Lodowa Kraina - Pierdomenico Baccalario - ebook

Lodowa Kraina ebook

Baccalario Pierdomenico

3,8
17,60 zł

lub
Opis

Jason, Julia, Anita i Rick powrócili do Kilmore Cove z niepokojącą wiadomością - wśród mieszkańców miasteczka ukrywa się zdrajca. Ktoś, kto od lat po kryjomu coś knuje. I kto, przy pomocy Podpalaczy , teraz chce dokonać prywatnej zemsty. Cienka nić drobnych zdarzeń wskaże przyjaciołom miejsce, w którym przechowuje się wszelkie odpowiedzi: Agarthi, legendarne miasto, zagubione wśród lodowców, do którego nikt, nawet Ulysses Moore, nigdy nie dotarł... Po Wrotach Czasu, Antykwariacie ze starymi mapami, Domu Luster, Wyspie Masek, Kamiennych strażnikach, Pierwszym Kluczu, Ukrytym mieście, Mistrzu piorunów i Labiryncie cienia jest to dziesiąty tom przygodowej sagi Ulyssesa Moore'a.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 215

Oceny
3,8 (96 ocen)
32
32
17
15
0



Spis treści

Okładka

Karta przedtytułowa

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Drodzy Czytelnicy!

1. Rozbitek

2. Na skrzydłach wiatru

3. Ktoś, kto wiosłuje pod prąd

4. Morze błota

5. Doktor z Kilmore Cove

Piwnica

6. Spotkanie

7. Telefon

8. Przez ściany

9. Lepsi i gorsi

Wrota Czasu

10. Leki od aptekarza

11. Ukryte lekarstwa

Apteka Bowena

12. Klucz w zamku

13. Sejf

14. W stronę urwiska

15. Warsztat Złotej Rączki

Hangar

16. Uzbrojony

Podziemna izba

17. Operacja Królewna Śnieżka

18. Plan

19. Ucieczka

20. Zdrada

21. Dom, który żyje

22. Stara ścieżka

23. Więźniowie

24. Duch Willi Argo

Biblioteka

25. Agarthi

26. Nadchodzą nasi

27. Przekroczyć próg?

28. Kanister z benzyną

29. Ogień

Pokój archiwum

30. Most

31. Srebrne lustro

32. Tłumacz

33. Finał

Kamienna gęba

Ulysses Moore

Lodowa kraina

Tytuł oryginału: Ulysses Moore. Il paese di ghiaccioAutor: Pierdomenico BaccalarioProjekt graficzny obwoluty i ilustracje: Iacopo BrunoGrafika: Gioia GiunchiTłumaczenie z języka włoskiego: Bożena FabianiRedakcja: Małgorzata Kapuścińska

© 2010 Edizioni Piemme S.p.A., via Galeotto del Carretto 10 15033 Casale Monferrato (AL) – Italia © 2012 for the Polish edition by Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. Wydawnictwo Olesiejuk, an imprint of Firma Księgarska Jacek Olesiejuk Sp. z o.o. Międzynarodowe prawa © Atlantyca S.p.A. - via Leopardi 8, 20123 Mediolan, Włochy foreignrights © atlantyca.it www.battelloavapore.it

978-83-274-0165-6

Firma Księgarska Olesiejuk spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 [email protected] www.wydawnictwoolesiejuk.pl

Dystrybucja: www.olesiejuk.pl

DTP: ThoT

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych, przekazywana w jakiejkolwiek mechanicznej, elektronicznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody wydawcy.

Drodzy Czytelnicy!

Po długim milczeniu odzywam się do Was, żeby wyjaśnić ewentualne niejasności.

Na początek – pytano mnie, jaka była reakcja Ulyssesa Moore’a na wiadomość o publikacji jego dzienników? Odpowiedź brzmi – nie wiem. Nie wiem, ponieważ nigdy nie miałem szczęścia spotkać go osobiście. Następnie zwrócono mi uwagę, że adres siedziby Podpalaczy w Londynie nie odpowiada prawdzie. Otóż tym dociekliwym Czytelnikom wyjaśniam, że specjalnie użyłem zmyślonego adresu, ze względów bezpieczeństwa. Chciałbym też podkreślić, że nie mieszkam ani nigdy nie mieszkałem w miejscach, o których się wspomina w poprzednich tomach. W rezultacie także opis mojego hipotetycznego spotkania z panią Bloom, należy traktować po prostu jako fikcję literacką.

Na koniec pragnę skorzystać z okazji i tą drogą zawiadomić Freda Śpiczuwę, że zostawił w moim domu swoją piżamę i szczoteczkę do zębów. Z tego powodu zapraszam go, by się stawił (on dobrze wie, gdzie) i odebrał swoje rzeczy.

Szczerze oddanyPierdomenico Baccalario

Rozdział 1

ROZBITEK

Jak okiem sięgnąć, było tylko morze. Obszar płaski, szary i lodowaty jak metal noża. Ale nie tak gładki. Morze nieustannie rytmicznie oddychało. Unosiło się i opadało, unosiło i opadało…

Monotonię tego obrazu przerwał gwałtowny i niespodziewany ruch. Coś białego. Mewa. Jej przenikliwy krzyk, szeroko rozpięte skrzydła, wykorzystujące powietrzne prądy. Potem głuchy plusk: mewa nagle zanurkowała pod powierzchnię wody, by schwytać srebrzyście lśniącą rybę. Niebo pozostało nieruchome. Szare i błękitne. Blade światło dnia, przenikające przez wielkie rozdarcia całunu z chmur, niczym przez witraże w katedrze. Tommaso Ranieri Strambi potrzebował kilku minut, żeby uświadomić sobie, że nie obserwuje tego wszystkiego z zewnątrz.

Był zanurzony w morzu.

W szarym i lodowatym morzu.

Wśród fal kołyszących go łagodnie, w górę i w dół.

Ponownie usłyszał ten przenikliwy krzyk, tym razem odleglejszy, i ujrzał, jak mewa oddala się, frunąc z rybą w dziobie. Po czym otrząsnął się nagle z dziwnego rodzaju snu i otaczające go obrazy rozprysły się, jak pęka nagle płytka cienkiego lodu.

