39,99 zł
CZY MOŻNA ZNALEŹĆ NOWĄ MIŁOŚĆ, GDY WCIĄŻ ŻYJE SIĘ W CIENIU POPRZEDNIEJ?
Była zrozpaczona, gdy opuścił ją tak nagle. Pozostawiona sama sobie, bezbronna. Nowy mężczyzna miał pomóc zapomnieć o przeszłości i otworzyć nowy rozdział. Ale jedna myśl nie dawała jej spokoju: kim tak naprawdę był jej poprzedni mąż? Czy kiedyś będzie mogła się od niego uwolnić?
W Małżeństwie we troje Schmitt z właściwą sobie wnikliwością i finezją opowiada historie niewidzialnych miłości – tych, których nie wyznajemy ani sobie, ani bliskim, tych, które są w nas przecież tak intensywnie obecne, ale pozostają umiejscowione na granicy świadomości. Éric-Emmanuel Schmitt to najchętniej czytany w Polsce francuski pisarz, autor m.in. bestsellerowego Oskara i pani Róży oraz zachwycającej swym rozmachem serii Podróż przez czas (dotychczas ukazały się dwa pierwsze tomy, Raje utracone i Brama do nieba). Jego książki, przetłumaczone na 35 języków, zdobyły wiele nagród na całym świecie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 250
Data ważności licencji: 2/19/2030
Gdy pewnego dnia do jej drzwi zadzwonił trzydziestolatek w niebieskim garniturze i zapytał, czy jest tą Geneviève Grenier z domu Piastre, która pięćdziesiąt pięć lat wcześniej, trzynastego kwietnia po południu w katedrze Świętej Guduli poślubiła Édouarda Greniera, niemalże zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, odparowując, że nie bierze udziału w żadnym teleturnieju. Jak zwykle jednak nie chciała nikogo zranić, powstrzymała się więc i po prostu odparła cicho:
– Tak.
Niebieski garnitur, zachwycony odpowiedzią, przedstawił się jako notariusz, mecenas Demeulemeester, i poinformował ją, że jest jedyną spadkobierczynią zmarłego właśnie Jeana Daemensa.
– Co?
Oczy Geneviève zaokrągliły się ze zdziwienia.
Urzędnik przestraszył się, że popełnił gafę.
– Nie wiedziała pani, że pan Daemens nie żyje?
Gorzej: nie wiedziała, że istniał! To nazwisko nie budziło w niej żadnych wspomnień... Jean Daemens? Czyżby neurony odmawiały jej posłuszeństwa, tak samo jak nogi? Czyżby nic już nie działało? Jean Daemens? Jean Daemens? Zmieszała się i poczuła winna.
– Ja... mam dziurawą pamięć. Proszę powiedzieć mi o nim coś więcej. W jakim wieku był ten pan?
– Urodził się w tym samym roku co pani.
– Coś więcej?
– Pan Daemens mieszkał w Brukseli przy alei Lepoutre 22.
– Nie znam nikogo w tej dzielnicy.
– Przez długi czas prowadził sklep z biżuterią w Galerie de la Reine. Nazywał się L’Atout Coeur.
– Ach, tak, pamiętam ten butik. Bardzo elegancki.
– Zamknął go pięć lat temu.
– Często oglądałam jego wystawę, ale nigdy tam nie weszłam.
– Słucham?
– Nie miałam na to pieniędzy... Nie, nie znam tego pana.
Notariusz podrapał się w głowę.
Geneviève Grenier uznała za stosowne dodać:
– Przykro mi.
Na te słowa mecenas podniósł wzrok i powiedział wyraźnie, patrząc na nią:
– Szanowna pani, jeżeli chce pani zachować swoje sekrety dla siebie, nic mi do tego. Jestem tutaj nie po to, aby rozprawiać o pani stosunkach z panem Daemensem, lecz po to, by wykonać jego ostatnią wolę, ponieważ ustanowił panią swoim jedynym spadkobiercą.
Geneviève, dotknięta aluzjami, jakimi naszpikowana była wypowiedź notariusza, już chciała się usprawiedliwiać, gdy urzędnik wszedł jej w słowo:
– Mam do pani tylko jedno pytanie: przyjmuje pani spadek czy go odrzuca? Niech się pani zastanowi przez kilka dni. Jeżeli go pani przyjmie, proszę nie zapominać, że może pani odziedziczyć zarówno dobra, jak i długi.
– Co?
– Zgodnie z prawem, jeżeli spadkobierca przyjmie spadek, ma prawo do mienia po zmarłym, ale też jest zobligowany spłacić długi, jeżeli zmarły je miał.
– A miał?
– Czasem spadek to same długi.
– Tak jest w tym przypadku?
– Prawo zabrania mi udzielić pani odpowiedzi na to pytanie.
– Ale przecież pan to wie! Proszę powiedzieć!
– Prawo, szanowna pani! Składałem przysięgę!
– Drogi panie, jestem w wieku pana matki. Chyba nie wpakowałby pan swojej matki staruszki na jakąś minę, nie?
