Miasto duchów - Victoria Schwab - ebook + książka

Miasto duchów ebook

Victoria Schwab

0,0
27,90 zł

lub
Opis

Szara Zasłona oddziela świat żywych od krainy duchów. To miejsce tylko dla odważnych.

Dwunastoletnia Cassidy Blake jest jedną z nich.

Gdy rodzice dziewczyny przyjmują propozycję nakręcenia serialu o nawiedzonych miastach, cała rodzina wyrusza do Edynburga, gdzie rozegra się akcja pierwszego odcinka „Duchodzeniowców”.

Rozpoczyna się mrożąca krew w żyłach przygoda w mieście pełnym tajemniczych przejść, opuszczonych zamków i grobowców. Cassidy przekracza granicę światów, by we mgle za Zasłoną stoczyć prawdziwą walkę na śmierć i życie.

Nowa seria bestsellerowej autorki Victorii Schwab to pełna tajemnic i zwrotów akcji opowieść dla tych, którzy nie boją się ciemności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 196

Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: City of Ghosts

Copyright © 2018 by Victoria Schwab

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki, 2021

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2021

 

Redaktorka inicjująca •Milena Buszkiewicz

Redaktorka prowadząca •Aneta Cruz-Kąciak

Marketing i promocja •Joanna Zalewska

Redakcja•Natalia Szczepkowska

Korekta•Karolina Borowiec-Pieniak, Marta Akuszewska

Projekt typograficzny wnętrza i łamanie •Mateusz Czekała

Projekt okładki • Baily Crawford

Adaptacja okładki •Magda Bloch

Zdjęcia na okładce ©: dziewczynka: Tana Teel/Stocksy United, Dima Zverev/Shutterstock;kot: Yongyuan Dai/ iStockphoto; śnieg: Peter Gudella/Shutterstock, dimitris_k/Shutterstock, Tana Teel/Stocksy United; kot na czwartej stronie: GlobalP/iStockphoto

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej •Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66736-06-1

 

Motto książki za: J. M. Barrie, Piotruś Pan. Opowiadanie o Piotrusiu i Wendy, w przekł. M. Słomczyńskiego, Warszawa 1958

 

Zygzaki

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.zygzaki.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ludzie uważają, że duchy pojawiają się tylko w nocy albo w Halloween, kiedy na świecie jest ciemno, a granica między naszą rzeczywistością a zaświatami zanika. Prawda jednak jest inna. Duchy są wszędzie: w alejce z pieczywem w osiedlowym sklepie spożywczym, pośrodku ogródka babci czy na siedzeniu autobusu.

To, że ich nie widzicie, nie oznacza, że ich tam nie ma.

Siedzę na lekcji historii i w pewnej chwili czuję delikatne stukanie w ramię, puk-puk-puk, niczym krople deszczu. Niektórzy nazywają to intuicją, inni – jasnowidzeniem. To takie ledwie wyczuwalne łaskotanie, które podpowiada mi, że poza tym światem jest jeszcze inny.

Czuję je nie po raz pierwszy, co to, to nie. I nie pierwszy raz w szkole. Próbowałam je ignorować – zawsze próbuję – ale nie ma to sensu. Jest uporczywe, kompletnie mnie dekoncentruje i mogę się go pozbyć tylko w jeden sposób: muszę mu się poddać i przekonać osobiście, o co chodzi.

Na drugim końcu klasy Jacob spogląda na mnie porozumiewawczo i kręci głową. Nie wyczuwa tego stukania, ale zna mnie dość dobrze, by wiedzieć, kiedy je czuję.

Wiercę się na krześle, całą siłą woli koncentrując się na nauczycielu. Pan Meyer bohatersko próbuje przekazać nam jakąś wiedzę, mimo że to już ostatni tydzień szkoły przed wakacjami.

– …pod koniec wojny wietnamskiej, w roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym, amerykańskie oddziały… – brzęczy monotonnie. Nikt nie potrafi usiedzieć spokojnie, nikt też nie zwraca uwagi na pana Meyera. Derek i Will śpią z otwartymi oczami, Matt pracuje nad najnowszym modelem piłki nożnej z papieru. Alice i Melanie zestawiają listę.

Alice i Melanie to klasowe gwiazdy.

