Miejscy szpiedzy. Miasto umarłych - James Ponti - ebook

Miejscy szpiedzy. Miasto umarłych ebook

Ponti James

0,0
39,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W Londynie dochodzi do serii cyberataków, których celem są kluczowe obiekty w stolicy Wielkiej Brytanii. Mają one miejsce w tym samym czasie, kiedy Miejscy Szpiedzy testują zabezpieczenia Muzeum Brytyjskiego. Młodzi agenci, podążając za rozszyfrowanymi wiadomościami, trafiają do Kairu i starożytnego Miasta Umarłych. Czy Kat stojącej na czele misji uda się odkryć, kto za tym wszystkim stoi? Na każdym kroku czyha nowa zagadka, w tle rozgrywa się zacięta walka obcych agencji wywiadowczych, a odkrywanie tajemnic starożytnego Egiptu mrozi krew w żyłach. To jedna z najniebezpieczniejszych i najbardziej skomplikowanych misji Miejskich Szpiegów. Czy uda im się przetrwać i jakim kosztem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 260

Rok wydania: 2025

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Spis treści

Howard i Hussein

Muzeum Brytyjskie

Guy Fawkes

Noc Guya Fawkesa

Włamanie

Most Londyński

Gen. Fos Kawayuca

Farma

Wodze fantazji

Kryptos

Berlin

Zmiana planów

Siostry Jozuego

Regent’s Park

DK66

„Nigdy nie będziesz szedł sam”

Szpital Królewski w Londynie

Rodzinny interes

Hapi i Pluto

Scriptex

Miasto tysiąca minaretów

AZ-Zamalik

Strażnik

Podążaj za liderem

Ministerstwo Starożytności

Parkowanie mikrobusa

Sprawy polityczne

Chan al-Chalili

Ambasada

Miasto Umarłych

Giza

Pokaz świateł

Rabusie grobowców

Clementine

Luksor

Kartusz

Dolina Królów

Komnata

Horus

Kair

Podziękowania

Brooklyn

Paris

SYDNEY

Kat

RIO

 
 

Tytuł oryginalny: City Spies. City of the Dead

Przekład: Kaja Makowska

Kierownik redakcji: Magdalena Cicha-Kłak

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Olga Smolec-Kmoch/Studio Melanż

Przygotowanie wersji elektronicznej: Paweł Kowalski

 

Text copyright © 2023 by James Ponti

Illustrations copyright © 2023 by Yaoyao Ma Van As

© Copyright for the Polish translation by Kaja Makowska, 2024

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Juka-91, Warszawa 2024

First Aladdin hardcover edition February 2023, an imprint of Simon & Schuster Children’s

Publishing Division, 1230 Avenue of the Americas, New York, New York 10020

Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

Niniejsza książka jest fikcją literacką. Wszelkie odniesienia do wydarzeń, postaci lub miejsc historycznych zostały zastosowane wyłącznie na potrzeby fabuły. Pozostałe imiona, postacie, miejsca i zdarzenia są wytworem wyobraźni autora, a wszelkie podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń, miejsc lub osób, żywych lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe.

 

TDM Opt-out

Wydawca dokonuje zastrzeżenia wobec wszelkich działań z zakresu eksploracji publikacji, w tym tekstu, grafik, fotografii lub innych utworów zawartych w niej, mających na celu tworzenie lub rozwój oprogramowania, w tym m.in. szkolenia systemów uczenia maszynowego (TDM) lub sztucznej inteligencji (AI). Korzystanie z publikacji w celach, o których mowa powyżej, bez wyraźnej zgody wydawcy jest zabronione.

 

dwukropek.com.pl

Wydawnictwo Juka-91 Sp. z o.o.

ul. Jutrzenki 118

02-230 Warszawa

 

Kristin, aka Manhattan,

dzięki której proces pisania

jest wspaniały

Prolog

Howard i Hussein

Dolina Królów, niedaleko Luksoru, Egipt – 4 listopada 1922 roku

Dwunastoletni chłopiec powoli wjechał na osiołku na zdewastowany egipski teren znany jako Dolina Królów. Miał bose stopy, białą chustę na głowie i podartą płócienną tunikę – galabiję. Nazywał się Hussein, ale robotnicy harujący na rozżarzonej pustyni wołali na niego po prostu al sakka, czyli „chłopiec od wody”.

Dwa razy dziennie napełniał wodą ze studni dwa duże gliniane dzbany, przymocowywał je do uprzęży na grzbiecie osiołka i zabierał na miejsce wykopalisk, gdzie ekipy szukały legendarnego grobowca faraona Tutanchamona. Miejsce spoczynku faraona pozostawało ukryte i nienaruszone przez ponad trzy tysiące lat – tak długo, że większość ekspertów uważała je za legendę.

Żar był już nie do wytrzymania, kiedy Hussein dotarł na miejsce tuż po dziesiątej. Ponieważ dzbany miały zaokrąglone dna, musiał wykopać dla nich niewielkie dołki w piasku. Gdy to robił, poczuł gładki kamień tuż pod powierzchnią. Pogrzebał głębiej i odkrył stopień prowadzący w głąb ziemi.

Grobowiec egipskiego króla-chłopca został odkryty przez egipskiego chłopca.

Podekscytowany Hussein pospieszył powiedzieć o tym Howardowi Carterowi, brytyjskiemu archeologowi odpowiedzialnemu za wykopaliska. Robotnicy zaczęli oczyszczać teren i do końca następnego dnia odsłonili schody wykute w skale macierzystej. Na dole znajdowały się zaplombowane drzwi oznaczone hieroglificzną pieczęcią szakala Anubisa nad dziewięcioma jeńcami. Carter promieniał, z zachwytem w oczach wodząc palcami po pieczęci.

Była symbolem królewskiej nekropolii – starożytnego egipskiego Miasta Umarłych.

