Maszyna myśląca. Jensen Huang, Nvidia i najbardziej pożądany chip na świecie - Stephen Witt - ebook

Maszyna myśląca. Jensen Huang, Nvidia i najbardziej pożądany chip na świecie ebook

Witt Stephen

0,0
44,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Fascynująca opowieść o Jensenie Huangu, współzałożycielu i CEO Nvidii – firmy, która wyewoluowała z dostawcy kart graficznych dla graczy w producenta superkomputerów i umożliwiła rozwój sztucznej inteligencji

W czerwcu 2024 roku – 31 lat po założeniu firmy w restauracji Denny’s – Nvidia, napędzana gorączką inwestycyjną po premierze ChataGPT, stała się najcenniejszym przedsiębiorstwem na świecie. W swojej książce Stephen Witt przedstawia nieprawdopodobną historię, jak producent podzespołów do gier wideo zdobył rynek chipów dla sztucznej inteligencji i na nowo zdefiniował komputer.

Rozmawiając z Jensenem Huangiem, jego przyjaciółmi, pracownikami i partnerami biznesowymi, Witt jako pierwszy zyskał możliwość zakulisowego przyjrzenia się rozwojowi Nvidii oraz drodze życiowej jej odważnego lidera, który ponad dziesięć lat temu zaufał obiecującym wynikom badań naukowych, zignorował krótkoterminową logikę Wall Street i zrealizował swoją radykalną wizję komputera. To wciągająca opowieść o przewrocie w architekturze obliczeniowej i o grupce buntowniczych inżynierów, którzy tego przewrotu dokonali.

To także spojrzenie w naszą przyszłość z AI – niesamowitą i przerażającą zarazem. Nadchodzi bowiem – a właściwie już trwa – „kolejna rewolucja przemysłowa”, jak określa nasze czasy Jensen Huang: era, w której produkowane przez niego chipy umożliwiają rozwiązywanie złożonych problemów, budowę autonomicznych robotów i samochodów, generowanie fotorealistycznych obrazów i filmów… i wiele więcej.

„Maszyna myśląca” to osobista podróż do źródeł technologii, która właśnie zmienia świat.

***

Wciągająca i znakomicie opowiedziana historia nieprawdopodobnych początków jednej z najważniejszych technologii naszych czasów – Mustafa Suleyman, CEO Microsoft AI, autor książki „Nadchodząca fala”

„Maszyna myśląca” błyskotliwie przedstawia fascynującą, nieprawdopodobną historię Nvidii – firmy Jensena Huanga napędzającej gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji i zmierzającej ku nieuchronnemu połączenie człowieka z technologią. Wyjątkowy reportaż Stephena Witta oferuje rzadką okazję poznania pionierów, dzięki którym dokonuje się skok ludzkości w przyszłość o nieskończonych możliwościach – Ray Kurzweil, futurysta, wynalazca i autor książki „Osobliwość coraz bliżej”

Wnikliwa narracja Stephena Witta lśni na każdej stronie tej książki. „Maszyna myśląca” to wciągająca biografia prawdopodobnie najbardziej wpływowego CEO na świecie – David Epstein, autor książki „Sięgaj jak najdalej”

Zanim przeczytałem tę książkę, nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo rozwój Nvidii – firmy Jensena Huanga – odpowiada za nagły boom na sztuczną inteligencję. Bogata opowieść Stephena Witta stanowi swego rodzaju mapę drogową różnych sił, które szybko zmieniają nasze życie, wpisaną w szaloną historię jednego z najdziwniejszych i najbardziej wyjątkowych przedsiębiorców epoki, w której jest ich mnóstwo; człowieka, który nie tylko zbudował niezwykłą firmę, ale także pomógł zapoczątkować nasz nowy wspaniały świat – Reeves Wiedeman, autor książki „Billion Dollar Loser”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

The Thinking Machine. Jensen Huang, Nvidia, and the World’s Most Coveted Microchip

Copyright © 2025 by Stephen Richard Witt

First published 2025 by VIKING

An imprint of Penguin Random House LLC

1745 Broadway, New York, NY 10019

penguinrandomhouse.com

VIKING is a registered trademark of Penguin Random House LLC

Krótkie fragmenty niniejszej publikacji pojawiły się pierwotnie w innej formie na łamach magazynu „The New Yorker” w 2023 roku

Przekład: Michał Jóźwiak

Redakcja i korekta: Tomasz Brzozowski, Monika Mamakis-Zuber, Karolina Zelewska

Skład, adaptacja okładki i przygotowanie do druku: Tomasz Brzozowski

Projekt oryginalny: Meighan Cavanaugh

Opracowanie e-wydania: Karolina Kaiser /

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2025

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-68352-55-9

Insignis Media, ul. Lubicz 17D/21–22, 31-503 Kraków

[email protected], insignis.pl

Facebook: @Wydawnictwo.Insignis

X, Instagram, TikTok: @insignis_media

Dla Jane

Ćwicz się nawet w tym, co zdaje ci się niemożliwe.

Marek Aureliusz

Rozmyślania, XII:6

Wprowadzenie

To opowieść o tym, jak niszowa firma z branży gier wideo przeobraziła się w najcenniejszą korporację świata. To historia upartego przedsiębiorcy, który przez trzydzieści lat forsował swoją śmiałą wizję przyszłości komputerów, stając się przy tym jednym z najbogatszych ludzi na naszej planecie. To także kronika krzemowej rewolucji, zapoczątkowanej przez garstkę zbuntowanych inżynierów, którzy postanowili rzucić wyzwanie Wall Street. To wreszcie historia narodzin niesamowitej, ale i przerażającej nowej kategorii sztucznej inteligencji, której wpływu na losy ludzkości nikt dziś nie potrafi przewidzieć.