Od razu to widać; wyglądają jak kopie z tego samego wzornika: podobnie lśniące włosy, idealne zęby, tak samo pomalowane paznokcie; podczas gdy ja składam się przede wszystkim z łokci i kolan, a poza tym z okrągłej twarzy i kręconych brązowych włosów. Nawet nie mam w domu lakieru do paznokci.

Niby każda dziewczyna dąży do tego, żeby zostać klasową gwiazdą, ale mnie jakoś nigdy to nie pociągało. Wydaje mi się, że gdybym próbowała przestrzegać wszystkich tych zasad, to byłoby to zbyt męczące: uśmiechaj się, ale nie za szeroko; śmiej się, ale nie za głośno; wkładaj odpowiednie stroje, uprawiaj odpowiednie dyscypliny sportu, przejmuj się tym i tamtym, ale pamiętaj też, żeby nie przejmować się zbyt mocno.

(Jacob i ja też mamy zasady, ale inne).

Jakby na dany znak, Jacob wstaje i idzie do ławki Melanie. „O, on to mógłby być klasową gwiazdą”, myślę sobie, patrząc na jego długie włosy, jasnobłękitne oczy i uśmiechniętą twarz.

Rzuca mi diabelskie spojrzenie, a potem przysiada na skraju ławki.

To znaczy – próbuje, ale jest pewien problem.

Jacob nie żyje.

– „Rzeczy, których potrzebujemy na noc filmową…” – czyta na głos z kartki Melanie, ale tylko ja go słyszę. Dziewczynka składa kolejną kartkę, tym razem zaproszenie, jak zgaduję po drukowanych literach, wypisanych różowym długopisem, i przekazuje je siedzącej przed nią Jennie. Kiedy sięga naprzód, jej dłoń przechodzi na wylot przez pierś Jacoba.

Ten patrzy w dół obrażonym wzrokiem, a potem zeskakuje z ławki.

Puk-puk-puk odzywa się w mojej głowie jak szept, którego treści nie potrafię dosłyszeć. Niecierpliwie patrzę na zegar, oczekując dzwonka na długą przerwę.

Jacob przemyka teraz między krzesłami ku ławce Alice i ogląda kolorowe długopisy, które dziewczynka układa pedantycznie na skraju blatu. Pochyla się i ostrożnie dotyka palcem jednego z nich, skupiając na nim całą uwagę.

Długopis jednak się nie porusza.

Poltergeisty w filmach potrafią unosić telewizory i przesuwać łóżka. Tymczasem tak naprawdę duch potrzebuje mnóstwo energii, żeby sięgnąć przez Zasłonę – kurtynę oddzielającą ich świat od naszego. Tak potężne duchy są zwykle bardzo stare i bardzo niemiłe. Żywi mogą czerpać moc z miłości i nadziei, ale martwi rosną w siłę tylko dzięki mrocznym uczuciom, takim jak ból, gniew czy żal.

Jacob unosi brwi, próbując – bezskutecznie – pstryknąć papierową futbolówkę Matta.

Zdecydowanie nie kierują nim mroczne emocje i bardzo mi to odpowiada.

Nie wiem dokładnie, od jak dawna Jacob jest martwy (myślę „martwy” bardzo cicho, bo wiem, że nie podoba mu się to słowo). Chyba od niedawna, bo nic nie wskazuje, żeby pochodził sprzed wieków – nosi koszulkę z symbolem superbohatera, ciemne dżinsy i trampki za kostkę – ale nigdy nie powiedział mi, jak został duchem, a ja nie pytałam. Przyjaciele zasługują na odrobinę prywatności, nawet jeśli Jacob potrafi czytać w moich myślach. Ja tego nie umiem, ale z dwojga złego wolę być żywym człowiekiem bez zdolności telepatycznych.

Jacob patrzy na słowo „duchem” i odchrząkuje.

– Wolałbym, żebyś używała określenia „niepełnosprawny cieleśnie”.

Przewracam oczami, bo mój kumpel doskonale wie, że nie lubię, kiedy odczytuje moje myśli bez pytania. Tak, to nieco dziwny efekt uboczny naszej przyjaźni, ale dajcie spokój, trzeba wyznaczyć jakieś granice!

– Nie moja wina, że myślisz tak głośno – odpowiada z uśmieszkiem.

Zbywam ten argument prychnięciem, aż parę osób z klasy zerka w moją stronę. Garbię się i podkulam nogi pod krzesłem, uderzając nimi o plecak z książkami. Zaproszenie, które Melanie przekazała Jennie, krąży po sali, ale omija moją ławkę. Nie szkodzi.

