Łzy Sybiru - Dorota Pietruszka - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Łzy Sybiru ebook i audiobook

Dorota Pietruszka

4,5

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

17 osób interesuje się tą książką

Opis

„Łzy Sybiru” to opowieść tocząca się między dziecięcym szeptem a krzykiem historii. Na tle skutej lodem Syberii wybrzmiewa cichy głos polskiego dziecka wyrwanego z domu, rzuconego w świat głodu, mrozu i bezsilności. To nie tylko świadectwo cierpienia, lecz także pieśń o przetrwaniu, o miłości silniejszej niż śmierć; o nadziei, której nie zdusiła najgorsza zamieć.


To książka, która nie pozwala zapomnieć.


To słowa, które zostają w sercu jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 129

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 3 godz. 32 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Wojciech Domagalski

Oceny
4,5 (52 oceny)
33
12
7
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
lusiast

Nie oderwiesz się od lektury

Wzruszająca , smutna , przejmujaca, poruszająca historia tamtych okropnych lat. Warto sięgnąć po tę książkę , polecam.
00
DeleEwelina

Dobrze spędzony czas

Bardzo poruszająca historia . Lektor bardzo czyta, niestety lektorki ciężko się słucha (na szczęście jest jej niewiele)
00
Lewan86

Nie oderwiesz się od lektury

wzruszajaca
00
MamaBasia

Nie oderwiesz się od lektury

Pamiętajmy
00
antonina53

Nie oderwiesz się od lektury

Łzy,łzy,łzy, żeby pamięć o tym nigdy nie zginęła.
00

Popularność




Co­py­ri­ght © by Do­ro­ta Pie­trusz­ka 2025

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro 2025

Wy­da­nie II

Szcze­cin 2025

ISBN: 978-83-68498-21-9

e-ISBN: 978-83-68498-22-6

Re­dak­cja:

Ewa Hof­f­mann-Ski­biń­ska

Ko­rek­ta:

Ka­ta­rzy­na Ku­row­ska

Mo­ni­ka Cał­ka | Krop­ka i Spół­ka

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny, skład i ła­ma­nie:

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Kon­sul­ta­cja:

Ka­zi­mierz Kor­czyń­ski

Zdję­cie na okład­ce:

Do­ro­ta Pie­trusz­ka

Pro­jekt okład­ki:

Ka­ta­rzy­na Se­re­din-Ko­lar­czyk | ka­es-se­re­din.pl

Wy­daw­nic­two Ostre Pió­ro

www.ostre-pio­ro.pl

Do­ro­ta Pie­trusz­ka

Łzy Sy­bi­ru

Od Au­tor­ki

To nie jest książ­ka bio­gra­ficz­na.

To opo­wieść o od­wa­dze i wy­trwa­ło­ści czło­wie­ka, któ­ry mi­mo wszyst­ko nie ugiął się pod cię­ża­rem lo­su.

Na tych stro­nach chcę od­dać głos tym, któ­rzy już nie mo­gą mó­wić.

Pra­gnę być echem ich śmie­chu, pła­czu, na­dziei i roz­pa­czy.

Dzię­ki tej książ­ce mo­gę pod­kre­ślić sens ich cier­pie­nia i de­ter­mi­na­cji, któ­ra na­ka­za­ła im wy­trwać w naj­cięż­szych chwi­lach ży­cia.

Niech każ­da li­nij­ka tej książ­ki bę­dzie świa­dec­twem si­ły ludz­kie­go du­cha, si­ły do prze­trwa­nia w naj­bar­dziej nie­sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach i nie­zmie­rzo­nej zdol­no­ści do od­na­le­zie­nia świa­tła w ciem­no­ści.

Aby pa­mięć nie za­gi­nę­ła i nie zo­sta­ła przy­sy­pa­naśnie­giem Sy­bi­ru, ale ży­ła i uczy­ła ko­lej­ne po­ko­le­nia!

Mo­im dzie­ciom.

Pro­log

Sy­be­ria jest sło­wem, któ­re do dziś bu­dzi w lu­dziach lęk i nie­po­kój. To roz­le­gły ob­szar geo­gra­ficz­ny roz­cią­ga­ją­cy się od wschod­nich krań­ców Ro­sji aż po pół­noc­ną Azję. Su­ro­wy kli­mat, dłu­gie zi­my i krót­kie, chłod­ne la­to czy­nią te te­re­ny wy­jąt­ko­wo nie­przy­ja­zny­mi dla czło­wie­ka.

Na­to­miast Sy­bir nie jest tyl­ko na­zwą re­gio­nu. To po­ję­cie hi­sto­rycz­ne głę­bo­ko za­ko­rze­nio­ne w pol­skiej pa­mię­ci. To miej­sce zsy­łek, do­kąd w cza­sach ca­ra­tu, a póź­niej Związ­ku So­wiec­kie­go, tra­fia­li Po­la­cy ze­sła­ni za swo­ją wia­rę, toż­sa­mość, po­cho­dze­nie, nie­za­leż­ność.

To kra­ina nie­zli­czo­nych tra­ge­dii, ludz­kie­go cier­pie­nia i bez­sil­no­ści wo­bec bru­tal­nej ma­chi­ny wła­dzy. To miej­sce, gdzie ży­cie tra­ci­ło war­tość, czło­wiek prze­sta­wał być isto­tą ludz­ką, a je­go toż­sa­mość okre­ślał nada­ny mu nu­mer.