– Nic nie mogę pani wyjawić. Oto moja wizytówka. Proszę przyjść do mnie do kancelarii, gdy podejmie pani decyzję.
Mężczyzna strzelił obcasami i się pożegnał.
W ciągu kolejnych dni Geneviève roztrząsała sprawę na wszystkie strony.
Zadzwoniła nawet do swojej przyjaciółki Simone po poradę. Opisała jej całą historię tak, jakby przydarzyła się jej sąsiadce.
Simone natychmiast zawołała:
– Twoja sąsiadka, zanim cokolwiek odpowie, musi zebrać dokładne informacje. Zawód tego pana?
– Miał sklep z biżuterią.
– To nic nie znaczy. Mógł być zarówno bogaty, jak i zrujnowany.
– Zamknął go pięć lat temu.
– Widzisz? Zbankrutował!
– Daj spokój, Simone, w naszym wieku nie chce się już pracować.
– Co jeszcze?
– Mieszkał przy alei Lepoutre.
– Własne mieszkanie?
– Chyba.
– To za mało... Jeżeli biznes mu nie szedł, mógł obciążyć mieszkanie hipoteką.
– A jeżeli tak, to kto może o tym wiedzieć?
– Bank, ale nigdy nie udzielą ci takiej informacji. Na co umarł?
– Słucham?
– Rozumiesz, jeżeli umarł na jakąś chorobę, ten kolega twojej sąsiadki, to nie jest źle. Ale jeśli popełnił samobójstwo, to niepokojące. To znaczy, że miał długi i nie wytrzymał.
– Niekoniecznie, Simone. Mógł się zabić, bo dowiedział się o czymś strasznym. Na przykład, że ma raka.
– Hm...
– Albo że jego dzieci zginęły w katastrofie lotniczej...
– Miał dzieci?
– Nie. Nie uwzględnił ich w testamencie.
– Hm... Ale nie powiesz mi chyba, że samobójstwo nie jest podejrzane!
– Sąsiadka nie wspominała o samobójstwie.
– Nawiasem mówiąc, ta sąsiadka – czy to przypadkiem nie ona załatwiła gościa? Zabiła kochanka, gdy się dowiedziała, że zapisał jej wszystko w testamencie.
– Simone, nie wiemy, jak zmarł!
– To tylko dowodzi, że twoja sąsiadka jest przebiegła.
– Nie był jej kochankiem!
– Och, Geneviève, nie udawaj głupiej! Oddał jej taką żyłę złota, chociaż nie była jego kochanką? Nie wierzę w to!
Pytanie „Przyjąć czy odrzucić?” stale pociągało za sobą kolejne: „Kim był ten ktoś?” i „Co łączyło ofiarodawcę z obdarowaną?”. Toteż gdy kolejna osoba, tym razem jej kuzyn, który knuł intrygi w ubezpieczeniach, odradził przyjęcie spadku, Geneviève szybko postanowiła przestać sondować otoczenie.
Przez kolejne dni popadała z jednej skrajności w drugą. Przyjąć? Odmówić? Czuła się, jakby ktoś powiedział jej: wszystko albo nic! Chociaż z powodu spadku nie mogła spać, rozkoszowała się tym poruszeniem, bulwersującym jej myśli: w jej życiu wreszcie powiało przygodą... Bez przerwy rozważała różne za i przeciw.
Po upływie siedemdziesięciu dwóch godzin zajęła w końcu stanowisko.
Udała się do mecenasa Demeulemeestera niczym hazardzistka: skoro ostrożność nakazywała odrzucić ofertę, ona postanowiła ją przyjąć! Nie znosiła bowiem swojej powściągliwości, tego bojaźliwego umiarkowania, za które przez całe życie ganiła samą siebie. Zwłaszcza że w wieku osiemdziesięciu lat niewiele już ryzykowała... Gdyby odziedziczyła długi, nie mogłaby ich spłacić, gdyż jej jedynym dochodem był minimalny zasiłek, dzięki któremu przeciętny obywatel może przeżyć. Gdyby okazało się, że ma kilka milionów długu, nikt by jej przecież nie zajął tej śmiesznej emerytury. Nie rozwijała jednak tej hipotezy. Czuła, że jeśli będzie dalej mędrkować, to okaże się, że najlepszym wynikiem jej rachunków jest jej rzekoma brawura, bo przecież nie ryzykowała nic ryzykownego...
Dobrze, że to zrobiła! Krótko mówiąc, Geneviève przypadła w udziale fortuna: pełne konto w banku, trzy mieszkania w Brukseli, z czego dwa wynajęte, meble, obrazy i dzieła sztuki przechowywane przy alei Lepoutre 22 i wreszcie wiejski domek na południu Francji. Natychmiastowym efektem jej nieoczekiwanego awansu społecznego było to, że notariusz zaproponował jej swoją opiekę nad majątkiem.
– Zastanowię się nad tym, proszę pana. Czy do testamentu nie dołączono żadnego listu?
– Nie.
– Jakiegoś dokumentu na moje nazwisko?
– Nie.
