Małe i większe prozy. Tom 9 - Miron Białoszewski - ebook
Opis

Dziewiąty tom Utworów zebranych Mirona Białoszewskiego zawiera ostatnie z jego tekstów prozatorskich mających wydania książkowe jeszcze za życia autora oraz pośmiertne.

Tytuł pochodzi od wydawcy; liczby mnogiej „prozy” używał sam autor w stosunku do swoich utworów. Oprócz krótkich próz i opowiadań tom zawiera Konstancin – dziennik Białoszewskiego z okresu pobytu w sanatorium w lutym­–marcu 1975 roku, po przebytym na jesieni 1974 roku zawale serca. Dziennik ten pierwotnie był ostatnią częścią tomu szóstego (Zawału), ostatecznie jednak autor przeznaczył go do późniejszej publikacji. Zamykające tom Obmapywanie Europy oraz AAAmeryka miały stanowić zrąb przygotowywanej przez Białoszewskiego na wiosnę 1983 roku nowej książki. Pracę nad nią przerwała śmierć pisarza.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 322

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


zakupiono

w sklepie:

Sklep

Testowy

identyfikator

transakcji:

156747097230882

1

e-mail

nabywcy:

test@virtualo.p

l

znak

wodny:

Okładkę i strony tytułowe projektowali

HENRYK TOMASZEWSKI

MIECZYSŁAW WASILEWSKI

Układ i redakcja tomu

MARIANNA SOKOŁOWSKA

Korekta

DONATA LAM

MARIA KANIEWSKA

MAŁGORZATA DENYS

Księgarnia internetowa

www.piw.pl

© Copyright by the Estate of Miron Białoszewski,Warszawa 2017

ISBN 978-83-06-03376-2

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dorzutki

Baśka

Ciepławo. Deszcz. Ludzie z wysokiego okna. Wyglądam ich, oglądam dla potrzeby przeżyciowo-opisowej. Dla rozkoszy, jak w miłości. A ludzie idą, mokną, myślą i chcą sobie coś tam, męczą się.

Ja się też nieraz męczę w sztuce. Ale to moje męczenie jest wstydliwe przy tym z życia. A inaczej się nie da, jeśli sztuka ma mieć wagę. Musi się złapać za najgorsze. Z tym dreszczem rozkoszy. Jest okrutna, bezwstydna. Rodzaj bóstwa, które ma szansę na dłuższe trwanie kosztem każdym, co podleci. Wszystkożerne.

Baśkę ...ową przeraziło raz załatwienie kogoś po nagłej śmierci kilkoma poezjami.

Kiedy Baśka ...owa leżała na ostatku w szpitalu w Pionkach w maju 1962, nocowałem w jej rodzinnym domu pod Pionkami. W dzień dochodziłem do szpitala. Matki Baśka nie chciała za bardzo dopuszczać. Chciała jej oszczędzić. Matka dawała mi Baśce do szpitala różne delikatności do jedzenia, żeby zjadła cokolwiek. Nie przypuszczała, że koniec aż taki bliski, chociaż przywitali mnie na przyjezdnym, z ojcem Baśki, słowami

— O, z Basią źle, jak przeżyje maj, to będzie dobrze.

Ostatniego dnia wszedłem po cichu, Baśka w separatce leżała nieruchomo.

Bardzo źle wyglądała, jakby umierająca.

Otworzyła oczy.

Spojrzałem na krzesło. Leżały napisane dwie zwrotki mojego z Olgierdem przekładu z RozstawaniaCwietajewej.

— Nie miałam siły więcej przepisać. Adam miał rację, że ja będę umierała i jeszcze będę mówiła o Sandauerze.

Ożywiła się tak, że jej powiedziałem

— Kiedy wszedłem, leżałaś trochę jak martwa, ale teraz zupełnie jesteś inna.

— Ja tak na zmianę odpoczywam i przyglądam się szybie, bo mi się w niej odbija widok spod szpitala, kawałek lasu...

Przyszedł szwagier Baśki. Zajechała siostra, Lusia.

Kiedy wychodzili, umawiając się na jutrzejsze wizyty niedzielne, Basia zawołała

— Tylko błagam, nie wszyscy naraz!

Powiedziała mi w pewnej chwili

— Jeżeli godzę się na pogrzeb tradycyjny, to żeby nie robić zamieszania ani nikomu przykrości.

O rok wcześniej zawiozła mnie taksówką do kościoła i na cmentarz wiejski, żeby mi pokazać, gdzie będzie pochowana. Na jesieni dała mi jakieś swoje czy dodatkowe dowody, żeby dowiedzieć się, czy mogłaby być pochowana w Warszawie w grobie swojej babki na cmentarzu ewangelickim. Okazało się, że trzeba by strasznie dużo trudu, papierków.

— No trudno — Baśka na to — niech będzie wieś.

I to jej zdanie przypomniałem w czasie narad, gdzie ją pochować, czy nie w Pionkach. Oczywiście leży na wsi.

Długi dzień szarzał. Basia chciała coś zjeść.

— Może niech ona mi ugotuje jajko?

Zaniosłem pielęgniarce jajko. Bo chyba salowej nie było. Ugotowała, przyniosła. Baśka spróbowała.

— Jak ona mi ugotowała to jajko? Idź, odnieś jej.

Odniosłem. Dyżurna bez skrzywienia przyjęła uwagę

— Ugotuję drugie.

Baśka powiedziała

— Zmęczyłam się. Zrobię sobie eukodal.

— A to dobrze?

— Muszę.

Zrobiła sobie zastrzyk. Prawie po ciemku. Coś przy tym mówiła. Że może się część rozlała. Po chwili ożywienia

— Wiesz, źle się poczułam, słabo...

— Pójdę po pielęgniarkę.

— Nie, nie, czekaj... Serce mi strasznie bije.

— Zadzwonię po Lusię.

— Nie, nie.

Lusia, siostra Basi, jest lekarką płucną.

Zrobiło się zupełnie ciemno. Baśka powiedziała

— Pokaż rękę, zobacz — przytknęła moją rękę do swojego serca.

Strasznie łomotało.

Coś mówiła szeptem.

— Co? — schyliłem się.

— Strasznie się... — i nie dosłyszałem dalej.

— Zawiadomię Lusię — i wyleciałem do dyżurki.

Lusia i jej mąż, główny lekarz, byli za parę minut. Samochodem. Zrobili zastrzyki. Trochę pomogło.

— To do jutra.

— Pa...

Lusia podwiozła mnie do domu rodziców na wieś samochodem. Paliła papierosa za papierosem. Nic nie mówiąc. Na końcu coś bąknąłem. A Lusia

— Człowieku, ona umiera.

Nie chciała się widzieć z rodzicami.

— Tylko mamie nic nie mów.

— Nie.

Mama potem miała trochę żal do mnie o to.

