Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Krwawe porachunki za przyzwoleniem strażników, broń palna w celach, handel narkotykami, wszechobecna korupcja – oto La Picota, jedno z najcięższych więzień świata; zakład karny, do którego trafiają największe „gwiazdy” międzynarodowego podziemia kryminalnego, od camorry po Clan del Golfo.
Artur Górski, który – po wielu miesiącach starań o zgodę – przybył do tego miejsca, aby spotkać się z osadzonym tu Polakiem, pokazuje świat trudny do wyobrażenia i zrozumienia; rzeczywistość brutalnej walki o przetrwanie, gdzie odkupienie win jest chyba sprawą najmniej istotną. Chociaż Kolumbia kojarzy się wielu z realizmem magicznym Gabriela Garcíi Márqueza, to jednak współcześnie bliższy prawdy o niej jest realizm penitencjarny.
Autor relacjonuje również swoje spotkanie z Nicolasem Escobarem, ukochanym bratankiem Pabla, osławionego szefa kartelu z Medellín. Okazuje się, że wszystko, co wiemy na temat kolumbijskich narcos, jest kreacją świata filmu i ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Chcecie wiedzieć, jak jest naprawdę? Sięgnijcie po „Byłem w kolumbijskim więzieniu”.
Artur Górski – reporter, autor wielu książek o tematyce kryminalnej, laureat nagrody Bestseller Empiku za pierwszy tom serii „Masa o polskiej mafii”. Od lat zajmuje się problematyką międzynarodowej przestępczości zorganizowanej, czego efektem są takie książki, jak „Ruska mafia” (wywiad z byłym rezydentem rosyjskiej ośmiornicy w Polsce) czy „Gangi Izraela”. Ma na koncie również pozycje beletrystyczne oparte na faktach, takie jak „Spowiednik mafii”, a także serial audio „Dorwać gangstera”.
Niedawno ukazały się trzy tomy jego najnowszej serii „Polscy gangsterzy”.
Występuje w programach telewizyjnych, m.in. „Interwencja”, „Miasto gniewu” i „Polska – największe tajemnice”.
Jest twórcą podcastu „Zbrodnia 22.05” i jego prowadzącym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 161
Copyright © Artur Górski & Jacek Semerga, 2026
Projekt okładki
Paweł Panczakiewicz
Zdjęcie na okładce
freepik.com/reewungjunerr
Zdjęcia w środku pochodzą
z prywatnego archiwum Artura Górskiego.
Redaktor inicjujący
Michał Nalewski
Redaktor prowadzący
Anna Kubalska
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-556-3
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
ROZDZIAŁ 1
Taksówka powoli wyjeżdża z Candelarii…
Candelaria to najbardziej „cywilizowana” i elegancka dzielnica Bogoty; mieszanka Hawany, Nowego Jorku i czegoś jeszcze, czego nie jestem w stanie sprecyzować, choć pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to Stambuł. Jest jeszcze ciemno, bo słońce – zresztą jak w całej Kolumbii – wschodzi tu po szóstej rano, a my wyruszyliśmy o piątej. Zaraz za Candelarią zaczyna się okolica, która w niczym już nie przypomina tej pierwszej – to początek gigantycznej faweli, która ciągnie się kilometrami i zdaje się nigdy nie kończyć. Przylepione do siebie liche, choć kolorowe, rudery, wyrastają tu na potężnych wzgórzach.
To Barrio San Cristóbal, czyli Dzielnica Świętego Krzysztofa, patrona wszelkiej maści podróżników, również tych, którzy jadą do dziwnych miejsce… Tak jak ja.
