Miłość`44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości - Agnieszka Cubała - ebook

18 osób właśnie czyta

Opis

44 prawdziwe historie powstańczej miłości - wzruszające, dramatyczne, niezwykłe opowieści o gorących porywach serca, seksie, który w najstraszniejszych chwilach stawał się namiastką bliskości, a czasem ostatnią przyjemnością w życiu, i o miłości dojrzałej, która przetrwa wszystko. Miłości będącej świadectwem tego, jak bardzo potrzebujemy bliskości drugiego człowieka i siły, jaką daje świadomość, że mamy do kogo wracać i na kogo czekać.

Wśród bohaterów książki odnajdziemy zwykłych warszawiaków, a także poetów, artystów, a nawet warszawską prostytutkę. Wszystkich ich łączy powstańcza miłość - miłość młodych ludzi, którzy nie wiedząc, czy dożyją jutra, ze wszystkich sił próbowali przeżyć jak najpiękniej każdą ofiarowaną im chwilę. Miłość, w której każdy może odnaleźć odzwierciedlenie własnych przeżyć.

Agnieszka Cubała - pasjonatka historii Powstania Warszawskiego. Swoją przygodę z tym tematem rozpoczęła od napisania książki "Ku wolności… Międzynarodowe, polityczne i psychologiczno-socjologiczne aspekty Powstania Warszawskiego". Pracowała w Muzeum Powstania Warszawskiego, koordynując prace nad realizacją scenariusza ekspozycji stałej. Opracowała hasła autorskie do "Wielkiej Ilustrowanej Encyklopedii Powstania Warszawskiego". Konsultowała dwa rozdziały polskiej edycji książki Normana Davisa "Powstanie '44". Wydała publikacje: "Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i… Warszawa. Życie codzienne powstańczej Warszawy", "Skazani na zagładę? 15 sierpnia 1944. Sen o wolności a dramatyczne realia", "Igrzyska życia i śmierci. Sportowcy w Powstaniu Warszawskim". Za popularyzację tematu otrzymała nagrodę Klio i odznakę Zasłużony dla Warszawy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

Copyright © Agnieszka Cubała, 2019

 

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

 

Ilustracja na okładce

© Eugeniusz Lokajski „Brok”/Zbiory MPW

 

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

 

Redakcja

Renata Bubrowiecka

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Marianna Chałupczak

 

ISBN 978-83-8169-748-4

 

Warszawa 2019

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Kochać znaczy tworzyć…

Krzysztof Kamil Baczyński

 

Wstęp

Ta nasza miłość jest najdziwniejsza,

bo przyszła do nas z grzechotem salw,

bo nie wołana, a przyszła pierwsza,

gdy ulicami szedł wielki bal1.

Powyższe słowa napisane zostały przez Mirosława Jezierskiego „Karnisza”, żołnierza pułku „Baszta”, na warszawskim Mokotowie 23 września 1944 roku. W idealny sposób oddają one charakter powstańczych miłości. Miłości innych niż wszystkie. Miłości nieoczekiwanych. Miłości pierwszych. Miłości mających za tło grzechot salw, ale i wielki bal. Powstanie było bowiem dla wielu jego uczestników nie tylko doświadczeniem przynoszącym śmierć, cierpienie i traumatyczne przeżycia, ale także największą przygodą życiową, która niosła ze sobą radość z uczestnictwa w walce o wartość najwyższą i najbardziej upragnioną – wolność.

Wspólna walka, wyjątkowość przeżywanych chwil i wszechobecna aura bohaterstwa sprzyjały narodzinom sympatii, flirtów i głębszych uczuć. Młodzi ludzie, nie mając pewności, czy doczekają jutra, chcieli cieszyć się życiem, wykorzystać w pełni każdy kolejny, ofiarowany im przez los dzień. Co ciekawe, wielu z nich odczuwało również potrzebę potwierdzenia siły swoich uczuć. Dlatego śluby powstańcze stały się tak powszechne i popularne.

