Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji - Halicki Piotr - ebook + audiobook + książka

Łowcy cieni. Kulisy działania najbardziej tajemniczej jednostki policji ebook i audiobook

Halicki Piotr

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

18 osób interesuje się tą książką

Opis

Nikt nie zna ich twarzy, nazwisk ani życia prywatnego.

Dla zwykłych obywateli są niewidzialni, wśród przestępców budzą strach.

Od początku swojego istnienia Łowcy Cieni są jedną z najbardziej tajemniczych jednostek polskiej policji. Rozwiązują sprawy uprowadzeń dla okupu i ścigają najgroźniejszych przestępców. To oni złapali nazywanego polskim Hannibalem Lecterem Kajetana P. i takich gangsterów jak Belmondziak, Smok, Twardy czy Wielki Bu.

Wszelkie informacje na temat działalności Łowców Cieni są owiane tajemnicą. O swojej pracy policjanci nie rozmawiają nawet z najbliższymi – a tym bardziej z dziennikarzami.

Dla Piotra Halickiego zrobili wyjątek.

·Jak tropią przestępców, którzy przyjmują fałszywą tożsamość i ukrywają się latami, często na drugim końcu świata? Co robią, by wpaść na ich ślad?

·W jakim stopniu nowe technologie ułatwiają polowanie na najgroźniejszych przestępców?

·Jak działają, gdy dochodzi do uprowadzenia dla okupu?

Dotychczas odpowiedzi na te pytania znali tylko nieliczni. W tej książce oddajemy głos samym „łowcom”. To oni opowiadają o zawodowych wyzwaniach i rozterkach.

Poznaj kulisy działania elitarnej jednostki i odkryj nieznane dotąd szczegóły najbardziej spektakularnych akcji, o których mówiła cała Polska.

PIOTR HALICKI– historyk z wykształcenia, dziennikarz z powołania. W mediach pracuje od ponad dwudziestu lat, obecnie związany jest z redakcją Onetu. Specjalizuje się w pisaniu o sprawach dotyczących służb mundurowych, a także kwestiach społecznych i politycznych. Był dwukrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 254

Data ważności licencji: 6/17/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 18 min

Lektor: Piotr Halicki

Data ważności licencji: 6/17/2031

Oceny
4,3 (10 ocen)
6
1
3
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
EweFoks

Nie oderwiesz się od lektury

Wciągająca ksiżka, która jest ciekawą przerwą między kryminałami czytanymi podczas wakacji.
10
akoczela

Nie oderwiesz się od lektury

Super ciekawa i świetnie czytana
00
Logana

Całkiem niezła

Polecam
00
AAJac

Całkiem niezła

6/10
00
AnnaDyczko

Nie oderwiesz się od lektury

„Łowcy cieni” Piotra Halickiego to fascynujący reportaż odsłaniający kulisy pracy specjalnej jednostki tropiącej najgroźniejszych przestępców oraz autentyczne sprawy, które wciągają niczym dobry kryminał. To książka, którą polecam nie tylko miłośnikom kryminalistyki, ale wszystkim ciekawym prawdziwych historii.
00



Copyright © by Piotr Halicki

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Otwarte 2026

Opieka wydawnicza: Michał Misiorek

Redakcja tekstu: Waldemar Kumór

Adiustacja i korekta: Studio NOTA BENE

Promocja i marketing: Dominika Szczerek

Projekt okładki: Agnieszka Gontarz (front), Maria Miłoś

Fotografia na okładce: CBŚP

ISBN 978-83-8399-579-3

Imiona i nazwiska niektórych osób opisanych w tej książce zostały zmienione w celu ochrony ich prywatności.

www.otwarte.eu

Wydawnictwo Otwarte sp. z o.o.,

ul. Smolki 5/302, 30-513 Kraków

Wydanie I, 2026

Dystrybucja: SIW Znak. Zapraszamy na www.znak.com.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Błaszczyk

WSTĘP

Nie możesz zdradzić naszych nazwisk. Nie możesz zrobić nam żadnych zdjęć. Nikt nie może się dowiedzieć, kim jesteśmy. Bo nawet nasi znajomi i sąsiedzi nie wiedzą, co robimy – słyszę na pierwszym spotkaniu.