Rozdział 1

Muzeum Brytyjskie

Londyn – dziś

Szarego listopadowego dnia, sto lat po odkryciu grobowca Tutanchamona, grupa pięciorga młodych ludzi zebrała się w dzielnicy Londynu znanej jako Bloomsbury. Podobnie jak Howard Carter mieli nadzieję odkryć skarby starożytnego Egiptu. Tyle że nie zamierzali kopać tunelu na pustyni. Planowali przekraść się przez tunel w opuszczonej części londyńskiego metra. Natomiast artefakty, których szukali, nie spoczywały w jakimś dawno zapomnianym grobowcu. Znajdowały się na wystawie jednego z najczęściej odwiedzanych muzeów na świecie.

To nie były wykopaliska. To był napad.

– Testujemy sprzęt, raz, dwa, trzy – powiedziała Kat do mikrofonu ukrytego w makowej przypince na cześć weteranów. – Czy wszyscy mnie słyszą?

– Głośno i wyraźnie – zapewnił Paris.

– Doskonale – potwierdził Rio.

– Bardzo dobrze – zawtórowała im Brooklyn.

Wszyscy czekali na ostatnie potwierdzenie.

– Sydney, nie odpowiadasz, bo mnie nie słyszysz czy bo nadal się dąsasz? – spytała Kat.

Po chwili Sydney odpowiedziała:

– Przepraszam, odniosłam wrażenie, że nikogo nie obchodzi, co mam do powiedzenia.

– Czyli się dąsasz – skwitował Paris.

– Nie dąsam się – burknęła Sydney. – Jestem po prostu… zawiedziona. Prosiłam tylko, żeby przesunąć włamanie o kilka godzin, żebyśmy mogli obejrzeć fajerwerki w Battersea Park. Wiecie, jak uwielbiam Noc Guya Fawkesa. To wielkie wydarzenie i wszyscy tam będą.

– I właśnie dlatego my będziemy tu – odparła Kat. – Policja będzie miała pełne ręce roboty, a w Bloomsbury nie zaplanowano żadnych obchodów. To znacznie zwiększa prawdopodobieństwo, że nas nie złapią.

Kat była alfą tej misji, więc to ona musiała obmyślić plan włamania do Muzeum Brytyjskiego. Przeanalizowała dziesiątki słynnych napadów i zauważyła, że wiele z nich miało miejsce podczas świąt albo specjalnych wydarzeń, kiedy policja i ochrona nie działały standardowo i brakowało im ludzi. Wybrała tę datę ze względu na powiązanie z jedną z najbardziej haniebnych postaci w brytyjskiej historii.

Piątego listopada tysiąc sześćset piątego roku żołnierz-radykał Guy Fawkes został schwytany, zanim zdążył zrealizować swój plan użycia trzydziestu sześciu beczek prochu do wysadzenia Parlamentu. Od tego czasu Brytyjczycy celebrowali tę okazję hałaśliwymi obchodami, podczas których rozpalali ogniska, palili kukły i puszczali fajerwerki.

Sydney, urodzona buntowniczka, która „uwielbiała robić bum”, czuła, jakby Noc Guya Fawkesa została stworzona dla niej. A teraz była w Londynie, tak blisko jednej z największych imprez w kraju, ale miała to przegapić.

– Powiedz mi tylko, czy dasz radę wykonać misję, czy to będzie problem – poprosiła Kat.

– Oczywiście, że dam radę – odparła Sydney. – Nigdy nie dopuszczam, żeby cokolwiek wpływało na naszą pracę.

– Świetnie – stwierdziła Kat. – Jeśli cię to pocieszy, spróbuję znaleźć dla ciebie coś do wysadzenia.

– Naprawdę to doceniam – powiedziała Sydney z uśmiechem. – To dużo dla mnie znaczy.

Rio odchrząknął.

– Skoro już nikt nie jest urażony, możemy zacząć?

– No bo wiesz – poparła go Brooklyn – że nic nie zrobimy, dopóki nie dasz nam sygnału.

Jako alfa Kat była odpowiedzialna za wypowiedzenie szczęśliwej frazy, która rozpoczynała każdą operację.

– Dobrze. – Zlustrowała wejście do muzeum ze swojego punktu obserwacyjnego na Wielkim Dziedzińcu. – Operacja w toku. Do dzieła.

I właśnie tak Miejscy Szpiedzy ruszyli do akcji. Ta piątka stanowiła eksperymentalny zespół agentów w wieku od dwunastu do piętnastu lat, pracujących dla MI6, czyli brytyjskiego wywiadu. Wzywano ich na misje, na których dorośli by się wyróżniali, a oni jako dzieci mogli wtapiać się w tłum.

W tym przypadku zadanie polegało na kradzieży dwóch przedmiotów ze specjalnej wystawy pod tytułem Cudowne rzeczy: Sto lat Tutmanii. Nie wiedzieli, czemu je kradną – w końcu szpiedzy nie powinni zadawać zbyt wielu pytań. Powiedziano im tylko, że przedsięwzięcie leży w najlepszym interesie brytyjskiego rządu.

Kat nigdy nie była alfą tak dużej misji. Przygotowała się do niej tak, jak do większości rzeczy, traktując ją jak serię skomplikowanych równań matematycznych. Podzieliła napad na dwie części, żeby mogli – jak to ujęła – „wyodrębnić zmienne”. Kradzież miała nastąpić dopiero po zamknięciu muzeum. Teraz, kiedy jeszcze pozostawało otwarte, musieli przygotować wszystko na później.

– Wszyscy wiedzą, co mają robić? – zapytała.

– Tak – jęknął Rio. – Powtarzaliśmy to tysiąc razy.

– Dobrze – powiedziała Kat. – Powtarzanie prowadzi do płynności, a płynność do pewności. To podstawa wykonywania skomplikowanych procesów matematycznych.

– Tyle że to nie matematyka – zauważył Rio. – To włamanie.

– Jesteś zabawny – skomentowała Kat. – To matematyka, bo wszystko opiera się na matematyce. A teraz rozpłyńcie się w tłumie. Zróbcie wszystko, żebyście pozostali niewidzialni.

