Milanowianki, cz. 2 - zespół autorek - ebook

Milanowianki, cz. 2 ebook

zespół autorek

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Milanówku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 164

Rok wydania: 2017

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



MILANOWIANKI

TOM II

Milanówek 2017

MILANOWIANKI

Copyright Stowarzyszenie Milanowianki, 2017

Wydawca:

Stowarzyszenie Milanowianki

ul. Olszowa 18a, 05-822 Milanówek

milanowianki.pl

[email protected]

Milanówek 2017

Wydanie I

Redakcja i korekta: Iwona Domarowicz

Projekt okładki, skład i łamanie: Ewa Kozak

Druk: DB PRINT Polska Sp. z o.o.

Autorki: Barbara Kaszycka, Ewa Kozak, Elżbieta Kubek, Anna Kuldanek, Anna Lewenstam,

Agata Markiewicz, Hanna Musur-Bzdak, Ewa Suknarowska-Drzewiecka, Grażyna Witwicka-Kilar,

Dorota Wojciechowska

Zdjęcia autorek: Joanna Pawlikowska

Zdjęcia bohaterek: archiwa prywatne, za zgodą rodzin bohaterek

Fotoedycja zdjęć archiwalnych: Olgierd Chodyniecki

Publikacja nieodpłatna, nie może być sprzedawana.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk, kopiowanie, skracanie, wykorzystywanie całości tekstu lub jego

fragmentu może być dokonane wyłącznie w celach niekomercyjnych, pod warunkiem podania źródła.

Publikacja została przygotowana i wydana ze środków Urzędu Miasta Milanówka w ramach realizacji

zadania publicznego Wydanie publikacji Milanowianki, tom II.

ISBN 978-83-948944-0-5

Serdecznie dziękujemy rodzinom i przyjaciołom naszych bohaterek za poświęcony czas, opowiedziane historie i udostępnione zdjęcia, co pozwoliło nam na stworzenie kolejnych milanowskich herstorii.

Milanowianki i herstoria

Kiedy zaczynałyśmy tworzyć pierwszy tom Milanowianek, termin „herstoria” nie był znany żadnej z nas, autorek. Mimo to stworzyłyśmy kilkanaście udanych opowieści o kobietach z Milanówka. Książka stała się fundamentem naszego stowarzyszenia, ale także dała początek naszej przygodzie herstorycznej, która – jak czas pokazał – na dobre rozpoczęła się właśnie po jej ukazaniu. W związku z powyższym warto zastanowić się, co oznacza ten dość jeszcze egzotyczny termin „herstoria” i w jaki sposób my, Milanowianki, wpisujemy się w jego znaczenie.

Na pierwszy rzut oka dekonstrukcja terminu „history”, której dokonała Adele Aldridge w latach 70., może wydawać się po prostu bardzo błyskotliwą grą językową. Badaczka wstawiła zamiast przedrostka „his-” przedrostek „my-”, a feministki, idąc dalej tym tropem, zaproponowały przedrostek „her-”. Jednak tylko pozornie termin „herstoria” można uznać za dowcipną nazwę badań nad kobiecą historią. Ukrywa się pod nim wiele uzupełniających się znaczeń. Najprostsze i najpopularniejsze jego wyjaśnienie jest następujące: herstoria to feministyczna historia kobiet. Jednak prób definicji tego terminu można dokonywać z różnych perspektyw. A każda z nich okazała się nam, Milanowiankom, bliska. Można bowiem próbować określić, czym jest herstoria w odniesieniu do badanych bohaterek, ale też czym jest dla kobiet o nich piszących, a także jaką zajmuje pozycję w perspektywie historii jako nauki.

Przyglądając się naszym milanowskim herstoriom z tomu drugiego, można zauważyć, że to, co było jedynie intuicją w tomie pierwszym, teraz stało celem świadomie przez nas realizowanym. W pracy nad poprzednią publikacją nie zawsze jeszcze radziłyśmy sobie z wdrukowanym w nas przez kulturę nawykiem przedstawiania ojców, mężów i synów jako osoby dodające wartości kobiecym życiorysom. Często trudno było wydobyć kobietę i jej życie spoza tych rodzinnych opowieści o jej dzielnych mężczyznach. Uczyłyśmy się dopiero, na czym polega podmiotowe traktowanie bohaterki w pisaniu o jej losach. Mam wrażenie, że w drugim tomie wyszło nam to znacznie lepiej. Za to już, wybierając bohaterki do pierwszego tomu, świetnie (choć raczej intuicyjnie niż świadomie) realizowałyśmy inną definicję herstorii -jako historii przeżycia, przetrwania, radzenia sobie w trudnych sytuacjach. W obydwu częściach opowieści pełne są dramatycznych sytuacji, w których znalazły się bohaterki.