– Jakie dziwactwo skłoniło go, żeby wybrać mnie?
– Nie miał rodziny.
– Dobrze, ale dlaczego ja?
Notariusz przypatrywał jej się w milczeniu. Zaczynał wątpić. Albo, tak jak przypuszczał, rzeczywiście była kochanką zmarłego handlowca i sprawdzała tylko, ile urzędnik wykaże taktu; albo mówiła prawdę, a on miał przed sobą najdziwniejszy przypadek, z jakim się spotkał w życiu...
Geneviève nalegała:
– Pan go dobrze znał, mecenasie.
– Nie, przejąłem tę sprawę od mojego poprzednika.
– Gdzie jest pochowany?
Mecenas uznał, że jeśli chce mieć w Geneviève klientkę, musi z nią współpracować. Zniknął więc, wydał swoim pracownikom kilka poleceń i po pięciu minutach wrócił z kartką papieru w ręku.
– Cmentarz Ixelles, kwatera pierwsza, rząd drugi, piąty grób po lewej stronie.
Geneviève udała się tam jeszcze tego samego dnia.
Pogoda była kiepska. Z brudnego nieba sączyło się skąpe, szare światło, bardziej ponure niż betonowe ściany budynków; które gasiło blask twarzy snujących się przechodniów o przygnębionych minach. Chociaż nie padało, buty przemakały; w powietrzu wisiało coś groźnego...
Geneviève wysiadła z autobusu przed trzema kawiarniami przylegającymi do wejścia na cmentarz. Przez szyby było widać, że przy stolikach nikt nie siedzi, a osowiali kelnerzy ziewają. Tego dnia nie było żadnego pogrzebu... Geneviève, owijając ciaśniej apaszkę wokół szyi, zadrżała, wyobraziwszy sobie, na czym polega ich praca: rozmyślają na temat śmierci, wdowom serwują parujące ziółka, sierotom – lemoniadę, mężczyznom pragnącym zapomnieć nalewają piwo... To pewne, że tutaj serwetki służą raczej do osuszania łez niż do ocierania ust...
Ponieważ monumentalna krata z kutego żelaza nie zechciała ustąpić, Geneviève weszła na cmentarz małą furtką z lewej strony, pozdrowiła pracownika cmentarnego w zielonym kombinezonie, po czym doszła do okrągłego placu otoczonego dębami.
Gdy skręciła w aleję, żwir zaskrzypiał jej pod nogami. Jakby krzyczał: „Odejdź, jesteś obca, zawróć!”. Tak, słusznie, w tym mieście bogaczy nie miała nic do roboty. Chociaż domy skurczyły się do rozmiarów piwniczek czy wręcz grobowców, ich luksus, ich posągowa pretensjonalność, ich pełne przepychu kolumny przypominały jej, że ona, nic nieznacząca bez pieniędzy, nie miała nic wspólnego z żadnym z jego mieszkańców. Niektóre grobowce rodzinne umiejscowione wzdłuż alei wysadzonej niebieskimi cedrami miały po dwa wieki; zdezorientowana Geneviève zastanawiała się, dlaczego tylko bogacze obnoszą się ze swoją genealogią. Czyż biedacy nie mieli przodków?
Szła przed siebie z pochyloną głową, powtarzając sobie, że nigdy nie będzie mogła wykupić sobie tu kwatery.
To znaczy tak, będzie mogła, teraz, gdy...
Przerażona tymi rachubami zadrżała, przeżegnała się, aby obronić się zarazem przed tym miejscem, jak i przed swoimi błądzącymi myślami.
– Raz... dwa... trzy... cztery... pięć. To tu.
Na grobie z ciemnego granitu, wypolerowanym tak, że odbijały się w nim pochylone nad płytą drzewa, złotymi literami wypisane było nazwisko Jean Daemens. Zdjęcie wkute w płytę nagrobka po prawej stronie nazwiska przedstawiało pochowanego tu mężczyznę, czarnowłosego i czarnookiego, w wieku około czterdziestu lat. Miał szczere, wyraźne, męskie rysy, pełne usta i uśmiechał się radośnie.
– Jaki przystojny mężczyzna...
Nie znała go. Nie, nigdy nie miała do czynienia z tym człowiekiem. Zdecydowanie nie. A jednak coś w jego twarzy wydawało się jej znajome... Co? Z pewnością jego typ urody. Tylu ciemnowłosych mężczyzn ma takie śródziemnomorskie rysy, że można mieć wrażenie, że już się ich gdzieś spotkało. A może kiedyś się na niego natknęła, choć nie zwróciła na to uwagi... Raz, a może dwa... Gdzie? W każdym razie nigdy z nim nie rozmawiała – tego była pewna!
Pogrążyła się w kontemplacji zdjęcia. Dlaczego ją wybrał? Co było przyczyną jego hojności?
Czy to możliwe, by miała brata, o którego istnieniu nie wiedziała? Brata bliźniaka?... Absurd! Rodzice by jej o tym powiedzieli! A gdyby tak było, to przecież odnalazłby siostrę, nie?