„Pracuj w ciszy, niech efekt przyniesie hałas” – takie hasło znajduję na korytarzu jednego z budynków na warszawskim Mokotowie. Murowana kamienica z czerwonej cegły, nieco na uboczu. Ogrodzona metalowym płotem, otoczona zielenią. Schowana przed wzrokiem ludzi przechodzących w pobliżu. Jest zresztą dobrze zabezpieczona przed dostępem osób postronnych. I choć znajduje się na terenie należącym do policji, większość funkcjonariuszy nie ma do niej wstępu.

To tutaj jest siedziba łowców cieni – funkcjonariuszy elitarnej, a jednocześnie najbardziej tajemniczej formacji śledczej w polskiej policji. Nikt nie zna ich twarzy, nazwisk, pseudonimów, życia prywatnego. Nie wypinają piersi w galowym mundurze do orderów, nie organizują pokazowych widowiskowych akcji, nie chodzą na defilady czy inne oficjałki. A jeżeli już, to z zasłoniętymi twarzami. Działają po cichu, dyskretnie, bez hałasu, jakby w równoległym, niewidocznym świecie, znajdującym się pod powierzchnią tej rzeczywistości, w której my żyjemy.

To właśnie oni łapią najgroźniejszych i najbardziej poszukiwanych przestępców, ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Tropią ich konsekwentnie i uparcie niczym wataha wilków, aż pochwycą swoją „zdobycz”. Są dla nich postrachem. Paradoksalnie podczas zatrzymywania sami bandyci, gangsterzy czy zabójcy wzdychają z ulgą i mówią: „Uff, dobrze, że to akurat wy, ciężko mnie było dopaść, skoro musieli wysłać najlepszych”. Wiedzą bowiem, że z tego powodu będą mieli większy szacunek wśród współwięźniów lub członków grup przestępczych.

Łowcy cieni zajmują się też rozwiązywaniem dramatycznych uprowadzeń dla okupu, co również dzieje się zazwyczaj w ciszy i mroku, bez fleszy i rozgłosu. Kiedy do nich dochodzi, rzucają wszystkie inne sprawy i pracują 24 godziny na dobę, bo – jak sami mówią – to jedno z tych przestępstw, które rozgrywa się na żywo, tu i teraz, więc każda minuta jest ważna, a priorytetem są życie i zdrowie zakładników oraz ich uwolnienie.

To oni brali udział w namierzaniu najbardziej poszukiwanych bandytów na czele z „Belmondziakiem”, „Smokiem” czy „Twardym”. Uczestniczyli, wraz z innymi policjantami, w zatrzymaniu na Malcie Kajetana P., polskiego Hannibala Lectera, który zamordował nauczycielkę języka włoskiego, chciał uciec do Afryki i dalej zabijać. To dzięki nim w ręce wymiaru sprawiedliwości wpadła słynna „miss listów gończych”. To oni, wraz z innymi funkcjonariuszami, namierzyli i zatrzymali tych, którzy uprowadzili dla okupu dziesięcioletniego Kamilka z Krakowa czy żonę biznesmena z Dolnego Śląska.

O szczegółach swojej pracy nie rozmawiają nawet z rodzinami czy przyjaciółmi. Właściwie z nikim. Dla mnie zrobili wyjątek. Ta książka jest efektem wielogodzinnych spotkań z funkcjonariuszami, twórcami i szefami Wydziału Operacji Pościgowych Centralnego Biura Śledczego Policji, bo tak brzmi formalna nazwa tej jednostki.

To nie były łatwe rozmowy. Trudno też było zdobyć zaufanie łowców. Wszak jego brak to cecha charakterystyczna ich pracy, a jej kulisy do tej pory pozostawały niewidoczne. Spotkania musieliśmy wielokrotnie przekładać, bo nagle szykowała się „grubsza akcja”, musieli działać natychmiast, finalizując poszukiwania szefa zorganizowanej grupy przestępczej bądź znanego gangstera, którego namierzyli po latach ukrywania się, i trzeba było jechać za granicę, by go ostatecznie dopaść.