– Nie martw się – uspokoiła ją Sydney. – Będziemy jak duchy.

– Tak – dodał Rio. – Matematyczne duchy.

W muzeum kręciło się tyle dzieci, że szpiedzy bez problemu zniknęli w tłumie zwiedzających, gdy ruszyli wykonać swoje konkretne zadania. Kat nawet zdobyła dla nich mundurki identyczne jak te noszone przez dzieci na wycieczkach szkolnych. Dzięki temu weszli do muzeum z dużymi grupami uczniów i uczennic, omijającymi normalne kontrole bezpieczeństwa.

– Jesteśmy na zachodnich schodach i nie widzimy żadnych niespodzianek – poinformowała zespół Sydney.

Sydney i Rio sprawdzali trasę, którą mieli pokonać tego wieczoru. Zespół wyznaczył ją z pomocą funkcji wirtualnej wycieczki po muzeum, którą znaleźli na stronie. Pozwoliła im uważnie przestudiować każdą salę i poszukać słabych punktów. Teraz musieli się upewnić, że muzeum nic nie zmieniło ani nie dodało od czasu nagrania trasy.

– Na suficie jest kamera – zameldował Rio. – A wejście do galerii egipskiej jest chronione przez stalową roletę obsługiwaną przez klawiaturę obok drzwi.

– Przejmiemy kontrolę nad bramką, jak Brooklyn włamie się do ich systemu – oznajmiła Kat.

– Zrób zdjęcie klawiatury – poprosiła Brooklyn. – Upewnij się, że widać nazwę producenta, żebym mogła pobrać instrukcję obsługi.

– Jasne – odparła Sydney. Gestem poleciła Rio stanąć obok klawiatury, żeby wyglądało, jakby robiła zdjęcie jemu, a nie urządzeniu. – Uśmiech! – rzuciła, a on wyszczerzył zęby.

Potem przeszli przez galerię egipskich rzeźb, gdzie zauważyli i obfotografowali trzy różne zabezpieczenia: detektory ruchu na ścianie, kamery na suficie i nadpodłogowe czujniki będące częścią systemu pułapek laserowych.

Zwrócili szczególną uwagę na to umiejscowienie czujników, bo – w przeciwieństwie do tego, co widać w filmach – nie są to kolorowe wiązki światła, wokół których można tańczyć. Lasery są niemal niewidzialne i przeoczenie któregokolwiek z nich oznaczałoby katastrofę dla misji.

Kiedy mapowali lokalizację dwóch czujników obok wielkiej rzeźby Ramzesa II, Rio zauważył ochroniarza stojącego w pobliżu. Miał plakietkę z napisem „Oficer Hawk”, choć przez krzaczaste wąsy i okrągłą sylwetkę przypominał raczej morsa niż drapieżnego ptaka.

– Cel namierzony – wyszeptał Rio do Sydney.

– Dlaczego on? – spytała.

– Z dwóch powodów – odpowiedział Rio. – Po pierwsze: jest przyjazny, po drugie: jest nieporadny.

Sydney spojrzała na niego z zaciekawieniem.

– Ochroniarze powinni być sztywni i onieśmielający – wyjaśnił Rio. – Zauważ, że ten się uśmiecha i łapie kontakt wzrokowy z ludźmi. Szuka więzi i chce być lubiany.

– A czemu jest nieporadny?

– Ma krzywo zawiązany krawat i nierówno wetkniętą za pasek koszulę. Poza tym przyczepił identyfikator do paska spodni zamiast do kieszeni koszuli, więc będzie łatwiej go podwędzić.

– To przerażające, jak potrafisz wyczytać wszystko z człowieka – oceniła Sydney.

– Mam taki talent – rzekł Rio. – Miło, że raz dla odmiany ktoś to zauważył.

Przez całe lata zdolność Rio do wyczytywania różnych rzeczy z ludzi była mu niezbędna do przetrwania. Mieszkał na ulicach Rio de Janeiro i zarabiał, wykonując sztuczki magiczne dla turystów na deptaku przy plaży Copacabana. W tym celu musiał nauczyć się analizować publiczność i robić niesamowite triki. Teraz miał wykorzystać obie te umiejętności, żeby ukraść identyfikator potrzebny im na później.

Podwędzenie było robotą dla dwojga, którą wykonywali mnóstwo razy. Rola Sydney polegała na odwróceniu uwagi.

– Przepraszam – zagaiła ochroniarza. – Czy mógłby pan zrobić mi zdjęcie z tym posągiem w tle?

Zgodnie z regulaminem strażnik nie powinien robić nic poza pilnowaniem galerii, jednak – tak jak powiedział Rio – ten był przyjazny i miał problem z odmawianiem.

– Oczywiście – odparł z uśmiechem. – Załatwmy to szybko.

Podała mu telefon i zapozowała. Ochroniarz cyknął fotkę i oddał jej telefon, ale kiedy spojrzała na zdjęcie, zmarszczyła brwi.

– Ugh – zaczęła. – Przepraszam, czy możemy powtórzyć? Zamknęłam oczy i stoję pod światło, więc nie widać mojej twarzy.

Pokazała, żeby stanął kilka kroków dalej. Im więcej robiła hałasu, tym bardziej on się dekoncentrował. W pewnym momencie Rio przeszedł obok niego i zręcznie zgarnął identyfikator z jego paska. Następna część była trudna. Rio musiał skopiować identyfikator i go oddać, zanim ochroniarz zauważy jego brak. Gdyby zgłosił zaginięcie identyfikatora, wszczęto by protokół dezaktywacji, przez co stałby się bezużyteczny.

Rio wsunął identyfikator do kieszeni i przycisnął go do telefonu z wbudowanym skanerem i apką klonującą. Kilka sekund później usłyszał piknięcie – znak, że wszystko gotowe. Wrócił w pobliże posągu, gdzie Sydney narzekała na kolejną fotkę, a ochroniarz tracił cierpliwość.

