Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Szokująca opowieść o porachunkach mafijnych, egzekucjach i uprowadzeniach. Jak wyglądała brutalna machina gangsterskiej sprawiedliwości? Prawdziwe oblicze wojny pruszkowsko-wołomińskiej. Strzelanina w Alejach Jerozolimskich w 1996 roku, w najgorętszym okresie walki „pruszkowskich” z Wariatem. Porachunki z Cerberem, którego ładunek wybuchowy rozerwał na strzępy. Zagadkowa egzekucja Nikosia, po dziś dzień owiana tajemnicą. Historia wojny, której lista ofiar jest o wiele dłuższa. Imiona zostały zapomniane, ciał nie odnaleziono nigdy. Czy istniała granica okrucieństwa szefów grupy? Jak pracowali płatni zabójcy? I czy gangsterski kodeks przewidywał wybaczenie?
Artur Górski – dziennikarz, pisarz, autor bestsellerowej rozmowy z Jarosławem Sokołowskim „Masa o kobietach polskiej mafii”, nagrodzonej „Bestsellerem Empiku 2014” w kategorii literatura faktu, oraz książki „Masa o pieniądzach polskiej mafii”. Poza nimi napisał wiele powieści sensacyjnych, m.in. „Gucci Boys”, „Al Capone w Warszawie”, „Zdrada Kopernika”, oraz pozycji z gatunku non-fiction: „Świat tajnych służb” i „Gang”. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej przestępczości zorganizowanej. Do niedawna redaktor naczelny „Focusa Śledczego”, obecnie redaktor „Focusa Historia”.
Jarosław Sokołowski – pseudonim Masa, były przestępca, jeden z najbardziej wpływowych gangsterów tzw. grupy pruszkowskiej, od 2000 r. świadek koronny. W latach 90. blisko związany z jednym z pruszkowskich bossów – Andrzejem K., Pershingiem. Skłócony z większością szefów mafii. Dzięki jego zeznaniom udało się pogrążyć „Pruszków”. Do niedawna felietonista „Focusa Śledczego”. Bohater bestsellerów: „Masa o kobietach polskiej mafii” oraz „Masa o pieniądzach polskiej mafii”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 265
Copyright © Artur Górski, 2015
Projekt okładki
Prószyński Media
Zdjęcia na okładce
Agnieszka K. Jurek
Zdjęć w książce nie traktujemy jako ilustracji
do konkretnych rozdziałów,
ale jedynie jako uzupełniający materiał reporterski.
Dlatego też nie zostały podpisane.
Redaktor prowadzący
Michał Nalewski
Redakcja
Ewa Charitonow
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8069-647-1
Warszawa 2015
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
OD NARRATORA
Myślicie może, że odnajmłodszych lat marzyłem, żeby zostać gangsterem i krzywdzić ludzi? Nonsens. Nikt nie rodzi się zły. To okoliczności wydobywają naświatło dzienne określone cechy i „podnoszą ich jakość”.
Nie chcę rozczulać Was opowieścią o trudnym dzieciństwie, braku zainteresowania zestrony rodziców, biedzie. Tak jak ja żyło wówczas wielu Polaków, więc ten rozdział mojej historii nie jest szczególnie poruszający.
Z jakichś powodów znalazłem się jednak naulicy, gdzie zacząłem poszukiwania miejsca w życiu nawłasną rękę. Cóż, wskutek warunków, w jakich żyłem. Być może, gdybym dorastał otoczony rodzicielską miłością, nie byłbym dzisiaj Masą, ale inżynierem, politykiem albo księdzem. Tylko czy wtedy zechcielibyście przeczytać moje wspomnienia? Jestem pewien, że nie. Dlatego cieszcie się, że żyłem, jak żyłem, bo dzięki serii „Masa o polskiej mafii” dostaliście szansę naprzeniesienie się doświata, którego w inny sposób nawet byście nie posmakowali.
Owszem, są i tacy, którzy mają związane zemną niezbyt przyjemne wspomnienia, ale to już inna sprawa. Zresztą niech się nad sobą nie rozczulają, bo to dzięki mnie wielu z nich trafiło nakarty książek. Jak jest się troglodytą, który umie wyłącznie walić w mordę – choć nie natyle dobrze, żeby mnie pokonać – naprawdę trudno liczyć namiejsce w historii i w literaturze. A jednak.
