39,99 zł
Miejscy Szpiedzy zostają wysłani do Wenecji. Na placu Świętego Marka grupa nastoletnich aktywistów znanych jako Rój protestuje przeciwko globalnemu ociepleniu i zmianom klimatycznym. Brytyjskie tajne służby podejrzewają, że podczas demonstracji może dojść do groźnego incydentu, któremu młodzi agenci mają zapobiec. Kiedy Rio ratuje przywódczynię Roju Beatriz Santos, staje się jasne, że komuś wyraźnie zależy, by dziewczyna nie wystąpiła przed światowymi przywódcami na szczycie ONZ. Zespół rusza więc do Nowego Jorku, by kontynuować śledztwo i dowiedzieć się, kto i co zyskałby na uciszeniu ambitnej aktywistki. Tropy prowadzą zarówno do okazałych ambasad, jak i opuszczonych magazynów czy ogromnej nowojorskiej biblioteki. Robi się naprawdę niebezpiecznie, bo w poważne tarapaty wpada także Matka. Komu można ufać? Czy Rio sprawdzi się w roli alfy, a Kair będzie umiał wybrać, po czyjej jest stronie? Misja Manhattan właśnie się zaczyna!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 284
Rok wydania: 2025
Tytuł oryginalny: City Spies. Mission Manhattan
Przekład: Kaja Makowska
Ilustracja na okładce: Yaoyao Ma Van As
Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak
Redakcja: Magdalena Marczewska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch
Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski
Text copyright © 2024 by James Ponti
Illustration copyright © 2024 by Yaoyao Ma Van As
© Copyright for the Polish translation by Kaja Makowska, 2025
© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2025
First Aladdin hardcover edition February 2024, an imprint of Simon & Schuster Children’s
Publishing Division, 1230 Avenue of the Americas, New York, New York 10020
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Niniejsza książka jest fikcją literacką. Wszelkie odniesienia do wydarzeń, postaci lub miejsc
historycznych zostały zastosowane wyłącznie na potrzeby fabuły. Pozostałe imiona, postacie,
miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autora, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych
wydarzeń, miejsc lub osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.
TDM Opt-out
Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.
dwukropek.com.pl
Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.
ul. Jutrzenki 118
02-230 Warszawa
Infolinia 800 650 300
Dla Rose Brock:
miłośniczki książek, prowodyrki akcji, wspaniałej bliźniaczki
Rozdział 1
Misje szpiegowskie w niczym nie przypominały filmów szpiegowskich. Z punktu widzenia Kaira wystarczyło spojrzeć w lustro, żeby to wiedzieć. Wybierał się na pierwszą akcję pod przykrywką, a zamiast smokingu czy świetnie skrojonego garnituru miał na sobie kostium trzmiela. Pluszowe onesie założone na czarne rajstopy zdecydowanie nie było świetnie skrojone.
– Rajstopy wpijają mi się w tyłek – poskarżył się, szarpiąc za tył kostiumu.
– To najlepsze, co mogliśmy załatwić w tak krótkim czasie – odpowiedział Paris, który miał na sobie taki sam kostium i malował twarz żółtą i czarną farbą. – W sztuce szpiegowskiej wygoda ustępuje zlewaniu się z otoczeniem.
– Może i tak – rzucił Kair – ale w tej chwili mój tyłek zlewa się z rajstopami.
Paris się zaśmiał. To dobry znak, że Kair był w stanie żartować tuż przed swoją pierwszą oficjalną misją. Większość ludzi za bardzo by się stresowała.
– Witaj w MI6 – powiedział. – Wszystko robimy z klasą.
Byli we Włoszech, konkretnie w Wenecji, ponieważ tajne służby dostały wiadomość o potencjalnym zagrożeniu podczas demonstracji przeciwników globalnego ocieplenia, która miała odbyć się na placu Świętego Marka. Wydarzenie zorganizowała grupa nastoletnich aktywistów znana jako Rój. Jej członkowie na swoje wiece ubierali się stosownie.
– Gotowy? – spytał Paris, kiedy skończył malować twarz.
Kair pokiwał głową, ostatni raz szarpnął za kostium i odparł:
– Zbzykajmy stąd.
Pierwszy raz byli w Wenecji i mogli łatwo stracić orientację, bo miasto rozciągało się na ponad sto małych wysepek, ale na szczęście w nawigowaniu po tej zaskakującej plątaninie mostów i alejek mogli liczyć na pomoc. Kiedy wyszli z kryjówki, usłyszeli głośne bzyczenie, jakby miasto opanował rój pszczół.
– Co to za hałas? – zapytał Kair.
– Wuwuzele – odpowiedział Paris.
– Te plastikowe rogi, których używają kibice na meczach piłki nożnej?
– Członkowie Roju korzystają z nich, kiedy maszerują na wiece – wyjaśnił Paris. – Wystarczy, że podążymy za dźwiękiem.
– Pomocne – stwierdził Kair. – Irytujące, ale pomocne.
Kiedy oni próbowali dogonić Rój, reszta zespołu działała na placu Świętego Marka, który Włosi nazywali Piazza San Marco. Sydney i Brooklyn czatowały w pobliżu bramek bezpieczeństwa, przez które musiał przejść każdy demonstrant, podczas gdy Rio i Monty przebywali za kulisami i pilnowali prelegentów.
Kat była alfą, co oznaczało, że to ona dowodziła misją po jej rozpoczęciu. Zajęła pozycję na tarasie na szczycie dzwonnicy z widokiem na plac. Czterysta lat wcześniej to tutaj Galileusz spojrzał w niebo przez swój nowo wynaleziony teleskop i odkrył porządek wszechświata. Teraz w tym samym miejscu czternastoletnia szpieżka spoglądała na morze demonstrantów z nadzieją, że będzie w stanie ustalić, którzy są zagrożeniem dla reszty.
– Test sprzętu, raz, dwa, trzy – powiedziała do mikrofonu ukrytego w kołnierzu kurtki. – Czy wszyscy mnie słyszą?
– Słyszę – odezwała się Sydney.
– Głośno i wyraźnie – dodała Brooklyn.
– Słychać dobrze – potwierdziła Monty.
– U mnie też – zawtórował jej Rio.
Kat odczekała chwilę, zanim spytała:
– Paris, Kair, jesteście w zasięgu?
– Musisz mówić głośniej – odparł Kair, próbując szeptem przekrzyczeć zgiełk. – Tu jest straszny hałas.