W tej książce przedstawię kulisy powstania tej elitarnej jednostki, opiszę, jak działa i jakie metody stosuje. Przybliżę nieznane dotąd szczegóły najbardziej spektakularnych akcji. Opiszę łowców, ich codziennie życie, wyzwania i rozterki. Wszystko anonimowo z oczywistych względów – to podstawa ich trudnej i ryzykownej pracy. Dlatego, na ich prośbę, w książce zmieniłem nawet ich imiona.

Jak dostać się do tego elitarnego kręgu? Dlaczego nazywani są „wydziałem walizkowym”? Dlaczego podszyli się kiedyś pod zespół disco polo?

Dotąd nie zdradzali kulisów swojej służby. Oddaję im głos. Mówią o tym, o czym do tej pory nie mówili nikomu.

ROZDZIAŁ I POCZĄTKI ŁOWCÓW CIENI

Wchodzę do jednego z pokoi w tajemniczej kamienicy. W oczy rzuca mi się od razu leżąca w kącie zielona torba z logo jednej z sieci dowożących jedzenie. Jest dokładnie taka, jaką mają na plecach kurierzy rozwożący w całej Polsce skuterem lub rowerem zamówione potrawy do mieszkań czy biur.

Czy dobrze się domyślam?

Marcin, jeden z łowców cieni: Tak, przecież czasem musimy się wtopić w otoczenie. Ktoś stojący na pustym placu przed blokiem, w którym może ukrywać się nasz figurant, od razu zwraca uwagę i budzi podejrzenia, prawda? A jak podjadę z taką torbą na plecach, to nikt nie zwróci na mnie uwagi. Nawet jak wejdę za kimś do klatki schodowej, żeby zrobić rozpoznanie.

To jeden z tych funkcjonariuszy, którzy w łowcach cieni są od początku. Tak jak Joanna, Tomasz, Roman, Marek czy Bogdan. Wcześniej pracowali w wydziałach zajmujących się poszukiwaniami.

Tomasz: Kiedy przeczytałem w „Gazecie Policyjnej”, że powstaje Wydział Operacji Pościgowych, natychmiast uznałem: „O! Tu chcę pracować!”. Kilka tygodni później byłem już na rozmowie z Markiem Boroniem.

To właśnie gen. insp. Marek Boroń, od grudnia 2023 roku komendant główny policji, był pomysłodawcą i twórcą łowców cieni oraz ich pierwszym szefem. Formalnie Wydział Operacji Pościgowych CBŚP został powołany do życia 1 czerwca 2011 roku. Ale wszystko zaczęło się dużo wcześniej.

Marek Boroń: Rozmowy na ten temat odbywały się w zarządzie Centralnego Biura Śledczego [CBŚ, przemianowanego w 2014 roku na CBŚP, Centralne Biuro Śledcze Policji – red.] Komendy Głównej Policji, kiedy Paweł Wojtunik był jeszcze jego szefem. Byłem wtedy naczelnikiem Wydziału do Zwalczania Zorganizowanej Przestępczości Kryminalnej w CBŚ. Ta idea oparta była na doświadczeniach z innych krajów. I chyba to właśnie Paweł po jakimś spotkaniu z policją z Austrii opowiadał, że tam taki wydział działa. Zaczęła się dyskusja na ten temat. W tamtym czasie nic z tego nie wyszło, ale pierwsze hasło zostało rzucone właśnie wtedy.

Dlaczego miałby powstać taki wydział? Słabe policyjne wyniki? Rosła liczba przestępstw? Więcej poszukiwanych, których trzeba było ścigać? Gangsterzy stawali się bardziej zuchwali?

Marek Boroń: Chodziło między innymi o to, żeby skuteczniej zatrzymywać tych, którzy trudnili się przestępczością zorganizowaną. Dla mnie ważne było, by rozbijać, osłabiać te grupy i rozliczać ich członków. Dotąd jakoś nie stawali przed sądami zbyt często. Nie chodziło o to, że nie było narzędzi, żeby ich ścigać. One istniały. Niby działały tak zwane sekcje poszukiwań celowych, ale nie funkcjonowało to wszystko tak, jak my chcieliśmy to widzieć. Dla nas najważniejsze było to, żeby zatrzymywać jak najwięcej poszukiwanych sprawców.