Z kryminalnym podziemiem Pruszkowa zetknąłem się już jako nastolatek i nadodatek dość szybko zaskarbiłem sobie jego uznanie. Byłem młody, silny i gotowy nawszystko. A poza tym natyle głupi, że nie odmawiałem udziału w ryzykownych akcjach. Wprawdzie długo musiałem czekać nauznanie zaswojaka, ale chyba szybko zorientowano się, że będą zemnie ludzie. Uściślając: ludzie z miasta.
Odpoczątku lat 90. funkcjonowałem wśród pruszkowskich jako liczący się gangster, szybko pnący się po szczeblach kariery. Ale żeby iść w górę, nieustannie musiałem udowadniać swoją przydatność dla grupy – najpierw jako ochroniarz Wojciecha K. „Kiełbasy”, później jako szef własnych podgrup. Zdobywałem nowych kompanów (w mafijnym kontekście trudno przechodzi mi przez gardło słowo „przyjaciel”…), ale także zastępy wrogów. Niestety, również w rodzinie, czyli w Pruszkowie.
Niniejszy tom serii poświęcony jest porachunkom. I szczerze mówiąc – jeżeli jesteście żądni prawdy o mafii, znajdziecie ją przede wszystkim w tej części. Pierwsza, o kobietach, wielkie wydarzenie (tak medialne, jak handlowe), traktowała o nieco marginalnej (choć istotnej) gangsterskiej działalności. Kolejna, o pieniądzach, była już bliższa istocie rzeczy. W końcu zależało nam głównie nanieustannym zarabianiu kasy…
Ale mafia bez porachunków to nie mafia.
Żaden z naszych ludzi nie znał takich pojęć, jak: negocjacje, umarzanie, wybaczanie. To, co miało być dane, dane być musiało. I to w określonym terminie. Co dosekundy. Wszelkie spóźnienia skutkowały dotkliwymi karami, a próby wyprowadzenia nas w pole kończyły się wycieczką dolasu. Z takiej podróży niejeden nie wracał nigdy…
Dlatego uważam zazrządzenie opatrzności fakt, że pomimo „licencji nazabijanie”, jaką każdy z nas przyznawał sobie bez jakichkolwiek skrupułów, nigdy nie odebrałem nikomu życia. Nie zrobiłem tego, choć wiem, że wówczas byłem dotego zdolny. Jeśli wejdziesz między wrony… Znacie to przysłowie?
Po lekturze niniejszej książki uświadomicie sobie, jak wielką sztuką było uszanowanie piątego przykazania. Bo w drugiej połowie lat 90. zabijanie stało się czymś tak powszechnym, tak normalnym i akceptowanym (oczywiście w zorganizowanej strukturze przestępczej), że nikt nie przejmował się śmiercią drugiego człowieka.
Ba, zleceniodawcy całkiem chętnie organizowali stypy nacześć odpalonych wrogów, wznosząc toasty za… ich zdrowie natamtym świecie. Upijali się zeszczęścia.
To był bardzo zły świat, ale nie widzę powodów, aby nie ujawniać mechanizmów jego funkcjonowania. Tego, jakimi kierował się zasadami i dlaczego w ogóle (i przez kogo) został powołany dożycia. Bo to jednak część polskiej historii najnowszej.
Często słyszę zarzut: Masa robi z siebie celebrytę, a to przecież zwykły bandyta, który żyje nakoszt państwa. Czyli nas wszystkich.
Nudzi mnie już trochę odpieranie tych ataków, ale przypomnę raz jeszcze, że przeznaczone dla mnie środki z budżetu naprawdę nie są wielkie (patrz „taryfikator” świadka koronnego), a w kontekście pracy, jaką wykonałem narzecz walki z mafią – uzasadnione.
Życie świadka koronnego to nie wakacje. Każdego dnia stawiam sobie pytanie: a co, jeśli mnie w końcu dopadną?