Początkowo zawieraniu związków małżeńskich sprzyjała ogarniająca wszystkich euforia, później – niepewność jutra i wizja przegranej. Śluby zawierane w scenerii powstańczej miały wyjątkowy charakter i niepowtarzalny urok. Pierwszym i najprostszym motywem ich zawierania były miłość i chęć wspólnego kroczenia przez życie. Niektóre pary chciały zrealizować przyrzeczenie pobrania się „na skrawku wolnej Polski”, inne decydowały się na ślub w obliczu śmierci.

Miłość powstańcza to jednak nie tylko śluby. To także oczarowanie, zauroczenie i niewinne flirty, małe i wielkie dramaty, odkrywanie pierwszych intymnych doznań, seks, który stanowił namiastkę bliskości, ucieczkę przed samotnością lub ostatnią chwilę przyjemności przed śmiercią. Ale miłość oznaczała również ochronę ukochanej osoby przed wiadomością o tym, jak bardzo się cierpi w wyniku doznanych ran, pozostanie przy umierającym w dzielnicy opuszczonej już przez powstańców, codzienną troskę o to, by najbliższa osoba miała lepszą kwaterę, ciepły sweter, wygodne buty, pudełko świec. Zdarzały się i próby wpłynięcia na to, by ukochana sanitariuszka nie poszła na niebezpieczną akcję, i dzielenie się ostatnią kroplą wody i kawałkiem suchara. A w ostatecznych przypadkach – szukanie śmierci po stracie najbliższej osoby.

Świadomość tego, że w każdym momencie można się rozstać z życiem, ułatwiała podejmowanie decyzji o pierwszych zbliżeniach. Podobnie działał pewien stopień egzaltacji, wynikający z prawdziwego lub nieco wyidealizowanego sposobu patrzenia na świat. Jednak należy podkreślić, że domeny kontaktów seksualnych nie stanowiła linia frontu, lecz kwatery na tyłach. Bardzo dużo zależało także od tego, do jakiej jednostki wojskowej się należało, kto był dowódcą, jaki dawał przykład i czego wymagał od swoich żołnierzy. Niebagatelną rolę odgrywały tutaj i indywidualne czynniki, takie jak wiek, religijność, rodzaj pełnionej służby, a także wyczulenie na kwestie moralne. Często jednak ideowe wychowanie młodzieży i oparte na nim podejście do życia nie współgrały z rzeczywistością, w której przyszło egzystować młodym warszawiakom. Rodziło się zwątpienie, a wraz z nim myśl, że głupio jest umierać, kiedy się nic jeszcze nie przeżyło. Nic się nie zaczęło, a już trzeba wszystko kończyć. Refleksje takie potęgowane były często przez ogromne poczucie pustki, osamotnienia, bezradności i wielkie pragnienie miłości.

François de La Rochefoucauld stwierdził, że miłość jest jedna, ale istnieją tysiące jej rozmaitych kropli. I o tym będzie właśnie ta książka – o ludziach i różnorodnych obliczach miłości. Ze względu na charakter działań powstańczych oczywiście większość opisanych tutaj bohaterów stanowią żołnierze powstańczej armii. Ale pojawią się również i historie poświęcone ludności cywilnej, przeżycia nastolatków, jak i osób dojrzałych, a nawet będących już u kresu życia, dowódców oddziałów, poetów, gwiazd kina i teatru – można by rzec: elity kulturalnej stolicy – oraz ludzi prostych, z nizin społecznych (skrajnym przykładem jest tutaj historia warszawskiej prostytutki).

W jednym ze swoich wierszy Krzysztof Kamil Baczyński napisał: „kochać znaczy tworzyć”. O tym, że słowa te są aktualne nawet w świecie, który na naszych oczach zamienia się w gruzy, można się przekonać, czytając niniejszą książkę. Ale jej lektura być może sprawi również, że z zupełnie innej perspektywy spojrzymy na własne życie, relacje z otaczającymi nas ludźmi i dotychczasowe priorytety.