Pojawiło się też pewne nowe pytanie: dlaczego ten Jean Daemens nie objawił się jej za życia? Dlaczego dał o sobie znać dopiero wtedy, gdy nie ma go już na tym świecie?
Z antracytowego nagrobka wciąż uśmiechała się do niej tajemnica.
Geneviève, bezradna i zbita z tropu, miała wrażenie, że jej dobroczyńca wpatruje się w nią ze zdjęcia. Wybełkotała:
– Hm... dziękuję. Dziękuję panu za prezent... równie bajeczny, co niespodziewany. Tylko przy okazji należy mi się jakieś wyjaśnienie, prawda?
Portret się rozjaśnił. Dojrzała w tym obietnicę wytłumaczenia sytuacji.
– Bardzo dobrze. Ja... liczę na pana.
Nagle wybuchła nerwowym śmiechem. Jak mogła być tak durna, żeby rozmawiać na głos z nagrobkiem?
Spojrzała w bok i zobaczyła, że tuż przy niej, pod numerem czwartym, znajduje się grób podobny do grobu Jeana Daemensa. Podobny? Dokładnie taki sam! Poza nazwiskiem i portretem wszystko, od rozmiaru płyty i jej koloru, po wąski mosiężny krzyż zawieszony na nagrobku, było imitacją sąsiedniego grobu: takie same złote litery, identyczne liternictwo, ta sama estetyka.
– „Laurent Delphin”? Ciekawe, ten zmarł pięć lat wcześniej.
To podobieństwo stanowiło nić łączącą oba groby, czy raczej obu mężczyzn. Geneviève przestudiowała fotografię, przyjrzała się trzydziestoletniemu blondynowi, pełnemu uroku, który wydał jej się równie pociągający jak Jean Daemens, i na tym zakończyła śledztwo.
– Wariuję chyba...
Znów popatrzyła na Jeana Daemensa, zrobiła przepraszającą minę, wykonała przed nim wyszukany ukłon, po czym stwierdziła, że w odróżnieniu od innych grobów na jego płycie nie było ani wazonu, ani skrzynki na kwiaty. Czyżby przewidział, że nikt nie będzie przychodził z bukietem na jego grób? Obiecała sobie, że wkrótce przyniesie tu jakąś wiązankę, i ruszyła w powrotną drogę.
– Mimo wszystko – westchnęła, wychodząc z alei – jaki wspaniały człowiek...
O ile rano uważała się za szczęściarę dlatego, że otrzymała taki prezent, o tyle od kilku chwil schlebiało jej, że również darczyńca okazał się czarujący.
Nagle poczuła, że jego niezrozumiałe intencje z każdą chwilą stają się dla niej trudniejsze do zniesienia.
– Dlaczego? Dlaczego on i dlaczego ja?
*
Pięćdziesiąt pięć lat wcześniej dzwony katedry Świętej Guduli biły całą swoją mocą.
Przed ołtarzem świeża i zachwycająca Geneviève Piastre, wysmukła jak lilia w swojej białej sukni z tiulu, brała właśnie ślub z krzepkim chłopem, Édouardem Grenierem, zwanym Eddy. Mężczyzna przez cały czas się rumienił, czując się nieswojo w wypożyczonym garniturze, bo zwykle nosił kombinezon mechanika. Oboje promienieli – wzruszeni, pełni namiętności, niecierpliwie czekając na szczęście. Dzięki pewnemu wujkowi mogli wziąć ślub w tej szacownej katedrze, gdzie celebrowała różne swoje uroczystości rodzina królewska, a nie w posępnym kościółku w ich dzielnicy. Ksiądz rozpływał się nad nimi, a za ich plecami rodzina i przyjaciele drżeli z radości na myśl o zabawie do rana. Dla Geneviève zaczynał się oczywiście najpiękniejszy okres jej życia...
Nie przyszłoby jej do głowy spojrzeć ponad rzędami ławek pełnych gości w głąb wielkiej katedry na to, co działo się tuż przy przedsionku, przez który z bijącym sercem weszła do katedry, trzymając pod ramię swojego ojca.
Przy przedostatniej kolumnie, w mroku, pod osłoną figury Szymona Apostoła, który machał pozłacaną piłą, klęczeli dwaj mężczyźni zatopieni w myślach. Przyjęli podobną postawę jak para zajmująca pełne blasku miejsce przed ołtarzem.
Kiedy ksiądz zapytał Eddy’ego Greniera, czy zgadza się poślubić Geneviève, jeden z mężczyzn, brunet, wypowiedział zdecydowanie „tak”. Następnie gdy ksiądz postawił to samo pytanie Geneviève, przytaknął blondyn, czerwieniąc się. Mimo kilkudziesięciu metrów, jakie dzieliły ich od ołtarza, i odbywającej się przed nim ceremonii, zachowywali się tak, jakby sługa boży w żółtawym świetle witraży zwracał się do nich.