— Mój Boże, przecież bym poszła jeszcze ją zobaczyć, porozmawiać.

Ja sam słowa Lusi o umieraniu zrozumiałem nie tak dosłownie.

Po niewesołej rozmowie wszyscy się położyliśmy do łóżek. Ja nocowałem w pokoiku przejściowym między pokojem głównym a wyjściem na ganek. Z jednej strony był pusty pokój, gdzie Baśka przebywała zawsze do tej pory. Z drugiej strony pusty pokój, w którym leżała ostatnio, przed wyniesieniem jej na noszach do karetki szpitalnej.

Na chwilę zajrzałem do tego pokoju po ostatniej Baśce. Zamajaczyła mi w kołdrze martwa postać. Szybko odrzucona. Zerwał się wiatr. Bardzo silny i ciepły. Drzwi od pokoju z tapczanem ciągle otwierały się same. Aż przyparłem do nich krzesło. Leżałem na posłaniu na podłodze i spisywałem to, co się dzieje, w liście do Adama. Drzwi łomotały i łomotały.

O jakiejś porze wstałem do łazienki. Zaglądał już dzień. Cisza. Kapała woda z kranu. Zatrzymałem się nieruchomo naprzeciw wanny i okienka. Przypomniało mi się, jak raz wróciłem z łazienki i mówię do Baśki

— Woda z kranu kapie, napisz taki wiersz.

Napisała o kapaniu i o sobie.

W tej chwili kapanie to narastało niedobrze. W zupełnej ciszy. Usłyszałem samochód. Coraz bliżej. Zatrzymał się. Lusia zajechała, to źle — pomyślałem.

Usłyszałem trzask drzwiczek.

Stanąłem w okienku. Czekałem, aż Lusia wejdzie w furtkę. Nie słychać było kroków. Co tak długo? Nikt nie wchodził. Cisza. Żadnego odgłosu motoru. Nic.

Czekałem dalej w okienku łazienki, zdumiony.

Złudzenie?

Wróciłem na posłanie. Leżałem. Pisałem. Przysnąłem po wierzchu. Nagle budzą mnie szybkie uderzenia w drzwi, latanina, płacz.

— Cicho! — krzyk ojca Baśki.

Mama Baśki, płacząc i wołając głośno

— Mój Boże, Basia — otwierała drzwi Lusi.

Lusia wpadła, stanęła w moich drzwiach.

— To już, Miron.

Zajechała samochodem dopiero teraz. Basia umarła o czwartej, po czwartej. Obie z Mirą, drugą siostrą, przyleciały do szpitala natychmiast, bo spały przy telefonie w paltach. Baśka siadała, chwiała jej się głowa. Lusia zaczęła płakać. Baśka do niej

— Głuptas.

Pokazała na radyjko, pożyczone od małej sąsiadki

— Pamiętajcie, radio...

Potem straciła przytomność. Lusia poleciała po księdza.

— Mamie nie mówcie, że nie zdążył.

Mira trzymała Baśkę za rękę.

— W pewnej chwili nie wiedziałam, czy to jej tętno jeszcze, czy tylko moje. Pomyśl, i to ja, co się boję umarłych.

Topololudy

Agnieszka i Malina przyniosły mi brązową piżamę. Wisi teraz w nocy na wieszaku. Poszedłem do łazienki po iluś niespaniach, spojrzałem w lustro. Zobaczyłem coś, co przypominało mi wiszącego na drzewie w ekstazie świętego Franciszka.

A to ta piżama, która się odbijała w lustrze, od lustra w szybie biblioteczki Le. w przedpokoju. Z tej szyby do lustra w łazience.

Balkon rozwalony w plac. W ciepło, w ciemno, mokro i nawet nie pusto.

Nie wiem, skąd ci ludzie o wpół do drugiej w nocy. Po trzy, po sześć osób. Wychodzą z jakiejś bramy. Idą pod mój balkon i znikają. Pod spodem. I znów nowi. Wychodzą skądsiś, idą pod mój balkon i znikają pod spodem.

Teraz już jest pusto. Trochę mglisto i wciąż ciepło. W wielkiej topoli naprzeciwko balkonu widać coś troszkę rozjarzonego i ruszającego się. W tej topoli jest dziura, która ukazuje kawałeczek skweru z drugiej strony. Teraz pewnie tam siedzi ktoś na ławce, a może na trawie. Pali papierosa. Jeden ktoś. Czy wiele?

Na samym skwerze ciemno. Milicjant pilnujący ambasady włoskiej chodzi w lewo i w prawo. Z drugiej strony skweru pani z dużym psem. Chodzą sylwetowo. Chodzę po mieszkaniu ja. Potem patrzę na plac. Milicjant stoi sylwetowo nieruchomy. Naprzeciw pani z psem. Trwa to długo.

Robi się dzień. Coraz widniej. Ale mglistawo. Gałęzie topoli się kiwają. Powiew odwraca im liście na drugą stronę. Raz liście błyszczące, raz matowe podszewki. Bujanie. Wpatruję się i widzę, że sylwetki gałęzi zaczynają nabierać plazmowatych przezroczystych obwódek. Coraz grubszych. W tych obwódkach ukazują się postacie. Rozkiwane. Machają do siebie, czekają na siebie. Ukłony. Markizowie. Damy. Bal. Zaproszenie do tańca. A potem pożegnanie. Siadanie na okręt. Odjazd, machanie rękami, machanie, odjazdy.

Dalszy dzień. Rozpogodziło się. Spoglądam przez dziurę topoli na jej drugą stronę. Coś połyskuje. Ktoś się schyla. Metal i książka. Dwie głowy. Dwie matki z dzieckiem? Na ławce?

Patrzę na topolę. Znów się trochę zamgliło. Tak jakby po deszczu, ale deszczu nie było. Teraz bujają się gałęzie jak małpy. Tak, to są małpy. Na jednej gałęzi małpa i na drugiej gałęzi małpa, to znaczy tymi gałęziami są małpy. Dwie czy trzy małpy. Jedna z nich najwyżej, największa. To król małp. Inne go słuchają. Kłaniają mu się. A on buja się i buja wielki nad nimi, buja się.

Wieczór szybko ciemny. Bo to już wrzesień. Wyszedłem na chwilę na Marszałkowską. Tramwaje jak werandy. Czekają na siebie. Ludzie oblepili wysepkę. Mgła. Ciepła, egzotyczna mgła. Wszystko mi się tłumaczy na małpio. Na małpie lato. Wracam do domu. Kładę się. Ale nie śpię. Wciąż jestem rozmajaczony. Patrzę z łóżka w balkon, a tam na placu topole bujają się, kołyszą. Tak jak przedtem. Tylko w połyskach elektrycznych reklam. Teraz tu są dwa czy trzy giganty. Które bujają się w jedną stronę. Na końcu wszystko ucicha. Wiatr nie wieje. Pusto, ciemno. Tylko nagle słychać dwoje nadchodzących. Czy chodzących po placu. Ich głosy obijają się w kwadrat. Długo to trwa. Tak jakby czekali na przyjazd tych z innych planet. Właśnie tak zwyczajnie i trochę po pijanemu.