W centrum tej historii stoi człowiek dynamiczny, nieprzewidywalny, genialny i niezwykle oddany swojej pracy. Nazywa się Jensen Huang. Od trzydziestu dwóch lat kieruje firmą o nazwie Nvidia. Jest na stanowisku najdłużej ze wszystkich prezesów technologicznych spółek notowanych w indeksie S&P 500. Jest wizjonerem i wynalazcą zaznajomionym w niemalże intymny sposób z tajnikami działania układów elektronicznych. Od podstaw buduje własne rozumienie tego, co chipy potrafią dziś, i na tej podstawie odważnie obstawia, co technologia umożliwi jutro, nawet jeśli inni tego nie dostrzegają. Nie zawsze wygrywa, ale kiedy mu się to udaje, są to zwycięstwa na wielką skalę. Postawienie wszystkiego na sztuczną inteligencję we wczesnym etapie rozwoju tej technologii okazało się jedną z najlepszych inwestycji w historii Doliny Krzemowej. Nvidia, założona przez Huanga, jest dziś warta ponad 3 biliony dolarów i pod względem wartości rynkowej stoi w jednym rzędzie z Apple’em i Microsoftem.

Poznany bliżej, Huang jest człowiekiem ujmującym, dowcipnym, potrafiącym śmiać się z samego siebie, a przy tym często zaprzeczającym własnym słowom. Nieustannie prowadzi na wpół żartobliwy monolog, który momentami bywa wręcz komiczny.

Spotkaliśmy się w 2023 roku na śniadaniu w restauracji należącej do jego ulubionej sieci Denny’s. To w tym lokalu Huang trzydzieści lat wcześniej opracował biznesplan dla Nvidii. Teraz zagadał do kelnerki i zamówił siedem pozycji z menu, w tym kanapkę Super Bird i chicken-fried steak, czyli panierowany stek charakterystyczny dla Południa Stanów Zjednoczonych. „Wie pani, że kiedyś zmywałem tu naczynia?” – powiedział jej. „Ciężko tu pracowałem! Naprawdę ciężko. Dlatego awansowałem na pomocnika kelnera”. Czyli kogoś, kto zbiera brudne naczynia ze stolików.

Huang urodził się na Tajwanie i wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdy miał dziesięć lat. Restauracja Denny’s była miejscem, które ułatwiło mu oswojenie się z życiem w nowym kraju. Może dlatego, że pracując tam jako nastolatek, spróbował każdej pozycji z amerykańskiego menu. Mimo to, jak mi powiedział, zachowuje perspektywę outsidera. „Imigrantem jest się do końca” – powiedział. „Ja ciągle jestem Chińczykiem”.

Nvidię założył ze znajomymi w 1993 roku, w wieku trzydziestu lat, początkowo celując w młody rynek wysokiej klasy kart graficznych niezbędnych, by dało się grać w wymagające sprzętowo gry komputerowe. Jego produkty cieszyły się popularnością, a jego klienci lubili składać własne pecety – niektórzy kupowali nawet przezroczyste obudowy, żeby wyeksponować sprzęt marki Nvidia. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, aby przyspieszyć renderowanie grafiki w grach z serii Quake, Nvidia wprowadziła subtelną zmianę w architekturze swoich procesorów, pozwalającą im rozwiązywać więcej niż jedno zadanie obliczeniowe jednocześnie. Zastosowanie takiego podejścia, znanego jako obliczenia równoległe, było skrajnie ryzykowne. „Zanim się pojawiliśmy, wskaźnik komercyjnego powodzenia obliczeń równoległych wynosił zero procent” – powiedział Huang i wyrecytował z pamięci listę zapomnianych start-upów. „Dosłownie zero. Każdy, kto próbował zrobić na tym interes, poniósł porażkę”. Huang zignorował ten fatalny bilans i przez ponad dekadę realizował swoją niekonwencjonalną wizję, jawnie sprzeciwiając się Wall Street. Szukał klientów poza światem graczy, wśród osób potrzebujących dużej mocy obliczeniowej – meteorologów, radiologów, poszukiwaczy złóż ropy naftowej na dużych głębokościach i tym podobnych. W tym czasie cena akcji Nvidii spadała, a Huang musiał odpierać ataki rekinów finansjery, aby utrzymać stanowisko.

Realizował tę strategię, mimo że przez lata przynosiła straty. Aż do 2012 roku, kiedy grupa naukowców z Toronto zakupiła dwie konsumenckie karty graficzne, żeby wytrenować egzotyczny rodzaj sztucznej inteligencji zwany siecią neuronową. W tamtym czasie sieci neuronowe naśladujące strukturę biologicznego mózgu praktycznie nie miały zwolenników, a większość badaczy uważała je za rodzaj przestarzałej zabawki. Ale kiedy Huang zobaczył, jak szybko sieci neuronowe uczą się na jego platformie do obliczeń równoległych, postawił na tę niespodziewaną symbiozę wszystko, co miał. Los całej firmy. Teraz potrzebował tylko, by te dwie niedoceniane technologie zaczęły naprawdę działać – technologie, które jak dotąd nie odniosły rynkowego sukcesu.

Kiedy ta śmiała korporacyjna zagrywka wypaliła, wartość Nvidii wzrosła kilkusetkrotnie. W ciągu ostatniego dziesięciolecia firma Huanga wyewoluowała ze sprzedawcy akcesoriów dla graczy w cenie 200 dolarów za sztukę w dostawcę wartego miliony dolarów sprzętu niezbędnego do budowania superkomputerów, zdolnych wypełnić całą kondygnację budynku. We współpracy z pionierami takimi jak OpenAI w ciągu ostatnich dziesięciu lat Nvidia przyspieszyła ponad tysiąc razy działanie aplikacji wykorzystujących uczenie głębokie. Wszystkie najbardziej znane narzędzia sztucznej inteligencji – Midjourney, ChatGPT, Copilot i inne – powstały na maszynach Nvidii. To właśnie bezprecedensowe zwiększenie mocy obliczeniowej umożliwiło dzisiejszy rozkwit AI.