Ksiądz oznajmił: „Ogłaszam was mężem i żoną”. Podczas gdy pod figurą Chrystusa łaskawego oficjalni nowożeńcy pocałowali się w usta, ci nieoficjalni zrobili to samo. W tej samej sekundzie, gdy Eddy i Geneviève dopełnili zwyczaju wymiany obrączek przy dźwiękach pieśni sączącej się z organów, brunet wyjął z kieszeni futerał, z niego – dwie obrączki i wsunął je dyskretnie na palec drugiego mężczyzny i swój.
Nikt ich nie zauważył.
I nikt też nie zwrócił na nich uwagi, gdy po zakończeniu nabożeństwa nadal klęczeli, wzruszeni, pogrążeni w modlitwie, podczas gdy uczestnicy ślubu przetoczyli się przez nawę główną.
Gdy na dziedzińcu przed kościołem goście weselni składali nowożeńcom życzenia, dwaj mężczyźni wciąż trwali pogrążeni w rozmyślaniach w przyjaznym mroku kościoła. Kiedy ucichły klaksony i okrzyki radości, a oni postanowili się ruszyć, znaleźli się u szczytu pustych schodów, bez fotografa, który uwieczniłby ten moment, ani rodziny i znajomych, którzy obsypaliby nowożeńców ryżem i wiwatowali na ich cześć, wychodząc naprzeciw szczęściu młodej pary. Za jedynego świadka mieli gotycką wieżę ratusza, u szczytu której święty Michał Archanioł w oślepiającym słońcu powalał smoka.
Pospiesznie udali się do mieszkania bruneta przy alei Lepoutre 22, gdzie skryli się za zamkniętymi okiennicami; mieli więcej wolności niż Geneviève i Eddy, nie musieli nudzić się aż do wieczora, by w pościeli dać wyraz swojej namiętności.
Ku swojemu wielkiemu zdumieniu Jean zakochał się w Laurencie.
Od czasu gdy zaczął dorosłe życie, Jean kolekcjonował potajemne spotkania, gorące chwile rozkoszy, kochanków, z którymi nie łączyła go miłość. Apetyt na doznania zmysłowe zmuszał tego podrywacza do polowania na nie, spędzał więc długie godziny na wałęsaniu się po barach i saunach, przesiadywaniu w parkach, błądzeniu po klubach nocnych. Tam, w dymie, którym się brzydził, przy dźwiękach muzyki, jakiej nienawidził, węszył zdobycz, którą mógłby zaciągnąć do siebie.
Zanim spotkał Laurenta, wydawało mu się, że przepada za tym wolnym, libertyńskim życiem; lecz już przy pierwszych pocałunkach z Laurentem dostrzegł, że nie było ono ani tak chlubne, ani tak zuchwałe, jak oceniał. Choć dało mu dużo przyjemności, orgazmów i narcystycznej ekstazy, doprowadziło go także do cynizmu. Był donżuanem, który się nie przywiązuje, sprowadza innych do satysfakcji, jakie dają mu ich ciała, skazanym na wieczne rozpoczynanie od początku. Im intensywniej zaspokajał swój popęd seksualny, tym mniej cenił towarzystwo ludzi. Tyle się z nimi pieprzył, że przestał ich szanować.
Laurent przywrócił mu smak, szacunek i upodobanie do życia. Ten młody blondyn, specjalista od oświetlenia w Théâtre Rogal du Parc, z taką samą radością angażował się w rozmowę czy drobne zakupy jak w przygotowanie posiłku lub seks. Wszystko go rozpalało. Dla Jeana pojawienie się w jego życiu Laurenta było początkiem rewolucji: on, który znał tylko lubieżność, odkrył miłość. Jego żywotne usposobienie pod wpływem takiego wstrząsu doprowadzało go do skrajnych zachowań: schlebiał kochankowi, obsypywał go podarunkami i pocałunkami oraz rzucał się na niego pełen pożądania.
Jean dążył więc do tego, by uświęcić ich związek. Ponieważ społeczeństwo nie zezwalało na legalne małżeństwo dwóch mężczyzn, wymyślił pewien wybieg. Przynależność do mniejszości seksualnej nie ciążyła ani Jeanowi, ani Laurentowi, tak bardzo po prostu cieszyli się z życia; życie na marginesie napawało ich nawet swego rodzaju dumą – wiedzieli, że są rzadkim gatunkiem, więc odczuwali dreszcz właściwy wtajemniczonym i pysznili się tym, że bywają zarazem w świecie widzialnym i świecie niewidocznym, w środowisku zwyczajnym i w podziemiu. Na co dzień niewiele ich obchodziło, że do tego, co większość ludzi dostawała bez problemu, oni nie mieli dostępu. Gdyby naprawdę tego chcieli, graliby tak, by – podstępem – to otrzymać...
Tak właśnie się pobrali, za plecami Eddy’ego i Geneviève, w katedrze Świętej Guduli, owego trzynastego kwietnia po południu.