Rio podsłuchał ich rozmowę.

– Problemem jest światło z okna – oznajmił ochroniarz, patrząc na zdjęcie w telefonie Sydney.

– Musi pan stanąć po drugiej stronie sali.

Ochroniarz nie zamierzał brać w tym udziału.

– Nie pójdę na drugi…

– Może ja zrobię zdjęcie? – zaproponował Rio.

– Dobry pomysł – stwierdził ochroniarz.

Kiedy podawał Sydney telefon, Rio przypiął mu identyfikator do paska.

– Proszę – rzekł mężczyzna.

– Dziękuję za pomoc – powiedziała Sydney.

Dzieci odeszły, a kiedy znalazły się wystarczająco daleko, Rio szepnął:

– Przyjazny i nieporadny, moje dwie ulubione cechy.

Przecięli salę i zrobili zdjęcie w lepszym świetle, żeby nie wzbudzać podejrzeń ochroniarza, a potem udali się bezpośrednio do kolejnej galerii i znaleźli drzwi z napisem „Tylko dla personelu”. Odczekali, aż nikogo nie będzie w pobliżu, zanim Rio przytknął telefon do czytnika identyfikatorów. Światełko zaświeciło na zielono i usłyszeli szczęk otwieranego zamka.

– Zabezpieczenia mamy z głowy – oznajmił dumnie Rio.

– Dobra robota – pochwaliła Kat.

Kat nadal koczowała na Wielkim Dziedzińcu na samym środku czteroskrzydłowego muzeum. Pierwotnie ten ogromny dziedziniec znajdował się pod gołym niebem, ale w dwutysięcznym roku został przykryty gigantycznym szklanym dachem, dzięki czemu przerodził się w ogromną salę. Kat wybrała go jako idealną lokalizację do studiowania ochrony. Miała wrodzoną zdolność do dostrzegania schematów tam, gdzie inni widzieli chaos, i analizowała ruchy ochroniarzy, próbując ustalić, jaką dokładnie trasę obierali podczas obchodów.

Zauważyła, że mają tendencję do poruszania się piętro po piętrze od dołu do góry, zawsze w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Nie mogła być pewna, czy tej nocy będzie tak samo, ale uznała, że istnieje duże prawdopodobieństwo.

– Brooklyn, Paris, jak tam u was? – zapytała.

– Trudno – odrzekł Paris.

– No – dodała Brooklyn. – Strasznie tu tłoczno.

Ta dwójka przebywała na korytarzu między dwoma galeriami z eksponatami ze starożytnej Grecji i Rzymu. Tam, pod schodami, znajdowała się serwerownia zachodniego skrzydła muzeum. Brooklyn chciała wykorzystać stojące w niej komputery, żeby „podpiąć się do sieci i przejąć cały system”. To zapewniłoby jej możliwość zdalnego sterowania wszystkimi urządzeniami zabezpieczającymi, kiedy zespół wróci tu wieczorem. Jednak aby dostać się do serwerowni, Paris musiał otworzyć zamek, a miał z tym kłopot, ponieważ otaczało ich mnóstwo ludzi. Brooklyn była czujką i dała mu sygnał skinieniem głowy, że w końcu droga wolna.

– Jeżeli potrzebujecie pomocy z odwróceniem uwagi albo otwarciem zamka, Sydney i ja zawsze możemy przyjść na ratunek – droczył się Rio.

– Też mamy talent – rzuciła Sydney, puszczając oko do Rio.

– Wstrzymajcie się – odparła Brooklyn. – Jeszcze nie potrzebujemy kawalerii. – Na chwilę wyciszyła mikrofon i szeptem spytała Parisa: – Prawda?

– Prawda – odpowiedział pewnie, pokręcił wytrychem i otworzył drzwi. – Wszystko załatwione.

Zamienili się miejscami i teraz Paris został czujką. Kiedy upewnił się, że jest bezpiecznie, skinął głową Brooklyn, a ona wśliznęła się do serwerowni.

Chwilę później oznajmiła:

– Hmm, chyba jednak możemy potrzebować pomocy.

– Dlaczego? – zapytała Kat.

– Bo serwery zniknęły.

– Co?! – spytali wszyscy jednym głosem.

Brooklyn znalazła tylko zabłąkany kabel i rząd metalowych wsporników.

– Tu ich nie ma – poinformowała resztę. – Zostały tylko stojaki.

– Co to oznacza? – chciał wiedzieć Rio.

– Po pierwsze: że nie mogę włamać się stąd do sieci – rzekła Brooklyn.

Myśli Kat galopowały. Do tego momentu wszystko szło zgodnie z planem, lecz aby dokonać napadu, musieli mieć dostęp do systemu bezpieczeństwa. To słaba strona wielkich równań – jeśli coś posypie się na jednym etapie, wszystkie pozostałe obliczenia idą do piachu.

– Wschodnie skrzydło też ma serwerownię, prawda? – próbowała przypomnieć sobie Sydney.

– Tak – potwierdziła Brooklyn – ale ona też pewnie będzie pusta. Jedynym powodem, dla którego mogli je zabrać, jest połączenie wszystkich serwerów w centralnej lokalizacji. Niestety nie mamy pojęcia, gdzie to jest.

– Czy jest jakiekolwiek inne miejsce, z którego możesz włamać się do systemu? – spytała Sydney.

– Zawsze zostaje główne biuro ochrony – zażartowała Brooklyn. – Chociaż wątpię, żebyśmy mogli dostać się tam niezauważeni.

– A jeśli użyjesz komputera poza budynkiem? – zasugerował Rio.

– Gdybym mogła, już dawno bym to zrobiła – odparła Brooklyn. – Ich sieć jest odizolowana, czyli całkowicie odłączona od internetu. Tylko lokalny dostęp.

– To co robimy? – zapytał Paris. – Przekładamy misję? Odwołujemy?