On i Paris właśnie dołączyli do dziesiątek protestujących przebranych za pszczoły, którzy robili straszny raban, paradując przez miasto. Oprócz dęcia w wuwuzele niektórzy walili w bębny, podczas gdy inni skandowali: „Be-a-triz! Be-a-triz!” na cześć swojej przywódczyni.
– Jesteśmy na moście Rialto przecinającym Canal Grande! – poinformował ich Paris, starając się przekrzyczeć tłum. – Powinniśmy dotrzeć na plac za jakieś dziesięć minut.
– A co z tobą, Matko? – dopytywała Kat. – Wiem, że nie możesz odpowiedzieć bezpośrednio, ale jeśli nas słyszysz, zadaj komuś pytanie.
Matka był jednym z dwójki dorosłych agentów nadzorujących zespół. MI6 udało się umieścić go w supernowoczesnej weneckiej Sterowni – tajnej i nieco kontrowersyjnej lokalizacji, w której lokalne władze używały sieci czujników, kamer CCTV i trackerów telefonów komórkowych do monitorowania każdej osoby odwiedzającej miasto. Gdyby Włosi dowiedzieli się, że brytyjski agent wykonuje misję ze Sterowni, byliby oburzeni, więc Matka nie mógł zostać podsłuchany podczas komunikacji z resztą zespołu. Dlatego obrócił się do najbliższego policjanta i zapytał:
– Dov’é il bagno?
– Serio? – zaśmiała się Sydney. – Na nic lepszego nie wpadłeś?
– Wiesz, co to oznacza, prawda? – zwróciła się do niej Kat.
– Tak – potwierdziła Sydney. – „Gdzie jest toaleta?”.
– Prawda, ale też to, że sprzęt działa i wszyscy są na pozycjach – uświadomiła jej Kat. – A to oznacza, że… Operacja w toku. Do dzieła!
Te słowa wypowiedziane przez alfę rozpoczynały każdą misję Miejskich Szpiegów – eksperymentalnego zespołu składającego się z szóstki tajnych agentów w wieku od jedenastu do szesnastu lat, wysyłanych przez wywiad na misje, na których dorośli za bardzo by się wyróżniali.
– Dreszcze – powiedziała Brooklyn. – Za każdym razem.
Z natury nieśmiała i niezręczna Kat w czasie ostatnich ważnych misji rozwinęła skrzydła jako alfa. Była zdziwiona tym, jak bardzo podobała się jej ta rola.
– Działamy, a wiec zacznie się za dwadzieścia trzy minuty – oznajmiła. – To oznacza otwarte oczy i otwarte głowy. Mamy nietypowe zadanie.
– Czy mówiąc „nietypowe”, masz na myśli to, że kazali nam szukać zombie? – dociekał Rio.
W odpowiedzi na pytanie usłyszał w słuchawkach śmiechy pozostałych.
– Nie tylko zombie – uściśliła Kat. – Przyjmę wampiry, mumie i każde inne nieumarłe stworzenia, jakie spotkacie. Zarzucamy szeroką sieć.
I w tym tkwił ich problem. Nie do końca wiedzieli, czego szukali.
Pięć dni wcześniej MI6 przejęło fragment wiadomości wysłanej między syndykatami przestępczymi z Turcji i Kazachstanu. Była w nim mowa o ataku, który miał zostać przeprowadzony na placu Świętego Marka tego dnia przez… żywe trupy.
Brytyjscy analitycy pewnie nie zwróciliby na to uwagi, gdyby nie fakt, że protest zaplanowano w tym samym terminie, w którym światowi przywódcy zjeżdżali do Wenecji na szczyt klimatyczny ONZ odbywający się po drugiej stronie Canale della Giudecca, na wyspie San Giorgio Maggiore.
Groźba brzmiała jak żart, ale nie można było jej zignorować.
– Żywe trupy? – spytał Matka, gdy przełożona przydzieliła im to zadanie. – Mówisz poważnie? Co to w ogóle znaczy?
– Istnieje kilka możliwości – odparła Tru, jedna z garstki osób w wywiadzie, która w ogóle wiedziała o istnieniu Miejskich Szpiegów. – To może być szyfr, zniekształcone tłumaczenie z kazachskiego na turecki i angielski albo pierwsza oznaka apokalipsy zombie. Bez względu na to, która opcja okaże się prawdziwa, potrzebujemy kogoś, kto będzie miał oko na sytuację.
Miejscy Szpiedzy zostali wybrani na tego „kogoś” z dwóch głównych powodów. Po pierwsze: wiec był organizowany przez i dla młodych ludzi, więc mogli łatwo wtopić się w tłum. Po drugie: według oficjalnej przykrywki byli adeptami Fundacji na Rzecz Monitorowania Atmosfery, stacji meteorologicznej w Szkocji, tak naprawdę będącej siedzibą tajnej operacji MI6. Farma – bo pod taką nazwą ją znano – aktywnie promowała edukację klimatyczną, dlatego też Monty i Rio zdołali dostać się za kulisy z prelegentami.
– Você está nervosa? – zapytał Rio Beatriz Santos, szesnastoletnią aktywistkę, która miała wygłosić główne przemówienie na wiecu.
Uśmiechnęła się, mile zaskoczona, że ktoś mówi w jej ojczystym języku.
– Um pouco – odpowiedziała, przyznając, że jest lekko zdenerwowana. – Você é brasileiro?
– Eu sou carioca – odparł, co oznaczało, że pochodzi z Rio de Janeiro.
Jej oczy rozbłysły, uśmiechnęła się.
– Eu também sou!„Ja też”.
Choć alfą mianowano Kat, to Rio dostał najważniejsze zadanie. Miał zbliżyć się do Beatriz i jej pilnować, ponieważ była najbardziej prawdopodobnym celem ataku. To była dla niego wielka rzecz nie tylko dlatego, że rzadko spadała na niego tak duża odpowiedzialność, ale też dlatego, że uważał się za wielkiego fana Beatriz. Niemal oniemiał z zachwytu, kiedy rozmawiali.
– Rafael – przedstawił się swoim fałszywym imieniem. – Ale możesz mówić mi Rafa.
– Beatriz – odpowiedziała.
Zaśmiał się.
– Tak, chyba gdzieś już to słyszałem.
Tłum nadal skandował „Be-a-triz! Be-a-triz!”. Skrzywiła się z zakłopotaniem.
– To musi być niesamowite – zauważył Rio. – Słyszeć, jak tyle osób skanduje twoje imię.
– To dobre dla sprawy – przyznała – ale nie lubię atencji.