Z racji tego, że Nvidia ma niemalże monopol na sprzęt, Huang jest prawdopodobnie najpotężniejszą osobą w branży. Bez wątpienia zarobił na niej więcej niż ktokolwiek inny. Spośród tych, którzy pierwsi dorobili się na czymś fortuny, najbliżej mu chyba do Samuela Brannana, czyli pierwszego milionera Kalifornii – słynnego sprzedawcy narzędzi dla poszukiwaczy złota, który mieszkał w San Francisco w 1849 roku. Z tą różnicą, że zamiast łopat Huang sprzedaje procesory do trenowania AI zawierające po sto miliardów tranzystorów. W cenie 30 tysięcy dolarów za sztukę. A czas oczekiwania na zakup jego najnowszego sprzętu wynosi obecnie ponad rok. Na czarnym rynku w Chinach ich cena jest dwukrotnie wyższa.

Huang nie myśli jak biznesmen, lecz jak inżynier. Rozkłada trudne koncepcje na czynniki pierwsze, które następnie zaprzęga do działania z doskonałym skutkiem. „Robię wszystko, co w mojej mocy, żeby nie zbankrutować” – powiedział podczas wspomnianego śniadania. „Robię wszystko, żeby nie ponieść porażki”. Huang wierzy, że za sprawą AI dokonuje się na naszych oczach zasadnicza przemiana architektury cyfrowego przetwarzania danych, która od czasu jej wprowadzenia przez IBM na początku lat 60. XX wieku niewiele się zmieniła. „Uczenie głębokie to nie algorytm” – usłyszałem od niego. „Uczenie głębokie to metoda. To nowy sposób tworzenia oprogramowania”.

To nowe oprogramowanie ma nadzwyczajne możliwości. Potrafi rozmawiać jak człowiek, napisać esej akademicki, rozwiązać trudne zadanie matematyczne, postawić fachową diagnozę lekarską, a nawet współprowadzić podcast. Rośnie w siłę wraz z dostępem do większej mocy obliczeniowej i jak dotąd nie zanosi się na to, by miało osiągnąć granicę swoich możliwości. Wieczorem w przeddzień śniadania z Huangiem oglądałem film, na którym robot z tymże nowym rodzajem oprogramowania wpatrywał się w swoje ręce tak, jakby rozumiał, czym są, a następnie sortował kolekcję kolorowych klocków. Ten krótki film przyprawił mnie o ciarki. Poczułem, że nadciąga zmierzch mojego gatunku. Jednak Huang, owijając palcami naleśnik wokół kiełbaski, zbagatelizował moje obawy. „Wiem, jak to działa. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego” – powiedział. „Niczym się to nie różni od sposobu działania kuchenek mikrofalowych”. Naciskałem go – przecież autonomiczny robot na pewno stwarza większe ryzyko niż kuchenka mikrofalowa? Odpowiedział, że technologia ta jeszcze nigdy – ani razu – nie wywołała w nim niepokoju. „To tylko przetwarzanie danych” – powiedział. „Jest tyle innych rzeczy, o które można się martwić”.

Do czego to doprowadzi, można tylko zgadywać. Wielu przedstawicieli branży technologicznej obawia się już teraz, że możliwości sztucznej inteligencji stanowią bezpośrednie zagrożenie dla przetrwania gatunku ludzkiego. (Wśród osób przeświadczonych o nadchodzącej zagładzie są naukowcy z Toronto – ci sami, którzy jako pierwsi uruchomili AI na platformie Nvidii). Do Huanga ten ponury obraz nie przemawia. Uważa, że AI jest wyłącznie siłą napędową postępu i stanowi motor nowej rewolucji przemysłowej. Sprzeciw w tej kwestii toleruje w ograniczonym stopniu, a jego silna osobowość może onieśmielać. („Kontakt z Jensenem jest jak włożenie palca do gniazdka” – powiedział mi jeden z dyrektorów Nvidii). Pracownicy Huanga go wielbią i jestem przekonany, że skoczyliby za nim w ogień, gdyby uznał, że to dobry pomysł biznesowy.

W maju 2023 roku setki liderów branży technologicznej złożyło podpis pod listem otwartym, w którym skutek ewentualnego wymknięcia się AI spod kontroli przyrównano do potencjalnych skutków wojny nuklearnej. Huang tego listu nie podpisał. Niektórzy ekonomiści przypomnieli wtedy, że rewolucja przemysłowa doprowadziła do względnego spadku globalnej populacji koni i zastanawiają się, czy AI może w ten sam sposób wpłynąć na populację ludzi. „Konie mają ograniczone możliwości kariery” – skwitował sprawę Huang. „Na przykład nie potrafią pisać na klawiaturze”. Wówczas wyraziłem obawę, że pewnego nie tak odległego dnia wprowadzę notatki z naszej rozmowy do modelu językowego, a następnie będę obserwował, jak tworzy lepiej uporządkowany tekst i w stylu lepszym niż mój. Huang nie zanegował tej ewentualności, ale zapewnił mnie, że mam jeszcze kilka lat, zanim mój zawód odejdzie do lamusa. „AI najpierw przyjdzie po autorów beletrystyki” – oznajmił. Następnie dał kelnerce tysiąc dolarów napiwku i wstał od stołu, pozostawiając na nim liczne talerze z niedojedzonym jedzeniem.

Odkryłem, że Huang wymyka się jednoznacznym opisom. Pod wieloma względami próba sportretowania go jest najtrudniejszym zadaniem, z jakim miałem do tej pory do czynienia. Nienawidzi mówić o sobie. Na jedno z moich pytań zareagował… rzucając się do ucieczki. Zanim zająłem się tą książką, napisałem artykuł o Huangu dla tygodnika „The New Yorker”. Huang powiedział mi, że go nie czytał i nie zamierza tego zrobić. Poinformowany, że piszę o nim biografię, oświadczył: „Mam nadzieję, że umrę, zanim zostanie wydana”.