– Nie ma mowy – stwierdziła Sydney. – To misja od Tru. – Miała na myśli wysoko postawioną agentkę MI6, której podlegał ich zespół. – Nie możemy jej zawieść, musimy to zrobić.

– Kat, ty jesteś alfą – powiedział Paris. – Co myślisz?

Kat zaplanowała wszystko co do najdrobniejszego szczegółu, ale teraz sprawy wymykały się spod kontroli. To była jej największa misja w roli alfy i czuła, że zawodzi. Zaczęła nieznacznie podrygiwać – przejawiała oznaki rosnącego niepokoju.

– Nie wiem, co myśleć – przyznała.

– Proponuję przejść prosto do planu B – odezwała się z przekonaniem Sydney.

– A mamy plan B? – zdziwiła się Brooklyn.

– Może… tak jakby – odparła Sydney, układając plan B na poczekaniu.

– „Może, tak jakby”? – powtórzył Rio. – Czemu mam obawy?

– C-co ci chodzi po głowie? – Kat z nerwów zaczęła się jąkać.

– Jeszcze myślę – rzuciła Sydney. – Po prostu musicie mi zaufać.

Zapadła cisza.

– Kat? – spytał Paris. – To twoja decyzja.

– W porządku – zgodziła się niechętnie. – Powiedz nam, co robić.

– Brooklyn musi spotkać się ze mną obok kamienia z Rosetty. Reszta ma zachować bezpieczną odległość. Wygląda na to, że mimo wszystko będę mogła świętować Guya Fawkesa.

– Chyba nie zamierzasz odpalać ładunków wybuchowych na środku Muzeum Brytyjskiego! – zawołała Kat.

– Oczywiście, że nie – uspokoiła ją Sydney. – I nie proszę was, żebyście zachowali odległość, bo obawiam się, że was zranię. Po prostu chcę się upewnić, że będziecie wolni, w razie gdyby coś poszło nie tak i ktoś musiał nas ratować.

– Teraz ja mam obawy – zaprotestowała Brooklyn. – Myślałam, że jesteśmy duchami.

– Jesteśmy – potwierdziła Sydney. – Tylko takimi na strychu, które wyją i grzechoczą łańcuchami.

Kamień z Rosetty był najsłynniejszym eksponatem w muzeum. Dzięki wysokiej na prawie półtora metra i ważącej ponad siedemset pięćdziesiąt kilogramów granitowej płycie zapisanej tekstem w dwóch językach egiptolodzy odczytali hieroglify. Stała w sercu sali numer cztery, czyli galerii z egipskimi rzeźbami. Gdy Brooklyn tam dotarła, Sydney już na nią czekała.

– Gotowa? – zapytała.

– Gotowa na co? – odpowiedziała pytaniem Brooklyn. – Nie wyraziłaś się zbyt jasno.

– Jestem prawie pewna, że gdybym wyłożyła mój plan na głos, zostałby odrzucony na miejscu.

Brooklyn spojrzała na nią z niepokojem.

– Nie martw się – uspokoiła ją Sydney. – Po prostu mi zaufaj i rób to, co ja.

Spojrzały na drugą stronę galerii i zobaczyły pozostałych szpiegów obserwujących ich z oddali.

– Raz kozie śmierć – szepnęła do siebie Sydney, a potem zaczęła skandować: – Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta, gdy spisek wykryto prochowy!

To znany wierszyk, którego uczy się dzieci w całej Wielkiej Brytanii, aby upamiętnić schwytanie Guya Fawkesa.

– Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta, gdy spisek wykryto prochowy! – Sydney obróciła się do Brooklyn i gestem zachęciła, żeby skandowała z nią. – Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta, gdy spisek wykryto prochowy!

Skandowały coraz głośniej, aż mała grupka odwiedzających zaczęła im się przyglądać. Chwilę później na miejsce przybiegł ochroniarz.

Kat obserwowała to wszystko ze swojej kryjówki. Była zmartwiona i znów podrygiwała. Nie było żadnego równania na to, co się działo. Widziała tylko chaos.

Rozdział 2

Guy Fawkes

Na miejsce nie przybiegł przyjazny i niezręczny ochroniarz, z którym Sydney miała do czynienia wcześniej. Oficer Peter Ryan był bardziej rzeczowy i skrupulatny. Miał szerokie barki, włosy ścięte na jeża i nieskończone pokłady pewności siebie. Gdyby szefostwo mu pozwalało, nosiłby w muzeum swoje lustrzane okulary przeciwsłoneczne.

– Pete, potrzebujesz pomocy? – zapytał głos z krótkofalówki.

– Nie – prychnął, zmierzając w stronę zamieszania. – To tylko jakieś głupie dzieciaki robią hałas. Mam to pod kontrolą.

– Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta, gdy spisek wykryto prochowy! – Sydney i Brooklyn odnalazły stały rytm, a niektóre osoby z rosnącego tłumu żartobliwie skandowały z nimi. Przynajmniej do przyjścia oficera Ryana.

– Wystarczy! – zawołał. – Wszyscy cisza!

Tłum zamilkł, podobnie jak Brooklyn, która nie wiedziała, co zakłada dalsza część planu. Jednak Sydney ani myślała przestać.

– Pamiętaj, pamiętaj, bo data to święta, gdy spisek wykryto prochowy!

Oficer spiorunował ją wzrokiem.

– Pobawiłaś się, a teraz bądź cicho.

– Cicho? – powtórzyła wyzywająco. – Nie widzisz, że na tym właśnie polega problem? Za długo byliśmy cicho. Dzięki temu uniknęliście kary za swoje zbrodnie.

Znowu prychnął.

– A jakie zbrodnie popełniliśmy, moja droga? – spytał tonem, który miał brzmieć ojcowsko, ale tak naprawdę był protekcjonalny. – Złamaliśmy prawa mody? Niech zgadnę, nie wybraliśmy odpowiedniego projektanta naszych mundurów?

Sydney przewróciła oczami.