Tommaso znalazł się pod wodą.

Niebo zastąpiła płynna przestrzeń o intensywnym zabarwieniu ciemnozielonym. Ciężkie, nasączone wodą ubranie ściągało go w dół.

Jak sparaliżowany od ukąszenia tą lodowatą cieczą, która uciskała mu skronie, podniósł wzrok. I zobaczył mnóstwo maleńkich wysepek pływających po powierzchni morza. Książki. Walizka. Fotel na biegunach. Stolik. Zobaczył, że one maleją, podczas gdy on spada ciągle w głąb.

Jakaś ryba śmignęła kilka metrów od niego i schodziła, nurkując pionowo, w głąb oceanu. Tylko że to chyba nie była ryba. Była za wielka na rybę. Wyglądała jak… fortepian? Na pełnym morzu?

Jedno po drugim napływały wspomnienia, jak wstrząsy elektryczne. Tommaso przypomniał sobie wielką falę, która wtargnęła do księgarni Kalipso. Góra wody, która go porwała. Chwilę przedtem usiłował przekonać Flintów, by nie korzystali z klucza z główką wieloryba. Bezskutecznie.

Postanowił spróbować poruszyć ramionami. Odepchnął się też mocno nogami i podpłynął pół metra w górę. Przedmioty unoszące się na powierzchni tej delikatnej ruchomej błony nad jego głową przestały na moment maleć.

Ponowił wyrzut ramion i jednocześnie odpychał się nogami. I znowu. Powtarzał te ruchy najpierw mechanicznie, potem coraz płynniej. Czuł gwałtowną potrzebę zaczerpnięcia tchu.

Kiedy tak płynął, przypomniał sobie, że woda uniosła go nad ziemię i przewróciła. Przypomniał sobie gmatwaninę rąk i nóg, bo nie był sam w tym zamęcie. Byli tam też kuzyni Flint. I dziewczyna za ladą. Jak ona się nazywała? Nigdy nie natrafił na jej imię w książkach Ulyssesa Moore’a.

Pomału podciągał się ku powierzchni i zobaczył promienie słońca dosięgające go przez toń, ale nie odczuwał jeszcze ich ciepła. Teraz paliły go okrutnie płuca i boleśnie piekły oczy.

Jak się znalazł na otwartym morzu?

Mógł to sobie zaledwie wyobrazić: wielka fala musiała go przeciągnąć przez ulice Kilmore Cove razem z przedmiotami, które widział teraz pływające nad swoją głową. W miarę jak się do nich zbliżał, rozpoznał stoliki z gospody na plaży, krzesła, wielkie parasole. Ale też dziwniejsze rzeczy: jakieś parasolki, melonik, dwie komódki, lampę, połamane meble, kołdry.

Tommaso Ranieri Strambi wypłynął na powierzchnię, wydając coś w rodzaju krzyku. Otworzył usta i w końcu łapczywie, zachłannie odetchnął. Potem pozostał nieruchomo z szeroko rozwartymi ramionami i nogami, z twarzą zwróconą ku słońcu. W końcu, kiedy był już pewien, że żyje, wybuchnął śmiechem.

Rozejrzał się dokoła, ale nie zobaczył niczego poza morzem. Żadnej linii brzegowej, żadnej łodzi na horyzoncie, nic, zupełnie nic. Kilka metrów obok płynęła za to masywna skórzana walizka niczym wąż boa, trochę nad i trochę pod powierzchnią wody.

Wydało mu się, że ją rozpoznaje. Przypomniało mu się, że w mroku ostatnich chwil, uczepił się czegoś miękkiego, a zarazem solidnego, co go osłoniło od uderzeń i utrzymało na powierzchni, kiedy wszystkie siły wokół usiłowały zepchnąć go na dno.

Wykonał kilka rzutów ramionami i dosięgnął tego przedmiotu, który prawdopodobnie ocalił mu życie. Był prawie tak duży jak on. Usadowił się na nim. Walizka zanurzyła się na kilka centymetrów i wypłynęła ponownie, podtrzymując go.

„Co za bałagan” – westchnął Tommaso na widok różnych szczątków porozrzucanych po powierzchni. Obserwując kolor wody, udało mu się ustalić, z której strony powinno się znajdować wybrzeże: pewnie tam, gdzie woda była brudniejsza i pełna dryfujących przedmiotów. Próbował też, jak dobrze wyszkolony harcerz, odgadnąć, która może być godzina, kierując się położeniem słońca, ale mu się to nie udało.

Wówczas powrócił myślami do tego wszystkiego, co mu się przydarzyło w ostatnich dniach. Pomyślał przez moment o swoich rodzicach w Wenecji i wyobraził sobie, jak muszą się o niego martwić. Potem pomyślał o Anicie, zagubionej gdzieś w Pirenejach. W końcu pomyślał, że Julia Covenant, bliźniaczka Jasona, jest o wiele wyższa niż ją sobie wyobrażał.

Zaczekał, aż dryfujący wieszak przepłynie koło jego walizki szalupy, schwycił go i zaczął się nim posługiwać jak wiosłem. Próbował płynąć z prądem, kierując się w tę stronę horyzontu, gdzie jego zdaniem znajdowało się wybrzeże.

Kiedy tak niezdarnie wiosłował, odkrył, że to było o wiele bardziej męczące niż wiosłowanie na lagunie w Wenecji. Jak tylko zatrzymywał się na chwilkę, żeby złapać oddech, cofał się natychmiast do punktu wyjścia.

Od czasu do czasu, za każdym razem kiedy coś zanurzało się pod powierzchnię wody, słychać było głuche odgłosy. Przez moment zapytywał sam siebie, czy to, co nieco wcześniej wydawało mu się opadającym na dno fortepianem koncertowym, nie mogło być w rzeczywistości jakimś morskim stworzeniem. Wielorybem. Albo rekinem.

„Nie ma w tej części morza rekinów” – powiedział głośno. Ale potem przypomniał sobie, że latarnik z Kilmore Cove został kiedyś zaatakowany przez rekina właśnie na tym morzu.

Zamknął oczy i odgarnął z czoła posklejane, zapiaszczone włosy. Następnie powrócił do swego prowizorycznego wiosła i zaczął uparcie wiosłować.