Sekcje poszukiwań celowych działały wówczas w komendach wojewódzkich w ramach wydziałów poszukiwań albo w wydziałach kryminalnych – ta struktura była różna w poszczególnych jednostkach. Powołano je właśnie po to, żeby pracujący tam policjanci zajmowali się najgroźniejszymi poszukiwanymi przestępcami. Ale to było za mało.

Przed oczami miałem taki obraz – na sądowej ławie oskarżonych siedzą odpowiedzialni za utworzenie zorganizowanej grupy przestępczej, ale my wiemy, że nie wszyscy. Oczywiście z czasem materiał dowodowy słabnie, bo albo niektórzy gangsterzy nie żyją, albo ci, którzy żyją i zostali po dłuższym czasie zatrzymani, nie wszystko pamiętają. A to spowodowało, że nie można ich było skazać. Dlatego od początku uważałem, że najważniejsze jest – i zawsze mi o to chodziło z punktu widzenia skuteczności państwa – by przestępcę złapać jak najszybciej. Chwalenie się tym, że złapaliśmy faceta po 15 latach poszukiwań, to – tak szczerze – nie było specjalnie uzasadnione. Bo przez 15 lat był na wolności, a nierzadko przez ten czas wciąż był związany ze światem przestępczym.

Zaczęło się od „Szkatuły”

Istotna dla tej historii była sprawa niejakiego „Szkatuły”. Rafał S., urodzony w 1974 roku w Warszawie, wychowywał się na Mokotowie, a pierwsze przestępstwa popełnił na początku lat dziewięćdziesiątych jeszcze jako nastolatek. Były to głównie kradzieże samochodów. Wtedy powstał jego pierwszy gang, który tworzyli między innymi – oprócz „Szkatuły” – Ireneusz S., ps. „Sopel”, i Robert O., ps. „Teodor”. To wtedy „Szkatuła” poznał Igora Ł., ps. „Patyk”, uważanego wówczas za jednego z najlepszych warszawskich złodziei aut. „Patyk” po latach został świadkiem koronnym. Podejrzewano go nawet o zabójstwo byłego komendanta głównego policji gen. Marka Papały. Ostatecznie został uniewinniony1.

„Patyk” ze „Szkatułą” i inni mieli ukraść kilkadziesiąt samochodów, głównie marek premium, takich jak Mercedes, BMW czy Audi. W połowie lat dziewięćdziesiątych wyjechali do Holandii, aby kontynuować swoją przestępczą działalność. Po powrocie do Polski „Szkatuła” dołączył do powiązanej z gangiem pruszkowskim grupy ze stołecznej Woli. Dowodzić nią mieli Piotr K., ps. „Bandziorek”, i Mariusz D., ps. „Przeszczep”. Jej członkowie zajmowali się napadami, wymuszeniami, porwaniami dla okupu i handlem narkotykami. Działką „Szkatuły” pozostała kradzież aut.

Kiedy pod koniec lat dziewięćdziesiątych policja zaczęła rozbijać największe grupy przestępcze na czele z pruszkowską, wołomińską i ząbkowsko-praską, Rafał S. postanowił to wykorzystać i zawalczyć o wyższą pozycję w światku przestępczym. Poczuł się silny. Razem z „Patykiem” ukradli Mercedesa, który należał do znajomego Jarosława S., ps. „Masa”, z grupy pruszkowskiej. „Szkatuła” ośmielił się zignorować telefon od „Masy” sugerujący zwrot auta. Oddał dopiero po interwencji „Bandziorka”, szefa Rafała S.

W listopadzie 1998 roku „Szkatuła” i „Patyk” planowali kradzież kolejnego auta na warszawskiej Pradze. Jednak jego kierowca – jak się później okazało ukraiński milicjant – zaczął strzelać. Drogę „Szkatule” zajechał też polski policjant po służbie. Gangsterowi udało się jednak uciec. Nie na długo. Po obławie i blokadach Rafał S. został zatrzymany. Z aresztu wyszedł po trzech miesiącach. I przez wiele lat już do niego nie wrócił, chociaż wciąż tkwił w świecie przestępczym i piął się tam po kolejnych szczeblach kariery.