– Myślałam raczej o waszych naruszeniach konwencji UNESCO z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku dotyczącej środków zmierzających do zakazu i zapobiegania nielegalnemu przywozowi, wywozowi i przenoszeniu własności dóbr kultury. – Odczekała moment, a potem dodała: – Mój drogi.

Z oficera Ryana uszło powietrze, gdy zrozumiał, że te uczniaczki mogą stanowić trochę większy problem, niż pierwotnie sądził, a Brooklyn walczyła ze sobą, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

– Czy mogę prosić o pomoc w sali numer cztery? – powiedział do krótkofalówki. – Mamy zakłócenie porządku przy Rosetcie.

Kiedy Sydney przygotowywała się do włamania, czytała o kontrowersjach wokół artefaktów takich jak kamień z Rosetty, które trafiły do muzeów w wyniku polityki kolonizacyjnej. Spór koncentrował się wokół tego, kto jest prawowitym właścicielem dziedzictwa kulturowego danego kraju. To rozbudziło jej poczucie sprawiedliwości i postanowiła podzielić się swoją opinią z grupą osób, która obserwowała sytuację.

– Kamień z Rosetty został skradziony z Egiptu podczas inwazji armii napoleońskiej – poinformowała. – Kiedy Brytyjczycy pokonali Francuzów pod Waterloo, zabrali go do Londynu jako łup wojenny. To bezcenny skarb kultury, a nie trofeum wojenne. Należy do narodu egipskiego.

– Zastanówcie się nad tym – włączyła się Brooklyn. – Jak byście się czuli, gdyby Wielka Karta Swobód albo klejnoty koronne zostały nam skradzione i wystawione w muzeum w Kairze? – Obróciła się do oficera Ryana. – Nie podobałoby się to panu ani trochę, prawda?

Nie miał na to odpowiedzi, więc ponownie rzucił do krótkofalówki:

– Czy pomoc jest w drodze?

Kat, Paris i Rio oglądali to wszystko sprzed wielkiego popiersia faraona Amenhotepa III. Kat, już spokojna, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, kiedy trzech ochroniarzy przebiegło obok nich w drodze do Sydney i Brooklyn.

– Jest genialna – stwierdziła. – W życiu bym na to nie wpadła.

– Ale na co? – spytał zdezorientowany Rio. – Co w tym takiego genialnego? Teraz mamy jeszcze więcej ochroniarzy na głowie.

– Właśnie – odparła Kat. – A za chwilę ci ochroniarze zabiorą dziewczyny prosto do głównego biura ochrony. Wiesz, tego, z którego Brooklyn może włamać się do systemu.

– To rzeczywiście genialne – przyznał Paris, kiedy połączył wszystkie kropki.

Sydney, która usłyszała rozmowę dzięki sprzętowi do komunikacji, spojrzała na nich i nieznacznie skinęła głową. Kat odpowiedziała takim samym gestem, jednocześnie pełna podziwu i zazdrości. Świetnie było mieć Sydney po swojej stronie, ale mimo woli zastanawiała się, jak świetnie byłoby mieć jej pewność siebie.

– Co my tu mamy? – zapytała główna strażniczka, przybiegając na miejsce. Na jej identyfikatorze widniał napis: „V. Garfield, szefowa ochrony”. Była szczupła i wysoka, miała czarne włosy do ramion i jasną karnację. Co ważniejsze, miała dwoje nastoletnich dzieci w domu i ani myślała lekceważyć Sydney i Brooklyn.

– Najpierw skandowały rymowankę o Guyu Fawkesie – zrelacjonował oficer Ryan. – Potem ta wspomniała Napoleona i jakąś konwencję.

– Konwencję UNESCO z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku dotyczącą środków zmierzających do zakazu i zapobiegania nielegalnemu przywozowi, wywozowi i przenoszeniu własności dóbr kultury – podsunęła Sydney. – Szefowo ochrony Garfield.

Dodała to ostatnie dla Kat i reszty, którzy natychmiast wyciągnęli telefony i zaczęli szukać informacji o kobiecie.

Garfield uśmiechnęła się do Sydney.

– Więc nie jesteście tylko intrygantkami. Odrobiłyście pracę domową – powiedziała, wyrażając podziw dla jej wiedzy.

– Tak, proszę pani – potwierdziła Sydney.

– Dobrze was nauczyli w… – Garfield zerknęła na herb na mundurku Sydney – City of London School for Girls.

– Nauczyli nas gorącej wiary w nasze przekonania – rzuciła Sydney.

– Dobrze. – Garfield obróciła się do jednego z ochroniarzy, którzy przybiegli razem z nią. – Skontaktuj się z punktem wycieczek grupowych, dowiedz się, kto jest opiekunką, a potem znajdź ją w muzeum i przyprowadź prosto do głównego biura ochrony.

Sydney wpadła w panikę.

– Proszę, nie! – Kiedy wymyślała plan B na poczekaniu, nie wzięła tego pod uwagę. Miała na sobie fałszywy mundurek i gdyby opiekunka z tej szkoły została sprowadzona do biura, sytuacja prędko wymknęłaby się spod kontroli. – Jeśli ją pani wezwie, będziemy miały poważne kłopoty.

– Obawiam się, że taka jest cena gorącej wiary w swoje przekonania – oznajmiła Garfield.

– Gorąco wierzymy w dużo rzeczy – odpowiedziała Sydney. – Łącznie z naszą edukacją. Jeśli wpadniemy w tarapaty, mogą wyrzucić nas ze szkoły. A to może przekreślić moje marzenie, żeby pewnego dnia iść do…

– Cambridge – wypaliła Kat do ukrytego mikrofonu. Patrzyła w telefon. – Według jej profilu na LinkedInie Valerie Garfield chodziła do Kolegium Świętej Trójcy w Cambridge i studiowała historię sztuki.

– Cambridge – powtórzyła Sydney.

Garfield uśmiechnęła się na wzmiankę o swojej alma mater.

– Ach, więc wybierasz się do Cambridge, a nie do Oksfordu?