Jest już prawie lato, co oznacza mnóstwo świeżego powietrza, słońca i czytania książek dla przyjemności. Oznacza również doroczną rodzinną wyprawę do wynajmowanego domku przy plaży na Long Island, na którą wybieramy się, żeby Mama i Tato mogli popracować nad następną książką.

A dla mnie oznacza to przede wszystkim coś innego: nie spotkam więcej duchów.

Nie wiem, co takiego jest w tym domku przy plaży – może jest zbyt nowy albo leży w wyjątkowo spokojnym punkcie wybrzeża – ale najwyraźniej jest tam dużo mniej duchów niż tutaj, na północy stanu Nowy Jork. Co oznacza, że zaraz po zakończeniu szkoły wyjeżdżam na całe sześć tygodni, cieszyć się słońcem, plażą i niezakłóconym snem przez całą noc.

Sześć tygodni bez stukania w ramię przez niespokojne duchy.

Sześć tygodni, podczas których będę się czuła niemal normalnie.

Nie mogę się doczekać wakacji!

 

 

~ ~ ~

 

Nie mogę się doczekać… a mimo to, kiedy tylko odzywa się dzwonek, wstaję z plecakiem na ramieniu i aparatem fotograficznym wiszącym na fioletowym pasku, a potem pozwalam, żeby stopy poprowadziły mnie prosto do źródła uporczywego stukania.

– Zwariowany pomysł – stwierdza Jacob, zrównując się ze mną. – A przecież moglibyśmy po prostu iść na lunch.

„Dzisiaj jest czwartek, a skoro czwartek, to klopsiki”, myślę, starając się nie mówić tego na głos. „To już wolę zobaczyć się z duchami”.

– Ej, no weź! – protestuje. Oboje wiemy jednak, że Jacob nie jest normalnym duchem, tak jak ja nie jestem normalną dziewczynką. Miałam wypadek: rower, zamarznięta rzeka… Krótko mówiąc, ocalił mi życie. – Tak, właściwie to jestem superbohaterem! – nadyma się; w tym momencie ktoś otwiera drzwiczki szafki, które zatrzymują się tuż przed jego twarzą. Krzywię się, ale on przechodzi prosto przez metal. Nie żebym zapomniała, kim właściwie jest: trudno o tym zapomnieć, gdy nikt poza mną nie widzi mojego najlepszego przyjaciela. To zadziwiające, do czego można przywyknąć.

No i to chyba coś oznacza: mimo że Jacob nawiedza mnie od roku, nie jest to najdziwniejsza rzecz w moim życiu.

Dochodzimy do miejsca, gdzie mamy do wyboru dwie drogi: w lewo, na stołówkę, albo w prawo, na schody.

– Ostatnia szansa, żeby zostać przy zdrowych zmysłach – ostrzega przyjaciel, ale przy tym uśmiecha się krzywo. Oboje wiemy, że w naszym przypadku już od dawna trudno jest mówić o zdrowych zmysłach.

Skręcamy w prawo.

Schodami w dół, a potem kolejnym korytarzem, pod prąd uczniów spieszących na lunch. Z każdym zakrętem stukanie nabiera intensywności, zaczyna mnie przyciągać, tak jakbym była uwiązana linką. Nie muszę nawet myśleć, w którą stronę skręcić. Prawdę mówiąc, łatwiej jest mi przestać myśleć i dać się prowadzić instynktowi.

Doprowadza mnie on do drzwi auli. Jacob wbija dłonie w kieszenie i mruczy coś o złych pomysłach, a ja przypominam mu, że nie musi ze mną iść, chociaż jestem zadowolona z jego obecności.

– Dziewiąta zasada przyjaźni brzmi: „podglądanie duchów to zajęcie dla dwojga” – oświadcza.

– Tak jest – potwierdzam, zdejmując osłonę z obiektywu aparatu. To niezgrabne sprzęcicho z ręcznymi nastawami, porysowanym wizjerem i czarno-białą kliszą zwisa mi z ramienia na szerokim, fioletowym pasku.

Jeżeli któryś z nauczycieli mnie tu nakryje, powiem, że robiłam zdjęcia do szkolnej gazetki. Może nie będzie pamiętać, że wszystkie kółka zainteresowań zakończyły już w tym roku działalność…

A ja nigdy nie pracowałam dla szkolnej gazetki.