Herstoria jest także ukazywaniem znaczenia kobiet w społeczeństwie. Nasze bohaterki to często lekarki, nauczycielki, działaczki solidarnościowe, aktywistki społeczne – jednym słowem osoby budujące społeczeństwo obywatelskie. To również burzenie dotychczasowego modelu. Oba tomy Milanowianek z lekka dystansują się do mainstreamowego dyskursu o początkach Milanówka. Obok Michała Lasockiego u zarania dziejów miasta stawiają kobietę – Bronisławę Lasocką. W pierwszym tomie ukazana została jeszcze jako postać mało znana, zaledwie zauważana, w drugim już (dzięki nowym źródłom) – jest znacznie wyraźniej zarysowana.

Ale to, co moim zdaniem jest jedną z ważniejszych perspektyw herstorycznych, to znaczenie, jakie mają te opowieści dla samych autorek. Trudno szukać w naszych narracjach obiektywnych szkiców biograficznych. Obiektywność w historii jest raczej XIX-wiecznym mitem. Wszyscy patrzymy na dzieje z własnej, często nawet nieuświadomionej perspektywy. Myślę, że tworząc nasze herstorie, bliskie byłyśmy temu, co trafnie ujęła Grażyna Kubica we wstępie do swojej książki Siostry Malinowskiego:

Moje bohaterki w gruncie rzeczy są moim dziełem. (...) Istnieją poprzez badaczkę, czyli mnie. Jest to zatem historia kobiet opowiadana przez kobietę. (...) Jest to jednocześnie efekt „negocjowanej współpracy”. Negocjacje toczyły się między moimi bohaterkami (wyrażającymi się w swych dziełach, listach, wspomnieniach), rodzinną pamięcią (reprezentowaną przez ich potomków), opiniami świadków i ekspertów a moją wizją1.

Należy jednak zaznaczyć, że tym razem część naszych bohaterek miała wpływ na ten „wynik negocjacji”, ponieważ żyją wśród nas i aktywnie uczestniczyły w powstawaniu tekstów. W ten oto sposób dla nas, autorek, pisanie o kobietach łączy się z kolejną definicją herstorii – jako sposobu budowania własnej, kobiecej tożsamości.1

Pierwszy tom Milanowianek rozszedł się błyskawicznie. Najcenniejsze według mnie było to, co spotykało nas później. Zewsząd płynęły wskazówki, o jakiej kobiecie powinnyśmy jeszcze napisać. Otworzyłyśmy bowiem nieeksplorowany dotychczas obszar historii lokalnej, czyli – zgodnie z kolejną definicją – poszerzyłyśmy pole widzenia, a milanowianie i milanowianki zareagowali na to bardzo pozytywnie. Mam nadzieję, że drugi tom przyjmą z podobną życzliwością.

Agata Markiewicz

1 G. Kubica, Siostry Malinowskiego, czyli kobiety nowoczesne na początku XX wieku, Kraków 2006, s. 7.

Stefania Błońska – moja niezwykła znajoma

historię napisała Dorota Wojciechowska po wysłuchaniu wspomnień syna Krystyna Foka

Panią Stefanię poznałam w latach 70., kiedy przychodziła do Urzędu Miasta w sprawach swoich lokatorów. Od razu czułam, że to ktoś wyjątkowy. Odznaczała się dużą kulturą osobistą, była damą. Później dowiedziałam się, że to aktorka, mówiła piękną polszczyzną, odpowiednio akcentując sylaby, miała nienaganną dykcję, wymawiała przedniojęzykowo-zębowe „ł”. Nie wyróżniała się, ubiór nosiła skromny, ale elegancki. Miała dobry gust. Pamiętam sweter, który sama zrobiła na drutach, i tę gamę kolorów, ciepłych jak pachnąca łąka. Fascynowała mnie jej osoba.