Niniejsza książka nigdy by nie powstała, gdyby nie moje wieloletnie kontakty z powstańcami warszawskimi. Dlatego chciałabym tutaj szczególnie podziękować Annie Borkiewicz-Celińskiej, Halinie Jędrzejewskiej, Annie Swierczewskiej-Jakubowskiej, Bolesławowi Biedze, Bohdanowi Celińskiemu, Tadeuszowi Sumińskiemu i Stanisławowi Sieradzkiemu. Za pomoc okazaną podczas pisania niniejszej książki jestem również ogromnie wdzięczna: Marzenie Biegale, Beacie Dobkowskiej, Rafałowi Fijałkowskiemu, Janinie Filipeckiej, Małgorzacie Kawiak, Krzysztofowi Kopf, Joannie Kowalskiej-Nowak, Annie Trzcińskiej, Katarzynie Wąchale, Marioli Wieczorkiewicz, Łukaszowi Zajęckiemu, moim rodzicom – Annie i Januszowi Cubałom – oraz wydawnictwu Prószyński Media.

1 Mała dziewczynka z AK, słowa Mirosława Jezierskiego, muzyka Jana Krzysztofa Markowskiego, w: Warsaw Concerto. Powstanie Warszawskie w poezji, wybór i oprac. A.K. Kunert, Muzeum Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004, s. 314.

„Aniołek” (Jadwiga Klarner) i „Zakapior” Henryk Rożniewski (Raźniewski)2

Mamusiu, wychodzę! Możliwe, że nie będzie mnie przez kilka dni. Nie martwcie się! – powiedziała Jadzia.

Uściskała leżącą na łóżku i częściowo sparaliżowaną po wylewie kobietę i wyszła z mieszkania. Stanęła na chwilę w bramie kamienicy, uważnie przyglądając się przechodniom. Tego dnia ulica wyglądała jakoś inaczej niż zwykle. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec zbyt wielu młodych ludzi spieszących gdzieś z wielkimi nieforemnymi paczkami. Na ich twarzach malowały się ekscytacja, hardość, ale i troska.

Dzień był upalny i duszny. Przy tej pogodzie zdziwienie mógł również budzić wygląd mijanych przechodniów. Długie płaszcze i oficerki mężczyzn, a także solidne półbuty na nogach dziewcząt, które jeszcze wczoraj biegały w przewiewnych sznurkowcach. I te ciężkie, wypchane do granic możliwości torby przewieszone przez drobne ramiona…

„Biuletyn Informacyjny” nr 35 z dnia 2 sierpnia 1944

Jadzia, idąca do swojego punktu koncentracji (piekarnia przy ulicy Mącznej), również niosła kompletowaną z wielkim trudem apteczkę. Paczka nie była ciężka, ale duża i nieporęczna. Dlatego kiedy niespodziewanie zatrzymał się przy niej znajomy, jadący dużą towarową rikszą, przyjęła jego propozycję podwózki z radością i nieukrywaną ulgą. Gdy jednak przejeżdżali obok niemieckich koszar, a żandarmi z gotowymi do strzału pistoletami maszynowymi w dłoniach zaczęli się im uważnie przyglądać, wystraszyła się nie na żarty.

– Niech się pani do mnie mizdrzy! – wyszeptał mężczyzna tonem nieznoszącym sprzeciwu.

Nieco zdezorientowana, objęła go za szyję i roześmiała się perliście, choć wcale nie było jej wesoło. Zwłaszcza gdy dowiedziała się, że oboje siedzą na paczkach z bronią, którą jej towarzysz wiózł dla żołnierzy ze swojego oddziału3.

Jadzia do swojego punktu koncentracji dotarła koło czternastej. Na Czerniakowie, tak jak i w innych dzielnicach, pierwsze strzały padły na długo przed godziną W. O planowanym efekcie zaskoczenia nie mogło więc i tutaj być mowy. Niestety oddział, do którego należała4, ze względu na niedostatek broni, ogrom poniesionych strat i brak łączności z resztą miasta otrzymał rozkaz wycofania się do Lasu Kabackiego. Sanitariuszki zaś z punktu medycznego przy ulicy Czerniakowskiej 80 miały się rozejść do domów.