Płynął tak przez dziesięć minut, najwyżej kwadrans, dopóki nie poczuł, że jest całkowicie wyczerpany. Głowa mu pękała, a w uszach dzwoniło. Niby-wiosło wyślizgnęło mu się z rąk i wpadło do wody. Próbował rozpaczliwie je pochwycić, ale czuł się tak, jakby ciało nie chciało słuchać jego poleceń.

Położył się na walizce, objął ją, żeby nie zsunąć się do wody i powiedział sobie: „Tylko chwilkę. Odpocznę tylko chwilkę i potem…”.

Chwilę potem stracił poczucie rzeczywistości, niesiony z prądem, kurczowo uczepiony szalupy z czarnej skóry.

Rozdział 2

NA SKRZYDŁACH WIATRU

Sześć par nóg zbiegało pędem z urwiska w stronę wybrzeża w Kilmore Cove. W głębi, na wysokości portu w miasteczku, płynęła wciąż ku morzu rzeka wody i błota, porywając wszystko, co napotkała na swej drodze. Woda pojawiła się w najstarszej części miasteczka i stamtąd wpłynęła w główną ulicę, zamieniając ją w koryto rwącego gwałtownie strumienia.

Wysoka fala, sięgająca co najmniej dwóch metrów, podmyła groźnie cokół pomnika Wilhelma V w środku głównego placu, zagrażając jego niepewnej równowadze.

Dalej większość budynków żywioł wodny zaledwie musnął, podczas gdy gospoda na plaży została niemal zmieciona z powierzchni wraz ze stołami, stolikami i większą częścią zadaszenia. W zatoce widać było powywracane łodzie, podarte żagle, rozrzucone po wodzie sieci i setki pływających przedmiotów.

Sześć osób pędziło w milczeniu. Biegli wpatrzeni w ten obraz zniszczenia, wkładając w bieg całą swoją energię.

Na czele grupy pędził Jason Covenant, z długimi, rozwianymi włosami, w brudnym i podartym ubraniu po wspinaczce i upadkach z ostatnich dni. Wzrokiem obiegał nawiedzoną katastrofą okolicę, a ruchy miał płynne i doskonałe, jak wprawny biegacz.

Za nim biegła przybyła z Wenecji Anita Bloom, o długich czarnych włosach, które powiewały na wietrze. Oczy miała rozszerzone z przerażenia.

Dalej podążała smukła siostra Jasona Julia, pełna energii, mimo dopiero co przebytej gorączki, oraz mocno zbudowany dzięki uprawianiu kolarstwa, Rick Banner, z lśniącą kasztanową czupryną, którego twarz wyrażała teraz kompletne niedowierzanie.

Grupkę tę zamykała dziwaczna para mężczyzn w średnim wieku, którzy wlekli się za dziećmi bardziej z konieczności niż z własnej woli. Zaledwie dwa dni wcześniej ich garnitury były eleganckie i świetnie skrojone, mokasyny lśniące, a twarze wygolone i pachnące wodą kolońską. Tymczasem teraz pierwszy z nich, blondyn (który dumnie utrzymywał w biegu lekką przewagę nad drugim), miał policzki zarośnięte, zaniedbaną – nierówną i szorstką – bródkę, spodnie rozdarte na kolanach, a buty z oderwaną podeszwą. Drugi, czarny i kędzierzawy (który kuśtykał kilka kroków za bratem), zgubił rękaw od marynarki, a na głowie falowały mu zwichrzone niesforne włosy niczym masa cukrowa na patyku.

Na poboczu drogi gałęzie krzewów uginały się pod naporem wiatru. W miarę jak biegnący zbliżali się do miasta, słyszeli narastający huk w dole i zaczęły ich dochodzić krzyki mieszkańców.

Kiedy dobiegli do ostatniego zakrętu, Julia gwałtownie wyhamowała. – Hej! Zatrzymajcie się! Zaczekajcie chwileczkę! – prosiła zdyszana.

Oparła się o pień jakiegoś drzewa na poboczu drogi i głęboko oddychała. Parę kroków przed nią rododendrony pokrywające zbocze doliny mieniły się kolorami jak morze u stóp urwiska.

– Można wiedzieć, co się dzieje? Już prawie dobiegliśmy! – zawołał niezadowolony Jason, niechętnie zwalniając.

Zamiast odpowiedzi Julia osunęła się na ziemię, oparła głowę na kolanach i westchnęła. – O mamo… – dyszała ciężko. – Chyba pęknę!

– Ale przebiegliśmy zaledwie dwa zakręty – wykrzyknął jej brat.

– Tak, ale ja dopiero co miałam koklusz! – odkrzyknęła ze złością Julia, zanim złapał ją atak gwałtownego kaszlu.

W spojrzeniu Jasona pojawiła się mieszanina rozczarowania i współczucia.

Stanęli wszyscy w półkolu nad Julią, czekając aż wróci do formy i podejmie bieg.

– Hej! Czy i wy to słyszycie? – spytał w pewnym momencie Rick.

W oddali rozległo się bicie dzwonu. Uderzenia były coraz to szybsze i mocniejsze, jakby chciały ostrzec przed niebezpieczeństwem.

– To z kościoła św. Jakuba… – szepnął Jason. Potem, klasnąwszy niecierpliwie w dłonie, zawołał: – Dalej! Musimy biec, musimy zobaczyć, co się stało!

Kędzierzawy brunet jednak dał znak time out i wskazał na Julię. – Uspokój się, chłopcze. Zgadzam się z twoją siostrą, zróbmy małą przerwę.

Jason prześwidrował go oczami zwężonymi w szparki. Nawet jeśli teraz uchodzili za kumpli, ci dwaj pozostawali bądź co bądź Podpalaczami. A zatem potencjalnymi wrogami. Rozłożył jednak ramiona na znak kapitulacji.

Dzwon przy kościele rozdzwonił się jak szalony. Jednakże huku wody na ulicy nie stłumił ani o jeden decybel.

– Ja nie potrafię tak czekać… może potrzebują pomocy – odezwał się w końcu Jason i ruszył w drogę po lśniącym asfalcie. – Zobaczymy się w kościele, Julio. Kiedy tylko będziesz mogła.