Mimo to przekazał mi kontakty do wielu ludzi, od których pozyskałem informacje do tej publikacji. Rozmawiałem z prawie dwustoma osobami – pracownikami, współzałożycielami, rywalami i kilkoma najstarszymi przyjaciółmi Huanga. Obraz kochającego, chwilami skorego do wygłupów ojca rodziny, który wyłonił się z tych wywiadów, mało przypomina bezkompromisowo drapieżnego dyrektora, który zapewnił Nvidii sukces. Ale to właśnie relacje z ludźmi napędzają ­Huanga. On sam szczerze mówił o swoim braku pewności siebie, strachu przed zawiedzeniem swoich pracowników, obawami przed przyniesieniem wstydu rodowemu nazwisku. Niektórzy dyrektorzy traktują zysk jak tabelę wyników, ale nie Huang. Dla niego pieniądze to tylko tymczasowe ubezpieczenie przed jakąś przyszłą katastrofą. Było coś wzruszającego w słuchaniu, jak takie słowa padają z ust człowieka, którego majątek wyceniany jest na sto miliardów dolarów.

Jeśli można powiedzieć, że Huanga motywują wewnętrzne lęki, to taki sam wpływ ma na niego fascynacja kuszącą mocą, którą uwolniła jego technologia. Nie planował zostać pionierem sztucznej inteligencji, nawet kiedy poświęcił się obliczeniom równoległym. Ale kiedy AI już nadeszło, wraz z nim pojawiła się u niego determinacja, by nieustannie przesuwać i tak już wyśrubowane cele w dziedzinie inteligencji maszynowej. I przesuwać je tak daleko i tak szybko, jak to tylko możliwe. Nawet najbardziej optymistyczni branżowi wizjonerzy zalecają pewien stopień ostrożności. Weźmy na przykład firmę OpenAI, która deklaruje, że jej misją jest… zapobiec katastrofie.

Huang, jako niemal jedyny, wierzy, że rozwój AI może prowadzić wyłącznie do czegoś dobrego, i to właśnie ta wiara motywuje go do pracy przez dwanaście do czternastu godzin dziennie siedem dni w tygodniu, mimo że od trzech dekad piastuje stanowisko CEO w założonej przez siebie firmie.

Oczywiście i tak by ciężko pracował. Leży to w jego naturze. Jeśli jego życie ma jakiś motyw przewodni, jest nim rozwój. Konsekwentnie od lat kieruje się tymi samymi prostymi wartościami: pracowitością, odwagą i tym, że należy zajmować się rzeczami od podstaw, dzięki czemu osiąga coraz większe sukcesy. Zaskoczyło mnie, gdy dowiedziałem się, jak wiele z człowieka, którym później się stał, było obecne w dziecku, które przybyło bez rodziców do Stanów Zjednoczonych w 1973 roku, do środowiska tak niesprzyjającego rozkwitowi, że wydaje się cudem, iż przetrwało. Dlatego, aby w pełni zrozumieć Huanga, zaczniemy tę historię nie od restauracji Denny’s, nie od gigantycznych katedr technologii, które później postanowił wznieść, ale od pewnej małej wiejskiej szkoły.

Część I

1Most

Pewnego dnia pod koniec 1973 roku dziesięcioletni Jensen Huang wstał z łóżka w internacie i wyruszył w niebezpieczną podróż do szkoły. Huang – urodzony na Tajwanie i wychowany w Tajlandii – niedawno przybył do małej osady w stanie Kentucky. Trasa, którą musiał przebyć, wiodła w dół po pochyłym zboczu do równiny zalewowej położonej wśród zalesionych wzgórz. Następnie musiał przejść chwiejną, zawieszoną na linach kładką dla pieszych, w której ziały liczne dziury po zbutwiałych deskach. Przez otwory widać było lodowate, wartkie wody rzeki przepływającej poniżej.

Jako bystre i sumienne dziecko, Huang przeskoczył jedną klasę i trafił do klasy szóstej. Nieduży jak na swój wiek, często był najmniejszym chłopcem w kolejnych klasach. Nie mówił płynnie po angielsku i jako jedyny z uczniów miał azjatyckie rysy. Jego koledzy ze szkoły podstawowej w Onei­da byli dziećmi farmerów uprawiających tytoń i górników wydobywających węgiel. Prawie wszyscy byli biali i w dużej mierze ubodzy. Niektórzy nie mieli w domach bieżącej wody.

Huang przybył na amerykańską prowincję ze swoim starszym bratem, Jeffem, w trakcie roku szkolnego, podczas gdy ich rodzice pozostali w Tajlandii. Obaj chłopcy mieszkali w internacie przy szkole prowadzonej przez Oneida Baptist Institute, ale Jensen był za mały, aby uczęszczać do OBI i zamiast tego wysłano go do lokalnej szkoły podstawowej – Onei­da Elementary. Pierwszego dnia dyrektor objął go ramieniem i poprosił klasę, by powitała nowego ucznia, który pochodzi z innej części świata, ale jest też wyjątkowo zdolny. Prześladowanie rozpoczęło się od razu. „Był idealnym celem” – mówi dawny kolega z klasy Huanga, Ben Bays.

Przed przyjazdem Huanga to Bays był ulubieńcem dręczycieli. Podobnie jak Huang był niewysoki i podobnie jak on dobrze się uczył. Dręczyciele docenili te cechy, zamykając Huanga w szkolnej szafce, zdarzało się, że na wiele godzin. Można się było spodziewać, że po przybyciu Huanga skupią się właśnie na nim, a ich dręczenie nabierze wymiaru rasowego. W rodzinach wielu uczniów z klasy Huanga byli weterani wojny w Wietnamie. „W tamtych czasach mówiło się o Chińczykach »żółtki«” – powiedział mi Huang pięćdziesiąt lat później, kiedy siedzieliśmy w sterylnej sali konferencyjnej podczas naszej pierwszej rozmowy. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. „Tak nazywano nas każdego dnia”.