Było wyłącznie dziełem przypadku to, że właśnie te dwie pary wspólnie uczestniczyły w nabożeństwie. Nic więcej by ich zapewne nie połączyło, gdyby Laurent w romantycznym impulsie nie zerwał z tablicy w urzędzie gminy oficjalnego ogłoszenia ślubnego ich bliźniaczej pary. Kilka dni później wkleił ten papier do albumu ze zdjęciami, po czym stworzył ich własne ogłoszenie, informujące o zaślubinach Jeana Daemensa i Laurenta Delphina – fałszywe, lecz dla nich bardzo autentyczne.
Dzięki temu, że zaistniało w ich albumie, zapamiętali nazwisko Grenier. Dlatego, gdy w dzienniku „Le Soir” pojawił się anons o narodzinach Johnny’ego Greniera, syna Eddy’ego i Geneviève, zwrócili na niego uwagę. Poruszył ich. Tego ranka doświadczyli – może po raz pierwszy – uczucia znanego tylko homoseksualistom: bólu towarzyszącego pewności, że ich miłość, choćby była nie wiem jak mocna, nie wyda na świat żadnego owocu.
Poszli na chrzest.
Wujek, który poprzednim razem umożliwił im wzięcie ślubu w katedrze Świętej Guduli, tym razem nie mógł załatwić Geneviève i Eddy’emu budynku bardziej szykownego niż ich parafialny kościółek pod wezwaniem Matki Boskiej Niepokalanej. Dychawiczna fisharmonia zastępowała tu organy, a proboszcz wypluwał z siebie kazanie, które do uszu wiernych docierało przez antyczne szare głośniki, podobne do jarzeniówek. To jednak nie przeszkadzało ani Geneviève, szczęśliwej, że została matką, ani Jeanowi i Laurentowi, olśnionym tymi narodzinami; tylko Eddy czuł złość. Stojąc tu, pośrodku żółtawej kaplicy z zatłuszczonymi siedzeniami i wąskimi witrażami, pośród ponurych figur z woskowanego drewna obłożonych większą ilością sztucznych kwiatów niż grób w dniu pogrzebu, mechanik wracał do rzeczywistości: miał dwadzieścia sześć lat i małżeństwo go nużyło. Jasne, Geneviève nadal była wesoła, zakochana, płomienna, ale życie małżeńskie wpędzało go w poczucie winy. Czuł się winny, że jak dawniej przesiaduje z kolegami w barze, że za dużo pije, za dużo żartuje, że czasem podrywa dziewczyny, że pożera różne świństwa, frytki lub słodycze, zamiast jeść potrawy przygotowywane przez Geneviève, że wyleguje się w łóżku z rozłożonymi ramionami, zostawiwszy radio ryczące na cały regulator, że chodzi po domu w kalesonach, nic nie robiąc, krótko mówiąc – że zachowuje się tak jak wcześniej. Nie znosił się kontrolować, zmuszać do poprawy, do życia w czystości, do rozwagi, odpowiedzialności, lojalności. To wszystko było wbrew jego naturze! Cierpieć to wszystko tylko po to, by używać żony tak często, jak miał na to ochotę? Rachunek wydawał mu się słony... Poza tym na widok tego płaczącego w pieluchach gnojka Johnny’ego o zaczerwienionej twarzy przeczuwał, że to wszystko raczej nie ma szans się ułożyć.
Chociaż podczas ceremonii robił dobrą minę do złej gry, jego ponury nastrój nie uszedł uwagi obu mężczyzn zadekowanych w głębi kaplicy. Jean i Laurent byli zszokowani. Co? Ten idiota nie zdaje sobie sprawy, jakie ma szczęście, że może założyć rodzinę! Bałwan! Całą swoją sympatię przelali na promieniejącą Geneviève.
Nazajutrz przesłali rodzicom wózek z dołączonym listem, w którym rzekomo urzędnicy gminni gratulowali mamie i tacie potomka.
Potem życie obu par wróciło do normy. Każda z nich zaczęła we własnym rytmie zbliżać się do swojej prawdy.
Jean i Laurent trwali w nieprzemijającym błogostanie. Jean, sprawdziwszy, czy mógłby pracować z Laurentem w teatrze przy różnych projektach artystycznych, stwierdził, że nie ma w tej dziedzinie żadnego talentu. Bez żalu za pieniądze odziedziczone po ojcu kupił butik i zajął się sprzedażą biżuterii. Ponieważ miał dobry gust, który podobał się kobietom, a w dodatku traktował klientki czule i wylewnie, jego interes szybko się rozkręcił. L’Atout Coeur zyskało sławę miejsca, którego nie mogła nie znać żadna brukselska damulka, tak dobrze Jean im doradzał.
Miłość między Jeanem i Laurentem kwitła. Nie kryli swojego wspólnego życia, lecz też nie obnosili się z nim. Niczego się nie wstydzili ani niczego nie domagali. Ich sytuację można było określić zdaniem comprenne qui voudra, zrozumie, kto zechce. Pod wpływem idei wolnościowych społeczeństwo stawało się jednak bardziej pobłażliwe; władze dręczone przez wojujących społeczników zakazywały dyskryminacji zwolenników tej samej płci. Choć Jean i Laurent doceniali to złagodzenie prawa, nie zmienili swojej postawy: życie w cieniu, niewystawianie się na widok publiczny przysługiwało się ich szczęściu; dzięki takiemu życiu wciąż byli tymi nielegalnymi nowożeńcami, którzy połączyli się w półmroku katedry, ukryci za filarem.