„Szkatuła” inwestował zyski z kradzieży samochodów w narkotyki, zwłaszcza w handel heroiną. Z czasem zajął się wyłącznie tym – przejmował kolejnych dilerów w stolicy i stworzył zwartą strukturę przestępczą. Miał mnóstwo pieniędzy. Chodził w drogich ubraniach, jeździł drogimi autami. Na początku lat dwutysięcznych „Szkatuła” urósł do pozycji numer trzy w całym gangu, tuż za „Przeszczepem” i „Bandziorkiem”. Kiedy w 2001 roku policja zatrzymała „Przeszczepa”, a ścigany listem gończym „Bandziorek” uciekł do Niemiec, Rafał S. przejął ich pozycję i zaczął budować własny gang. Wielokrotnie wdawał się w walki o wpływy z konkurencyjnymi grupami, czego efektem była między innymi strzelanina w Domu Mody „Klif” przy ul. Okopowej w Warszawie, w której zginęło dwóch gangsterów – Artur M., ps. „Budyń”, i Krzysztof B.

W pewnym momencie „Szkatuła” obawiając się o życie, zaczął się ukrywać, a na spotkania wysyłał swoich ludzi. Nikt nie wiedział, gdzie jest. W końcu zniknął na tyle skutecznie, że nawet policja zaczęła podejrzewać, że albo wyjechał za granicę, albo nie żyje. Lecz w stolicy wciąż działali podporządkowani mu ludzie, którzy wykonywali jego polecenia.

Z czasem śledczy wyłapywali jednak kolejnych jego współpracowników. W 2008 roku wpadł między innymi Litwin Siergiej D., szef rosyjskojęzycznego odłamu gangu Rafała S. To pokazuje, jak daleko sięgały macki grupy „Szkatuły”. Policjanci przejęli narkotyki, broń i duże ilości gotówki. Do końca 2010 roku zatrzymali ponad 100 ludzi Rafała S. Sam „Szkatuła” wpadł 11 maja 2011 roku w Lesznowoli pod Warszawą.

Poszukiwano go wówczas ośmioma listami gończymi i dwoma europejskimi nakazami aresztowania. Był podejrzewany między innymi o zlecenie zabójstwa, kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, handel na dużą skalę środkami odurzającymi, wymuszanie haraczy i kradzieże. Za pomoc w jego złapaniu wyznaczono nawet 20 tysięcy złotych nagrody. „Szkatuła” wpadł w ręce funkcjonariuszy ze specgrupy powołanej w grudniu 2010 roku przez komendanta głównego policji. W jej skład weszli kryminalni z komendy głównej i komendy stołecznej2.

„Na podstawie analizy zebranych informacji policjanci ustalili, że poszukiwany może ukrywać się w okolicach Warszawy, Piaseczna lub Magdalenki. Wszystko wskazywało na to, że zmienił on swój wygląd: zapuścił długie włosy, wąsy i brodę, a także nosił okulary. W ostatnich tygodniach ustalono, że mężczyzna o rysopisie podobnym do poszukiwanego przejeżdża przez Lesznowolę. Na tym tropie się skoncentrowano. Przez kilka dni wzdłuż głównej ulicy rozmieszczano policjantów, którzy z ukrycia prowadzili obserwację pojazdów” – czytamy na oficjalnej stronie policji3.

„Około godziny 17.10 policjanci zauważyli szarą Skodę Fabię jadącą od Piaseczna w kierunku Magdalenki. Kierował nią mężczyzna rysopisem odpowiadający poszukiwanemu Rafałowi S. Informację tę natychmiast przekazano do policjantów pełniących służbę radiowozem oznakowanym, by ci zatrzymali go do rutynowej kontroli. W jej trakcie poszukiwany wylegitymował się oryginalnym polskim paszportem z własnym zdjęciem, jednak dane personalne były innego mężczyzny. Rafał S. tłumaczył się, że nie posiada przy sobie prawa jazdy, gdyż zawieruszyło się ono przy przeprowadzce. Kiedy policjanci upewnili się, że mają do czynienia z jednym z najbardziej poszukiwanych członków świata przestępczego w Polsce, przystąpili do dynamicznego zatrzymania, wykorzystując zaskoczenie mężczyzny” – relacjonowali policjanci4.