Otwieram drzwi do auli i wchodzę. W wielkiej, wysokiej sali wiszą ciężkie czerwone kurtyny, ukrywające scenę przed widokiem postronnych.

Nagle zdaję sobie sprawę, dlaczego stukanie mnie tu doprowadziło. W każdej szkole opowiada się historie tłumaczące skrzypienie w łazience chłopaków, chłód panujący w pewnym miejscu klasy od angielskiego czy też zapach dymu w auli.

Moja szkoła nie różni się pod tym względem od innych. Jedyna różnica polega na tym, że kiedy słyszę historię o duchach, próbuję ustalić, czy jest prawdziwa. W większości przypadków nie jest.

Skrzypienie w łazience to tylko drzwi z nienasmarowanymi zawiasami.

Uczucie chłodu to wina przeciągu.

Ale kiedy podążam za stukaniem między fotelami w sali teatralnej, a potem na scenę, wiem, że w historii wyjaśniającej zapach dymu kryje się coś więcej.

Opowiada ona o chłopcu, który zmarł w trakcie szkolnego przedstawienia.

Dawno, dawno temu, zaraz po otwarciu szkoły, podczas drugiego aktu Snu nocy letniej wybuchł pożar. Dekoracje stanęły w płomieniach, lecz wszyscy bezpiecznie wydostali się z auli – a przynajmniej tak sądzono na początku.

Dopóki pod sceną nie odkryto ciała chłopca.

Jacob trzęsie się ze strachu, a ja przewracam oczami. Jest duchem, a tak łatwo go przerazić!

– Przyszło ci kiedyś do głowy, że to ciebie za trudno przestraszyć? – pyta.

Uważam, że boję się tak samo jak każdy. Wierzcie lub nie, ale wcale nie mam ochoty spędzać czasu na poszukiwaniach duchów. Chodzi jednak o to, że jak już się pojawią w pobliżu, nie potrafię ich zignorować. To tak, jakbym wiedziała, że ktoś stoi tuż za mną, ale zakazano mi się odwracać. Czuję ich oddech na karku i z każdą chwilą bezruchu umysł wyobraża sobie różne rzeczy, a to, czego nie widzę, jest dużo straszniejsze od tego, co mam przed oczami.

Wchodzę na scenę wraz z Jacobem. Wyczuwam, że się ociąga, lecz jego wahanie mnie nie powstrzymuje: odsuwam czerwoną kurtynę i wślizguję się za kulisy. Jacob podąża za mną, przechodząc po prostu na wylot przez ciężką kotarę.

Ciemno tu – tak ciemno, że moje oczy potrzebują dłuższej chwili, by oswoić się z mrokiem i rozróżnić kształty rozmaitych rekwizytów oraz ławek stojących bezładnie na scenie. Światło dociera na scenę cienkim promieniem przez szparę w kurtynie. Panuje tu spokój, a mimo to mam przedziwne uczucie, jakby wszystko się poruszało: cicho skrzypią liny, na których wiszą przeciwwagi – worki z piaskiem. Powietrze szepcze tuż nad sceną. Coś szeleści w cieniu, a ja mam nadzieję, że to tylko kawałek papieru, a nie szczury.

Wiem, że niektórzy starsi uczniowie rzucają sobie wyzwanie: przyjść do auli, przyłożyć ucho do sceny i usłyszeć chłopca, który nie przeżył. Kiedyś chwalili się przy mnie na korytarzu, który potrafił wytrzymać tu dłużej: minutę. Dwie. Pięć. Niektórzy twierdzili, że usłyszeli głos ofiary, inni utrzymywali, że poczuli dym i usłyszeli kroki uciekających dzieciaków. Trudno się zorientować, gdzie kończą się plotki, a zaczyna prawda.

Przyszłam tu, chociaż nikt mnie nie sprowokował. Nie musiał. Moi rodzice piszą książki o aktywności paranormalnej, więc ludzie zakładają, że jestem wystarczająco dziwna, żeby przyjść tu z własnej woli.

Chyba mają rację.

W połowie drogi przez ciemność na scenie potykam się o coś i lecę do przodu. Jacob błyskawicznie wyciąga ręce, żeby mnie złapać, ale jego palce przechodzą na wylot przez moje ramię. Uderzam o deski kolanem i dłonią, dość boleśnie, i z zaskoczeniem zauważam, że podłoga pode mną opada. Po chwili zdaję sobie sprawę, że właśnie znalazłam zapadnię sceniczną.