Sy­bir ozna­czał wy­gna­nie. Stra­tę wszyst­kie­go, co bli­skie: do­mu, ro­dzi­ny, ję­zy­ka, god­no­ści. Tam, gdzie koń­czy­ła się na­dzie­ja, za­czy­nał się co­dzien­ny bój o prze­trwa­nie.

Zsył­ki by­ły jed­nym z naj­bar­dziej bez­względ­nych na­rzę­dzi ter­ro­ru so­wiec­kie­go. Ty­sią­ce Po­la­ków tra­fia­ły do by­dlę­cych wa­go­nów. Wy­wo­żo­no ich w nie­zna­ne: do Ka­zach­sta­nu, do Wor­ku­ty, Ko­ły­my, Taj­sze­tu. Wie­le z tych osób nie prze­ży­ło po­dró­ży. In­ni do­tar­li, by la­ta­mi wal­czyć o każ­dy dzień: w gło­dzie, zim­nie, cho­ro­bie i upo­ko­rze­niu.

Nie­któ­rzy umie­ra­li, nie do­cze­kaw­szy na­wet god­ne­go po­chów­ku, grze­ba­ni na­pręd­ce w zmar­z­nię­tej zie­mi, bez krzy­ża, bez imie­nia. In­ni prze­ży­li, ale z ra­ną w ser­cu, któ­rej nie ule­czył czas. Czę­sto mil­cze­li przez de­ka­dy. Cza­sem tyl­ko szep­ta­li hi­sto­rię.

Tę książ­kę na­pi­sa­łam dla Nich i dzię­ki Nim.

Mia­łam nie­sa­mo­wi­te szczę­ście oso­bi­ście po­znać świad­ków tam­tych wy­da­rzeń, roz­ma­wiać z ni­mi, słu­chać ich hi­sto­rii opo­wia­da­nych przez łzy i śmiech, po­być z ni­mi w mil­cze­niu, któ­re wy­ra­ża­ło wię­cej niż sło­wa.

Oni mi za­ufa­li. Otwo­rzy­li przede mną naj­głęb­sze za­ka­mar­ki pa­mię­ci.

Nie je­stem nar­ra­tor­ką tej opo­wie­ści. Tę ro­lę od­da­łam Eu­ge­niu­szo­wi Ziar­nie1, któ­ry ja­ko nie­speł­na czte­ro­let­ni chło­piec zo­stał ze­sła­ny wraz z ro­dzi­ną na Sy­bir w 1940 ro­ku. To je­go ocza­mi pa­trzy­my na przed­sta­wio­ny świat, któ­ry nie po­wi­nien ni­g­dy ist­nieć. To je­go gło­sem pró­bu­ję opo­wie­dzieć to, co nie­wy­obra­żal­ne. Je­go mil­cze­nie sta­ło się krzy­kiem hi­sto­rii.

Nie jest to su­chy re­por­taż, ale też nie po­etyc­ka fan­ta­zja. To po­wieść opar­ta na praw­dzi­wych wspo­mnie­niach, na ży­wej pa­mię­ci i emo­cjach tych, któ­rzy prze­ży­li. To pró­ba oca­le­nia od za­po­mnie­nia ich hi­sto­rii, bo są one na­szym wspól­nym dzie­dzic­twem. I ostrze­że­niem.

Wie­rzę, że opo­wieść Eu­ge­niu­sza wła­śnie w tej for­mie – zba­lan­so­wa­nej mię­dzy li­te­rac­kim ob­ra­zem a praw­dą wspo­mnień – po­ru­szy ser­ca czy­tel­ni­ków.

Ma­pa ze­słań, nie­wol­ni­czej pra­cy i stra­ceń Po­la­ków na nie­ludz­kiej zie­mi.

Źró­dło: https://sy­bi­ra­cyzg.pl/?pa­ge­id=16327, [do­stęp: 30.07.2025].

Do cie­bie pi­szę, mło­dy czło­wie­ku,

Żeby Cię prze­strzec o za­kła­ma­niu.

Bo mo­że słu­chasz, bo mo­że czy­tasz?

Nie wiem, czy za­wsze praw­dę wy­czy­tasz?

Czy Ty by­łeś w Ma­ga­da­nie?

O Wor­ku­cie coś sły­sza­łeś?

Ja nie by­łam, lecz Ci po­wiem,

Co mó­wi­li ci, co z Ko­ły­my po­wró­ci­li.

To wszyst­ko „Nie­ludz­ka Zie­mia”

Da­le­ka pół­noc, da­le­ki wschód

To punkt roz­stań – do Gu­ła­gów,

Na znisz­cze­nie nas – Po­la­ków.

Wiel­ka Taj­ga, sa­me la­sy,

Wszyst­ko by­ło prze­ciw To­bie,

Bóg, przy­ro­da, no i Czło­wiek (…).

O Ka­ty­niu i Mied­no­je

To na pew­no już sły­sza­łeś.

Tam jak kwia­tów jest

Usła­nych – ofi­ce­rów pol­skich grób (…).

Żoł­nierz pol­ski z wiel­kim ser­cem,

Szedł do wal­ki po­bić wro­ga,

Ale też krwa­wi­ło ser­ce,

Na bez­myśl­ność, na szy­der­stwo (…).

