Marcel i czas - Emilia Becker - ebook
NOWOŚĆ

Marcel i czas ebook

Emilia Becker

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Piękna międzypokoleniowa opowieść o tym, że najlepsze, co możemy podarować bliskim, to nasza uwaga.

W domu dziesięcioletniego Marcela każda minuta jest zaplanowana. Zaganiani rodzice dzielą życie między ważne projekty a dyżury w szpitalu, gubiąc gdzieś po drodze radość i spontaniczność. Gdy chłopiec trafia pod opiekę surowego dziadka, niedawno emerytowanego profesora, obaj czują się zagubieni. Dzieli ich wiek, zainteresowania i mur wzajemnego niezrozumienia.

Wszystko zmienia się, gdy w jednej z zakurzonych książek odnajdują niezwykłą przesyłkę. Nieżyjąca od lat babcia Helena zostawiła dla nich niespodziankę – grę, która poprowadzi ich tropem dawnych wspomnień, smaków i miejsc. Wspólne poszukiwanie wskazówek krok po kroku kruszy mury. Z każdym rozwiązanym zadaniem poważny profesor i uwięziony w harmonogramach chłopiec uczą się, jak smakuje prawdziwe życie bez pośpiechu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 101

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1.

Marcel nienawidził czasu.

Kojarzył mu się z zegarkiem na nadgarstku mamy, na który ciągle zerkała, nawet w niedzielne popołudnia. Z zegarem migającym przy kierownicy samochodu, w którą tata nerwowo uderzał, gdy odwoził Marcela do szkoły, powtarzając co chwilę, że traci pół życia w korku. Z harmonogramem przyczepionym przez mamę na lodówce, z którego wynikało, że mieli z tatą odgrzać kolację o piątej trzydzieści, a o szóstej Marcel powinien zacząć odrabiać lekcje, żeby o ósmej piętnaście pójść spać. Tylko mama nie trzymała się swojego harmonogramu. Kiedyś zapisywała w nim godzinę powrotu z dyżuru w szpitalu, ale tak często zdarzało jej się wracać później, że w końcu ostatnia linijka rozpiski zniknęła na dobre. Marcel dopiero niedawno nauczył się zasypiać, nie czekając, aż zgrzytnie klucz w zamku.

Dziadek musiał więc naprawdę niewiele wiedzieć o Marcelu, skoro na pierwszą komunię podarował mu zegarek.

– Ode mnie to, co każde dziecko w naszej rodzinie dostawało z tej wyjątkowej okazji – powiedział swoim uroczystym tonem, wręczając wnukowi skórzane pudełko.

W środku, na białej poduszce, błyszczała czarna tarcza, wokół której krążyła cienka wskazówka.

– Kiedy byłam w wieku Marcela, powtarzałeś mi, że nie można w życiu stracić nawet dziesięciu minut – wtrąciła się mama.

– I nadal tak uważam – powiedział dziadek, po czym przystawił sobie otwarte pudełko do ucha. – Tykanie to piękny i groźny dźwięk. Nic nie jest cenniejsze niż czas, jak mówił święty Bernard.

Dziadek, kiedy o czymś mówił, wymieniał nieznane Marcelowi nazwiska lub tytuły. Przeczytał wszystkie na świecie książki i myślał, że inni też je przeczytali. Budził taki respekt, że Marcel miał ochotę mówić do niego „proszę pana” albo przynajmniej „proszę dziadka”.

Nie można było z nim porozmawiać o samochodach ani o telefonach. Zresztą, on w ogóle nie rozmawiał, tylko przemawiał. Mówił bardziej donośnie niż inni. Podobno dzięki temu studenci dobrze go słyszeli nawet z najdalszych miejsc w auli. Kiedy zabierał głos przy świątecznym obiedzie, wszyscy cichli i kiwali głowami.

Koledzy czasami pytali: „Jak to jest mieć dziadka profesora?”. Inaczej. Przykładowo, dziadkowie kolegów odliczali dni do emerytury, a dla dziadka Marcela było to zakazane słowo. Przed przyjęciem komunijnym mama ostrzegała tatę: „Nie przypominaj mu o tym, że niedługo przejdzie na emeryturę. To dla niego trudne”.

Dziadek mieszkał niedaleko, jednak znajdował czas dla rodziny tylko w święta. Co innego babcia. Marcel spędzał z nią całe dnie, zanim poszedł do przedszkola. Zmarła, kiedy miał cztery lata, i prawie już jej nie pamiętał. Mama mówiła, że dziadek zawsze był bardzo zajęty, ale od śmierci babci zaczął pracować jeszcze więcej. Wygłaszał wykłady, pisał książki i jeździł na konferencje. Ubierał się inaczej niż dziadkowie kolegów Marcela. Zawsze pod krawatem, w garniturze i kapeluszu. Zresztą on w ogóle nie wyglądał na dziadka. Był szczupły, chodził energicznie i nawet włosy miał nie do końca siwe, tylko takie z czarnymi pasmami. Marcelowi marzył się inny dziadek: zawsze uśmiechnięty, z siwą brodą i okrągłym brzuszkiem.