Zamiast odpowiedzi Julia zakasłała chyba ze dwanaście razy.

Rick rozejrzał się wokół, niezdecydowany, co robić. I on miał ochotę biec dalej, żeby się upewnić, że matce nic się nie stało. Spojrzał jednak na Julię i pomyślał, że nie może jej zostawić w takim stanie. Od głównej ulicy, w prawo, biegła mała alejka. Tabliczka namalowana ręcznie wyjaśniała, że chodzi o Humming Bird Alley, czyli drogę prowadzącą do posiadłości doktora Bowena. – Może mógłbym pójść po doktora…

Julia przeszyła go gniewnym spojrzeniem. – Nie potrzebuję lekarza! – zaprotestowała, kaszląc. – Muszę tylko… nabrać tchu. A poza tym przypuszczam, że doktor już zszedł do miasta.

– A może niczego nie zauważył – odparł Rick. – I właśnie dlatego ojciec Feniks bije w dzwon na alarm!

Julia znowu się rozkaszlała.

– W każdym razie, zważywszy że zatrzymaliśmy się tu – dodał Rick – nic nie szkodzi wstąpić i poradzić się go. – Po czym zwrócił się do dwóch Podpalaczy i do Anity, ciągle niezdecydowanej, czy pędzić za Jasonem, czy nie. – Wy idźcie. My dobiegniemy za moment.

Anita nie kazała sobie tego dwa razy powtarzać i ruszyła w ślad za Jasonem, a Rick razem z opierającą się Julią, zaczęli podchodzić dróżką prowadzącą do domu doktora.

Podpalacze zostali sami. Wymienili między sobą długie zatroskane spojrzenie.

– Co tu robić? – zapytał blondyn.

– Pod tą masą wody mógł być nasz szef… – zauważył kędzierzawy.

– Może nie… Jeśli odkryje, cośmy narobili…

– A zwłaszcza, czego nie zrobiliśmy…

Pozostali chwilę w milczeniu, a rododendrony wokół falowały na wietrze.

– Właśnie. Jeśli nas zapyta, co tu porabiamy, zważywszy, że nasz samochód stoi na lotnisku w Londynie i że polecieliśmy do Tuluzy, to co mu powiemy?

Kędzierzawy podrapał się gwałtownie w głowę. – Hmm… Sądzę, że musimy coś wymyśleć, coś bardzo prawdopodobnego. Co, zważywszy obecne okoliczności, wcale nie jest proste.

– „Trzeba zawsze mówić, jakby to było pierwszy raz, słowa powinny się znaleźć” – odpowiedział blondyn.

Podpalacz o kędzierzawych włosach przybrał skupioną minę. – Czekaj, czekaj… kto to powiedział? Może wiem! To aktor?

Blondyn tylko się lekko uśmiechnął i poszurał butami po asfalcie, kierując się w stronę miasta.

– Reżyser? Kompozytor? Jazzman? – ciągnął kędzierzawy, wlokąc się za bratem.

Wkrótce doczłapali do schodków prowadzących ku temu, co pozostało z wybrukowanych ulic Kilmore Cove. U dołu schodów napotkali trzy postacie pokryte od stóp do głów błotem: jedna wyglądała jak przyklejona do latarni, podczas gdy dwie pozostałe utknęły w mosiężnym zagłówku jakiegoś łóżka, wciśniętego w poprzek krawężników.

– Popatrz, popatrz, kogo my tu mamy… – odezwał się nagle blondyn, przyglądając się tej masie błota. – Jeśli się nie mylę, to są te trzy łobuziaki, które spotkaliśmy tu ostatnio?

– Mam! – wykrzyknął kędzierzawy, który w ogóle nie słuchał brata. – To powiedział Dario Fo, noblista.

Ubawiony blondyn pokręcił głową. – Nie. To, bracie, Szekspir – odparł – który z niewyjaśnionych przyczyn nigdy żadnego Nobla nie otrzymał.

Rozdział 3

KTOŚ, KTO WIOSŁUJE POD PRĄD

Nestor dokuśtykał do dziedzińca Willi Argo. Noga bolała go jak nigdy, ale nie zwracał na nią uwagi. Był w szoku.

I to nie z powodu katastrofy, jaka dotknęła miasteczko. Przyczyna tej nagłej powodzi i jej konsekwencje całkiem go nie obchodziły. Myślami był gdzie indziej. Przeszedł przez park ze stuletnimi drzewami na szczycie urwiska i nie rzucił nawet okiem na masę wody zalewającą ulicę w dole i wpadającą do morza wraz z porwanymi po drodze rzeczami i ludźmi.

Poruszając się jak automat, wszedł do swego domu, podszedł do stołu i rozłożył na nim list od żony. Stojąc pochylony nad stołem, przeczytał go po raz drugi z wyrazem niedowierzania na pobrużdżonej twarzy.

„Żyje?!” Przebiegł w myślach ostatnie lata swego życia, kiedy to nosił kwiaty na grób, który, jak się okazuje, nie miał racji bytu. I kiedy tak bardzo bolał nad nigdy nie potwierdzoną śmiercią żony!

Podniósł instynktownie dłoń do ust, by powstrzymać krzyk, by stłumić wzruszenie wobec odkrycia tak wstrząsającego, że aż zapierało dech w piersiach. Penelopa, tamtej nocy, wcale nie… spadła z urwiska. Przeleciała balonem zaprojektowanym przez Petera przez rozstęp w skale pod Willą Argo, a przedtem wyspowiadała się u ojca Feniksa.

Obaj o tym wiedzieli, a żaden mu nic nie powiedział. Dlaczego?

Ktoś… kto z pewnością nie pasował idealnie do twojego projektu. Ktoś, kto wiosłował pod prąd.

Penelopa przekazywała mu po upływie lat podejrzenie, że wśród przyjaciół Wielkich Wakacji był zdrajca. Ale kto to mógł być?

– I dlaczego nigdy mi o tym nie mówiła? Dlaczego?

Nestor w głębi duszy znał odpowiedź.

Rozejrzał się za krzesłem i usiadł. Za jego plecami rozdzwonił się wściekle telefon z czarnego bakelitu, ale on nawet tego nie słyszał.