Sylwester w lustrze

Rok 1973 dolatuje do końca. Do Le. przyjechał Misio Holender. Śpią. W pokoju Le. cisza. Misio Holender chciałby obchodzić sylwestra, ale Le. nie daje. Ja też sylwestra przeważnie przesypiałem.

Cisza. Z placu pohukiwania podpitych. Kręcę się po mieszkaniu. Trochę zmęczony, trochę rozbawiony. Ileś czasu nie spałem, ileś czasu pisałem, ale nie chce mi się nic nie robić. Jest pewnie dwunasta. Idę do łazienki. Dym od papierosów. Rozpływa się obłokami, warstwami. W łazience wisi bielizna Le. z rękami do dołu. Odbija się w lustrze. W tym lustrze odbija się to, co widać w szklanej szafie z przedpokoju. A tam odbija się to, co widać w lustrze w moim pokoju. I tak nakładają się jedne na drugie wiszące rękawy, palta, stojące rzeźby, postacie z obrazów. Wszystko w obłokach dymu papierosowego. Przy zmęczeniu to wszystko nieruchomieje w zastanawiający sposób. Nie wiadomo, co jest odbite, co ze szkła, co z dymu, a co prawdziwą rzeźbą czy koszulą.

Na ulicy wiwaty. Ja krążę po pokoju, znów wracam do łazienki, teraz patrzę w lustro. Wydaje mi się, że widzę odbity gabinet dziwnych manicurzystek. Czekają na kanapkach. Klientki. Niektórzy stoją. Panowie w paradnych nakryciach głowy. Ktoś wróży. Ktoś patrzy blado w sufit. W pewnej chwili to się zamienia w teatr z ilomaś rzędami. Patrzę, kto siedzi najbliżej. Ten to kardynał. Ta to pani. Dalej dwie jakieś półuliczne. Przebieraniec. Nagle jakaś postać z łysą głową. Jak czaszka. Trzeba by sobie powróżyć, co to wszystko znaczy. Co będzie w przyszłym roku. Kto to jest ta łysa postać? Ta czaszka? Ta trupia głowa? I nagle mam objawienie. Że to ja.

Lustro to nie byle co. Kiedy jako chłopiec jeździłem do Cegłowa, opowiadała tam jedna, że przyszła do wróżki kobieta, którą zdradzał mąż. Wróżka miała beczkę z wodą. Naprzeciw lustra. Zapaliła świecę. Kazała się kobiecie wpatrywać w lustro. W pewnej chwili zapytała

— Co pani widzi?

Tamta zdumiona

— Męża.

I złapała go za rękaw. Spojrzała na wróżkę. Przecież to widmo. Nic w ręku nie ma. Wtedy wróżka do niej

— Niech pani szybko zanurzy rękę w beczce i wyłowi, co się da.

Kobieta zdradzana zanurzyła rękę w beczce, coś złowiła i wyjęła. Strzęp rękawa męża.

A potem on wrócił do domu, był bez rękawa.

Mnie się właściwie też sprawdziło. Przeszły sylwester obchodziłem w szpitalu. Zanim następny rok dokrążył się do końca, dostałem zawału. Po zawale i po szpitalu — sanatorium i przeprowadzka. Aż za Wisłę. Pożegnanie z topolą, z papierosami, z majakami.

Karol

Pojechałem za interesem do swojego sanatorium. W drzwiach stał wujek Karol w okularach, w miękkich pantoflach.

— Co wujek tu robi?

— Jestem kuracjuszem.

Dawnośmy się nie widzieli. Rozmowa nie była długa. Kilka lat później byłem u znajomych. Ich znajomy student opowiadał po egzaminie u profesora Karola takiego a takiego. To samo nazwisko co wujek Karol. Zobaczyli klepsydrę w gazecie. On i koledzy. Pokazywali sobie, że nareszcie umarł. Ale to nie był on, tylko to samo imię i nazwisko. Pokazał nam tę gazetę teraz. Zorientowałem się, że to chodzi o mojego wujka, ale nic nie powiedziałem.

W kilka lat jeszcze później Mama zajechała do Warszawy na imieniny ciotki, siostry Karola. Te imieniny wypadają w wigilię Wszystkich Świętych. Szedłem przez Ogród Krasińskich, pusty, ze dwa psy, pan, pani, blask od opadłych liści w blasku nieba po zachodzie, w odbiciach elektryczności. Zaszedłem z zapachem zaduszkowym na imieniny. Stare ciotki, ileś lat niewidziane. Nie poznawały mnie. A potem

— Aha, to ty.

Przyszła i żona Karola. Zawsze na Wszystkich Świętych odświeża jego grób, nawet pastuje. Uśmiechnięta.

Siedzimy przy stole, gadanie, jedzenie. Słyszę i czuję — otwierają się drzwi. Ja do nich tyłem. Patrzę na Karolową, która patrzy z wielkim skupieniem w drzwi. Wreszcie woła

— Karol.

Odwracam się. I widzę, że w drzwiach stoi wujek Karol. W okularach. Stoi. Drzwi nie zamyka i patrzy.

Zdejmuje okulary, zamyka drzwi. Wtedy ulga

— Olek.

Brat. Tylko taki w tym momencie podobny w tych okularach. No i żyjący.

Śmieciowisko

Pojechałem za Kawęczyn autobusem.

Zaraz była pętla i zżęte zboże. W samym gęszczu piękności traw, drzew, zapachów, okrągłych sadzawek, pagórów pełnych miodownika. W środku raju! Wałki otomanowe, podarte płaszcze, i butle. W pewnym miejscu między pagóreczkami, drzewami, na kwiatach leżał płaszcz, jakby porzucony w pośpiechu. Może przez króla Leara, który dopiero co tędy przechodził i chciał się rzucić w przepaść. Ale skoczył na tylko trochę niższą trawę.

Co prawda Lu. wytknął mi, że to nie król Lear, ale Gloucester, i że to nie tylko mnie się myli, bo też to taka dublowana postać.

Zerwałem garść miodowników. Nie wiem, czy z tego miejsca, gdzie ostatnio sama rwała się trawa. Ja rwałem i ona się rwała. Wiem, że to było co innego, ale co?

Wlazłem przez rżysko na teren na pół zagrodzony, bardzo zarośnięty, nierówny, tak zarośnięty i upity zapachami, że można było się przewrócić niejeden raz.