 Nikt już te­raz nie na­pi­sze,

Że to Po­lak – syn tej ziemi,

Wal­czył szcze­rze, od­dał ży­cie.

Je­go wal­ka. A zwy­cię­stwo?

Trze­ba prze­żyć tę mor­dę­gę…

Ca­łe, wiel­kie po­ni­że­nie,

Mieć na­dzie­ję, ze­brać si­ły,

Na wąt­pli­we oca­le­nie (…).

To wszyst­ko by­ło, to już mi­nę­ło,

Lecz trze­ba wie­dzieć, no i pa­mię­tać!

Gdzie by­ła praw­da.

Gdzie fałsz, a gdzie uzna­nie?

Do Cie­bie mó­wię, Wiel­ki Tu­ła­czu!

Żeś jest szczę­ścia­rzem – boś prze­żył.

Żeś jest szczę­ścia­rzem – boś się po­go­dził.

A te­raz wo­łaj gło­śno do Bo­ga,

Żeby nam tego ni­gdy nie wró­cił2.

Dro­ga na Sy­bir, rys. Do­ro­ta Pie­trusz­ka

11 Eu­ge­niusz Ziar­no, syn Ja­na i Ma­rii, ur. 1 paź­dzier­ni­ka 1936 r. w Wo­li­cy Drew­lań­skiej, (pow. Ka­mion­ka Stru­mi­łow­ska, woj. Lwow­skie). De­por­to­wa­ny 10 lu­te­go 1940 r. do Ar­chan­giel­skiej Ob­ła­sti, (rej. Cze­rep­ków, pos. Re­czusz­ka), na­stęp­nie ze­sła­ny do Sa­ra­tow­skiej Ob­ła­sti (rej. Pu­ga­czow, pos. Sta­ra­ja Po­ru­biosz­ka), a póź­niej zna­lazł się w Ka­zach­sta­nie, w Ał­ma-Ata Ob­ła­sti(rej. Ka­ra­kał, koł. Iwa­now­ski). Wró­cił do kra­ju 19 mar­ca 1946 r. (Wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od re­dak­to­ra).

22 Elż­bie­ta Le­opold, frag­men­ty wier­sza Nie­ludz­ka Zie­mia, http://www.sy­bi­ra­cy­2010.sy­bi­ra­cy.pl/po­ezje/00004.html, [do­stęp: 21.07.2025]. (Za­cho­wa­no ory­gi­nal­ną pi­sow­nię).

Część I

Po­czą­tek

Prze­cią­gnę­li go po­tem pod ścia­nę,

do ką­ta,

przy­rzu­ci­li płasz­czem bez gu­zi­ków,

le­żał sztyw­ny i stygł…

Kto by so­bie w trans­por­cie

Tru­pem gło­wę za­przą­tał?

Nikt3.

By­ła nas piąt­ka: Sta­szek, Da­nu­sia, Ala, ja i naj­młod­sza Oleń­ka.

O świ­cie 10 lu­te­go 1940 ro­ku obu­dził nas oj­ciec. Był już ubra­ny, czu­ły jak zwy­kle, lecz dziw­nie bla­dy. Kie­dy po­ma­gał mi się ubie­rać, rę­ce mu drża­ły. Mój star­szy brat Sta­szek ogar­nął się sam. Spy­tał tylko, czemu tak wcze­śnie wsta­jemy.

W sa­lo­nie pa­no­wał nie­po­ko­ją­cy ruch. Oj­ciec po­wie­dział, że Ma­ma z Oleń­ką, na­szą naj­młod­szą sio­strą, już cze­ka­ją go­to­we, że przed na­mi da­le­ka wy­pra­wa i prze­ży­je­my nie mniej­sze przy­go­dy niż bo­ha­te­ro­wie na­szych ulu­bio­nych opo­wie­ści – Staś i Nel. Do­my­śli­li­śmy się, że to nie bę­dzie cu­dow­na po­dróż.

Wszedł­szy do sa­lo­nu, za­sta­łem mat­kę sto­ją­cą na środ­ku z Oleń­ką na rę­kach. Przy ka­na­pie nia­nia, bo­so i w sa­mej ko­szu­li, pa­ko­wa­ła do wę­zeł­ków na­sze ubra­nia. W drzwiach sta­li dwaj żoł­nie­rze z ka­ra­bi­na­mi, a przy sto­le pe­wien cy­wil prze­glą­dał z zim­ną pre­cy­zją na­sze pa­pie­ry, szka­tuł­kę z bi­żu­te­rią i od­zna­cze­nia­mi oj­ca. Sta­szek sta­nął obok mnie, ści­snął mi rę­kę i po ci­chu przy­gry­zał war­gi, aby się nie roz­pła­kać.

A ja od ogar­nia­ją­ce­go mnie stra­chu na­wet pła­kać nie mo­głem.

Cy­wil po­śpie­szał oj­ca. Na py­ta­nie, czy mo­że po­że­gnać się z ro­dzi­ną, ski­nął na jed­ne­go z żoł­nie­rzy, któ­ry bez wa­ha­nia sta­nął mię­dzy na­mi a oj­cem, ry­su­jąc ostre gra­ni­ce na­szej ostat­niej wspól­nej chwi­li. Mat­ka ze szlo­chem rzu­ci­ła się do oj­ca, lecz en­ka­wu­dzi­sta bru­tal­nie ją ode­pchnął. Na­tych­miast pod­nio­sła się wrza­wa, a naj­gło­śniej za­wo­dzi­ła na­sza nia­nia, któ­ra te­raz za­cho­wy­wa­ła się bar­dziej jak dziec­ko niż opie­kun­ka.