– Już mi nie ufała. To ja byłem tym, który wiosłował pod prąd, przeciwny projektowi.

Stary ogrodnik wyciągnął z kieszeni cztery klucze; zabrał je dzieciom zanim pobiegły do miasteczka. „Muszę coś sprawdzić” powiedział im, choć wcale tak nie było. Jedyną rzeczą, jaką chciał zrobić, było otwarcie Wrót Czasu w Willi Argo i udanie się na poszukiwanie Penelopy.

Na stole przed sobą ułożył w jednym rzędzie cztery klucze: aligator, dzięcioł, żaba i jeżozwierz. Dzięki tym kluczom, wiele lat temu, Nestor wraz z ojcem wybrali się do Wenecji z 1751 roku.

Tylko że to nie był historyczny rok 1751. To była Wenecja ponadczasowa, iskra niezmiennego i niezniszczalnego piękna, która się oderwała od Wenecji realnej i nigdy się nie przekształciła we współczesne miasto, zalane tłumem źle wychowanych turystów, motorówek i plastikowych torebek pływających bezkarnie po zielonych wodach w kanałach.

To była Wenecja doskonała, jak Kilmore Cove było doskonałym miasteczkiem z wyobraźni w Kornwalii. Dwa miejsca niemożliwe do odwiedzenia dla kogoś, kto nie miał dostatecznej odwagi, by udać się w podróż marzeń.

W tej to Wenecji Ulysses Moore zakochał się w doskonałej kobiecie. Poślubił ją i przywiózł ze sobą. Nie mieli dzieci, ale podróżowali po całym świecie, napełniając Willę Argo fantastycznymi przedmiotami, pochodzącymi z jeszcze bardziej fantastycznych miejsc. Przekraczali Wrota Czasu bardzo wiele razy, sami lub w towarzystwie przyjaciół. Byli to przyjaciele Ulyssesa, ale szybko stali się również przyjaciółmi Penelopy: nieugięty Leonard, surowy Black, genialny Peter i wielu innych. Reaktywowali w salonie Willi Argo Klub Podróżników w Wyobraźni, który dziadek Nestora zamknął w Londynie wiele lat wcześniej.

„Wyobraźnia nie jest dla wszystkich” powtarzała zawsze Penelopa, kiedy się zbierali, by zaplanować kolejną podróż. I rzeczywiście, nie wszyscy przyjaciele pozostali jak oni nieuleczalnymi marzycielami: niektórzy woleli dorosnąć, stać się rozsądnymi i odpowiedzialnymi, i zarzucić na zawsze fantazjowanie o cudach za Wrotami Czasu. Na przykład ojciec Feniks, który teraz kierował kościołem w miasteczku, albo dwie siostry Biggles, Kleopatra i Klitajmestra, z których jedna miała dziecko, a druga koty do opieki.

Wspomnienia przemykały przed oczami Nestora, spowite w mgiełkę nostalgii. Stary ogrodnik sięgnął po pudełko z pozostałymi Kluczami Czasu i ułożył je obok pierwszych czterech, które zabrał dzieciom. Przesuwając klucze w palcach przywołał szczegóły tej nocy, kiedy stracił żonę.

Peter niedawno umknął do Wenecji, podczas gdy Black wyjechał, usiłując ukryć na zawsze to właśnie pudełko, które Nestor miał teraz przed sobą, na środku stołu.

Leonard i Ulysses kolejny raz się sprzeczali: Leonard nalegał, żeby pozostawić Wrota Czasu otwarte i nadal z nich korzystać, a Ulysses chciał zamknąć je na zawsze. I Penelopa nie mogła dojść do słowa.

Nestor podparł się pod brodę. – Głupiec, skończony dureń z ciebie… – mruknął sam do siebie. – Nie umiałeś jej wysłuchać i utraciłeś ją.

Potem, niczym cios prosto w twarz, powróciło wspomnienie chwili, w której widział ją po raz ostatni.

Była burza. Penelopa włożyła nieprzemakalny płaszcz i wyszła z kuchni Willi Argo. Padał lodowaty deszcz. Nocne niebo rozjaśniały co chwila błyskawice.

Nestor nie poszedł za nią. Przeprosił ją, że podniósł głos. Nie znosił, kiedy przyznawała rację Leonardowi. Wychylił szklaneczkę brandy i czekał, aż żona wróci do domu. Tylko że Penelopa nie wróciła.

W końcu Nestor wyszedł przed kuchnię, zawołał ją głośno, a potem wołał jej imię jeszcze wiele razy, ale odpowiadał mu tylko nieustający szum deszczu. Coraz bardziej zaniepokojony zadzwonił do przyjaciół. „Widzieliście Penelopę?” „Była u ciebie?” „Była może u państwa, pani Bowen?”

Nie.

Nie.

I znowu nie.

Tak więc, za późno, poszedł jej szukać. Zimny i gęsty deszcz moczył mu kark. Park przypominał wczesny obraz van Gogha. Gdzie się Penelopa podziała? Motocykl stał w garażu. Rowery też. Furtka była zamknięta. W oknach mansardy na poddaszu Willi Argo było ciemno. Pozostawało tylko urwisko…

Schodki w skale.

Nestor zamknął oczy. Przypominał sobie doskonale szelest jej peleryny, którą targał wiatr. On sam zatrzymał się, uchwyciwszy się występu skalnego.

Wykute w skale stopnie były mokre i śliskie od deszczu. Zbiegając po nich w pośpiechu, Nestor ryzykował parę razy, że upadnie. Ciągle nawoływał Penelopę, ale odpowiadało mu tylko czarne ryczące morze.

Tej nocy Nestor jej nie znalazł. Następnego dnia doktor Bowen odkrył ślady krwi na skałach.

Ogrodnik poderwał nagle głowę. „Ktoś, kto wiosłuje pod prąd” powiedział do siebie. I wyszedł z domu.

Rozdział 4

MORZE BŁOTA

Wysoka fala tak jak nagle się pojawiła, tak się cofnęła.