Coraz było gęściej. Wreszcie jeżyny, trzciny, osty, drzewa, krzaki i całe olbrzymie zagajniki na wysokość człowieka jakichś zielsk, które okazały się polską mimozą; tylko dopiero zabierają się do rozkwitania. Wplątałem się w takie gęściochy, że nie mogłem się przedrzeć. Musiałem wrócić przez te same trzciny, osty, pokrzywy. Wszedłem w las. Góra z piachu. Nagła. W gęstych drzewach. Wdrapałem się na nią. Zobaczyłem las i nieprzebyte tłumy polskiej mimozy. Dalej coś majaczyło. Może to grzbiety śmieciowe? Zszedłem. Przebrnąłem przez kawałek lasu i przez polskie mimozy. Nowe góry. Śmiecie. Tak. Coś się pali. Spojrzałem na lecące ptaki. Trochę wron, ale najwięcej czarnych, powoli, równo lecących. To lecą stada palonych śmieci. Dostałem się do początku gór. Ale góry śmieciowe broniły się. Otoczone były fosą z wodą. Woda pewno z deszczu, dziwnego koloru, a pełno w niej topielców płaszczy, płacht i innych niewyraźności. Przeszedłem wzdłuż fosy. Znalazłem przejście. Tak. Porzucone kapcie. Setki pantofli. Termosów. Blach. Papierów. Wdrapałem się wyżej. Tam dalej całe pokłady śmieci. Jedne wysypują się z samochodów, inne udeptuje spychacz. Pokłady rosną w góry. W łańcuch górski. To już zjawisko geologiczne. Tu na gorącym uczynku przyłapuje się ludzkość zagrożoną odpadkami, opakowaniami. Z tej strony gór — wagony dla pracowników. To poważny przemysł, wymagający ludzi, pomieszczeń, pojazdów. Obok pole, bujne kwiaty. Zżęte zboże. Chatki. Idę do drogi. Skwar. Słońce w kurzu. Droga pół z ziemi, pół wykładana dziurawymi prefabrykatami. Mijają mnie samochody, ze śmieciami, po śmieciach. Goło, gorąco. Jak do krematorium. Napada na mnie nagle powiew zgnilizny. W tę stronę wiatr. Uciekam do autobusu. Siadam w cieniu. Naprzeciw czeka chłop w szelkach. Za mną krzaki i brzydki ceglany domek, ale pod brzozami. Mieszanina raju z wygnaniem. Chłop w szelkach rusza ze swojego cienia. Wyglądam. Jedzie czerwoniak, kiwa się.

Totumfacki

Wysoki, chudy, siwy, w okularach. W kawałku lustra po tych dwóch paniach. Powoli skręcił profil. Mieli go za gapowatego, bo nie umiał szybko odwracać głowy i powoli mówił. Ale w pracy urzędniczki go lubiły, twierdziły, że jest staropolsko uprzejmy i dowcipny. Pisał im i deklamował na imieniny i na Święto Kobiet wiersze. Do tego dodawał perfumy. Perfum, wód kolońskich trzymał cały rząd w szafie na zapas. Wierszy na zapas nie pisał. Odwrotnie. Na okoliczność. Lubił rymować w towarzystwie. Szczególnie w towarzystwie artystów, do którego wprowadziła go znana od lat niewidoma pani Jadźwinka. Ona sama upoetyzowała się w tym otoczeniu. Co prawda już przedtem tworzyła, ale nie tyle i nie tak. Nie chodziła taka natchniona, nie medytowała, nie dermooptykowała. Oczywiście zawsze lubiła mieć prekognicję, przeczucia i wyczucia kosmiczne. Znali się tyle lat. Był jej na pół honorowym przewodnikiem. Wspierała go nieco. I chwaliła sobie jego pożyteczną przyjaźń. Przyjaźń nie przyjaźń. Znajomość? Niektórzy poznani teraz artyści brali go za jej nieślubnego męża. A kiedy ją odwiedzał w szpitalu, to nawet za ślubnego.

Pan Ursyn. Dumny, że nazywa się jak pan Niemcewicz. Bo tak o nim mówił. Pan. O umarłych znajomych zawsze mówił „pan, pani”. Nawet o tych, co nie żyli od sześćdziesięciu lat. On sam miał siedemdziesiąt. Pana Niemcewicza nie znał, ale to już wszystko jedno, czy ktoś umarł sześćdziesiąt lat temu, czy sto pięćdziesiąt.

Na miesięcznym urlopie — na emeryturę nie chciał jeszcze iść — znajome dwie artystki, matka i córka, zaprosiły go do ich leśnego domku pod Warszawą na samotny pobyt. Same wyjechały nad morze, które starsza pani uwielbiała, a młodsza nienawidziła. Pan Ursyn, nie aż tak gapowaty jak w opinii, domyślił się, że chodzi im o pilnowanie domku i ogrodu. W końcu nie musiał się domyślać. Same mu się przyznały, że ponieważ one tu się boją nocować, dobrze, jeżeli tu ktoś przez miesiąc się pokręci, pokaże, podniuje i ponocuje. Zostawiły mu zapasy suchych jedzeń. Zniosły ze stryszku sterty gazet sprzed dwudziestu i trzydziestu lat, co go ogromnie ucieszyło. Miał co czytać. Poza tym co dzień oglądał oczyma i rękoma szafę, pokłutą w czasie wojny przez bagnety, i kapelusze i pantofle tych pań. Wszystkie stare. Pan Ursyn normalnie spał w nocy, choć nieraz, oglądając telewizję u siebie, reperował maszynki, przełączniki i zapalniczki i tak się w to wdawał, że z bezczasu otrzepywał go dawno szumiący pusty ekran. Tu noc oswoiła go z sobą na dobre. Teraz też pasła się jak koń. W trawach dzikiego ogrodu dwóch pań. Pan Ursyn popadł w nastrój zabawy. Popychał niewidzialną niewidomą, jak to bywało, w stronę, w którą miała iść, a nie szła, i zarymował

— Ciemno ciemno

Nie nadaremno.

Nawet zamknął oczy i w wielkim kapeluszu którejś z dwóch pań — nie mógł się powstrzymać od nałożenia — wcielił się w niewidomą panią Jadźwinkę, wyciągnął ręce przed siebie i szedł, szedł, rymując

— Trawa trawa

Rośnie sprawa.

Potknął się, ale oczu nie otworzył, sunął dalej

— Kręci dołek

To musiołek.

Schylił się, wiedząc, że teraz będą go czesały garbate drzewa.

I już zimne wygibasy. Furtka.