Dziewczyna nie chciała jednak wracać. Postanowiła przedostać się na pobliski Mokotów, gdzie mieszkała żona jej kuzyna – Bogna Klarner. Tam przyłączyła się do powstańców walczących w ramach pułku „Baszta”. Jej pierwszym zadaniem było zorganizowanie punktu sanitarnego w dopiero co zdobytej szkole przy ulicy Woronicza.

– Moimi pacjentami byli dziś sami chłopcy – relacjonowała wieczorem przyjaciółce. – Lekkie postrzały, skaleczenia, a nawet stopy poocierane od twardych niemieckich butów – wyliczała. – Ale podejrzewam, że większość przyszła obejrzeć sobie nową sanitariuszkę! – dodała ze śmiechem.

Jednym z pierwszych poważniej rannych powstańców w „ambulatorium” Jadzi był Henryk Rożniewski (Raźniewski) „Zakapior” – żołnierz IV plutonu kompanii B-3 batalionu „Bałtyk” pułku „Baszta”, zwany ze względu na swój charakter i sposób bycia „enfant terrible” oddziału5. Przyprowadzili go koledzy z drużyny, zwani zresztą od jego pseudonimu zakapiorami. Jeden z żołnierzy pułku „Baszta” – Lesław M. Bartelski „Saski”, wyjaś­nił, że wówczas nazywano tak żartobliwie powstańców wyróżniających się odwagą, bojowością, ale niekoniecznie zdyscyplinowaniem6. Natomiast Mieczysław Chackiewicz „Martyna” twierdził, że tak w stołecznej gwarze określano wtedy ważniaka, chojraka czy po prostu warszawskiego cwaniaka7. (Czasami również na samym Mokotowie mówiono tak na powstańców, którzy uciekli z więzienia przy ulicy Rakowieckiej, jednak Mieczysław Chajęcki podkreślił, że nie dotyczyło to akurat żołnierzy z tego konkretnego oddziału).

„Baszta” nr 6 z dnia 21 sierpnia 1944

Henryk dostał postrzał w twarz – z boku, przez górną wargę. Rana była wprawdzie powierzchowna, ale wyjątkowo mocno zdeformowała mu rysy, a skóra z górnej wargi została zupełnie zdarta. Nawet nie było jak założyć mu szwów8. Siedział obolały, z zamkniętymi oczami. W zupełnym milczeniu poddawał się wszystkim zabiegom dziewczyny. Tylko grymas bólu, malujący się co chwila na jego twarzy, zdradzał, jak bardzo cierpiał. Widząc to, Jadzia starała się jak najdelikatniej założyć mu opatrunek. Kiedy skończyła, otworzył oczy i uważnie się jej przyjrzał.

– Aniołek! – wyszeptał z jękiem.

Pomimo lekkiego oburzenia dziewczyny przydomek ten przylgnął do niej szybciej niż faktyczny pseudonim („Ochocka”). Kolegom „Zakapiora” również przypadło do gustu to określenie i ilekroć widzieli sanitariuszkę, wołali: „Cześć, Aniołek!”. Jadzia, jak sama przyznała, była wówczas pucołowatą i rumianą blondynką. Przydomek ten miał więc uzasadnienie. Zaakceptowała go jednak z trudem, ponieważ w swoich dziewczęcych marzeniach zawsze widziała się jako osobę o pociągłej, bladej i interesującej twarzy9.

Na walczącym Mokotowie każdego dnia przybywało rannych. Dlatego dowództwo sanitarne odcinka postanowiło stworzyć nowy punkt medyczny. Dziewczyna została tam oddelegowana, by wraz z kilkoma koleżankami zorganizować szpitalik w willi przy ulicy Idzikowskiego 37. Posesja była świetnie przygotowana do pełnienia takiej funkcji, ponieważ wcześniej mieścił się tam internat dla chłopców. Nie brakowało więc ani łóżek, ani pościeli.

Oczywiście zauroczony Jadzią „Zakapior” bywał i tam stałym gościem, zwłaszcza że jego oddział przeniósł się z okolic ulic Odyńca i Szustra na Sielce10. Chłopak najwyraźniej nic nie robił sobie z faktu, że oboje pochodzili z różnych światów. W powstańczej Warszawie takie sytuacje były na porządku dziennym. Dlatego i tym razem nikogo nie raziło, że córkę byłego ministra skarbu adoruje żołnierz, który z niejednego pieca chleb jadł11.