Stukanie pod moimi dłońmi staje się coraz bardziej natarczywe. Coś tańczy na skraju pola widzenia: cienka, szara firana, rozwiewana nieustannym podmuchem. Całkiem inna niż ciężka, czerwona kurtyna teatralna. Tej szarej nie widzi nikt poza mną.

To Zasłona.

Granica między naszą rzeczywistością a zaświatami, pomiędzy żywymi i martwymi. Tego właśnie szukałam.

Jacob przestępuje z nogi na nogę.

– Miejmy to już za sobą.

Wstaję.

– Przyduś piątkę! – mówię, żeby odpędzić pecha. „Przyduś piątkę” to tak jak „przybij piątkę”, tylko z duchem, przyjacielem, którego nie można dotknąć. Po prostu wyciągam dłoń, a on udaje, że w nią uderza, przy czym oboje mruczymy „klap!”, kiedy nasze ręce się spotykają.

– Uff – skarży się Jacob, cofając dłoń. – Ale mocno walisz!

Śmieję się, bo czasami zachowuje się jak kompletny głupek. Ten śmiech sprawia, że oddycham głębiej, oczyszcza mnie ze strachu i zdenerwowania, kiedy łapię Zasłonę.

Widuję czasem w telewizji „specjalistów od wywoływania duchów”, którzy mówią o przechodzeniu na tamtą stronę lub łączeniu się z nią tak, jakby polegało to na naciśnięciu guzika albo otwarciu drzwi. Dla mnie jednak wygląda to właśnie tak: znajduję szczelinę w Zasłonie, chwytam za tkaninę i ciągnę.

Czasami, kiedy nic się nie dzieje, Zasłony prawie nie widać – wydaje się bardziej dymem niż tkaniną i trudno ją złapać. Ale kiedy jakieś miejsce jest nawiedzone – naprawdę nawiedzone! – owija się wokół mnie, praktycznie przeciągając na tamtą stronę.

Tu i teraz tańczy mi między palcami, czekając, aż ją pochwycę.

Łapię ją więc, biorę głęboki oddech i ciągnę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy byłam mała, bałam się potwora mieszkającego w szafie. Nie mogłam zasnąć, dopóki nie przyszedł tato, nie otworzył na oścież drzwi szafy i nie pokazał mi, że jest pusta. Przekraczanie Zasłony to jak otwieranie tych drzwi.

Oczywiście różnica polega na tym, że potwory nie są prawdziwe. W szafie nigdy nic się nie kryło.

A za Zasłoną jednak coś jest.

Dreszcz przebiega mi po skórze. Przez sekundę nie znajduję się na scenie, lecz pod wodą. Lodowaty nurt zamyka mi się nad głową, światło ciemnieje, a coś ciężkiego ściąga mnie coraz niżej i niżej…

– Cassidy!

Mrugam gwałtownie na dźwięk głosu Jacoba i wspomnienie rzeki znika. Znów jestem na scenie, za kulisami, gdzie wszystko jest takie samo, lecz inne. Scena wydaje się poszarzała, niczym stara fotografia, ale nie tak ciemna, jak przedtem. Rozświetla ją kilka punktowych reflektorów, a zza kurtyny słyszę pomruk widowni.

Jacob wciąż przy mnie stoi, jednak wydaje się teraz bardziej materialny, prawdziwszy. Patrzę po sobie: wyglądam mniej więcej tak samo jak zwykle, może jestem nieco spłowiała, ale to wciąż ja, włącznie z aparatem wiszącym na szyi. Jedyna różnica polega na świetle promieniującym mi z piersi. Chłodna, białobłękitna jasność prześwieca przez moje żebra niczym włókno w żarówce.

„Jak u Iron Mana”, żartuje czasami Jacob. Trzymam aparat przed sobą, żeby nieco stłumić ten blask.

– Wszyscy gotowi? Startujemy! – woła głos dorosłego zza kulis, tak nagle, że aż podskakuję. Jacob bierze mnie za rękę i tym razem jego dłoń nie przenika przez moje ciało. Ma teraz więcej masy – albo to ja mam jej mniej. To bez znaczenia, jestem wdzięczna za krzepiący uścisk.