Po omacku znalazł się na drodze czy, jak to tu nazywają — ulicy. Trzymał się siatki parkanu. Przed wpadaniem tej ulico-drogi w szerszą poprzeczną otworzył oczy. Tak samo było ciemno. Zamknął. Pamiętał, że tu niedaleko w laseczku jest domek z werandą. W tym domu mieszka dwoje emerytów. Z nimi można sobie porozmawiać o zamieszaniach w Azji, nowych i starych, o mnichach latających i o obiektach latających, same nogi go poniosły, skręciły, usiadły. Na czymś trzeszczącym. Półkłującym, półpachnącym. Kiwał głową, słuchał, spojrzał w niebo. Nie otwierał oczu. I tak widział lampki z gwiazdami. Tłumaczyli o werandach. Historia werandy. Przemieszczania werand. I przemieszczania się werand. Pan Ursyn nasłuchiwał. Oni się przyglądali raz, jak takich dwoje na werandzie...

Pan Ursyn nagle wyczuł, że oni coś kręcą. Są zmęczeni. Poprawił na sobie kapelusz pań. Przeprosił niemo. Wstał. Wyszedł.

— Hau hau — ale to daleko.

Pan Ursyn otworzył oczy. Ciemno. Szedł piachem. Tu sosny. Tam sosny. Krzaki w nich. Albo nie. Żółte kwiatki. Bo coś zaczęło być widać. Latarnie, jedna, druga. Świeciły z odległości. Kwiatki stały sztywno. Może to nie one? Tak jak tamci nie wiadomo, czy tamci. Przecież pan Ursyn nie zna tu nikogo, domek z werandą tylko mijał. Czasem w nim ktoś mignął. I to wątpliwe. Nie znał tu żadnych emerytów.

— Co za dwoje?

Co ja troję?

Zatrzymał się przy szkle. Świeciło, rozbite w kawałeczki. Nic nie mówiło. W jagodach i mchu. Tylko jakby mu odbłyskiwało w okulary. Tak. Pomyślał. Dlatego dzicy cieszą się każdym napotkanym świecidłem, byle czym. Chodzą nago. Widzą tylko to, co rośnie. A te dwie panie. One trzymają ogryzek lustra i inne ogryzki, bo to wielkie damy. Wielka dama zrzuca z siebie futro tak, jakby gubiła. O tym wiedział. Poczuł zadumaną cześć dla nicości tych szkiełek, pewnie z butelki po piwie. Nie podniósł ich przecież. Ale podniósł ręce tym razem jak do niesienia monstrancji i wstąpił na białą szosę. Nietrudno mu było to odprawiać. Bo nosił na jawie krzyż w procesji od lat. Za nim szła reszta. Teraz też. Werandowa. Krzakowa. Nieważne. Spostrzegł, sunąc coraz poważniej, że obnosi wyciągnięte w rękach gwiazdy. Wiedział, że to te na niebie. W skrócie. Na tyle był rozgarnięty. Ale niepokój rozchodził się wyżej, wyżej od sosen. Z obydwu stron szosy rozchylone miały anteny... Nie, nie, gałęzie z igłami. I w dalekie wysokie niebo nieruchomo nadawały, nadawały...

Eulalia

Eulalia siedziała bez najmniejszego ruchu. Marian, tykowaty, bardzo chudy, z siwą brodą, sprawdzał przełączniki, reflektorki. Za chwilę przyjdą znajomi na filmikowanie. On kręci, oni grają. Duda gra i pomaga technicznie. Mariana też namawiali do gry, ale nie mógł i nie chciał. Raz Duda w nocy nakręcała, a on kreował łakomego króla, a potem wysokiego Anglika. Za wysokiego uchodził dawniej. Teraz ludzie podrośli. Weszła rozkołysanym krokiem Duda, zaspana, ale wymalowana w ukosy. W krótkiej spódniczce, niska. Pończochy w szachownicę.

— Duda, przeniesiemy Eulalię na korytarz, tam będzie Napad na stacji.

— Tam?

— Tak, bandytka wyskoczy z drzwi łazienki, zawieś na nich napis „Kasa”.

Ujęli Eulalię z dwóch stron i posadzili na ławce w przedpokoju. Uśmiechała się w niezmienny sposób.

Teraz Duda wzięła się do porządkowania kuchni. Prędko, żeby Marian nie widział. Krzyczałby pod nosem, że to niepotrzebne, ale ona musiała. Coś jej kazało spiętrzać podobne do siebie przedmioty. Druga czynność: stosy kanapek. O to też krzyczał. Że dłubną, nie jedzą. Po co tyle? I tylko stół zastawiać, a tu na planie nie powinno być nic zbędnego.

Dzwonek. Upychanie psa w trzecim pokoju. Pan Ursyn z niewidomą panią Jadźwinką. Pani Jadźwinka lubiła grać w filmie siedzące role, choć nie mogła nic potem oglądać. Pan Ursyn, siwy, godny, zawsze na czarno, miał już za przykładem artystów sztuczne zęby. Pani Jadźwinka, dawniej nim często znudzona, teraz podbechtana była komplementami. Że pan Ursyn umie dobrze grać, w swoim zakresie. Że wychodzą z niego zalety. Nazywali go nieślubnym przewodnikiem katolickim pani Jadźwinki. Był wierzący na stałe i rymujący dorywczo. Pomagał właśnie zdjąć palto pani Jadźwince

— Rękaw lewy

Moiściewy.

I poprowadził ją przed siebie, delikatnie popychając

— Naprzód śmiało

A o

Stanął jak wryty. Dopiero teraz spostrzegł damę na ławce.

Wyminął panią Jadźwinkę, skłonił się przed tamtą

— Dzień dobry

Nie wyciągnęła ręki, sztywno siedziała w mroku.

Ona jest nieruchoma — zapewne pomyślał i stał zagapiony.

— Dlaczego nie idziemy dalej? — zdziwiła się pani Jadźwinka. — Panie Ursynie! Panie Ursynie? Pan poszedł do ubikacji?

— Nie nie

— Czy tu jest ktoś?

— Jest jedna osoba, ale nieżywa

— Co pan opowiada? — przelękła się pani Jadźwinka.

Wyleciał Marian z pokoju, za nim pies, rzucił się do witania pani Jadźwinki, czego ona nie lubiła.

— To niespodzianka, pani Eulalia, zagra z państwem.

— Bardzo nam będzie przyjemnie — stwierdził pan Ursyn powoli jak zawsze.

— To nieprawdziwa osoba? — domyśliła się pani Jadźwinka.

— O właśnie, niech pani ją obdotyka

— Bardzo dobra, chociaż twarda.

Duda opuściła story w kuchni i tłumaczyła się:

— Dużo było z nią trudu, naklejanie warstwy na warstwę

— Ma perukę

— Blondynka — objaśnił pan Ursyn.

Duda wbiegła ukośnym krokiem do kuchni. Kończyła stosy. Pies poleciał za nią.

Trwało to długo. Pan Ursyn siedział między panią Jadźwinką a lalą Eulalią i ją oglądał. Z jednakowym przekrzywieniem głowy przez okulary. Pani Jadźwinka, przywykła do systematyczności i cierpliwości, czekała. Po piętnastu minutach spytała cichym głosem

— Panie Ursynie?