Kto?, zapytacie. Ano ci, którzy boją się mojej wiedzy. Ci, którzy woleliby, abym przestał mówić raz nazawsze. Trochę ich jeszcze zostało…
Poza tym, proszę mi wierzyć, że miałbym z czego żyć i bez państwowego wsparcia. Podkoniec mojej działalności w Pruszkowie zajmowała mnie głównie legalizacja moich interesów. Nie ukrywałem tego, że gangsterka mocno mnie uwiera i że zamierzam przejść donormalnego biznesu. Zgromadziłem wystarczająco dużo pieniędzy, żeby rozkręcić kolejne przedsięwzięcia. Takie same plany miał zresztą Pershing; to, że nie wyszło, to już zupełnie inna sprawa.
Zamiast stać się prezesem w firmie, podjąłem się wyzwania, jakim jest misja świadka koronnego.
Co jakiś czas pojawia się jeszcze inny zarzut: Masa wcale nie żałuje zagrzechy, tylkochełpi się przeszłością. Pewnie z radością powróciłby w szeregi mafii. Odpowiadam: jeżeli z moich opowieści przebija buta, znaczy, że dobrze wykonaliśmy z Arturem robotę. Bo nasza seria to nie historia rozterek skruszonego gangstera, ale narracja, relacja z czasów jego największej świetności. Tylko napisana w ten sposób ma walor wiarygodności. Gdybym klęczał nagrochu i bił się biczem po plecach, wypłakując: „Jestem niewinny, winni są oni”, nasz mafijny cykl byłby wart niewiele.
Przyznaję: byłem winny. Snując wspomnienia, sprawiam, że Czytelnik ma przed oczami tamtego Masę, z jego sposobem myślenia i postrzegania świata. Wtedy Masa faktycznie powraca. Gdy jednak kończycie lekturę – znika…
OD AUTORA
Oto najbardziej brutalna książka z serii „Masa o polskiej mafii”.
Prawda o gangsterskich porachunkach często przerasta wyobraźnię scenarzystów i pisarzy, próbujących oddać realia panujące w przestępczym świecie.
Niby wszyscy wiemy, że zasady, jakimi kierują się gangsterzy, w niczym nie przypominają reguł obowiązujących wśród „normalsów”. Że są bardzo dalekie oddyplomacji. Niemniej jednak często nam się wydaje, że okrucieństwo to ostateczność, również w środowisku przestępczym, gdy zawodzą inne możliwości zblatowania problemu. Bo przecież oni to tacy sami ludzie jak my. Tyle że napewnym etapie życia pogubili się i wkroczyli nadrogę bezprawia…
Wychodząc z takiego założenia, łatwo o wniosek, że świat bandytów przypomina ten nasz. Co najwyżej inaczej, bo niezgodnie z prawem, zarabia się w nim pieniądze. Poza tym reszta jest mniej więcej taka sama.
W tym przekonaniu utwierdza nas medialny stereotyp, że tak naprawdę gangsterzy marzą o sprawiedliwości, uczciwości i lojalności. I natyle, naile pozwala im literacko-filmowa fikcja, zachowują się przyzwoicie.
Rzecz w tym, że świat bezprawia nie polega wyłącznie naodrzuceniu norm. To także – a może przede wszystkim? – przekonanie, że członek konkurencyjnej grupy przestępczej nie jest człowiekiem. To śmieć, który należy sprzątnąć, zanim on sprzątnie nas. Gangsterzy postrzegają podobnie również resztę społeczeństwa – przeszkadzamy im w interesach, nastajemy naich bezpieczeństwo, zatem nasze miejsce jest w lesie, dwa metry podziemią… W sytuacji konfliktowej powstaje pytanie: kto kogo? Kto zabije pierwszy?
Ten, kto wchodzi w mafijny układ, szybko przyswaja zasady. Nawet jeżeli napoczątku nie darzył obcego nienawiścią (bo i zaco?), z czasem przedzierzga się w myśliwego i zaczyna go tropić. Atmosfera wojny, w której trup pada gęsto, a każdy może w dowolnej chwili rozstać się z życiem, tylko podkręca nienawiść. Nawet ten, który wcześniej nie wyobrażał sobie, że może zabić, teraz wyrywa się doakcji, by wyeliminować przeciwnika. Żeby pokazać grupie swoją wartość i udowodnić sobie, że to w sumie nic takiego – wystarczy pociągnąć zaspust. Nieboszczyk ląduje w rzece i nie ma mowy, że ktoś odnajdzie ciało…
Zabijanie staje się rutyną, wręcz nałogiem.
