Liliana mówi, że Lucy Maud Montgomery napisała, że czternaście lat to najpiękniejszy wiek w życiu dziewczyny. Ja sobie obiecywałam, że to będzie wiek, w którym przestanę marnować czas i zacznę wreszcie robić coś pożytecznego.

Chciałam zacząć już dzisiaj, ale nic z tego. W każdej chwili mogą przyjść goście, czyli rodzice taty i ciocia Grażynka z wujkiem Waldkiem. Niestety, powodem ich wizyty są moje urodziny.

Niestety — bo nie dość, że zmarnuję kolejny dzień, to jeszcze na pewno dostanę w prezencie coś strasznego. Taki mój los. Ciocia Grażynka zawsze potrafi mnie zaskoczyć jakimś strasznym prezentem w rodzaju bluzy z napisem „BIG FART” albo stanika z wypchanymi miskami i gryzącymi koronkami. Który już od roku leży upchany w głębi mojej półki z ubraniami. Muszę cichaczem się go pozbyć, tylko nie wiem jak. Na śmietnik go przecież nie wyniosę, bo tam jestem znana...

 

Później

 

Dostałam od cioci książkę Co każda dziewczynka wiedzieć powinna.

Mama na jej widok zareagowała lekką konsternacją.

— Może ja to najpierw przejrzę — powiedziała, zabierając mi książkę.

Na okładce były rysunki sugerujące, że osoby powyżej przedszkola mogą być na tę lekturę za stare. Po zajrzeniu do środka uznałam, że przedszkolaki też mogą się czuć za stare.

Dałabym ją Julce, która obsesyjnie zerkała w jej stronę, ale mama miałaby mi to za złe. Tym bardziej że kazała mi schować książkę przed Julką.

— Ona już umie czytać — przypomniała mi, jakby nie stresowało mnie to za każdym razem, kiedy zostawiam pamiętnik bez opieki...

Jutro wezmę to dzieło literackie do szkoły, żeby pokazać dziewczynom.

 

Poniedziałek, 6 marca

 

Janka nadal nie ma w szkole, ale moje uczucie nie zanika, więc aż tak krótkotrwała ta fascynacja nie jest.

 

Pokazałam kumpelkom Co każda dziewczynka wiedzieć powinna. Spodobało im się już od chwili, gdy zobaczyły okładkę.

Kiedy dotarły do tekstu „wiecie już, że dziewczynki i chłopcy różnią się od siebie, teraz dowiecie się czym”, Blondi kazała mi schować książkę, jęcząc, że szczęki już ją bolą ze śmiechu i więcej rewelacji nie zniesie.

— No, przewracaj tę kartkę! — popędzała Paulę Liliana. — Chcę się w końcu dowiedzieć, czym!

— Obawiam się, że to może być dla ciebie szok — powiedziała Paula z poważną miną. - Usiądź i pomedytuj, zanim przewrócę tę kartkę. Od tej chwili twoje życie już nigdy nie będzie takie jak dotychczas.

 

Wtorek, 7 marca

 

Fascynacja trwa, więc coraz trudniej nazwać ją krótkotrwałą. To już ponad tydzień, przy czym nie widziałam go od pięciu dni.

Dużo o nim myślę. Uznałam, że za dużo i muszę coś z tym zrobić, zanim do końca zmienię się w dziumdzię, która poza swoją miłością nie widzi świata.

Obiecałam sobie, że po urodzinach zacznę robić pożyteczne rzeczy, i najwyższy czas wziąć się do roboty. Napisałam do Star i ustaliłyśmy, że będę z nią prowadzić blog, nagłaśniający różne sprawy, o których ludzie nie myślą, bo im się nie chce. A gdyby pomyśleli, można byłoby trochę poprawić świat.

Ja zajmę się stroną techniczną — szablonem, kodami i grafiką. Mogę też pisać i tłumaczyć newsy, które podeśle mi Star. Ona będzie tylko pisać i wyszukiwać materiały.