Znałyśmy się już dobrze, gdy w środku pewnej letniej nocy odebrałam telefon. Podniosłam słuchawkę i słyszę: zakwitła. Cisza... Po barwie głosu poznałam Stefanię, ale nie kojarzyłam, o co chodzi. To zakwitła królowa jednej nocy. Prosiła, abym zobaczyła to zjawisko. O północy poszłam na Sienkiewicza 9. Stefania była szczęśliwa, kochała kwiaty. Oczywiście dostałam szczepkę królowej. Jej ogród był pełen roślin, a w domu pielęgnowała kwiaty doniczkowe. Miała wyjątkowo dobrą rękę do sadzonek, jak i do parzenia doskonałej herbaty.

Milanówek był dla Stefanii miejscem wyjątkowym. Pamięć o domu rodzinnym działała jak lekarstwo w trudnych chwilach obozowej codzienności. Wiedziała, że ma dom, do którego może wrócić; nie tylko we wspomnieniach. Po wyremontowaniu willi oczkiem w głowie stał się ogród. Swoją drogę zakończyła w Milanówku – miejscu, które tak wiele dla niej znaczyło. Historię jej życia, zupełnie niesamowitą, opowiedział mi jej syn Krystyn.

Opowieść syna

Rocznik 1919. Warszawianka. Ojciec, Edward, był krawcem i prowadził swój zakład w centrum stolicy przy Brackiej, tuż obok domu handlowego braci Jabłkowskich. Matka, Zofia, jak to było wówczas przyjęte, prowadziła dom. Moja Matka miała dwoje starszego rodzeństwa – brata Jana i siostrę Krystynę. Po domu pałętała się buldożka francuska – Szelma.

Bo tak trzeba było

Dość szybko pojawił się w jej życiu Milanówek, a właściwie wypada użyć oficjalnej nazwy: Gmina Letnisko-Milanówek. W 1928 roku rodzice wybudowali tu dom na wakacje, któremu nadano dumne miano willi „Elsinoe” (to postać z Irydiona Krasińskiego, no cóż, taki wtedy mieliśmy klimat). Jeszcze matura w 1937 roku w gimnazjum Wereckiej i rozpoczęte przed wojną studia na Wydziale Nauk Politycznych na Uniwersytecie.

I wojna. Od razu zaczęła „bawić się” – jak to sama określała – w konspirację. „Poważną” konspiracją zajmował się jej brat Jan ps. „Sum” – harcmistrz, porucznik rezerwy i jeszcze w dodatku inżynier chemik, jeden z współtwórców małego sabotażu. Przy okazji – jak wynika z różnych publikacji – bywało, że wykonywał wyroki Polski Podziemnej. Matka zajmowała się kolportażem prasy, czasem przenosiła coś innego.

Przypominam sobie pytanie zadane wiele lat później przez wnuka:

– Bałaś się, babciu?

– Oczywiście, że się bałam.

Siedmiolatek bodaj, docieka:

– To dlaczego to robiłaś?

– Bo tak trzeba było.

Proste, prawda? Tu potrzebna jest mała dygresja – u nas w domu praktycznie nigdy nie używało się tzw. wielkich słów. Przez szacunek dla nich i ich znaczenia. Wreszcie, tak sądzę z obecnej perspektywy: dla ich ceny. A z drugiej strony nielubiane były wszelkiego rodzaju spieszczenia – koteczki, pieseczki czy lampeczki były wystawiane za prożek domeczku...

Dali szansę przeżyć

Nadchodzi dzień 3 listopada 1942 roku, na Bracką wkracza gestapo. Aresztowanie i osadzenie na Pawiaku. Brat został zakatowany w trakcie przesłuchania na Szucha. Ojciec – rozstrzelany w Lasach Chojnowskich. Matka przeżyła. O śmierci najbliższych dowiedziała się po wojnie. 17 stycznia 1943 roku trafia do pierwszego warszawskiego transportu na Majdanek (kolejny cytat z matki: Coś ich ta niemiecka biurokracja zawiodła, wysłali mnie do Majdanka zamiast przesłuchiwać. Dali szansę przeżyć). Ma numer obozowy 4546.