– Naprawdę? – zdziwił się. – To niedobrze, bo na pewno masz jej dużo.
W ciągu nieco ponad dwóch lat Beatriz z nieznanej zatroskanej nastolatki zmieniła się w światowej sławy aktywistkę ekologiczną. To, co zaczęło się jako jednoosobowy protest pod brazylijskim Kongresem Narodowym, przerodziło się w światową organizację z członkami w dziewięćdziesięciu siedmiu krajach. Oficjalnie Beatriz była szefową Międzynarodowej Studenckiej Koalicji na rzecz Ochrony Lasów Deszczowych, lecz zagorzali zwolennicy nazywali ją po prostu Królową Pszczół, a siebie – co za tym idzie – Rojem.
– Mimo wszystko – kontynuował Rio – nie powinnaś denerwować się wystąpieniem przed tłumem, który tak cię uwielbia.
– Nie martwię się o wystąpienie na placu – powiedziała. – Po drugiej stronie wody są ludzie, którzy wcale mnie nie uwielbiają. To ważne, żebym nie popełniła błędów, które mogą być pretekstem do zignorowania tego, co mam do powiedzenia.
Po swoim przemówieniu Beatriz miała przepłynąć łódką przez lagunę na San Giorgio Maggiore, by przemówić do światowych przywódców na szczycie ONZ. Wśród tej onieśmielającej publiczności znajdowali się prezydent Stanów Zjednoczonych oraz premier Wielkiej Brytanii.
– Jak zachowujesz spokój, kiedy przemawiasz do takiej grupy? – spytał Rio.
– Myślę o pszczołach – odparła.
– Tych, które się przebierają i skandują twoje imię?
– Nie. O tych, od których pracy zależy jedna trzecia naszych zasobów żywności. Są niezbędne do wykarmienia świata. Myślenie o nich przypomina mi, że nawet jeśli człowiek jest bardzo mały, może być bardzo ważny.
Rio posłał jej czarujący uśmiech.
– Você vai fazer fántastico. „Poradzisz sobie fantastycznie”.
Pokazała, że trzyma kciuki.
Tymczasem ludzi na placu wciąż przybywało.
– Gdybyście się nie domyślili po głośnym bzyczeniu, Rój właśnie dotarł pod bramkę numer jeden – poinformowała pozostałych Sydney.
Bramki zostały rozstawione tak, by wszyscy wchodzący na plac musieli przejść przez serię wykrywaczy metalu i magnetometrów, a także zostać przeszukani przez funkcjonariuszy w czarnych kurtkach z napisem POLIZIA na plecach.
– Nawet widzę nasze małe pracowite pszczółki – dodała Sydney, kiedy zauważyła Parisa i Kaira w strefie kontroli. – Trzmiel Jeden i Trzmiel Dwa.
– Koniecznie zróbcie im obu zdjęcia – poinstruowała Kat.
– W celach dokumentalnych? – zapytała Brooklyn.
– Nie, w celach ewentualnego szantażu.
– I jak tu nie kochać Kat? – rzuciła Sydney, cykając fotki. – Zawsze planuje z wyprzedzeniem.
– Wszystkie jesteście przezabawne – mruknął Paris. – Poza tym myślę, że w porównaniu z innymi wyglądamy całkiem nieźle.
– Tak, wmawiaj to sobie – odparła Sydney. – Ale chyba pomyliło ci się z naszą misją w Egipcie.
– Dlaczego? – Paris był zdezorientowany.
– Bo twój „całkiem niezły wygląd” to fatamorgana – zażartowała, a pozostali roześmiali się do mikrofonów.
– Dałeś się podejść – stwierdził Rio.
– Dobrze, wystarczy – powiedziała Monty, śmiejąc się z nimi. – Dobrze, że jesteście rozluźnieni, ale pamiętajcie, że mamy ważną misję. Musimy się skupić. – Monty była drugą dorosłą członkinią zespołu i agentką stojącą na czele Farmy. Teraz przebywała za kulisami z rodzicami i doradcami towarzyszącymi młodym prelegentom.
– Odsuwając żarty na bok, zastanawiam się, czy my też nie powinnyśmy były włożyć kostiumów – przyznała Brooklyn. – Lepiej wtopiłybyśmy się w tłum.
– Dlaczego tak uważasz? – spytała Monty.
– Mnóstwo osób jest przebranych. Oprócz trzmieli i pszczół mamy zagrożone zwierzęta, ekologicznych superbohaterów, a nawet wielkie papierowe głowy przywódców światowych. Przy bramce numer dwa odbywa się istne Halloween. W tej chwili policja próbuje ustalić, jak poradzić sobie z dwójką upiornych ptakoludzi popychających ogromną kulę ziemską.
– Jaki jest problem? – chciała wiedzieć Sydney.
– Kula jest za duża, żeby przejść przez wykrywacze metalu – wyjaśniła Brooklyn.
– Jak wyglądają ci ptakoludzie? – zainteresował się Kair.
– Mają czarne peleryny, czarne kapelusze, buty motocyklowe, a do tego białe maski z dużymi okrągłymi oczami i długimi dziobami.
– To nie ptakoludzie, tylko doktorzy plagi – uświadomił jej Paris.
– Co?
– W średniowieczu lekarze nosili takie stroje, kiedy leczyli pacjentów chorych na dżumę. Wypychali dzioby ziołami i kwiatami, żeby neutralizować zapach, bo ich zdaniem to on przenosił chorobę.
– Może i nie są ptakoludźmi, ale te maski nadal są strasznie upiorne – przyznała Brooklyn.
– Ludzie w średniowieczu też tak uważali. Wpadali w panikę, kiedy widzieli doktora w swojej okolicy, bo to oznaczało, że ktoś w pobliżu jest chory na dżumę i na pewno umrze. Taki doktor to prawdziwy ponury żniwiarz.
Nastąpiła chwila ciszy, a potem Kat powiedziała:
– Żywe trupy!
Rozdział 2
Historia weneckich masek sięgała średniowiecza. Po raz pierwszy pojawiły się na corocznych miejskich obchodach karnawału, ale przez wieki były noszone przez mieszkańców Wenecji pragnących ukryć swoją prawdziwą tożsamość. Dzięki tej tradycji mistyczne „miasto na wodzie” zyskało status raju dla sekretów i oszustw.