Jeżeli ktoś uważa, że mafijni zabójcy przeżywają rozterki moralne, jest w błędzie. Historia grupy pruszkowskiej zna egzekutorów, którzy bawili się doskonale, relacjonując swoje ponure uczynki. Bo przecież ostatnie chwile przerażonego delikwenta są takie komiczne! Zwłaszcza błaganie nakolanach o darowanie życia…
Oczywiście, gangsterskie porachunki to nie tylko zabijanie. To także wywożenie dolasu, wielogodzinne, a nawet kilkudniowe, wymyślne tortury i grożenie śmiercią, która, dzięki Bogu, nie zawsze nadchodzi.
Domiejskiej legendy Pruszkowa weszło wiele miejsc, w których mafiosi oprawiali niesolidnych dłużników bądź żołnierzy konkurencyjnych grup przestępczych. Złą sławą cieszyło się zwłaszcza jedno z nich; to podwarszawski Suchy Las, doktórego zawożono klientów, by katować ich zeszczególnym upodobaniem. Wystarczała sama nazwa, by ofiary wpadały w panikę. I słusznie, bo wśród drzew było już tylko cierpienie…
W książce znalazł się opis niejednej takiej historii.
Ktoś, kto trafiał dolasu, porzucał wszelkie nadzieje. Nanic zdawały się umizgi wobec oprawców. Najpierw musiał być łomot, bezwzględnie, dla zasady, a negocjacje ewentualnie później. Nic dziwnego, że kontrahenci starali się spłacać należności w terminie.
Napoczątku lat 90. bicie było karą podstawową, jednak w połowie dekady, gdy nastała brutalizacja mafijnego życia, posypały się głowy. Nadokładne szacunki nie ma szans – ciała po dziś dzień skrywają leśne ostępy.
W historii porachunków polskiej mafii miało miejsce kilka zdarzeń, które urosły dorangi symboli burzliwych lat 90., jak choćby śmierć słynnego bossa Andrzeja K. „Pershinga” czy Wojciecha K. „Kiełbasy”. Zostały opisane w poprzednich tomach serii. Tom trzeci opowiada o innych głośnych zabójstwach, których ofiarą padli między innymi Nikodem S. „Nikoś”, Wiesław N. „Wariat” – główni wrogowie grupy pruszkowskiej – oraz inni. Ponadto znalazła się w nim zaskakująca wersja Masy dotycząca wydarzeń z 1999 roku w warszawskiej restauracji Gama, gdy odkul zamachowców zginęło pięciu członków grupy wołomińskiej.
Przedstawiliśmy tu również wiele mało znanych tragicznych wydarzeń, które doskonale ilustrują, jak wyglądały porachunki w świecie polskiej przestępczości zorganizowanej. Jeden ginął, bo zawinił, drugi rozstawał się z życiem tylko dlatego, że przyjaźnił się z winowajcą…
Należy mieć nadzieję, że ten ponury czas minął bezpowrotnie. Że być może organy ścigania powrócą jeszcze dowielu odłożonych napółkę spraw i postawią zarzuty zabójcom oraz zleceniodawcom.
Nakoniec pragnę podziękować Czytelnikom, dzięki którym otrzymaliśmy najważniejszą nagrodę rynku wydawniczego, czyli Bestseller Empiku. Napięć nominowanych książek aż dwie były autorstwa mojego i Masy. Zwyciężył tom Masa o kobietach polskiej mafii, pozostawiając w tyle naprawdę ważne i popularne tytuły. To bardzo szczególna nagroda, bo nie jest wypadkową gustów czy sympatii wąskiego gremium jurorów. Głosują Czytelnicy zapomocą… portfeli. W kategorii „Literatura Faktu” żadna pozycja nie sprzedała się lepiej!
Zatem dziękujemy i liczymy nawięcej.
Zazdradę kompanów…
Mężczyzna wszedł bez pukania – zrzucono mu klucz przez okno, żeby sam sobie otworzył drzwi. Dziewczyna nie spodziewała się, że twarz gościa będzie ostatnią, jaką ujrzy w swoim niedługim, dwudziestojednoletnim życiu. Gdy zobaczyła wycelowaną lufę pistoletu, leżała nałóżku. Próbowała sięgnąć po telefon, ale nie miała szans.