Żoł­nierz bez­ce­re­mo­nial­nie po­pchnął ojca w stronę drzwi. Oj­ciec od­wró­cił się i po­wie­dział do Ma­my ze łza­mi w oczach:

– Stef­ciu, wy­bacz mi, że tak się sta­ło. Wy­trwa­my i jesz­cze usią­dzie­my ra­zem pod na­szym sta­rym orze­chem. Ty zro­bisz her­ba­tę, a ja na­pra­wię ten prze­klę­ty płot, co za­wsze się prze­wra­cał. – Uśmiech­nął się bla­do. – Ja wiem, że je­steś dziel­na. Pil­nuj dzie­ci…

A gdy zwra­cał się do Stasz­ka, je­go głos stał się pew­niej­szy, bar­dziej oj­cow­ski:

– Ty je­steś te­raz naj­star­szym męż­czy­zną w do­mu. Opie­kuj się ko­bie­ta­mi…

Urwał. Spoj­rzał na nas wszyst­kich po ko­lei, jak­by chciał za­pa­mię­tać na­sze twa­rze. W je­go oczach wi­dzia­łem strach, mi­łość i bez­sil­ność. Za­trzy­mał wzrok na ma­lut­kiej Oleń­ce sku­lo­nej w ra­mio­nach Ma­my i wy­szep­tał:

– Prze­bacz mi…

Opu­ścił po­kój w asy­ście żoł­nie­rza o twa­rzy po­zba­wio­nej wy­ra­zu, zo­sta­wia­jąc za so­bą echo słów, któ­re już na za­wsze mia­ły wy­brzmie­wać w na­szych ser­cach: „Pa­mię­taj­cie, dzie­ci, że co­kol­wiek was spo­tka, nie za­po­mi­naj­cie, że je­ste­ście Po­la­ka­mi, bo tyl­ko praw­dzi­wi Po­la­cy cier­pią za Oj­czy­znę…”.

Za­pa­dła głę­bo­ka ci­sza roz­bi­ja­na je­dy­nie szlo­chem Ma­my i ci­chym sze­le­stem nia­ni koń­czą­cej pa­ko­wa­nie wę­zeł­ków4.

W pro­mie­niach słoń­ca, przez któ­re ma­lo­wa­ły się tań­czą­ce ku­rzo­we wi­tra­że, mo­gli­śmy zo­ba­czyć, jak na­sze ży­cie roz­pa­da się na ka­wał­ki. Zdję­cia z wa­ka­cji i pa­miąt­ki z ro­dzin­ne­go do­mu te­raz sta­ły się bez­war­to­ścio­wy­mi echa­mi prze­szło­ści. I choć by­li­śmy ra­zem, uczu­cie osie­ro­ce­nia prze­nik­nę­ło nas już na za­wsze. Wresz­cie wszyst­ko by­ło go­to­we. Ma­ma po­pra­wi­ła chu­s­tę na gło­wie, bez słów spoj­rza­ła na nia­nię i tyl­ko ski­nę­ła gło­wą na po­że­gna­nie.

Nia­nia zo­sta­ła w opu­sto­sza­łym do­mu, któ­ry jesz­cze wczo­raj pach­niał chle­bem i kom­po­tem z wi­śni. Te­raz ścia­ny zda­wa­ły się chłod­ne, ob­ce. Sta­ła w pro­gu, kur­czo­wo ści­ska­jąc rą­bek far­tu­cha, a jej oczy za­snu­ły łzy.

– Idź­cie – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Ja tu jesz­cze tro­chę po­bę­dę.

Nie pła­ka­ła. Mo­że już nie mia­ła sił. Ostat­ni raz obej­rza­łem się przez ra­mię. Wi­dzia­łem ją – ma­leń­ką po­stać w cie­niu sie­ni, w świe­tle bla­de­go po­ran­ka.

Wte­dy nie wie­dzia­łem jesz­cze, że to by­ło po­że­gna­nie na za­wsze. Że ten dom znik­nie – nie tyl­ko z na­szej wsi, ale i z ma­py świa­ta, jak­by ni­g­dy nie ist­niał.

Ale pa­mięć o nim i ro­dzin­nej wsi po­zo­sta­ła we mnie do dziś.

Przy­wieź­li nas na pe­ron ko­le­jo­wy, gdzie już cze­kał dłu­gi skład wa­go­nów to­wa­ro­wych. W jed­nym z nich mie­li­śmy przy­dzie­lo­ne miej­sce, na gór­nej pół­ce ko­ło za­kra­to­wa­ne­go okna. Wa­gon był wy­peł­nio­ny ko­bie­ta­mi, dziećmi, star­ca­mi oraz sto­sem ba­ga­ży, któ­ry wzno­sił się aż po su­fit.

Ma­ma, z de­ter­mi­na­cją na twa­rzy, zdję­ła zło­ty pier­ścio­nek, je­dy­ny znak daw­ne­go do­stat­ku i ser­decz­nych wspo­mnień. Od­da­ła go, jak­by roz­sta­wa­ła się z ka­wał­kiem wła­sne­go ser­ca.