Huanga prześladowano w klasie i poza nią, przy każdej okazji. Popychano go na korytarzach, ścigano na placu zabaw. Ulubionym miejscem dręczycieli była kładka. Huang musiał przechodzić przez nią sam, co było niebezpieczne nawet w najbardziej sprzyjających warunkach. Czasami, gdy był w połowie długości, gnębiciele wyłaniali się z ukrycia po obu stronach rzeki, łapali za liny i kołysali kładką, próbując zrzucić chłopaka do rzeki. „Zawsze sprawiał wrażenie, że go to nie rusza” – opowiedział mi Bays. „Właściwie wyglądał tak, jakby dobrze się bawił”.

Bays i Huang zostali przyjaciółmi na dobre i złe. Pomimo bariery językowej Huang brylował w szkole i odebrał Baysowi tytuł najlepszego ucznia. Był utalentowanym rysownikiem i pięknie kaligrafował, chociaż pisał tylko wielkimi literami. To on nauczył Baysa, jak się bić. Cała wiedza miejscowych chłopaków o kulturze chińskiej pochodziła z filmów z Bruce’em Lee. Huang początkowo blefował, przedstawiając się kolegom z klasy jako mistrz sztuk walki. Na szkolnym boisku szybko wyszło na jaw, że to nieprawda. Ale to, czego Huangowi brakowało w technice, nadrabiał zaciętością. Gdy ktoś go wyzywał, zawsze stawał do walki. Zdarzało się mu powalić na ziemię nawet większego od siebie przeciwnika, a sam nigdy nie dał się przyszpilić do gruntu, w każdym razie we wspomnieniach Baysa. („Nie tak to pamiętam” – powiedział mi Huang, śmiejąc się). Niemniej Huang zainspirował Baysa, by i ten zaczął dawać odpór napastnikom i po pewnym czasie obaj przestali być nękani.

Rodzina Baysa żyła w skrajnym ubóstwie. Chłopak miał pięcioro rodzeństwa, a jego ojciec, kaznodzieja, pracował tylko dorywczo. Mieszkali u wylotu jednej z małych, osłoniętych dolin, które miejscowi nazywają holler, w podupadłym domu z latryną na tyłach. Żadne z dotychczasowych doświadczeń życiowych nie przygotowało Baysa na spotkanie kogoś takiego jak Huang. Mógł się tylko zastanawiać, jakie okoliczności przywiodły tego bystrego, pozostawionego samemu sobie chłopca w sam środek lesistych Appalachów, do hrabstwa Clay w Kentucky, jednego z najbiedniejszych regionów kraju.

Huang przyszedł na świat w Tajpej na Tajwanie w lutym 1963 roku. Był środkowym z trójki braci. Jego ojciec pracował jako inżynier chemik, a matka uczyła w szkole podstawowej. Oboje pochodzili z miasta Tainan położonego na połud­niowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Ich ojczystym językiem był tajwański dialekt hokkien. Większość życia spędzili pod obcym panowaniem, bowiem do 1945 roku Tajwan był kolonią japońską. W 1949 roku chiński generał Czang Kaj-szek po utracie kontynentu na rzecz Mao uciekł na Tajwan ze swoją armią. Wkrótce na wyspie wprowadzono stan wojenny.

Gdy Huang miał pięć lat, jego ojciec Shing Tai znalazł pracę w rafinerii ropy naftowej w Tajlandii i rodzina przeniosła się do Bangkoku. Wspomnienia Huanga z Azji Południowo-Wschodniej są mgliste. Pamięta, że wylewał płyn do zapalniczek na powierzchnię przydomowego basenu i podpalał go. Pamięta małpkę, która należała do przyjaciela. Pod koniec lat 60. XX wieku ojciec Huanga miał okazję zobaczyć Manhattan w drodze na szkolenie u amerykańskiego potentata branży klimatyzacyjnej, firmy Carrier, która zrewolucjonizowała warunki pracy w przestrzeniach biurowych, umożliwiając precyzyjną kontrolę temperatury i wilgotności. Shing Tai zachwycił się Nowym Jorkiem i wrócił do domu z mocnym postanowieniem przeprowadzki do Stanów Zjednoczonych z rodziną.

W ramach przygotowań matka Huanga, Chai Shiu, zaczęła uczyć chłopców angielskiego. Sama po angielsku nie mówiła, ale nie stanowiło to dla niej większej przeszkody. Czerpiąc z nauczycielskiego doświadczenia, co wieczór polecała synom zapamiętać dziesięć nowych, losowo wybranych ze słownika wyrazów, a nazajutrz ich odpytywała. Po około roku takiego kursu zapisała całą trójkę do międzynarodowej szkoły. W ten sposób Huang rozpoczął formalne kształcenie w języku angielskim, wciąż jednak rozmawiając z rodzicami w hokkien.

Plan przeprowadzki rodziny nabrał tempa w 1973 roku, kiedy Tajlandię ogarnęły polityczne niepokoje. W październiku tamtego roku pół miliona protestujących wyszło na ulice Bangkoku, domagając się ustąpienia junty wojskowej, która władała krajem. Rząd odpowiedział siłą, a Huang do dziś pamięta widok czołgów na ulicach. Obawiając się eskalacji zamieszek, ojciec wysłał Jensena i Jeffa do Tacomy w stanie Waszyngton, gdzie mieli zamieszkać z wujem. Rodzice Jensena i jego młodszy brat zostali w kraju. Wuj zdecydował, że chłopcy będą chodzić do szkoły z internatem i rozpoczął poszukiwania placówki, która przyjęłaby dwóch tajwańskich chłopców – dziesięcio- i dwunastolatka – pozostających bez opieki i mieszkających tysiące kilometrów od rodziny. Wybrał Oneida Baptist Institute w Kentucky, być może mylnie uznawszy ją za prestiżową szkołę przygotowującą do studiów.

W rzeczywistości OBI było zakładem wychowawczym dla trudnej młodzieży, ulokowanym w mieścinie zamieszkałej przez trzysta osób. Założył go w 1899 roku James Anderson Burns, pastor kościoła baptystów, który pragnął położyć kres ciągnącej się od lat rodowej waśni zbierającej śmiertelne żniwo. (Burns wpadł na pomysł założenia szkoły po tym, jak jego samego uderzono kolbą karabinu w głowę, zepchnięto do rowu i porzucono na pewną śmierć). W latach 70. XX wieku, pomimo przyjęcia kilku zagranicznych uczniów, OBI znane było głównie jako placówka ostatniej szansy.