W czasach współczesnych maski stały się popularną pamiątką z podróży do Wenecji, a turyści tłumnie odwiedzali lokalne sklepy, by takową zakupić. Popularny – choć niepokojący – model nazywał się medico della peste albo „doktor plagi”. Takie maski noszono nie tylko w karnawale. Przez setki lat korzystano z nich we włoskim teatrze. Widzowie wiedzieli, że kiedy na scenie pojawia się postać w takiej masce, śmierć jest nieuchronna.
Teraz Miejscy Szpiedzy musieli się martwić, czy to samo dotyczy protestów klimatycznych.
– Co się dzieje? – zapytała Kat. – Z mojej pozycji nie mam dobrego widoku na bramkę.
– Wygląda na to, że policja każe im zostawić kulę ziemską, a doktorzy plagi się nie zgadzają – zaraportowała Brooklyn. – Kolejka kompletnie stoi.
Wspomniana kula ziemska miała średnicę półtora metra i została udekorowana tak, jakby płonęła. Dwoje ludzi w strojach doktorów plagi pchało ją na płaskim wózku, ale była za duża, by przejść przez kontrolę bezpieczeństwa.
Brooklyn przysunęła się bliżej, żeby słyszeć ich rozmowę.
– Policjanci krzyczą na nich po włosku, a doktorzy odpowiadają w języku, którego nie rozpoznaję – przekazała pozostałym. – Brzmi wschodnioeuropejsko, ale nie jestem pewna.
– Myślałem, że szukamy zombie – rzucił Kair.
– W wiadomości wspomniano o „żywych trupach” – odparła Kat. – To może odnosić się do doktorów.
– W takim razie co z ludźmi niosącymi nagrobki? – zapytał.
– Jakimi ludźmi? – odpowiedziała pytaniem.
– Grupka trzmieli niesie kartonowe nagrobki z napisami w stylu: „Spoczywaj w spokoju, oceanie” albo „Zabity przez zanieczyszczenie” – wyjaśnił. – Nie wiem, czy można zaliczyć ich do „żywych trupów”.
– Okej, teraz mamy prawdziwych zombie – oznajmiła Sydney, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć. – To znaczy nie prawdziwe żywe trupy, ale ludzi naprawdę przebranych za zombie.
– Gdzie oni są? – spytał Paris.
– Przechodzą przez bramkę numer jeden.
Grupka ludzi pomalowanych jak zombie przeszła przez wykrywacze metalu tuż przed Sydney.
– Ilu ich jest? – chciała wiedzieć Monty.
– Siedmioro – poinformowała ją Sydney. – I nie ma żadnego przestoju. Już wchodzą do środka.
– Doktorzy plagi też – dodała Brooklyn.
– Jak? – zdziwiła się Kat. – Myślałam, że kula się nie mieści.
– Policja ich przepuściła i skanuje kulę ręcznie – wyjaśniła Brooklyn. – Wygląda na to, że przewiozą ją naokoło i przekażą doktorom już w środku.
W Sterowni Matka przysunął się bliżej ściany monitorów wyświetlających obraz z kamer z całego miasta. Skupił się na tym, który pokazywał bramkę bezpieczeństwa, przy której policjant skanował kulę ziemską, i wskazał palcem.
– Przepraszam, ale czy pan to widzi? – spytał jednego z policjantów obserwujących monitory. – Ten przyrząd jest zaprojektowany do skanowania ubrań, a nie obiektów stałych. Ktoś mógł coś ukryć w tej kuli.
Policjant burknął coś po włosku i zbył go machnięciem ręki. Kapitan policji podszedł do Matki i rzekł:
– Jest pan tu jako obserwator, więc proszę, niech pan się odsunie. Wiemy, co robimy.
– Ale ta kula może być poważnym problemem…
– Albo się pan odsunie, albo pan wyjdzie – uciął kapitan.
Matka udał rozzłoszczonego, ale tak naprawdę nie spodziewał się, że policjanci go posłuchają. Chciał tylko przekazać zespołowi, co go zaniepokoiło.
– Nie martw się, Matko, zajmiemy się tym – obiecała mu Kat.
W mgnieniu oka z braku podejrzanych zrobiły się trzy różne grupy potencjalnych sprawców, ale Kat zachowała zimną krew. Miała wrodzoną umiejętność dostrzegania porządku w chaosie, dlatego została przydzielona do dzwonnicy. Spojrzała w dół na tłum ludzi na placu i zobaczyła to, co widziała zawsze – matematykę. W tym przypadku matematykę w postaci liczb, wektorów i prawdopodobieństw.
– Zrobimy małą roszadę – poinformowała zespół. – Sydney, śledź kulę.
– Nie powinnam zostać z zombie?
– Nie, bo jeśli w tej kuli coś się znajduje, to może to być bomba, a ty jesteś naszą ekspertką od bomb – wyjaśniła Kat.
– Racja – przyznała Sydney, już przedzierając się przez tłum na drugą stronę placu.
– Paris, widzisz zombie ze swojego miejsca? – dopytywała Kat.
– Tak – odpowiedział.
– Więc idź za nimi – poinstruowała. – Kair, ty zostań z Rojem i miej oko na tych z nagrobkami. Brooklyn, ty idź za doktorami plagi.
– Dlaczego uważasz, że potrzebuję pomocy? – dociekała Sydney. – Zombie jest siedem, a doktorów tylko dwóch. Jeśli komuś przyda się wsparcie, to Parisowi.
– Ale ty nie śledzisz doktorów – powiedziała Kat.
– Przecież kazałaś mi… – zaczęła Sydney.
– Kazałam ci śledzić kulę – przerwała jej Kat. – Jeśli mają bombę, w którymś momencie pewnie ją zostawią. Brooklyn pójdzie za nimi i zobaczy, dokąd idą, a ty zostaniesz z bombą.
– Ma to sens – stwierdziła Sydney.
– Matko, Monty, jeśli się nie zgadzacie, to teraz jest czas na sprzeciw – zwróciła się do nich Kat.
– Ja się zgadzam – odparła Monty. – Matko, kaszlnij dwa razy, jeśli uważasz, że to dobry plan.
Matka kaszlnął dwa razy, a Kat poczuła przypływ pewności siebie, wiedząc, że dobrze sobie radzi. Już miała dodać coś jeszcze, gdy dzwon na wieży zabił tak głośno, że musiała zakryć uszy.
Nastało południe, czas rozpoczęcia wiecu.
Jako pierwsi przemawiali piętnastoletnia aktywistka działająca na rzecz ochrony oceanów i ugandyjski licealista prowadzący liczne kampanie sadzenia drzew. Kiedy wygłaszali swoje mowy, tłum powoli się uspokajał, a Miejscy Szpiedzy starali się uważnie obserwować potencjalnych podejrzanych.