– Po­zwól­cie po­szu­kać ro­dzi­ny – ode­zwa­ła się bła­ga­ją­cym to­nem do straż­ni­ka, któ­ry za­braw­szy krą­żek, ski­nął gło­wą.

– Idź.

Pro­ste, roz­ka­zu­ją­ce sło­wo otwo­rzy­ło przed nią drzwi do cia­sne­go świa­ta na­dziei. Dłu­go nie wra­ca­ła, a na­sze dzie­cin­ne ser­ca ogar­nę­ła fa­la nie­po­ko­ju tak wiel­ka, że nie po­tra­fi­li­śmy już dłu­żej mil­czeć – roz­pła­ka­li­śmy się ci­cho, drżąc ze stra­chu.

– Nie płacz­cie, bo roz­strze­lam.

Rzeź­bio­ne ze sta­li sło­wa do­się­gły na­szych uszu i, cho­ciaż strach bił moc­niej niż kie­dy­kol­wiek, zro­zu­mie­li­śmy: trze­ba trzy­mać się ra­zem, uspo­ka­jać mniej­sze­go, młod­sze­go, bar­dziej prze­ra­żo­ne­go. Oleń­ka spa­ła, a Ala i Da­nu­sia szlo­cha­ły ci­cho, każ­da sku­lo­na ko­ło ba­ga­ży.

Wte­dy Ma­ma wró­ci­ła, ma­lu­jąc na twa­rzy uśmiech ostat­ka­mi sil­nej wo­li.

– Są dzia­dek, bab­cia i wu­jek Ju­lian. W tam­tym wa­go­nie.

Wska­za­ła przez tłum, po­przez szpa­ry mię­dzy wa­go­na­mi, na in­ny skład, rów­nie przy­gnę­bio­ny cię­ża­rem ludz­kich dra­ma­tów jak nasz.

Wra­ca­jąc, przy­nio­sła też ku­be­łek wo­dy. Obej­rza­ła się i zo­ba­czy­ła, jak cio­cia Mi­sia, ku­zyn­ka oj­ca, prze­mie­rza w pośpie­chu pe­ron. Sta­wia na be­to­nie ma­łą He­len­kę, po­tem Zbysz­ka, tasz­czy ba­gaż, pro­wa­dzi Ry­sia za rę­kę, jak gdy­by opro­wa­dza­ła go po ogro­dzie peł­nym kwia­tów, któ­re mo­gły kwit­nąć tyl­ko w uko­cha­nym do­mu.

A wu­jek…?

Pew­nie za­bra­li go tak, jak na­sze­go ta­tę – w nie­zna­ne.

Zo­ba­czy­ła na­szą Ma­mę, okru­cha­mi ro­syj­skich słów zwró­ci­ła się do Ro­sja­ni­na:

– To­wa­riszcz, pe­re­pra­sza­ju.

Za­miast wła­ści­we­go izvi­nia­ju5, jej prze­pra­szam za­brzmia­ło na ty­le nie­win­nie, że na­wet ten chro­po­wa­ty, po­chmur­ny na twa­rzy straż­nik pod­niósł gło­wę.

– Ja cho­ciem w tam­tym wa­go­nie.

Wska­za­ła na nasz. Straż­nik od­wró­cił się, wy­cią­ga­jąc chu­s­tecz­kę i wy­da­wa­ło się, że otarł łzy…

– Brać dzie­ci! – Je­go sło­wa by­ły prze­siąk­nię­te li­to­ścią. Cio­cia, ze­braw­szy wszyst­kich, szyb­ko przy­bie­gła do nas.

Po za­ła­do­wa­niu pa­kun­ków i usa­do­wie­niu się, po­czu­li­śmy pierw­sze ozna­ki no­wej, su­ro­wej rze­czy­wi­sto­ści. W wa­go­nie pa­no­wa­ła cia­sno­ta, za­nim jesz­cze do­łą­czy­li­śmy do obec­nych kil­ku­dzie­się­ciu osób, jed­nak z ca­łych sił chcie­li­śmy za­cho­wać choć­by po­zo­ry god­no­ści. Roz­lo­ko­wa­ni na drew­nia­nych pry­czach, sple­tli­śmy się w cia­sną spo­łecz­ność, złą­czo­ną nie­wy­ra­żo­ny­mi jesz­cze wię­za­mi wspól­ne­go lo­su.

Na­gle pe­ron ożył od­gło­sem pie­śni – hymn Bo­że, coś Pol­skę i Ser­decz­na Mat­ko wznio­sły się nad tym pej­za­żem roz­pa­czy, sta­jąc się na­szym ostat­nim wo­ła­niem o oca­le­nie.

Kon­wo­jen­ci bru­tal­nie ła­ma­li ci­szę, ude­rza­jąc kol­ba­mi ka­ra­bi­nów o me­ta­licz­ną po­wierzch­nię wa­go­nu, jed­nak na­sze gło­sy na­dal pły­nę­ły, co­raz bar­dziej roz­pacz­li­we, jak gdy­by ska­zań­cy pła­ka­li, że­gna­jąc oj­czy­stą zie­mię.

Po­ciąg ru­szył o zmro­ku, szar­piąc na­sze cia­ła i ser­ca wie­zio­ne w nie­zna­nym kie­run­ku. W na­szym skła­dzie, roz­cią­ga­ją­cym się na pięć­dzie­siąt wa­go­nów, zna­la­zło się po­nad dwa ty­sią­ce ludz­kich hi­sto­rii – głów­nie ko­biet i dzie­ci – za­sty­głych w bez­wol­nym ocze­ki­wa­niu na to, co przy­nie­sie przy­szłość.