Po wycofaniu się wody, na placu przed kościołem św. Jakuba roiło się od ludzi grzęznących w błocie. Masa wody, która runęła od strony starej dzielnicy, wcisnęła się we wszystkie uliczki odchodzące od placyku, przy którym mieściły się księgarnia i poczta, i uderzyła z impetem o boczną ścianę kościoła, sięgając bryzgami aż po jego dach. Potem spłynęła główną ulicą, pozostawiając za sobą warstwę szlamu, wodorostów i trzepocących się ryb.

Ściany budynków wyglądały jak maźnięte jakimś ogromnym pędzlem. Doniczki, okiennice i wszystko, co się znajdowało poniżej pierwszego piętra, woda zniszczyła i porwała ze sobą.

Jason i Anita przystanęli, rozglądając się ze zdumieniem.

Brama kościelna była otwarta i ukazywała wielkie zakrzepłe bagno. Potoki brudnej wody spływały z wolna w stronę morza, niosąc ze sobą porwane stronice, kawałki drewna i skorupy doniczek. Wszędzie widać było strzępy powyrywanych z książek kartek: na drzwiach domów, przyklejone do ścian, na tarasach drugiego piętra.

– Chodź – odezwał się nagle Jason i ruszył, kierując się ku wyższej stronie placu, gdzie stał kościół.

Anita natychmiast ruszyła za nim. Zewsząd dochodziły ich krzyki i lamenty, niespodziewane odgłosy otwierających się bram i okien, klaksonów i opon aut krążących w tym mule. W wyższej części placu błoto sięgało po kostki, niżej – miejscami po kolana.

Anita rozglądała się dokoła zmartwiona, usiłując rozpoznać twarz ojca albo Tommiego pomiędzy tymi ludźmi krążącymi tu niczym zjawy pośród dzieła zniszczenia.

Brodząc w błocie, dobrnęli do kościoła. Na posadzce stała brudna woda, którą kilka kobiet już zgarniało miotłami. Ojciec Feniks wydawał polecenia od ołtarza. – Do ambulatorium! Szybko! Musimy dostarczyć łóżka do kliniki po drugiej stronie ulicy! – krzyczał do każdego podchodzącego.

Ktoś się trzymał za ramię, ktoś inny za czoło. Poważniej rannych ułożono na ławkach w kościele. Przez nawy kościelne niósł się chór jęków i płaczu.

Nikt nie potrafił dokładnie powiedzieć, co się wydarzyło: dwadzieścia minut wcześniej nagle, z niczego, wytrysnęła góra wody, która zniszczyła wszystko.

– Moglibyśmy w czymś pomóc? – zapytał Jason, kiedy udało mu się przecisnąć do ojca Feniksa.

– Macie aż za dużo do wyboru! Możecie pomóc mi ustawiać ławki, możecie iść do kliniki zobaczyć, jak sobie radzą z łóżkami, albo iść do miasta sprawdzić, czy ktoś nie został przywalony błotem. W każdym razie coś róbcie!

Powiedziawszy to, ojciec Feniks zakasał rękawy sutanny i uniósł ławkę w pierwszym rzędzie, przesuwając ją zręcznie na bok jakby to była zabawka.

Anita i Jason postanowili pójść zbadać sytuację w starej dzielnicy, skąd runęła woda na całe miasteczko. Brnęli przez zalane uliczki, uważając, by się nie poślizgnąć, aż wydało im się, że posłyszeli jakiś krzyk o pomoc. Prawdę mówiąc, krzyk był tak przenikliwy, że nie można go było nie usłyszeć.

Utorowali sobie przejście między szczątkami niesionymi z prądem i dotarli do placu, przy którym stał drewniany dom starej pani Biggles.

I tu siła uderzenia wody pozostawiła swoje ślady; wysoka latarnia była zgięta jak pałeczka lukrecji, a balustradę na tarasie pierwszego piętra porwała woda. Wyrwane okna na parterze wpuściły wodę do kuchni i saloniku, a ta uniosła ze sobą patelnie, garnki, talerze, a nawet wielki kwiecisty tapczan, który utknął w poprzek zaułka.

Panna Biggles uczepiona dachu krzyczała rozpaczliwie z całych sił, otoczona tłumem miauczących kotów.

Jason próbował z nią nawiązać kontakt i uspokoić, ale choć krzyczał co tchu w piersiach, starsza pani w ogóle go nie słuchała.

– Znowu woda! Znowu! – szlochała zdesperowana. Wydmuchała sobie nos, poślizgnęła się i zsunęła na siedzeniu po dachu aż do gzymsu. Dwa koty wskoczyły między rynny i węszyły nieufnie wśród resztek tarasu. – Na Boga, Oktawianie, wracaj natychmiast! Marek Aureliusz, do mnie! Siedźcie przy mnie!

– Panno Biggles, idę po panią! – zawołał Jason. – Już po wszystkim. Woda spłynęła!

– Spłynął też mój dom! – użalała się kobieta.

Istotnie, z parteru mało co pozostało, z wyjątkiem mozaiki kartek z książek rozrzuconych wszędzie po trochu.

Na dachu jedna z rynien podejrzanie zaskrzypiała.

– Niech się pani nie rusza, panno Biggles! – krzyknął Jason. – Już idę!

Wcale nie było łatwo wcisnąć się w to błocko, które zalało cały parter, ale w końcu Anita z Jasonem, trzymając się za ręce, weszli po wewnętrznych schodach na pierwsze piętro i dalej na strych. Przez okienko mansardowe Jason wyszedł na dach i pośród ciżby fukających nastroszonych kotów, próbował namówić panią Biggles, by do niego podeszła. Po kilku niekończących się minutach stara kobieta zgodziła się na powrót do domu.

– Dzięki Bogu chłopcze, dotarłeś – westchnęła, przeciskając pokaźną tuszę przez okienko w mansardzie i następnie schodząc ostrożnie po schodach. – Tym razem myślałam, że woda porwie nas wszystkich.

– Tym razem, mówi pani? – zapytał ją Jason, spocony jak mysz od podtrzymywania kobiety.

– No tak! Ty jesteś młody, to nie możesz tego pamiętać, ale to już się kiedyś stało. W dodatku całkiem tak samo: chwilę przedtem było wszystko dobrze, a w następnej… pojawiła się rwąca rzeka brudnej wody, która porywała wszystko!