– Jak tam zombie? – spytała Kat.
– Stoją jakieś pięć metrów na lewo od sceny – zdał raport Paris. – Na razie nic nietypowego.
– Pszczoły tak samo – zrelacjonował Kair. – Żadnej nadzwyczajnej aktywności, chociaż jeden z tych z nagrobkami ciągle sprawdza telefon.
– Może zachowuje się dziwnie, a może jest typowym nastolatkiem – oceniła Monty. – Trudno powiedzieć.
– Jak blisko niego jesteś? – zapytała Kat.
– Jakieś sześć, siedem osób dalej – odpowiedział Kair.
– Spróbuj się zbliżyć i zobaczyć, co w telefonie tak go interesuje – poleciła.
– Przyjąłem.
– Dobre użycie terminologii przez nowicjusza – droczyła się z nim Sydney. – Miło widzieć, że czujesz się coraz bardziej komfortowo w roli szpiega.
Kair, który wciąż walczył z wpijającymi się rajstopami, odparł:
– W tym momencie nie czuję się ani trochę komfortowo, ale dzięki.
– Doktorzy plagi cały czas się przemieszczają – poinformowała resztę Brooklyn. – Wydają się bardziej zainteresowani zdjęciami niż polityką.
– Co masz na myśli? – dociekał Paris.
– Zamiast słuchać przemówień, robią selfie z ludźmi, którzy chcą pozować z nimi przed płonącą kulą ziemską – wyjaśniła. – Wygląda na to, że kula to tylko rekwizyt do zdjęć.
– Obserwuję ich z góry – wyjaśniła Kat. – Zrobili prawie pełne okrążenie wokół placu.
– Chyba w końcu zatrzymują się przy nabrzeżu – oznajmiła Sydney. – To idealne tło. Brooklyn ma rację. Bardziej niż na ratowaniu świata zależy im na byciu influencerami.
– Powinnyście zapozować z nimi – stwierdziła Kat. – Będziecie miały pretekst, żeby się zbliżyć.
– Dobry pomysł – uznała Brooklyn.
Kolejną prelegentką była osiemnastoletnia Włoszka Benedetta Fiore. Gdy podeszła do mikrofonu, tłum powitał ją gromkim wiwatem. Rio i Beatriz obserwowali ją zza kulis.
– Benedetta jest niesamowita – powiedziała Beatriz, nachylając się do Rio. – Razem ze swoim ojcem zbudowała łódź zasilaną energią słoneczną, która nie potrzebuje ani kropli paliwa. To nadal prototyp, ale może całkowicie zrewolucjonizować transport w Wenecji. Zobaczysz. Jest genialna.
– Jak to: „zobaczysz”? – spytał Rio.
– Po moim wystąpieniu popłyniemy ich łodzią na San Giorgio Maggiore, żebym mogła przemówić na szczycie ONZ.
– Popłyniemy?
– My wszyscy. Chcę, żeby prelegenci i inni młodzi ludzie znajdujący się za kulisami byli tam ze mną. Nie zostawisz znajomej carioca w potrzebie, prawda?
Nie był pewien, czy zgadza się na tę misję dlatego, że ma szansę zobaczyć jednych z najpotężniejszych ludzi na ziemi, czy dlatego, że poprosiła go o to najbardziej charyzmatyczna osoba, jaką w życiu spotkał.
– Oczywiście, że nie.
– Excelente!
Na scenie Benedetta rozpalała tłum żarliwym apelem, przeskakując między włoskim a angielskim. Opowiadała o swojej rodzinnej Wenecji zagrożonej przez zmiany klimatyczne.
– Jesteśmy miastem wysp – mówiła. – A gdy poziom wody się podnosi, nasze ukochane miasto znika.
Zanim Sydney i Brooklyn dotarły na miejsce, żeby „zapozować” do selfie, przy kuli zebrał się tłumek ludzi, by zrobić zdjęcie grupowe. Stali tuż przy brzegu i blokowali przejście, ku niezadowoleniu policji.
Jeden z funkcjonariuszy podszedł do nich i poinstruował, żeby się przesunęli. Protestujący narzekali, ale wkrótce grupa się rozproszyła, a doktorzy przetoczyli kulę, by nie tarasowała drogi.
– Chwileczkę – powiedziała Sydney, nagle zaniepokojona. – Skąd się wziął trzeci doktor?
Teraz kulę pchały trzy osoby w przebraniach.
– Jesteś pewna? – spytała Kat.
– Nie jestem ekspertką od matematyki jak ty, Kat, ale umiem policzyć do trzech.
– Chodzi mi o to, czy jesteś pewna, że wcześniej było ich tylko dwóch?
– Na sto procent – wtrąciła się Brooklyn. – Zrobiłam im zdjęcia przy bramce i śledzimy ich, odkąd tu dotarłyśmy.
– Może ten trzeci był już w środku? – zasugerował Kair.
– Może – odparła Sydney bez przekonania. – Ale obserwowałyśmy obie bramki cały dzień i żadna z nas go nie widziała.
– O rany! – zawołał Paris. – Wiem, co się stało.
– Co? – zapytała Sydney.
– Był w środku, o tak. W środku kuli.
Rozdział 3
Przez prawie tysiąc lat plac Świętego Marka był najsłynniejszym punktem jednego z najsłynniejszych miast świata. To stąd Marco Polo wyruszył, by odkrywać świat, tu przybył Napoleon, by ogłosić zwycięstwo, i tu Galileusz otworzył okno na wszechświat. A teraz szesnastoletnia dziewczyna z Brazylii weszła na scenę w pobliżu dwóch marmurowych kolumn, które niegdyś wyznaczały miejsce publicznych egzekucji.
– Be-a-triz! Be-a-triz! – skandował tłum wśród ryku wuwuzeli.
– Proszę o ciszę – powiedziała z uśmiechem. – Muszę zachować głos na później, kiedy będę rozmawiała z dorosłymi po drugiej stronie laguny.
Na te słowa tłum zawiwatował jeszcze donośniej, a Beatriz się roześmiała.
W tym czasie Kat zastanawiała się nad następnymi krokami.
– Paris, Kair, czy któraś z waszych grup zachowuje się podejrzanie? – spytała.
– Nie – odparł Paris. – Moje zombie wiwatują z resztą tłumu.
– Pszczoły też – odpowiedział Kair. – Szaleją za swoją królową, a gość z telefonem chyba po prostu wrzuca zdjęcia na social media.