Dro­ga na ze­sła­nie, rys. Do­ro­ta Pie­trusz­ka

W cza­sie jaz­dy, któ­rą prze­ry­wa­ło je­dy­nie dziw­ne uczu­cie nie­re­al­no­ścii stu­kot kół na szy­nach, na ze­wnętrz­nych ścia­nach wa­go­nów utwo­rzy­ła się lo­do­wa po­wło­ka świad­czą­ca o gwał­tow­nym spad­ku tem­pe­ra­tu­ry na ze­wnątrz. Z każ­dym szarp­nię­ciem lo­ko­mo­ty­wy wo­da, go­to­wa­na na skrom­nym, że­la­znym pie­cy­ku – na­szym je­dy­nym źró­dle cie­pła, dzię­ki któ­re­mu pró­bo­wa­li­śmy za­pew­nić so­bie odro­binę kom­for­tu – wy­le­wa­ła się na drew­nia­ną pod­ło­gę i mo­men­tal­nie za­ma­rza­ła, two­rząc śli­ską, groź­ną war­stwę lo­du.

Wo­kół otwo­ru, któ­ry po­słu­żył za la­try­nę, two­rzył się wał ka­łu i mo­czu. Smród, za­duch i reszt­ki je­dze­nia z bia­ły­mi, ru­sza­ją­cy­mi się lar­wa­mi, zmie­ni­ły nasz wa­gon w miej­sce prak­tycz­nie nie do znie­sie­nia.

Mo­ja Ma­ma, bla­da ni­czym anioł w pro­mie­niach świa­tła do­cho­dzą­ce­go przez za­kra­to­wa­ne okien­ka, trzy­ma­ła ma­łą Oleń­kę na ko­la­nach.

– Pro­szę pa­ni, co ro­bić? Znikł mi po­karm…

Roz­pacz­li­wy głos mło­dej mat­ki roz­bił się od za­tę­chłych ścian wa­go­nu. Bez na­my­słu Ma­ma po­da­ła ra­dę, któ­rą kie­dyś usły­sza­ła od mo­jej bab­ci:

– Weź okruch chle­ba, po­łóż go na ję­zy­ku, do­kład­nie roz­drob­nij śli­ną, aż zro­bi się pap­ka. Po­tem de­li­kat­nie po­daj dziec­ku, że­by mo­gło to ła­two prze­łknąć.

To był pro­sty spo­sób, by choć tro­chę na­kar­mić nie­mow­lę, gdy bra­ko­wa­ło mle­ka.

Nie­ste­ty, dziec­ko zmar­ło. Roz­pacz mat­ki i ża­ło­ba ogar­nę­ły ca­ły wa­gon.

To pierw­szy cios, pierw­sze żni­wo śmier­ci, któ­re tyl­ko po­głę­bi­ło na­sze cier­pie­nie.

Na­sza Oleń­ka cier­pia­ła z po­wo­du bie­gun­ki, a pie­luch wy­star­czy­ło tyl­ko na czter­dzie­ści użyć. Wy­na­tu­rze­nie na­szej sy­tu­acji wy­ma­ga­ło po­nad­ludz­kich roz­wią­zań – Ma­ma su­szy­ła pie­lu­chy cie­płem swo­je­go cia­ła, wy­kru­sza­jąc po­zo­sta­ło­ści. I tak przy­go­to­wy­wa­ła je do po­now­ne­go uży­cia.

Kie­dy za­bra­kło nam wo­dy, każ­da kro­pla sta­ła się cen­niej­sza niż zło­to. Przez kra­ty w wa­go­nie odła­my­wa­li­śmy so­ple lo­du i ssa­li­śmy jak naj­wy­bor­niej­sze cu­kier­ki.

O my­ciu się nie by­ło mo­wy – na ta­ki kom­fort nie mo­gli­śmy so­bie po­zwo­lić.

Drzwi do na­sze­go pro­wi­zo­rycz­ne­go do­mu z me­ta­lu by­ły za­mknię­te na kłód­kę, otwie­ra­ne tyl­ko raz na do­bę, by do­star­czyć nam wo­dę i opał. Gdy po­ciąg za­trzy­mał się w Smo­leń­sku, do­sta­li­śmy ko­cioł z zu­pą, w któ­rym pły­wa­ły bu­ra­ki i ka­sza ja­gla­na. Dzie­li­li­śmy ten po­si­łek na po­nad sie­dem­dzie­siąt dusz – por­cje nie­wy­star­cza­ją­ce, ale przy­naj­mniej cie­pła stra­wa roz­grza­ła na mo­ment na­sze mar­z­ną­ce ser­ca.

Raz do na­sze­go wa­go­nu wszedł fel­czer. Po­pa­trzył na nas i za­py­tał z obo­jęt­no­ścią:

– Cho­rzy są?

Py­ta­nie wy­da­wa­ło się tak ode­rwa­ne od na­szej rze­czy­wi­sto­ści, jak­by tra­fił tu z in­ne­go świa­ta.

– Tak, dzie­się­ciu.

– Nie wi­dzę. Nic nie po­trze­ba.