Zmysłowa namiętność między Jeanem a Laurentem z powodu ich powściągliwości bez wątpienia stała się jeszcze mocniejsza, nie osłabła.
Eddy i Geneviève szli inna drogą. Płacz, wrzaski i choroby Johnny’ego dostarczyły Eddy’emu pretekstu, by się oddalić. Po pracy w warsztacie coraz więcej czasu spędzał z kumplami, pijąc lub grając w karty, a do domu wracał tylko na noc. Geneviève zauważyła to oddalenie, lecz zamiast skarżyć się na męża, obwiniała siebie: jeżeli Eddy się od niej odwracał, to dlatego, że z przemęczenia przestała o siebie dbać, karmiła piersią, mówiła głównie o pieluchach, praniu, porcjach syropu.
Urodziła im się córka.
Eddy zaproponował, by nazwać ją Minnie, jak narzeczoną Myszki Miki. Za każdym razem gdy brał ją na ręce, podekscytowany swoim pomysłem, bawił się, szepcząc jej do ucha to mysie imię, a następnie śmiał się do utraty tchu. Geneviève zaakceptowała to przezwisko z nadzieją, że dzięki niemu Minnie zdobędzie miłość ojca; bała się, że jeśli sprzeciwi się pomysłom męża, jego krucha miłość do dzieci przekształci się w nienawiść.
Jean i Laurent, którzy byli wtedy w podróży za granicą, nie wiedzieli, że u państwa Grenierów pojawiło się drugie dziecko. Geneviève poczuła się rozczarowana, że tym razem nie otrzymała, jak poprzednio, prezentu od urzędników z gminy, lecz pocieszała się tym ekskluzywnym wózkiem, który już miała.
Minęło dziesięć lat.
Jean i Laurent od czasu do czasu myśleli z lekką nostalgią o Eddym i Geneviève, lecz bez żadnego konkretnego powodu; twarze tych dwojga należały do ich młodości, która powoli przemijała. Nie próbowali się dowiadywać, co dzieje się u małżonków, których wizerunek zamknęli w pozłacanej ramce dobrych wspomnień.
Lecz przypadek – jak zawsze – sprawił, że szybko sobie o nich przypomnieli.
W swoim sklepiku L’Atout Coeur Jean zatrudnił Angelę, toporną, ciężką, gadatliwą i szczerą włoską gosposię, która mieszkała w ubogiej dzielnicy Marolles. W trakcie jednego ze swoich codziennych monologów, wygłaszanych z miotłą w ręku, wspomniała nazwisko swoich sąsiadów, państwa Grenierów, wymawiając je tak, jakby po „g” stały cztery dźwięczne „r”. Jean zadrżał.
Udał, że zainteresowało go, co Angela ma do powiedzenia, i zaczął ją sprytnie wypytywać.
To, czego się dowiedział, zmroziło go.
Eddy’ego Greniera wyrzucono z warsztatu – szefowi znudziły się jego lenistwo i spóźnienia – a Geneviève musiała znaleźć pracę. Ponieważ zawsze miała zręczne ręce, została krawcową. Pracowała w domu, dzięki czemu mogła zajmować się dziećmi. Jej małżonek, bynajmniej nie wdzięczny, bez przerwy utyskiwał, podbierał jej drobne i dalej próżniaczył.
Tego samego wieczoru Jean pod pretekstem dostawy towaru w jej okolicach zaproponował Angeli, że odwiezie ją do domu.
Gdy dotarli na ulicę Haute, zauważył na chodniku jakiegoś fanfarona w koszulce polo z krótkim rękawem. Szedł z wypiętą piersią, trzymając pod rękę rudą dziewczynę, którą gładził po pośladkach.
– Che miseria! – burknęła Angela. – Ecco il mio vicino.
Jean z trudem rozpoznał w tym bucu postać, która wryła mu się w pamięć: szczupłego wzruszonego młodego małżonka, stojącego przed ołtarzem w katedrze, ubranego w pożyczony garnitur. Eddy utył, miał teraz nalaną twarz. Gdy się przemieszczał, wprawiał w ruch większe masy powietrza. Z jego gestów, miny, postawy sączyło się coś wulgarnego. Wydawało się, że jego waga odzwierciedla jego prawdziwą naturę, w młodości jeszcze uśpioną: jego tumiwisizm i próżność materializowały się w kilogramach.
Jean zamknął oczy.
– Coś nie w porządku, proszę pana?
– Nie. Współczuję małżonce tego człowieka.
– Zdradza ją senza vergogna, biedaczkę.
Zanim Jean wysadził Angelę przed ciężką fasadą jej kamienicy na ulicy des Renards, dowiedział się, że w dzielnicy nie uznawano Eddy’ego, zaś szanowano Geneviève. Zrezygnowanie nadało jej pewnej szlachetności, zaś pełen godności smutek wzbudzał współczucie klientek powierzających jej ubrania do naprawy.