– Akt drugi! – dodaje głos.

I już wiem, co to jest.

A co ważniejsze, kiedy się dzieje.

To wieczór, podczas którego wybuchł pożar.

Grupa dziewcząt i chłopców przebranych za elfy w lśniących pelerynach przemyka przez scenę jak spuszczona ze smyczy. Nie zauważają ani mnie, ani Jacoba. Kurtyna idzie w górę, a z ciemności na widowni rozlega się pomruk podziwu. W pierwszym odruchu próbuję się pochylić i schować gdzieś w kulisach, ale przypominam sobie w porę, że widowni tak naprawdę tu nie ma. To miejsce, ta przestrzeń i czas należą do ducha, pochodzą z jego wspomnień.

Wszystko inne to tylko dekoracje.

Podnoszę aparat, nie zadając sobie trudu, żeby spojrzeć przez popękany wizjer. Szybko robię kilka zdjęć, wiedząc, że po wywołaniu kliszy zobaczę najwyżej cień tego, co tu się rozgrywa. Coś więcej niż normalny obraz, a jednocześnie mniej niż prawdę.

– I pomyśleć, że moglibyśmy siedzieć na stołówce, jedząc lunch jak normalni ludzie – szepcze smutno Jacob.

– Różnica jest taka, że ty nie możesz jeść, ja za to widzę duchy! – odszeptuję mu. Tymczasem przed nami zaczyna się akt drugi. W dekoracjach udających las elfy zbierają się wokół swojej królowej.

Rozglądam się uważnie po scenie, patrzę na rusztowania nad nią, na dekoracje i rekwizyty za kulisami, szukając potencjalnego źródła ognia. Może to dlatego przyciągają mnie takie miejsca? Duchy trzymają się blisko pewnych lokalizacji z określonych powodów. Czy jeżeli ktoś dowie się prawdy o tym, co się stało – jeśli to ja ją poznam! – zyskają spokój i odejdą?

– To tak nie działa – szepcze Jacob.

Odwracam ku niemu głowę.

– Co masz na myśli?

Otwiera usta, żeby odpowiedzieć, lecz w tym momencie pojawia się jakiś chłopiec. Niski, blady, z szopą czarnych włosów – wiem, że to on, duch, który mnie tu ściągnął. Odczuwam to tak, jakby cała rzeczywistość ciążyła ku niemu.

Patrzę, jak jego peleryna zaczepia o jedną z lin w kulisach. Chłopak uwalnia się i wypada na scenę tuż przed nami, a wtedy spada mu korona, więc schyla się po nią. Przez sekundę patrzy mi prosto w oczy i wydaje się, że mnie widzi. Chcę coś powiedzieć, lecz Jacob przyciska mi dłoń do ust i kręci głową.

Wówczas zaczyna grać muzyka, chłopiec odwraca wzrok i zajmuje miejsce wśród innych aktorów.

– Powinniśmy już iść – szepcze Jacob, ale nie mogę. Jeszcze nie teraz. Muszę zobaczyć, co się stanie.

Jakby na dany znak, słyszę świst przesuwającej się liny, odwracam się i dostrzegam, jak jedna z nich – ta, o którą chwilę wcześniej zahaczył się chłopiec – rozwija się z luźnego zwoju. Zaczepiony na jej drugim końcu worek z piaskiem zsuwa się, nabierając prędkości, spada, haczy o skrzynkę z bezpiecznikami i wyrywa jeden z nich z oprawki.

Pojawia się iskra – jedna iskierka. Patrzę, jak skacze na najbliższy przedmiot, nieużywany fragment dekoracji, las z papieru, wepchnięty za kulisy.

– Och, nie! – wzdycham, podczas gdy przedstawienie nadal trwa.

Najpierw nie widać ognia, czuć tylko ciepło, a dym ucieka górą. Z początku nikt go nie dostrzega w ciemnej sali. Unoszę głowę i patrzę, jak cienka smuga rośnie, gęstnieje i zbiera się pod sufitem niczym burzowa chmura. Mimo to nikt niczego nie zauważa.

Aż pojawiają się płomienie.

Dekoracje są wyjątkowo łatwopalne: las z drewnianych listew, cienkiej tkaniny i farby. To wszystko zajmuje się ogniem, a czar teatru pryska. Uczniowie przebrani za elfy rozbiegają się na wszystkie strony, widownia ucieka w panice… Wiem, że to tylko wspomnienie, echo rzeczywistych wydarzeń, które rozegrały się tu dawno temu, ale czuję rozprzestrzeniające się po sali gorąco.