— Słucham? — odwrócił do niej głowę.

— Co się dzieje?

— Ano nic.

Pan Ursyn nawrócił twarz ku Eulalii i przyglądał jej się jak przedtem.

Pani Jadźwinka

— Wobec tego ja odprawię medytacje

— Dobrze.

I wszyscy troje trwali w zastygłości przez dwadzieścia minut.

Z prawej strony słychać było zza drzwi krzątaninę aparatową Mariana, z lewej z daleka delikatne pobrząkiwanie stosów Dudy. W łazience kapała woda.

Pani Jadźwinka sprawdziła palcami wypukłość godziny

— Tamtych wciąż nie ma

— Tamtych? — spytał pan Ursyn, przyglądając się Eulalii.

— Mają jeszcze przyjść

— Właśnie.

Dalej długa cisza z odgłosami i kapaniem.

Dzwonek. Seria. Szczekanie. Wypadł pies z trzeciego pokoju, sam sobie drzwi otworzył i dopadł sucharów. Zawsze ogryza suchary, kiedy goście wchodzą. Pan Ursyn, lubiący drzwi otwierać nie tylko u siebie, zaczął iść w stronę dzwonków i szczeków. Przegonił go Marian. Wpadła roztańczona, zziajana Felunia

— Nie mogłam się wcześniej zebrać, przyszli znajomi z prezentami, ojej, panie Ursynie... Uff... A to co? Aaa! — i zgięta wpół podziwiała lalę.

Dzwonek. Szczekanie psa. Monolog Ciaci od drzwi

— Wyobraźcie sobie, przyczepił się do mnie pijak, i nic, tylko mnie odprowadzać i odprowadzać. Na schodach koniecznie chciał, żebym mu zostawiła co na pamiątkę. Na pamiątkę po czym? Wleciałam tu, jakbym miała dwadzieścia dziewięć lat, przepraszam, ile ja mam, bo zapomniałam? Wiecie, że... — zniżyła głos — ja się nie mam czym martwić, Felunia, jakaś ty zmęczona...

— Trochę

— Już urywam, zmęczyłaś się, bo nie mówisz, mów o sobie. Ach, co to za nowa piękność, mów o sobie...

Felunia się skrzywiła. Ale już musiała wydać z siebie uśmiech, bo pan Ursyn podał jej mleko w proszku.

— To dla pani, żeby pani mniej paliła papierosów

— Dziękuję, och, jak się cieszę

— Gdzie pan dostał mleko w proszku? — spytała Ciacia, rozwiewając robione na drutach treny płaszcza.

Pani Jadźwinka

— Właśnie, panie Ursynie, gdzie pan dostał?

Pan Ursyn

— Można dostać

Tylko trzeba temu sprostać.

Felunia

— To ja mam być Cyganką?

— Jesteś cygańskim typem, masz ten dryg

— O — zakręciła się Felunia — ubrałam się w specjalną spódnicę w kwiaty.

Wyleciał z pokoju do towarzystwa z przedpokoju Marian, za nim pies, który coś gryzł i teraz rzygał.

— Tak, tu akcja, ty masz tańczyć, jako Cyganka, oni czekają na stacyjce na pociąg, zagapiają się, ty się podkradasz w tańcu do kasy, oni pukają w okienko. Ty już ze środka, udając kasjerkę: „Proszę, dokąd?”, sprzedajesz bilety. W końcu wypadasz z drzwi kasy, czyli łazienki, i rozzuchwalona zdobyczą z kasy napadasz na nich. Wyrywasz kobietom klejnoty. Uciekasz.

Pani Jadźwinka

— Czy Eulalia ma klejnoty?

— A jakże, zausznice i medale z migotem.

Zamieszanie. Duda wnosi dwa stosy kanapek.

— Ojej! — niby się rzucają na to, ale zaraz zapominają.

— Za chwilę próba.

Ciacia obwąchiwana przez psa przemówiła do niego:

— Co ty, pieseczku — i nie zwracając uwagi na warknięcie, opowiadała dalej, że jej i jej mamie smutno bez psa. Miały psa. Straciły.

— Mama chce, żeby pokazał jej się chociaż jego duch.

— A są duchy psów?

— Nie, chyba nie.

Felunia

— Ja zjem chyba jeszcze jedną kanapkę, kiedy nie jem, słabnę. Więc duchy psów powinny być, niektóre mają wyraźną aurę.

Ciacia też sięgnęła po kanapkę.

— Ja jestem po prostu zagłodzona, Jadźwinka, a ty?

Jadźwinka

— Ja dziękuję

— Zjedz

— Dziękuję, nie

— Panie Ursynie...

— A widziałaś tę aurę?

— Tak, w dzieciństwie.

— Panie Ursynie, proszę...

— No dobrze, duch psa, duch psa, a nikt ducha psa nie widział

— Ja widziałem — to pan Ursyn, wszyscy na niego spojrzeli w skupieniu zaskoku.

— Jak? Gdzie?

— U pani Ciaci, kiedy mi dała do pomieszkania swój leśny domek, a sama z mamą wyjechała nad morze

— I tam? W tym roku?

— W tym roku, tam w paninej posiadłości

— W nocy, panie Ursynie?

— W nocy, była u sąsiadów psia buda, najpierw z pieskiem i szczekaniem na mnie, potem z pieskiem bez szczekania na mnie

— Pewnie go pan przekupił?

— Tak jakby. Znaczy, tam chodziłem pod parkan i piesek czekał na łańcuchu. Potem znikł. Została pusta buda. I łańcuch. Szereg nocy cisza. I nagle któregoś razu tam dochodzę przez gąszczyk, za parkanem coś się bieli na łańcuchu, coś się trzęsie białego. Podsuwam się, a to białe znika. Spoglądam. A ono bieli się i trzęsie wyżej, na gałęzi. I znów znika. I cisza

— Proszę państwa, do roboty! — zawołał, wpadając z pokoju, Marian. Za nim pies. — Duda, zabierz kanapki. Ławka z czekającymi! Cyganka na plan!

— Felunia, ty coś kręcisz z psią aurą.

— Ciacia, powinnaś wiedzieć, że z dolnej połowy wychodzi ciemna moc kundalini, z górnej jasność.

— I u psów też?

— Proszę pań, zaczynamy, Cyganka tańczy!

Felunia zawirowała.

— Trochę ciaśniej, bo nie wejdzie w obiektyw.

— La la la la ta ta ta ta ta ta... Dobrze?

— Tak, proszę pasażerów o chwilę spania i rozbudzenie się, ruch zbiorowy, reakcja na Cygankę, uwaga, kręcę, panie Ursynie, pan podziwia Cygankę... Cyganka ciaśniej

— Tatata ta ta tarara...