Na miejscu zostaje jedną ze spikerek „Radia Majdanek”. Ciekawe to „radio”, gdzie „audycje” były nadawane z trzeciego piętra pryczy w baraku, gdzie nie było żadnej rozgłośni, a przekazywanie informacji i ich zdobywanie stało się formą walki. Był to niewątpliwie fenomen na skalę światową. Przed kilku laty przekazaliśmy do Muzeum na Majdanku zachowaną jakimś cudem korespondencję matki z siostrą Krystyną. Tę legalną i tę nielegalną – bo grypsy też tam były. Niektóre z nich są eksponowane na muzealnej wystawie.

Kolejne traumatyczne przeżycie – likwidacja Żydów w obozie na Majdanku 3 listopada 1943 roku. Tego dnia hitlerowcy rozstrzelali 18 tys. osób. O tym zdarzeniu wiem właściwie z literatury. Natomiast pamiętam, jak matka nieraz mówiła z absolutną powagą, że właściwie jedynym właściwym jej uhonorowaniem powinno być drzewo i tytuł „Sprawiedliwego wśród Narodów Świata” w jerozolimskim instytucie Yad Vashem. Tylko nie pozostał przy życiu nikt, kto dałby świadectwo.

Z Majdanka 19 kwietnia 1944 roku trafia do Ravensbruck, później Buchenwaldu. W dniu swoich urodzin – 14 kwietnia 1945 roku – ucieka z transportu w tzw. todemarsch, „marszu śmierci”. Wraca do Polski, do Milanówka – to ostatnie jej miejsce związane z rodziną. Czeka na nią siostra. Niedługo cieszą się sobą – z oflagu wraca mąż Krystyny, kpt. Ryszard Białous ps. „Jerzy”, dowódca batalionu „Zośka”. Wiadomo, tego rodzaju postać nie wzbudzała – najdelikatniej rzecz ujmując – entuzjazmu ówczesnych władz. Rodzina Białousów zmuszona jest emigrować, rzecz jasna nielegalnie. Siostry nigdy więcej się nie zobaczyły.

Przychodzę na świat

W tym czasie matka rozpoczyna studia w Miejskiej Szkole Dramatycznej, przekształconej niebawem w warszawską PWST. Studiują z nią: Maria Homerska, Andrzej Balcerzak (przez jakąś chwilę mąż), Tadeusz Janczar, Józef Nalberczak, Ryszard Pietruski. Całą ekipą wyjeżdżają do Olsztyna tworzyć tam teatr pod dyrekcją dotychczasowego profesora Janusza Strachockiego. Takie to były czasy... Dla kronikarskiej ścisłości dodam, że debiutowała na scenie Teatru Polskiego w Warszawie. A w Olsztynie zaczyna od bycia asystentką reżysera w Fantazym Słowackiego.

Na wiele lat opuszcza Milanówek. Dom zostaje zajęty przez kwaterunek, ale to zupełnie inna historia. Zaczęła się wędrówka po Polsce. W 1949 roku w Kielcach rodzi się mój starszy brat Jan (ciekawa zbieżność imion z bratem matki, nieprawdaż?). Później jest teatr na Ziemiach Odzyskanych w Zielonej Górze, ciężka choroba Janka – w sumie bodaj pierwszy w Polsce przypadek pełnego wyleczenia choroby Perthesa. To nie był temat do wspomnień. Czasem tylko, jako swego rodzaju anegdotę, rodzice wspominali, jak kombinowali różne środki transportu, by urozmaicić choremu dziecku podróż do lekarza w Poznaniu. Sięgnęli kiedyś nawet po sanitarnego „kukuruźnika”.

Po Zielonej Górze przyszedł czas na Lublin, w którym się urodziłem. Matka, wydając mnie na świat, miała 44 lata, co nawet dziś może budzić szacunek. Przez kilka lat nie pracowała w teatrze, oddając się pracy w amatorskim ruchu teatralnym w Lublinie i Chełmie Lubelskim. W 1967 roku przenieśliśmy się do Kalisza. I znów to samo – teatry objazdowe, granie czasem nawet po dwa przedstawienia dziennie, niekiedy po remizach czy salach gimnastycznych. To nie był dzisiejszy celebrycki świat...