Jacob łapie mnie za rękę i odciąga od szalejących płomieni.

Mimo paniki cały czas przekręcam korbkę w aparacie, przesuwając kliszę, i robię zdjęcia, chcąc sfotografować cos ważnego, podczas gdy świat wokół wypełnia się dymem, ogniem i spanikowanymi ludźmi.

Zaczyna mi się kręcić w głowie, tak jakbym powstrzymywała oddech. Wiem, że jestem tu już za długo, że czas wracać, ale moje stopy nie chcą się poruszyć.

Wtedy widzę ciemnowłosego chłopca, który próbuje się ukryć, tak jak uczono go na zajęciach, ale ogień rozprzestrzenia się zbyt szybko, pochłaniając dekoracje ze wszystkich stron i wspinając się na kurtynę. Nie ma gdzie uciekać, cała scena staje w płomieniach, więc chłopiec błądzi po niej na czworakach, przesuwając się powoli, aż dociera do zapadni.

– Nie! – krzyczę, ale oczywiście nic to nie daje. Nie słyszy ani nie reaguje. Unosi pokrywę i wczołguje się w ciemność, tuż zanim kawałek płonącego lasu spadnie na scenę, uniemożliwiając mu wyjście.

– Cassidy! – mówi ostrzegawczo Jacob, lecz ja nie mogę oderwać wzroku od ognia, mimo że dym zaczyna dostawać mi się do płuc.

Jacob łapie mnie za ramiona.

– Idziemy! – komenderuje, a kiedy nie ruszam z miejsca, popycha mnie. Potykam się o drewnianą ławkę i lecę tyłem na scenę. Kiedy dotykam jej powierzchni, jest zimna. Ogień zniknął, podobnie jak światło w mojej piersi. Jacob klęka nade mną, znów niematerialny, a ja leżę bezwładnie, łapiąc oddech.

Rozumiecie, czasami zdarza mi się utknąć za Zasłoną.

To tak jak Nibylandia w Piotrusiu Panu – im dłużej Zagubieni Chłopcy tam mieszkali, tym więcej zapominali. Im dłużej jestem po tamtej stronie Zasłony, tym trudniej jest mi się wydostać.

Jacob zakłada ręce na piersi.

– I co, zadowolona?

„Zadowolona” nie jest właściwym słowem. Nadal czuję stukanie, które nigdy nie znika, ale teraz przynajmniej wiem, co znajduje się po drugiej stronie. To sprawia, że łatwiej mi ignorować to puk-puk-puk.

– Przepraszam – mówię, wstając i otrzepując niewidzialny popiół z dżinsów. Wciąż czuję w ustach smak dymu.

– Zasada numer dwadzieścia jeden: „Nie zostawia się przyjaciela za Zasłoną” – ogłasza Jacob.

Kiedy to mówi, zza drzwi dobiega nas terkot szkolnego dzwonka.

Przerwa na lunch właśnie się skończyła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zanim ruszymy dalej z tą historią, trochę się cofnę.

Musicie bowiem wiedzieć trzy rzeczy:

Numer 1: Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze robiłam zdjęcia.

Tato mówi, że świat ciągle się zmienia, w każdej sekundzie każdego dnia, razem z całą zawartością, co oznacza, że w tej chwili jesteś kimś innym od ciebie – osoby, która zaczynała czytać to zdanie. Zwariowane, nie? A do tego nasze wspomnienia również się zmieniają (na przykład przysięgłabym, że miś przytulanka, którego miałam w dzieciństwie, był zielony, ale rodzice twierdzą, że pomarańczowy). Kiedy jednak zrobię zdjęcie, wszystko się zatrzymuje. Rzeczy na fotografii pozostają takie same, jakie były w przeszłości, i tak samo będą wyglądać w przyszłości.

Dlatego uwielbiam zdjęcia.

Numer 2: Obchodzę urodziny pod koniec marca, dokładnie wtedy, kiedy zmieniają się pory roku: słońce grzeje, lecz jednocześnie wieje chłodny wiatr, drzewa puszczają pierwsze pączki, ale ziemia jeszcze do końca nie odmarzła. Mama mawia, że urodziłam się z jedną nogą w zimie, a drugą w wiośnie… i przez to nie umiem usiedzieć spokojnie oraz (według niej) zawsze proszę się o kłopoty – bo nie należę do jednego czasu ani miejsca.