— Panie Ursynie, mnie się coś też należy, za ducha psa, w moim ogródku

— A tak tak, bardzo ładny płaszczyk pani sobie wyszykowała i podobna pani w nim do odpowiedniego anioła

— Uwaga, dobre

— O lalalala la lala...

— Panie Ursynie — cichy głos pani Jadźwinki na tle warkotu kamery — a mną się pan nic nie opiekuje?

— Opiekuje opiekuje — ale zagapił się na lalę.

Jadźwinka naburmuszona, trochę znudzona, Cyganka Felunia na próżno zagląda w ukłonach tanecznych panu Ursynowi w oczy i w okulary, tak mu się przecież zawsze podobała. A dziś? On widzi tylko Eulalię. Nie pomogło szczypanie go w łokieć przez Ciacię

— Psiakrew!

— Uwaga, Cyganka zakrada się do kasy, tak, drzwi za sobą, teraz ktoś

— Halo tam, halo? — Ciacia bije pięścią w drzwi łazienki.

W okienku egzotyczna twarz Feluni

— Bilet do?

— Sopotu

— Proszę

— Państwo?

— My pół do Jeziorny

— Proszę, a pani?

— Ja? — Duda stojąca na boku w zamyśleniu zdziwiła się. — Ja?

— Duda, graj

— Zaraz — i Duda zaczęła się wstydzić, wreszcie wyszeptała: — do Paryża, kiedy jechałam... wysłana do ciotki

— Napad! Napad!

Drzwi, łoskot, zamieszanie, piski kobiet, szczęk łupionych precjozów, dyszenie Ciaci

— Ach... Uch... Uuch... Przestań mnie dusić!

Nagła cisza. Kamera ustaje.

— Proszę państwa, urywamy.

— Och, ledwie dech łapię.

Felunia

— Kto cię dusił? Ja?

— A kto?

— Tak? Nie spodziewałam się tego po sobie, z Eulalii spadła aż peruka

Ciacia złapała tę perukę

— Jaka piękna, chciałabym mieć takie blond włosy.

I zaczęła ugniatać z zachwytem perukę.

— Dlaczego ja nie jestem blondynką? Ale mnie dusiła.

Duda patrzyła na Ciacię skamieniała, potem się przyznała, że zlękła się, czy Ciacia peruki nie rozedrze, a peruka taka droga.

Marian

— Ona marznie w głowę

— Jaka łysa!

— O Jezu, aż się wzdrygłam

— Kiedy Duda zrobiła jej głowę, taką łysą, pies przychodził i na tą głowę warczał

Nałożyli Eulalii perukę.

— Znów piękna!

Pan Ursyn zaczął się lali przyglądać jak przedtem.

Szepty

— Zakochał się w niej.

— Panie Ursynie — zawołała zniecierpliwiona tymi wszystkimi zalotami i ekspresjami pani Jadźwinka — idziemy

— Co? Już?

— Już późno

— Dobrze

Felunia i Ciacia sprzymierzyły się nagle ze sobą

— E, szkoda...

— Co? Już?

— Nie.

— Eee...

Pan Ursyn prowadził przed sobą panią Jadźwinkę, która wchodziła na ścianę.

— Nie tędy, nie tędy

Nagle Felunia zawołała z palcem w lalę

— Wszystko przez nią, to ona winna

Ciacia

— Ona? A tak, ona winna!

Felunia

— Teraz sobie przypomniałam, przepraszam cię, Ciaciu, ja myślałam, że ją duszę, nie ciebie

— Ach, to dobrze, bo już myślałam, że mnie nie lubisz. Ty ścierwo! — uderzyła Eulalię.

Felunia potargała Eulalii festony u spódnicy

— Ty cichawodo! Pani Jadźwinko, to ta lala winna! Ty suko!

Pani Jadźwinka, szybko obijając się o ścianę i o psa, podeszła do lali i przyłączyła się do jej bicia i szarpania.

Marian odkręcał taśmę w ubikacji. Duda bawiła w kuchni, bo miała coś rozdać.

Wtem pan Ursyn spostrzegł osaczenie Eulalii. Rzucił się sztywno na ratunek. Błysk okularów. Wziął Eulalię w ramiona i unosił do ciemnego pokoju.

— Ona rusza rękami!! — darła się Ciacia — rusza rękami!!

— Aach — kucnęła Felunia z pięścią w ustach.

Pani Jadźwinka w wypiekach stała i wyciągała ręce. Dyszał cicho pies.

Pan Ursyn zniknął z Eulalią w głębi salonu. Coś tam chrzęściło.

Blokowidła

Korytarz

Mój. Awaryjny. Na jedenastym piętrze. Łączy osiem wylotów schodowych. Rzadko tam kto się pokazuje. Kiedy zepsuje się któraś z wind, słychać przelatujące kroki. Od klatki do klatki. I znów nic. Korytarz ma ćwierć kilometra długości. W nocy palą się w nim niektóre żarówki. Perspektywa idzie w półcień, urywa się, znów coś świecącego, dalej nie wiadomo co. O świcie korytarz nabiera mdłej ciągłości. Nieraz palą się w nocy wszystkie lampy, jak odbicia siebie, dalej — dalej — dalej. Nagle okno trzaśnie. Badam, które. Przelatuję. Szukam. Trzask z innej strony. Wracam. Sunę. A to gdzieś na piętrze niżej. Nie da się znaleźć. W czasie wiatrów w zimie, w mróz wyje to wszystko jak jedna potworna fujara. Dobrze tu się w spokój wchodzi krokiem jednym do ogłupienia i zamyśla. Bzyczą gniazda przyczepione do ścian. Od elektryczności. Potrafią się rozbuczeć. Jakby to miało wszystko zadrgać, potrząsnąć sobą i ruszyć w górę. Na jesieni korytarz wiał gorącem, wszystkie żarówki były przepalone. Ciemna harmonia, którą się szło, szło. I tylko pomazanie nagłe odblaskiem ściany. Mija się, rozpuszcza. Ciemno. Drugie.

W noc zaduszną poszedłem tam z alfabetem i spodkiem na seans. Ale nic nie chciało się dziać. Przypomniało mi się za to przejmujące, jedno z tych najwięcej w życiu, wywoływanie duchów na krańcach ziemi w Odysei, jak zakreślili koło i zaczęły spod ziemi ze wszystkich stron podłazić przez szare ciemno widma zmarłych. I to bliskich. Wyciągały głowy na szyjach. Niuchały krew. Ktoś rozpoznał matkę. Straszne.