Przy dziadku każdy udawał kogoś innego, więc Marcel też zataił, że nie podoba mu się podarowany zegarek. Żeby to jeszcze był smartwatch! Czy dziadek nie słyszał o tym, że zegarkiem można robić zdjęcia albo podłączyć do niego słuchawki? Chłopiec schował pudełko na dno szuflady. Nie zamierzał nosić żadnego zegarka! I tak wystarczająco często wszyscy mu przypominali, która jest godzina, na co już za późno, a na co jeszcze za wcześnie.

Kiedy nadeszły wakacje, miał nadzieję, że wreszcie będzie mógł zapomnieć o czasie. A gdzie tam! W lipcu mama zapisała go na półkolonie, a na początku sierpnia pojechał z rodzicami na wycieczkę do Indii, podczas której przewodniczka ciągle ich popędzała, żeby zdążyli zwiedzić wszystkie zabytki.

Ostatnie dwa tygodnie wakacji Marcel miał spędzić z opiekunką, dla której mama już zdążyła przygotować listę zajęć. Wszystko zostało zaplanowane aż do chwili, gdy w taksówce, która wiozła ich do domu z lotniska, mama odebrała telefon. Na początku milczała, a potem zaczęła wyrzucać z siebie całą masę pytań, każde z nich wykrzykując coraz głośniej:

– Czy pani jest niepoważna? Jak tak można, przecież się umawiałyśmy?! Co pani sobie myśli?!

Rozłączyła się i przez chwilę wpatrywała się w ekran telefonu tak, jakby nie wierzyła, że to dzieje się naprawdę.

– Opiekunka? – spytał tata.

– Wyobraź sobie, nie może zająć się Marcelem! Dostała ofertę pracy za granicą.

– Spokojnie, coś się wymyśli. – Tata położył dłoń na ramieniu mamy, ale ona ją strąciła.

– Nawet nie próbuj mnie uspokajać! Nie wierzę w żadne „coś się wymyśli”, tylko w solidne plany!

Odwróciła twarz w kierunku okna.

– Wszystko już miałam poukładane! Kogo ja znajdę na jej miejsce? Teraz, w środku sierpnia – mówiła do siebie takim tonem, jakby miała ochotę się rozpłakać ze złości. Marcel dobrze znał ten stan. Mama wpadała w niego wtedy, kiedy coś szło nie po jej myśli.

– Chyba że… – zaczął tata.

Spojrzenia rodziców spotkały się na wystarczająco długą chwilę, by przeskoczyła między nimi iskra.

– Nawet o tym nie myśl! – ucięła mama.

– Przecież teraz ma więcej czasu… – kontynuował tajemniczo tata.

– Ale kompletnie nie zna się na dzieciach! Jeszcze dziś kogoś znajdę. Zobaczysz!

Na znak tego, że się nie podda, uderzyła telefonem w rozłożoną na kolanach torebkę.

Przez cały wieczór Marcel słyszał dochodzący zza drzwi swojego pokoju coraz bardziej zachrypnięty głos mamy.

– Nie da rady? No tak, wakacje. Może mi pani kogoś polecić?

Ciekawe, co się stanie, jeśli do jutra opiekunka się nie znajdzie? Może mama albo tata wezmą dodatkowy urlop? Nie, to niemożliwe. Nawet w Indiach odbierała SMS-y od swoich pacjentek, a do taty ciągle dzwonił szef z pytaniami o jakiś ważny projekt. Mama już od pierwszego dnia wakacji narzekała, że tęskni za pracą, za to tata ostatniego dnia powiedział, że najchętniej nigdy by do pracy nie wracał.

Marcel marzył tylko o tym, żeby przez te dwa ostatnie tygodnie wolnego mógł robić to, na co ma ochotę. Ściągnąłby sobie na telefon wszystkie na świecie gry w ukryte obiekty. Na ekranie przedstawiającym zagracony pokój potrafił odnaleźć każdy przyciśnięty książką ogon myszy i każdy ukryty na dnie starej skrzyni klucz. Radosny dźwięk, po którym na ekranie pojawiała się czarodziejska różdżka i rozsypujący się wokół niej gwiezdny pył, potwierdzały, że znów mu się udało. Nigdy nie korzystał z podpowiedzi. Wiedział, że najtrudniej było znaleźć wcale nie te przedmioty, które były dobrze schowane, lecz te, które znajdowały się na pierwszym planie.