Po przyjeździe bracia odkryli, że teren kampusu jest zasłany niedopałkami papierosów. „Wszyscy uczniowie palili. Byłem chyba jedynym chłopakiem w szkole, który nie nosił scyzoryka” – wspomina Huang. Dziesięcioletni Jensen został umieszczony w pokoju z siedemnastolatkiem. Pierwszej nocy starszy chłopak podniósł koszulę, żeby pokazać nowemu liczne miejsca dźgnięć nożem podczas niedawnej bójki. Współlokator Huanga był analfabetą. W zamian za naukę czytania „nauczył mnie wyciskania na ławce; skończyło się na tym, że każdej nocy przed położeniem się do łóżka robiłem sto pompek”. Huang do dziś trzyma się tego wieczornego rytuału.

Aby się dostosować, bracia Huang zmienili swoje imiona na bardziej angielsko brzmiące. Jen-Chieh stał się „Jeffem”, a Jen-Hsun „Jensenem”. (Ich młodszy brat, Jen-Che, przyjął później imię „Jim”). Jeff i Jensen utrzymywali kontakt z rodzicami w Tajlandii, wysyłając im pocztą międzynarodową nagrania na kasetach magnetofonowych. Za każdym razem, kiedy otrzymywali nową kasetę, najpierw słuchali wiadomości od rodziców, a następnie w jej miejsce nagrywali własną. Jensen wspomina, że z rzadka tęsknił za domem. Z jego perspektywy wszystkie te przeżycia były niczym wielka przygoda.

Od uczniów OBI oczekiwano, że latem będą zarabiać na swoje utrzymanie pracą fizyczną. Jeff został wysłany na plantację tytoniu. Jensen został, by czyścić toalety w internacie. „To nie była kara” – mówi Huang. „To była po prostu moja praca”. Innym obowiązkiem Huanga było koszenie chaszczy rosnących wokół szkoły. Bays wspomina, że mijał go w drodze do kościoła. „Jechaliśmy wzdłuż pola i widzieliśmy, jak biega w kółko w koszulce bejsbolowej i ścina te chwasty” – opowiada.

Pod koniec pierwszego roku spędzonego w Oneida Elementary widać było wyraźnie, że Huanga naprawdę na sporo stać. Był najlepszym uczniem w klasie, za co podczas szkolnego apelu otrzymał srebrnego dolara. Postawił się rasistom i dręczycielom (w tym przynajmniej jednemu nauczycielowi). Po ostatnim dzwonku to on przejmował inicjatywę, wyprzedzając kolegów biegnących w stronę lasów pełnych drzew orzesznika i dębów. Za nim, w przyjacielskim pościgu, po miękkiej, błotnistej ziemi Appalachów gnały „rozbrykane chłopaki” z hrabstwa Clay.

Lato 1974 roku Huang spędził w internacie. Wraz z innymi uczniami, którzy zostali na wakacje, niecierpliwie wyczekiwał niedzielnych seansów filmowych telewizji ABC. Kiedy zaczęła zbliżać się jesień, jadł świeże jabłka z jabłoni rosnącej za oknem jego pokoju. Rozpoczął siódmą klasę w OBI, podczas gdy Bays kontynuował naukę w szkole publicznej. Huang, chroniony przez swojego zaprawionego w bójkach współlokatora, nie miał większych problemów. Rok później ojciec Huanga zdobył zatrudnienie w Stanach Zjednoczonych i bracia opuścili Kentucky, aby dołączyć do reszty rodziny w Oregonie. Odtąd Bays i Huang nie widzieli się przez czterdzieści cztery lata.

Bays został w tym czasie administratorem domu opieki. Huang – jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Dla Baysa nie było to zaskoczeniem – powiedział mi, że już jako chłopiec wierzył, iż Huang jest stworzony do wielkich rzeczy. Spotkali się dopiero w 2019 roku, kiedy Huang wrócił do OBI, by ufundować szkole nowy budynek. „Nigdy o mnie nie zapomniał” – usłyszałem od Baysa.

Dla wielu dzieci dwa lata spędzone w Kentucky byłyby źródłem traumy. W wieku dziesięciu lat Huang został wysłany w miejsce oddalone o dwanaście tysięcy kilometrów od domu, do obcego kraju, którego językiem z ledwością się posługiwał. Był gnębiony i izolowany. Dzielił pokój z młodocianym nożownikiem i musiał zajmować się szorowaniem latryn. Co mówi o nim fakt, że nie tylko przetrwał, lecz także rozkwitł w takim środowisku? „Wtedy nie było pedagoga szkolnego, z którym można by porozmawiać” – twierdzi Huang. „Po prostu trzeba było zacisnąć zęby i robić swoje”.

Czas prawdopodobnie złagodził wspomnienia Huanga o OBI. Kiedy w 2019 roku ufundował szkole budynek, z sentymentem mówił o (nieistniejącej już) kładce nad rzeką, przez którą codziennie przechodził, pominął jednak to, że koledzy próbowali go z niej zrzucić. Kiedy zapytałem go o przykre obowiązki, odparł, że nauczyły go wartości ciężkiej pracy. „Oczywiście, gdybyś zapytał mnie wtedy, prawdopodobnie odpowiedziałbym inaczej” – przyznał. W 2020 roku Huang został poproszony o wygłoszenie przemówienia do absolwentów OBI. W swoim wystąpieniu oświadczył, że czas spędzony w tej szkole był jedną z najlepszych rzeczy, które przytrafiły mu się w życiu.