Nic nie wskazywało nato, że pozornie przyjacielska wizyta będzie tak naprawdę egzekucją. Jacek N. był dobrym znajomym chłopaka ofiary, Piotra. Znany w środowiskach przestępczych podpseudonimem Kato, odbył długą drogę, aby wysłać w zaświaty piękną blondynkę. Monika Hanssen mieszkała razem zeswym ukochanym w szwedzkim Malmö; Kato przybywał z Polski. Nawiasem mówiąc, to nie dziewczyna o perłowych włosach stanowiła główny cel – zadaniem Kato było zgładzenie kolegi. Oczywiście, jej los, jako świadka egzekucji Piotra R., został przesądzony naetapie planowania wyprawy, ale gdyby tamtego dnia nie było jej w domu, sprawy potoczyłyby się inaczej. Naironię losu zakrawa fakt, że potencjalny obiekt zamachu przeżył i dodzisiaj zmaga się z traumą tamtego zdarzenia.
Tę historię opowiedział mi gangster związany z grupą pruszkowską, zastrzegając sobie anonimowość. Jego zdaniem Kato, który trafił z dożywotnim wyrokiem dowięzienia, odpowiada nie tylko zatę zbrodnię. Jego mocodawcy zaś pozostają nawolności.
Sprawę tragicznej śmierci Moniki opisywały media. W pierwszym numerze magazynu „Śledczy” Ewa Ornacka opublikowała artykuł zatytułowany „Świat kobiet mafii nie przypomina Hollywood”. Przytoczyła w nim słowa Piotra R., z którym spotkała się w nowogardzkim zakładzie karnym (odsiadywał wyrok zaudział w grupie przestępczej Marka M. „Oczki”). „Dokońca życia będę żył zeświadomością, że ta piękna, dobra jak anioł dziewczyna zginęła przeze mnie”, wyznał. „Jej rodzina nigdy mi tego nie wybaczy”.
Monika mieszkała w Szwecji odlat. Była piękna. Jak pisze Ornacka, w liceum podkochiwało się w niej kilku przystojnych kolegów. Dzięki jej urodzie zainteresowały się nią agencje modelingu i dziewczyna wkrótce pojawiła się naokładkach magazynów z modą. Jednocześnie była bardzo ambitna – zamierzała ukończyć studia prawnicze i realizować się w swoim hobby, fotografii podróżniczej. Stanowiła tak zwaną doskonałą partię, mogła zatem przebierać wśród najatrakcyjniejszych mężczyzn, lecz zapałała miłością dotrzydziestosiedmioletniego gangstera. Początkowo najprawdopodobniej nie miała pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się Piotr, a potem wypierała zeświadomości coraz czarniejsze przypuszczenia. Przebywał w Szwecji „nawystawce”, czyli ukrywał się przed policją, która akurat przeprowadzała masowe aresztowania w zachodniopomorskim środowisku przestępczym. Swoje interesy (napady natiry, handel narkotykami) prowadził naskalę europejską, między innymi w Niemczech i Holandii. DoSkandynawii pojechał po wolność, a spotkał miłość, która wywróciła dogóry nogami jego system wartości (według innej wersji poznał Monikę w Szczecinie). Przez głowę przemknęła mu nawet – naiwna, jak się miało okazać – idea porzucenia dawnych kompanów i przejścia najasną stronę mocy. I być może dopiąłby swego, gdyby 22 lipca 1999 roku dodrzwi jego dziewczyny nie zapukał Kato. Podobno powiedział jedynie: „No!”, i zaczął strzelać.
Pierwsza kula trafiła Piotra; padł naziemię, ale przeżył, udając martwego. Kątem oka widział, jak jego kompan zabija Monikę. Nie próbował jej ratować, zresztą nie był w stanie – sądził zapewne, że sam odpływa dokrainy wiecznych łowów. Jednak gdy zabójca zmieniał magazynek, wykrzesał z siebie resztkę sił, zerwał się z podłogi i wybiegł z mieszkania.
Poczucie zagrożenia nie opuściło Piotra R. nawet w więzieniu. Nieustannie docierały doniego sygnały, że ludzie związani z kryminalnym podziemiem Szczecina dybią najego głowę. W rozmowie z prasą wyznał nawet, że dostał ostrzeżenie: ktoś będzie próbował doprawić jego posiłek trucizną. Trudno powiedzieć, naile owa psychoza strachu miała pokrycie w rzeczywistości, a naile była efektem gigantycznego stresu. Jedno jest pewne: R. wciąż żyje. Naszczęście!