– „Zakapior” przyniósł mi dziś dosłownie pęk róż! – pochwaliła się Bognie ze śmiechem Jadzia.

– Wspaniale! Musisz mu się naprawdę podobać! – odpowiedziała starsza o kilka lat kobieta, uważnie przyglądając się coraz bardziej pąsowym policzkom dziewczyny. – Dookoła giną ludzie, wszystko się pali, a on pomyślał o kwiatach dla ciebie!

– Pewnie zerwał je gdzieś po drodze – próbowała zbagatelizować sprawę dziewczyna. – Wariat! – dodała po chwili, śmiejąc się głośno. – Nie mamy wody! Zwiędły po godzinie…12.

We wrześniu wieczory i noce zaczęły się robić coraz bardziej chłodne. Ale idąca do walki 1 sierpnia młodzież nie myślała wówczas o tak prozaicznych sprawach jak nieco cieplejszy sweter. Walki rozpoczęły się przecież podczas sierpniowych upałów i miały potrwać trzy, cztery dni. Maksymalnie tydzień! Dlatego w torbie większości sanitariuszek zmieściła się najwyżej dodatkowa para bielizny, zapasowa bluzka, szczoteczka do zębów, grzebień czy lusterko.

– Strasznie marznę podczas nocnych dyżurów w szpitalu – poskarżyła się kiedyś „Zakapiorowi” Jadzia. – Mam tylko tę cienką bluzkę i wiatrówkę.

Następnego dnia chłopak zjawił się z kompletem ciep­łej bielizny.

– Dziękuję! – z radością wykrzyknęła dziewczyna, rzucając mu się na szyję. – Jak to zdobyłeś?

Ale on uśmiechnął się tylko zagadkowo. Nie lubił mówić o sobie. Dało się jednak zauważyć, że był ogromnie zadowolony – i z siebie, i ze spontanicznej reakcji dziewczyny. „Pewnie wyfasował to z jakiegoś rozbitego domu…” – pomyślała Jadzia, nie ciągnąc jednak niewygodnego tematu.

W powstańczej Warszawie na wiele spraw patrzono zresztą nieco inaczej. Wejście do opuszczonego mieszkania w celu znalezienia jedzenia, ubrań, środków sanitarnych czy sprzętu kuchennego nie było uznawane za coś nagannego. Takie zachowanie stało się koniecznością ratującą czasami ludzkie życie. Za wysoce niemoralne uważano natomiast na przykład zabranie jakichkolwiek wartościowych przedmiotów.

Z dnia na dzień w całej Warszawie coraz bardziej zaczynało brakować jedzenia. Kurczyły się nawet porcje tak bardzo znienawidzonej przez żołnierzy kaszy plujki.

– Zobacz, jak wisi już na mnie spódnica – powiedziała pewnego dnia do „Zakapiora” coraz bardziej zgnębiona Jadzia. – Zaczynam się bać, że w końcu ze mnie spadnie! – dodała z nieco wymuszonym śmiechem.

Nazajutrz zapatrzony w nią chłopak przyniósł kolejny prezent. Tym razem był to żołnierski niemiecki pas z napisem „Gott mit uns” na klamrze13.

– Wspaniały! – wykrzyknęła z zachwytem. – Nawet nie wiesz, jak bardzo się z niego cieszę!

– Człowieka musiałem zabić, żeby się do mnie uśmiechnęła! – odpowiedział pół żartem, pół serio chłopak i wprawił dziewczynę w zupełne osłupienie.

Wieczorem, przed zaśnięciem, długo zastanawiała się nad faktyczną wymową tych słów. Kim „Zakapior” był w cywilu? I czym się wcześniej zajmował? – myślała. Teraz był z pewnością ogromnie odważnym żołnierzem. Dało się to zauważyć, patrząc choćby na to, jak odnosili się do niego powstańcy z jego drużyny14. Następnego dnia dziewczyna opowiedziała o wszystkim Bognie Klarnerowej.