– Jak moja mama. Chodziła do Kolegium Świętej Trójcy.

– Niezła zagrywka – pochwaliła szeptem Kat.

– Chcę studiować historię sztuki – ciągnęła Sydney. – Pracować w takiej instytucji jak ta. Kocham Muzeum Brytyjskie całym sercem. Dlatego tak smuci mnie fakt, że na wystawach stoją skarby, których miejsce jest gdzie indziej.

Garfield się zamyśliła.

– Chyba mamy impas – powiedziała. – Nie chcesz mieć kłopotów w szkole, a ja nie chcę zakłóceń w muzeum. Jak to rozwiążemy?

– Może przestaniemy zakłócać porządek – zaproponowała Sydney. – A potem pójdziemy gdzieś, gdzie wyrazimy nasze obawy, żeby mogły zostać przekazane odpowiednimi kanałami.

– Nie wiem, czy dobrze rozumiem – odparła Garfield.

– Jeśli złożymy formalną skargę, poczujemy, jakbyśmy przynajmniej pokazały, że młodzi ludzie mają opinię na ten temat i chcą się nią podzielić.

Garfield spojrzała na grupkę obserwujących i zauważyła, że kilka osób nagrywa zajście telefonami. Nie chciała, żeby sprawa zyskała rozgłos i zrobiła negatywną reklamę muzeum, generując nagłówki w stylu: Ochroniarze muzeum dręczą odważne uczennice.

– Brzmi rozsądnie – skomentowała i obróciła się do kolegi. – Nie szukaj opiekunki. Załatwimy tę sprawę między sobą.

Kilka minut później Garfield poprowadziła dziewczyny bocznymi korytarzami do głównego biura ochrony – kompleksu biur w podziemiach pod Wielkim Dziedzińcem. Tu strażnicy mieli swoją siedzibę, która w przeciwieństwie do eksponatów muzealnych powyżej była supernowoczesna.

– Nie mylisz się – rzuciła Garfield, gdy weszła z dziewczynami do swojego biura. – Chociaż miałabyś mocniejszy argument z Marmurami Elgina w sali numer osiemnaście.

Sydney zrozumiała, że im się poszczęściło, bo kobieta była jej przychylna.

– Zgadza się pani z nami? – zapytała.

– Tego nie powiedziałam. To, że się nie mylisz, nie oznacza, że masz rację. Świat nie jest tak czarno-biały, jak ci się wydaje. Zarządzanie skarbami kultury to skomplikowane zagadnienie i obie strony mają ważne argumenty. Ale zgadzam się, że to temat do dyskusji.

– Dziękuję – odparła Sydney.

– Mimo to nigdy więcej nie podnoś wrzawy w moim muzeum – skarciła ją Garfield. – To, że ty masz dobre intencje, nie oznacza, że ci, którzy kierują się złymi intencjami, nie pójdą w twoje ślady. Te eksponaty są unikalne i moim obowiązkiem jest je chronić. Rozumiecie?

– Tak, proszę pani – potwierdziły dziewczyny chórem.

Posadziła je i rzuciła im notatnik.

– Przez następne dziesięć minut muszę poodpisywać na maile – oznajmiła. – To powinno dać wam mnóstwo czasu na elokwentne wyrażenie waszych uczuć. Dostarczę to odpowiedniej osobie, więc piszcie i bądźcie przekonujące. Nie chcę wyjść na idiotkę za to, że dałam wam szansę.

– Dobrze – powiedziała Sydney.

– Dziękujemy – dodała Brooklyn.

Skuliły się nad notatnikiem i Sydney zaczęła pisać. Nie było to trudne, bo naprawdę gorąco wierzyła w tę sprawę. Brooklyn udawała, że się z nią naradza, ale w rzeczywistości lustrowała biuro w poszukiwaniu terminala komputerowego, do którego mogłaby się podłączyć. Sytuację komplikował fakt, że Garfield siedziała przy biurku zaledwie kilka metrów od niej.

– Przepraszam… czy ma pani jakiś komputer, z którego mogłabym skorzystać? – spytała Brooklyn kobietę.

– W jakim celu?

– Chciałabym sprawdzić kilka szczegółów związanych z konwencją. – Brooklyn obróciła się do Sydney. – Jak to się nazywało?

– Konwencja UNESCO z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego roku – odparła Sydney.

– Właśnie. Chcę mieć pewność, że wyrażam się precyzyjnie, a nie mam tu zasięgu.

– Nie musisz używać idealnej terminologii – rzekła Garfield. – Będą wiedzieli, co masz na myśli.

– Ale chciała pani, żebyśmy przedstawiły przekonujące argumenty – wtrąciła Sydney – żeby „nie wyszła pani na idiotkę”.

Kobieta westchnęła.

– Dobrze, możecie użyć tego. – Machnęła ręką na terminal na pobliskim biurku.

Brooklyn ochoczo poderwała się z miejsca, usiadła przy komputerze i zaczęła wyszukiwać informacje. Jednocześnie sprytnie podłączyła maleńki pendrive. Przed misją umieściła na nim program, który obchodził zabezpieczenia muzeum, dzięki czemu mogła stworzyć VPN – wirtualną sieć prywatną. To miało pozwolić jej na pełny dostęp do systemu z jej osobistego urządzenia, kiedy wrócą tu po zamknięciu.

Pięć minut później Garfield odprowadziła dziewczyny na Wielki Dziedziniec.

– Dziękuję, że pani nas nie wsypała – powiedziała Brooklyn.

– Obym tego nie żałowała – odparła Garfield. – Nie chcę więcej widzieć, jak sprawiacie kłopoty.

– Proszę się nie martwić. – Sydney uśmiechnęła się przebiegle. – W ogóle nas pani nie zobaczy.