Jak się okazało, przez te wszystkie lata ukrywał się w Polsce. Był na tyle zuchwały, że grał nawet amatorsko w piłkę nożną na pozycji pomocnika w klubie LKS Pniewy pod fikcyjnymi danymi jako Andrzej P. Kilka razy wyjeżdżał do Hiszpanii i Turcji, posługując się paszportem ze swoim prawdziwym zdjęciem, ale fałszywymi personaliami. Ostatecznie jego tożsamość potwierdzona została poprzez badania DNA i porównanie linii papilarnych.

Dlaczego ta historia była ważna dla łowców cieni? Czy miała coś wspólnego z ich powstaniem?

Tomasz: Fakt, zatrzymanie „Szkatuły” nastąpiło jeszcze przed powstaniem Wydziału Operacji Pościgowych. Została jednak wtedy zawiązana grupa – nieformalna – policjantów z komendy stołecznej, którzy szukali Rafała S., z funkcjonariuszami z komendy głównej z wydziału poszukiwań osób. Po zatrzymaniu „Szkatuły” ktoś zauważył, że to działa. Jeden z najbardziej poszukiwanych przestępców tyle lat się ukrywał, a tu nagle efekty przyniosła współpraca wielu ludzi z doświadczeniem i bardziej zaangażowanych. Ekipa z głównej i stołecznej to byli pasjonaci. Właśnie ta nieformalna grupa namierzyła „Szkatułę”.

Marcin: To wtedy potwierdziło się, że na tych najgorszych, najbardziej poszukiwanych przestępców nie wystarczą „zwykłe” poszukiwania. Czyli takie, jakie są prowadzone wobec innych osób. Bo wiadomo, w statystyce jeden poszukiwany to także gość ścigany za niepłacenie alimentów, pijany rowerzysta czy złodziej słodyczy ze sklepu. Przywódca zorganizowanej grupy przestępczej, który ma na koncie zabójstwa, to także na papierze tylko jeden poszukiwany. Ale to zupełnie inna kategoria. Dość łatwo zatrzymać alimenciarzy czy pijanych kierowców, ale bez sensu skupiać całe siły, środki i wszystkich funkcjonariuszy na przykład z 10-osobowego wydziału na jednej osobie. Tych 10 będzie się zajmowało jednym, a co z całą resztą? Dlatego ktoś wpadł na pomysł, że skoro zadziałało to przy „Szkatule” – dobrze wyszło, chłopaki się spięli, pasjonaci, wariaci, zaangażowani – warto na tej podstawie stworzyć formalną grupę, a nawet cały wydział. Po to, by łapać kolejnych groźnych, najważniejszych przestępców.

To właśnie po zatrzymaniu „Szkatuły” ówczesny komendant główny policji gen. insp. Andrzej Matejuk, zapowiedział powstanie łowców cieni. Choć jeszcze wtedy nikt nie użył tej nazwy.

Przestępcza talia kart

Tomasz: Pracowałem wtedy w „powiatówce”. Przeczytałem w „Gazecie Policyjnej”, że powstaje nowy wydział do łapania najgroźniejszych przestępców. Od początku wiedziałem, że to miejsce dla mnie. I tak za chwilę stuknie mi już 15 lat w łowcach. Podczas pierwszej rozmowy Marek Boroń powiedział mi: „Na razie nie mamy nawet budynku i pomieszczeń, organizacyjnie też na razie jest słabo, ale daj mi czas, aż wszystko będzie, wtedy zaczniemy dobierać ludzi i działać”. Drugie spotkanie – miesiąc po powstaniu wydziału. Rozmawiałem już z szefami. W kadrach zapisano, że jestem w łowcach od 1 października 2011 roku. To się ładnie nazywało: oddelegowanie na okres próbny na pół roku. Na stałe jestem od 1 kwietnia, tak na prima aprilis.

Po zatrzymaniu „Szkatuły” ktoś nawet policzył, ilu było wtedy poszukiwanych szefów i członków zorganizowanych grup przestępczych. Na liście znalazło się grubo ponad 500 osób. Co charakterystyczne, te nazwiska były układane w talię kart – takie top poszukiwanych – czyli od asa, tego najważniejszego, potem król, dama, walet itd. Najważniejsze były poszukiwania tych najwyższych w hierarchii. Drukowane były nawet plakaty, na których widniały twarze czterech najbardziej poszukiwanych. Potem rozsyłano je i wieszano w różnych miejscach. Wtedy takie poszukiwania nie były powszechne. Wydziały kryminalne zajmowały się przede wszystkim przestępczością narkotykową, samochodową, przeciwko życiu i mieniu. A nasze poszukiwania traktowano trochę jak piąte koło u wozu. Wiem, co mówię, nie przesadzam – w policji pracuję już pół życia.