W 1976 roku Huang rozpoczął naukę w Aloha High School na przedmieściach Portland w stanie Oregon. Ubierał się w dżins i welur, a jego fryzura przypominała kształtem motocyklowy kask. Nadal osiągał znakomite wyniki w nauce, a jego angielski stawał się coraz lepszy. Aloha była przyjaznym miejscem i wkrótce stworzył tam zgraną paczkę z kilkoma innymi kujonami. „Było nas trzech albo czterech i wszyscy należeliśmy do tych samych kółek: matematycznego, naukowego, komputerowego” – wspominał Huang. „Wiesz, tacy lubiani przez wszystkich! Dziewczyny nie miałem”.

Szczególne zainteresowanie wzbudziło u niego kółko komputerowe. W 1977 roku szkoła zakupiła Apple’a II, jeden z pierwszych masowo produkowanych komputerów osobistych. Huang był nim zafascynowany. Grał na nim m.in. w prymitywną grę Super Star Trek, w której strzelało się do Klingonów na siatce w trybie tekstowym. Napisał też w Basicu swoją własną wersję gry w węża.

Drugim hobby Huanga był tenis stołowy. Jeszcze w OBI Jensen niepodzielnie panował nad stołem do ping-ponga stojącym w świetlicy, ale nie traktował tego sportu poważnie. W liceum zaczął grać wyczynowo. Jego mentorem był Lou Bochenski, właściciel Paddle Palace, klubu tenisa stołowego mieszczącego się w dawnej sali balowej w budynku Elks ­Lodge. Córka Bochenskiego, Judy, odwiedziła Pekin w 1971 roku, jako jedna ze szczęśliwych uczestniczek wymiany w ramach „pingpongowej dyplomacji”. Huang tymczasem nigdy nie grał w Azji i stosował chwyt zachodni.

Przez całe lato Huang nie robił prawie nic innego, tylko trenował. Bochenski był pod tak wielkim wrażeniem, że napisał list do „Sports Illustrated”, w którym nazwał Huanga „najbardziej obiecującym juniorem, jaki kiedykolwiek pojawił się w tenisie stołowym na północnym zachodzie”, choć ten grał wyczynowo od zaledwie trzech miesięcy. Rozpoznawczym zagraniem Huanga był biegnący łukiem forehand loop, z pomocą którego pokonał wielu wyżej notowanych graczy, oraz zawziętość, z jaką nurkował pod stół, aby odbić pozornie nieosiągalną piłkę. W ciągu roku Huang znalazł się w klasyfikacji krajowej i grał w finałach mistrzostw deblistów do lat szesnastu w Las Vegas. „Nauczył się grać w tenisa stołowego szybciej niż ktokolwiek, z kim miałem do czynienia” – twierdzi Joe Romanosky, znajomy Huanga z Paddle Palace.

Huang był wysportowany i miał dobry refleks, ale cechą, która go wyróżniała, była zdolność do wyjątkowego skupienia. Kiedy postawił sobie za cel samodoskonalenie, reszta świata przestawała istnieć. Pracował ciężej niż inni, nie imała się go frustracja ani blokady psychiczne i ani razu nie popadł w stagnację. Widział, że jego zaangażowanie w naukę podstaw powoli zaczyna dawać rezultaty w postaci umiejętności.

Huang spędzał w Paddle Palace prawie cały swój wolny czas. Kiedy nie trenował, pracował, szorując po nocach podłogi, aby zarobić pieniądze na opłaty turniejowe. Bochenski dał mu klucz i czasami, zamiast wracać do domu do rodziców, Huang spał w sali balowej. Rozstawione w niej stoły do ping-ponga otaczał przepych – żyrandole na suficie, parkiet pod nogami i tapicerowane ławki wbudowane w ściany. Na zdjęciu z tego okresu można zobaczyć Huanga w wieku może piętnastu lat: niski chłopak z fryzurą na pazia, ubrany w krótkie spodenki gimnastyczne modne w latach 70. i skarpetki w paski. Przechylony w stronę stołu, uderza piłkę z wyrazem ekstremalnego zaangażowania na twarzy. „Był bardzo agresywnym graczem, cały czas w ofensywie” – opowiada Romanosky.

Niedługo przed ukończeniem szkoły Huang zdobył pracę w Denny’s. Ta ogólnokrajowa sieć restauracji była w tamtej epoce znana z cierpkiej kawy, jajecznicy z proszku, odgrzewanych kiełbasianych kotlecików i działania przez całą dobę. Huang uwielbiał to miejsce. Zaczął jako pomywacz i awansował na kelnera. „Odkryłem, że myślę najlepiej, gdy jestem w trudnej sytuacji. Mam wrażenie, że kiedy świat się wali, ja staję się spokojniejszy” – powiedział później. „Może to dzięki pracy w Denny’s. Jako kelner musisz radzić sobie w godzinach szczytu. Każdy, kto miał do czynienia z godzinami szczytu w restauracji, wie, o czym mówię”.

Denny’s zapewniło Huangowi intensywny kurs amerykańskiej kuchni. Tam zjadł swojego pierwszego cheeseburgera z bekonem, pierwsze parówki w cieście, pierwszy kotlet w panierce. Metodycznie sprawdził całe menu. Jadł jedną pozycję po drugiej. Jego ulubionym daniem był „Super Bird” – grillowana kanapka z chleba na zakwasie, przełożona piersią z indyka, bekonem, pomidorami i serem. Dla imigranta adaptującego się do kultury nowego kraju objadanie się lichym barowym jedzeniem było kwintesencją amerykańskości.

Huang otrzymywał świetne oceny i został przyjęty do National Honor Society – organizacji zrzeszającej wybitnych uczniów szkół średnich. Pragnienie sukcesu pochodziło z jego wnętrza. Powiedział mi, że jego rodzice nie byli surowi i wymagający jak stereotypowi Azjaci i nie wywierali na nim nadmiernej presji. „Prawdę mówiąc, obaj moi bracia jako uczniowie radzili sobie fatalnie” – stwierdził, choć od razu wyjaśnił, że są bardzo bystrzy. Kiedy zapytałem, dlaczego on, środkowe dziecko, jako jedyny czuł motywację do osiągania dobrych wyników w szkole, wzruszył ramionami. „Nie potrafię odpowiedzieć” – odparł. „Staram się nie analizować samego siebie w ten sposób”.