Rozdział 3

Noc Guya Fawkesa

Wieczorem tego samego dnia

Wiązka światła z latarki Parisa przecinała ciemność, gdy zespół szedł gęsiego przez nieużywany odcinek londyńskiego metra. Zmierzali w stronę opuszczonej stacji, którą zamknięto w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku. Od tego czasu pełniła kilka funkcji – służyła między innymi jako biuro wojskowe, centrum dowodzenia i magazyn. Co najważniejsze dla Miejskich Szpiegów – była schronem przeciwlotniczym w trakcie drugiej wojny światowej. W tym czasie zbudowano specjalny tunel łączący ją z muzeum, by przenosić i chronić eksponaty podczas bitwy o Anglię.

Teraz zespół zamierzał wykorzystać ją, by zakraść się do muzeum.

– Ile jeszcze? – spytała Sydney.

– Trudno powiedzieć – odparł Paris. – W ciemności nie ma zbyt wielu punktów odniesienia, ale myślę, że jesteśmy blisko.

– Dowiemy się, jak usłyszymy wrzask Amona.

Kat uniosła brew.

– Najważniejszego boga egipskiej mitologii?

– Podobno jego duch nawiedza opuszczoną stację.

– Gdzie znalazłeś tę ciekawostkę? – zainteresowała się Sydney.

– Kiedy robiłem research na temat misji, znalazłem blog o zjawisku paranormalnym w londyńskim metrze – odparł Rio. – Widziano go wiele razy, a jego krzyki słyszano aż w Holborn. Obwiniano go nawet o zniknięcie dwóch kobiet w latach trzydziestych. Podobno ucieka przez przejście, które łączy się z sarkofagiem w muzeum.

– Zdajesz sobie sprawę, że to absurd? – zakpiła Kat. – Po pierwsze: duchy nie istnieją. Po drugie: nawet gdyby istniały, Amon nie był prawdziwy, stąd określenie „postać mitologiczna”. I po trzecie: nawet gdyby był prawdziwy, po co duchowi tunel? Nie mógłby po prostu przechodzić przez ściany?

– Nie powiedziałem, że w to wierzę – bronił się Rio, mamrocząc pod nosem. – Tylko wspomniałem, że jest taka legenda.

To mamrotanie zwróciło uwagę Sydney. Skierowała latarkę na Rio.

– Czy ty jesz?! – zawołała z niedowierzaniem.

Rio zastanowił się, a potem z pełnymi ustami odpowiedział:

– Może.

– Skąd masz jedzenie?

– Z kawiarni na Wielkim Dziedzińcu. – Przełknął. – Spakowałem trochę do plecaka, na wypadek gdybym zgłodniał.

– Gdybyś zgłodniał? – powtórzyła Sydney. – Ty zawsze jesteś głodny.

– Lubię jedzenie. Też mi coś. To tylko kanapka z pastą jajeczną. Nie ma w tym nic złego.

– Powiedz to włamywaczom aresztowanym po kradzieży diamentów w Antwerpii – rzuciła Kat.

– Pomyśl, że może nie każdy przygotowuje się do misji, zapamiętując szczegóły każdego dużego napadu – odparł Rio. – Co się wydarzyło w Antwerpii?

– Największa kradzież klejnotów w historii – uświadomiła go Kat. – Złoczyńcy uciekli z ponad stoma milionami w złocie, srebrze i diamentach. Ale złapano ich, bo jeden zostawił po sobie niedojedzoną kanapkę.

Paris się zaśmiał.

– W takim razie nie musimy się martwić.

– Dlaczego? – spytała Kat.

– Bo Rio nigdy nie zostawił po sobie nic niedojedzonego.

Pozostali wybuchnęli śmiechem, a Rio przełknął ostatni kęs i podniósł ręce.

– Po sprawie – oznajmił.

W tej samej chwili zaskoczył ich potężny podmuch powietrza i łoskot pociągu pędzącego w sąsiednim tunelu. Prędko wyłączyli latarki i stanęli w bezruchu, żeby nikt nie zobaczył ich przez okna.

Gdy pociąg przejechał, Brooklyn odetchnęła z ulgą.

– Tak na marginesie: nie miałabym nic przeciwko, gdybyśmy przestali korzystać z upiornych tuneli. W nowojorskim metrze naoglądałam się dość szczurów na całe życie.

– Nie chodzi tylko o szczury – zażartowała Sydney. – Nie zapominaj o zapachu, który najlepiej opisać jako… nie wiem…

– Obrzydliwy? – podsunął Paris.

– Odrażający? – zasugerowała Brooklyn.

– Powiedzmy: „obrzydliwie odrażający” – podsumowała Sydney.

– Dobry wybór – zachichotał Paris.

– W sensie: rozumiem, jeśli musimy znosić to wszystko podczas ważnej misji – ciągnęła Brooklyn. – Ale ta misja nie ma sensu. Dlaczego w ogóle tu jesteśmy?

– To proste – wyjaśniła Kat. – To najlepszy sposób na dostanie się do muzeum bez zawiadamiania ochrony.

– Nie mam na myśli „dlaczego” w sensie „jak najlepiej się włamać”, tylko „dlaczego” w sensie „po co w ogóle to robimy”. Rozumiem kradzież diamentów w Antwerpii. Tamtych przestępców motywowały pieniądze. Ale dlaczego brytyjski rząd kradnie dwa artefakty z muzeum należącego do brytyjskiego rządu? Poświęciłaś dużo czasu na planowanie tej misji. Nie zastanawiałaś się nad tym?

– Nie za bardzo – rzuciła Kat. – Z punktu widzenia planowania powód nie ma znaczenia. To jak wartość bezwzględna w równaniu. Nie ma dobrej ani złej, dodatniej ani ujemnej. Po prostu jest.

– A ja zastanawiałam się sporo – przyznała Brooklyn. – Teoretycznie jesteśmy tymi dobrymi, prawda? Więc jak to może być dobre?

– Mam teorię – wtrąciła się Sydney. – Myślę, że to ma coś wspólnego z Mukhabaratem.

– Egipskimi tajnymi służbami? – zdziwił się Paris.