Ukształtowali ich na całe życie

Na początku lat 70. w Kaliszu powstała bardzo mocna, znana na całą Polskę scena. Dyrektorką była Izabela Cywińska, reżyserował m.in. Maciej Prus, w zespole aktorskim znaleźli się chociażby Halina Łabonarska, Joanny: Kasperska i Orzeszkowska, Janusz Michałowski, Henryk Talar, że wreszcie i o ojcu wspomnę. Z ciekawszych ról matki można odnotować Katarzynę Stenbeck w Eryku XIV Strinberga w reż. Macieja Prusa. W Nocach i dniach, opracowanych według Dąbrowskiej przez Izabelę Cywińską, grała Witkowską, a w Domu kobiet, również w reżyserii Cywińskiej, wcieliła się w Marię Łanową.

Pamiętam niesamowitą atmosferę Domu Aktora, w którym mieszkaliśmy. Tłumy ludzi w pokoju – koledzy aktorzy, ale też młodzi pasjonaci z zespołów amatorskich, prowadzonych przez rodziców. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili, hektolitry herbaty wypijane podczas rozmów... Przecież do dzisiaj ci ludzie, teraz w okolicach sześćdziesiątki, utrzymują stały kontakt z ojcem i otwarcie przyznają, że Błońska z Fokiem ukształtowali ich na całe życie2. Wreszcie pojawiła się szansa na odzyskanie domu, a przynajmniej jego części. Pierwszy pojechał ojciec, do ruiny niszczonej przez kolejne generacje lokatorów. Kiedyś wpadło mi w ręce absolutne curiosum – list do matki, informujący ją, że lokator wykopał dół w ogrodzie, więc przez trzy miesiące nie ma zamiaru płacić czynszu. Tak na marginesie – szansa na odzyskanie domu wynikała właśnie z tego, że lokatorzy ograniczali się jedynie do dewastacji budynku, zupełnie nie uważając za stosowne płacić śmiesznie niskiego czynszu.

W każdym razie matka po przejściu na emeryturę, bodaj w 1977 roku, wróciła do Milanówka. Do rozpadającego się domu, z wodą w studni, ze „sławojką” na końcu ogrodu,z piecami węglowymi. I nie zapominajmy, z wciąż plączącymi się po domu lokatorami. Ale to był jej dom.

I koniec opowieści...

Niemal natychmiast rozpoczęła rozmowy z dyrektorem LO im. Alfreda Fiderkiewicza Lucjanem Podlewskim. Zgodził się na stworzenie czegoś w rodzaju szkolnego kółka recytatorskiego. Chapeu bas – lub jakby to dziś młodzież powiedziała: szacun. Bo matka nie wyglądała szablonowo: niewysoka, o nienagannej figurze, krótko ostrzyżonych rudych, farbowanych włosach i bardzo często z popularnym w dłoni – dobrze choć, że w lufce... I o mocno charakterystycznym, niskim głosie. A postępowała także często nieschematycznie. Każdego starała się traktować jak partnera, co nie zawsze było łatwe. Ale młodzież czuła, że podchodzi do niej poważnie. I tu mogę z najczystszym sumieniem powiedzieć, bo sam w tym uczestniczyłem, że na zajęciach podejmowane były różne tematy, często te ważne, życiowe. Co nie znaczyło, że zaniedbywaliśmy obcowanie z literaturą. Powstawały montaże poetyckie, zdecydowaliśmy się na odważnego Achillesa i panny Artura Marii Swinarskiego. I tu pamięć zawodzi – przypominam sobie tylko tyle, że tytułowym Achillesem był Tolek Pęszkal, Tetydą – Alka Wrońska, jedną z panien – Dośka Bujwid, jej ojcem Likomedesem – Krzysiek Matus. Ja tam robiłem za Odysa. Zabawa była przednia. Jeszcze kilka pokoleń licealistów miało okazję obcować z matką.

Cóż, lata zrobiły swoje i matka wycofała się. O słodki paradoksie, w latach 90. pojechała do Niemiec na turnus rehabilitacyjny jako była więźniarka. Odwiedziła też Izrael i obozową koleżankę. I wreszcie diagnoza: rak. A do tego jeszcze złamanie (a właściwie strzaskanie) kości udowej w 1997 roku i skazanie na balkonik, co dla osoby tak aktywnej było prawdziwą katorgą. Ale na kilka miesięcy przed śmiercią znów dała znać o sobie jej przewrotność – po ponad czterdziestu latach wspólnego życia legalizuje związek z moim ojcem – Zygmuntem Fokiem.