– W takim razie powinniście iść pomóc Brooklyn i Sydney – stwierdziła Kat. – Ta kula i nagłe pojawienie się trzeciego doktora sugerują, że to oni są najbardziej prawdopodobnym zagrożeniem.
– Idę – oznajmił Paris.
– Ja też – zawtórował mu Kair.
– Jak tam za kulisami? – zapytała Kat.
– Jedyny problem jest taki, że przemówienia się opóźniły – odrzekła Monty.
– A co w tym złego? – nie zrozumiał Paris.
– Opiekunka Beatriz ma obawy, że Beatriz spóźni się na swoje przemówienie na szczycie ONZ – wyjaśniła Monty. – Ale poza tym wszystko… Chwila. Co się dzieje z przodu sceny?
Ktoś w niebieskiej bluzie wskoczył na scenę i pędził w kierunku Beatriz. Rio rzucił się na pomoc, ale dwaj ochroniarze go wyprzedzili i powstrzymali intruzkę, która okazała się dziesięcioletnią fanką.
– W porządku, przepuśćcie ją! – zawołała Beatriz. – Co tam masz? – spytała dziewczynkę.
– Una corona per la regina – powiedziała dziewczynka po włosku. „Korona dla królowej”.
Beatriz posłała jej uśmiech i pochyliła się, żeby dziewczynka mogła założyć jej plastikową tiarę na głowę. Tłum wiwatował, pełen ekscytacji.
– Grazie mille – podziękowała dziewczynce Beatriz, a potem spojrzała na ludzi. – Ale proszę, żeby nikt więcej nie wchodził na scenę. To ważne, żebyśmy zachowywali się jak najlepiej. Musimy protestować pokojowo. Niektórym spodobałoby się, gdybyśmy stracili kontrolę i spowodowali zamieszki, bo wtedy mogliby zlekceważyć to, co mówimy. Cały czas wypatrują jednego błędnego kroku, żeby scharakteryzować nas jako coś, czym nie jesteśmy.
Kiedy Rio wrócił za kulisy, Monty podeszła do niego i szepnęła:
– Prawdziwy bohater.
Uśmiechnął się z zakłopotaniem.
– Naprawdę jest niesamowita, co? – spytała.
– Tak, jest! – odpowiedział bardziej entuzjastycznie, niż zamierzał. Spróbował to zbagatelizować: – Bardzo dużo osiągnęła jak na swój wiek.
– Swoją drogą, ty też – odparła i puściła do niego oko.
Przy mikrofonie Beatriz kontynuowała swoje przemówienie:
– Przed chwilą rozmawiałam z nowym przyjacielem, a on zapytał mnie, jak zachowuję spokój, kiedy przemawiam do tak dużej grupy. Powiedziałam mu, że myślę o pszczołach. Mimo że są małe, są bardzo ważne.
– To ja – pochwalił się Rio Monty, mile zaskoczony, że Beatriz właśnie nazwała go przyjacielem. – Powiedziała to do mnie.
– Ale jest coś, co należy pamiętać o pszczołach – kontynuowała Beatriz, dramatycznie unosząc głos. – Produkują miód, ale także żądlą. A kiedy się roją, nie da się ich zignorować.
Jakby na zawołanie wuwuzele zatrąbiły, zmieniając plac w ogromny brzęczący ul.
– Jest w tym naprawdę dobra – zachwyciła się Kat. – Nic dziwnego, że jest gwiazdą.
Kiedy Paris i Kair dotarli do Sydney i Brooklyn, razem podeszli bliżej kuli i zlustrowali doktorów plagi, którzy stali obok siebie i wydawali się bardziej zainteresowani policjantami niż Beatriz.
– Założę się, że ten po lewej wyszedł z kuli – powiedział Kair.
– Dlaczego? – spytała zdezorientowana Sydney.
– Bo jest najmniejszy – odparł Kair. – Miałoby sens, żeby to on się schował.
Sydney była pod wrażeniem.
– Słuszna uwaga.
– Nakręcę filmik – oznajmiła Brooklyn. Dyskretnie wyciągnęła telefon i przytrzymała go na wysokości talii, żeby się nie zdradzić.
Wtedy do doktora stojącego w środku zadzwonił telefon. Rozmowa trwała tylko dziesięć sekund, ale kiedy się skończyła, doktor powiedział coś do pozostałych i wydawało się, że chcą odejść.
– Ruszają się – poinformował resztę Paris.
– Wszyscy? – zapytała Kat.
– Tak – potwierdziła Sydney. – Kierują się w stronę wyjścia.
– Nie biegną, ale idą zdecydowanym krokiem – dodał Paris.
– Sydney, Brooklyn, sprawdźcie, czy podłożyli bombę – poinstruowała dziewczyny Kat. – Paris, Kair, idźcie za doktorami!
Przyjęli zadanie i przystąpili do akcji.
– Mogę podejść do mikrofonu i ostrzec tłum – zaproponował Rio.
– Nie – zaprotestowała Monty. – To wywołałoby panikę. Nawet nie mamy pewności, czy cokolwiek rzeczywiście jest w środku.
– Dowiemy się za jakieś piętnaście sekund – rzuciła Sydney, gdy razem z Brooklyn dotarły do celu. Aluminiowa kula była owinięta winylową naklejką przedstawiającą płonącą Ziemię. – Musi być jakiś właz, żeby dostać się do środka.
– Tutaj – oznajmiła Brooklyn, kiedy znalazła właz na dole kuli. – Tuż przy Australii.
Sydney się zaśmiała.
– Prawie jakby się mnie spodziewali. Ale jeszcze nie otwieraj. Może być zaminowany. – Kucnęła, żeby przyjrzeć się bliżej. Zobaczyła kwadratowe drzwiczki, szerokie na pół metra. Choć były zamknięte, mogła zajrzeć do środka przez maleńką szczelinę. – Na włazie nie ma żadnych kabli, więc wchodzę – powiedziała, ostrożnie otwierając drzwiczki.
– Co widzisz? – spytała Kat.
Wszyscy czekali.
– Nie ma bomby – odparła Sydney.
– Co za ulga – ucieszyła się Kat.
– Nie do końca – rzekła Sydney. – Bomby nie ma, ale była.
– Skąd wiesz? – odezwała się Brooklyn.