– Oj, będziesz ty miała kłopot z nim po wojnie! – zawyrokowała przyjaciółka. – To może być równie dobrze bohater jak bandyta.

Jadzię zmartwił ten komentarz. Ale na dłuższe zastanawianie się nad tym nie znalazła już czasu. Pielęgniarki pracujące w szpitaliku przy ulicy Idzikowskiego każdego dnia miały ręce pełne roboty. Trzeba było opatrzyć i nakarmić rannych, uprać brudne bandaże, uporządkować budynek, który ucierpiał w wyniku bombardowań i ciągłego ostrzału. A kiedy akurat robiło się nieco spokojniej i udało się zdobyć dodatkowe wiadro drogocennej wody, dziewczęta próbowały zadbać o swój wygląd. Prawie każda z nich miała przecież swojego chłopaka. I choć świat dookoła zamieniał się w gruzy, natura ludzka pozostaje niezmienna – a zakochana dziewczyna chce się podobać temu, kto skradł jej serce!

Pewnego dnia Jadzia postanowiła więc… umyć głowę! Trudno to dziś sobie wyobrazić, ale wówczas na taki luksus można było pozwolić sobie bardzo rzadko. Na dodatek wśród powstańców panowały różne przesądy. Jeden z nich mówił, że umycie całego ciała przynosi pecha. Zwłaszcza dotyczyło to głowy15. Ale Jadzia przyniosła sobie wiadro wody. Uprała najpierw bieliznę, a potem opłukała się, nie zapominając oczywiście o włosach, które wyszorowała niemieckim proszkiem do czyszczenia. O dziwo, po tym zabiegu wyglądały naprawdę wspaniale! Niestety, kiedy wyszła od Bogny, zaczął się ostrzał krowami16. Najpierw usłyszała złowrogie ryczenie, a potem huk detonacji, rumor walących się murów i krzyki ludzi. Gęsty kurz sprawił, że przestała cokolwiek widzieć. Kiedy się nieco uspokoiło, a ona sama zdołała w końcu dotrzeć do szpitalika, była pokryta równą warstwą pyłu!

Niestety nadchodził kres walk powstańczych. Pod koniec września Niemcy wzmocnili ostrzał Mokotowa. Kiedy nagle nastała zupełna cisza i Jadzia odważyła się wyjść z piwnicy, przed budynkiem zobaczyła kilku żołnierzy w czarnych kombinezonach. Podbiegła do nich.

– Co się dzieje?! – zapytała.

Jeden z nich złapał ją za kark i odepchnął z całą siłą.

– Raus!17– wykrzyknął ze złością.

Dopiero teraz zauważyła, że mężczyźni nie mieli na rękawie biało-czerwonych opasek ani żadnych innych polskich emblematów.

Szybko poderwała się z ziemi. Chciała wrócić do swoich, ale Niemcy już wygarniali ludzi z piwnic, a jej nie pozwolili się ruszyć z miejsca.

Sanitariuszki wraz z okoliczną ludnością cywilną ustawiono w szeregu. Po chwili ponury pochód ruszył pod eskortą żandarmów w stronę Służewca. Wieczorem cała grupa dotarła na teren wyścigów konnych, skąd miała przejść następnego dnia do obozu dla ludności cywilnej w Pruszkowie. A to oznaczało w najlepszym wypadku wywóz na roboty do III Rzeszy. Zwłaszcza że Jadzia twarz miała nadal okrągłą i rumianą. Typowa krew z mlekiem, wprost idealny materiał na roboty przymusowe – myślała z przekąsem. Muszę znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji!18

Wyrzutnie sprężonych miotaczy min nazywanych w powstańczej Warszawie szafami, krowami lub wyjcami. Zbiory Stanisława Kopfa

W końcu po naradzie z najbliższymi koleżankami zdecydowały się na ucieczkę. Za pieniądze, które dziewczyna dostała 1 sierpnia od matki, wykupiły sobie wolność. Wieczorem dwóch starszych żandarmów zaprowadziło je do dziury w ogrodzeniu. Podpowiedzieli nawet, w którą stronę powinny się skierować, by nie natknąć się na patrole niemieckie19.