Je­go od­po­wiedź i odej­ście za­mknęły drzwi do na­dziei.

Mo­ment, któ­ry za­pa­mię­ta­łem naj­bar­dziej z ca­łej po­dró­ży, to ten, gdy mu­sie­li­śmy „od­dać” straż­ni­kom trzy zmar­łe oso­by z na­sze­go wa­go­nu, któ­re nie wy­trzy­ma­ły nie­usta­ją­ce­go zim­na i in­nych nie­koń­czą­cych się nie­wy­gód tej nie­ludz­kiej wy­pra­wy.

Z bó­lem w ser­cu usły­sze­li­śmy, jak kon­wo­jent obo­jęt­nym to­nem za­wia­da­miał:

– Da­waj zde­chłych.

Nie mie­li­śmy si­ły na pro­test, na łzy, na ża­ło­bę.

Mil­cze­li­śmy.

Gdy chwy­ta­li zmar­łych za zsi­nia­łe od chło­du no­gi i wy­rzu­ca­li ich cia­ła do ro­wu przy to­rach, w ką­cie du­szy każ­de­go z nas ro­dzi­ła się nie­mal bez­gło­śna skar­ga. Ko­men­ta­rze straż­ni­ków, odzie­ra­ją­ce z ostat­niej god­no­ści, wbi­ja­ły się w na­sze ser­ca ni­czym kol­ce:

– Wil­ki też mu­szą coś jeść.

Pew­ne­go dnia je­den ze star­szych ze­słań­ców wpadł na po­mysł – gro­te­sko­wy mo­że, ale da­ją­cy upust na­szej roz­pa­czy. Z in­ny­mi oto­czy­li na­szą pry­mi­tyw­ną „dziu­rę ubi­ka­cyj­ną” z czte­rech stron i za­czę­li z niej ze­skro­by­wać fe­ka­lia. Ci, któ­rzy chcie­li się za­ła­twić, usta­wia­li się w ko­lej­ce, po­pę­dza­ni sło­wa­mi za­chę­ty peł­ny­mi go­ry­czy:

– Rżnij, niech im g… zo­sta­nie.

Te sło­wa bun­tu brzmia­ły jak wy­raz pra­wie zwie­rzę­cej de­ter­mi­na­cji, pra­gnie­nia prze­trwa­nia. Cho­ciaż nikt z nas nie był pe­wien na­stęp­ne­go dnia, ukry­ty w tym ak­cie sprze­ciw da­wał po­czu­cie, że nie je­ste­śmy je­dy­nie bez­sil­ny­mi ofia­ra­mi, lecz na­dal ludź­mi, któ­rzy mi­mo wszyst­ko po­tra­fią od­na­leźć w so­bie wo­lę wal­ki.

Po wie­lu ty­go­dniach cięż­kiej po­dró­ży i utra­cie resz­tek na­dziei na szyb­ki po­wrót do­tar­li­śmy na miej­sce. Wy­pchnę­li nas z wa­go­nów jak zby­tecz­ny ła­dunek. Tra­fia­li­śmy na zie­mię jak ma­rio­net­ki po­zba­wio­ne sznur­ków.

Świa­tło gła­skało na­sze twa­rze, a po­wie­trze, jakże świeże i lo­do­wate ni­czym zło­wro­gie tchnie­nie, prze­sy­cone chło­dem i py­łem ste­po­wym, za­ra­zem oczysz­czało płuca, jak i je ra­niło.

Trans­port na ze­sła­nie, rys. Do­ro­ta Pie­trusz­ka

Nad­zor­ca, strze­la­jąc ba­tem, co chwi­lę krzy­czał: by­striej6 i bru­tal­ny­mi ru­cha­mi usta­wiał nas w rzę­dach. Ani jed­no wes­tchnie­nie, ani jed­no py­ta­nie nie pa­dło z na­szych ust.

Z każ­dej stro­ny ota­cza­ły nas ob­ce ro­dzi­ny, któ­re w ob­li­czu wspól­nej tra­ge­dii sta­wa­ły się naj­bliż­szy­mi. Pa­da­ło. Da­nu­sia, któ­ra sie­dzia­ła, osła­nia­jąc mnie, mo­kła jesz­cze bar­dziej niż resz­ta. Jej chu­s­ta – znak jej mło­dzień­cze­go du­cha – sta­ła się ni­czym in­nym jak cięż­ką, prze­mo­czo­ną szma­tą przy­le­ga­ją­cą do jej smut­nych, za­pa­dłych po­licz­ków. Z oczu znik­nę­ła iskra – zo­sta­ło tyl­ko za­mglo­ne spoj­rze­nie, peł­ne my­śli, któ­rych wo­la­łem so­bie na­wet nie wy­obra­żać.

Za­ła­do­wa­li nas na cię­ża­rów­ki. Pę­dzi­li­śmy po roz­mo­kłej dro­dze, nie­bez­piecz­nie tań­cząc na stro­mych wznie­sie­niach. Świat na ze­wnątrz roz­myły stru­gi desz­czu, a wi­dok ośnie­żo­nych szczy­tów Ura­lu szedł w pa­rze z kosz­ma­rem, któ­ry wła­śnie się roz­gry­wał.