Numer 3: Mieszkamy na przedmieściu, wśród pól i wzgórz (oraz w sąsiedztwie sporej liczby duchów), a także drzew, które zmieniają kolor, i rzek zamarzających w zimie. Wszystko to razem tworzy setki malowniczych pejzaży, znakomicie wychodzących na zdjęciach.

Te trzy rzeczy wydają się nie łączyć ze sobą – zdjęcia, czas i miejsce – ale przysięgam wam, że wszystkie są ważne. To włókna w jednej tkaninie.

Na jedenaste urodziny rodzice dali mi aparat, ten staroć, który już poznaliście, z fioletowym paskiem, staromodną lampą błyskową i ręcznie ustawianą przysłoną. Wszystkie dzieciaki w szkole używają aparatów w swoich komórkach, ale ja potrzebowałam czegoś solidnego, prawdziwego. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Od razu wiedziałam, dokąd go zabiorę i jakie zdjęcia chcę nim zrobić.

Parę kilometrów od naszego domu, pomiędzy dwoma wzgórzami, jest skalna dolina. Właśnie tam słońce zachodzi zwykle, opadając pomiędzy dwa stoki niczym piłka trzymana przez kogoś w dłoniach. Byłam tam dziesiątki razy i za każdym razem to miejsce wyglądało inaczej. Wpadłam więc na pomysł, że będę tam jeździć codziennie, przez cały rok, by robić zdjęcia każdemu zachodowi słońca.

Chciałam zacząć od razu.

Pamiętacie, co powiedziałam? Mam urodziny w marcu. No cóż, w tamtym roku był to pierwszy na tyle ciepły dzień, żeby dało się jeździć na rowerze, mimo że powietrze wciąż szczypało w policzki, jak mawia mama. Dlatego owinęłam fioletowy pasek od aparatu wokół szyi i ruszyłam ku wzgórzom na rowerze, ścigając się ze słońcem. Opony syczały na częściowo zmrożonym asfalcie, gdy rower niósł mnie przez ulice i boiska aż na most.

Most. Przeprawa z metalu i drewna zawieszona tuż nad wodą, krótka i wąska na tyle, że jeśli spotkało się tam dwóch kierowców jadących z przeciwka, to jeden musiał zaczekać, aż drugi przejedzie, bo jezdnia była za wąska dla dwóch samochodów naraz. Byłam w połowie, kiedy zza zakrętu wyjechała ciężarówka i pomknęła w moją stronę.

Gwałtownie skręciłam. Ciężarówka zrobiła tak samo, piszcząc oponami. Mój rower walnął w poręcz mostu tak mocno, że poleciały iskry – a ja przeleciałam nad kierownicą.

I nad poręczą.

Spadłam z roweru. Brzmi niewinnie, prawda? Tak jakbym o coś zahaczyła, upadła i zdarła skórę z kolana. Tymczasem przeleciałam prawie siedem metrów, do wody, która jeszcze kilka dni temu była kompletnie zamarznięta. Kiedy przebiłam jej powierzchnię, siła uderzenia i raptowny chłód pozbawiły mnie oddechu.

Przed oczami zrobiło mi się biało, potem czarno, a kiedy znów mogłam coś dostrzec, tonęłam w rzece. Aparat na mojej szyi niczym ołowiany balast ciągnął mnie w dół, coraz niżej i niżej. Było coraz ciemniej, pomarszczona powierzchnia wody nade mną przepuszczała coraz mniej światła. Wydało mi się, że widzę nad nią kogoś, niewyraźny ludzki kształt, cień… ale po chwili zniknął, a ja tonęłam dalej.

Nie myślałam wtedy o umieraniu. Nie myślałam o czymkolwiek poza lodowatą wodą w płucach, miażdżącą masą wody nad głową… a po chwili nawet te wrażenia zaczęły niknąć. Pozostała mi tylko jedna myśl: „Jestem coraz dalej od światła”. Mawiają, że powinno się ku niemu dążyć, więc próbowałam, ale nie mogłam. Moje ciało było za ciężkie i nie miałam dość powietrza w płucach.

Nie pamiętam, co zdarzyło się potem – a może i pamiętam, ale niedokładnie.