Natomiast oddział, w którym walczył „Zakapior”, bronił się nadal na ostatnim już skrawku powstańczego Mokotowa. Chłopak jako jeden z ostatnich zszedł do włazu przy ulicy Szustra. (Próba przebicia się do Śródmieścia została w bardzo obrazowy i sugestywny sposób przedstawiona w legendarnym filmie Kanał Andrzeja Wajdy20). Niestety, nie wszystkim udało się ją przeżyć. Z relacji jego niektórych kolegów z drużyny wynikało, że zginął podczas przeprawy. Kilka lat po wojnie wiadomość o tym dotarła do Jadzi.

Okazało się jednak, że „Zakapior” przeżył wojnę. Podczas przeprawy kanałami, w momencie, gdy wśród zatrutych unoszącymi się w powietrzu oparami żołnierzy zapanowała panika, odłączył się od swoich kolegów. Z niektórymi z nich spotkał się jednak jeszcze w Śródmieściu – przed kapitulacją. Z informacji zamieszczonej zaś na stronie Muzeum Powstania Warszawskiego wynika, że miał w ostatnich dniach walki przyłączyć się do żołnierzy zgrupowania „Bartkiewicz”21. Po wojnie nie utrzymywał jednak kontaktów ze środowiskiem kombatanckim.

Czy „Aniołek” i „Zakapior” spotkali się jeszcze kiedyś w powojennej Warszawie? Prawdopodobnie nie. Jadwiga wyszła za mąż i została znaną i bardzo cenioną lekarką. Co stało się z tak bardzo zauroczonym nią „Zakapiorem”? Odpowiedź na to pytanie zakrył czas…

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Wstęp

„Aniołek” (Jadwiga Klarner) i „Zakapior” Henryk Rożniewski (Raźniewski)

„Atka” (Beata Branicka) i „Pat” (Leszek Rybiński)

„Małgorzata” (Janina Załęska) i „Krzysztof” (Jan Markowski)

„Sławka” (Wiesława Kamper--Gliszczyńska) i „Fabian” (Janusz Werner)

„Krzysztof” (Krzysztof Kamil Baczyński) i Barbara Drapczyńska

„Basia Grom” (Barbara Rankowska) i „Tomaszewski” (Piotr Jaszczuk)

„Irka” (Irena Kowalska) i „Czarny Jaś” (Jan Wuttke)

„Jarmuż” (Alicja Treutler) i „Pałąk” (Bolesław Biega)

Monika Żeromska i „Skorupka” (Roman Padlewski)

„Marianna” (Maria Huber) i „Jacek” (Kazimierz Maciej Piechotka)

Halina Mancewiczówna

„Ludmiła” (Halina Radzymińska) i „Bratny” (Roman Mularczyk)

„Synon” (Wojciech Szymanowski) i „Ewa” (Ewa Stefanowska)

Cywile (małżeństwo z piwnicy)

„Karol Topornicki” (Tadeusz Gajcy) i Wanda Suchecka

„Późna” (Anna Branicka) i „Cichy” (Janusz Radomyski)

Poparzeni cywile

„Greta” (Jadwiga Wolska) i „Jan Nowak” (Zdzisław Jeziorański)

„Szczerba” (Zbigniew Blichewicz)

„Hanka Skrzynkowa” (Anna Borkiewicz-Celińska)

„Rudy” (Zbigniew Jasiński) i „Topola” (Stanisława Jasińska)

„Blondynka” (Danuta Ślązak) i „Elegant” (Mieczysław Gałka)

„Pilawa” (Janusz Kozłowski)

Mira Zimińska-Sygietyńska

„Akne” (Lidia Kowalczyk) i „Zawał” (Krystyn Strzelecki)

Zakochani z opuszczonej kamienicy

„Zosia” (Zofia Jarkowska) i „Andrzej Pol” (Wiktor Krauze, Szeliński)