Na ulicach jest pusto, tu życie jeszcze się nie zaczęło. W pewnym momencie spomiędzy lichych domków wyrasta gigantyczny, nowoczesny wieżowiec – pasuje tu, jak to mówią, niczym pięść do nosa. Pytam taksówkarza, kim są mieszkańcy tego dość osobliwego w tych okolicznościach przyrody obiektu – trudno sobie wyobrazić kogoś, kto dysponując sporą gotówką (bo pewnie mieszkania tu nie są tanie), decyduje się na taki adres. Taksówkarz się uśmiecha i podjeżdża pod apartamentowiec – okazuje się, że został on wzniesiony przy samej krawędzi skały. Można sobie wyobrazić, jak pod wpływem drobnego ruchu tektonicznego rozsypuje się niczym domek z kart i spada w przepaść. Teoretycznie w tym miejscu nie powinno nic stanąć, a już na pewno nie gigantyczny budynek wielorodzinny, ale ktoś komuś dał łapówkę i udało się zrealizować ten osobliwy projekt budowlany. Grunt był tani, a mieszkania swoje kosztują. Tym zaś, że pewnego dnia dojdzie tu do wielkiej katastrofy, nikt się nie przejmuje. Ostatecznie wszyscy kiedyś umrzemy, nie ma więc sensu roztrząsać kwestii związanych z rachunkiem prawdopodobieństwa.
Dziękuję kierowcy za wyjaśnienie i wracam do lektury entuzjastycznej recenzji pewnej książki, która ukazała się kilka miesięcy wcześniej w Stanach Zjednoczonych. Autorką Three years in a Colombian prison (Trzy lata w kolumbijskim więzieniu) jest Marnie Gellhorn – jak zapewnia wydawca, dziennikarka o wielkiej renomie, która zjeździła cały świat w poszukiwaniu sytuacji niebezpiecznych i wstrząsających.
Gellhorn odbyła rozmowę z niejakim Artistedesem Jesúsem Gonzalesem Riohachą, który przeszedł przez piekło zakładu karnego La Picota, uważanego za jedno z najcięższych więzień na świecie. Dlaczego trafił za kraty? Nie wiem, bo jak dotąd nie było mi dane przeczytać tej książki. Wiem jedno: Gellhorn poznała La Picota z relacji swojego rozmówcy. A ja właśnie tam jadę i mam w kieszeni potwierdzenie, że zostanę wpuszczony do środka na spotkanie z pewnym Polakiem, który spędził w La Picota dokładnie tyle samo czasu, co Riohacha wraz ze swoimi – używając gwary więziennej – waflami.
Po mniej więcej czterdziestu minutach jazdy taksówka opuszcza fawele i mknie szeroką aleją Caracas, która prowadzi prosto do dzielnicy La Picota.
*
Wiadomo – Kolumbia to kokaina, czekolada i kawa. Co kto lubi, ale chyba kawa przede wszystkim. Ale żeby poznać smak prawdziwej kolumbijskiej kawy najwyższej jakości, cierpkiej i gęstej niczym smoła, trzeba wiedzieć, gdzie ją podają. Nie każda kawiarnia w Bogocie czy Medellín oferuje napój, którego smak pozostanie w pamięci na długo, ale jeśli dobrze się trafi, przyjemność będzie naprawdę duża.
Ale żadna, choćby najlepsza, kawa nie smakuje tak jak ta, którą pije się o piątej rano, czekając na wejście do jednego z najsłynniejszych więzień świata – La Picota. Ta dziwna kawiarnia na świeżym powietrzu (o szóstej rano w Bogocie przeważnie jest bardzo zimno, i to bez względu na porę roku) to tak naprawdę kilkusetosobowa kolejka mężczyzn, którzy przybyli tu, aby spotkać się z uwięzionymi synami, ojcami, przyjaciółmi. Porozstawiane wzdłuż więziennego ogrodzenia stragany z kawą i słodyczami to pewnie niezły biznes. Każdy, kto czeka na wejście – a czeka się całymi godzinami – wypija po kilka kubków gorącego napoju. Nie, kawa pod La Picota nie jest najwyższej jakości, jest wręcz podła, ale smakuje jak żadna inna, a mnie, Polakowi, przywodzi na myśl słowa piosenki popularnej niegdyś za kratami: „czarny chleb i czarna kawa opętani samotnością, myślą wciąż szukają szczęścia, które zwie się wolnością”…
W kolejce nie ma kobiet, bo to dzień wizyt wyłącznie męskich. Panie przychodzą tu w innym terminie i trochę w innym celu, ale o tym w kolejnych rozdziałach. Jeśli pojawia się jakaś kobieta, to znaczy, że jest funkcjonariuszką zakładu karnego i przyszła sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy kolejka się nie buntuje. Bo jednak po kilku godzinach czekania niektórzy zaczynają być nerwowi. Przynajmniej teoretycznie, bo większość doskonale zdaje sobie sprawę, że na drugą stronę przejdą wyłącznie ci, którzy nie robią problemów. A przecież trzy, może cztery godziny w kolejce to nie jest jakieś wielkie wyzwanie – tego dnia nie pada, wiatr nie przeszkadza, a kawa pobudza, więc w czym problem?