Zataczając się, wyszli na zewnątrz, na słabe słońce. Koty szły za nimi, podskakując nerwowo, upaprane w błocie aż po uszy.

– Tędy, pani Biggles… – Anita i Jason torowali drogę w kierunku kliniki.

– O nieba! Moja piękna sofa!

– Proszę się nie martwić, zobaczy pani, że ją odzyskamy – próbowała pocieszyć kobietę dziewczynka, czerwieniąc się trochę, bo czuła, że chyba to nieprawda.

Człapali w błocie niczym trzy gęsi, pryskając dokoła i nieustannie tracąc równowagę. W końcu dotarli do kliniki. Przed bramą zebrał się już tłum ludzi. Niezbyt zachęcający szyld głosił:

KLINIKA PINKLEWIRE

LEKARZ WETERYNARZ

No, ale to było jedyne miejsce dostatecznie obszerne, aby można było ustawić łóżka polowe z rannymi.

– Jest pani pewna, że to się już kiedyś zdarzyło? – zapytała Anita panną Biggles, kiedy zbliżały się do wejścia.

– Och, to było wiele, wiele lat temu – wspomniała panna Biggles, pozwalając się prowadzić. – Tyle że wtedy było mniej wody… i to było w niedzielę. W niedzielę wieczór. Właściwie nikt tego nie zauważył od razu, dopiero nazajutrz. Prawdę mówiąc, ja i moje koty, tak, ale… nikt nie chciał nam dać wiary! Po czym, wskazując na dom przy głównej ulicy, dodała: – O, widzicie tam? Tamtej niedzieli pan Thompson zjadł kolację i wyszedł z domu jakby nigdy nic i nawet nie zauważył, że między kolanami pływają mu ryby!

– Ryby?

– Takie wielkie ryby! – potwierdziła panna Biggles, rozkładając nagle ramiona i uwalniając się od uścisku dzieci.

– Proszę uważać, pani Biggles! – krzyknął Jason i pochwycił ją w ostatniej chwili, zanim wywinęła kozła w mule. Potem, jakby go nagle coś oświeciło, zanurzył dłoń w strumyczku wody i podniósł ją ostrożnie do ust.

– Do licha! – zawołał. – Słona.

Rozdział 5

DOKTOR Z KILMORE COVE

Stojąc przed pomalowaną na niebiesko drewnianą furtką domu doktora Bowena, Rick i Julia czekali dobrą chwilę, aż ktoś zareaguje na dzwonek. Potem, zauważywszy, że furtka jest uchylona, pchnęli ją i weszli. Minęli w milczeniu gromadę ogrodowych krasnali i zapukali do drzwi wejściowych.

– Zaraz przyjdzie żona doktora i każe nam założyć kapcie… – szepnęła Julia, wspominając ostatnią wizytę w domu państwa Bowenów.

Tymczasem nikt się nie pojawił.

– Może nikogo nie ma w domu – odezwał się Rick.

Pociągnęli dwukrotnie za dzwonek.

– Zdaje się, że masz rację – powiedziała Julia. – Prawdopodobnie doktor już pobiegł do miasta.

– I może żona razem z nim.

Cofnęli się dwa kroki i Julia spojrzała w górę, w okna na pierwszym piętrze. Wydało się jej, że zauważyła, jak coś się porusza za zasłonami. Po chwili, kiedy sądziła, że dostrzegła jakąś postać ubraną na czarno, podbiegła w stronę drzwi.

– Zaczekaj moment… – szepnęła do Ricka od drzwi wejściowych.

Nacisnęła je: były otwarte.

– Panie doktorze! – zawołała dziewczynka, przechylając się przez próg. – Pani Edno!

Wnętrze domu wyglądało tak, jak je zapamiętała: ściany lśniły bielą, a drewniany parkiet był wywoskowany. Wszędzie panował nieskazitelny porządek z wyjątkiem – nie do wiary! – śladów błota prowadzących od drzwi w głąb mieszkania.

– Widzisz je? – spytała zdumiona Julia.

– Oczywiście, że widzę.

– To nienormalne. To nie ich ślady. Wiesz doskonale, jakimi są pedantami!

– Tak, ale dopiero co była powódź – zauważył chłopiec. – To oczywiste, że pozostały… Ej, można wiedzieć, co ty wyrabiasz?

Dziewczynka ściągnęła błyskawicznie buty z nóg i weszła do środka.

– Nie możesz tak się zachowywać! – skarcił ją cicho Rick, nadal stojąc nieruchomo w progu. – To nie twój dom!

– Tylko rzucę okiem! – odparła niecierpliwie Julia. – A poza tym, może wyrządzę państwu Bowen przysługę. Może zakradł się złodziej do ich domu, jak tylko wyszli.

– Aha! A jeśli rzeczywiście jest tu złodziej, to co zamierzasz zrobić?

– Ojejku, aleś ty się zrobił nudny, Rick! Kiedyś byłeś inny!

Rick się rozzłościł. – Do diabła z wami, Covenant! – zawołał i chcąc nie chcąc, sam też zdjął buty, żeby podążyć za Julią.

Szli po śladach zabłoconych butów, mijając okropne meble gospodarzy domu: ciężkie drewniane krzesła rzeźbione w kwiaty, stoły ze szkła i aluminium, białe lampki zwisające niczym grzybki z narożników sufitu, tyrolski fotelik doktora z krzyżówką złożoną pod okularami.

Kiedy doszli do schodów, ślady się wymieszały: jedne prowadziły na stopnie i na piętro, nakładając się na inne, schodzące w dół do piwnicy.

– Co robimy? – spytała Julia.

– Wychodzimy i dołączamy do naszych w kościele! – odparł Rick. – Tym sposobem może się wreszcie dowiem, jak się ma moja matka i… Dokąd ty idziesz?

Julia dała mu znak, by zamilkł. Zaczęła wchodzić po schodach na górę – ostrożnie, na palcach. Rick pokręcił niezadowolony głową, ale ruszył zrezygnowany za nią.

Kiedy doszli prawie do końca, przycupnęli na ostatnich dwóch stopniach i zerknęli na korytarz pierwszego piętra.

– To okropne – odezwał się Rick.