Teraz muszę wymyślić chwytliwą i ciekawą nazwę — to jeszcze jedno z zadań, które wyznaczyła mi Star. Powiedziała, że ona w ogóle nie ma głowy do wymyślania takich rzeczy, a ja nadaję fajne imiona postaciom w opowiadaniach na forum, więc na pewno coś wymyślę. Tylko co?

 

Środa, 8 marca

Dzień Kobiet

 

Chłopcy wręczyli nam głupie maskotki, a Maryna pomarudziła, że Dzień Kobiet jest komunistycznym świętem. Star mówi, że to bzdura powtarzana przez ludzi, którzy najchętniej pozamykaliby kobiety w domach i odcięli je od wszystkiego, co fajne, a poza tym nie znają się na historii.

 

<star> Bo trzeba być niezłym ignorantem, żeby uważać, że starożytny Rzym na przykład był komunistyczny, a wtedy obchodzono nawet kilka dni kobiet.

<star> Matronalia się to nazywało.

<@nk@> Nie wiedziałam, że to aż tak stare święto. Moja wychowawczyni mówiła, że wprowadził je Stalin po wojnie.

<star> Hehe :)

<star> Ale ona was nie uczy historii, prawda?

<@nk@> Nie. Polskiego.

<star> Nowożytny Dzień Kobiet ustanowiono w USA, w 1909 roku. Chyba trudno powiedzieć, że tam był wtedy komunizm?

<star> A w Europie w 1911. W krajach bynajmniej nie komunistycznych. A w Polsce dopiero w 1975 roku. Pod pewnymi względami zawsze jesteśmy do tyłu.

<star> W 1975 roku Stalin nie żył od prawie 20 lat ;))

 

Sprawdziłam w Internecie - Star miała rację. Czemu my się uczymy w szkole tylu rzeczy sprzecznych z rzeczywistością?

Aragorn z forum opowiadał, że miał przygotować kiedyś do szkoły referat o Norwegii. W podręczniku jako przykład słynnego Norwega wymieniono Nobla — tego od nagrody. Aragorn poszukał informacji o Noblu i Norwegii do referatu i okazało się, że Nobel wcale nie był Norwegiem, tylko Szwedem. Wszystkie encyklopedie w postaci książkowej i cyfrowej były co do tego zgodne. Ale w podręczniku Nobel był Norwegiem.

Póki chodzi o referat, można sobie jakoś poradzić, ale co zrobić na teście? Pisać tak, jak jest w podręczniku, czy tak, jak jest naprawdę? Bo czasem nie wiadomo, na czym opierali się autorzy testu — może tylko na podręczniku i uznali, że Nobel naprawdę był Norwegiem? I taka odpowiedź jest prawidłowa, nawet jeśli prawda jest zupełnie inna?

 

Piątek, 10 marca

 

Na nudnej matematyce

 

Robimy zadania, które robiliśmy już w ostatnim tygodniu przed feriami, ale chyba nikt poza mną tego nie zauważył, więc się nie będę wychylać i nic im nie powiem. Niech sobie je zrobią jeszcze raz, a ja tymczasem popiszę pamiętnik.

Nie widziałam Go już dziewięć dni, a ciągle o nim myślę. Zaczynam podejrzewać, że z tą krótkotrwałą fascynacją to ścierna. Jeszcze jedna. Jak z tym dniem kobiet wprowadzonym przez martwego Stalina i norweskim obywatelstwem Nobla. Nie wiadomo, komu wierzyć w tym świecie... Gdzie się człowiek nie obejrzy, tam ktoś próbuje mu wcisnąć ciemnotę jakąś.

Porozmawiałabym z Marią Z Parteru, bo ona się zna na ludzkich uczuciach i innych problemach, ale się wstydzę opowiadać jej o tym, że się zakochałam. Wydaje mi się to za mało ambitne, jak na Marię. I boję się, że wyjdzie na jaw, że mam jeszcze więcej problemów z psychiką, niż Maria już u mnie znalazła.

— Na początku myślałam, że mi przejdzie na drugi dzień. Albo za dwa dni - wyznałam Blondi.

— Miłość ma ci przejść w dwa dni? — oburzyła się Blondi. — Co ty myślisz, że to jest jakaś biegunka?