Kończąc naukę w liceum – rok przed terminem – Huang był sportowcem rywalizującym na poziomie krajowym i miał średnią ocen bliską maksimum. Mimo to zrezygnował z wyścigu o miejsce na najlepszych uczelniach i zdecydował się podjąć studia na pobliskim Oregon State University (OSU). Zgodnie z tym, co mi powiedział, za wyborem tym nie stały jakieś głębsze przemyślenia, a rodzice nie naciskali, by udał się na inną uczelnię. Tak się zwyczajnie złożyło, że jego kolega ze szkoły średniej, Dean Verheiden, kontynuował rodzinną tradycję studiów na OSU, więc Huang postanowił, że również tam się uda. „Po prostu poszedłem w ślady przyjaciela” – twierdzi.

Niektórzy widzą to jednak inaczej. Huang w trakcie swojego siedemnastoletniego życia zdążył mieszkać w trzech krajach i uczęszczać do co najmniej pięciu szkół. OSU przyjmował w tamtych czasach ponad 70 procent kandydatów i choć nie był najwyżej notowaną uczelnią publiczną w Oregonie, to kampus uczelni znajdował się półtorej godziny jazdy samochodem od domu rodziców Huanga. „Mógł studiować gdziekolwiek – na uczelniach Ivy League, na Stanfordzie, na Wschodnim Wybrzeżu, gdzie tylko chciał” – opowiada jeden z jego wieloletnich przyjaciół. „Wybrał OSU, bo chciał być blisko domu”.

Huang rozpoczął studia w 1980 roku. Na OSU nie prowadzono wówczas informatyki jako osobnego kierunku, więc wybrał elektrotechnikę. Cykl zajęć wprowadzających z tej dziedziny w dużej mierze zdeterminował dalszy bieg jego życia. Nauczył się projektować układy scalone, czemu poświęcił resztę swojej kariery zawodowej. I poznał tam swoją przyszłą żonę.

Lori Mills była poważną osiemnastolatką w okularach – studentką pierwszego roku na OSU – o kręconych brązowych włosach i serdecznej, spokojnej osobowości. W życiu ceniła sobie uporządkowanie, dlatego miała już pewien plan: znalezienie pracy przez dwudziestymi drugimi urodzinami, ślub przed dwudziestymi piątymi, dzieci przed trzydziestymi. W pierwszym tygodniu zajęć na uczelni została losowo przydzielona jako partnerka Huanga podczas zajęć laboratoryjnych. „Na elektrotechnice studiowało jakieś dwieście pięćdziesiąt osób, z czego chyba tylko trzy dziewczyny” – wspomina Huang. „Ona była najładniejsza”.

Wśród studentów wywiązała się rywalizacja o względy Mills. Huang czuł, że jest na straconej pozycji. „Byłem najmłodszy na roku” – opowiada. „Wyglądałem na jakieś dwanaście lat”. Ponieważ wiedział, że flirtując w tradycyjny sposób, nie ma szans, Huang zastosował inne podejście. „Próbowałem jej zaimponować, oczywiście nie wyglądem, lecz dużym talentem do odrabiania zadań domowych” – wyjaśnił. Co weekend Huang dzwonił do Mills i uparcie namawiał ją do wspólnego przygotowywania się do zajęć. Był w tym naprawdę dobry; czasami nazywał to swoją supermocą. Lori zgodziła się i zostali partnerami do nauki.

Podczas zajęć laboratoryjnych Jensen i Lori pochylali się nad prostokątnym kawałkiem plastiku z otworami, tak zwaną płytką stykową (breadboard), łącząc na niej elementy elektroniczne. Praca była żmudna, wymagała precyzji i fizycznej bliskości. Zaczynali od elementarnych obwodów elektrycznych, po których przyszedł czas na bardziej zaawansowane konstrukcje: wzmacniacze i proste sumatory. Wykorzystywały one tranzystor, element, który może działać jak cyfrowy przełącznik. Łącząc tranzystory, można stworzyć bramkę logiczną, a połączenie bramek logicznych pozwala wykonywać podstawowe obliczenia: na przykład jeden plus zero czy jeden plus jeden. Sieć wielu prostych sumatorów umożliwia już wykonywanie złożonych operacji matematycznych.

Po sześciu miesiącach pracy z płytkami stykowymi Huang zaprosił Mills na prawdziwą randkę. Zgodziła się i od tego czasu rzadko się rozstawali.

Huang ukończył studia w trybie przyspieszonym i z najwyższym wyróżnieniem. Jego edukacja zbiegła się z rewolucją krzemową lat 80. XX wieku. Podczas gdy studenci używali płytek stykowych, szeroko rozpowszechnionym medium dla układów logicznych stosowanych w elektronice komercyjnej były odpowiednio przygotowane kryształy krzemu – półprzewodniki. Technicy drukowali obwody logiczne na krzemowych dyskach za pomocą zogniskowanego światła ultrafioletowego, a następnie cięli je na maleńkie kwadraty zwane mikrochipami. Ponieważ wszystkie elementy elektroniczne obwodu są umieszczone wprost na mikrochipie, zwie się go układem scalonym.

Szalone zainteresowanie komputerami osobistymi w latach 80. wywołało ogromny popyt na układy scalone. Efekt ten spotęgowała popularność innych urządzeń cyfrowych. Mikrochipy umieszczano w samochodach, odtwarzaczach CD, zabawkach dla dzieci, kuchenkach mikrofalowych i wszelkim innym sprzęcie użytkowym. Z czasem trafiły do ładowarek, lodówek, kart kredytowych i elektrycznych szczoteczek do zębów. Wskutek tego na rynku zaczęło brakować projektantów chipów. (Sytuacja ta utrzymuje się do dziś). Niedługo przed ukończeniem studiów Jensen znalazł zatrudnienie w światowej stolicy układów scalonych – Dolinie Krzemowej.