Zmarła 1 grudnia 2000 roku w wieku 81 lat. Zgodnie z jej wolą została skremowana.

Fotografie pochodzą z prywatnego archiwum Krystyna Foka.

2 Zygmunt Fok zmarł 25 września 2015 roku w Milanówku. Rozmowa odbyła się przed jego śmiercią.

Lucy Markowska i Helena Czyżewicz– matka i córka z willi „Halinówek”

Elżbieta Kubek

Matka

Była pierwszą mieszkanką willi „Halinówek”. Urodziła się w Budapeszcie 20 maja 1902 roku jako córka znanego przemysłowca, specjalizującego się w inżynierii sanitarnej. To według projektu inżyniera Janosa Brundla powstało kąpielisko na Wyspie św. Małgorzaty na Dunaju i szereg innych obiektów w stolicy Węgier. Na chrzcie otrzymała imię Luiza, które potem w Polsce przetłumaczono na Alojza. Bardzo nie lubiła tego brzmienia. Przez rodzinę i przyjaciół nazywana była Lucy. Miała dwóch braci: Janosa i Imrego.

Sosnowy las i Kolej Warszawsko-Wiedeńska

Lucy w wieku czterech lat została półsierotą, po ciężkiej chorobie umarła jej matka. Od dziesiątego roku życia aż do matury uczyła się w szkole dla bogatych i dobrze urodzonych panienek u sióstr Sacre Couer w Budapeszcie. Miała wielkie zdolności językowe, ukończyła z wyróżnieniem budapesztański Instytut Języków Obcych. Doskonale znała niemiecki, francuski, angielski, łacinę, grekę i średnio włoski. Później, przebywając na placówce dyplomatycznej z mężem i dziećmi w Holandii, nauczyła się tamtejszego języka. Jak na owe czasy była nowoczesną kobietą, uprawiała różne dziedziny sportu: tenis, żeglarstwo, jazdę na łyżwach.

W Budapeszcie Luiza poznała prawnika ze Lwowa, Władysława Markowskiego. Młody mężczyzna przebywał wówczas z wizytą u swojej siostry Zofii Markowskiej, której mężem był Węgier Arpad Rimanocy. W 1924 roku byli już małżeństwem.

Władysław – syn znanego lwowskiego artysty rzeźbiarza Juliana Markowskiego (twórcy wielu pomników na Cmentarzu Łyczakowskim i innych dzieł we Lwowie) – ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza i w Akademii Handlowej we Lwowie. Po powstaniu niepodległego państwa polskiego podjął pracę w służbie dyplomatycznej MSZ jako urzędnik Poselstwa Polskiego w Budapeszcie.

Po podróży poślubnej do Wenecji młodzi Markowscy przyjechali do Polski. Pierwsze wrażenie po wyjściu z pociągu było dla Lucy szokujące. Warszawa wydawała się jej mocno prowincjonalna w stosunku do Budapesztu, brak tu było wielkomiejskiego ruchu, jaki panował wówczas w jej rodzinnym mieście. Osiedlają się jednak w tej „prowincjonalnej stolicy” i zamieszkują w kamienicy przy Polnej 52. W 1925 roku rodzi się ich pierwszy syn – Stanisław. Przebywają wówczas w Budapeszcie. Do Warszawy wracać im się nie chce, rozważają zmianę miejsca zamieszkania.

Tymczasem ojciec Luizy dowiedział się o parcelacji dóbr ziemskich Michała Lasockiego. Zachwycił się urodą tych terenów, piękną przyrodą, sosnowym lasem, a jednocześnie jako przemysłowiec zdawał sobie sprawę, że bliskość Warszawy i rozwijająca się Kolej Warszawsko-Wiedeńska stanowią dodatkowy atut tego miejsca. Dał znać córce i zięciowi. I tak działka przy Krasińskiego 4 stała się własnością państwa Markowskich. Projekt willi wykonał kuzyn Lucy, architekt Gyulia Rimanocy. Do ukończenia budowy młodzi małżonkowie ze Stasiem mieszkali u państwa Kaczyńskich przy Podgórnej. W roku 1926 byli już na swoim. Za rok, we wrześniu, rodzi się Helenka.