Złodziej z bloku

Lokatorce z czwartej klatki na dziesiątym piętrze zginęła wycieraczka. Po paru dniach była pode drzwiami. Ale nie ta. Taka sama, zużyta. Sąsiadom o dwa piętra niżej zaglądano do piwnicy. Nie mogli sprawdzić, co zginęło, bo za dużo rzeczy na wielu półkach, garnki, rower, sanki, słoje, stare buty, zabawki. Nie pamiętają, co kiedy. Czy nie sami wynieśli. Kłódka jednak naruszona. Na innej klatce schodowej zginął wózek dziecinny, stał zawsze w kącie piętra na tle okna, przy śmietniku. Wreszcie krzyk:

— Złodziej! Złodziej!

Wychylanie się z drzwi, trzaski wind, bieganiny.

— Łapać złodzieja!

— Jest złodziej! Pilnujcie wyjść!

— Gdzie jest?

— Ucieka w górę!

— Obstawić trzecie i piąte wyjście, prędko!

— A jak on windą?

— Jedno pilnuje wyjścia, drugie za nim na jedenaste.

— Trzeba wszystkie wyloty z korytarza górnego obstawić.

— Dozorcy! Dozorcy!

— Zatrzymać windy!

— Czwarta klatka, do góry!

Zawołali dozorców jednej strony bloku i drugiej.

Dwóch dozorców, dwie żony, lokatorzy porozstawiali się u wylotu ośmiu klatek na ulicę. Osiem osób pobiegło schodami. Każdy jedną klatką na ostatnie piętro, jedenaste. Na awaryjny korytarz z windziarniami zamkniętymi na kłódki i jedną dyżurką pośrodku. Nie było tam nikogo. Korytarz na ćwierć kilometra, szary, ćmawy, betonowy. Buczący transformatorami.

— Sprawdzać okienka!

— Na dach!

— Klapami na strych!

Wleźli na dach. Sprawdzili strych nad klapami. Ani śladu złodzieja. Nagle komuś mignęła postać. W końcu korytarza.

— Tam.

Pobiegł za nim. Tupot po schodach. Szybciutki. I cisza. Dwóch, trzech leci truchtem za śladem odgłosów. Ale nic. Krzyczą do lokatorów. Innych. Te i tamte drzwi się otwierają. Nikt nie widział. Wylotowi pilnują. Ktoś woła, że mógł wpaść do piwnicy. Piwnice mają połączenia pod całym blokiem. I tyle zakrętów. Drepczą po piwnicy. Patrzą w załomy, za deski odgrodzeń. Ktoś nagle prycha.

— Kot?

Wracają.

— A może to ktoś tutejszy?

— Może

— Jeżeli stąd, to uciekł do siebie

— Jeszcze raz chodźmy na jedenaste.

Na jedenastym uciekają przed nimi klapania. Wlatują. Gonią za klapaniami. Zbieganie na odległej klatce. Łomot wind. W górę, w dół. Złodziej znikł.

— To obcy, swój by się schował do siebie.

Jeszcze raz do piwnic. Słychać chrapanie. Szukają.

Nikogo nie ma. Wracają. Słychać chrapanie. Sprawdzają dokładnie. Piwnicę po piwnicy. Wszystko cichnie.

Kiedy wychodzą, coś chrapie. Jeden chce wrócić.

— Nie warto.

Blokowy ptak

Lokatorce z dziesiątego piętra zdawało się, że mąż raz wracał przez awaryjny korytarz, bo niby winda zepsuta. Ale chyba wtedy był tam z kimś, zatrzymał się, pił wino czy wódę. Bo słychać było butelkę, żłopanie, szepty. Nie była pewna, czy to mąż. Tylko tak to się zbiegło razem. On za pół godziny wrócił schodami, nie windą. Nie wracał ze dwa razy na noc. Potem wracał, ale późno. Nic nie mówiła. Chciała zbadać.

Zaczęła chodzić na jedenaste piętro. Najpierw po cichu, zostawiając niedomknięte drzwi do odwrotu, podkradała się schodami w górę. Jak nic, to wracała. Jak coś, szła wyżej. Kilka razy okazało się, że to obcy. Ktoś przemykał górnym korytarzem z klatki do klatki. Winda nieczynna. Kiedy indziej dziwny facet wracał z dachu przez okienko. Nie złodziej, bo zima, a on nieubrany i z siekierą w ręku. Przelękła się. Ale on gwizdał, machał drugą ręką, z klocem. Potem słyszała, jak zszedł do windy. I w windzie rąbał drzewo.

Raz o dwunastej w nocy schodziły dwie baby. Stare. Całe w czarnych chustach. Ze zgaszonymi świecami.

Następnej nocy usłyszała coś nieokreślonego, między brzękiem a szczęknięciem. Przeszła się wzdłuż półoświetlonego korytarza. Pachniało betonem. Osiem wylotów schodowych. Przeszła siedem. Jeszcze ósmy i powrót, spokój. Drgnęła. Zaczęła uciekać. Ale wróciła się. To niemożliwe, żeby tam po ciemku na schodach siedział ptak wysoki na metr. Podkradała się. Z sercem obok siebie. Coś załopotało. Nie.

Tylko poruszenie. Odbiegła z krótkim piskiem. Wróciła. Korciło ją. Podpełzła w kucki do załomu. Ptak siedział, spał. Nastroszony. Czarne, wielkie pióra w kołnierzu. Łeb wtulony. Coś się poruszyło. Wstrząsnęło. Krzyknęła. Spojrzały na nią oczy ludzkie. Wyrwała się z tego miejsca i całą sobą turlała się po ścianie w stronę odwrotną. Nie miała siły iść. Nie czuła nóg. Kiedy dobrnęła nieskończoną perspektywą do swoich schodów, załkała od ulgi. Spojrzała na okienko. Stała tam butelka po winie. Pewnie on z niej pił. Zamknęła się bez szelestu i ze strachu w ubraniu zaraz zasnęła.

Po napisaniu

To opowiadanie jest wymyślone. Poprzedniej nocy. Cały dzień po nim przespałem. Dziś w nocy wyszedłem na jedenaste piętro, na pusty korytarz. Właśnie naprzeciw tej siódmej klatki na okienku stała butelka po winie.

Postukiwanie

22 stycznia, niedziela

Choruję od wtorku, nie wychodzę, dużo leżę, czytam. Wyjątkowa, jak na ten blok, cisza. Ci za głową przybijają dwa razy do roku. Za ścianą kuchni dzieci i pies chyba wyjechały. Sąsiadka z dziesiątego sufitowa przemieszkuje u rodziny.

Ciche postukiwanie. Bezładne. Nie. Nie takie bezładne. Tyk — tyk... Wiatr? Czasem podskakuje. Uspokoił się. Tam też. Palą. Ciepło. Zgasiłem. Kiedy wleciałem w jamę snu? Leżałem w niej budzony postukiwaniem. O, znów! Wygramoliłem się z jamy na jawę. Czytam. Mijają dwie godziny.

— Tyk — tyk — tamto.