– Widzę opakowanie po Hexomaksie. – Sydney uważała, żeby nie dotknąć opakowania, bo mogło stanowić dowód zbrodni, ale zrobiła zdjęcie. – To francuski plastyczny materiał wybuchowy. Jest też mały zbiornik z tlenem, na wypadek gdyby doktorowi w środku zabrakło powietrza, i nieużywany detonator. Zgaduję, że doktor skończył konstruować bombę tutaj, już na placu.
– Ale zostawili detonator – zauważyła Kat. – Czy bez detonatora bomba nie jest bezużyteczna?
– To pewnie zapasowy, w razie gdyby coś było nie tak z pierwszym.
– Dlaczego mieliby konstruować bombę tutaj, a nie wcześniej? – nie rozumiała Brooklyn.
– Skonstruowanie takiej bomby jest dość proste – wyjaśniła Sydney. – Robiąc to tutaj, wyeliminowali szansę przypadkowego wybuchu przed czasem.
– A skoro doktor skonstruował ją w kuli, to znaczy, że bomba jest gdzieś na placu – stwierdziła Kat.
– Tak, ale gdzie? – spytała Sydney.
Rozdział 4
Na placu Świętego Marka znajdowała się bomba.
Może.
Kiedy Sydney i Brooklyn prześledziły trasę doktorów plagi, nie były już takie pewne.
– Nie rozumiem – powiedziała Sydney. – Nie ma miejsca, w którym mogliby ją ukryć. Śmietnika, skrzynki pocztowej, plecaka, niczego.
– Odtworzyłyśmy każdy ich krok – dodała Brooklyn. – Nawet pokrywy włazów zostały zaspawane.
– Ale nadal uważasz, że gdzieś jest bomba? – upewniła się Kat.
– Tak – odparła nieprzekonująco Sydney. – Widziałam detonator i opakowanie po materiale wybuchowym. Te rzeczy nie mają innego zastosowania.
– „Jeśli czujesz prawdę w kościach, zapomnij o wątpliwościach”. – Kat wyrecytowała jeden z matczyzmów, czyli wierszyków Matki traktujących o sztuce szpiegowskiej. – Jeśli uważasz, że gdzieś tam jest bomba, to prawdopodobnie gdzieś tam jest bomba. Może się rozdzielicie i poszerzycie obszar poszukiwań?
– Czy doktorzy zbliżyli się do sceny? – zapytała Monty.
– Nie widziałyśmy, żeby się zbliżali – odpowiedziała Sydney. – Ale nie pilnowałyśmy trzeciego doktora, więc nie jesteśmy pewne.
– Rio i ja możemy poszukać tutaj – zasugerowała Monty. – To miałoby sens, żeby ich celem była Beatriz i reszta prelegentów.
– Robi się – rzucił Rio i zaczął nonszalancko węszyć za kulisami.
CAMPO SAN ZACCARIA
Paris i Kair pospiesznie przekroczyli kamienny most i pomknęli dalej zatłoczoną alejką biegnącą między restauracjami na świeżym powietrzu, targiem owocowym i sklepem z pamiątkami. Doktorzy plagi szli przed nimi, a chłopacy musieli przedzierać się przez tłum turystów, by dotrzymać im kroku.
– Paris, Kair, jak wygląda wasza sytuacja? – zapytała Kat.
– Nieźle, jak by nie patrzeć.
– Jak by nie patrzeć na co?
– Na to, że kostiumy trzmieli nie nadają się do obserwacji z ukrycia – powiedział Paris. – Jeśli nas zauważą, będziemy spaleni.
– Rozumiem, ale nie możecie ich zgubić – upomniała ich Kat. – Jeśli bomby nie ma na placu, doktorzy mogą was do niej doprowadzić.
– Przyjąłem – odparł Paris.
Podczas gdy poszukiwania na placu Świętego Marka miały charakter palący, Paris i Kair musieli być ostrożni i metodyczni. Zadanie utrudniały im nie tylko kostiumy, ale również fakt, że Kair pierwszy raz w życiu kogoś śledził.
– Musimy trzymać się z tyłu – tłumaczył mu Paris, gdy dotarli do łukowatego sklepienia na końcu alejki. – Zachowywać się jak normalni turyści i patrzeć, czy nasi podejrzani nie zmieniają tempa albo kierunku. Najważniejsze, żebyś nie dał się zauważyć i nie nawiązał kontaktu wzrokowego.
– Dobrze – odpowiedział Kair. – Zrobię, co w mojej mocy.
– Matko, nie wiem, co widzisz w Sterowni, ale wchodzimy na plac Campo San Zaccaria – poinformował agenta Paris, czytając nazwę z tabliczki. – Idziemy jakieś czterdzieści metrów za doktorami.
Matka zakaszlał dwa razy, by dać mu znać, że otrzymał wiadomość, a potem zaczął szukać ich na monitorach. Na tym placu nie było kamer, ale Matka znalazł go na mapie, więc miał przynajmniej jakieś pojęcie, gdzie są jego szpiedzy. Podszedł bliżej ekranów, jednak zauważył, że kapitan policji mu się przygląda. Przystanął i już się nie ruszył.
Na niewielkim, pełnym turystów placu Campo San Zaccaria znajdował się pięciokondygnacyjny kościół z imponującą białą fasadą.
– Wchodzą do środka – powiedział Kair, gdy doktorzy przekroczyli próg dużych drewnianych drzwi. – Mamy iść za nimi?
– Odczekajcie chwilę, żeby sprawdzić, czy nie wykorzystują kościoła jako zwrotnicy.
– Co to znaczy?
– To taki manewr, kiedy wchodzisz do budynku i od razu wychodzisz, żeby zobaczyć, kto wchodzi za tobą – wyjaśnił Paris. – Dobry sposób na sprawdzenie, czy ktoś cię śledzi.
PLAC ŚWIĘTEGO MARKA
Beatriz kończyła swoje przemówienie, a Sydney i Brooklyn nadal nie znalazły bomby. Aktywistka mówiła z pewnością siebie i autorytetem doświadczonej działaczki politycznej, ale w jeansach i polarze wyglądała jak typowa nastolatka.
– Zanim udam się na szczyt ONZ, chcę zostawić was z obietnicą – podjęła ze sceny. – Świat się zmienia. Ale młodzi ludzie także. Zmieniamy się i żądamy zmiany od naszych przywódców. Zabiorę wasze głosy ze sobą i obiecuję, że zawalczę o zmianę na lepsze.
Jej wystąpienie było elektryzujące, a zgromadzeni nagrodzili ją oklaskami. Beatriz przez chwilę stała i chłonęła ich entuzjazm. Chciała naładować się pozytywną energią, zanim przemówi do polityków.