Strażniczka, z którą umówiłem się przed więzieniem (a raczej ktoś mnie z nią umówił), prowadzi mnie do kolejki i przekazuje pod opiekę mężczyzn, których zna – oni też czekają na wejście. Prosi ich, aby – gdy już będziemy po kontroli i wszelkich procedurach związanych z wejściem na teren więzienia – pokazali mi, gdzie jest wejście do sali widzeń patia 33 w bloku dla osadzonych czekających na ekstradycję do Europy. Zapewniam, że sam mogę zapytać strażników, ale ona kręci głową: nie, wszystko będzie działo się bardzo szybko, nikt nie będzie miał czasu, żeby ci pokazać, gdzie, co i jak – jeśli nie wiesz, jak dotrzeć tam, dokąd chcesz, to twój problem.
Kobieta odchodzi, a ja czuję się nieswojo, bo oprócz paszportu (który zresztą zostawię na „bramce”) praktycznie nic przy sobie nie mam – ani pieniędzy, ani telefonu. Spodnie spadają mi z tyłka, bo pasek musiałem zostawić w hotelu wraz z zegarkiem i wszelkimi innymi przedmiotami, z którymi do zakładu karnego po prostu nie można wejść. Żeby było jasne: do polskich więzień też zbyt wiele nie da się wnieść, więc nie jest to dla mnie zaskoczeniem. O wejściu z dyktafonem mogłem tylko pomarzyć… Co więcej, zeszyt i długopis do spisywania opowieści moich rozmówców również mogłyby zostać uznane za prowokację wobec wymiaru sprawiedliwości.
Stojąc w kolejce, modlę się, aby nie spadł deszcz – kazano mi bowiem odpiąć kaptur od kurtki i… po prostu wrzucić go do kosza. Wiadomo – mężczyzna w kapturze awanturujący się jest.
Na szczęście deszcz nie spadł.
W pewnym momencie dostaję olbrzymi worek foliowy oraz cztery kupony z narysowanym wesołym kurczakiem. Ten, kto mi to wręcza (nie mam pojęcia, który dział administracji reprezentuje), pyta, czy pollo asado, a więc pieczony kurczak, będzie mi smakował. Bo jeśli nie, jest jeszcze do dyspozycji kurczak panierowany. Jestem nieco oszołomiony tym niespodziewanym pytaniem, więc tylko wzruszam ramionami i odpowiadam, że zjem wszystko, co mi podadzą. Tym bardziej że nie mam pojęcia, gdzie – ani czy w ogóle – kupony zostaną zamienione na potrawy i czy nie biorę udziału w jakiejś dziwnej grze. Wybieram kurczę pieczone, ale równie dobrze mógłbym wybrać kurczę blade…
Tajemnica rozwiąże się na jednym z kolejnych etapów wchodzenia do La Picota – zostanę zatrzymany przez ubranego na biało (biel, powiedzmy, nie do końca nieskazitelna) mężczyznę, który zaciągnie mnie do pomieszczenia wypełnionego po sufit niewielkimi pojemnikami – być może przedsionek kuchni? – i wrzuci do mojego worka kilka z nich. To sprawi, że poczuję się znacznie lepiej – ostatecznie nie idę w gości z pustymi rękami, ale z aprowizacją. Jeszcze wtedy nie wiem, że kurczaki zostały opłacone przez osadzonego, do którego się wybieram, i będą stanowić jeden z elementów przyjęcia. Ale to za jakiś czas.