Lata 1928-1932 Markowscy spędzają w Holandii. Władysław – jako wicekonsul – obejmuje tam placówkę dyplomatyczną. Żona uczestniczy w licznych przyjęciach, sama też je organizuje. Ich najmłodsze dziecko, Jurek, przychodzi na świat w Rotterdamie w 1930 roku.

Jak Węgierka uczyła się Polski

Po skończeniu misji dyplomatycznej wracają do rodzinnego domu. Zatrudniają do pomocy – tak jak to było w wielu innych willach Letniska-Milanówek – kucharkę, dozorcę i ogrodnika. Lucy nie znała polskiego, początkowo miała trudności z porozumiewaniem się ze służbą. Niemniej przy jej zdolnościach językowych problem wkrótce przestał istnieć. Powoli poznaje zwyczaje, kulturę kraju, w którym mieszka – uczy się Polski. Utrzymuje kontakty z sąsiadami: państwem Cśaky, Krzyżanowskimi i Barczami. W Letnisku-Milanówek panował wówczas miły zwyczaj, że nowi mieszkańcy przychodzili z wizytą do sąsiadów. Powoli więc i Luiza staje się członkiem społeczności. Jest też w stałym kontakcie ze swoimi rodaczkami, mieszkającymi w Warszawie.

Do tradycji, której nie przerwała nawet wojenna zawierucha, należały spotkania węgierskich przyjaciół w „Halinówku” w czasie Zielonych Świąt z okazji imienin pani domu. Zawsze przyjeżdżała Ilona Briesemeister – śpiewaczka (po wojnie wieloletnia nauczycielka śpiewu w zespole Mazowsze), Aranka Weiss, Paweł Domski – Węgier z polskim obywatelstwem, i inni goście. Zachowały się zdjęcia z takiego spotkania z roku 1944.

W sierpniu 1939 roku Lucy zdążyła odwiedzić swój ukochany Budapeszt wraz z synem Stasiem. Do Milanówka wrócili tuż przed wybuchem wojny. Nadszedł dla niej, jak i dla innych mieszkańców Polski, trudny czas wojny, potem okupacji niemieckiej i sowieckiej. Podejmuje te trudy z pełnym zaangażowaniem i sercem. I gdy na przełomie grudnia 1939 i stycznia 1940 roku do Milanówka przybyli przesiedleńcy z Poznańskiego, aktywnie włącza się w pomoc i zbiórkę rzeczy dla „poznaniaków”. Służby w domu już wtedy nie było, sama musiała zajmować się wszystkim, łącznie z zaopatrzeniem dla licznie przebywających i ukrywających się w jej domu osób, związanych z Polskim Państwem Podziemnym. Władysław tymczasem zostaje zaprzysiężony jako pracownik konspiracyjnej Delegatury Rządu Rzeczypospolitej na Kraj w Sekcji Spraw Zagranicznych „Moc”. W „Halinówku” ukrywał się z żoną Roman Knoll – polityk, dyplomata, szef Sekcji Zagranicznej Delegatury Rządu na Kraj, przełożony jej męża w konspiracyjnych strukturach Państwa Podziemnego. Częstymi gośćmi byli inni członkowie PPP: Stanisław Jasiukowicz, Adam Bień i Władysław Minkiewicz (również mieszkańcy Milanówka).

W ciężkich czasach okupacji Luiza potrafiła zachować zasady konspiracji i zimną krew. Współpracowała z siostrą Margit, która stała na czele delegatury węgierskiego Czerwonego Krzyża w Warszawie. Siostra kilkakrotnie przyjeżdżała do Milanówka. W 1944 roku we wrześniu nieoczekiwanie do domu wtargnęło gestapo. Oficer zasypał Lucy pytaniami o zakonnicę. Tymczasem w sąsiednim pokoju dwie sekretarki Romana Krolla pisały na maszynach i w całym domu słychać było charakterystyczny stukot. Helenka została posłana, by je uciszyć, a jej matka w tym czasie ze spokojem rozmawiała swoją piękną niemczyzną z oficerem, zapewniając go o wyłącznie towarzyskich kontaktach z siostrą Margit. Trzeba było nie lada opanowania, żeby sytuacja nie skończyła się dramatycznie.

Różne twarze „Halinówka”