Wieczorem, w kuchni przy alei Lepoutre, Jean opowiedział o tych wszystkich zdarzeniach Laurentowi, który wysłuchawszy go, zmarszczył brwi.
– Ma kochanki i wcale się z tym nie kryje? – fuknął. – Zawsze trzeba być dyskretnym, prawda?
– Zawsze.
Kochankowie popatrzyli sobie głęboko w oczy, zrozumieli się, po czym każdy wrócił do swoich czynności: jeden do obierania warzyw, drugi do nakrywania do stołu. Ta wymiana spojrzeń przypieczętowała pakt, jaki zawarli.
Jean i Laurent nie mieli złudzeń: wiedzieli, że mężczyzna jest mało odporny na pokusy, lecz wiedzieli także coś, w co kobiety zwykle nie chcą wierzyć – że nawet jeśli mężczyzna ulegnie pokusie, nie pociąga to za sobą żadnych konsekwencji. Z tego tylko powodu, że spał gdzie indziej, facet nie będzie swojej partnerki lub partnera kochał mniej. Serce i ciało nie są u niego powiązane. Tam, gdzie angażuje się seksualnie, niekoniecznie angażuje się uczuciowo.
Jean i Laurent zawarli między sobą taką umowę: byli stali w uczuciach, choć nie wierni ciałem; całkowicie zaś zabraniali sobie obnoszenia się z niewiernością lub zakochania. Dopóki pozostawały niezauważone i nie miały żadnych konsekwencji, były tolerowane. Dzięki temu Jean i Laurent się kochali, a przy tym żaden nie wykastrował drugiego.
Mieli więc za złe Eddy’emu jego chamstwo i pogardzali nim za to, że upokarzał swoją żonę; małe dyskretne pchnięcie nie potrzebuje ani reklamy, ani cierpienia.
W ciągu następnych miesięcy dużo rozmyślali o bliźniaczej parze, z której rozpadem nie mogli się pogodzić. Czuli potrzebę, by zainterweniować, opóźnić rozpad tego związku, ale co mogli zrobić? Na jakiej podstawie?
Dostrzegali rozdźwięk między rozmowami swoimi a tamtej pary. Oni sami opłakiwali brak dzieci, lecz z pewnością nie potrafiliby żyć razem tylko ze względu na nie! Byli parą mężczyzn, ta anormalność jednak paradoksalnie ułatwiała im życie, ponieważ dwoje ludzi tej samej płci jest dla siebie bardziej czytelnych niż osobnicy różnej płci. Czy czerpali korzyści z tego życia na marginesie?
W święta Bożego Narodzenia Jean dowiedział się z porannego szczebiotu Angeli, że jej sąsiadka, pani Grenier, właśnie urodziła.
– Che cretino, nie wystarczyło mu rzucać się na wszystko, co się rusza, musiał się jeszcze raz przespać ze swoją ślubną! Povera Geneviève! Teraz będzie miała cztery gęby do wyżywienia, un marito incapace i trójkę dzieciaków!
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Dostępne w wersji pełnej.
Brama do nieba
Człowiek, który widział więcej
Dziecko Noego
Dziennik utraconej miłości
Ewangelia według Piłata
Félix i niewidzialne źródło
Historie miłosne
Intrygantki
Kiedy byłem dziełem sztuki
Kiki van Beethoven
Kobieta w lustrze
Księga o Niewidzialnym
Madame Pylinska i sekret Chopina
Małe zbrodnie małżeńskie
Małe zbrodnie małżeńskie (z ilustracjami)
Małżeństwo we troje
Marzycielka z Ostendy
Moje Ewangelie
Moje życie z Mozartem
Napój miłosny
Noc ognia
Odette i inne historie miłosne
Opowieści o Niewidzialnym
Oskar i pani Róża
Pan Ibrahim i kwiaty Koranu
Papugi z placu d’Arezzo
Przypadek Adolfa H.
Raje utracone
Sekta egoistów
Tajemnica pani Ming
Talent do życia. Najpiękniejsze aforyzmy
Tektonika uczuć
Trucicielka
Ulisses z Bagdadu
Zapasy z życiem
Zazdrośnice
Zemsta i przebaczenie
Tytuł oryginału
Les deux messieurs de Bruxelles
Copyright © Editions Albin Michel – Paris 2012
Copyright © for the translation by Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Projekt okładki
Katarzyna [email protected]
Ilustracje na okładce
© Lera Danilova/iStock, © SurfUpVector/iStock, © robu/AdobeStock, © Good Studio/AdobeStock, © merfin/AdobeStock, © tanarch/AdobeStock, © Kate Rudneva/AdobeStock
Opieka redakcyjna
Ewa Bolińska-Gostkowska
Alicja Gałandzij
Ewa Polańska
Dominika Kardaś
Adiustacja
Ewa Polańska
Korekta
Katarzyna Onderka
ISBN 978-83-240-2488-9
Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37
Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]
Wydanie II, Kraków 2024
Plik opracował i przygotował Woblink
woblink.com