Pięk­no i gro­za…

W pew­nym mo­men­cie z pa­ki jed­nej z cię­ża­ró­wek wy­padł to­bo­łek z na­czy­nia­mi. Po­wie­trze prze­rwał krzyk i płacz jed­nej z ko­biet, któ­ra bez­sil­nie ob­ser­wo­wa­ła, jak reszt­ki jej daw­ne­go ży­cia roz­trza­skały się na błot­ni­stej ziemi. Kie­rowca, któ­rego twarz nie wy­ra­żała żad­nych emo­cji, je­dy­nie się za­śmiał:

– Wresz­cie bę­dę miał co za­brać do do­mu w dro­dze po­wrot­nej.

Wje­cha­li­śmy do do­li­ny. Wy­da­wa­ło się, że prze­kro­czy­liśmy gra­ni­cę do in­ne­go, nie­mal­że ba­jecz­ne­go świa­ta. Wo­ko­ło, na roz­le­głych łą­kach, roz­cią­ga­ło się mo­rze dzi­kich tu­li­pa­nów: bia­łych, żół­tych, bor­do­wych z czar­ny­mi de­se­nia­mi, któ­re tań­czy­ły lek­ko na wie­trze – od­waż­ne, mi­mo po­ry­wa­ją­ce­go je desz­czu. Na­wet w tej po­dró­ży do zim­nej, su­ro­wej Sy­be­rii, na­tu­ra prze­sy­ła­ła nam po­krze­pia­ją­cą wia­do­mość – spek­takl o życiu po­dą­ża­ją­cym wła­sną dro­gą bez wzglę­du na tra­ge­die i ludz­kie dra­ma­ty.

Za­nie­mó­wi­li­śmy. Sło­wa by­ły tu nie­po­trzeb­ne. Każ­dy z nas chło­nął pej­zaż z oso­bi­stej, izo­lo­wa­nej ko­mo­ry swo­je­go umy­słu, wie­dząc, że ani pięk­no przy­ro­dy, ani ca­łun smut­ku nie są w sta­nie wy­ra­zić te­go, co na­praw­dę czu­li­śmy.

Pięk­na i prze­ra­ża­ją­ca dro­ga do na­sze­go no­we­go, przy­mu­so­we­go do­mu w głę­bi lo­do­wa­te­go ser­ca Sy­be­rii. Tu śmierć nie by­ła ci­chym zło­dziejem, któ­ry krad­nie ży­cie, lecz to­wa­rzy­szem dnia i no­cy wi­szą­cym nad lo­sem każ­de­go z nas ni­czym po­nu­re przy­po­mnie­nie, że ist­nie­nie jest tu rów­nie kru­che, co iskier­ka cie­pła w środ­ku zi­my. Tam, gdzie koń­czy­ły się ma­py, za­czy­na­ło się na­sze no­we ży­cie – ży­cie bez wy­boru, bez na­dziei, zbu­do­wane z co­dzien­nej walki o prze­trwa­nie.

Nie­bo zda­wa­ło się wi­sieć ni­żej; jak­by przy­gnia­ta­ło nas cię­ża­rem wspo­mnień i nie­wy­po­wie­dzia­nych mo­dlitw. Czas pły­nął ina­czej: dni zle­wa­ły się w bez­kształt­ną, bia­łą ma­sę, w któ­rej gu­bi­ło się po­czu­cie toż­sa­mo­ści. A jed­nak wśród tej bie­li, wśród sza­ro­ści gło­du i bez­na­dziei ro­dzi­ło się coś nie­zwy­kłe­go – ci­cha so­li­dar­ność. Spoj­rze­nia, ge­sty, pół­słów­ka – to za­czę­ło zna­czyć wię­cej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Cho­ciaż za­bra­no nam wszyst­ko, cze­go moż­na by­ło do­tknąć – zie­mię, do­my, bli­skich – nie zdo­ła­li wy­rwać z nas jed­ne­go: pra­gnie­nia, by prze­trwać. I mo­że wła­śnie w tym pra­gnie­niu, w tej upo­rczy­wej, ci­chej wal­ce, od­na­leź­li­śmy cząst­kę wol­no­ści – ukry­tą głę­bo­ko, gdzie nie się­ga­ły lód ani strach.

33 Be­ata Obe­r­tyń­ska, W by­dlę­cym wa­go­nie, https://przy­sta­ne­khi­sto­ria.pl/pa2/te­ma­ty/zbrod­nie-so­wiec­kie/77797,Po­et­ka-w-la­grach-Be­ata-Obe­r­tyn­ska-18981980.html, [do­stęp: 21.07.2025].

Be­ata Obe­r­tyń­ska (1898-1980), pol­ska po­et­ka i pi­sar­ka. W 1940 r. aresz­to­wa­na i wię­zio­na przez NKWD, ze­sła­na do ła­gru. W 1942 r. ewa­ku­owa­ła się wraz z ar­mią An­der­sa do Ira­nu. Prze­szła ca­ły szlak bo­jo­wy Ar­mii Pol­skiej. Po woj­nie osia­dła w Lon­dy­nie.

44 Wę­zeł­ki – za­wi­niąt­ka, to­boł­ki.

55 Izvi­nia­ju, oryg. Извиняю (ros.) – prze­pra­szam.

66 By­striej, oryg. Быстрый (ros.) – szyb­ciej.

Ta­ble of Con­tents

Co­ver

Re­dak­cyj­na

Ti­tle

Od Au­tor­ki

De­dy­ka­cja

Pro­log

Część I

Punkty orientacyjne

Co­ver