– Co jest okropne? Korytarz z aniołkami czy ten niepokojący hałas w głębi?

– Jedno i drugie – odparł rudowłosy chłopiec.

Na pierwszym piętrze domostwa państwa Bowenów panował ten sam „zimny klimat”, co na parterze, jeśli nie brać pod uwagę małych aniołków zawieszonych rzędem na ścianie i… głębokiego chrapania dochodzącego z jednej z sypialni.

Ślady błota prowadziły właśnie do niej i od niej też odchodziły.

– Rzucę okiem – postanowiła Julia. I zanim Rick zdążył ja powstrzymać, dziewczynka podniosła się z kucków i przyklejona do ściany ruszyła wolno prawą stroną korytarza.

Rick przyłączył się do niej. – Trzeba chyba zgłupieć, żeby zakradać się do czyjegoś domu jak złodziej… w dodatku, gdy ten ktoś śpi!

– Ktoś, kto tu wszedł w zabłoconych butach – szepnęła Julia, wskazując ślady błota – zrobił to samo.

– Tak, ale nawet przyjmując, że to nie są ślady samego doktora Bowena, nie widzę powodu, żeby…

Ale Julia wcale go nie słuchała i już podeszła pod drzwi sypialni, z której dochodziło to głośne chrapanie.

– Wszedł, doszedł do tych drzwi… i potem zszedł na dół – szepnęła, badając ślady na podłodze.

Potem dostrzegła, że ślady błota były też na klamce. Spojrzała na Ricka, który szedł za nią krok w krok, jakby pilnując, co zrobi.

– I co? – spytał.

– Otwórz je.

Rick zaprotestował, ale potem wzniósł błagalnie oczy ku niebu, oparł dłoń na klamce i ostrożnie ją nacisnął. Drzwi się uchyliły płynnie i bezszelestnie dzięki naoliwionym starannie zawiasom.

– O, kurczę!

– Co robi?

Edna Bowen leżała wyciągnięta na łóżku, na wpół ukryta za skomplikowaną aparaturą. Twarz kobiety przykrywał rodzaj maski, która potęgowała odgłosy jej oddechu. Miała na sobie podomkę z podciągniętym rękawem. Wyciągnięte ramię było owinięte gazą, spod której wystawały jakieś rurki podłączone do dziwnej maszynerii.

Julia potrzebowała dobrej chwili, żeby się otrząsnąć z tego szokującego widoku. Spojrzała na Ricka i wskazała mu długi czarny płaszcz wiszący za łóżkiem, na ramie okiennej. To ten płaszcz właśnie wzięła za człowieka z krwi i kości, kiedy spojrzała z ogrodu.

Potem rozległ się charakterystyczny hałas otwieranych drzwi. Przeciąg poruszył czarnym płaszczem i w tej samej chwili pani Edna wydała swój donośny jęk.

W tym momencie Rick trącił Julię, dając jej znak, żeby uciekać. Zbiegli błyskawicznie po schodach, ale kiedy znaleźli się na parterze, zobaczyli mężczyznę stojącego nieruchomo w drzwiach. Miał na sobie długą pelerynę od deszczu i ciemny kapelusz, zsunięty na twarz. W jednej ręce trzymał ich buty, w drugiej – długi nóż.

Znalazłszy się nagle przed nim, Julia krzyknęła i spróbowała bezskutecznie wyhamować rozpęd, ale skarpety ślizgały się po gładkim parkiecie. Szczęśliwie Rick błyskawicznie zareagował: jedną ręką przytrzymał się poręczy, a drugą chwycił przyjaciółkę i przyciągnął ją do siebie.

– Hej! – krzyknął mężczyzna od progu. – Co wy tu robicie?

Rick był tak przestraszony, że nawet nie podniósł wzroku. Popchnął Julię do tyłu, w stronę drzwi do piwnicy. Moment później otworzyli je i wpadli na schody prowadzące na dół.

– Kim był ten mężczyzna? – spytała Julia zadyszana.

– Nie wiem! – odparł Rick. – Ale nie mam zamiaru teraz go o to pytać.

Smuga światła niespodziewanie oświetliła piwnicę: Rick zauważył kilka pudeł ustawionych rzędem na podłodze, stojak na wino oparty o ścianę na wprost, do połowy pusty, rząd salami zawieszonych na sznurkach, które zwisały z sufitu. I otwarte drzwi na wprost tych, przez które weszli.

Piwnica miała grube kamienne ściany. A ślady błota widniały wszędzie.

– Tędy! – krzyknęła Julia i jednym skokiem znalazła się przy otwartych drzwiach. Sądziła, że były to drzwi do garażu albo do drugiego pomieszczenia i że stamtąd da się…

– STAĆ, WY DWOJE! – krzyknął mężczyzna w pelerynie, który zszedł do połowy schodów do piwnicy. Upuścił nóż na ziemię. – NIE MOŻECIE!

Ze wszystkiego, co mógł ten człowiek wykrzyczeć, to były chyba słowa najbardziej zdumiewające. Ale nie wpłynęły na zmianę ich koncepcji. Dzieci błyskawicznie pokonały przestrzeń dzielącą ich od drzwi i weszły. Dopiero kiedy przekroczyły próg, dotarło do nich, że popełniły błąd: drzwi były niezwykle masywne, jakby opancerzone. A jaki sens miało instalowanie opancerzonych drzwi, by oddzielić piwnicę od garażu?

Gdzie zatem… wbiegli?

– SAMIŚCIE TEGO CHCIELI! – krzyknął za nimi mężczyzna. Rzucił się na opancerzone drzwi niczym sęp i zatrzasnął je obiema rękami.

Rick rozejrzał się dokoła. Zatrzymał się. Obrócił.

– Pan doktor Bowen? – wyszeptał z niedowierzaniem, kiedy zaczął rozumieć.

Poprzez szparę zamykanych właśnie drzwi zdążył jeszcze zobaczyć twarz doktora oświetloną piwnicznym światłem. Potem zaraz szpara znikła.

– TERAZ SOBIE TU POSIEDZICIE! – usłyszał krzyk, zanim drzwi całkiem się zatrzasnęły z hukiem.

Znaleźli się w maleńkim pomieszczeniu.

W pułapce.