„Jadzia Królowa” i „Cygan”

„Ada” (Aldona Łukaniewicz) i „Zabawa” (Jan Wróblewski)

Ludwik i Anna Solscy

„Zosia” (Zofia Kozłowska) i „Robert” (Wiesław Raciborski)

Sylwia

„Cyganiewicz” (Lech Hałko) i „Marta” (Stefania Fabisiak)

„Paulinka” (Anna Swierczewska-Jakubowska)

„Jeremi” (Jerzy Zborowski) i „Nina” (Janina Trojanowska)

„Sławka” (Halina Dudzik-Jędrzejewska)

Ina Benita

„Róża” (Maria Nowotna) i „Klemens” (Jan Walc)

Kapral podchorąży i łączniczka

„Niuśka” (Danuta Pleban) i „Żak” (Robert Krauze)

„Czarna”

„Karolina” (Halina Czarniecka) i „Kopeć” (Stanisław Jastrzębski)

„Danka” (Danuta Zdanowicz-Rossman)

Dziewczęta z Królewskiej 16

Zamiast zakończenia

BIBLIOGRAFIA (wybór)

2 Według biogramów Muzeum Powstania Warszawskiego – Henryk Raźniewski „Zakapior” (za: https://www.1944.pl/powstancze-biogramy/henryk-razniewski,37210.html, dostęp 29.04.2019). Henryk Rożniewski – według książki: Barbara Kaczyńska-Januszkiewicz, Mieczysław Chackiewicz „Martyna”, Hanna Sygietyńska-Kwoczyńska, Powrót do wspomnień, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2004, s. 25, 73.

3 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019).

4 1 Dywizjon Artylerii Konnej im. Józefa Bema.

5 Opinia Mieczysława Chackiewicza „Martyny” – jego kolegi z oddziału, za: Barbara Kaczyńska-Januszkiewicz, Mieczysław Chackiewicz „Martyna”, Hanna Sygietyńska-Kwoczyńska, Powrót do wspomnień, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2004, s. 73.

6 Powrót do wspomnień, dz. cyt., s. 25.

7 Tamże.

8 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019), www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/jadwiga-klarner-szymanowska,1323.html (dostęp 12.03.2019).

9 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019).

10 Powrót do wspomnień, dz. cyt., s. 25.

11 Koledzy „Zakapiora” twierdzili, że pochodził on z Powiśla. Przed wojną i w czasie okupacji mawiano, że chłopcom z tej dzielnicy lepiej zejść z drogi. I akurat Henryk bez wątpienia był tego typu człowiekiem. Przekonał się o tym m.in. jeden z wyższych dowódców, który bezskutecznie usiłował odebrać mu zdobytą na wrogu broń. O jego drużynie nastoletnia Basia Kaczyńska, w której domu przy ul. Ursynowskiej 26 kwaterował podczas powstania oddział, powiedziała: „Pluton zakapiorów nie przegrywa nigdy”, za: Powrót do wspomnień, dz. cyt., s. 28.

12 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019).

13 Tamże.

14 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019).

15 Agnieszka Cubała, Sten pod pachą, bimber w szklance, dziewczyna i Warszawa… Życie codzienne powstańczej Warszawy, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2015, s. 246.

16 Sprężone miotacze min zwane przez powstańców krowami, szafami lub wyjcami. Swoje niecodzienne nazwy broń ta zawdzięczała dźwiękowi, który powstawał podczas odpalania pocisków. Przypominał ryk krowy lub przesuwanie po podłodze ciężkiej szafy.

17 (z niem.) Wynocha! Precz.

18 lekarzepowstania.pl/osoba/jadwiga-klarner-szymanowska (dostęp 2.03.2019).

19www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/jadwiga-klarner-szymanowska,1323.html (dostęp 12.03.2019).

20 Scenariusz do filmu oparty został na autentycznych przeżyciach żołnierza walczącego na Mokotowie i uczestnika tej przeprawy – Jerzego Stefana Stańskiego „Łąckiego”.

21www.1944.pl/powstancze-biogramy/henryk-razniewski,37210.html (dostęp 29.04.2019).