Dlaczego Kato przybył aż z Polski, by go zabić? Przecież byli kolegami z jednej grupy przestępczej. Otóż właśnie dlatego. Podczas gdy policja aresztowała gangsterów, on bujał po Europie, zatem padło naniego podejrzenie, że być może wystawił kompanów.
Zajmijmy się przez chwilę osobą egzekutora – Jacka N., pseudonim Kato. Jak głosi plotka, zaspartaczenie roboty w Malmö mafia wydała naniego wyrok śmierci. Ponoć już nawet wygłuszono i oklejono folią pomieszczenie, w którym miało dojść doegzekucji, więc aresztowanie zwyczajnie uratowało mu życie. Czy szwedzkie zlecenie było jedynym zabójstwem, jakie popełnił? Wiele wskazuje, że nie.
Mój informator twierdzi, że po szczeblach gangsterskiej kariery Kato wspinał się jako członek różnych grup. „Najpierw latał u Sławka Krakowiaka, potem u Sznyta, przez jakiś czas kręcił się po Pruszkowie, aż w końcu zaczepił się nadłużej w szczecińskiej grupie Oczki. Zawsze cechowała go brutalność i skłonność doradykalnych rozwiązań. Bądźmy szczerzy, to był zwykły zwyrodnialec, bestia gotowa nawszystko. Ofiarom lubił obcinać ręce samurajskim mieczem. Jego szefowie szybko się zorientowali, że jest człowiekiem w gruncie rzeczy bez sumienia i można go wykorzystywać domokrej roboty”.
W 1993 roku stołeczne środowisko przestępcze zelektryzowała wiadomość: Janek z Otwocka, gangster zwany potocznie Żydem, chce odpalić Pershinga. Panowie się pokłócili i teraz Żyd szuka kilera naożarowskiego bossa. Nie bardzo się orientowano, o co poszło, powszechnie wiadomo było natomiast, że z Żydem mało kto jest w stanie się dogadać. Nikt go nie lubił, a wielu zapłaciłoby spore pieniądze, żeby definitywnie zatkać mu twarz. Tyle że tym razem to on miał ochotę kogoś uciszyć. I to personę z samego szczytu świecznika.
Andrzej K. „Pershing” początkowo nic nie robił sobie z zagrożenia, tym bardziej że pozostawało raczej w sferze plotek niż faktów, ale z czasem spuścił z tonu. Zaczął obawiać się o życie. I wtedy, jak twierdzi mój rozmówca: „Wpadł naszatański plan. Plan, który kompletnie doniego nie pasował, bo jednak Pershing nie był człowiekiem gwałtownym i niechętnie wydawał wyroki śmierci. Z jakichś tam względów nie chciał zabijać Janka Żyda, ale postanowił wylać mu nagłowę kubeł zimnej wody. Tym kubłem miała być śmierć kierowcy i bliskiego współpracownika Żyda, Jacka Ż. Pershing wierzył, że po takiej lekcji otwocki gangster przestanie się pultać i wróci doszeregu. Wydano wyrok, a dojego wykonania wydelegowano Kato. Razem z nim namokrą robotę pojechali inni gangsterzy. Ale to Kato miał zabić…”.
NaJacka Ż. czekano podwarszawską dyskoteką Trend. W środku było wielu gości, także wywodzących się z grupy pruszkowskiej (to, co wydarzy się zachwilę, widział Masa oraz kilku gangsterów z grupy Marka Cz. „Rympałka”). W pewnym momencie doŻ. podeszli: Andrzej Z. „Słowik”, Paweł M. „Małolat”, wspomniany Kato oraz dwóch innych miastowych. Zaczęła się rozmowa; Jacek Ż., zapewne nieświadomy zagrożenia, wdał się w gwałtowną pyskówkę. Jako że namiejscu było wielu świadków, pruszkowscy zaproponowali, aby kierowca Żyda poszedł z nimi doich samochodu, gdzie mieli kontynuować rozmowę.
Ż. uznał, że to dobry pomysł, i wsiadł doauta. Po chwili towarzystwo odjechało w siną dal. Taką, z której kierowca Żyda nie powrócił już nigdy. Wprawdzie w kartotekach figuruje jako osoba zaginiona, ale raczej trudno się spodziewać, że gangsterzy wywieźli go w bezpieczne miejsce i tam pozostawili.