Dlaczego poszukiwania były tak traktowane? Bo nie było sukcesów?

Tomasz: Nie w tym rzecz. Po prostu nikt nie zwracał na to uwagi, podchodzono do tego raczej na zasadzie: „Dobra, on już ma zarzuty, kiedyś pójdzie siedzieć, kiedyś wypłynie, wpadnie na kontroli drogowej albo sam się zgłosi, teraz szkoda na niego czasu”. Został ogłoszony, „świeci się na czerwono”, idziemy dalej. Ma 10 lat do odsiadki, więc jest odhaczony. Ewentualnie dzielnicowy co jakiś czas jechał i pukał do jego mieszkania.

– Czy jest Marian?

– Nie ma. Nie wiem, gdzie jest.

– No to dziękuję, do widzenia.

I wracał do swojej pilniejszej roboty. Dlatego poszukiwani żyli sobie w tamtym czasie jak przysłowiowe pączki w maśle. Jak mieli pieniądze, to uciekali za granicę i tam siedzieli, bo wiedzieli, że nikt ich za bardzo nie będzie szukał. Jak choćby Andrzej Z., czyli słynny „Słowik”, boss mafii pruszkowskiej, który uciekł do Hiszpanii. Wojciech B., poszukiwany za zabójstwo jednego ze śląskich gangsterów, siedział sobie w Wielkiej Brytanii, a Janusz G., ps. „Graf”, ścigany między innymi za zorganizowanie zabójstwa czy korumpowanie urzędników państwowych, ukrywał się w RPA.

Przy sprawie „Szkatuły” ktoś się wreszcie zorientował, że najważniejsi bossowie są wprawdzie poszukiwani, ale wciąż działają w półświatku, nadal zarabiają pieniądze, i to duże. To, że są poszukiwani, w niczym im nie przeszkadza. Ktoś wpadł więc na pomysł: jak ich „zdejmiemy” z tego rynku, to wyeliminujmy zarządzane przez nich grupy przestępcze. Gdy będą siedzieć, nie będą działać. To też był jeden z powodów powstania tego wydziału. Składał się z ludzi, którzy pracowali przy „Szkatule” – policjanci z komendy głównej, stołecznej, CBŚ, z aktów terroru i z komendy przy ulicy Okrzei w Warszawie.

Marek Boroń: Gdy podjąłem się zadania, by stworzyć nowy wydział, chodziło mi przede wszystkim o to, żeby jak najszybciej wyłapać tych, którzy byli poszukiwani. Dlaczego? Bo materiał dowodowy w zawieszonych postępowaniach z każdą chwilą był coraz mniej wartościowy. Trzeba przy tym pamiętać, że część materiału była wyłączona z prokuratury i czekała, aż policja zatrzyma sprawcę. A przecież nie można było przewidzieć, kiedy to nastąpi, jeżeli w ogóle nastąpi. Wiadomo, że pamięć ludzka jest zawodna. Są też różnego rodzaju zależności w grupie, które mają wpływ na śledztwo. Jak gangster stawał przed prokuratorem po wielu latach, to ten materiał był już naprawdę słaby. A gdy stawał przed sądem, był jeszcze słabszy.

Zawsze uważałem, że sprawca musi być zatrzymany jak najszybciej i rozliczony w ramach postępowania dotyczącego całej grupy zorganizowanej. Ważne jest to, by jak najszybciej odpowiedział za wszystko, co mu się zarzuca. Nie może być tak, że dzieje się to po kilku czy kilkunastu latach, kiedy już świadkowie czy współuczestnicy przestępstwa gdzieś się rozproszyli, rozjechali, bo odbyli już kary, albo mówią, że czegoś tam nie pamiętają. I to nie musi być kłamstwo, bo z czasem wszystko zaczyna się rozmywać w pamięci. Sprawczość państwa to przede wszystkim odpowiedni sposób działania. Stąd idea, żeby powołać do życia Wydział Operacji Pościgowych.