A potem jeszcze obejrzałby sobie wszystkie na świecie odcinki programów kulinarnych, w których gotowały dzieci. On wprawdzie gotować nie potrafił, ale marzył o tym, by kiedyś zaserwować jakieś wykwintne danie: zaróżowiony plaster mięsa z chrupkimi warzywami, udekorowany fantazyjnym kleksem sosu. Chciał chodzić na warsztaty kulinarne, ale mama uznała, że to mało ambitne i w zamian zapisała go na kilka innych kółek, między innymi na znienawidzone przez Marcela zajęcia historyczne.

A co robiłby potem, gdyby już zagrał we wszystkie gry i obejrzał wszystkie programy? Właściwie to nie miał pojęcia. Może choć raz miałby szansę nie robić nic i poczekać, aż spotka go jakaś przygoda… To wszystko mogłoby się zdarzyć, gdyby tylko mamie do jutra nie udało się znaleźć opiekunki.

2.

Następnego dnia obudziło go pomrukiwanie ekspresu do kawy. Rodzice, wyszykowani jak do pracy, krzątali się po kuchni. Mama w białej bluzce, dopasowanych spodniach i szpilkach, a tata w T-shircie i dżinsach.

– Mmm… dobra kawa mi wyszła – powiedział tata, zanurzając usta w białej piance. Drugą filiżankę podał mamie, a ona wypiła jej zawartość dwoma haustami, lewą ręką nasypując sobie musli do miseczki.

Dzień zaczął się tak jak każdy inny, a jednak Marcel miał wrażenie, że kiedy rodzice zauważyli go w drzwiach kuchni, na chwilę znieruchomieli. W dodatku czekało na niego coś wyjątkowego: kanapki z Nutellą, na którą mama pozwalała bardzo rzadko.

– Dobrze, że wstałeś. Już miałam cię budzić – powiedziała i przysunęła do brzegu stołu talerz z kanapkami.

Marcel odgryzł pierwszy kawałek i odczekał, aż czekoladowy smak rozpłynie się w ustach. Mama błyskawicznie opróżniła swoją miseczkę musli i co chwilę zerkała – a to na zegarek, a to na tatę, który nakładał na kromkę kolejno plasterki sera, szynki, pomidora i ogórka.

– Ile czasu można zaoszczędzić, jedząc musli – westchnęła, obracając łyżkę w pustym naczyniu.

W milczeniu posłuchali płynących z radia ostatnich dźwięków piosenki, po których zabrzmiały słowa: Jest ósma. Dziś w całym kraju słonecznie, bez opadów. Jak spędzacie ten leniwy, letni poranek? Piszcie do nas. Najciekawsze SMS-y nagrodzimy.

– Nie smakuje ci? – zdziwiła się mama, zatrzymując rozbiegany wzrok na ledwie nadgryzionej kanapce Marcela.

– Przecież nie idę dziś do szkoły. Nie muszę się spieszyć.

– Do szkoły nie idziesz, ale spieszyć się musisz.

Tata przyklepał palcem plaster pomidora.

– Zdecydowaliśmy, że tak będzie najlepiej – powiedział.

Marcel nie miał pojęcia, o co chodzi, ale teraz był już pewien, że rodzice coś ukrywają.

Korek w śródmieściu z każdą minutą gęstnieje – kontynuował głos z radia.

Słowo „korek” działało na mamę jak rozkaz do wyjścia z domu. Wstała, wrzuciła miskę do zlewu i odkręciła kurek.

– Zjedz kanapki, a potem jedziemy do dziadka – powiedziała tak szybko, jakby chciała mieć to już za sobą. Nutella nagle wydała się Marcelowi gorzka.

– Do tego dziadka? – zapytał.

– A masz jakiegoś innego? – odparła mama, wciąż odwrócona i pochylona nad zlewem.

– Ale… on nigdy nie ma czasu.

– Trudno, tym razem będzie musiał go znaleźć. Przed wakacjami przeszedł na emeryturę. Obiecał, że zajmie się tobą przez dwa tygodnie.

Marcel przypomniał sobie rozmowę w taksówce. Więc to o dziadku mówili wtedy rodzice…

– Przecież on nie zna się na dzieciach! – Marcel powtórzył słowa taty.

Tata głośno przełknął duży kęs kanapki.

– Kto wie? – Wzruszył ramionami. – Może go nie doceniamy?

Mama wytarła ręce, narzuciła torebkę na ramię i poprawiła grzywkę przed lustrem w korytarzu.

A więc to już postanowione? Właśnie rozwiały się plany Marcela na najbliższe dwa tygodnie. Nie pogra sobie w gry ani nie poogląda programów kulinarnych. I na pewno nie spotka go żadna przygoda…