„Cy Kato zabił chłopaka? Teraz wszyscy zaangażowani w tę zbrodnię śmieją się z niego. Oni są nawolności, a on siedzi z dożywotnim wyrokiem. Wprawdzie zainną sprawę, ale więzienie to więzienie. Gdyby zdecydował się opowiedzieć o kulisach zabójstwa Jacka Ż., o zleceniodawcach i innych uczestnikach tamtego zdarzenia, mógłby posłać dochliwa kilka osób. A sam miałby podstawę dooczekiwania nazłagodzenie kary. Wyjść z więzienia po dwudziestu pięciu latach a nie wyjść nigdy to jednak duża różnica”, mówi były gangster.
Narazie Kato milczy i siedzi z drobnymi przestępcami, z którymi nawolności nawet nie raczyłby porozmawiać.
* * *
Zaprzywłaszczenie mafijnych pieniędzy
Zbliżał się wieczór, gdy w kieszeni Marka D. „Doriana” odezwał się telefon. Dzwonił Pershing. Nie pytał, czy jego kierowca ma czas.
– Zaraz masz być u mnie – rzucił. – Jedziemy nawycieczkę.
– Dokąd?
– A co cię to obchodzi? Moja sprawa. A jak naHawaje, to odmówisz?
– NaHawaje nie dojedziemy samochodem.
– Nie mądrz się. Ty wszędzie dojedziesz, jak ci każę.
Ton jednoznacznie wskazywał, że boss nie żartuje.
Dorian rozłączył się, wskoczył w mercedesa i mniej więcej pół godziny później parkował podwillą Andrzeja K. w Ożarowie. Ten już czekał poddomem. Wyraźnie mu się śpieszyło.
– Kurs naLublin – powiedział, wsiadając. – Wiesz, jak tam jechać?
Dorian wzruszył ramionami.
– Szefie, doLublina to ja mogę z zamkniętymi oczami – odparł.
Ruszyli.
Wystarczyły dwie godziny, by mercedes sunął lubelskim Krakowskim Przedmieściem. Zatrzymał się przed jednym z eleganckich hoteli, gdzie znajdowało się kasyno, doktórego ciągnęli nie tylko lokalni biznesmeni, ale i bogaci przybysze zza Buga.
W tej jaskini hazardu krążyły wielkie pieniądze, które jednak rzadko kiedy lądowały w portfelach grających. Ale bez względu nato, kto i ile tracił, jednym z tych, którzy zarabiali zawsze, był AndrzejK. Jego pomysł nabiznes w kasynie wydawał się dziecinnie prosty – miał w nim swoich ludzi, którzy pożyczali graczom (rzecz jasna podstołem) pieniądze. Nawysoki procent.
Popyt był tak wielki, że współpracownicy lidera Pruszkowa ledwie nadążali z podażą – tracący wszystko, z czym przyszli, hazardziści dramatycznie potrzebowali zastrzyku gotówki. Nawet jeżeli dług miał w przyszłości wywołać lawinę ponurych konsekwencji. Nakręceni alkoholem, przerażeni, że właśnie stracili ostatnią złotówkę, biegali po sali, szukając facetów, którzy – jakimś cudem – zawsze mieli wypchane portfele. I chętnie pożyczali, nie tłumacząc szczegółowo, naczym polega deal. W tych niepisanych umowach nie było informacji małym drukiem, tylko siano z ręki doręki i krótki przekaz: „Rozliczasz się w ciągu trzech dni”.
Dla amatorów ruletki te trzy dni były jak wieczność. Po czym wcale nierzadko okazywało się, że nazebranie żądanej kwoty nie wystarczyłyby nawet trzy lata…
Nawalali jednak nie tylko dłużnicy, ale i ludzie Pershinga. Fakt, niezwykle rzadko, ale zdarzało się…
W takiej właśnie sprawie Andrzej K. przyjechał z Dorianem doLublina.
– Frajer mi wisi hajs, a mówi, że nie ma – oznajmił podczas podróży. – Ciekawe, co on z tą forsą zrobił? Widzisz, Mareczku, mógłbym mu tę kasę odpuścić, bo nie chodzi o jakąś wielką sumę. Ale są, kurwa, zasady! On ma mi wyjaśnić, gdzie przepultał kasę, ukorzyć się i zadeklarować termin zwrotu!