Jak to wyglądało w praktyce?

Marek Boroń: Najpierw była burza mózgów. Wtedy dyrektorem CBŚ był Adam Maruszczak, a zastępcą Zbigniew Maj. Wówczas to był bardzo ofensywny policjant. A że dzisiaj ma duże problemy, to już inna sprawa. W warszawskim CBŚ szukaliśmy wtedy paru niebezpiecznych przestępców. Robiliśmy to w ramach zespołów, ale trochę na boku. Kierownictwo CBŚ to zauważało i pytało: „Czemu wy się akurat tym teraz zajmujecie?”. „Bo brakuje nam tych gości do tej całej grupy, żeby ich wszystkich właściwie rozliczyć” – odpowiadaliśmy.

Ktoś na to wszystko popatrzył i padła propozycja: „Marek, to może zbudujesz taki wydział?”. Ja na to: „No nie wiem, bo ja mam plany pracy na trzy lata do przodu, mam paru świadków koronnych, wiemy, co mamy robić w tym dość dużym wydziale kryminalnym, bo prawie stuosobowym, i prężnie to wszystko działa”. Ale – stwierdziłem – no dobrze, koncepcję mogę napisać. Tak to się zaczęło. Jak opracowałem koncepcję, to szefowie powiedzieli, że teraz to już ja mam ją realizować. Cóż było robić...

Na początku ten wydział miał być mniejszy, ale trochę go rozbudowywałem. Ówczesny zastępca komendanta główne-go policji Kazimierz Szwajcowski zatwierdził koncepcję 5 kwietnia 2011 roku. Wtedy na liście poszukiwanych było 535 osób, w tym listem gończym 474 osoby.

Dokąd najczęściej uciekali przestępcy

Z ówczesnego raportu5, nigdzie do tej pory niepublikowanego, na podstawie danych uzyskanych z zarządów CBŚ KGP wynikało, że spośród wszystkich poszukiwanych za 111 wystawiono europejski nakaz aresztowania (ENA), a wobec pięciu – nakaz doprowadzenia, 26 poszukiwano operacyjnie, a 30 – do ustalenia miejsca pobytu.

Jak czytamy w raporcie, z tych 535 poszukiwanych około 300 ukrywało się za granicą. W jakich krajach najczęściej? Z danych CBŚ wynikało, że najwięcej w Wielkiej Brytanii – co najmniej 57. Kolejnych 22 w Niemczech, dziewięciu w USA, po sześciu we Włoszech i Holandii, po czterech w Hiszpanii i na Ukrainie oraz po trzech w Kanadzie i Wietnamie. Poza tym jedna lub dwie osoby jako miejsce schronienia wybrały Belgię, Armenię, Austrię, Czechy, Danię, Ekwador, Francję, Izrael, Litwę, Meksyk, Mołdawię, Norwegię, Peru, Rosję, RPA, Rumunię, Słowację i Szwecję. Ponad 150 osób ukrywało się w nieustalonych miejscach.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 P. Szulc, „Szkatuła”. Gangster, którego szukali prawie dekadę,https://wiadomosci.onet.pl/kraj/rafal-s-szkatula-gangster-ktorego-szukali-prawie-dekade/29ws2qy, dostęp 5.10.2021.
2Rafał S. ps. Szkatuła, nr 1 na policyjnej TOP LIŚCIE poszukiwanych – w rękach Policji, https://www.policja.pl/pol/aktualnosci/65718,Rafal-S-ps-Szkatula-nr-1-na-policyjnej-TOP-LISCIE-poszukiwanych-w-rekach-Policji.html, dostęp 13.05.2011.
3 Tamże.
4 Tamże.
5 M. Boroń, Koncepcja utworzenia Wydziału Operacji Pościgowych w Centralnym Biurze Śledczym Komendy Głównej Policji, 2011.

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

WSTĘP

ROZDZIAŁ I. POCZĄTKI ŁOWCÓW CIENI

Zaczęło się od „Szkatuły”

Przestępcza talia kart

Dokąd najczęściej uciekali przestępcy

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji