Mentalność wojownika. Tao mistrza - Roger Gracie - ebook

Mentalność wojownika. Tao mistrza ebook

Gracie Roger

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Droga do rozwoju wiedzie przez porażki i wymaga rozwiązywania problemów oraz cierpliwości i nieulegania emocjom, w czym pomoże właściwe oddychanie. To lektura obowiązkowa dla każdego, nie tylko oddanych praktyków, ale i pasjonatów-amatorów takich jak ja.

Tom Hardy, aktor

Mentalność wojownika to autobiograficzny przewodnik, który pokazuje, jak wyćwiczyć umysł, by działał pod presją, jak zachować spokój w chaosie i budować wewnętrzną siłę. Nie musisz trenować jiu-jitsu, aby skorzystać z lekcji Rogera – to zasady, które sprawdzają się w sporcie, biznesie i w życiu.

Książka przedstawia drogę niepozornego chłopca z Rio, dorastającego w cieniu rodziny Gracie, który potem jako zawodnik zwyciężał na największych światowych arenach. To opowieść o prostocie, dyscyplinie i odwadze, które pozwalają podejmować decyzje tam, gdzie inni się wahają.

Dowiesz się m.in.:

  • jak zachować jasność umysłu, gdy presja rośnie,
  • jak pracować z emocjami i strachem,
  • jak odzyskać kontrolę dzięki oddechowi i równowadze,
  • jak budować pewność siebie opartą na działaniu.

To książka dla tych, którzy chcą lepiej funkcjonować w trudnych sytuacjach – na macie i poza nią.

Mentalność wojownika Rogera Gracie to książka o strategii mistrza, napisana przez jednego z największych zawodników w historii BJJ. Zamiast skupiać się na technikach, Gracie pokazuje, jak myśleć, oddychać i zachowywać spokój w walce i w codziennym życiu. (…) Dla trenujących BJJ może być źródłem inspiracji i narzędziem do pracy nad sobą, a dla innych osób – przewodnikiem po tym, jak działać pod presją i radzić sobie z wyzwaniami.

Kamil Chudecki, posiadacz czarnego pasa BJJ, trener Checkmat Łódź

Roger Gracie zapisał się w historii jiu-jitsu jako najlepszy grappler wszech czasów. W Mentalności wojownika odsłania swoje podejście do wszelkich życiowych wyzwań – od sportu po biznes. Nie musisz być wtajemniczony, żeby wyciągnąć naukę, jaka płynie z tej sztuki walki.

Oscar Gugała, posiadacz czarnego pasa BJJ drugiego stopnia, założyciel Academia de Jiu-jitsu

PIERWSZA BITWA, KTÓRĄ MUSISZ WYGRAĆ, TO BITWA W TWOJEJ GŁOWIE.

DRUGA – TO SAMA WALKA.

Roger Gracie – żywa legenda BJJ, dziesięciokrotny mistrz świata, jeden z najlepszych grapplerów w historii oraz były mistrz MMA – po raz pierwszy tak otwarcie pokazuje sposób myślenia mistrza. Roger Gracie odsłania kulisy swojej drogi: lata wyrzeczeń, porażek, zwycięstw i kryzysów, które ukształtowały jego mentalność. To historia o sile charakteru, pracy z umysłem – równie systematycznej jak praca z ciałem. O tym, że mistrzostwo nie jest talentem, lecz wyborem dokonywanym każdego dnia. Dla każdego, kto chce lepiej działać pod presją, przezwyciężyć chaos i odzyskać kontrolę nad sobą – w sporcie i w życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 243

Data ważności licencji: 6/17/2030

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przedmowa

Wstęp

Prolog

Oddy­cham głę­boko i pró­buję zna­leźć rytm, pod­czas gdy mój pierw­szy prze­ciw­nik na ringu mie­sza­nych sztuk walki, olbrzym Ron Water­man, z całej siły wali w moją głowę swo­imi wiel­kimi jak bochny chleba pię­ściami.

Przy moich 193 cen­ty­me­trach wzro­stu i masie ciała oscy­lu­ją­cej zazwy­czaj w oko­li­cach 100 kilo­gra­mów, raczej nikomu nie przy­szłoby do głowy nazwać mnie „mikru­sem”, a mimo to swoje naj­waż­niej­sze walki toczy­łem z więk­szymi od sie­bie. Patrząc na histo­rię klanu Gra­cie, nie tylko nie było to niczym nie­zwy­kłym, ale wręcz pożą­da­nym, kiedy więc zapro­po­no­wano mi walkę z face­tem cięż­szym ode mnie o ponad 20 kilo­gra­mów, nie mogłem odmó­wić. Prze­cież wła­śnie to było sed­nem ist­nie­nia jiu-jitsu – aby ludzie o drob­nej budo­wie ciała mogli się obro­nić przed każ­dym, nie­za­leż­nie od jego roz­mia­rów. Mój dzia­dek Car­los i jego młodsi bra­cia, Oswaldo, Gastão Jr, Geo­rge i Hélio, ni­gdy nie ważyli wię­cej niż 65 kilo­gra­mów. Nie wiem, jak to jest w twoim przy­padku, ale widok drob­nego gościa, który poko­nuje znacz­nie więk­szego prze­ciw­nika, nie­zmien­nie robi na mnie ogromne wra­że­nie!

Wiem, że jestem tu z powodu wyzna­czo­nego mi zada­nia – kon­ty­nu­owa­nia misji naszego klanu, pole­ga­ją­cej na udo­wad­nia­niu światu, że BJJ dekla­suje wszyst­kie pozo­stałe sztuki walki. Każdy wojow­nik z rodu Gra­cie przede mną pchał ten sport tak wysoko ku szczy­towi, jak to było moż­liwe, bro­niąc honoru naszej rodziny, co wyma­gało dopro­wa­dze­nia tech­niki do poziomu nie­osią­gal­nego dla więk­szo­ści śmier­tel­ni­ków, by następ­nie roz­po­cząć kolejny, mode­lowy już nie­mal, etap spor­to­wej kariery Gra­cie: MMA. O tym, że pew­nego dnia wejdę po raz pierw­szy do okta­gonu, wie­dzia­łem już jako mały dzie­ciak. Nie żebym miał w tej kwe­stii cokol­wiek do powie­dze­nia.

Ta walka to mój por­tal pomię­dzy dobrze znaną i ujarz­mioną kra­iną jiu-jitsu a bru­tal­nym świa­tem mie­sza­nych sztuk walki. Ale zna­le­zie­nie się w tym miej­scu wcale nie było łatwe, bo nikt nie chciał ze mną wal­czyć! I to nawet pomimo tego, że – w prze­ci­wień­stwie do wielu innych zawod­ni­ków – moje umie­jęt­no­ści walki w stójce nie są zbyt impo­nu­jące. Wcho­dząc na ring, wie­dzia­łem więc, że muszę spro­wa­dzić tego olbrzyma do par­teru – do mojego kró­le­stwa, w któ­rym nikt nie jest w sta­nie mnie poko­nać. Na szczę­ście Water­man rów­nież woli par­ter, ponie­waż wywo­dzi się z zapa­sów, a nie boksu.

Mój rywal nie zamie­rza tra­cić czasu i już na samym początku rzuca się, żeby mnie oba­lić. Pozwa­lam mu na to i chwilę póź­niej tkwi w mojej gar­dzie (w BJJ tak nazy­wamy pozy­cję, w któ­rej leżysz na ple­cach i zapla­tasz nogi na tuło­wiu leżą­cego na tobie prze­ciw­nika). Co prawda cały czas sza­leń­czo macha rękami, ale nie­wiele z jego cio­sów dociera do celu. Jed­nak te, które tra­fiają, są niczym wal­nię­cie mło­tem mię­dzy oczy. Jak dobrze, że prze­wi­dzia­łem taką sytu­ację i przy­go­to­wy­wa­łem się do niej w taki spo­sób, że trzy­ma­łem spa­ring­part­ne­rów w gar­dzie, a oni dosłow­nie robili wszystko, aby mnie zno­kau­to­wać. Po któ­rymś z kolej­nych cepów Water­mana mam wra­że­nie, że mój mózg zaczyna obi­jać się o kości czaszki. Pomimo wielu tre­nin­gów tak naprawdę jesz­cze ni­gdy nie byłem w podob­nej sytu­acji. W BJJ nie wygrywa ten, kto lepiej/moc­niej/cel­niej ude­rzy prze­ciw­nika, ale w MMA nie­mal wszystko jest dozwo­lone. Można kopać i ude­rzać w górną czę­ścią ciała, uży­wa­jąc do tego nie tylko pię­ści, ale i łokci (w zasa­dzie możesz wszystko, poza gry­zie­niem prze­ciw­nika i wydłu­by­wa­niem mu oczu). Ręka­wice bar­dziej przy­po­mi­nają te, które dzie­ciaki zakła­dają na rower, i pra­wie w ogóle nie amor­ty­zują cio­sów. Nawet przy­pad­kowe tra­fie­nie łok­ciem w twarz rywala roz­cina jego skórę niczym skal­pel wni­ka­jący w arbuz.

W prze­ci­wień­stwie do przy­po­mi­na­ją­cych roz­ważną par­tię sza­chów walk na macie, w ringu czy okta­go­nie coś tak luk­su­so­wego jak czas nie ist­nieje – muszę dzia­łać na peł­nych obro­tach dosłow­nie od sekundy, w któ­rej sędzia wydaje komendę roz­po­czy­na­jącą star­cie. Nie możesz z niczym zwle­kać ani zasta­na­wiać się nad obra­niem takiej czy innej stra­te­gii, ponie­waż ogra­ni­czają cię krót­kie rundy.

* * *

Kilka dni przed walką coś mnie dopa­dło, może zatru­cie pokar­mowe, może nerwy, do dziś nie mam poję­cia. A może szok ter­miczny, bo walka odby­wała się w Kana­dzie i tego prze­ni­kli­wego zimna nie zapo­mnę do końca życia. W każ­dym razie robi­łem, co mogłem, aby moje nasta­wie­nie przed walką było takie jak zawsze: pełne spo­koju i opa­no­wa­nia. No dobra, byłem tro­chę zestre­so­wany, ponie­waż cze­kał mnie debiut w MMA, na doda­tek z gościem nie tylko o wiele więk­szym ode mnie, ale i spe­cja­li­zu­ją­cym się w innej sztuce walki.

Cokol­wiek mi było, spo­wo­do­wało bie­gunkę, przez którą stra­ci­łem cztery kilo­gramy masy ciała. Na dwa dni przed wyzna­czoną datą wciąż nie wie­dzia­łem, czy dam radę wal­czyć, ale moje kiszki w końcu się uspo­ko­iły i dosta­li­śmy zie­lone świa­tło. Jed­nak wcho­dząc na ring, byłem cie­niem samego sie­bie, naprawdę mało bra­ko­wało, bym ledwo trzy­mał się na nogach.

Jak już wspo­mnia­łem, w stójce nie mia­łem się czym pochwa­lić – moje umie­jęt­no­ści były bar­dzo ogra­ni­czone, a wypro­wa­dzane przeze mnie ciosy co naj­wy­żej poprawne. Kiedy pierw­szy raz zeszli­śmy do par­teru, mojemu rywa­lowi udało się skon­tro­lo­wać mnie w pozy­cji bocz­nej (co jest bar­dzo nie­ko­rzystne dla zawod­nika znaj­du­ją­cego się na dole, w tym przy­padku – mnie). Jeśli prze­ciw­nik jest dobry w two­rze­niu prze­strzeni pomię­dzy waszymi cia­łami, może wyrwać się z two­jej gardy lub cał­kiem ci uciec, zwłasz­cza jeśli roz­luź­nisz chwyt lub pozy­cję. Utrata prze­wagi, jaką daje garda, to duże ryzyko, ponie­waż sta­nowi świetny punkt wyj­ścia do wielu sku­tecz­nych tech­nik (takich jak dźwi­gnie na staw łok­ciowy czy bar­kowy, trój­kąty, gilo­tyny i prze­to­cze­nia), z któ­rych każda może zakoń­czyć się pod­da­niem.

Pró­buję zapiąć nogi wokół talii Water­mana. Nasze ciała są nie­mal jak zro­śnięte. To dobrze, im mniej dam mu luzu, tym mniej szkód może mi wyrzą­dzić, ponie­waż odbie­ram mu w ten spo­sób jaką­kol­wiek prze­strzeń do dzia­ła­nia. Przy­cią­gam do sie­bie jego potężną głowę, a następ­nie, zwin­nie niczym małpa, zmie­niam pozy­cję i bły­ska­wicz­nie pró­buję zało­żyć mu bala­chę, dźwi­gnię pro­stą na staw łok­ciowy (wygląda to tak, jakby chciało się prze­ciw­ni­kowi zgiąć rękę w drugą stronę).

Ten skur­czy­byk jest tak silny, że wstaje razem ze mną, wciąż ucze­pio­nym jego ciała. Potrząsa nim, i mną przy oka­zji, niczym pies otrze­pu­jący się po wyj­ściu z wody, po czym rzuca mną o ring. Nie mam czasu nawet mru­gnąć, bo natych­miast zwala się na mnie niby wybu­rzany wie­żo­wiec. Ponow­nie pró­buję zła­pać jego rękę i zało­żyć dźwi­gnię. Pod­czas walki na zasa­dach bra­zy­lij­skiego jiu-jitsu, wyklu­cza­ją­cych moż­li­wość ude­rza­nia rękami, mogę cier­pli­wie wypra­co­wać dogodną pozy­cję, ale w takim sza­leń­czym tyglu, pod ogromną pre­sją, jest to znacz­nie trud­niej­sze, ponie­waż prze­ciw­nik wyko­rzy­stuje każdą spo­sob­ność do wypro­wa­dze­nia ciosu. Wła­śnie teraz ma taką oka­zję. Pięść olbrzyma spada niczym meteor i uła­mek sekundy póź­niej moje ucho eks­plo­duje bólem. Ale to nie koniec, moje ciało drży pod kolej­nymi ude­rze­niami. Zaczy­nam też odczu­wać coraz więk­sze zmę­cze­nie, wydaje mi się nawet, że ono trwa już od dłuż­szego czasu, a prze­cież minęło dopiero kil­ka­na­ście sekund – zadzi­wia­jące, jak czas potrafi zwol­nić w takich eks­tre­mal­nych momen­tach.

Sta­ram się unik­nąć urazu lub nie dopu­ścić do tego, by ten kolos zakoń­czył walkę jakimś przy­pad­ko­wym cio­sem. W końcu jed­nak jego prawa pięść ponow­nie tra­fia z pie­kielną siłą w moją głowę. Trudno o bar­dziej wyraźny sygnał, że muszę zmie­nić tak­tykę. Z dru­giej strony, pomimo oszo­ło­mie­nia, pamię­tam o głów­nej zasa­dzie: nie zmie­niaj stra­te­gii, którą przy­go­to­wa­łeś na tę walkę, pocze­kaj, musisz tylko wypra­co­wać sobie odpo­wied­nią pozy­cję.

Chwilę póź­niej Water­man wci­ska się mię­dzy moje uda, po czym popeł­nia błąd, zbyt wyraź­nie szy­ku­jąc się do zada­nia kolej­nego ciosu – to ide­alna oka­zja do prze­ję­cia ini­cja­tywy. Zwin­nym ruchem prze­su­wam wyżej nogi i zaci­skam je, zaklesz­cza­jąc jego prawą rękę i szyję, tak że jego głowa odchyla się w lewo. Jed­no­cze­śnie łapię go za prawą rękę i przy­cią­gam ją ku sobie. Szybko dociera do niego, że zaraz wyła­mię mu rękę ze stawu, i czuję, jak odkle­puje.

To koniec. Wygra­łem. Natych­miast zwal­niam chwyt i pod­ry­wam się na nogi, pozo­sta­wia­jąc zdez­o­rien­to­wa­nego Water­mana na kola­nach. Olbrzym masuje nad­wy­rę­żony nad­gar­stek i pró­buje zro­zu­mieć, co się wła­śnie do cho­lery stało. Jakim cudem ten wężo­waty Bra­zy­lij­czyk zdo­łał tak bły­ska­wicz­nie zmie­nić go z mor­der­czego wojow­nika w pro­szą­cego o łaskę nowi­cju­sza?

Wal­czę nie tylko dla sie­bie, ale dla rodziny Gra­cie. Repre­zen­to­wa­nie jej po raz pierw­szy na ringu, z moim ojcem, wuj­kiem Rilio­nem oraz kuzy­nami Renzo i Igo­rem w naroż­niku, to nie­sa­mo­wite uczu­cie.

To wła­śnie oni wpa­dają teraz na ring, pod­no­szą mnie i niosą na swo­ich bar­kach, ema­nu­jąc spon­ta­niczną i szczerą rado­ścią, spod któ­rej prze­bija nie­wi­doczna dla postron­nych widzów ulga – licząca 80 lat tra­dy­cja rodziny Gra­cie nie została zaprze­pasz­czona. Zdaję sobie sprawę, że u pew­nych człon­ków naszej rodziny, któ­rzy są zwią­zani ze świa­tem spor­tów walki, ulga mie­sza się z zazdro­ścią, ale jestem prze­ko­nany, że w tej chwili cie­szą się, iż to wła­śnie ja jestem mistrzem, ktoś młody, pełen ener­gii i naj­wy­raź­niej na fali. Przez tę krótką chwilę możemy być jedną wielką, szczę­śliwą, dys­funk­cyjną rodziną, co jest nie­mal tak samo dobre, jak świa­do­mość, że stało się to dzięki mojemu zwy­cię­stwu.

Rozdział 1. Wczesne lata

Rozdział 2. Jiu-jitsu jako sztuka życia

Rozdział 3. Kieruj swoim życiem albo życie pokieruje tobą: cel i nawyki

Zasada pięciu sekund

Odli­cza­nie od pię­ciu do zera działa jak men­talny wyzwa­lacz. Za każ­dym razem, gdy sku­tecz­nie sto­su­jesz zasadę pię­ciu sekund, nie tylko zbli­żasz się do wyro­bie­nia nawyku, ale także budu­jesz poczu­cie wła­snej war­to­ści. Mel Rob­bins to mów­czyni moty­wa­cyjna i autorka zasady pię­ciu sekund, która głosi, że masz mniej niż pięć sekund na pod­ję­cie dzia­ła­nia, zanim umysł przej­mie kon­trolę i zacznie wymy­ślać wymówki.

Prawda o sieciach społecznościowych

Tik­Tok, YouTube i inne ser­wisy, dla któ­rych liczą się tylko klik­nię­cia oraz przy­ku­cie naszej uwagi, ofe­rują tre­ści, które są szyb­kie, kolo­rowe, pozor­nie dra­ma­tyczne, stwo­rzone wyłącz­nie w celu sty­mu­la­cji mózgu, a nie zmu­sza­nia go do wysiłku. Tym­cza­sem mózg potrze­buje pozy­tyw­nych bodź­ców i kon­cen­tra­cji oraz lubi, gdy sta­wia się przed nim wyzwa­nia. To jeden z powo­dów, dla któ­rych gram w sza­chy. Duża część tego, co dzieje się dziś w inter­ne­cie, została tak opra­co­wana, aby przy­swa­ja­nie tre­ści nie wyma­gało więk­szego wysiłku umy­sło­wego, przez co łatwo możemy znik­nąć w kró­li­czej norze, bez końca i bez sensu prze­wi­ja­jąc strony, nie czu­jąc koniecz­no­ści skon­cen­tro­wa­nia się.

Dopa­mina, o czym już wcze­śniej wspo­mnie­li­śmy, to sub­stan­cja che­miczna wywo­łu­jąca dobre samo­po­czu­cie. Zarówno ten, jak i wszyst­kie pozo­stałe hor­mony odpo­wie­dzialne za nasz nastrój, podob­nie jak mecha­nizm odpo­wia­da­jący za ich uwal­nia­nie w odpo­wie­dzi na polu­bie­nie lub pochwa­le­nie naszego wpisu czy zdję­cia stro­nie inter­ne­to­wej, są dosko­nale znane wszyst­kim tym inte­li­gent­nym ner­dom z Doliny Krze­mo­wej, któ­rzy zapro­jek­to­wali sieci spo­łecz­no­ściowe. Każdy „lajk”, który dosta­jesz na Insta­gra­mie lub Face­bo­oku – czy to od zna­jo­mego czy też zupeł­nie nie­zna­jo­mej osoby, która cię „obser­wuje” – to bodziec, w wyniku któ­rego mózg dostaje zastrzyk dopa­miny. Plat­formy spo­łecz­no­ściowe są tak zapro­jek­to­wane, aby zasy­sać twoją uwagę i pochła­niać twój czas, a jed­no­cze­śnie zbie­rać infor­ma­cje na twój temat, jak choćby pre­fe­ren­cje prze­glą­da­nia. Coraz wię­cej ludzi uza­leż­nia się nie­świa­do­mie od tych małych bły­ska­wicz­nie dzia­ła­ją­cych dawek dopa­mi­no­wego uzna­nia, ponie­waż zaczy­nają je odbie­rać jako potwier­dze­nie, że są „lubiani”. Szu­kają więc kolej­nych oka­zji, a gdy w końcu ich mózgi pła­wią się w dopa­mi­nie, zaczy­nają lepiej reago­wać na wyświe­tlane co chwilę reklamy, które algo­rytmy pre­cy­zyj­nie dopa­so­wały do tego, jakie prze­glą­dają strony i w co kli­kają, pod­su­wa­jąc pro­dukty, któ­rymi są zain­te­re­so­wani. Pozor­nie wszy­scy wygry­wają – i rekla­mo­dawcy, i wła­ści­ciele tych spo­łecz­no­ścio­wych mon­strów, i… wła­śnie, co z nami? Co z tymi wszyst­kimi uza­leż­nio­nymi od cyfro­wej dopa­miny ludźmi? Więk­szość z nich prę­dzej czy póź­niej dociera do punktu, w któ­rym liczba laj­ków i pochwał spada, co wywo­łuje w nich uczu­cie pustki, odrzu­ce­nia i nie­pew­no­ści.

Cie­kawe jest to, że wielu byłych pra­cow­ni­ków Mety (daw­niej Face­bo­oka) oraz firm tech­no­lo­gicz­nych zwią­za­nych z ryn­kiem mediów spo­łecz­no­ścio­wych otwar­cie mówi, że nie chcą, aby ich dzieci korzy­stały z tych plat­form, prawda? Naj­ła­twiej­szym spo­so­bem na odrzu­ce­nie ciem­nej strony mocy repre­zen­to­wa­nej przez media spo­łecz­no­ściowe jest wpro­wa­dze­nie do swo­jego życia nowych, pozy­tyw­nych nawy­ków – taka zamiana sprawi, że nie będziemy tęsk­nić za tym sztucz­nym poczu­ciem szczę­ścia.

Ni­gdy wcze­śniej dzieci nie były wysta­wione na tak przy­tła­cza­jący nad­miar bodź­ców, czego dowo­dem jest gwał­towny wzrost pro­ble­mów zwią­za­nych ze zdro­wiem psy­chicz­nym wśród naj­młod­szych. Jona­than Haidt w swo­jej książce Nie­spo­kojne poko­le­nie sta­wia tezę, że są one skut­kiem coraz częst­szego i dłuż­szego korzy­sta­nia z por­tali spo­łecz­no­ścio­wych. Nie powin­ni­śmy dora­stać zbyt szybko, ale z dru­giej strony szczę­śliwe dziecko to takie, które jest zajęte poko­ny­wa­niem inte­re­su­ją­cych go fizycz­nych lub umy­sło­wych wyzwań. To na pewno nie jest przy­pa­dek leni­wego dzie­ciaka spę­dza­ją­cego więk­szość wol­nego czasu na gra­niu w naj­now­szą wer­sję Call of Duty czy wrzu­ca­niu swo­ich zdjęć do sieci.

Jed­nak ofia­rami cyber­prze­mocy lub cyfrowo-dopa­mi­no­wego nałogu są nie tylko dzieci, ale także, o czym dosko­nale wiemy, ich rodzice – doro­śli. Zdję­cia, które publi­kują, czę­sto nie są praw­dzi­wym obra­zem rze­czy­wi­sto­ści. To ich wizje na swój temat, fan­ta­zje z wyma­za­nymi ozna­kami praw­dzi­wego wieku, wygła­dzo­nymi zmarszcz­kami powsta­łymi od zmar­twień i śmie­chu, które są prze­cież tym, co nas defi­niuje, naszym praw­dzi­wym obli­czem.

Nauka bycia obecnym

Życie toczy się bar­dzo szybko; nie mogę uwie­rzyć, że w chwili, gdy piszę te słowa, mam już 43 lata. Spo­śród wszyst­kich mądrych cyta­tów na temat czasu jed­nym z moich ulu­bio­nych jest ten pocho­dzący od sta­ro­żyt­nego filo­zofa, Hera­klita z Efezu: „Czas to gra, w którą naj­pięk­niej grają dzieci”. Co miał na myśli? Kiedy jeste­śmy dziećmi, nie myślimy o jutrze i wydaje nam się, że mamy przed sobą całą wiecz­ność. Dzieci postrze­gają czas w zupeł­nie inny spo­sób niż my, doro­śli. Nam zabawa chwilą przy­cho­dzi z dużo więk­szym tru­dem, ponie­waż uwa­żamy to za mar­no­wa­nie czasu, który powin­ni­śmy prze­zna­czyć na inne cele. Dzieci nato­miast, nie zna­jąc innego życia i wie­rząc, że mają nie­ogra­ni­czoną ilość czasu, żyją „tu i teraz”, w sta­nie cie­ka­wo­ści i rado­ści. Są jak gąbki – chłoną doświad­cze­nia i zachwy­cają się wszyst­kim tym, co my, doro­śli, uwa­żamy za mniej ważne okru­chy codzien­no­ści, jak ładna pogoda, tęcza, radość z jazdy na rowe­rze lub nawią­za­nie nowej przy­jaźni – rze­czy, na które nie zwra­camy uwagi, ponie­waż wciąż się gdzieś spie­szymy. Brak nie­ustan­nie tyka­ją­cego „zegara” to zresztą powód, dla któ­rego dzieci są rów­nież bar­dziej spon­ta­niczne. Ich kora przed­czo­łowa – część mózgu, która odpo­wiada za odczu­wa­nie upływu czasu, samo­kon­trolę i prze­twa­rza­nie emo­cji – roz­wija się naj­póź­niej z całego mózgu. Dzieci cał­kiem nie­źle radzą sobie rów­nież ze zmia­nami i z tym, że coś może być dale­kie od dosko­na­ło­ści – i są w tym dużo lep­sze, niż nam się wydaje, po pro­stu znaj­dują roz­wią­za­nie „pro­blemu” zamiast go roz­dmu­chi­wać. Moim zda­niem jest wiele rze­czy, któ­rych mogli­by­śmy się nauczyć od swo­ich młod­szych „ja”, na przy­kład tego, jak dbać o odpor­ność psy­chiczną i roz­wijać zdol­ność do zachwy­ca­nia się dro­bia­zgami.

Rozdział 4. Carlos Gracie i narodziny brazylijskiego jiu-jitsu

Rozdział 5. Przeciwności, rozwiązywanie problemów i rozwijająca moc porażki

Rozdział 6. Przygotowanie i oddanie są wszystkim

Rozdział 7. Kontrolowanie emocji i umysłu

Rozdział 8. Moc równowagi wewnętrznej

Rozdział 9. Nauka oddychania

Rozdział 10. Sekret umysłu lidera

Rozdział 11. O znaczeniu wiary w siebie

Rozdział 12. Dieta Gracie

Rozdział 13. Sztuka przezwyciężania kontuzji

Rozdział 14. ADCC i UFC

Rozdział 15. 12 przykazań

Epilog

O autorach

Zapra­szamy do zakupu peł­nej wer­sji ebo­oka.