Kasyno znajdowało się naparterze. Ochroniarze, którzy doskonale wiedzieli, kim są właśnie przybyli goście, rozstąpili się naboki i ukłonili grzecznie.
Pershing niemal natychmiast dostrzegł winowajcę. Facet siedział przy stoliku, smętnie pochylony nad szklanką whisky, sprawiając wrażenie człowieka przygotowanego naspotkanie z przeznaczeniem.
Zbliżyło się doniego nadystans wyciągniętej ręki.
– Nad czym się tak, chuju, zastanawiasz? – zapytał Pershing.
Mężczyzna podniósł głowę i wpatrywał się przez chwilę w bossa tępym wzrokiem.
– A w czym rzecz? – wybełkotał.
– Już ty dobrze wiesz, w czym, frajerze. Nie strugaj wariata, bo skończysz gorzej, niż zakładam w tej chwili.
Współpracownik Andrzeja K. milczał przez chwilę.
– Nie mam, szefie – wyznał grobowym głosem. – No nie mam…
– Gówno mnie to obchodzi. Możesz sobie nie mieć, ale oddać, kurwa, musisz.
– Nie mam. Przegrałem.
– Jak to: przegrałeś? Przecież ty nie jesteś odgrania, tylko odpożyczania frajerom!
– Wiem. Ale pomyślałem sobie…
– I nie jesteś, kurwa, odmyślenia!
– Ale pomyślałem, że pofarci mi się. Że pójdzie mi karta i nie będzie żadnego problemu. Teraz nie mam. Nie oddam.
W tej samej chwili Pershing nie wytrzymał – jego pięść wylądowała natwarzy nieszczęśnika, który spadł z krzesła i rozciągnął się jak długi napodłodze. Prawdopodobnie natym skończyłaby się „fizyczna” część kary, gdyby mężczyźnie nie odbiło. Wbrew logice i instynktowi samozachowawczemu chwycił zakrzesło i ruszył w stronę bossa. Próbował załatwić problem w najbardziej nierozsądny sposób, czyli podwpływem impulsu zamiast chłodnej kalkulacji. Pershing uderzył po raz drugi, po czym krzyknął doDoriana:
– Dawaj poddrzwi!
Kierowca wybiegł naparking, włączył silnik i z piskiem kół podjechał nawstecznym podgłówne wejście, uderzając w drzwi. Szkło posypało się nachodnik. Otworzył bagażnik i wbiegł dokasyna. Razem z Pershingiem wyciągnęli dłużnika nazewnątrz i bijąc go po głowie, zapakowali dokufra.
Dla nieszczęśnika rozpoczęła się najtrudniejsza podróż i najgorszy czas w życiu.
W środku nocy mercedes zajechał dojednej z mafijnych dziupli podWarszawą, gdzie nażywą przesyłkę czekało trzech oprawców. Mieli wytłumaczyć opornemu, że z Pershingiem nie pogrywa się w taki sposób. Że pieniądze się oddaje i – przede wszystkim – nie podnosi się ręki naszefa. Mężczyznę katowano dzień i noc, w zasadzie bez żadnej przerwy. Zmieniały się ekipy dręczycieli, ale bicie nie ustawało. Nie było zabawy w dobrego i złego policjanta. Złym był każdy.
Trzy dni później Pershing zadzwonił doswojego szofera.
– Odwieź klienta doLublina. Ma dość.
W dziupli, gdzie trzymano ofiarę, oczom Doriana ukazał się koszmarny widok. Jak wspominał po latach: „Myślałem, że rzucę pawia. Przede mną stała jakaś ociekająca krwią masa, która człowieka przypominała jedynie w niektórych fragmentach. Głowa wyglądała tak, jakby przez kilka godzin trzymał ją w ulu pełnym wściekłych pszczół. To był napompowany balon. Bez oczu, bez ust”.
– Po coś się, człowieku, stawiał? – zapytał skatowanego, gdy jechali w stronę Lublina.
Pytanie było retoryczne.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
OD NARRATORA. Jarosław Sokołowski „Masa”
OD AUTORA. Artur Górski
Prolog
Okładka