Jeśli to jest miłość, to rzeczywiście może potrwać nawet do końca mojego życia (byłoby super, ale gdyby on odwzajemnił moje uczucia — inaczej będzie bez sensu). Gorzej, jeśli to jednak ta fascynacja. W tym wypadku od paru dni marnuję dużo czasu.

— Ostatnio czytałam, że każda miłość przechodzi — pocieszyła mnie Paula w drodze do szkoły. — Po kawałku, w ciągu paru lat. Potem pozostaje tylko wzajemne przywiązanie, wspólne dzieci i kredyty - dlatego ludzie nadal są ze sobą, choć już się nie kochają.

- Masakra - jęknęła Liliana.

- Mnie też się ta teoria nie podoba - powiedziałam. — Mam nadzieję, że jest nieprawdziwa.

- Wymyślił ją ktoś, kto sam miał beznadziejne życie, żeby się pocieszyć, że inni też tak mają — orzekła Blondi.

— To nie jest żadna teoria — poinformowała nas Paula. — W jakiejś gazecie kolorowej to przeczytałam. Pomiędzy artykułem o dietach a reklamą pasty do butów. Czyli to się nie liczy!

 

Sobota, 11 marca

 

Nie wytrzymałam. Poszłam do Marii Z Parteru.

- Zakochałam się — wyznałam od razu, kiedy tylko udało mi się znaleźć kawałek miejsca na zagruzowanej podłodze w jej pokoju.

— Przejdzie ci — mruknęła Maria, moszcząc się na fotelu. Od razu odechciało mi się z nią rozmawiać.

— Nikt mnie nie rozumie — westchnęłam.

— Standardzik — odparła równie obojętnie. - Nikogo nikt nie rozumie.

— To znaczy, że wszystko ze mną w normie? — spytałam zdumiona.

Maria podniosła wzrok znad swoich okularów.

— Nie, no... nie przesadzajmy... — powiedziała.

Zrozumiałam i zamilkłam. Marii to nie przeszkadzało, zajęła się mieszaniem kawy, którą znalazła na parapecie za fotelem. Przypomniała sobie o mnie po dłuższej chwili.

— Chciałaś o czymś porozmawiać?

Sama już nie wiedziałam, po co do niej przyszłam.

— Czy zakochiwanie się w kimś, kogo się w zasadzie nie zna, jest czymś nienormalnym? — zaryzykowałam.

— To też standardzik. — Spróbowała kawy, skrzywiła się i odstawiła kubek na parapet. — Ludzie na ogół zakochują się w tym, czego nie znają. A potem, jak poznają, to się dziwią... Zapiszę to sobie!

Wyciągnęła dyktafon i powiedziała do niego:

— Ludzie chętnie zakochują się w osobach, których nie znają. Poszukują u nich cech, których istnienie zakładają. Kiedy bliżej poznają swoich partnerów, dostrzegają różnicę pomiędzy swoimi wyobrażeniami i rzeczywistością i są rozczarowani... — Wyłączyła dyktafon i na chwilę się zamyśliła, po czym znów go włączyła. — Albo coś w tym stylu! — dorzuciła. — I to właśnie jest dobijające — westchnęła, nie patrząc na mnie.

— Nagrywasz to do swojej książki? — spytałam.

— Aha.

— Tej o „przypadkach”?

— Wszystkie moje książki są o „przypadkach” — odparła.

— Piszesz więcej książek? — zdziwiłam się. — Czy... już napisałaś?

— Na razie zbieram materiały. Do kilku książek — dodała z dumą. — Muszę tylko poszukać im wydawcy w Stanach, bo tu podobno mało płacą. Widziałam wywiad z autorką tych bestsellerowych komedii romantycznych. Narzekała, że nie ma z czego żyć...

— Naprawdę? — zmartwiłam się.

Chciałabym kiedyś być pisarką, jeśli mi nie wyjdzie z podróżnikiem, naukowcem albo dziennikarką. Ale jak ja się z tego utrzymam, skoro zamierzam pisać ambitne książki, a one na pewno sprzedają się gorzej niż romantyczne bestsellery, bo mniej osób je rozumie?

 

Poniedziałek, 13 marca

 

Jest wiosna!