Równo o ósmej rano otwierają się drzwi i strażnik pozwala wejść do środka, choć wpuszcza jedynie po kilkanaście osób – te, które stoją na końcu kolejki, nie mają co marzyć, że przekroczą próg przed dziewiątą. Mnie udaje się zabrać już z drugą grupą. Kwadrans po ósmej funkcjonariusz sprawdza mój paszport i potwierdza, że szef jednostki wyraził zgodę na moją wizytę. Potem przechodzę przez pierwszą bramkę, która nie wykrywa przy mnie żadnego metalu – jestem czysty, mogę iść dalej. Ci, którzy się ociągają, słyszą zniecierpliwione siga, siga, czyli wezwanie do sprawnego poruszania się do przodu.
Na kolejnej „granicy” zostaje mi zabrany paszport, a w zamian wręczony numerek potwierdzający, że mój dokument tożsamości znajduje się u strażników. Na moich rękach pojawiają się trzy stemple: pierwszy informuje, że jestem odwiedzającym La Picota, drugi – że mam prawo poruszać się po określonym bloku, a trzeci – że odwiedzam patio 33.
Owe stemple w danym momencie są moimi jedynymi dokumentami tożsamości, zaświadczającymi, że nie należę do „elitarnego” grona osadzonych – gdybym zmył je w trakcie wizyty, miałbym problem z opuszczeniem więzienia. Każdy, kto choćby zatarł tusz, musiał się gęsto tłumaczyć funkcjonariuszom guardii w czasie wychodzenia z jednostki. A mnie naprawdę w czasie wizyty przeszło przez myśl, żeby je zmyć, bo generalnie nie należę do zwolenników pacykowania ciała. Brrrr…
Potem trafiam do miejsca, w którym pobierane są odciski palców, jednak nie w formie elektronicznej – tu trzeba przyłożyć kilka palców do nasączonej tuszem gąbki, a potem wytrzeć ręce w brudną szmatę, która pamięta tysiące gości. Analizator DNA pewnie by zwariował…
Nie udaje mi się doczyścić dłoni, więc odruchowo wycieram je w kurtkę, pozostawiając na jasnej tkaninie kilka czarnych plam. Mimo wielokrotnego prania nie zejdą już nigdy. Taka pamiątka.
Wszystkie te procedury kontroli odwiedzających niekoniecznie są komfortowe, choć strażnikom niczego nie mogę zarzucić – wykonują swoją pracę bardzo sprawnie i w miarę kulturalnie. Ale kiedy z radia zaczyna płynąć jakiś kolumbijski przebój, w którego refrenie pojawiają się słowa: que romantico, a strażnicy głośno wtórują wokaliście, zaczynam się śmiać i nie jestem w stanie przestać. Mój śmiech jest zaraźliwy – po chwili śmieją się już wszyscy w kolejce, uświadamiając sobie absurd sytuacji.
Do „mojego” budynku idę z jednym z mężczyzn, którzy obiecali doprowadzić mnie do oddziału. Młody człowiek, ubrany na czarno i generalnie stanowiący ideał Latynosa na miarę wzoru z Sèvres, chętnie ze mną rozmawia. Jestem wprawdzie dopiero na początku mojego romansu z językiem hiszpańskim, ale rozumiem, że przybył tu w odwiedziny do ojca, który przez całe życie zajmował się handlem narkotykami i dopiero teraz, po pięćdziesiątce, po raz pierwszy trafił za kratki. Za to z niebagatelnym wyrokiem – sześciu lat. Młodzieniec macha lekceważąco ręką i mówi: „Takie życie. Jak się robi to, co mój ojciec, to nie ma cudów, żebyś nie trafił do więzienia. Najważniejsze, że nie zamknęli go w USA, bo wtedy miałby naprawdę przechlapane”.
Pytam, czy uważa, że amerykańskie więzienia są gorsze niż kolumbijska La Picota, a on odpowiada bez cienia wątpliwości: „Może są czystsze, porządniejsze, ale stamtąd Kolumbijczyk raczej nie wraca. I życie ma tam koszmarne. To już lepiej od razu się powiesić”.
Wraz z kilkunastoma mężczyznami siadam na murku w pobliżu wejścia do bloku numer 3 – pod drzwiami stoi w rzędzie jedenaście plastikowych foteli ogrodowych. Widok ten kojarzy mi się jednoznacznie z sanatoryjnym tarasem, na którym pensjonariusze opalają się po wyczerpujących zabiegach medycznych. Ale to nie sanatorium, raczej coś w rodzaju konkursu piękności (a właściwie: czystości). Strażnik wzywa nas, abyśmy usiedli na fotelach, a my karnie ruszamy w ich stronę.
Pozostali doskonale wiedzą, co nas czeka, a ja cały czas naiwnie sądzę, że strażnicy zlitowali się nad nami i udostępnili nam wygodne siedziska, abyśmy nie maltretowali tyłków na murku.
Siedzimy więc, gdy po jakiejś minucie – nie wiedzieć skąd – wybiegają olbrzymie psy i zaczynają na nas skakać. Nie wiem, ile ich było, nie liczyłem, ale wydaje mi się, że przypadał mniej więcej jeden pies na jednego człowieka. Kłębią się przy nas, obwąchują, wskakują łapami na kolana; niektóre z nich mają pyski posmarowane białą substancją, pewnie zawierającą kokainę, bo to jej szukają. Nie, nie chcę opowiadać bajek, że psy były jakoś szczególnie groźne, że warczały i szczerzyły kły – przeciwnie, były wręcz słodkie, ale… podejrzewam, że gdyby wywąchały u mnie coś podejrzanego, przestałoby być miło.
*
Na marginesie: niewiele brakowało, a w ogóle nie dostałbym się do środka. Ba, nawet nie pozwolono by mi podjechać w okolice więzienia, żeby zrobić zdjęcie z daleka.
Dzień po mojej wizycie kolumbijskie media obiegła wiadomość, która pewnie w każdym innym kraju wywołałaby szok opinii publicznej, ale niekoniecznie w Kolumbii. Otóż strażnicy La Picota odkryli broń w przesyłce zaadresowanej do jednego z więźniów – był to pistolet CZ, kaliber 9 milimetrów. Natychmiast ruszyło śledztwo – należało ustalić nie tylko, kto i po co nadał przesyłkę, ale przede wszystkim, czy na terenie więzienia nie ma więcej broni. Szybko się okazało, że na patio (można to przetłumaczyć jako oddział) 31 znajduje się prawdziwy arsenał – sto dwadzieścia pięć sztuk broni (tak napisała jedna z gazet – ja uważam, że nieco przesadziła, ale kto wie?), poza tym telefony komórkowe i alkohol. Więzienie zostało zamknięte – jeszcze bardziej niż na co dzień. Na miejscu pojawiły się wojsko oraz policja, które otoczyły La Picota, a śledczy (także wojskowi) rozpoczęli dochodzenie.
W grę wchodziły dwie wersje wydarzeń – planowany był albo bunt, albo ucieczka z wzięciem zakładników.
Przy okazji media przypomniały, że tego typu odkrycia nie należą w kolumbijskich zakładach karnych do rzadkości – miesiąc wcześniej, w kwietniu 2025 roku, w więzieniu La Guafilla (znajduje się ono w mieście Yopal, około 150 kilometrów od Bogoty) znaleziono całkiem sporą kolekcję broni, wykonanej metodami chałupniczymi, a także telefony komórkowe, karty SIM oraz narkotyki.