– Estupenda!– skomplementował ją Rio, kiedy zeszła ze sceny. „Zdumiewająca”.
– Muito obrigada– odparła. „Dziękuję bardzo”.
Pozostali prelegenci również podeszli porozmawiać, ale przechwycił ją szczupły mężczyzna ze srebrnymi włosami i okularami w metalowych oprawkach. Był to doktor Alberto Ferreira, znany brazylijski botanik oraz mentor Beatriz. A także jej oficjalny opiekun z brazylijskiego Ministerstwa Nauki.
– I jak mi poszło? – spytała go.
– Twoje przemówienie było świetne – odparł, po czym zerknął na zegarek i dodał: – Ale powinno się skończyć dwadzieścia dwie minuty temu. Nie możesz się spóźnić na szczyt ONZ.
– Dwadzieścia dwie minuty temu jeszcze nawet nie zaczęłam – zripostowała Beatriz. – Nie mogę kontrolować czasu.
– Nie, ale możesz kontrolować liczbę ludzi, którzy przemawiają przed tobą.
Zawsze się o to spierali. Alberto uważał, że Beatriz angażuje zbyt wiele różnych grup w swoje wiece i kampanie.
– Musimy być inkluzywni – powiedziała. – To oznacza dzielenie się uwagą.
Nie mieli czasu odgrzewać tego sporu, więc rzucił tylko:
– W porządku. Ale musimy się spieszyć.
– Nie martw się. Wszyscy jesteśmy gotowi.
– Wszyscy?
Beatriz wskazała na pozostałych młodych przywódców i prelegentów.
– Zabierają się ze mną – oznajmiła. – Pokażę tym prezydentom i premierom, że nie mówię tylko za siebie.
Alberto pokręcił głową i otworzył usta, żeby coś powiedzieć, lecz Beatriz mu przerwała:
– Musimy być inkluzywni – przypomniała mu z szerokim uśmiechem. – To klucz.
KOŚCIÓŁ SAN ZACCARIA
Paris i Kair ostrożnie weszli do kościoła. Ukrywali się nie tylko przed doktorami plagi, ale także przed księżmi i zakonnicami. Ich kostiumy trzmieli nie były do końca odpowiednie do domu modlitwy.
– Jest piękny – wyszeptał Kair, gdy wślizgnęli się do słabo oświetlonego przybytku.
Był większy, niż wydawał się z zewnątrz. W środku zastali ogromny ołtarz i ściany obwieszone oprawionymi obrazami z siedemnastego i osiemnastego wieku.
Na początku myśleli, że są sami, ale nagle dostrzegli księży w czarnych sutannach przechodzących obok ołtarza. Na szczęście w ciemności księża nie zauważyli szpiegów, którzy schowali się we wnęce i tam czekali, aż duchowni się oddalą. Kiedy znów mieli drogę wolną, Paris i Kair wyłonili się z wnęki, a Paris zobaczył tabliczkę z napisem CRIPTA.
– Krypta? – spytał, próbując dopasować elementy układanki. – Czy to ma coś wspólnego z żywymi trupami?
Kair wzruszył ramionami.
– Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
Przemierzyli korytarz i podreptali w dół po schodach, a następnie weszli do jednego z najupiorniejszych pomieszczeń, jakie kiedykolwiek w życiu widzieli. Wśród kamiennych ścian liczne sklepione sufity dzieliły kryptę na mniejsze komnaty z marmurowymi grobami, w których spoczywali weneccy szlachcice. Upiorną atmosferę potęgował fakt, że woda z pobliskich kanałów dostała się do środka i było jej tak dużo, że sięgała chłopcom aż do kostek.
– Wygląda na to, że utknęliśmy w martwym punkcie – powiedział Paris.
– Dosłownie – odparł Kair i obaj zaśmiali się z niezamierzonego żartu Parisa.
Kiedy wrócili po schodach na górę, księży już nie było, więc mogli podejść do ołtarza. Znajdował się na nim słynny obraz Belliniego uważany za renesansowe arcydzieło. Gdy się rozglądali, Kair zauważył konfesjonały.
– Idealne miejsce na kryjówkę – szepnął.
Paris pokiwał głową i po cichu ruszyli w tamtą stronę. Pod ścianą stały dwa konfesjonały, każdy ze środkową kabiną dla księdza i dwiema mniejszymi dla parafian po bokach. Każda kabina miała drzwi chroniące prywatność osoby przebywającej w środku.
Paris przytknął ucho do jednej z kabin, a kiedy zyskał pewność, że w środku nikogo nie ma, otworzył drzwi. Kabina była pusta, jednak gdy razem z Kairem zajrzeli do kolejnej, znaleźli porzucone maski doktorów plagi.
– Pewnie wykorzystali konfesjonał, żeby przebrać się w normalne ubrania – stwierdził Paris. Zlustrował kościół, a kiedy zdał sobie sprawę, że oprócz nich w środku nikogo nie ma, zeszło z niego powietrze.
– Co się stało? – spytał Kair.
Paris westchnął, pokonany, i zameldował wszystkim:
– Zgubiliśmy ich.
PLAC ŚWIĘTEGO MARKA
Wenecja słynęła z wodnych taksówek przewożących ludzi po mieście. Taksówka, do której wsiedli Beatriz, Rio i reszta, miała na dachu panele słoneczne. Płynęli na San Giorgio Maggiore, by Beatriz mogła przemówić do światowych przywódców na szczycie ONZ. Podróż przez lagunę zajmowała tylko pięć minut, ale dziewczynie podobały się symbolika przyjaznej dla środowiska łodzi i towarzystwo innych młodych aktywistów. Jedynymi dorosłymi na łodzi byli kapitan i opiekun Beatriz, doktor Ferreira.
Dorośli przebywali na przodzie, a Beatriz i reszta stali z tyłu i machali do tłumu, gdy łódź oddalała się od placu. Na scenie zespół rozpoczął koncert.
Beatriz zamknęła oczy i przez chwilę rozkoszowała się bryzą na twarzy. Rio to zauważył i się uśmiechnął, bo wcześniej zrobił to samo. Byli bardzo daleko od plaży w Copacabanie, ale morskie powietrze zawsze sprawiało, że czuł się jak w domu.
– Benedetto, pokaż im, jak to wszystko działa – poprosiła Beatriz. – To takie przyjazne dla środowiska.
Benedetta była włoską uczennicą, która zaprojektowała łódź wraz ze swoim ojcem, kapitanem.