*
Po kontroli z udziałem psów, które oczywiście nie znalazły u mnie niczego podejrzanego, wchodzimy do bloku i zaczynamy się rozchodzić po poszczególnych patiach. Tak się jakoś składa, że nikt nie umie mi wytłumaczyć, gdzie jest sala odwiedzin przypisana do patia 33. Krążę więc po więziennych korytarzach, co chwila wracam do punktu wyjścia, aż w pewnym momencie zatrzaskują się za mną okratowane drzwi i zostaję sam w przestrzeni, w której z pewnością nie pojawią się ci, do których tu przyjechałem. Nie – „panika” to za duże słowo, ale na pewno w głowie zaczynają mi krążyć rozmaite myśli typu: A co, jeśli nikt się nie zjawi i zostanę tu na dłużej? Na szczęście w końcu dostrzegam jakiegoś faceta, który nie wygląda na strażnika – być może jest osadzonym – i zaczynam do niego wołać. Szybko przychodzi mi z pomocą, przyprowadzając klawisza, który otwiera mi drzwi. „Do kogo przyszedłeś?” – pyta. Odpowiadam, że czeka na mnie pewien Polaco. Strażnik wie, o kogo chodzi. Kiwa głową i prosi, abym poszedł za nim.
W końcu zostaję wpuszczony do olbrzymiej pustej sali, do której wątłe dzienne światło wpada jedynie przez małe zakratowane okna. Siadam przy jednym z pięciu (a może sześciu?) metalowych stołów i czekam. Kilku osadzonych – w tym Dips, o którym będzie trochę później – już tam jest, ale generalnie wokół panuje głucha cisza.
Mniej więcej po kwadransie drzwi się otwierają i w progu staje grupa mężczyzn – w tym Jacek Semerga. Chociaż nigdy wcześniej go nie widziałem, znałem jego twarz z publikacji w internecie, dlatego od razu go rozpoznaję. Mnie rozpoznawać nie trzeba, bo na razie jestem jedynym odwiedzającym, który został wpuszczony do sali widzeń. Z czasem pojawią się inni…
Uśmiechamy się do siebie – myślę, że do samego końca nie wierzyliśmy, że nasze spotkanie dojdzie do skutku. Tym bardziej że władze kraju były szczególnie zainteresowane wizytą polskiego dziennikarza – w tamtejszej Prokuraturze Generalnej złożyłem wniosek o spotkanie z szefem zakładu karnego La Picota, a także – jeśli to możliwe – z przedstawicielem dyrekcji służby więziennej, czyli INPEC, ale dostałem odpowiedź odmowną. To znaczy nie tyle mi odmówiono, ile odwlekano decyzję, sugerując, abym skontaktował się dodatkowo z innymi instytucjami państwowymi, które powinny wiedzieć o moich odwiedzinach. Ten ping-pong z administracją rządową trwał prawie pół roku, dlatego wreszcie postanowiłem wystąpić o zwykłe widzenie, tak jakbym był krewnym osadzonego. W tym przypadku zgoda zależała jedynie od szefa La Picota, ten zaś wydał ją bez większych problemów.
Kiedy ruszałem w podróż do Ameryki Południowej, miałem obawy, że wiele instytucji państwowych zdaje sobie sprawę, że mój wniosek to lipa – i że tak naprawdę jadę po materiał do publikacji. Z dzisiejszej perspektywy uważam jednak, że mój niepokój był wręcz śmieszny – do Kolumbii przyjeżdżają naprawdę różni dziwni ludzie, którzy chcą tam robić jeszcze dziwniejsze interesy, więc facet, który po prostu od czasu do czasu napisze jakąś książkę, nie jest obiektem wartym większego zainteresowania. No i dobrze!
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
ROZDZIAŁ 1. PRZEZ FAWELE DO WIĘZIENIA
Okładka
